• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[09.10.72] Vervain, valerian, violet root. Bitter the blossom, sweet the fruit

[09.10.72] Vervain, valerian, violet root. Bitter the blossom, sweet the fruit
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#1
10.03.2026, 21:39  ✶  
Wieczór zdążył już opaść na ogród, gęsty i ciemny, praktycznie pozbawiony światła księżyca kryjącego się za wysokimi drzewami, przez małe okienko pod samym szczytem dachu wpadała tylko przytłumiona poświata lamp gazowych rozświetlających mroki październikowej nocy, prócz tego w pomieszczeniu paliło się wyłącznie kilka świec w szklanych osłonkach. Nie lubiłam głównego światła, a w kilku bocznych kinkietach praktycznie za jednym zamachem przepaliły się wszystkie żarówki, co zresztą uznałam za omen - nie wiedziałam tylko, jaki… Do tej pory nie kłopotałam się, by je wymienić, zamiast tego wolałam rozpalić ogień, który dużo bardziej pasował do zadania, jakie miałyśmy przed sobą.
Na strychu pachniało suchym drewnem, kurzem i ziołami, jak zawsze, to był zapach, który od lat utożsamiałam z tym miejscem - ciężki, ciepły, trochę żywiczny - nie zmieniał się ani trochę, pomimo upływu czasu, dokładnie tak jak reszta tego domu. Belki podtrzymujące sufity budynku były stare i ciemne, poprzecinane cienkimi pęknięciami, które pojawiły się tam dawno temu i już nikomu nie przeszkadzały. Deski podłogowe również nie należały do najnowszych, były poprzecierane, skrzypiące i wysłużone, dokładnie tak samo jak dywan, na którym postanowiłam usiąść, układając wokół siebie przybory do wiązania roślin. Ściany dookoła nas miały przygaszone kolory świadczące o dekadach palenia w wielu kominkach rozlokowanych na każdym piętrze, lecz nie tylko - nigdy nie czułam potrzeby wychodzić na zewnątrz, by marznąć, paląc papierosy, poza tym regularnie okadzałam moje przestrzenie, paliłam w nich kadzidła oraz korzystałam z niezliczonych świec, aby przeprowadzać rytuały, zwłaszcza tutaj - w najwyższym punkcie domu.
Na środku podłogi, tuż przede mną, stała stara skrzynia, która od lat służyła mi za stół do prac manualnych, na jej wieku rozłożyłam lnianą ściereczkę służącą mi za obrus, a obok położyłam dwa nieduże noże o srebrnych ostrzach. Spojrzałam na Prudence kątem oka, przyglądając się jej przez moment, zanim się odezwałam.
- Najpierw trzeba je oczyścić. - Powiedziałam spokojnie, przesuwając palcami wzdłuż kępki szałwi, którą zebrałyśmy w ogrodzie, kilka suchych listków odpadło od razu i opadło na prowizoryczny stół. - Zostawiasz tylko te, które są mocne. Jeśli coś jest połamane, nadjedzone albo zbrązowiałe, wyrzucasz. - Podniosłam jedną łodygę i obróciłam ją w palcach, żeby Prudie dobrze widziała, o co mi chodziło. - Widzisz te dolne liście? Te już są zbyt wilgotne. Jeśli je zostawisz, wszystko zacznie pleśnieć. - Oderwałam je powoli, kilkoma zdecydowanymi ruchami. - Potem dzielisz to na mniejsze wiązki. Nie za grube. - Wyjaśniłam, obrywając jeszcze kilka niedoskonałości, zanim przeszłam do wspomnianego kroku. Odłożyłam większą część roślin na bok i wyrównałam końcówki mniejszej wiązki, stukając nią lekko o deskę skrzyni. - Jeśli zwiążesz za luźno, wszystko się rozpadnie. Jeśli za ciasno, zaczną gnić. - Ułożyłam kilka łodyg obok siebie i sięgnęłam po cienki lniany sznurek - owinęłam go raz, drugi, potem zawiązałam prosty węzeł, który trzymał pęk ciasno, ale nie zgniatał łodyg. - Spróbuj. - Przesunęłam w stronę Prudence kosz z lawendą - fioletowe kwiaty były zebrane wcześniej, ale nadal doskonałe do wiązania, tak samo jak zbiory bylicy, pachniały ciepło i przyjemnie, roztaczając wokół nas wyrazisty aromat. Nad naszymi głowami wisiały dziesiątki suszących się pęków, poruszających się lekko w przeciągu.
- Pamiętaj też o jednej rzeczy. - Dodałam łagodnie, z lekkim uśmiechem, opierając dłonie o stół. - Zioła działają najlepiej wtedy, kiedy ktoś wie, po co je zbiera. Zawsze wiedzą, w jakim jesteś stanie, kiedy ich dotykasz i z jaką intencją to robisz. - Wzięłam do ręki pęczek lawendy i poprawiłam jeden z wystających kwiatów. - Dlatego najlepiej przygotowuje się je wtedy, kiedy serce jest spokojne. Wtedy robią dokładnie to, do czego są przeznaczone. Inaczej są tylko ładnym zapachem pod dachem. - Kąciki moich ust uniosły się trochę bardziej porozumiewawczo, prawie wymownie, obie zdecydowanie miałyśmy dziś właściwe nastawienie.
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#2
10.03.2026, 22:23  ✶  

To miejsce zawsze wzbudzało w Prue wyłącznie ciepłe uczucia, miała wrażenie, że czuła się tu bardziej jak w domu, niż w miejscu, w którym się wychowywała, być może przez to, że to tutaj spędziła większość dzieciństwa? Bywała u Ellie naprawdę często, podczas wakacji spędzała tu tygodnie, znała każdy kąt w tym domu, tak właściwie to była przecież u siebie, kobieta nigdy nie próbowała jej tego wyperswadować.

Znalazły się więc na strychu, wiedziała, że było to wyjątkową częścią tego miejsca. Łatwo było tu się zatracić, ignorować rzeczywistość, przepadać w swoich myślach. Całkiem skutecznie oddzielał od reszty świata. Noc powoli okrywała Londyn swoim ciemnym całunem, promienie księżyca ledwie przebijały się przez drzewa, które rosły wokół domu. Babcia nie dbała o wymianę żarówek, nie musiała tego robić, było tu wystarczająco jasno, jak na to, czym miały się zająć.

Nie pomagała jej często podczas oporządzania roślin, to nigdy nie było jej szczególnie bliskie, jasne - znała większość gatunków, ale nie miała w sobie zewu ogrodnika, raczej korzystała po prostu z ich właściwości podczas swojej medycznej kariery, na tym się skupiała, nie na tym, jak je hodować, czy suszyć. Doceniała to, że Ellie nie miała nic przeciwko jej dzisiejszemu zaangażowaniu się w sprawę, miała sporo energii, było całkiem jasne, że chętnie by ją w coś włożyła.

Podeszła do skrzyni, która służyła za tymczasowe miejsce robocze. Słuchała tego, co miała do powiedzenia kobieta, w końcu to ona tutaj dowodziła, Prue miała tylko i wyłącznie wykonywać jej polecenia, zupełnie jej to nie przeszkadzało. Lubiła czasem tak po prostu zatracić się w prostych czynnościach, zająć czymś myśli, właściwie to powodować, aby nie były zbyt głośne. Te wszystkie manualne czynności się do tego przyczyniały.

- Pierwszy krok - oczyszczenie. - Powtórzyła za babcią. Nie wydawało się to być szczególnie trudnym zadaniem, powinna sobie z nim poradzić bez większego problemu, spojrzała na to, w jaki sposób ona zajmowała się szałwią, żeby nic przypadkiem jej nie umknęło. Oczywiście, że jak zawsze, zamierzała się zaangażować się w to w pełni. Przy okazji zsunęła z ramion swój płaszcz, nie był jej już do niczego potrzebny, w domu było ciepło, położyła go na stojącym nieopodal krześle. Jej biała koszula zapewne nie najbardziej nadawała się do podobnych czynności, ale nie wydawało się jej to w ogóle ruszać. Zaoferowała pomoc, to było całkiem proste.

- Tak, widzę. - Potwierdziła jeszcze, że dociera do niej, o czym mówi Ellie. Liście nie mogły być wilgotne, czy nadgryzione, miała wyselekcjonować najlepsze z nich, to nie mogło być trudne.

