30.05.2026, 17:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.07.2026, 15:48 przez Lorraine Malfoy.)
Ostatnio częściej schodziła pod ziemię sama.
Nie bała się. Czego miałaby się bać? Nie było tutaj nikogo, kto mógłby jej zagrozić. Nie zapuszczała się głębiej, więc nie obawiała się zagubienia w plątaninie korytarzy. Znajomymi były ścieżki, którymi kroczyła, a kroki swe skierowała tam, gdzie wiedziała, że znajdzie Baldwina. Tam najczęściej zaszywał się, gdy nie wracał na noc do domu. W swojej świątyni. Tej podupadłej, pomazanej neonową farbą, tchnącej zapachem opium i taniej wódki. Baldwin znajdował się w jej centrum. Oto był kapłan, noszący w sobie pamięć o religii praojców. Ostatni z wyznawców, pijanych mroczną, pierwotną boskością, której dotykał gołymi rękami. W otchłaniach Podziemnych Ścieżek wciąż żyli starzy bogowie. Jakie grzechy topił dzisiaj na dnie butelki ich kapłan? Przeciw którym z bogów współczesności bluzgał? Utkwiła wzrok w zgarbionych plecach brata, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że wśród ruin wyglądał najpiękniej. Nie przywitała się, ale też nie musiała. Nie mieli przecież w zwyczaju żegnać się ze sobą.
W kieszeni sukni wciąż miała list od niego. Kopertę, którą zastała na swym biurku, rozpieczętowaną niecierpliwie, drżącymi rękoma. Nieomal rozerwała papier. Przebiegła wzrokiem wzdłuż linijek skreślonym rozchwianym pismem Baldwina… A potem przycisnęła kartki listu do piersi, czując, jak w jej ciele rozchodzi się ulga. Jak rumieniec rozchodzi się na całą jej twarz. Lorraine pokręciła głową z niedowierzaniem.
Nie zamierzała udawać się na żadną Polanę Ognisk. Najbardziej w świecie bała się jednak tego, że Baldwin mógłby nagle powziąć takie postanowienie. Lęk był równie bezbrzeżny, co irracjonalny, a jednak był. Wiara była w niej tak silną, bo wielkiej siły wymagało pokonanie wątpliwości, jakie ów lęk rodził. Zdusiła w sobie wątpliwości. Nie poruszyła tego tematu z Baldwinem. Nie uniosła się gniewem, nie zakazywała, ani nie błagała, aby został, choć byłaby przecież na to wszystko gotowa. Oto przyszła jednak próba jej wiary. Jakże łatwym byłoby wymusić na nim posłuszeństwo. Postawić przed nim ultimatum. A jednak wierzyła, że Baldwin wybierze dobrze.
Wybrał.
Lorraine dawno nie gościła na Polanie Ognisk. Dopustem bożym zachorowała na tegoroczne Beltane, obchody święta wypadały bowiem na krótko po tym, jak pokłóciła się z ojcem. Nie jadła wówczas kilka dni. Nie był to jednak żaden post pokutny, a jej własna fanaberia. Jak mogła jeść, gdy gardło miała wciąż ściśnięte własnym uporem? Zgryzota zdawała się wyżerać ją od środka w obliczu konfliktu z ojcem, któremu nigdy wcześniej się nie postawiła. W święto ledwie dała radę zwlec się z łóżka. Włosy wciąż miała wilgotne, gdy wreszcie zeszła na dół, mamrocząc pod nosem litanie. Wieści o tragedii doszły wraz z pocztą. Wtedy, gdy siedziała z Baldwinem przy kuchennym stole, patrząc jak Frida maluje kredkami. Sowy z listami od informatorów nadlatywały sukcesywnie.
Potem udali się do sąsiadów, aby wysłuchać w radiu pierwszych, szczątkowych relacji z miejsca zamachu.
