21.04.2026, 00:59 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.04.2026, 01:19 przez Lorraine Malfoy.)
Little Hangleton, chatka Jahnavi Pandit
Jak co roku Baldwin pokręcił tylko głową, gdy Lorraine oznajmiła mu, że wybiera się w odwiedziny do Little Hangleton. Uśmiechnęła się lekko w odpowiedzi, uśmiechem, który przeznaczony był tylko dla niego. Tym smutnym i radosnym jednocześnie. Może dlatego, że użyła słów, które nawet ją samą przejmowały politowaniem. "Idę do domu ojca", powiedziała. Tak jak gdyby Armand Malfoy kiedykolwiek nazwał tamtą starą ruderę domem. A jednak Lorraine wciąż dbała o to miejsce. Odwiedzała na wpół zdziczały ogród, sprzątała obejście. W okresie przedświątecznym wpadała tam, aby zakląć magiczne świetliki na konarach swej jabłoni. Odmawiała porzucenia domostwa, w którym się wychowała, nawet jeżeli wspomnienia, wymiatane z izby wraz z kurzem, były smutnymi. Lorraine dobrze znała Little Hangleton. Kiedyś wydawało jej się większym. Piękniejszym. W dzieciństwie odnajdywała wiele piękna w otaczającej ją zewsząd brzydocie. W otaczającej ją biedzie. Teraz... Trudno było jej wytłumaczyć, dlaczego wracała. Nigdy nie zostawała zbyt długo, zbyt zajmowały ją bowiem codzienne obowiązki, a podszyty wiatrem płaszcz nie zapewniał wystarczającej ochrony przed mrozem. Wystarczyło już tylko przystoić jabłoń wątłymi światełkami, wcześniej zadbała bowiem o to, aby w chacie było względnie czysto. Wcześniej zdążyła nazbierać w Lesie Wisielców gałązek na świąteczne stroiki... A jednak Lorraine skierowała na powrót swe kroki w stronę zagajnika. Nie minął nawet tydzień odkąd ostatnio zapuściła się w leśne ostępy. Kroczyła dobrze znaną ścieżką, chociaż ta zdawała się ginąć pod pokrywającym las śniegiem. Lubiła myśleć, że zna niemal każdy jego zakamarek. A jednak gdy przechadzała się ostatnio pośród drzew, przystanęła w zadumie. Oto napotkała bowiem na swojej drodze przypomnienie, że nawet martwy, las nigdy nie przestanie się rozrastać.
Wisielec.
Lorraine westchnęła ciężko. Truchło było świeżym, a twarz zwieszającego się z gałęzi trupa była znajomą. A więc tutejszy. Tak też bywało. Mrozy otamowały rozkład, oceniła wprawnym okiem, ze smutkiem spoglądając na pokryte szadzią płatki wiecznie zielonych krzewinek, zaklęte, ażeby czuwać przy zmarłym. Tak, kojarzyła go, jakkolwiek mgliście, zawsze miała przecież dobrą pamięć do twarzy. Czy dobrze pamiętała, że miał córkę? To ona musiała zostawić ojcu kwiaty. Przyklękła na gołej ziemi, przeżegnawszy się świętym znakiem, który uczyniła w imię Dziewicy, Matki i Staruchy. Ani na chwilę nie spuściła wzroku z targanego podmuchami chłodnego wiatru ciała. Zmarłym należało oddać cześć, nieważne, jakimi byli za życia. Oto był czyjś ojciec, pomyślała, patrząc na kwietne wieńce, oplatające truchło, oto był czyjś mąż, czyjś syn. Jak wielki żal musiał skrywać w sercu, skoro samolubnie porzucił świat, w którym był nimi wszystkimi? Skoro targnął się na życie, które było najdroższym, co posiadał. Pomodliła się za niego, choć nie wiedziała, czy należał do wiary. Wielu ludzi wiary traktowało samobójców z pogardą. Lorraine nie umiała nimi pogardzać. Zbyt długo nosiła w sercu pogardę wobec własnej matki. Wobec wili, która odebrała sobie życie wolą próżnego kaprysu. Matka powiesiła się przecież na jabłoni rosnącej pod oknem domu ojca pod Londynem. Wiedziała o tym bardzo dobrze. Wiele razy próbowała bowiem zrozumieć. A jednak gdy przeprowadzili się do Little Hangleton, do domu otoczonego jabłoniami, wciąż nie rozumiała. Przecież miałaś mnie, powtarzała, w sękatym pniu drzew szukając rysów twarzy matki, do której mogłaby przytulić policzek. Dlaczego nie mogło ci wystarczyć, że miałaś mnie? Wtulała policzek w pokrytą mchem, chropowatą korę, chociaż wiedziała, że w jabłoni sięgającej gałęziami jej okna nie zaklęto żadnej duszy. Że nie było obok nikogo, kto mógłby wysłuchać jej modłów przetykanych wyrzutem.
A jednak jej wybaczyła.
Gdy Lorraine Malfoy patrzyła na zwieszające się z gałęzi truchło Merricka Shacklebolta, zastanawiała się, czy jego córka również zdołała mu wybaczyć. Czy wybaczy swemu ojcu, tak jak Lorraine wybaczyła swojej matce. Przedziwny był to przecież rodzaj wybaczenia. Nie umiałaby opisać winy, jaką należało odpuścić. Nie umiałaby opisać uczuć, jakie się z tym odpuszczeniem wiązały. Nie było tam gniewu, nie było smutku, nie było obojętności ani nawet ulgi.