- Czyli trzeba trafić pomiędzy, nie za luźno, nie za ciasno. - To brzmiało nieco bardziej skomplikowanie, musiała wyczuć odpowiedni moment, ale i z tym powinna sobie poradzić.

Kobieta przesunęła w jej stronę kosz, nie było w nim szałwii, dostrzegła charakterystyczny kolor lawendy, sięgnęła po kilka gałązek i zaczęła im się bardzo uważnie przyglądać. Robiła to, o czym wspomniała wcześniej Ellie, obrywała liście, które były wilgotne, wszystkie te które wydawały się być nieco uszkodzone, w końcu zależało im na precyzji. Jej dłonie bardzo powoli poruszały się po łodygach, nie chciała nic popsuć, jak zawsze, starała się, aby było idealnie. Powtórzyła nawet ten jej ruch - stuknęła nimi o skrzynię, aby się wyrównały, po chwili związała je sznurkiem, tak jak mówiła babcia - nie za ciasno i nie za luźno, miała nadzieję, że dobrze to wyczuła. - Jest w porządku? - Przesunęła swoje dzieło w jej kierunku, aby mogła zweryfikować jej pracę.


Rzut O 1d100 - 76
Sukces!
na rzemiosło i tworzenie bukietu

- Nie mogłyśmy trafić na lepszy moment, moje serce dzisiaj jest wyjątkowo spokojne. - Przeniosła wzrok na twarz kobiety i posłała jej ciepły uśmiech, nie wydawało jej się, że musiała o tym wspominać, Ellie widziała więcej, na pewno doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Dawno nie widziała jej w takiej dobrej formie.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#3
11.03.2026, 04:12  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.03.2026, 04:17 przez Bard Beedle.)  
Obserwowanie Prudence przy grządkach w ogrodzie i teraz na tym strychu było jak patrzenie w lustro sprzed kilkudziesięciu lat, chociaż ona sama wciąż uparcie twierdziła, że nie czuje „zewu ogrodnika”. Patrzyłam na jej dłonie, nadzwyczaj pewne i precyzyjne w medycznym fachu, i widziałam w jej ruchach szacunek do materii, który rzadko spotykało się u kogoś, kto twierdził, że interesują go tylko gotowe właściwości lecznicze. Patrzyłam na gładki ruch, którym moja wnuczka zdjęła płaszcz, odsłaniając białą, niemal nienaturalnie czystą w tym zakurzonym otoczeniu koszulę. Było w tym coś kojącego - widok młodszego pokolenia, które chociaż na chwilę porzucało chłodny profesjonalizm na rzecz intuicyjnej pracy z naturą, był nader przyjemny - nie skomentowałam tego jednak, ten dom i tak zawsze brał to, co chciał, a pył zebrany na belkach prędzej czy później osiadał na wszystkim, nie czyniąc różnicy między drogim materiałem a lnianym obrusem i Prudie doskonale o tym wiedziała. Tutaj brud nie był skazą, był częścią cyklu.
Wieczór gęstniał z każdą minutą, cisza wokół nas stała się niemal tak namacalna, jak kurz osiadający na meblach, przerywana jedynie dalekim, stłumionym odgłosem Londynu - tym jednostajnym szumem docierającym na uśpione przedmieścia od strony tętniącego życiem centrum miasta. Wiedziałam, że ta noc dopiero się zaczynała, przed nami było jeszcze wiele pęczków do związania, jeśli rzeczywiście chciała mi w tym pomóc. Przez ułamek sekundy poczułam ukłucie w piersi, ten rodzaj cichego zdumienia nad tym, jak szybko płynął czas, jak nagle ta dziewczynka, która kiedyś gubiła się w zakamarkach ogrodu, stała się dorosła.
- Tak, właśnie tak. - Przytaknęłam, gdy powtórzyła moje słowa o oczyszczaniu. Słuchała mnie, naprawdę słuchała, a to w dzisiejszych czasach był rzadki dar, miała w sobie tę uważność, której nie dało się wyczytać z żadnego podręcznika, była w tym echem mojego własnego głosu sprzed lat, chociaż w jej wydaniu brzmiało to bardziej jak medyczna procedura niż ludowa mądrość. - Zadowalanie się bylejakością jeszcze nigdy nie wyszło nikomu na dobre. - Uśmiechnęłam się leciutko, samymi kącikami ust, wspominając te wszystkie momenty, gdy mówiłam komuś podobne słowa. „Nie budujemy niczego na zgniliźnie, kochanie. Ani leku, ani kadzidła, ani życia” - to był najważniejszy przekaz, szacunek zaczynał się wszak od odrzucenia tego, co chore, zarówno w sztukach zielarskich, mistycyzmie, jak i w prozie życia codziennego.
- Magia, podobnie jak ludzie, rzadko lubi skrajności. Zbyt mocny uścisk dusi to, co próbujesz zachować, a zbyt luźny pozwala mu się wymknąć. - Skwitowałam kolejne słowa Prudie, lecz nie pokazałam jej mojej sztuki wyczuwania nacisku na delikatne tkanki łodyg, nie zamierzając wtrącać się niepotrzebnie w coś, co musiała wyczuć własnymi zmysłami. Trzeba było samodzielnie znaleźć ten moment, w którym ciało wiedziało już, że wystarczy. Wszystko, co wartościowe, działo się właśnie tam, w tym mglistym „pomiędzy”, w wąskiej szczelinie między jednym ekstremum a drugim. Dla każdego z nas ta granica była ociupinkę inna, każdy miał swój sposób na to, jak ją odnaleźć, a ja nie lubiłam wyręczać ludzi, nawet mi najbliższych - zwłaszcza mi najbliższych - w intuicyjnej pracy, opierającej się na słuchaniu swojego wewnętrznego głosu. Bardziej niż na perfekcji zależało mi na tym, by osoby, które kochałam, wierzyły w swoje nieograniczone możliwości - w końcu „volenti nihil difficile” - „dla chcącego nic trudnego”, bardzo lubiłam empirycznie potwierdzać tę regułę.
Fioletowe kłosy drżały lekko w jej dłoniach, gdy poddawała je surowej, niemal lekarskiej ocenie. Kiedy przesunęła gotową wiązkę w moją stronę, pochyliłam się nad nią, udając poważną egzaminatorkę, chociaż w głębi duszy już wiedziałam, że efekt będzie doskonały. Gdy stuknęła łodygami o wieko skrzyni, dźwięk był krótki, jednak satysfakcjonujący - miała dobre wyczucie miary, nawet jako dziecko - oczyszczanie, selekcja, dbałość o szczegóły… To był ten moment, ta dwoistość, w której rzemiosło splatało się z intuicją - jej pęczek był prawie idealny, związany z taką starannością, że nawet gdyby wisiał na belce przez rok, nie uroniłby ani jednego kwiatu przedwcześnie. Symetryczny, zwarty, a jednak dający roślinie przestrzeń na to, by oddała swój aromat bez gnicia od środka.
- Jest więcej niż w porządku, kochanie. Masz pewną rękę. - Nie kryłam aprobaty, która pojawiła się w moim tonie, to była rzadka cecha, potrafić tak szybko zrozumieć duszę materii, z którą się pracowało. Nie było w tym chaosu, była za to chęć dogonienia ideału, co tak bardzo do niej pasowało. Ile razy siedziałyśmy tak przed laty? Ile razy ten strych był świadkiem naszych cichych lekcji życia, ukrytych pod płaszczem nauki o przyrodzie?
Zamrugałam, czując przypływ wieczornej nostalgii i… Wtedy to zobaczyłam…  W migotliwym, niepewnym świetle świec coś błysnęło - krótki, wyraźny refleks złota na ułamek sekundy rozdarł mrok panujący między nami - moje spojrzenie, dotychczas skupione na fioletowych kwiatach, zsunęło się niżej, na jej palce spoczywające na krawędzi skrzyni. Moje serce na moment zamarło, a potem uderzyło nieco mocniej, ciepłą falą rozchodzącą się po piersi, która w kolejnej chwili rozlała się również po moich żyłach niczym łyk dobrej nalewki. Przez głowę przemknął mi korowód pytań, wspomnień i domysłów, ale nie pozwoliłam, by choć jedno z nich uciekło przez moje usta, nie teraz, to był jej moment, cisza i jej radość, którą emanowała tak wyraźnie, jak gdyby sama błyszczała złocistym blaskiem. Złoto na jej dłoni wyglądało naturalnie, jakby zawsze tam było, czekając na właściwy moment, by objawić się w mdłym świetle tego strychu.
- To widać… Naprawdę to widać. - Odpowiedziałam, nawiązując do jej słów i odwzajemniając uśmiech, choć mój był może nieco bardziej zamyślony. Cokolwiek działo się w jej życiu, cokolwiek oznaczało to nagłe wywrócenie rzeczywistości do góry nogami, oderwanie się od ziemi i dryfowanie w powietrzu, cieszyłam się jej aurą, tym blaskiem w oku, który dawno nie był tak wyraźny. Spokój stał się dzisiaj towarem deficytowym, zwłaszcza w takim mieście jak to, lecz dziś ściany nasiąknięte zapachem ziół i starego drewna zacieśniały wokół nas ochronny krąg - wszak spokojny duch to najsilniejszy fundament dla każdego rytuału, nawet tak prostego jak suszenie ziół ochronnych.
Cisza, która zapadła na strychu, nagle wydała mi się inna - pełniejsza, cięższa od pytań, które cisnęły mi się na usta, mieszając się z lekkim ukłuciem zaskoczenia, że ten fakt umknął mi w pierwszej chwili naszego spotkania. Zdziwienie uderzyło mnie nagle, jak chłodny powiew wpadający przez nieszczelne okno, ale natychmiast zostało zastąpione przez głęboką, ciepłą satysfakcję. Byłam zadowolona, bardzo zadowolona, bowiem to, co znalazło się na jej palcu, dało mi jasną odpowiedź, pasowało do tego spokoju, o którym mówiła, i do wszystkich ostatnich znaków. Nie wiedziałam, kiedy tak bardzo zmieniła swoje życie, nie powiedziała mi jeszcze o niczym, a jednak widok tego kruszcu na jej palcu wydawał się tak naturalny, jakby był tam od zawsze.
- Twoje serce rzeczywiście wydaje się być na właściwym miejscu. - Spojrzałam na pęczek, po czym podniosłam wzrok, patrząc jej prosto w oczy. Jeszcze kilka dni temu były zaczerwienione i matowe, dziś bił od nich nowy blask - w ich głębi widziałam odbicie płomieni świec i tę samą mądrość, którą widywałam w lustrze, chociaż u niej była ona jeszcze niezmącona dzielącymi nas dekadami trudów życia. - Zróbmy kolejny pęczek, jeśli pozwolisz, tylko tym razem weź bylicę. Ona wymaga jeszcze więcej cierpliwości, ale wiem, że dzisiaj masz jej pod dostatkiem. - Zaproponowałam, unosząc przy tym brew i mierząc ją bardziej przekornym spojrzeniem niż przedtem, jakbym oczekiwała, że zareaguje na ten komentarz, bowiem trudno było nie dostrzec, jak dalekie to było od prawdy - zawsze była opanowana, to fakt, jednak dzisiaj zdawała się mieć w sobie pokłady energii wykluczające siedzenie w całkowitej ciszy, po turecku i bez gadania. Była w formie, której dawno u niej nie widziałam - tej, która pozwalała jej nie tylko przetrwać, ale i rozkwitać - pewna siebie, obecna tu i teraz, nie duchem w szpitalnych korytarzach czy skomplikowanych konwenansach. To była ta Prudence, którą dom kochał najbardziej.
W końcu równowaga to jedyna rzecz, której warto szukać, niezależnie od tego, czy wiążesz zioła, czy własne życie…
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#4
11.03.2026, 19:48  ✶  

