17.03.2026, 08:52 ✶
Rozpromienił się jej odpowiedzią, nie uważając bynajmniej, że brak walki i sporu był nudny. Bardzo chciał przejść się z nią na wieżę, bardzo chciał zobaczyć jak jej włosy falują rozproszone wiatrem, jak kieruje swoją twarz ku burzy z kielichem w dłoni. Przymierze. Może nie pierwsza sprawa, ale pierwsza w której czuł się bardziej przydatny niźli ozdoba jej osoby.
Przyjemne drżenie wypełniło mu zastygłą w wiecznej śmierci klatkę piersiową i może powinien bardziej się bać tego drżenia, ale wolał o wiele bardziej podążyć za nim. Podążyć za nią. Wziąć woreczki z krwią ze znajomego miejsca, wyciągnąć z szafki dwa kryształy i iść wiedziony różanym drewnem i dawno zapomnianą pieśnią jednego z francuskich truwerów.
– Nie sądzisz mon petite fleur, że to szalenie dziwnie? – powiedział trochę nieprzytomnie, głośno wyrażając swoje myśli w sposób nader bezpośredni, choć oczywiście urwał zaraz po tym, uciekając wzrokiem na kamienną poręcz, gdy tak wspinali się do góry, niczym adepci spragnieni mitycznej wiedzy wspinali się na szczyty orientalnych świątyń.
Miesiąc temu. Miesiąc temu nie istnieli dla siebie.
Odchrząknął.
– W niemal całej mojej egzystencji, rozpatrywałem wampiry, jako istoty tak terytorialne, co samotnicze. A cóż my teraz robimy? Przebywanie w Twojej obecności, w Twoim domu… Dawno nie czułem się… Nie czułem się tak mile widziany jak teraz. – Czy nie było to zbyt wiele? Mówił do jej pleców, właściwie do kształtnych pośladków ukrytych pod materią odzienia, a które to pośladki z racji używania schodów były właśnie na wysokości jego twarzy. Tak jednak było nieco prościej, niż mówić prosto w twarz. Z resztą… Niedawno w Poisy upokorzył się po stokroć bardziej wyznając swoje grzechy postaci, którą wziął za anioła śmierci, a która okazała się zupełnym przypadkiem całkiem żywym mimo wszystko wampirem.
– Masz bardzo piękny dom. Nieco tendencyjny w swej postaci, ale piękny. – Komplement zmieszał się z lekkim kręceniem nosa, zaczepnym oczywiście, w oczekiwaniu, że Lucy nadmie policzki i zacznie z werwą bronić swojej własności i wymieniać jej rozległe zalety, na pierwszym miejscu stawiając rozległe lochy w których mogli bezpiecznie stać. Albo fakt, że okolica była bardzo urokliwa. I klimatyczna. Tego nie mógł odmówić, zwłaszcza teraz, gdy wydostali się na chłodny październikowy wieczór i mogli zachwycić nocnym pejzażem. Rojem gwiazd. Kształtem horyzontu. Wiatrem rozczesującym krucze włosy, choć tak bardzo wolałby, żeby czyniły to jego własne palce.
Zamarł.
Odwrócił się ku Lucielle nieco sztywno, jakby zobaczył ducha. Nie. Nic się nie zmieniło. Dwustuletnia wampirzyca nie była przecież człowiekiem, nie była ofiarą, którą ściągnął tutaj na żer. Mieli swoje prymitywne mugolskie woreczki, mieli bardzo cywilizowane, wydestylowane z zabawy metody zachowania bezpieczeństwa. A jednak nęciła go. Przyciągała do siebie komfortem, który kiedyś zdawał się najgorszym sposobem spędzania czasu. Drugi wampir. Do czego to doszło, żeby czas marnotrawić na drugiego nieśmiertelnego. By myśleć o miękkości jego włosów. O ich zapachu. O uśmiechu na twarzy. O słowach, które mogłyby ten uśmiech wywołać. Nie chodziło o samo towarzystwo. Już nie.
– To może Ci naleję – powiedział. Może zbyt prędko. Może zbyt niezdarnie szarpiąc się z workiem. Może zbyt zajęty myślą, że tak bardzo chciał być bohaterem z książek czytanych przez Lucy teraz, że pomyliło mu się z książkami, które Lucy czytała kiedyś, nim przekonała się, że świat nieśmiertelnych istot pozbawionych krwi pozbawiony jest miłości, a romansom bliżej jest do fantastycznych baśni, niż opowieściom o morderstwach.
