10.02.2026, 10:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.02.2026, 10:41 przez Kate Barclay.)
Portrety trumienne
Kate wyszła z mieszkania znajomych późną porą, kiedy słońce skryło się już za budynkami, gęsto zastawiającymi magiczny Londyn, a niebo pociemniało. I pewnie powinna się od razu teleportować, a już absolutnie nie powinna spacerować po alejce, która znajdowała się tak blisko Nokturnu, ani nawet zbliżać się do niewielkiego baru, podejrzanej natury, do którego jej wejścia na pewno nie pochwaliłaby ciocia… ale Katherine była istotą ciekawską, a tworzące się tam zgromadzenie przyciągnęło jej uwagę. Zwłaszcza że nie wyglądało na jedno z gatunku tych „zaraz chwycimy za widły i pochodnie i pójdziemy kogoś roznieść” albo „bijemy się i chlejemy!”. Nie słychać było krzyków, nie widziała przepychanek, raczej szepty i chichoty, wskazujące na to, że działo się coś potencjalnie interesującego.
Zsunęła z ciemnych włosów kaptur kolorowego płaszcza, w tłumie, w którym od Spalonej nocy niemal każdy starał się zniknąć, od razu ją wyróżniającego, ruszając w tamtą stronę.
- …takie spotkanie, taka okazja, tyle lat! A nie możemy sobie nawet zrobić razem zdjęcia – narzekał ktoś, chyba trochę podchmielony. – Nie widziałem swojej twarzy od stu lat, czy to nie tragiczne? – opowiadał ten ktoś jakiemuś przypadkowemu przechodniowi, który wyglądał tak, jakby jednocześnie chciał uciekać, ale nie mógł oderwać stóp od ziemi.
Nie widzenie swojej twarzy od stu lat zaintrygowało Kate na tyle, że przepchnęła się między dwójką ludzi, przysłaniających jej widok, i niemal natychmiast zrozumiała, że w sumie to sto lat nie musiało być żadnym wyolbrzymieniem. Grupka stojąca pod barem charakteryzowała się bowiem ogólną bladością, ubraniami, jakie niekoniecznie współcześni czarodzieje nosili na co dzień, a ten opowiadający wyglądał, jakby cierpiał na zaawansowaną anemię.
Może dziś jeszcze nikogo nie zjadł, i właśnie szuka okazji, pomyślała Kate, tak z odrobiną paniki. I byłaby się wycofała, gdyby spojrzenie wampira nie padło prosto na nią.
– A ty, panienko?
– Eee… ja? – spytała niepewnie, odruchowo robiąc krok w tył, czy raczej pół kroku, bo okazało się, że ktoś akurat za nią stał. – Ja widziałam. Swoją twarz, to znaczy, dzisiaj w lustrze. Ale pana twarz też widzę, to naprawdę dobra twarz – pochwaliła pośpiesznie. – Taka trochę blada. Nie żeby to było coś złego, proszę pana, to taka arystokratyczna bladość – wyrzuciła z siebie, to ostatnie zdanie bardzo szybko, bo o bladości wyrwało się jej, chociaż absolutnie nie powinno: jakoś w spojrzeniu wampira było coś dziwnego, co sprawiało, że język się jej plątał.
Kate wyszła z mieszkania znajomych późną porą, kiedy słońce skryło się już za budynkami, gęsto zastawiającymi magiczny Londyn, a niebo pociemniało. I pewnie powinna się od razu teleportować, a już absolutnie nie powinna spacerować po alejce, która znajdowała się tak blisko Nokturnu, ani nawet zbliżać się do niewielkiego baru, podejrzanej natury, do którego jej wejścia na pewno nie pochwaliłaby ciocia… ale Katherine była istotą ciekawską, a tworzące się tam zgromadzenie przyciągnęło jej uwagę. Zwłaszcza że nie wyglądało na jedno z gatunku tych „zaraz chwycimy za widły i pochodnie i pójdziemy kogoś roznieść” albo „bijemy się i chlejemy!”. Nie słychać było krzyków, nie widziała przepychanek, raczej szepty i chichoty, wskazujące na to, że działo się coś potencjalnie interesującego.
Zsunęła z ciemnych włosów kaptur kolorowego płaszcza, w tłumie, w którym od Spalonej nocy niemal każdy starał się zniknąć, od razu ją wyróżniającego, ruszając w tamtą stronę.
- …takie spotkanie, taka okazja, tyle lat! A nie możemy sobie nawet zrobić razem zdjęcia – narzekał ktoś, chyba trochę podchmielony. – Nie widziałem swojej twarzy od stu lat, czy to nie tragiczne? – opowiadał ten ktoś jakiemuś przypadkowemu przechodniowi, który wyglądał tak, jakby jednocześnie chciał uciekać, ale nie mógł oderwać stóp od ziemi.
Nie widzenie swojej twarzy od stu lat zaintrygowało Kate na tyle, że przepchnęła się między dwójką ludzi, przysłaniających jej widok, i niemal natychmiast zrozumiała, że w sumie to sto lat nie musiało być żadnym wyolbrzymieniem. Grupka stojąca pod barem charakteryzowała się bowiem ogólną bladością, ubraniami, jakie niekoniecznie współcześni czarodzieje nosili na co dzień, a ten opowiadający wyglądał, jakby cierpiał na zaawansowaną anemię.
Może dziś jeszcze nikogo nie zjadł, i właśnie szuka okazji, pomyślała Kate, tak z odrobiną paniki. I byłaby się wycofała, gdyby spojrzenie wampira nie padło prosto na nią.
– A ty, panienko?
– Eee… ja? – spytała niepewnie, odruchowo robiąc krok w tył, czy raczej pół kroku, bo okazało się, że ktoś akurat za nią stał. – Ja widziałam. Swoją twarz, to znaczy, dzisiaj w lustrze. Ale pana twarz też widzę, to naprawdę dobra twarz – pochwaliła pośpiesznie. – Taka trochę blada. Nie żeby to było coś złego, proszę pana, to taka arystokratyczna bladość – wyrzuciła z siebie, to ostatnie zdanie bardzo szybko, bo o bladości wyrwało się jej, chociaż absolutnie nie powinno: jakoś w spojrzeniu wampira było coś dziwnego, co sprawiało, że język się jej plątał.