Nigdy nie odczuwała większej potrzeby, aby zajmować się roślinami. Leżało to poza obszarem jej zainteresowań, kiedy jednak pojawiła się okazja, aby wesprzeć w czymś Ellie chętnie się tym zajęła. To, że nie była w tej dziedzinie specjalistką wcale nie sugerowało, że potraktuje to zajęcie po macoszemu. Tak już miała, że we wszystko angażowała się z odpowiednim podejściem. Nie znosiła bylejakości, uważała, że jeśli już się za coś zabiera, to warto jest robić to dobrze.

Być może, kiedyś w dalekiej przyszłości również poczuje, że jest to moment, w którym powinna zajmować się takimi rzeczami, być może zamarzy o tym, aby mieć swój własny ogród, rośliny, nie mogła tego przewidzieć, w końcu w życiu nic nie było stałe, pasje pojawiały się i znikały, nie mogła mieć co do tego pewności. Odkąd pamiętała Ellie sprawiało to przyjemność, nigdy jednak nie pytała, czy było tak od zawsze, czy w pewnej chwili po prostu poczuła, że chce zacząć się tym zajmować. Nie miała wątpliwości co do tego, że taka praca bardzo skutecznie pozwalała się odprężyć, nie trzeba było przy niej myśleć, skupiało się na tu i teraz, co często było mile widziane, zwłaszcza dla kogoś kto bardzo głośno myślał i często było mu się nawet na chwilę zatrzymać.

Nie obawiała się kurzu, czy ziemi, nie miała problemu z tym, aby nieco się ubrudzić, nie należała do tych osób, którym przeszkadzałaby drobna skaza na ich ubraniu, raczej uważała to za całkiem miło spędzone popołudnie, tak właściwie to już wieczór, bo słońce zdążyło już się schować, to księżyc wisiał na niebie, a jego blask delikatnie oświetlał strych.

Nie było niczym wyjątkowym to, że uważnie słuchała tego, co mówiła kobieta, o czym by nie mówiła zawsze to robiła. Kiedy ktoś oferował jej wskazówki, to je chłonęła, wiedziała, że często wiedza praktyczna jest dużo bardziej przydatna od tej teoretycznej, którą mogła wyczytać z książek. Babcia miała ogromne doświadczenie, w bardzo różnych dziedzinach, więc chętnie z niego korzystała, kto wie, kiedy mogły jej się przydać mądrości Ellie. Od zawsze tak miała, łączyła ją z kobietą naprawdę silna więź.

- Co racja, to racja, trzeba odpowiednio zadbać o przygotowanie. - Nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości, warto było poświęcić czas w tych pierwszych krokach, aby później wszystko szło gładko.

Bardzo skrupulatnie więc zaczęła oglądać rośliny i pozbywać się liści, które nie powinny zostać ususzone. Była dokładna, jak zawsze, jej ruchy były pewne, wydawać się mogło na pierwszy rzut oka, że doskonale wie, co robi, chociaż wcale nie była jakoś szczególnie z tym zaznajomiona. Pewność ruchów wynikała z tego, że większość dorosłego życia spędziła krojąc ludzi, tych żywych, czy martwych - nie mogła sobie pozwalać na drżenie dłoni.

- Magia potrzebuje równowagi. - Zgodziła się z kobietą, skrajności nigdy nie przynosiły niczego dobrego, czy to w magii, czy to w życiu, warto było znaleźć jakiś złoty środek. Nie podniosła wzroku znad stołu, nadal zajmowała się liśćmi, podchodziła do tego bardzo poważnie, bo przecież te rośliny miały później służyć Ellie w wielu sprawach. Musiała zadbać o to, aby zająć się wszystkim odpowiednio, dość istotnym było to, aby nie zaszkodziła przez swoje zaangażowanie.

Zaczęła składać bukiet, według wskazówek babci, uważnie się mu przyglądała, by upewnić się, iż wszystko jest, jak powinno, tak jak Ellie ją poinstruowała. Kiedy wydawało jej się, że bukiet jest odpowiednio złożony związała go sznurkiem. Nie wyglądał najgorzej, przynajmniej tak się jej wydawało. Poświęciła temu trochę czasu, ale uważała, że lepiej jest to zrobić, niż nie być do końca zadowolonym z otrzymanego efektu. Na pewno jej dzieło nie dorównywało tym babci, jednak była zadowolona z efektu.

