Zasoby przeciwko duchom.
Nie żeby Brenna dotąd nie świętowała sabatów, ale nie podejrzewała dotąd, że kiedykolwiek będzie się czymś takim zajmować. Nie znała się na duchach. I nie była pewna, czy w ogóle z nimi można było walczyć.
– Hej – rzuciła, kiedy drzwi się otworzyły i przywołała na twarz uśmiech. Robiła to już odruchowo, niezależnie od nastroju, bo ludzie po Spalonej Nocy, co oczywiste, byli przygnębieni i przerażeni, a teraz przed Samhain… cóż, stawali się jeszcze bardziej przerażeni. Miała wrażenie, że każdy spodziewa się, że tej nocy stanie się coś złego. Po tym, co wyprawiało się podczas Beltane i Lithy zdawało się to niemal tak samego pewne, jak noc następująca po dniu.
Pytanie jaki dzień nadciągnie po tej mrocznej nocy.
– Przepraszam za spóźnienie, odbierałam inne zamówienie. Urządziliście się już? – spytała, trochę dlatego, że była szczerze ciekawa, a trochę, bo jednak wyskakiwanie tak na progu z „hej, dawaj gwoździe”, byłoby trochę niegrzeczne. – Nie sądziłam, że będę zamawiała bardzo dużo gwoździ. To znaczy… sądziłam, ale myślałam, że takich zwykłych, do przybijania ich w Warowni przeze mnie i Sama, a nie do tego, żeby nosić je w kieszeniach na wypadek, jeżeli ktoś musiałby rzucić nimi w złego ducha – powiedziała. Lekkie słowa, na przecież wcale nie lekki temat.