26.02.2023, 21:18 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.04.2023, 19:59 przez Morgana le Fay.)
Rozliczono - Patrick Steward - Bajarz
ULEWA - Podczas twojej podróży pomiędzy Londynem i jedną z czarodziejskich wiosek, natrafiasz na wielką ulewę. Czymkolwiek się poruszałeś (włączając w to teleportację), przestało działać. Na jedną upiorną noc utknąłeś na z pozoru kompletnym bezludziu, ale wtedy w oddali dostrzegłeś światło. W środku starego dworku ugościł się pan Binns wraz z czterema pięknymi córkami. Spędziliście wieczór pełen żartów wraz z ich magicznym, mówiącym psem. Kiedy się obudziłeś, zauważyłeś, że nad tobą nie ma dachu! Łóżko, w którym tak wygodnie spałeś, było całkowicie mokre. Spałeś w starej, brudnej od ziemi pościeli. Wszystko, co działo się wczoraj, było złudzeniem, lub psotami dziwacznych duchów. Żaden to był dworek - to była rudera! Na szczęście magia znów działała (a jeżeli dotarłeś tu innym środkiem lokomocji niż teleportacja - został on magicznie naprawiony), więc mogłeś wrócić do domu.
Sesję prowadzi: P. Steward
Sesję prowadzi: P. Steward
Z tej pierwszej chmury pewnie wcale nie byłoby deszczu. Ale zaraz po niej pojawiła się kolejna. I kolejna. I kolejna. I nagle to nie tylko niebo stało się ciemne od zaściełających je deszczowych chmur, ale i na dworze zrobiło się ciemniej, jakby już zaczęło zmierzchać. Powietrze stało się wilgotne a w powietrzu zaczął unosić się zapach nadciągającej ulewy.
Zaledwie kilka chwil później lunął wreszcie deszcz. Od pierwszej kropli intensywny, głośny, dramatycznie utrudniający widzenie i tak mocny, że wystarczyło tylko parę sekund by każdy, kto znalazł się w tym momencie na dworze, stał się z miejsca przemoczony do suchej nitki. Krople spadały z nieba, uderzały o ziemię, niemal od razu tworząc kałuże i ochlapując wszystko, cokolwiek jeszcze żywego (lub nie) znalazło się w ich pobliżu.
Wiosenna ulewa. Jedna z tych, które nadchodzą z impetem po roztopach, zapowiadając nadejście cieplejszych temperatur i przebudzenia się do życia natury. Zwiastun przyszłego rozkwitu a jednocześnie niszczycielska siła, która niszczy ledwo wyrosłe z ziemi pierwsze, młode rośliny i zabija owady.
Woda spływała Mavelle po twarzy, włosach, dostawała się pod kurtkę, koszulę i do butów. Musiała podnosić rękę do czoła i robić z niej prowizoryczny daszek by krople deszczu nie próbowały dostać się jej do oczu.
W oddali majaczyło światło. Nie jedno, pojedyncze, które najpewniej zwiastowałoby tylko, że między Londynem a jedną z czarodziejskich wiosek grasuje albo zwodnik, albo jakiś inny, podobny do niej nieszczęśnik, który przypadkiem zabłądził o tej porze dnia w to samo miejsce co ona, ale sporo świateł. Nieruchomych, połyskujących w deszczu jak latarnie. Może nawet trochę wabiących, przywołujących podróżnych, ale tylko dlatego, że były w tym momencie jedynym jasnym punktem, gdziekolwiek spojrzała.
Im bliżej ich podeszła, tym lepiej widziała kontury wyłaniającego się z ulewnego deszczu dworku. Wyglądał na stary, ale zadbany. Bluszcz porastał jedno z skrzydeł, ustępując tylko miejsca oknom. Na parterze świeciły światła. Prowadziła do niego (teraz) błotniska ścieżka. Był ogrodzony niewielkim, kamiennym ogrodzeniem, ale brygadzistka Bones miała sporo szczęścia, bo gdy się ku niemu zbliżała, widziała, że bramę rozwarto szeroko, jakby całkiem niedawno ktoś stąd odjechał, a przez deszcze nie zdążono jeszcze jej zamknąć.
Była najwyżej dwadzieścia metrów od wejścia, gdy drzwi otworzyły się szeroko i stanął w nich niski, otyły, starszy mężczyzna. Uśmiechał się jowialnie i gestem zachęcał ją by podeszła bliżej i weszła do środka.
Zaledwie kilka chwil później lunął wreszcie deszcz. Od pierwszej kropli intensywny, głośny, dramatycznie utrudniający widzenie i tak mocny, że wystarczyło tylko parę sekund by każdy, kto znalazł się w tym momencie na dworze, stał się z miejsca przemoczony do suchej nitki. Krople spadały z nieba, uderzały o ziemię, niemal od razu tworząc kałuże i ochlapując wszystko, cokolwiek jeszcze żywego (lub nie) znalazło się w ich pobliżu.
Wiosenna ulewa. Jedna z tych, które nadchodzą z impetem po roztopach, zapowiadając nadejście cieplejszych temperatur i przebudzenia się do życia natury. Zwiastun przyszłego rozkwitu a jednocześnie niszczycielska siła, która niszczy ledwo wyrosłe z ziemi pierwsze, młode rośliny i zabija owady.
Woda spływała Mavelle po twarzy, włosach, dostawała się pod kurtkę, koszulę i do butów. Musiała podnosić rękę do czoła i robić z niej prowizoryczny daszek by krople deszczu nie próbowały dostać się jej do oczu.
W oddali majaczyło światło. Nie jedno, pojedyncze, które najpewniej zwiastowałoby tylko, że między Londynem a jedną z czarodziejskich wiosek grasuje albo zwodnik, albo jakiś inny, podobny do niej nieszczęśnik, który przypadkiem zabłądził o tej porze dnia w to samo miejsce co ona, ale sporo świateł. Nieruchomych, połyskujących w deszczu jak latarnie. Może nawet trochę wabiących, przywołujących podróżnych, ale tylko dlatego, że były w tym momencie jedynym jasnym punktem, gdziekolwiek spojrzała.
Im bliżej ich podeszła, tym lepiej widziała kontury wyłaniającego się z ulewnego deszczu dworku. Wyglądał na stary, ale zadbany. Bluszcz porastał jedno z skrzydeł, ustępując tylko miejsca oknom. Na parterze świeciły światła. Prowadziła do niego (teraz) błotniska ścieżka. Był ogrodzony niewielkim, kamiennym ogrodzeniem, ale brygadzistka Bones miała sporo szczęścia, bo gdy się ku niemu zbliżała, widziała, że bramę rozwarto szeroko, jakby całkiem niedawno ktoś stąd odjechał, a przez deszcze nie zdążono jeszcze jej zamknąć.
Była najwyżej dwadzieścia metrów od wejścia, gdy drzwi otworzyły się szeroko i stanął w nich niski, otyły, starszy mężczyzna. Uśmiechał się jowialnie i gestem zachęcał ją by podeszła bliżej i weszła do środka.