- Muszę mieć pewną rękę, gdy kroję ciała, jednak lata pracy w zawodzie robią swoje, cieszę się, że nie wyszło najgorzej. - Babcia doceniła to, co zrobiła, usłyszenie komplementu zawsze dodawało skrzydeł, była więc pełna entuzjazmu co do dalszej pracy. Skoro pierwszy bukiet wyszedł nieźle z kolejnym powinno pójść jej raczej łatwiej, bo nabyła już pewnego doświadczenia.

Uśmiechnęła się do siebie, kiedy kobieta wspomniała, że widać po niej, że jej serce jest spokojne. Nie myślała o tym wcześniej, ale na pewno nie dało się nie zauważyć zmiany w jej zachowaniu, zwłaszcza kiedy kontrast między tą, a ostatnią wizytą w tym domu był taki wyraźny. Nie zauważyła, że kobieta miała szansę dostrzec złoto, które błysnęło w świetle, obserwowała rośliny, które znajdowały się na stole. Obrączka, którą miała na palcu zupełnie jej nie ciążyła, jakby nie była niczym nowym, tylko była tam od lat.

- Czyli teraz czeka mnie poważniejsze wyzwanie? - Przeniosła wzrok na bylicę, która faktycznie wydawała się być nieco bardziej wymagającą rośliną. Nie, żeby ją to odstraszyło, Prue lubiła rozwijać swoje umiejętności, a skoro nadarzyła się ku temu okazja, to nie widziała powodu, aby tego nie robić. Sięgnęła po rośliny, jej łodygi były twardsze, musiała dać z siebie nieco więcej siły, aby usunąć liście, które mogły zaburzyć proces suszenia. Bardzo powoli, ostrożnie wzięła się więc do pracy. Oglądała je uważnie, z każdej strony, pozbywała się tych niepotrzebnych. W końcu znowu doszła do etapu, w którym miała wyrównać bukiet, stuknęła nim o blat i zaczęła wiązać sznurkiem. Starała się, by to wiązanie nie było ani zbyt ciasne, ani luźne, znowu próbowała to wyważyć. Zajęło jej to wszystko nieco dłużej, niż w pierwszym przypadku, jednak babcia uprzedziła ją, że będzie trudniej, oczywiście, że jak zawsze miała rację.

- Mam nadzieję, że nie przeceniłaś mojej cierpliwości. - Dodała jeszcze, bo naprawdę nie chciała jej rozczarować.


Rzut O 1d100 - 54
Slaby sukces...
na rzemiosło i tworzenie bukietu


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#5
12.03.2026, 14:31  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.03.2026, 14:34 przez Bard Beedle.)  
Strych wypełniał się powoli zapachem świeżych ziół, który z każdą minutą robił się cięższy i bardziej złożony, mieszając się z naturalnymi nutami zapachowymi wypełniającymi to pomieszczenie już od lat. Zeszłoroczna lawenda wisiała w równych rzędach pod krokwiami, jej fiolet już dawno wyblakł do matowego srebra, ale aromat wciąż był ciepły, niemal słodki. Obok niej wisiała jeszcze starsza szałwia, pachniała ostrzej, bardziej ziemiście, a gdzieś dalej, przy samej ścianie, suszyły się stare pęki bylicy, które zostawiłam tu jeszcze zeszłej jesieni. Siedziałam przy skrzyni, naprzeciw Prudence, przyglądając się świecy rzucającej bursztynowe światło na nasze sylwetki - ta oprawa była doskonała do takiej pracy - nie za jasna, nie męcząca, lecz jednocześnie na tyle silna, żeby zobaczyć każdy liść i każdą niedoskonałość łodygi. Uśmiechnęłam się pod nosem, niemal niezauważalnie.
- Równowaga to jedyna rzecz, która naprawdę działa. - Powiedziałam spokojnie. - W magii, w pracy… I w życiu. - Nie musiałam rozwijać tej myśli - wiedziałam, że zrozumie.
Przez kilka minut słychać było tylko szelest liści i ciche stukanie łodyg o drewniany blat, kiedy wyrównywała rośliny. Gdy skończyła pierwszy pęk i pokazała mi efekt swojej pracy, pochyliłam się nad stołem i przyjrzałam się mu uważnie - nie tylko przelotnie, lecz naprawdę dokładnie, może nawet trochę teatralnie badawczo - przesunęłam palcami po łodygach, sprawdziłam wiązanie, odwróciłam pęczek, a na mojej twarzy pojawił się powolny, zadowolony uśmiech. Całość była stabilna, dobrze związana, roślina miała przestrzeń do schnięcia, lecz była na tyle mocno ściśnięta, że nie miała gubić schnących fragmentów.
Spojrzałam na nią z cieniem rozbawienia - doskonale wiedziałam, w czym się odnajdywała, szanowałam to, nawet jeśli sama nie wybrałabym tego zawodu, wiedziałam też, że ta konkretna praca w jej wykonaniu wymagała dłoni, które się nie wahają i znacznie większego skupienia, niż u większości ludzi. Widmowidzenie było w tym fachu jednoczesnym błogosławieństwem i przekleństwem, nie musiałam sprawdzać tego na własną rękę, by zdawać sobie z tego sprawę.
- Tak. - Odpowiedziałam spokojnie na jej pytanie, przesuwając kilka łodyg bliżej lampy, żeby lepiej widzieć ich strukturę. - Bylica jest bardziej wymagająca. - Skinęłam lekko głową, bardziej do siebie niż do niej. - Oczyszcza głębiej niż szałwia. Używa się jej tam, gdzie coś siedzi w miejscu od dawna. W starych domach. Po chorobie. Po kłótniach, które zostawiły po sobie więcej niż tylko słowa. - Podjęłam po chwili. - Niektórzy uważają, że tylko oczyszcza przestrzeń. - Uśmiechnęłam się lekko, sięgając po gałązkę. - Mało kto ma wiedzę, że odpowiednio przygotowana, pokazuje rzeczy, które ktoś bardzo starał się ukryć. - Obskubując kilka listków, zatrzymałam palce na łodydze i spojrzałam na nią spokojnie. - Dlatego jest większym wyzwaniem. Jeśli zwiążesz ją zbyt ciasno, zacznie czernieć od środka. Jeśli zostawisz zbyt luźno, rozpadnie się zanim zdąży wyschnąć. Musi wyschnąć szybko, ale nie gwałtownie. - Podniosłam jeden z wcześniej przygotowanych pęków i przesunęłam go trochę dalej na stole, robiąc miejsce na jej pracę, uniosłam lekko brew i spojrzałam na nią kątem oka. - A później, jeśli ktoś źle ją przygotował, kiedy przychodzi czas okadzania, potrafi palić się nierówno i tracić swój potencjał.
Sięgnęłam po kawałek lnianego sznurka i zaczęłam powoli wiązać jeden z własnych pęków. Bylica rzeczywiście nie była tak wyrozumiała jak szałwia czy lawenda, ta roślina była kapryśniejsza, jej łodygi łatwo się łamały, nawet świeże fragmenty potrafiły się kruszyć, jeśli ktoś był zbyt niecierpliwy. Kiedy Prue związała sznurek, na chwilę przerwałam własną pracę, sięgnęłam po gotowy pęk i przez chwilę oglądałam go w świetle lampy - liście były w większości całe, wiązanie równe, może odrobinę zbyt ostrożne, ale to była wada, którą łatwo było wybaczyć - uniosłam kącik ust i skinęłam tylko głową, powoli, z uznaniem, które poza salą sądową rzadko ubierałam w wielkie słowa. Większość ludzi chciała od razu widzieć efekt, a to przecież przygotowanie decydowało, czy coś będzie użyteczne, czy tylko ładnie wyglądało przez chwilę. Wiedziałam jednak, że Prudie nie należała do tych osób, które robiły cokolwiek połowicznie, wystarczyło spojrzeć na jej dłonie, na sposób, w jaki poruszała palcami, oddzielając dobre liście od tych, które należało odrzucić, a potem wiążąc je lnianym sznurem. Może nie uważała się za zielarkę, nawet hobbystyczną, lecz było w tym coś znajomego - precyzja, pewność ruchu, skupienie tak głębokie, że świat poza stołem przestawał istnieć, nawet wtedy, kiedy jej myśli zdecydowanie miały drogi ucieczki ku czemuś zupełnie innemu, niż przygotowywanie kadzideł u boku starszej pani.
- Nieźle. - Mruknęłam w końcu. - Wcale nie najgorzej. - To było jedyne, co powiedziałam przez kilka sekund, potem poprawiłam węzeł, przesuwając go o centymetr niżej, żeby lepiej trzymał łodygi. - Widzisz? - Wskazałam miejsce palcem. - Bylica jest cięższa przy końcu. Jeśli zwiążesz ją tutaj, nie zacznie się rozchylać podczas suszenia. - Odłożyłam gotowy pęczek na stół. - Właściwie bardzo przyzwoicie ci idzie, jak na kogoś, kto całe życie kroi coś znacznie mniej pachnącego. - Nie wahałam się dodać, rzucając Prue jeszcze jeden subtelny uśmiech, nim kiwnęłam głową na pozostałe zbiory - czekało nas jeszcze kilka powtórzeń, ale to dobrze - nie lubiłam zbędnego pośpiechu, zwłaszcza wieczorami, poza tym świadomie dawałam wnuczce czas, by zebrała myśli o tym, w jaki sposób przekazać mi najświeższe wieści.