Przyjemne drżenie wypełniło mu zastygłą w wiecznej śmierci klatkę piersiową i może powinien bardziej się bać tego drżenia, ale wolał o wiele bardziej podążyć za nim. Podążyć za nią. Wziąć woreczki z krwią ze znajomego miejsca, wyciągnąć z szafki dwa kryształy i iść wiedziony różanym drewnem i dawno zapomnianą pieśnią jednego z francuskich truwerów.
– Nie sądzisz mon petite fleur, że to szalenie dziwnie? – powiedział trochę nieprzytomnie, głośno wyrażając swoje myśli w sposób nader bezpośredni, choć oczywiście urwał zaraz po tym, uciekając wzrokiem na kamienną poręcz, gdy tak wspinali się do góry, niczym adepci spragnieni mitycznej wiedzy wspinali się na szczyty orientalnych świątyń.
Miesiąc temu. Miesiąc temu nie istnieli dla siebie.
Odchrząknął.
– W niemal całej mojej egzystencji, rozpatrywałem wampiry, jako istoty tak terytorialne, co samotnicze. A cóż my teraz robimy? Przebywanie w Twojej obecności, w Twoim domu… Dawno nie czułem się… Nie czułem się tak mile widziany jak teraz. – Czy nie było to zbyt wiele? Mówił do jej pleców, właściwie do kształtnych pośladków ukrytych pod materią odzienia, a które to pośladki z racji używania schodów były właśnie na wysokości jego twarzy. Tak jednak było nieco prościej, niż mówić prosto w twarz. Z resztą… Niedawno w Poisy upokorzył się po stokroć bardziej wyznając swoje grzechy postaci, którą wziął za anioła śmierci, a która okazała się zupełnym przypadkiem całkiem żywym mimo wszystko wampirem.
– Masz bardzo piękny dom. Nieco tendencyjny w swej postaci, ale piękny. – Komplement zmieszał się z lekkim kręceniem nosa, zaczepnym oczywiście, w oczekiwaniu, że Lucy nadmie policzki i zacznie z werwą bronić swojej własności i wymieniać jej rozległe zalety, na pierwszym miejscu stawiając rozległe lochy w których mogli bezpiecznie stać. Albo fakt, że okolica była bardzo urokliwa. I klimatyczna. Tego nie mógł odmówić, zwłaszcza teraz, gdy wydostali się na chłodny październikowy wieczór i mogli zachwycić nocnym pejzażem. Rojem gwiazd. Kształtem horyzontu. Wiatrem rozczesującym krucze włosy, choć tak bardzo wolałby, żeby czyniły to jego własne palce.
Zamarł.
Odwrócił się ku Lucielle nieco sztywno, jakby zobaczył ducha. Nie. Nic się nie zmieniło. Dwustuletnia wampirzyca nie była przecież człowiekiem, nie była ofiarą, którą ściągnął tutaj na żer. Mieli swoje prymitywne mugolskie woreczki, mieli bardzo cywilizowane, wydestylowane z zabawy metody zachowania bezpieczeństwa. A jednak nęciła go. Przyciągała do siebie komfortem, który kiedyś zdawał się najgorszym sposobem spędzania czasu. Drugi wampir. Do czego to doszło, żeby czas marnotrawić na drugiego nieśmiertelnego. By myśleć o miękkości jego włosów. O ich zapachu. O uśmiechu na twarzy. O słowach, które mogłyby ten uśmiech wywołać. Nie chodziło o samo towarzystwo. Już nie.
– To może Ci naleję – powiedział. Może zbyt prędko. Może zbyt niezdarnie szarpiąc się z workiem. Może zbyt zajęty myślą, że tak bardzo chciał być bohaterem z książek czytanych przez Lucy teraz, że pomyliło mu się z książkami, które Lucy czytała kiedyś, nim przekonała się, że świat nieśmiertelnych istot pozbawionych krwi pozbawiony jest miłości, a romansom bliżej jest do fantastycznych baśni, niż opowieściom o morderstwach.