30.04.2026, 21:38 ✶
16/09/72
Rejwach
Rejwach
Jak wszystkie dobre rzeczy, przyjechała z Ameryki. Było to gdzieś na początku dekady, kiedy w imporcie przyjechała także gorączka disco. Sprzedawali ją przed klubem, na rozstawionym nielegalnie kramie. Podczas gdy Zenek przeglądał koszule, subiekt przeczesywał swe afro grzebykiem. Koszule miały różne wzory i śliskie materiały. Żaden nie czuł się dobrze pod palcami Zenka. Przejechał w końcu opuszkiem po ostrym cekinie i następnym, i następnym. Cekiny pokrywały całą granatową koszulę. Nawet w świetle ulicznej lampy połyskiwała od tych cekinów. Wyobraził sobie, jak będzie wyglądała wśród stroboskopów w klubie, i nie szukał już dłużej. Przebrał się w nią na ulicy. Wpuścili go po tym do klubu, bo "nie wyglądał już tak smutno". W domu przeczytał, że wykonali ją w Bangladeszu.
Koszula przyjechała z nim do Rejwachu jako odzienie "estradowe". Wieczorem stawał przed komodą i ciągnął za gałkę. Z szuflady brał cekinową koszulę. Cekiny drapały, za to materiał ślizgał się po skórze, gdy ją nasuwał na nagie ramiona i klatkę. Każdy guzik miał swoją dziurkę. Te dwa górne też, ale ich nie zapinał. Kiedy jej nie wkasywał, koszula rozlewała się po jego torsie.
Z pokoju wychodził z walizką i zamykał go na klucz. Im niżej po schodach, tym powietrze stawało się gęstsze od alkoholu i dymu. Cekiny szeleściły z każdym krokiem. Od strony walizki wbijały mu się w pachę, ale był dzielny. Kluczył między stolikami, a lud tworzył jednorodną masę. Bez osobnych twarzy, bez osobnych szat, tylko jedno ciało pijące, przed którym uciekał na scenę.
Pianino na podeście, nastrojone i nieużywane, z zazdrością patrzyło na walizkę, do której bebechów dobierał się Zenek. Kiedy rozsuwał suwak i rozchylał klapę, ze środka wyłaniało się plastikowe cacko. Do stania miało rozkładane nóżki. Walizka leżała tam, gdzie padła (a nuż ktoś się pomyli i zacznie sypać galeonami). Zenek dosuwał sobie stołeczek od pianina i zasiadał do syntezatora.
Ramiona miał jeszcze rozluźnione; siedział prosto. To się zawsze tak zaczynało. Syntezator nie działał na prąd, należało go samemu odpalić. Wyciągał zza pasa różdżkę. Wkładał rozgrzaną końcówkę w dziurkę z boku i, precyzyjnymi ruchami nadgarstka, przekręcał parę razy. Mamrotał inkantacje, ale ledwo rozchylał usta; szczękę zaciskał mocno w skupieniu. Z dziurki zaiskrzyło i... instrument wydał głos. Schował różdżkę za pazuchę.
Zaczynała się nagroda dla Zenka. Mógł już chwytać za gałki, kręcić, ustawiać modulacje, zmieniać pitch. Jeden suwak w dół, drugi suwak w górę. Klawisze: bach, bach, bach. A syntezator odpowiadał. Jakby wygrywał symfonię do stąpania po Księżycu, a nie do przepijania wypłaty.
Z czoła leciał mu pot. Świece wisiały na tyle nisko, że w przydymionym Rejwachu widział klawisze, ale biło od nich gorąco. Śliska koszula nie pomagała. Rozgrzane palce biegały po pokrętłach i klawiszach, rozgrzewając także obudowę. Do nozdrzy Zenka dotarł zapach plastiku.
Pociągnął nosem. Raz. Drugi. Dotąd zasuwał równo, ale teraz zjechał o pół tonu. Rozejrzał się po sali. Publika paplała w przytłumieniu, w typowej dla siebie pijackiej plamie. Z widowni leciał tytoń w szarym dymie, ale czy na pewno? Wyprostował się znad klawiszy. Serduszko puknęło w przyspieszonym tonie.
Pamiętną Spaloną Noc Zenek może i spędził w kuckach, własną piersią chroniąc płyty przed ogniem, ale w końcu musiał wyjść z Rejwachu. U nich się tylko drzwi przypaliły. Zapamiętał tamten smród po ich uchyleniu. Przed wyjściem z domu musiał zawiązać sobie jakąś prowizorkę ochrony na nosie, bo inaczej nogi odmawiały posłuszeństwa.
Utwór dobiegał końca. Zdjął palce z klawiatury, o nutę za szybko, i wydał z siebie bezgłośne westchnięcie. Skręcił nosem we własne ramię; zanurzył się w tkaninie. Cekiny dziabnęły go w koniuszek nosa, ale nie wyczuwał topiącego się plastiku. Niuchnął ponownie. I znowu. Nie do końca wierzył w to, co wyczuwał. W końcu cekiny i tak capiły plastikiem. Bangladesz. Bangladesz. Trzymać z dala od ognia. Oparł ręce o obudowę, ale palce za nic już nie chciały wrócić na klawisze.
!Trauma Ognia
I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.