Księżyc wspiął się wyżej nad linię drzew, przez małe okno pod dachem wpadało jego blade światło, mieszając się z bursztynowym blaskiem lampionu stojącego na stole. W tym półmroku wszystko wydawało się spokojniejsze, wolniejsze, jakby czas postanowił na chwilę zwolnić, słychać było tylko cichy szelest łodyg przesuwanych po drewnianym blacie, skrzypienie starej belki gdzieś nad naszymi głowami i odległy szum miasta, które zawsze wydawało się żyć własnym rytmem, nawet wtedy, kiedy noc zapadała już na dobre. Przez dłuższą chwilę nic nie mówiłam, obserwując wnuczkę spokojnie - lubiłam ten moment pracy, gdy koszyk był jeszcze pełen luźnych roślin, ale ręce już zaczynały pamiętać powtarzalność czynności, zanim głowa zdążyła się nad nim zastanowić. Nie poprawiałam nic od razu, zamiast tego pozwoliłam jej dojść do własnego rytmu, skupiając się na własnych ziołach, i tylko czasem trącając któryś liść palcem albo wskazując drobnym ruchem miejsce, gdzie łodyga powinna zostać przycięta. Taka forma nauki zawsze była dla mnie najlepsza, zwłaszcza pomiędzy dwoma osobami, z których żadna nie była już nieporadnym dzieckiem ani wrażliwą młodą dorosłą - te czasy bezpowrotnie minęły, teraz siedziała obok mnie dojrzała kobieta podejmująca świadome decyzje, stojąca u progu własnego wejścia w tę samą rolę, w którą ja weszłam lata temu, lecz nie czułam się przez to stara, czułam się… Szczęśliwa.
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#6
12.03.2026, 20:10  ✶  

- Nie można temu zaprzeczyć. - Doskonale rozumiała, co Ellie miała na myśli. Zgadzały się, co do tego, niewątpliwie. Wszystko potrzebowało równowagi, warto było do niej dążyć. Nie rozwodziła się nad tym jakoś specjalnie, nie było ku temu potrzeby. Zamiast tego zajęła się tym, po co się tutaj znalazła. Ostrożnie separowała nieodpowiednie liście od tych właściwych, przeglądała pojedyncze rośliny bardzo dokładnie, aby wykonać jak najlepiej powierzone jej zadanie. Ku jej własnemu zaskoczeniu całkiem szybko się w tym odnalazła, z każdą, kolejną rośliną szło jej coraz lepiej, aż w końcu stworzyła bukiet, jak najlepiej potrafiła. Okazało się, że całkiem nieźle jej poszło, a to zachęcało do tworzenia kolejnych bukietów.

- To ciekawe, powinnam częściej pomagać Ci z roślinami, widać sporo jeszcze mogę się nauczyć o ich właściwościach. - Jej wiedza opierała się przede wszystkim na tym w jaki sposób mogła z nich korzystać w pracy, a to była tylko drobna część tego, co mogło jej się przydać. Ellie nie miała problemu z dzieleniem się z nią swoim doświadczeniem, a zdecydowanie miała go sporo. Nie sądziła, aby mogła uzupełnić swoją wiedzę w lepszy sposób. Potrzeby zmieniały się wraz z wiekiem, może przyszedł czas w którym powinna głębiej zainteresować się tematem.

- To nie brzmi szczególnie obiecująco, mam nadzieję i że z tym trudniejszym przypadkiem sobie poradzę, szkoda by było, żeby Twoje rośliny nie spełniły swojej roli przez nieodpowiednie przygotowanie asystentki. - Dodała jeszcze. Nie zamierzała jednak odpuścić, wręcz przeciwnie - pracowała z bylicą jeszcze wolniej, nieco ostrożniej, brała pod uwagę słowa babci, potrafiła mierzyć swoje siły na zamiary, nie chciała jej w końcu zaszkodzić. Skoro miała jej pomóc, to wypadało, aby zrobiła to dobrze, głupio by jej było, gdyby kobieta musiała jeszcze po niej poprawiać. Właśnie dlatego jej ruchy były jeszcze spokojniejsze, bardziej opanowane. - Cóż, za jakiś czas moje poczynania zostaną zweryfikowane, mam nadzieję, że nie okaże się przy tym, jak z nich skorzystasz, że się nie udało. - Szkoda by było, żeby zmarnowała potencjał tych roślin, nie nastawiała się jednak negatywnie, robiła, co mogła, żeby odpowiednio ją przygotować do suszenia. Naprawdę się przykładała do każdego, nawet najdrobniejszego ruchu, oglądała dokładnie każdą łodygę, każdy liść. Nie myślała przy tym zupełnie o niczym, zupełnie się wyciszyła i to było naprawdę przyjemnym doświadczeniem. Niezbyt często pozwalała sobie na podobne momenty.

Nie do końca była zadowolona z efektu swojej pracy, miała wrażenie, że mogło pójść lepiej, ale skoro Ellie mówiła, że było nieźle, to pewnie miała rację, nie sądziła, żeby ją okłamała, nie należała do tych osób, które słodziły, bo tak wypadało. Zawsze była szczera, przyglądała się uważnie, jak babcia poprawiała węzeł, zmrużyła przy tym oczy, skupiła się bardzo mocno, by zapamiętać dokładnie ten punkt, w którym ona łączyła ze sobą łodygi. Przy kolejnej próbie miała zamiar powtórzyć ten ruch.

- Tak, teraz to widzę, spróbuję jeszcze raz. - Powtarzalność pomagała się wprawić w umiejętności, więc zamierzała złożyć jeszcze kilka pęczków, aby dojść do perfekcji. Miała świadomość, że to nie przychodziło bez konkretnej pracy włożonej w naukę. Zdawała sobie sprawę z tego, że z każdym, kolejnym bukietem będzie jej szło coraz lepiej, a przynajmniej na to się nastawiała.

- Dziękuję, bywają takie momenty, kiedy wszystko zaczyna się samo układać, najwyraźniej dotyczy to również pęczków roślin. - Wiele w końcu zależało od nastroju, a ten jej powodował, że wszystko jakoś łatwiej jej przychodziło. W końcu odnalazła spokój, co było widać na każdej płaszczyźnie. Nie ukrywała tego wcale, nie widziała takiej potrzeby, emanowała szczęściem.

Sięgnęła po kolejne rośliny, zaczęła ponownie składać pęczek, nadal robiła to ostrożnie, może nieco zbyt wolno, ale dokładność i precyzja były dla niej naprawdę istotne. W końcu znowu stuknęła łodygami o skrzynię, by ułożyć je równo, aż sięgnęła po sznurek, aby związać go w tym samym miejscu, w którym zrobiła to Ellie - odtworzyła z pamięci jej ruch, liczyła na to, że dzięki temu zbliży się do perfekcji. Gdy kobieta czasem trącała palcem któryś z liści, przyglądała się tym gestom, dzięki temu wiedziała, co zdarzało jej się przegapić, nauka przychodziła jej całkiem gładko, najłatwiej było jej zapamiętywać wszystko, kiedy mogła zobaczyć w praktyce co robiła nie do końca odpowiednio.


