21.02.2026, 15:31 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.02.2026, 17:46 przez Lorraine Malfoy.)
Jednorożec był zachwycający.
Był też martwy, ale przez to jeszcze bardziej zachwycający.
Usta Lorraine drżały, gdy wpatrywała się w zastygłe w ostatnim swym wierzgnięciu zwierzę. Zamknięte w kryształowej gablocie niby w szklanej trumnie, szczątki jednorożca utrwalone zostały za pomocą magii, zanim zajął honorowe miejsce pośród eksponatów rodziny Fawley. Niewiele było na świecie podobnych mu istot. Niewiele, których mogło równać się z nim w swej piękności. Ale znów, tak wiele było istnień równie delikatnych, równie kruchych. Takich, których eteryczne piękno wabiło ku sobie przemoc. W swej cichej niewinności, jednorożec zdawał się uosabiać je wszystkie. Przemocą było zamknięcie go w szklanej gablocie. Przemocą było uczynienie jego piękna trwałym. Stał bowiem wsparty na tylnych kopytach, z pięknym swym cielskiem w powietrzu. Pysk jego był zadarty, nie toczył jednak piany w panice. Gotów był do rżenia, jak gdyby w ostatnich swych chwilach szlachetne stworzenie chciało zaśmiać się śmierci w twarz. Srebrzysta grzywa spływała kaskadą wzdłuż smukłej szyi odchylonej wdzięcznie, odrzucona w gwałtownym wierzgnięciu. Zarysowane pod skórą mięśnie były napięte w ostatnim paroksyzmie rozpaczy, jak gdyby wciąż rwały się do życia. Ale wszystko to było tylko iluzją. Oczy jednorożec miał przecież spokojne, jak gdyby w ostatnich chwilach pogodził się ze swym odejściem. Lorraine widziała zbyt wiele martwych oczu, żeby nie znać różnicy. Wiedziała, kiedy śmierć łypie z czułą pobłażliwością z dna pustych oczodołów. Wiedziała, kiedy się uśmiecha. Praca w Necronomiconie nie znieczuliła jej na cierpienie, wręcz przeciwnie: wyostrzyła jej zdolność rozpoznawania fałszu, iluzji życia, które trwało tylko dlatego, że ktoś zadał sobie trud, by je odpowiednio upozować.
Pozowane piękno, pomyślała, zakonserwowane wspomnienie życia. Martwe, lecz niepochowane.
Nie spodobała jej się ta myśl.
Dawno nie odwiedzała Mauzoleum Fawleyów, choć wiele czasu spędzała tutaj, będąc dzieckiem. Zbiory tutejszej kolekcji zawsze były okazałe, ale na przestrzeni ostatnich lat uległy powiększeniu. Podziemne krypty mieściły w sobie wiele tajemnic. Othello, z którym również znała się od czasów dzieciństwa, wdzięcznym okazał się jednak przewodnikiem po wypełnionych truchłem korytarzach. Nie wiedzieć kiedy, Lorraine zaplotła rękę wokół dżentelmeńsko podsuniętego jej ramienia, uśmiechając się delikatnie. Nie wiedzieć też kiedy, zaczęli schodzić niżej i niżej. W przyjemnym oddaleniu od reszty odwiedzających – choć tych w Mauzoleum nigdy nie było przecież wiele – rozmowa stała się swobodniejszą. Gorące ich oddechy przeistaczały się w kłęby pary w zimnym, nieco zatęchłym powietrzu Mauzoleum, gdy śmiali się cicho, klucząc między zamkniętymi w gablotach eksponatami. Odkąd Lorraine zaczęła pracę w zakładzie pogrzebowym na Nokturnie, wreszcie mogła w pełni docenić kunszt, z jakim zostały utrwalone. Z namaszczeniem przypatrywała się niewidocznym niemal szwom pokrywającym skórę, ostrożnie wypreparowanym ścięgnom, naturalnym niemal rysom twarzy, które wcześniej zniekształciło postępujące stężenie pośmiertne. Gdy jednak dotarli do jednorożca, jednego z najnowszych nabytków, zbladła, szybko przysiadłszy na niewielkiej ławeczce ustawionej przed gablotą.
– Myślałam, że jednorożce przychodzą tylko do ludzi o czystym sercu. Kładą łby na dziewiczych łonach pięknych dam, a dosiąść pozwalają się tylko cnotliwym rycerzom, których uczciwości nie można poddać w wątpliwość. – Do tej pory siedziała sztywno wyprostowana, milcząca, wpatrując się niezdrowo błyszczącymi oczami w martwego jednorożca. Nieoczekiwanie przemówiła jednak, zwróciwszy swą wymizerowaną twarz w stronę Othella. – "Jesteśżeś więc uczciwy?" – zacytowała gładko, pozwalając, aby cytat z Hamleta spłynął z jej języka w słodyczy niewinnego żartu. Przechyliła delikatnie głowę, przyglądając się mężczyźnie, w którego stronę wyciągnęła wyczekująco dłoń. Zupełnie jakby zapraszała go do tego, żeby wraz z nią przysiadł na ławce pod gablotą. A może i do tego, żeby tę dłoń ucałował. – "Jestżeś piękny?" – pociągnęła przewrotnie, racząc go słowami sztuki, która nie nosiła jego imienia. Nie, szekspirowskiego Othella zostawiać należało na specjalne okazje. Zapadły policzek Lorraine drgnął, jak gdyby powstrzymywała cisnący się na usta uśmiech. W nikłym świetle Mauzoleum widać było na nim jednak ślad po spływających chwilę wcześniej łzach.