To był pierwszy raz, kiedy znaleźli się tak blisko otwartego konfliktu. Tak blisko wojny. Wojna. Jakże strasznym było to słowo. Wojna, wojna, wojna, powtarzał wciąż w liście Baldwin, a Lorraine mimowolnie podążyła myślami w stronę wspomnień o Beltane. Wtedy wojna nie zdołała ich dotknąć, trwać mogli więc przy przeświadczeniu o swej nietykalności. Doświadczenie Spalonej Nocy odarło oboje ze złudzeń, jeżeli wciąż jakieś jeszcze mieli. Złudzenia nie żyły przecież na Nokturnie zbyt długo. Zdychały na ulicy, wycieńczone żebraniem o strawę, wycieńczone głodem. Gdy samemu nie miało się co włożyć do garnka, jak można było jeszcze karmić złudzenia? Złudzenia miały zapach popiołu wygarnianego z dna krematoryjnego pieca. Popiołu, którym w Spaloną Noc krztusili się mieszkańcy Londynu i okolic. Czy nie wystarczyło wam, zastanawiała się Lorraine, obracając w dłoniach karteczkę, którą podrzucono jej w trakcie ostatniej mszy, czy nie wycierpieliście wystarczająco? Ktoś wrzucił zarzewie wojny prosto do kieszeni jej płaszcza. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie polizać papierka. Czy nie położyć go sobie na języku, poczekać, aż się rozpuści. Czy by smakował? Juchą, która znowu przelana zostanie na polanie? Rozkładającym się mięsem, ciałem zwierzęcia, które zerwało się, ruszone desperacją?
Nie, zdecydowała Lorraine, zgniatając karteczkę w dłoni, smakowałby tak po prostu popiołem.
W Eurydyce nigdy nie było cicho. Stojąca w rogu szafa grająca wypluła właśnie Roadhouse Blues Doorsów. Psychodeliczny dźwięk klawiszy mieszał się z rozdzierającym duszę, przepitym wokalem Jima Morrisona. Sabrina pokazała jej jego twarz na mugolskich plakatach. Było coś marzycielskiego w tej piosence. Urocza przewrotność marzeń importowanych zza wielkiej wody, wyśpiewywanych zdartym barytonem. The future's uncertain, and the end is always near, śpiewali Doorsi, a Lorraine miała ochotę im zawtórować. Nie zamierzała udawać się na żadną Polanę Ognisk. Nie zamierzała brać udziału w żadnej wojnie. Miałaby zostawić w domu dziecko, położyć własne życie na szali? Opuścić Baldwina? Maeve? Scarlett? Po cóż miałaby bić się o dostęp do poświęconych gruntów, kiedy na Ścieżkach stąpać mogła po kościach umarłych świętych. Po cóż miałaby udawać się na krucjatę, aby odbić dom bogini, skoro zaprosić mogła ją do wnętrza własnego domostwa?
Napisali, że odzyskamy, co nasze, ale co jest nasze, pisał w swym religijnym uniesieniu Baldwin, kaznodzieja, wygłaszający swe kazanie. Co jest nasze?, pytał, zapamiętały w swym szale. Nic nie jest!
A jednak istniało coś, co było, pomyślała z rozczuleniem Lorraine, wyciągając rękę, aby przeczesać włosy brata, siedzącego przy jednym ze stołów. Podeszła do niego od tyłu. Nie wątpiła, że usłyszał jej kroki, gdy zbliżyła się wystarczająco, a jednak nie odwrócił się. Nie pozwoliła mu na to. Pochyliła się nad Baldwinem. Wsparła rękoma o rozklekotane krzesło, po to tylko, żeby zaraz zapleść się wokół jego szyi w delikatnym uścisku. Złożyć głowę na jego ramieniu.
– Nie idź. Zostań. Przyjdź. – Obracała jego słowa na języku jak poezję. Wyliczała je po kolei, jak gdyby wyliczała wezwania litanii. Prośby, a może rozkazy. Nie widzieli chyba różnicy między jednym a drugim. – To które w końcu? – wyszeptała, wtuliwszy się w niego policzkiem. – W jakiej kolejności?
Całej reszty listu brata nie wydawała się kwestionować.
Koniec sesji