Rzut O 1d100 - 27
Akcja nieudana
na rzemiosło, dalej składam

Uniosła głowę znad skrzyni i przeniosła wzrok na kobietę, stwierdziła, że jest to odpowiedni moment, aby się odezwać. - Wiesz, miałaś rację, zawsze masz we wszystkim rację. - Zaczęła mówić, może nieco nieskładnie, ale sądziła, że Ellie odpowiednio odczyta jej słowa. - Nie wiem, co bym zrobiła bez Twoich rad. - Doceniała to, że były ze sobą blisko, że nie musiała niczego przed nią ukrywać, że zawsze mogła podzielić się z babcią każdą swoją wątpliwością, ona nigdy jej nie ignorowała, nie lekceważyła, wręcz przeciwnie wyciągała te swoje złote myśli, które ratowały jej skórę.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#7
13.03.2026, 00:10  ✶  
Strych mojego domu był cichy i spokojny, jak zawsze, tylko od czasu do czasu coś zaskrzypiało w belkach, zawieszone pod krokwiami pęki lawendy i innych ziół kołysały się powoli w lekkim przeciągu, ich zapach był już tak gęsty, że można było niemal poczuć go na języku. Zawsze przypominał mi jesień i wszystkie rzeczy, które w tej porze roku należało uporządkować. Patrzyłam z aprobatą na Prudence, widząc, jak powoli odnajdywała swój własny rytm pracy - robiła wszystko tak, jak jej pokazałam - wyrównywała łodygi, stukała nimi o skrzynię, sięgała po sznurek i próbowała odtworzyć dokładnie ten sam ruch. W tym wszystkim było coś znajomego, ten sam rodzaj skupienia widywałam u niej wiele razy, jeszcze kiedy była młodsza, więc nie zamierzałam jej odbierać przyjemności z bycia niezależną. Siedziałam po drugiej stronie stołu i pozwalałam jej pracować po swojemu, nie poprawiałam od razu każdego błędu, nie wtrącałam się w każdy liść, który odsunęła na bok, miała ku temu naturalne predyspozycje, jej dłonie nie były nerwowe, nie szarpała roślin, nie próbowała przyspieszać, każdą gałązkę oglądała tak, jakby rzeczywiście miała znaczenie. Zawsze uważałam, iż zadania manualne uczyły cierpliwości lepiej niż jakiekolwiek słowa, mówione czy pisane, a człowiek najlepiej zapamiętywał to, co musiał odkryć sam.
- Wbrew temu, co wielu próbuje nam wmówić, świat nie wymaga, żebyśmy przechowywali wszystko, co się trafi. Niektóre rzeczy istnieją tylko po to, żebyśmy nauczyli się je wyrzucać bez sentymentu. - Tyczyło się to całego świata naturalnego, również nas i całego kręgu naszego życia - ludzie zbyt często próbowali ratować wszystko, każdą relację, każdy błąd, każde pęknięcie, nawet jeśli nie powinni byli tego robić. - Jeśli uznam je za niewłaściwe, po prostu wrzucę je do kominka. - Wzruszyłam ramionami na wzmiankę o pracy mojej asystentki, chociaż leciutko się przy tym uśmiechnęłam, bo przecież miałam naprawdę dobry humor i zdecydowany nadmiar roślin, które mogłyśmy poświęcić dla nauki. Nie było, czym się przejmować, zupełnie nie. - Jeżeli coś jest chore, zgniłe albo po prostu nie nadaje się do tego, do czego powinno służyć, nie ma sensu trzymać tego z przyzwyczajenia. - Nie musiałam dodawać niczego więcej, co było oczywiste dla nas obu - zwłaszcza, że jeżeli potrafisz bez żalu rozwiązać zły węzeł i zacząć od nowa, w końcu zostają tylko te rzeczy, które naprawdę warto zachować - Prudie nie była już małą dziewczynką, teraz rozmawiała ze mną dorosła kobieta, więc mogłam być z nią całkowicie szczera, bez owijania w bawełnę i wieszania krzywych obrazków na lodówce. Obie wierzyłyśmy w jakiś rodzaj perfekcji, nie zadowalałyśmy się półśrodkiem, więc nie musiała się martwić, że coś, co wyjdzie spod jej dłoni okaże się nieskuteczne - byłam pewna, iż tak nie będzie, ale w razie czego zawsze mogłyśmy dokonać kolejnej selekcji i pozbyć się odrobinę gorszych wiązek. Nie bez powodu zawsze tworzyłam je w nadmiarze, ja też nie byłam doskonałym twórcą kadzideł, lecz liczyła się intencja, a zioła, zwłaszcza bylica, potrafiły zdradzić każdego, kto choć na chwilę stracił uwagę.
Wielu ludzi na tym etapie odłożyłoby sznurek, zadowolonych z pierwszego bardzo udanego rezultatu, Prudence natomiast od razu zaczęła budować następne kadzidło, jakby chciała sprawdzić samą siebie - nie było to dla mnie zdziwieniem - gdy uczyła się czegoś nowego, świat wokół przestawał istnieć, to była uparta dokładność kobiet z naszej rodziny, która często nie pozwalała nam zostawić rzeczy „wystarczająco dobrej”. Przesunęłam kilka łodyg szałwii dalej od nas, robiąc jej więcej miejsca, by mogła swobodnie poruszać dłońmi, nie przejmując się, że coś zrzuci. Na stole rosła powoli mała sterta naszych wspólnych wyrobów - jedne były równe, inne mniej, kilka wyglądało całkiem dobrze, kilka trochę zbyt ciężko przy końcach.
- Nic tak dobrze nie uczy o właściwościach roślin, jak praktyka. Jeżeli naprawdę chcesz się tego nauczyć, to masz gdzie. - Dodałam spokojnie, bez cienia wahania, i odsunęłam kilka łodyg szałwii bliżej krawędzi stołu, porządkując je odruchowo, jak robiłam to zawsze, gdy myślałam o czymś chwilę dłużej. - Jeśli będziesz chciała przychodzić częściej, dobrze wiesz, że drzwi są otwarte, ale nie musisz się spieszyć. - Lekko uniosłam brodę, wskazując belki nad naszymi głowami - dziesiątki pęków ziół wisiały tam w półmroku, kołysząc się delikatnie w przeciągu. - Ten strych nie powstał w jeden sezon. - Moje palce przesunęły się po starym stole ze skrzyni, po drobnych rysach, które zostawiły lata pracy.
Na wzmiankę o tym, że zawsze mam rację, parsknęłam cicho, przez moment spojrzałam na nią uważniej, tym spokojnym, badawczym spojrzeniem, które zawsze pojawiało się, kiedy próbowałam zobaczyć coś głębiej niż powierzchnię słów. Przez chwilę patrzyłam na jej dłonie, na to, jak ostrożnie układała kolejne rośliny - zauważyłam już wcześniej błysk złota na jej palcu, nie powiedziałam o tym ani słowa, ale ten widok miał swoją wagę - czasem wystarczał jeden drobny szczegół, żeby zobaczyć, jak bardzo czyjeś życie się zmieniło.
- Och, nie przesadzajmy. - Mruknęłam, podniosłam z kosza kilka gałązek lawendy i zaczęłam powoli oczyszczać je z dolnych liści. - Gdybym zawsze miała rację, świat byłby znacznie nudniejszym miejscem.
Lampka stojąca na stole zadrżała lekko, kiedy przypadkiem stuknęłam kolanem o skrzynię, ruch powietrza poruszył płomieniem, światło zatańczyło po naszych sylwetkach, drewnianych belkach i po wiszących pękach ziół, a wreszcie także po najświeższym gotowym pęku w dłoniach Prue. Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało poprawnie, łodygi były równe, sznurek zawiązany mniej więcej w tym samym miejscu, które jej pokazałam, a jednak coś w nim nie grało - rośliny pod tym względem trochę przypominały ludzi - z zewnątrz wszystko mogło wyglądać w porządku, a dopiero kiedy przyjrzało im się bliżej, widziało się, że coś nie będzie działało tak, jak powinno. Tu też nie od razu wszystko było jasne, należało wziąć pęczek do ręki i sprawdzić go manualnie, sięgnęłam więc po niego bez pośpiechu, obracając go w palcach.
- Hm. - To ciche mruknięcie nie było ani krytyką, ani pochwałą, a po prostu stwierdzeniem faktu, którego nie poszerzyłam, bo czasem najlepszą nauką było pozwolić komuś spróbować samemu dojść do właściwych wniosków, ja tylko przesunęłam jeszcze palcem po łodygach i lekko potrząsnęłam pękiem - dwie gałązki bylicy natychmiast wysunęły się spod sznurka i opadły na stół. Odłożyłam pęczek, kładąc go przy ręce wnuczki, aby sama mogła przeanalizować układ gałązek i poprawić wiązanie.
Aby zająć czymś dłonie, przesunęłam opuszkami po stole, zbierając kilka opadłych listków bylicy. Nie musiałam na nią patrzeć, gdy wypowiadałam kolejne słowa - wiedza nie była czymś, co trzymało się dla siebie w zamkniętej szufladzie, ale obie widziałyśmy, że nie była typem, który pozwalał, żeby ktoś myślał za niego.
- Wiesz… Rady są coś warte tylko wtedy, kiedy ktoś chce ich słuchać. - Nie było w tym ani odrobiny kokieterii, docenienie zawsze było czymś cennym, nawet jeśli nie mówiło się o tym głośno, a z wiekiem człowiek przestawał udawać, że nie potrzebuje takich słów,
Uśmiechnęłam się lekko, strzepując resztki roślin do kosza na odpadki, dopiero kiedy skończyłam, oparłam się znowu o stół i skrzyżowałam ramiona, posyłając Prue kolejne spojrzenie.
- Poza tym - dodałam - naprawdę rzadko potrzebujesz mojego faktycznego wsparcia.
W świetle lampy jej twarz była spokojna, rozjaśniona tym cichym szczęściem, które nosiła dziś ze sobą od chwili, gdy przekroczyła furtkę.
- W przeciwieństwie do niektórych z tej rodziny, ty zawsze przychodziłaś zapytać, zanim zdążyłaś zrobić coś naprawdę głupiego. - Sięgnęłam po pęk lawendy i zaczęłam go wiązać, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie.
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#8
13.03.2026, 18:02  ✶  

