15.03.2026, 20:56 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.03.2026, 08:40 przez Samuel McGonagall.)
Słuchał.
Słuchał pana Ollivandera z nabożną ciszą. Ze skupieniem, pod którego pozornym płaszczykiem opanowania wzrastało coś. Coś dziwnego. Coś kolczastego. Coś, czego nie rozumiał zbytnio, a co tak mocno korespondowało z jego przeszłością.
Był czas, kiedy pani Matka perorowała mu o tym jak ludzie i System (a może ten drugi nade wszystko) są źli. Samuel jednak był osobą, która gdy w końcu przemocą została wygnana z Kniei, odnajdywała w sobie ogrom altruizmu, chęci pomagania i wspierania się w doli i niedoli.
Samuel uczył się również bardzo szybko, że jego matka często mijała się z prawdą i niestety, czyniła to całkiem świadomie. Błogosławieństwo Kniei okazało się Klątwą Żywiołów, okrutni ludzie, byli miłymi sąsiadami z Doliny, niegodni zaufania bogacze, to przecież jego przyjaciele i dobroczyńcy Longbottomowie. I Rose przecież też była bogata, a za nią byłby w stanie oddać życie.
Nawet Londyn.
Przerażające wspomnienie z dzieciństwa, wykrzywione twarze okrutnego żartu, zimny bruk, smród, miliony dźwięków i świateł... Nawet Londyn, za sprawą przytulnej klubokawiarni i warsztatu różdżkarskiego zdawał się nie tak straszny jakim malowała go Matka.
Aż do teraz.
Najgorsze w tym wszystkim było to, że siedzący obok niego mężczyzna, osoba, której tak rozpaczliwie potrzebował w swoim życiu, dawała mu smutną refleksję nad światem, który był okrutny. I nad tym, że nie był to wymysł dnia dzisiejszego.
Mugole. Śmierciożercy. Podmiotowość.
Kontrola.
Oczy zeszkliły mu się od tej wiedzy, od tych słów pełnych spraw, biegunowo odległych od jego codzienności. Opuszkami palców zaczął nerwowo skubać mankiet wypłowiałej koszuli w kratę, która teraz utytłana była sadzą i odciskami dłoni, ocalonych dotąd osób, które trafiły pod dach Nory.
Ollivander nie wpuszczał ludzi do swojego warsztatu, którego na razie nie imał się ogień. Wpuścił jego. Chłopca z lasu, który do tego lasu bardzo, bardzo chciał wrócić.
Chciał coś powiedzieć. Nie powiedział w końcu. Zamiast tego odłożył filiżankę i spodek, pochylił się ku starszemu mężczyźnie i położył mu głowę na udzie, jak kiedyś, dawno, dawno temu za poduszkę robiło mu udo jego ojca. Koszmary odejdą. Ogień zgaśnie. Wszyscy będą bezpieczni.
Łzy popłynęły same brudząc materiał przesłaniający napięte ciało jego mistrza. Silne dłonie uczepiły się w nogawkę a człowiek, mały, niepewny i kruchy pozwolił sobie wyrazić strach i osamotnienie w okrucieństwie świata, które szalało dookoła nich.
@Garrick Ollivander
Słuchał pana Ollivandera z nabożną ciszą. Ze skupieniem, pod którego pozornym płaszczykiem opanowania wzrastało coś. Coś dziwnego. Coś kolczastego. Coś, czego nie rozumiał zbytnio, a co tak mocno korespondowało z jego przeszłością.
Był czas, kiedy pani Matka perorowała mu o tym jak ludzie i System (a może ten drugi nade wszystko) są źli. Samuel jednak był osobą, która gdy w końcu przemocą została wygnana z Kniei, odnajdywała w sobie ogrom altruizmu, chęci pomagania i wspierania się w doli i niedoli.
Samuel uczył się również bardzo szybko, że jego matka często mijała się z prawdą i niestety, czyniła to całkiem świadomie. Błogosławieństwo Kniei okazało się Klątwą Żywiołów, okrutni ludzie, byli miłymi sąsiadami z Doliny, niegodni zaufania bogacze, to przecież jego przyjaciele i dobroczyńcy Longbottomowie. I Rose przecież też była bogata, a za nią byłby w stanie oddać życie.
Nawet Londyn.
Przerażające wspomnienie z dzieciństwa, wykrzywione twarze okrutnego żartu, zimny bruk, smród, miliony dźwięków i świateł... Nawet Londyn, za sprawą przytulnej klubokawiarni i warsztatu różdżkarskiego zdawał się nie tak straszny jakim malowała go Matka.
Aż do teraz.
Najgorsze w tym wszystkim było to, że siedzący obok niego mężczyzna, osoba, której tak rozpaczliwie potrzebował w swoim życiu, dawała mu smutną refleksję nad światem, który był okrutny. I nad tym, że nie był to wymysł dnia dzisiejszego.
Mugole. Śmierciożercy. Podmiotowość.
Kontrola.
Oczy zeszkliły mu się od tej wiedzy, od tych słów pełnych spraw, biegunowo odległych od jego codzienności. Opuszkami palców zaczął nerwowo skubać mankiet wypłowiałej koszuli w kratę, która teraz utytłana była sadzą i odciskami dłoni, ocalonych dotąd osób, które trafiły pod dach Nory.
Ollivander nie wpuszczał ludzi do swojego warsztatu, którego na razie nie imał się ogień. Wpuścił jego. Chłopca z lasu, który do tego lasu bardzo, bardzo chciał wrócić.
Chciał coś powiedzieć. Nie powiedział w końcu. Zamiast tego odłożył filiżankę i spodek, pochylił się ku starszemu mężczyźnie i położył mu głowę na udzie, jak kiedyś, dawno, dawno temu za poduszkę robiło mu udo jego ojca. Koszmary odejdą. Ogień zgaśnie. Wszyscy będą bezpieczni.
Łzy popłynęły same brudząc materiał przesłaniający napięte ciało jego mistrza. Silne dłonie uczepiły się w nogawkę a człowiek, mały, niepewny i kruchy pozwolił sobie wyrazić strach i osamotnienie w okrucieństwie świata, które szalało dookoła nich.
@Garrick Ollivander