Być może spokój byłby najodpowiedniejszym słowem.
Trudno było jednak mówić o spokoju, gdy wokół wrzało od przedświątecznych przygotowań. Yule miało upłynąć pod znakiem uroczystych kolacji, spotkań w gronie rodziny, na których wszyscy udawali kogoś, kim nie są. W pewnym sensie smutnym było to święto. Dzisiaj jednak problemy rodu nie zajmowały myśli Lorraine. Wiedziała, jak skończy się ten dzień. Dzień wigilijny. Ojciec będzie radośnie pił, śmiejąc się, podczas gdy inni będą tańczyć na beczkach w rytm bębnów. Baldwin będzie mu wtórował. Wiedziała, że przyśnie wsparta o jego ramię, gdy wychyli już swój kielich, ukołysana krzykami mocno wstawionych aktorów, spontanicznie odgrywających nową sztukę napisaną przez ojca. Ale najpierw będą gwarzyć o dziejach starych i nowych. Najpierw będą śpiewać pieśni, które trójpalcy Barney intonował na rozwalającej się gitarze. Ojciec za każdym razem opowiadał inną historię o tym, jak je stracił, a mężczyzna promieniał wtedy, dumny ze swej legendy. Może w pewnym momencie i Lorraine siądzie za permanentnie rozstrojonym pianinem. Lubiła to. Lubiła grać przygłupie melodyjki ludziom, których kochała. Lubiła śpiewać. Lubiła tańczyć, choć otatnimi czasy robiła to tak rzadko. Może jednak zatańczy z ojcem, gdy się już obudzi. Wiedziała, że zwykł pisać jak natchniony po podobnych libacjach. Gdy wszyscy wokół będą spali, wstanie, nakryje Baldwina swoim szalem, a potem podejdzie do ojca, podejrzy, co napisał. Może o tym porozmawiają, a może nie. Nie będzoe to takie znowu ważne, gdy będą kołysali się w ciszy spowijającej Danse Macabre, przerywanej jedynie pijacką piosenką, mruczaną przez zaspanego barmana. W wigilię Yule zawsze obiecywał jej, że następny rok będzie lepszym. Zawsze wracał do domu z prezentem, nawet wtedy, gdy traciła już nadzieję, że wróci. Nawet wtedy, gdy wysłała mu wyjca, że nie chce widzieć ani jego, ani macochy, a potem jak gdyby nigdy nic wyjechała na święta do Longbottomów. Płakała potem straszliwie, bo strasznym było przecież naruszyć niepisaną tradycję, strasznym było żałować, wiedząc, że zrobiła to wszystko celowo, powodowana buntem. Powodowana złością. Łatwo o tej złości zapomniała jednak, gdy była przytulana, przepraszana. Gdy jej ojciec był po prostu ojcem. Potrzebowała przypomnienia, że wciąż nim jest. To, że wciąż ma go obok, nawet jeżeli większość czasu wolała trzymać go na dystans. To jej wystarczało, myślała, gdy rozwalała się na ławie obok ojca, żeby rysować głupoty na wpół zapisanych kartkach z wierszami, słuchając, jak czyta. Jemu chyba też.
Wybaczała mu, że przez resztę roku musiała powtarzać wszystkim, że nie żyje. Na początku nie chciało jej to przecież przejść przez gardło, teraz było czymś na kształt żartu, opowiadanego z przymrużeniem oka. Ojciec nie zdołał wrócić do życia jej matki, zdołał jednak oszukać śmierć. Było w tym coś pocieszającego. W tym jak oswoił jej żal. Tylko że Armand Malfoy wciąż żył, a ciało Merricka Shacklebolta gniło w Lesie Wisielców, po tym jak porzucił córkę, którą powinien przecież kochać najbardziej na świecie.
To wystarczyło, żeby Lorraine zapukała do jej drzwi.
– Pomyślałam, że nie chciałabyś spędzać świąt samotnie. Ja... – Lorraine wzięła głębszy oddech, wahając się nad doborem właściwych słów. Wątpiła jednak, żeby takowe jeszcze wymyślono. Nawet ojciec nie był w stanie opisać swojej żałoby. Być może dało się ją tylko przeżyć, pomyślała. – Moje kondolencje. – Przechyliła lekko głowę, uważnie przyglądając się twarzy dziewczyny, która otworzyła jej drzwi, zamiast ręki wyciągając w jej stronę niewielką, ale ładnie opakowaną paczuszkę przewiązaną wstążką. – Nie jest to dużo, więc nie musisz rewanżować się prezentem. Proszę. Przyniosłam kadzidło dla żywych. – Lorraine nieśmiało położyła dłoń na dłoni dziewczyny, gdy ta zbliżyła się, aby odbierać podarek. Wcześniej ściągnęła zbyt cienkie jak na pogodę rękawiczki, ruchem szybkim, acz zdecydowanym chowając je w kieszeni gustownego, ale dawno już niemodnego płaszcza. Nie była pewna, czy dziewczyna nie była mugolaczką, a jednak... Na twarzy Lorraine gościł wyraz powagi. – Przyniosłam też kadzidło dla umarłych. Oba odganiają smutki, chociaż... Nieco innej natury, jak sądzę.