Dla niektórych pewnie wiązanie pęków roślin mogło się wydać na dłuższą metę nurzące, ona jednak czerpała z tego sporą przyjemność. Rzadko kiedy angażowała się w manualne czynności, nigdy nie były jej szczególnie bliskie, być może było to błędem, bo zauważyła, że przynosi jej to ogromną satysfakcję. Widziała zmniejszającą się ilość roślin w koszu i kolejne bukiety, które zostały przez nie stworzone. Całkiem miło było widzieć od razu efekt swojej pracy. Ellie nie wtrącała się w to, co robiła Prudence, doceniała to zaufanie, kobieta nie należała do tych, które stały nad głową i komentowały każdy ruch. Jej zdaniem był to najlepszy sposób na naukę, dzięki temu mogła mieć odrobinę kontroli nad tym co robiła, mogła znaleźć swój własny sposób na wiązania.

- Tak, to prawda, nie można usilnie trzymać ich tylko dlatego, że istnieją. Trzeba się nauczyć i tego. - Zgodziła się z kobietą, chociaż sama miała tendencje do przechowywania rzeczy o których pewnie nikt nawet by nie pomyślał. - Nawet jeśli tak mówisz nie zmieni to faktu, że będę się im dokładnie przyglądać. - Najwyraźniej kobieta nie miała najmniejszego problemu z tym, że jej wnuczka mogła cos spektakularnie popsuć, brała pod uwagę ewentualne straty, mimo tego, że o tym wspomniała nie zmieniało to podejścia Prue do powierzonego jej zadania. Nie uważała, aby było to argumentem ku temu, żeby się mniej starać.

- Fakt, to jest zupełnie niepotrzebne, może przynieś więcej szkody, niż pożytku. - Zgodziła się z nią, a jakżeby inaczej, wiedziała, że to, co mówi Elle ma sens. Nie było potrzeby usilnie trzymać przy sobie czegoś tylko dlatego, że istniało, lepiej było zrobić miejsce na coś innego.

Nie osiadła na laurach po swoim pierwszym sukcesie, postanowiła doskonalić tę umiejętność, dojście do perfekcji było wymagające, a ona lubiła mieć świadomość tego, że robi coś najlepiej, jak tylko się da. Być może było to nie do końca najlepsze nastawienie, bo nie da się być świetnym we wszystkim, ale taki już był jej charakter. Właśnie dlatego powoli i starannie układała kolejne pęki. Było ich coraz więcej, bo robiły to wspólnie, dzięki czemu szło dużo szybciej. Była całkiem zadowolona z efektu jaki uzyskiwała, powinna jeszcze nieco popracować nad tempem pracy, jednak aktualnie bardziej skupiała się na dokładności, co wymagało nieco więcej uwagi.

- Wiem, że mam gdzie i pewnie skorzystam z tej propozycji, nie sądziłam, że to może być takie przyjemne. - Dodała jeszcze, bo naprawdę całkiem miło ją to zaskoczyło. Nie spodziewała się tego, że podobne zajęcie może jej sprawić przyjemność, jak widać ciągle nie wszystko było dla niej takie oczywiste, mimo tego, że żyła na tym świecie już ponad trzydzieści lat.

- Gdybyś miała w planach jakieś prace z roślinami to daj mi znać, być może akurat będę wolna. - Zapewne Ellie miała w tym jakiś swój rytm, więc mogła po prostu pojawiać się wtedy, kiedy ona akurat będzie się tym zajmowała. Lubiła się uczyć, więc propozycja wydawała się jej być jedną z tych nie do odrzucenia, a że do tego uwielbiała spędzać czas z babcią, cóż nie mogłoby być lepiej.

- Zapomniałam o tym, że nie znosisz nudy. - Ellie była wyjątkowym człowiekiem. Prudence podziwiała ją na swój sposób, ceniła jej podejście do życia, chociaż mogłoby się wydawać, że raczej sporo je dzieli w pewnych gestiach.

Ona sama ceniła sobie stałość i spokój, babcia była nieco bardziej rozrywkowa od niej, co pewnie nie świadczyło najlepiej o Prue, bo miała wrażenie, że w życiu Ellie dzieje się o wiele więcej niż w jej, a powinno być chyba na odwrót zważając na ich wiek.

Kolejny bukiet nie do końca spełnił oczekiwania Prudence, chyba babcia się z tym zgodziła, bo nie umknął jej ten dźwięk, który wydała. Nie skomentowała tego, że nie do końca wyszło jej wiązanie, zamiast tego przesunęła pęk w jej stronę, aby mogła go poprawić. Nie zwlekała z tą czynnością, od razu się do tego zabrała. Błędy się zdarzały, nawet najlepszym - starała się pocieszyć w ten sposób. Jedno niepowodzenie nie miało zmienić jej nastawienia do tego zajęcia.

- Co racja, to racja, nie wszyscy lubią to robić. - Zdawała sobie sprawę, że niektórzy woleli się poparzyć kilka razy zamiast wysłuchiwać tego, co miały do powiedzenia inne osoby. Ona nie bała się przychodzić po pomoc, rozmawiać, dzięki temu mogła spoglądać na problemy z różnych perspektyw, uważała to za naprawdę spore udogodnienie.