Był też martwy, ale przez to jeszcze bardziej zachwycający.
Usta Lorraine drżały, gdy wpatrywała się w zastygłe w ostatnim swym wierzgnięciu zwierzę. Zamknięte w kryształowej gablocie niby w szklanej trumnie, szczątki jednorożca utrwalone zostały za pomocą magii, zanim zajął honorowe miejsce pośród eksponatów rodziny Fawley. Niewiele było na świecie podobnych mu istot. Niewiele, których mogło równać się z nim w swej piękności. Ale znów, tak wiele było istnień równie delikatnych, równie kruchych. Takich, których eteryczne piękno wabiło ku sobie przemoc. W swej cichej niewinności, jednorożec zdawał się uosabiać je wszystkie. Przemocą było zamknięcie go w szklanej gablocie. Przemocą było uczynienie jego piękna trwałym. Stał bowiem wsparty na tylnych kopytach, z pięknym swym cielskiem w powietrzu. Pysk jego był zadarty, nie toczył jednak piany w panice. Gotów był do rżenia, jak gdyby w ostatnich swych chwilach szlachetne stworzenie chciało zaśmiać się śmierci w twarz. Srebrzysta grzywa spływała kaskadą wzdłuż smukłej szyi odchylonej wdzięcznie, odrzucona w gwałtownym wierzgnięciu. Zarysowane pod skórą mięśnie były napięte w ostatnim paroksyzmie rozpaczy, jak gdyby wciąż rwały się do życia. Ale wszystko to było tylko iluzją. Oczy jednorożec miał przecież spokojne, jak gdyby w ostatnich chwilach pogodził się ze swym odejściem. Lorraine widziała zbyt wiele martwych oczu, żeby nie znać różnicy. Wiedziała, kiedy śmierć łypie z czułą pobłażliwością z dna pustych oczodołów. Wiedziała, kiedy się uśmiecha. Praca w Necronomiconie nie znieczuliła jej na cierpienie, wręcz przeciwnie: wyostrzyła jej zdolność rozpoznawania fałszu, iluzji życia, które trwało tylko dlatego, że ktoś zadał sobie trud, by je odpowiednio upozować.
Pozowane piękno, pomyślała, zakonserwowane wspomnienie życia. Martwe, lecz niepochowane.
Nie spodobała jej się ta myśl.
Dawno nie odwiedzała Mauzoleum Fawleyów, choć wiele czasu spędzała tutaj, będąc dzieckiem. Zbiory tutejszej kolekcji zawsze były okazałe, ale na przestrzeni ostatnich lat uległy powiększeniu. Podziemne krypty mieściły w sobie wiele tajemnic. Othello, z którym również znała się od czasów dzieciństwa, wdzięcznym okazał się jednak przewodnikiem po wypełnionych truchłem korytarzach. Nie wiedzieć kiedy, Lorraine zaplotła rękę wokół dżentelmeńsko podsuniętego jej ramienia, uśmiechając się delikatnie. Nie wiedzieć też kiedy, zaczęli schodzić niżej i niżej. W przyjemnym oddaleniu od reszty odwiedzających – choć tych w Mauzoleum nigdy nie było przecież wiele – rozmowa stała się swobodniejszą. Gorące ich oddechy przeistaczały się w kłęby pary w zimnym, nieco zatęchłym powietrzu Mauzoleum, gdy śmiali się cicho, klucząc między zamkniętymi w gablotach eksponatami. Odkąd Lorraine zaczęła pracę w zakładzie pogrzebowym na Nokturnie, wreszcie mogła w pełni docenić kunszt, z jakim zostały utrwalone. Z namaszczeniem przypatrywała się niewidocznym niemal szwom pokrywającym skórę, ostrożnie wypreparowanym ścięgnom, naturalnym niemal rysom twarzy, które wcześniej zniekształciło postępujące stężenie pośmiertne. Gdy jednak dotarli do jednorożca, jednego z najnowszych nabytków, zbladła, szybko przysiadłszy na niewielkiej ławeczce ustawionej przed gablotą.
– Myślałam, że jednorożce przychodzą tylko do ludzi o czystym sercu. Kładą łby na dziewiczych łonach pięknych dam, a dosiąść pozwalają się tylko cnotliwym rycerzom, których uczciwości nie można poddać w wątpliwość. – Do tej pory siedziała sztywno wyprostowana, milcząca, wpatrując się niezdrowo błyszczącymi oczami w martwego jednorożca. Nieoczekiwanie przemówiła jednak, zwróciwszy swą wymizerowaną twarz w stronę Othella. – "Jesteśżeś więc uczciwy?" – zacytowała gładko, pozwalając, aby cytat z Hamleta spłynął z jej języka w słodyczy niewinnego żartu. Przechyliła delikatnie głowę, przyglądając się mężczyźnie, w którego stronę wyciągnęła wyczekująco dłoń. Zupełnie jakby zapraszała go do tego, żeby wraz z nią przysiadł na ławce pod gablotą. A może i do tego, żeby tę dłoń ucałował. – "Jestżeś piękny?" – pociągnęła przewrotnie, racząc go słowami sztuki, która nie nosiła jego imienia. Nie, szekspirowskiego Othella zostawiać należało na specjalne okazje. Zapadły policzek Lorraine drgnął, jak gdyby powstrzymywała cisnący się na usta uśmiech. W nikłym świetle Mauzoleum widać było na nim jednak ślad po spływających chwilę wcześniej łzach.