- Zazwyczaj przychodziłam, nie zawsze. - Poprawiła ją, nie wiedziała bowiem do końca, czy Ellie uzna to, co zrobiła ostatniej nocy za rozsądne, chociaż czy na pewno? Nie sądziła, że ją zruga i zarzuci jej nieodpowiedzialność, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nie była to tylko chwilowa zachcianka, a coś, czego pragnęła od bardzo dawna. - Czy uważasz za coś głupiego bardzo spontaniczne wyjście za mąż? - Zapytała zupełnie niewinnie. Nie oderwała wzroku od łodyg, którym się właśnie przyglądała, jakby to naprawdę nie było nic wielkiego.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#9
13.03.2026, 19:28  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.03.2026, 19:29 przez Bard Beedle.)  
Siedziałyśmy na strychu, w tym dusznym, kojącym zapachu schnącej szałwii, bylicy i lawendy, który zawsze kojarzył mi się z porządkowaniem życia. Moje palce, chociaż już nieco sztywne, wciąż sprawnie owijały dratwę wokół kruchych łodyżek. Prudence siedziała naprzeciwko, udając, że te nieszczęsne wiązanki do suszenia są najbardziej fascynującą rzeczą pod słońcem - być może rzeczywiście angażowała się w pracę, lecz z pewnością nie po to tu przyszła i obie to wiedziałyśmy - nie zamierzałam jednak niczego przyspieszać, czekałam aż sama wreszcie zabierze głos w sprawie tego, co było o niebo bardziej interesujące niż garście chabazi.
Więc gdy wreszcie rzuciła to pytanie, tak niby od niechcenia, jakby pytała, czy rano spadnie deszcz, poczułam, jak w kąciku moich ust zadrżał uśmiech. Rzecz jasna - stłumiłam go w zarodku, zachowując godność, której nauczyła mnie matka, a której nigdy nie potrafiłam do końca porzucić, nawet gdy klęłam pod nosem na widok źle posadzonych róż. Wyprostowałam plecy, po czym spojrzałam na Prudie spod uniesionej brwi, pilnując, by moja twarz pozostała maską łagodnego, babcinego zainteresowania, chociaż w środku aż mnie świerzbiło, żeby parsknąć śmiechem. Wygładziłam fartuch ogrodniczy, czując pod palcami szorstki materiał, i zacisnęłam mocniej sznurek na kadzidle z mieszanych ziół, które właśnie kończyłam wiązać.
- Czy uważam to za głupie? - Powtórzyłam powoli, przeciągając samogłoski, jakbym sama również się głęboko zastanawiała nad czysto teoretycznym problemem. - Cóż, kochanie, „głupota” to pojęcie bardzo elastyczne. Głupstwem jest kupowanie butów, które cię obcierają, tylko dlatego, że są ładne. Głupstwem jest wiara w to, że wieczni łgarze tym razem dotrzymają obietnicy. Ale wyjście za mąż? - Uśmiechnęłam się do siebie, wspominając pewny poranek sprzed pół wieku i pewnego upartego mężczyznę, o którym moja matka nie chciała słyszeć ani słowa. - Małżeństwo to zazwyczaj nieco grubsza sprawa, nie uważasz? - Spytałam, dobrze wiedząc, co robię... Wiedziałam też doskonale, co zrobiła ona - wiedziałam to tak naprawdę od momentu, gdy weszła do domu z tym specyficznym rodzajem blasku w oczach, z mieszanką absolutnego triumfu i ekscytacji ze zrobienia czegoś, co dla wielu byłoby „niewłaściwe”, ale nie zamierzałam jej ułatwiać sprawy. Nie po tym, jak przez tyle lat patrzyłam, jak ta dwójka odstawia ten żałosny taniec godowy godny dwóch upośledzonych żurawi. Więcej w tym było wyczekiwania niż w kolejce po chleb za wojny, a przecież życie jest za krótkie na bycie „rozsądną”, kiedy ma się kogoś, kto od dziecka wywraca ci świat do góry nogami.
- Moja droga, głupotą to jest wychodzenie za mąż z rozsądku za kogoś, kto budzi w tobie tyle emocji, co letnia herbata. - Odłożyłam gotowe kadzidło na stół i spojrzałam na nią wymownie, z błyskiem w oku, który mówił więcej, niż jakakolwiek dama powinna przyznać na głos. Patrzyła na te łodygi, jakby zawierały w sobie tajemnicę wszechświata, a przecież widziałam jej palce - w szczególności ten ze złotym krążkiem - drżały subtelnie, dokładnie tak samo, jak wtedy, gdy jako dziesięciolatka, razem z bratem, ukradła mi konfitury z piwnicy. - Jeśli pytasz mnie, czy kobieta jest idiotką, bo bierze to, co jej się prawnie od losu należy, to odpowiem ci krótko - nie. Idiotką byłaby, gdyby pozwoliła, żeby to, czego pragnie, wyślizgnęło się jej między palcami po raz kolejny, bo bała się, że sąsiedzi będą mieli o czym mleć ozorami przy płocie. - Wzruszyłam ramionami, bo przecież tylko niewinnie rozmawiałyśmy.
Moja krew, ta dziewczyna zawsze myślała, że potrafi przede mną coś ukryć, a przecież ja widziałam każde jej drgnienie serca, odkąd tylko nauczyła się biegać. Jeszcze kilka dni temu wylewała łzy w poduszkę, bo panicz znów zniknął jak kamfora, jednak teraz nagle serwowała mi tu niby niewinne, niby hipotetyczne pytania o „wyjście za mąż”. I to miało nie być podejrzane?
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#10
13.03.2026, 21:08  ✶  

Prudence jeszcze przez moment zajmowała się ziołami. Rzuciła to pytanie lekko, zupełnie od niechcenia, jakby wcale nie chodziło o decyzję, którą sama podjęła, jakby rozmawiały o kimś zupełnie obcym. Dopiero po chwili uniosła wzrok i spojrzała na swoją babcię. Jej oczy błyszczały, naprawdę emanowała szczęściem i nie mogła powstrzymać uśmiechu, który sam pojawiał się na jej twarzy. Doskonale zdawała sobie sprawę, że Ellie mogła dostrzec obrączkę na jej palcu, kiedy układała rośliny na tej skrzyni bardzo ułatwiła jej sprawę, kobieta jednak sama tego nie skomentowała, czekała, aż ona sama poruszy temat. Nic jej nie umykało, Prue nie wątpiła, że nie był to przypadek, że się nie odezwała. Dała jej czas na to, aby w końcu opowiedzieć jej o zmianach, które się wydarzyły. Filiżanka dokonała żywota z jakiegoś powodu, być może tym powodem było to, co zrobiła, ustaliły już przecież, że nic nie działo się bez przyczyny.

- Tak, uważam, że to nieco grubsza sprawa, aczkolwiek na pewno znalazłby się ktoś, kto postanowiłby to negować. - Łatwo można było komentować decyzje innych nie znając ich pobudek. Wiedziała, że ludzie lubili się skupiać na tym, co działo się u kogoś, dzięki temu ich problemy wydawały się być bardziej odległe.

Pokiwała twierdząco głową, kiedy usłyszała kolejne słowa, które padły z ust Ellie. - Co prawda to prawda, małżeństwa z rozsądku są objawem większej głupoty, dziwi mnie to, że nadal jest to praktykowane, wiesz? - Miała świadomość, że u czystokriwstych nie było to niczym wyjątkowym, często łączono ludzi w pary tylko dlatego, że widziano w tym niezły interes, na szczęście jej nigdy nie dotyczył ten problem. Miała wybór, co doceniała, mogło być dużo gorzej. Niewiele brakowało do tego, aby została żoną kilka lat temu, w tej chwili nie żałowała tego, że jej życie potoczyło się zupełnie inaczej. Nie sądziła, że byłaby szczęśliwa, na pewno nie tak, jak była teraz. Jej serce zawsze było zainteresowane tylko i wyłącznie jednym mężczyzną, chociaż próbowała udawać, że jest inaczej. Nikt nie wzbudzał w niej tylu emocji, co jej małżonek.

- Nie ukrywam, że spodziewałam się tego, że będziesz miała podobne zdanie. - Ellie nie kryła się nigdy ze swoim podejściem, nie do końca wpasowywała się w standardy starszych pań, ale było to jedną z jej największych zalet, tak właściwie sporo młodych mogłoby się od niej uczyć podejścia do życia.

- Cóż, więc jakoś tak wyszło, że w końcu odważyłam się sięgnąć po swoje i było to doskonałą decyzją. - Postanowiła mówić wprost, zresztą bardzo chciała się podzielić z Ellie tymi zmianami, jakie nastąpiły w jej życiu. - Udało nam się dogadać. - Kącik ust jej się uniósł, bo było to niedopowiedzeniem. Gdyby chodziło tylko o dogadanie się nie miałaby obrączki na palcu. - Całkiem spontanicznie wzięłam ślub, nikt z rodziny jeszcze o tym nie wie, jesteś pierwsza. - Wspomniała o tym, żeby Ellie wiedziała jak wiele dla niej znaczy. Nie bez powodu padło właśnie na nią. To ona wysłuchiwała jej, kiedy było naprawdę źle, więc i z nią chciała się podzielić swoją radością.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Bard Beedle (6883), Prudence Fenwick (4896)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa