• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
1 2 3 4 Dalej »
[24.09.1972] Czcij Ojca swego i Matkę swoją

[24.09.1972] Czcij Ojca swego i Matkę swoją
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#1
08.05.2026, 14:47  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.05.2026, 14:49 przez Bard Beedle.)  
24.09.1972 godziny poranne - Zakład Pogrzebowy Necronomicon, Londyn

Największym grzechem Nokturnu było to, że nigdy się nie zmieniał.
Dzielnica biedoty i odrzutu społecznego cuchnęła stęchlizną równie mocno dziś, co lata wcześniej, gdy jako młody chłystek nie stronił od załatwiania tu interesów. Zgnilizna rozlewała się tu na mury kamienic, które swoich dobrych czasów nawet nie pamiętały; na stłuczoną kostkę brukową; na ludzi skulonych po kątach.
Doprawdy. Śmierciożercy zrobiliby całemu magicznemu światu przysługę, gdyby puścili z dymem to parszywe miejsce, a Ministerstwo Magii zalało je betonem raz a dobrze. Szkoda. Zmarnowana okazja do wprowadzenia zmian.
Nie teleportował się na próg zakładu pogrzebowego. Byłoby to co najmniej w złym tonie. Zamiast tego posłużył się jak zwykle przy podróżach do Londynu, prywatnym latającym powozem, zabezpieczonym zaklęciem kameleona. Odprowadził milczącym spojrzeniem małżonkę, gdy ta odeszła w stronę Alei Horyzontalnej. Oświadczyła, że chce zajrzeć do butiku. Nie widział przeszkód.

Nie zabrał ze sobą żadnej ochrony.
Żaden Malfoy nie potrzebował ochrony na Nokturnie. Wystarczyła biel włosów, połyskujący pierścień rodowy na palcu, by rzezimieszkowie zaczynali szukać innych okazji do łatwego zarobku. Niepewność widać było w  sposobie, w jaki uliczni handlarze milkli nagle pośród swoich niemal jarmarcznych pokrzykiwań. Jak prostytutki odsuwały się od krawędzi ulicy, szukając pośpiesznie czegoś czym mogłyby się nakryć. Jak żebracy targani narkotycznym głodem spuszczali wzrok, choć przecież nie mogli wiedzieć, kim dokładnie jest ten kulawy starzec w ciemnym płaszczu.

Necronomicon wyrósł przed nim niby gnijąca katedra.
Marcus zatrzymał się przed wejściem na dłużej, niż powinien. Wsparty o swoją laskę, zaciskał palce na metalowej rączce, wystukując nimi sobie tylko znany rytm. Witryna chyba została niedawno wymieniona, sądząc po resztkach sadzy na względnie doszorowanej ścianie. Przyjrzał się obojętnie wystawce urn, kwiatów i jednej dębowej trumnie. Jedyną interesującą rzeczą wydawał się portret trumienny jakiejś młodej blondynki. Znał artystę. Tylko jego syn malował tak jakby swoich modeli miał ochotę oskórować podczas procesu twórczego.
Szyld oświadczył, że w dni nabożeństw w miejscowym kowenie zakład pogrzebowy jest zamknięty. Jedno proste zaklęcie i drzwi ustąpiły. Spojrzał w dół na próg. Obniżył się wpuszczając go jak do siebie. Nie schował już różdżki z powrotem do jej ukrytego futerału w lasce. Proteza wystarczyła, żeby móc pokonać proste dystanse.
Dzwoneczek nad drzwiami zaanonsował gościa.
Nigdzie jednak nie widział pani tego przybytku. Miał przeczucie, że prędzej czy później sama się odnajdzie, nieważne czy teraz czy gdy wróci z Whitecroft. Córka Armanda zawsze wracała na Nokturn.
Nie przyglądał się specjalnie wyposażeniu wnętrza. Zakład pogrzebowy jak zakład pogrzebowy, ten tylko witał gości wypchaną synogarlicą. Marnotrawstwo inwentarza pocztowego. Chłonął ciszę i zapach kadzideł, gdy mijał przejście do kaplicy, by zająć miejsce w sali, w której najwyraźniej panna Malfoy przyjmowała rodziny. Magomedycy zawsze starali się go pokrzepić na duchu twierdząc, że przed nim jeszcze wiele lat życia, o ile tylko będzie dbał o przyjmowanie lekarstw i pozwalał się dźgać igłami co tydzień. Wspaniała wizja.
Usiadł w fotelu. Rozpalił leniwym ruchem nadgarstka kominek. W budynku było zimno jak w psiarni. Nie musiał czekać długo, ale miał go wystarczająco, by rozsiąść się wygodnie i wyprostować protezę. Kolano skrzypnęło w niemal starczym buncie. Nie fatygował się, żeby zdjąć płaszcz. Jeśli wszystko dobrze pójdzie rozmowa będzie krótka i konkretna.

A jednak, po chwili usłyszał kroki na korytarzu. Na schodach prowadzących pewnie do prywatnych kwater tutejszych pracowników. Albo i właścicieli. Choć zdawało mu się to jednym i tym samym. Skrzypnęły pod ciężarem kogoś schodzącego. Nie kogoś - a panny Malfoy we własnej osobie.

Zauważył ją pierwszy.
- Usiądź dziecko.- Wydał krótkie polecenie.
Nie dał jej czasu na odpowiedź. Nie dał nawet na moment zawahania. Wycelowana w stronę Lorraine różdżka błysnęła jasnym światłem. Nie bolało. Oczywiście, że nie bolało, gdy wpadła w niemal czułe objęcia Imperiusa. To było najbardziej przerażające. Klątwa przynosiła ulgę. Świat w jednej chwili stawał się prosty i cichy. Problemy dręczące umysł po prostu znikały, podobnie jak cały ciężar zwykłej, podłej codzienności. Strach, potrzeba decyzji, istota samostanowienia o sobie - wszystko to stawało się nieistotne. Pozostawało tylko błogie posłuszeństwo.
Obserwował jak pokonuje ostatnie stopnie bez pośpiechu; jak powoli obchodzi kontuar; jak podchodzi bliżej.
Zdjął z niej zaklęcie dopiero gdy usiadła w fotelu naprzeciw. Wyprostowana, z dłońmi ułożonymi na kolanach jak przystało na grzeczną dziewczynkę, którą nawiedzają w gościnie starsi krewni.

Przez moment obserwował jak wraca do siebie. Zazwyczaj nie trwało to dłużej niż pięć, sześć sekund. Podczas nich dochodziło do napięcia mięśni, gdy ciało przypominało sobie o kontroli; źrenice zwykle zwężały się. Czasem, szczególnie, gdy stało się ofiarą kompletnego partactwa, w mózgu pozostawał ślad. Cudza obecność, cienie pojawiające się w kącikach spojrzenia. Cóż, miała szczęście, że jego uroki były na tyle staranne, by nie było potrzeby martwić się o niepożądane efekty uboczne.
Taksował bratanicę uważnym spojrzeniem, sunąc wzrokiem od jej jasnej twarzy, wzdłuż szczupłej szyi aż do wysokiego kołnierzyka. Ciężko powiedzieć czy bardziej ją oceniał czy wyceniał. Ale Marcus Malfoy zawsze patrzył w ten sposób.
- A teraz - zaczął miękko, niemal uprzejmie. Przecież nie chciał dziewczęcia przestraszyć. - powiedz, gdzie jest mój syn.
Obracał różdżkę w palcach powoli, przyzwyczajony do tego, że ręce ma zawsze czymś zajęte.

Odkryj wiadomość pozafabularną
Bard w rękach Lorien Mulciber
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#2
27.06.2026, 21:46  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.06.2026, 23:18 przez Lorraine Malfoy.)  
Nie kroczyła.
Płynęła.
Ciało pozbawione ciężaru woli zdawało się przecież tak lekkim. Nie należało już do niej. Może nigdy nie należało do niej.
Nie była świadomą tego, co robi. Świadomość przypominała poszum wody, bijącej gdzieś w oddali. Lorraine była wodą poddającą się biernie nurtowi obcego wpływu. Nie bystrym strumieniem, lecz wspomnieniem strumienia, który wylał, stając się rozlewiskiem. Stopy jej bezgłośnie sunęły po stopniach, kiedy spływała leniwą kaskadą wzdłuż schodów. Ręce podtrzymywały rozlewające się na boki fałdy sukni o konserwatywnym kroju. Nie dało się jednak złapać wody. Zbyt łatwo przeciekała przez palce. Może dlatego ramiona Lorraine opadły łagodnie, gdy zwróciła wreszcie twarz w stronę stryja.
"Usiądź, dziecko", usłyszała. Przedziwny spokój gościł na jej twarzy, zwykle przynajmniej częściowo przesłoniętej przez lśniącą taflę srebrzystych włosów. Plecy jak zawsze trzymała prosto, głowę miała jednak wysoko uniesioną, co w obecności Marcusa było rzadkim zjawiskiem. Dziwnie nieruchomymi były jej oczy. Nieobecnymi. Patrzyła na niego, ale go nie widziała. Słyszała go, ale nie głosu Marcusa zdawała się słuchać. "Usiądź, dziecko", zarządził przecież ojciec, gdy ledwie przedwczoraj zeszła do niego na Podziemne Ścieżki. Kim była, żeby mu się sprzeciwiać? Nawet jeżeli miała wrażenie, że coś jest nie tak. Bo nawet w stanie nieświadomości zaklęcie zdawało się Lorraine niewłaściwym. Nie było aż tak subtelnym jak magia jej ojca, chociaż nosiło pewne znamiona podobieństwa. Nie umiała orzec jakie. Wiedziała tylko, że to nie ojciec, nawet jeżeli próbował mówić jego głosem. Ojciec nigdy nie wymusiłby na niej posłuszeństwa siłą. Sprawiłby, żeby je wybrała. Żeby wybrała bycie posłuszną z własnej, nieprzymuszonej woli.
Władza, która potrzebuje przymusu, aby być należycie egzekwowaną, nigdy nie wystarczyłaby przecież Armandowi Malfoyowi. On od swoich dzieci pragnął dobrowolnego poddaństwa. Ofiary. Poświęcenia wolnej woli z pełną świadomością wagi dokonywanego poświęcenia. W pewnym sensie uczynił z tego swoją doktrynę. Armand Malfoy zawsze chciał być niczym bóg, a ulegać bogu było czymś naturalnym, gdy pokładało się w nim wiarę. Wiara wyjątkowo nie zawiodła Lorraine, która spoczęła bezwolnie w fotelu. Nie był to bowiem ojciec. Nie był to jej ojciec.

Odetchnęła cicho, czując, jak Marcus wyzwala ją spod mocy zaklęcia.
Nie wybrzmiało to głośniej od westchnienia.

Większość ludzi zapewne zaczerpnęłoby gwałtownie powietrza, zdając sobie sprawę, że tonie, ale Lorraine dawno już nauczyła się, że nie ma sensu walczyć z nurtem. Zbyt łatwo mu się poddała. Wiedziała, że przyjdzie jeszcze czas, że będzie z tego powodu czuła wstyd. Zawsze umiała zręcznie dobierać słowa, wątpiła jednak, żeby udało jej się znaleźć właściwe, żeby opisać ten szczególny rodzaj wstydu.
[+]Wstyd
To byłoby o wiele prostsze, gdyby to był ktoś obcy.

Gdy Miranda sięgała do jej umysłu, miała ochotę się schować. Nie mogła schować się w sobie, chowała się więc w ramionach macochy, choć jednocześnie chciała uciec przed nią na sam koniec świata. Nie chciała być dotykana. Potrzebowała tego. Gdy czuła na sobie dotyk Mirandy, wszystko jej w środku drżało. Dlaczego więc na twarzy gościł wciąż uśmiech? Ciało krzyczało, gdy macocha była zbyt blisko, Lorraine milczała jednak, jak gdyby na przekór podsuwając się bliżej. Trudno było jej przyznać się samej przed sobą, że poczuła ulgę, gdy Miranda umarła. Może dlatego tak długo pragnęła podążyć w ślad za nią. Pragnęła umrzeć, żeby odpokutować za ulgę, jaka jej towarzyszyła, gdy przymykała martwe powieki macochy. Posłuszna córka, we wszystkim gotowa naśladować matkę, nawet w śmierci.

To byłoby o wiele prostsze, gdyby tak po prostu bolało.

Lorraine chyba wolałaby, gdyby bolało, nawet jeżeli bała się bólu. Nawet jeżeli czuła teraz strach, nie poczuła przecież żadnego bólu, gdy stryj narzucił jej swoją wolę. Nie mogła więc nazwać tego gwałtem, nieważne, że poruszyła się pod przymusem. Przymus był niemal przyjemnym w swej nieuchronności. Gdyby dłużej się nad tym zastanowić, czy nie powinna być stryjowi na swój sposób wdzięczną? Czy nie powinna była podziękować? Nie sądziła, aby dała radę zejść ze schodów o własnych siłach. Nie byłaby nawet w stanie obejść kontuaru przy swych trzęsących się nogach. Wyszkoliłaś mnie zbyt dobrze, matko, pomyślała, pustym wzrokiem przypatrując się twarzy ojca Baldwina. Gdy całe życie mieszało się nienawiść z miłością, granica między nimi ulegała zatarciu. Dom rodzinny stawał się schronieniem i miejscem opresji zarazem. Czułość była nie do odróżnienia od przemocy.

Może dlatego Lorraine nigdy nie umiała nazwać gwałtu gwałtem.

Takie kobiety jak ona nie były gwałcone. Nie, ona nigdy… Gwałcone były kobiety słabe. Zbyt słabe, aby się obronić. Zbyt głupie, aby taką obronę sobie zapewnić. Gwałcone były prostytutki. Gdy zbyt często otwierało się przed mężczyznami nogi, przestawało im bowiem zależeć na czekaniu na zaproszenie. Wpraszali się więc sami. Ze swoimi ciężkimi cielskami. Z ciężkimi oddechami. "Przecież sama tego chciałaś", dyszeli. Lorraine zajrzała do głów wystarczająco wielu prostytutek, żeby o tym wiedzieć. Do głów wystarczająco wielu kobiet. Nawet tych, które prowadziły się cnotliwie, chociaż dla Lorraine utrzymanie pozoru cnoty było ważniejsze niż sama cnota. Gdy kobieta była wystarczająco nieskazitelną, nikt nie mógł zarzucić jej nieprawości. A jednak czystość prowokowała do sięgania przemoc jeszcze silniej. Kruchość była do niej wręcz zaproszeniem. Gdy kobieta była wystarczająco kruchą, nikt nie pytał przynajmniej, dlaczego nie stawiała oporu. Oskarżenie nabierało w jej ustach mocy. "Oto jest ten, który mnie wykorzystał." Ale znów, co dobrego przychodziło ze stawiania oskarżeń? Nie dało się odczynić szkody. Kobieta zostawała zbrukaną, więc lepiej byłoby dla niej, gdyby milczała.
Gdyby Lorraine dłużej o tym pomyślała, być może doszłaby do wniosku, że zgwałcona mogłaby być każda kobieta.
Tyle że Lorraine nie była kobietą. Była wilą.

Przynajmniej wiedziała już, o czyjej magii przypomniało jej zaklęcie stryja. Jej własnej.

Potrzeba tłumienia wilej magii była w Lorraine tak silnie zakorzenioną, że nie zdziwiłaby się, gdyby upośledziła tym swoje zdolności magiczne. Próbowała być mniejsza, więc jadła mniej, zadowalając się własnym, przygryzionym językiem. A często musiała się gryźć w język. Zbyt egzaltowana. Zbyt intensywna. Zbyt wrażliwa. Wciąż jednak zbyt dumna, żeby splunąć krwią, powoli zbierającą się w buzi. Przełykała ją tak samo, jak wszystkie drobne upokorzenia, których przyszło jej doświadczać. Z godnością. Godność miała posmak tłumionych mdłości. Nawet do tego zdołała się przyzwyczaić: nie mdliło jej już, gdy płaszczyła się przed resztą rodziny, żebrząc o bycie uznaną; nawet wtedy, gdy była uległą aż do porzygu. Nauczyła się sycić się kłamstwami, bo te nie przyprawiały jej przynajmniej o niestrawność. Wkrótce wszystko w życiu Lorraine Malfoy stało się kłamstwem. Fałszywe było w niej wszystko do tego stopnia, że sama już nie wiedziała, co jest prawdziwym, a co nie. Nie istniała już różnica między jednym a drugim. Kłamstwa dawały przynajmniej poczucie kontroli. Poczucie bezpieczeństwa. A Lorraine nawet we własnej głowie nie mogła czuć się bezpiecznie. Nie po tym, jak pozwalała matce wnikać do wnętrza swego umysłu. Przez wszystkie te lata zmieniała miejsca zamieszkania, nigdzie nie odważywszy się zatrzymać na dłużej. Nigdzie nie zdołała się zadomowić. Nie dlatego, że nie chciała. Lorraine niczego nie pragnęła tak bardzo jak domu. Nie mogła tak po prostu pozwolić sobie na to, żeby zaczęło jej zależeć. Zbyt wiele razy się zawiodła, zbyt wiele razy przywdziewała żałobę. Zbyt wiele w życiu utraciła. Gdy tylko odważyła się nazwać coś swoim, było jej to odbierane. Więc uciekała. Uciekała wszystkie te lata, aż wreszcie przestała uciekać: wczoraj zdała sobie bowiem sprawę, że nie chce już dłużej uciekać.
Przez chwilę naprawdę myślała, że tym razem się udało. Oto bogini wysłuchała jej modlitw. "Tylko tego pragnę", modliła się przed jej ołtarzem, "domu". Odważyła się wierzyć, że tym razem wszystko się ułoży. Zapomniała jednak, że jej życzenia nigdy się nie spełniały, gdy wypowiadała je na głos. Być może pożądała zbyt silnie, kochała zbyt bluźnierczo.

Być może zasługiwała na to, żeby zostać ukaraną za to, że odważyła się kochać równie mocno, co sama bogini.

Jej grzechem było to, że pozwoliła sobie poczuć się bezpiecznie. Lorraine całe życie wierzyła, że nazwisko obroni ją przez każdym niebezpieczeństwem, a jeżeli nie zrobi tego nazwisko, zrobi to rodzina. Konsekwentnie odmawiała uznania, że może być inaczej, nawet jeżeli największych krzywd w swoim życiu doznała ze strony tych, których nazywała rodziną. Ze strony macochy, która nauczyła ją bezkrytycznej wiary w nazwisko Malfoy. Nie nazwisko uchroniło jednak Lorraine przed napaścią, gdy Londyn pogrążył się w chaosie. Wiedziała już, że stojący na czele rodziny Fortinbras był tego chaosu częścią, gotowy obojętnie patrzeć na krzywdę swych krewnych. A jednak dopiero Marcus zdołał rozwiać ułudę bezpieczeństwa, którego nazwisko było dotychczas gwarantem.
W oczach świata była kobietą, była szlachetnie urodzona, wreszcie, była młoda, niezamężna. Protekcja rodziny zwyczajnie jej się należała, tak przecież nakazywało prawo i obyczaj. Zamiast protekcji jak zawsze przyszła przemoc. Lorraine chciała krzyczeć, nie odezwała się jednak ani słowem. Wszystkie te wyrzeczenia… Wszystkie te lata, kiedy chowała się za plecami potężniejszych od siebie członków rodziny, starając się nie rzucać w oczy. Nie ufała nikomu, zewsząd oczekując zdrady, przedsiębrała wszelkie środki bezpieczeństwa, w swej paranoi zabezpieczała się z każdej możliwej strony, zawiązując sojusz za sojuszem. Dbała o utrzymanie pozorów, przestrzegając reguł socjety równie sztywnych, co kołnierzyk u wierzchu jej skromnej sukni, stroiła się w cnotę jak dla parady. Umiała wzbudzać szacunek, inaczej nie przeżyłaby nawet jednego dnia na Nokturnie. Przygotowana była na absolutnie wszystko, tylko nie na to, że skrzywdzą ją ci, którzy obiecali ją chronić. Zagrożenie przyszło z zupełnie innej strony niż się spodziewała. Ale przecież nie była głupia, przecież wiedziała, wiedziała, do czego są zdolni Malfoyowie… Kiedyś bała się, że to jakiś zbir z Podziemnych Ścieżek wejdzie do jej zakładu pogrzebowego ściskając w dłoniach groźbę jak różdżkę. Potem zaczęła bardziej obawiać się interwencji służb. Pięści, które zastukają w jej drzwi z nakazem aresztowania, oślepiając ją blaskiem swych odznak. Obawiała się ich bardziej niż ciężkich butów Śmierciożerców, których szaty przypominały swym kolorem pogrzebowy kir.
Cały ten czas powinna obawiać się swojej rodziny. Czy ktokolwiek inny odważyłby się zburzyć spokój domostwa Lorraine Malfoy? Przekroczyć próg Necronomiconu nieproszony, usiąść w salonie, naruszyć świętość przestrzeni swoją obecnością? Nigdy nie była kimś, kogo można byłoby złamać przemocą, kimś, kogo można skrzywdzić bez poniesienia konsekwencji. Należała do świata, w którym byłoby to naruszeniem nie wobec niej, ale wobec całego rodu. Krzywda jednostki była niczym, ale za krzywdy wyrządzone rodowi płaciło się już inną walutą.
Tylko że w jej głowie krzywda zawsze przychodziła ze strony obcego, ale ten, który rzucił na nią zaklęcie, nie był przecież obcym.

Tak jak Lorraine często się czegoś obawiała, tak niewiele rzeczy przejmowało ją realnym strachem: teraz jednak bała się tak straszliwie, że musiała przypominać sobie o tym, jak oddychać. Strach przychodził bowiem falami, które wzmagały się im bardziej walczyła.
Nie bała się o siebie. Bała się o swoją córeczkę. Bała się o Baldwina. Wyprawiła ich do kowenu wcześniej, samej zostając nieco w tyle, żeby się przygotować do wyjścia. Musiała wysuszyć włosy, a to zawsze zajmowało dużo czasu. "Dołączę do was w drodze", obiecała, wiedząc, że Baldwin i tak zajdzie najpierw do Malouelów. Zdążyła nawet zmienić sukienkę, bo przy gorseciku odnalazła, ku swojej zgrozie, dziurę wygryzioną przez mole. Jakże odległymi wydawały się wydarzenia tego poranka. Dąsy Fridy, która niezadowolona była, że nie zdążyła przebrać Marii Antoniny w pasującą sukienkę, uspokoiła się jednak, gdy lalka dostała nową tiarę z naprędce zszytej szarfy. Nieprzytomne mruczenie Baldwina, który nigdy nie lubił wstawać rano. Dzisiaj znieść musiał manewry Lorraine, która wyplątywała mu z włosów spinki, po tym jak zasnął, niepomny, że Frida miała ochotę zabawić się we fryzjerkę. Zanim pojawił się Marcus jedynym zmartwieniem Lorraine było to, jaką piosenkę zagrać z chórem na antyfonę.
Naprawdę myślałaś, że możesz bawić się w dom?
Gdy zaczynała wyobrażać sobie, co zrobiłby Marcus, gdyby zastał ich wszystkich razem… Nie, nie mogła o tym teraz myśleć. Jeżeli zacznie o tym myśleć, będzie zgubiona. Zbyt dobrze wiedziała, do czego był zdolny stryj. Widziała przecież wnętrze głowy Baldwina. "Nie oglądaj się za siebie", nie tak napisała mu, gdy wybuchły pożary? Niechby chociaż raz posłuchał. Niech się nie zawraca… Zawróci się, oczywiście, że się zawróci, bo pewnie pomyśli, że znowu zemdlała, i trzeba ją cucić. A może przyjdzie pytając po prostu, czemu się spóźnia. Zauważy, że gdyby dostawał knuta za każdym razem, gdy musi się mierzyć z jakimś jej kryzysem wiary po sabacie, miałby już dwa knuty.
Może już lepiej, żeby przyszedł, pomyślała, najbliższa chyba wybuchnięcia płaczem od czasu ustąpienia zaklęcia, wtedy przynajmniej przyszedłby sam, bez dziecka. Jeżeli wróci z dzieckiem…
Nie, Lorraine. Nie myśl o tym.
Nigdy nie rozumiała, jak można wybrać między jednym złem a drugim. Lepiej nie wybierać wcale, prawda? A jednak miała przynajmniej jakąś ideę tego, co Marcus jest w stanie zrobić Baldwinowi. Ledwie dała na niego radę przez to patrzeć, gdy ostrożnie brała oddech, dochodząc do siebie po imperiusie. Myśl o tym, co zrobiłby Fridzie była gorsza. Zawsze kończyła się wizją charłaków uwięzionych we wnętrzu jego posiadłości. Czym dla niego różniłaby się ghoula dziewczynka pozbawiona głosu od zastępu sług pozbawionych języków?
Nie mogła o tym myśleć. Musiała pozwolić, aby strach obmył ją jak woda w świętych sakramentach. Odwróciła się do kolejnej jego fali plecami. Nie wolno oglądać się za siebie, pomyślała, zamrugawszy gwałtownie. Wydawało jej się, że długo zajęło jej odzyskanie władzy na sobą, a jednak nie mogło trwać to dłużej niż kilka oddechów.

Wreszcie odetchnęła głębiej.


Ledwie przedwczoraj, z głową opartą o ramię ojca, przysłuchiwała się, jak jej czyta; wcześniej natomiast, przeglądała jego książki, pośród których odnalazła starą Biblię. Zanim podłożyła ją pod kulawy stół, żeby nie chybotał się już dłużej, odwróciła książkę na stronę tytułową. Powiodła palcami po słowach, jakich użyto do jej otwarcia. Słów tych nie skreśliła ręka jej ojca, łatwo szło jednak poznać charakter pisma stryja Marcusa. Biblia była przecież prezentem od niego.
Zamiast dedykacji, wpisał: "Czyż jestem stróżem brata mego?".
Prychnęła kpiąco, zatrzasnąwszy książkę, z której ojciec dawno już zerwał złote okucia, zdobiące okładkę. Jak zawsze, dokonywał prawdziwego wyboru poety. Teraz książka była tak samo okaleczona jak ten, od którego otrzymał ją w darze. Tak samo wybrakowana jak Marcus. Lorraine przestała dziwić się, dlaczego brak serca nie dokuczał stryjowi tak samo jak brak nogi. Być może nie był w stanie odczuć braku tego, czego nigdy nie posiadał, pomyślała, zaciskając gniewnie usta.

Teraz jednak obdarzyła stryja łagodnym uśmiechem.

— "Czyż jestem stróżem brata mego?" — zapytała, cytując słowa mugolskiego Pisma tak jak gdyby deklamowała poezję. Lekko ochryple, musiała bowiem najpierw odzyskać swój głos. Przechyliła przy tym głowę w znajomym Marcusowi geście, odtwarzając mimowolnie manieryzm, który przejąć musiała w schedzie po zmarłym ojcu. Miała jego oczy. Oczy Armanda. — Najdroższy stryju, z całym szacunkiem, Baldwina nie ma w tym skromnym przybytku. Nie ma tutaj nikogo, gdy szykuję się na nabożeństwo. Nie spodziewałam się, że bogini raczy wysłać swego osobistego wysłannika… — Lorraine uśmiechnęła się znów, uśmiechem, który nie sięgał oczu. — …Karcąc mnie za opieszałość. Wdzięczna jestem jednak za wizytę. — Skłoniła głowę w geście szacunku, posłusznie spuściwszy wzrok na złożone na podołku dłonie.

Drżały.


Yes, I am a master
Little love caster
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#3
07.07.2026, 20:36  ✶  
Wiele było podobieństw między Armandem, a jego bratem. Więcej jeszcze zaś różnic, zwłaszcza tych widocznych na pierwszy rzut oka. Ważnym jednak było teraz to, że Marcus wcale nie miał ani ochoty ani nawet potrzeby marnować czas na jakąś wyrafinowaną manipulację ledwo co odrośniętą od ziemi siostrzenicą. Aż tak mu nie zależało, żeby owinąć sobie dziewczynkę wokół palce. Po co. Od tego miał magię.
I niechby sobie Armand prychał i warczał gdzieś tam w odmętach swojego zgniłego grobu - działało to równie skutecznie co jego wszelkie starania w tym zakresie.
Ależ manipulacja daje dalekosiężne efekty!
Klątwa trzymana odpowiednio długo… też. Może i lepsze, bo eliminowała potencjalny bunt jednostki.
Dlatego z czystą przyjemnością oglądał jak panna schodzi ze schodów, kierując posłusznie swoje kroki w jego stronę. Tym co siedzi w jej głowie - ach tych to nie zadręczał się wcale. Pstre myśli pstrych dzieci. Uniósł lekko brwi widząc jej uniesiony dumnie podbródek. A to bardzo interesujące.
Żonie zdarzało się czasem mruknąć coś o stanie cywilnym Lorraine i jej słabnącej z roku na rok pozycji. Robiła to, gdy chciała przełamać ciszę jaka zapadała zwykle między nimi wieczorem, nim rozeszli się do swoich sypialni. Rzadko, bo nie zajmowała męża bzdurnymi kobiecymi plotkami. Jasnym było, że córka Armanda się starzeje i z czasem straci jakąkolwiek wartość dla rodu. Przynajmniej Eden nie robiła wstydu.
"Może to i lepiej." Stwierdzał wtedy, nie podnosząc głowy znad swojego zajęcia. "Geny mojego brata nie są warte przekazania dalej. Wystarczy nam ona." To było sensownym wytłumaczeniem. Armand - nieszczęsna zakała, opijus co zdechł bez grosza przy duszy. Artysta z bożej łaski. Oczywiste, że jego gałąź należało odciąć raz a dobrze i nie ryzykować skażeniem przyszłych pokoleń. Słowem nie wspomniał przy tym o zwierzęciu, które dziewczę miało za matkę. Wystarczyło, że wszyscy dookoła wierzyli w bajeczkę rozpowiadaną przed laty przez Mirandę. Miranda. Biedna, nieszczęśliwa Miranda. Ileż to lat minęło od jej śmierci. Wystarczająco żeby Lorraine się rozpasała w tym całym zakładzie pogrzebowym zamiast zająć się czymś konstruktywnym. Nie jego dziecko - nie jego sprawa. Niech się Fortinbras martwi skoro dopuścił do tego po odejściu Armanda.

Nie rzucała się, gdy wreszcie zdjął klątwę, co też po części uznał za swoją zasługę. Nie było żadnej potrzeby się nad nią znęcać, więc wszystko robił nad wyraz jak na siebie delikatnie. Gdyby chciał - zabolałoby. Ale znów - nie było to warte aż takiego wysiłku. Mimo to, nie mógł odmówić jej gracji. Irytującym było oglądanie jak ludzie walczą z potęgą magii. Zdarzało im się rzucać na podłogę, wić w męczarniach, zachować resztkę godności. Niepotrzebnie. Wola ludzka przypominała miękką glinę. Idealna do formowania, do wypalenia w ogniach nauki i religii, ale… nawet ona miała swoją granicę. Zerwanie jej czy strzaskanie zdawało się jeno dziecinną igraszką.

Dał jej czas na dojście do siebie. Ewidentnie zbyt wiele skoro odzyskała na tyle tupetu, by cytować pisma mugolskich proroków. Może i kogoś wzruszyłby widok dziewczynki tak podobnej w swojej manierze do ojca. Ale nie Marcusa. Może dlatego, że jego wszelkie Armandowe manieryzmy zwyczajnie w świecie irytowały. Już wystarczyło, że jego syn czasem przypominał mu brata. A teraz siedziała przed nim kolejna papużka.
Ale pozwolił jej mówić. Przynajmniej przez moment, bo w pewnym momencie uniesieniem dłoni przerwał jej kompletnie niepotrzebny monolog o przybyciu posłańca Bogini. Nie był w nastroju na wysłuchiwanie herezji z jej ust. Zresztą Marcus Malfoy wychodził z prostego założenia, że kobiety, ryby i dzieci głosu nie miały. Głosu nie mieli też ci, którzy co do zasady nie mieli nic mądrego do powiedzenia. Co stanowiło większość ich społeczeństwa.
- Skoro tak chętnie przytaczasz mugolską Księgę Rodzaju świadoma jesteś co spotkało syna Adamowego, gdy skłamał, prawda?- Palce, którymi dotychczas wystukiwał miarowy rytm na podłokietniku fotela, zamarły w bezruchu. Ale nie sięgnął z powrotem po różdżkę. Po prostu spoglądał na siostrzenicę z tą mieszanką dezaprobaty i irytacji, którą zazwyczaj miał wypisaną na twarzy, gdy uznawał, że rozmówca nieszczególnie jest wart jego czasu. Nawet jeśli to on przywędrował do owego rozmówcy.- Spróbujmy jeszcze raz, moje dziecko. Ale tym razem zwróć uwagę, że nie spytałem Cię czy jest tutaj. Pytam gdzie jest mój syn, Lorraine. A może mam uwierzyć, że przestałaś się interesować dokąd chodzą ci, których tak ofiarnie przyjmujesz pod swój dach?
Wyciągnął z zanadrza ładnie zebrany, przewiązany konopnym sznurkiem nieduży plik kopert - każda jedna adresowana do Calanthe; każda jedna zapisana charakterystycznym pismem Baldwina. Naraz stało się jasnym, że Marcus doskonale wiedział, gdzie go szukać. Machnął nim leniwie w powietrzu, trzymając jednak korespondencję przy sobie.
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#4
14.07.2026, 20:47  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.10.2026, 23:45 przez Lorraine Malfoy.)  
Gdyby znała myśli stryja, zapewne zgodziłaby się z nim: Lorraine nie przedstawiała sobą żadnej wartości dla rodu.

O to jedno słowo pokłóciła się z ojcem na wiosnę.

Wartość.

Zawsze zastanawiała się, jak długo uda jej się utrzymać życie, jakie wiodła. Niezależność miała swoją cenę, wbrew temu, co uważał Armand Malfoy. Zależało jej na protekcji rodziny, ale coraz trudniej było wyjaśnić, dlaczego żyje w taki, a nie inny sposób. Przyszła więc podzielić się z nim swoimi wątpliwościami. Przecież był jej ojcem. Przecież powinien zrozumieć. Tak jak on kiedyś, miała teraz na wychowaniu małą dziewczynkę. Nie chciała, żeby Frida patrzyła jak gorzknieje, żeby czuła, jak jej ręce zaczynają twardnieć. Czy było coś złego w przyznaniu, że urodziła się do bycia czyjąś żoną? Nie miała żadnych realnych umiejętności. Jeszcze chwila, i nie będzie miała już żadnych perspektyw. Być może powinna poprosić rodzinę o pomoc. Było to mniej bolesne niż patrzenie jak brat pogrąża się w swych obsesjach, tak jak jej ojciec. Jak sama staje się swoją matką dla dziecka, które przecież z całego serca kochała — jak staje się Mirandą. Z pewnością znalazłaby sposób, żeby być obok, bliżej nawet: życie kobiety nie było klatką, zwłaszcza, gdy umiało się zręcznie balansować pomiędzy obowiązkiem a pragnieniem. Mogłaby wtedy mieć wszystko, przekonywała się, oni mogliby mieć wszystko.
Nie tak cię wychowałem, usłyszała wówczas od ojca.
Nie wychowałeś mnie, żebym była nikim, rozpłakała się. Wierzyła, że łzy ukoją ojcowską zapalczywość. Rzadko był wobec niej okrutnym, a jednak okrutnymi były jego słowa.
Lepiej być nikim tutaj, niż kimś tam, warknął ostro. Lepiej być sobie tylko panem żyjącym w nędzy, niż służyć pośród cudzych zbytków.
Nie dał nabrać się na łzy.
Gdybyś zostawił mi posag, wtedy byłabym panią. Wtedy miałabym jakąś wartość w świecie, w którym zostawiłeś mnie samą.
Wartość! Jakąż przedstawiasz dla nich wartość! Armand walnął pięścią w stół. Pozwalasz, żeby wyceniali cię jak mięso. Moja córka rżnięta na kawałki, które można sprzedać. Najpierw chciałaś oddać rękę! Rękę można oddać, ale duszę? A oddawaj duszę! Niech rozkroją ją, niech wypatroszą, podzielą na sztuki… Nie słuchała go. Pozwoliła mu wznosić się pośród spływających posoką metafor. A więc po to obrócił wniwecz rodzinny majątek: po to, aby ocalić jej duszę! Oto był jej pan i zbawiciel z kolejną pierdoloną przypowieścią, która miała oszukać żołądek.
Jakie mięso, ryknęła przez łzy. Jakie mięso? Kiedy ty ostatnio jadłeś mięso? Nawet na to nie miał pieniędzy, pomyślała, zrywając się na nogi. Nie ma pieniędzy! Nie ma mięsa! W gardle staje mi to mięso. W gardle stają mi kości! Nie ma mięsa, tylko kości! Stała przed nim, drżący stosik kości powleczonych skórą. Nie jem, tato, nie rozumiesz? Ja nie jem, oni jedzą ze mnie!
Nie głodują, grzmiał Armand. Zgrzytnął zębami, bo cóż innego mógł zrobić. Gdyby córką potrząsnął, pogruchotałby jej kości.
A ty rzuciłeś mnie im na pożarcie, szlochała. Ty to zrobiłeś! Ty!
Nie głodują, bo ich karmisz. Gorzką bądź, niechaj spluną! A jeżeli chcesz być słodką, niech będzie to chociaż słodycz zepsucia.
Ale ona już była w histerii.
Ty mi to zrobiłeś, mamrotała. Ty mnie zepsułeś. Chciała, żeby policzył jej żebra. Chciała żeby nie odwracał wzroku od jej wychudłej twarzy. Chciała, żeby poczuł obrzydzenie na jej widok. Niszczyła siebie, a on na to pozwalał. Co za różnica, na jaki sposób to robiła? Czym poniżenie w domowym zaciszu różniło się od tego, które musiała znosić publicznie? Chcesz, żebym zgniła tu razem z tobą, mamrotała, snując się nieprzytomnie po pokoju. Mogłam mieć życie. To jest według ciebie życie? Ty nie żyjesz. Ty nie żyjesz! Czy i ja powinnam umrzeć? Prawdopodobnie byłoby w tym więcej godności niż w byciu jebaną żebraczą księżniczką Nokturnu.

Jakież to było żałosne. Na miejscu Armanda zrobiłaby sobie to samo, co zrobił jej teraz Marcus. Bo przecież ojciec miał rację. Tak szalenie próbowała dowieść swej wartości w oczach rodziny, obawiając się, że zostanie odrzuconą, gdy odmówi podporządkowania się cudzej woli… A co z tego podporządkowania właściwie wynikało? Co wynikało z oporu?
Nic.
Nic.
Przy Marcusie nie stawiała oporu. Nawet nie sięgnęła po różdżkę, schowaną w rękawie szaty. Po co miałaby to robić? Nie zdołałaby jej utrzymać w drżących dłoniach. A jednak umiałaby go skrzywdzić, dotarło do niej nagle. Wtedy może udałoby się jej kupić trochę czasu, nawet jeżeli wzdragała się na samą myśl o wnętrzu umysłu tego człowieka. Nawet jeżeli wiedziała, że po różdżkę nie sięgnie… Chyba, że obok będzie Frida.
Zacisnęła nerwowo palce, aż pobielały jej knykcie, a pierścionek z symbolem rodu wżął się w ciało. Chciała, żeby zostawił na nim odcisk: emblemat rodu odciśnięty na skórze czerwienią tak jak w laku pieczęci zdobiących pokazywane jej przez Marcusa listy. Wiedziała, do kogo były adresowane. Czy przeczytała je chociaż, zastanawiała się, czy oddała rodzicowi ledwie dostrzegła, czyją ręką zostały skreślone? Czy w ogóle zezwalano jej na posiadanie prywatnej korespondencji? Czy zezwalano jej na posiadanie własnych myśli? Widok listów skreślonych ręką Baldwina sprawił Lorraine ból. Bo nieważne, jak wielkim współczuciem nie darzyłaby Calanthe, nie mogła przestać się z nią na swój sposób porównywać. Nie była przecież silniejszą od niej. Nie była mniej poranioną. Wciąż tęskniła za wpływem Mirandy na swoją wolę. Dobrze wiedziała, jak intoksykującym było poddać się cudzemu panowaniu. Był taki czas, że we wszystkim była podległa matce, dokładnie tak, jak Calanthe podległa była swojemu ojcu. A jednak, w przeciwieństwie do Calanthe, Lorraine wciąż była sobą.

Nie nienawidziła jej. Jak mogłaby jej nienawidzić? Musiałaby wtedy nienawidzić jego, pomyślała, wyobrażając sobie, jak wodzi opuszkami palców po twarzy Baldwina. Twarz Calanthe była tak podobną do jego twarzy. Nie mogłaby go nienawidzić. Kochała go. Kochała go, więc na swój sposób musiała kochać i ją. Na swój sposób, powtórzyła w myślach. Obróciła tę myśl w głowie tak samo jak zwykła obracać rodowy pierścionek na palcu. Na swój sposób kochała przecież całą tę rodzinę, nieważne, jakich grzechów się dopuścili. A jednak modliła się, aby dożyć czasów, gdy Baldwin przestanie widzieć w Calanthe swoją lepszą połowę. W sercu rozważała, czy jej modlitwa nie jest świętokradzką — proszenie o cudzą zgubę nie było bowiem modlitwą. Być może to lepiej, jeżeli widzi w niej połowę siebie samego, rozważała więc Lorraine. Przez to i ja mogę widzieć ją jedynie jako połowę. Nigdy całość, lecz część całości.
Niechby Baldwin widział w Calanthe połowę swej duszy, choć w oczach Lorraine nigdy nie była to ta lepsza połowa. Gdyby była ze sobą szczera, dopowiedziałaby, że nie widzi połowy nawet — nie widzi ćwierci — widziała jeszcze mniej.
Nie mogła walczyć z prawem siostry. Nie mogła go zakwestionować, zawłaszczyć dla siebie miłości, która była przeznaczoną innej. Była jednak w stanie kochać na tyle silnie, żeby zmienić bieg przeznaczenia. Współdzielili łono swej matki, wspólnie przyszli na ten świat… A jednak odejść przyjdzie im osobno. O to jedno Lorraine zadbała w przerażającej niemal posesywności: Baldwin wierzył, że wymusił na niej obietnicę wspólnego odejścia, ale Lorraine nie widziała dla siebie innego końca. Calanthe nie pójdzie z nim do grobu. Zniosłaby, gdyby poprowadził ją do ołtarza. Zniosłaby, gdyby włożył na jej rękę obrączkę, tuż obok rodowego pierścionka. Zniosłaby nawet widok dziecka na jego rękach, gdyby tylko dane było jej wcześniej zostać matką. Kochałaby dzieci Baldwina jak swoje, ale złamałaby się, gdyby nie miała kogo nazwać swoim. A już na pewno nie zniosłaby, gdyby wybrał grobową wieczność u boku innej. Obietnicę przypieczętowała krwią. Pomazała nią usta swoje i usta Baldwina. Gdy wydadzą ostatnie tchnienie, wtedy odejdą z tego świata: odejdą na łono Matki, stając się jednością, a w jedności tej, wierzyła Lorraine, z pewnością zdoła pokochać Calanthe tak, jak kochał ją Baldwin. W boskim złączeniu, gdy będzie pławić się w miłości jak w wodach płodowych. Wtedy dopiero pokocha Calanthe właściwie — nie wcześniej.

Upomnienie stryja przyjęła w milczeniu. Uległość nie przychodziła ludziom łatwo. Nie przychodziła łatwo Lorraine, której krew nie zawsze była przecież zimną. Urodziła się, aby być wolną — wolności zawsze pożądało jej serce, w którym zbiegała się żyłami krew wrząca gorącą potrzebą — wychowana została jednak w uznaniu dla posłuszeństwa i dyscypliny. Urodziła się nieustraszoną, ale szybko nauczyła się bać. Strach studził krew. Na strachu opierało się posłuszeństwo, dlatego większości nie było w smak bycie podległym. Duma nie pozwalała przyznawać się do słabości: skłonić głowę oznaczało przegrać, jeszcze gorzej było uklęknąć. Wielu mogłoby widzieć w jej uległości coś poniżającego. Lorraine potrafiła sprawić, aby inni czuli przez to dyskomfort. Nachalną bywała jej ofiarność, pozornie bezkrytyczne wsłuchiwanie się w słowa starszych, to, jak służalczo gięła kark, wyprzedzając cudzą wolę. Nie próbowała tego ze stryjem.

Przejrzałby ją natychmiast.

A jednak Lorraine zawsze uważała, że uległość wypływać winna z miłości. Ta prawdziwa, nie pozorowana. Czym była bowiem uległość, jeżeli nie zawierzeniem swej woli komuś innemu — komuś, dla kogo to poświęcenie było świętym? Wymagało to nie tylko dogłębnego zrozumienia siebie i swoich pragnień. Wymagało to odwagi. Wymagało to mądrości, niewielu było bowiem zawierzenia wartych. Może dlatego z pewnym pobłażaniem patrzyła na zapisane w umyśle brata wspomnienia chtonicznych kultów — tych, które dla kowenu zdałyby się bluźnierczymi. Czy Dziewica nie potrzebowała złączyć się w miłości z Młodzieńcem, aby stać się Matką? Czy dzieci ich nie potrzebowały wsparcia Ojca? Silne jego ramiona słabły z wiekiem, Starcowi wystarczało jednak siły, aby podtrzymać słaniającą się na nogach Staruchę, gdy oboje kładli się do wspólnego grobu. Tak oto grób stawał się małżeńskim łożem — tym samym, w którym zlegli wspólnie, w miłosnym złączeniu. Nie sposób było stwierdzić, gdzie kończyło się jedno, a gdzie zaczynało drugie. Matka nieprzerwanie tworzyła, Ojciec nadawał stworzeniu strukturę.

— Pod swój dach przyjmuję tak jak Matka przyjmuje zbłąkanego do swego łona. Nie żądając od Baldwina niczego w zamian, a już na pewno nie spowiedzi. — Głos jej był cichym, ale pewnym, jak gdyby przekonana była o prawdziwości swych słów. Zadbała o to, aby odmalować przed Marcusem relację o odpowiedniej dysproporcji. Uporządkować to, co w jej życiu nigdy uporządkowanym nie było. — Nie byłoby to godnym, trzymać mężczyznę naszego rodu na uwięzi, niczym psa. Nie byłoby to bożym. — Mężczyzna postępował bowiem przed kobietą. — Od dawna jest ci wiadomym, że troszczę się o Baldwina. Troszczę się o niego — nie tresuję, żeby trwał u mej nogi. — Nie jestem dla niego tobą, pomyślała, nawet wtedy, gdy go krzywdzę, nie jestem tobą. — Nie wiem, gdzie teraz jest, stryju. — Na chwilę tylko podniosła oczy, aby zaraz z powrotem spuścić je na złożone na podołku dłonie. Jeszcze tego brakowało, żeby Baldwin stał się w jego oczach słabym. Marcus gardził słabością syna, ale Lorraine obróciła sytuację tak, aby Baldwin był w pozycji władzy. Nie przeszkadzało jej zmniejszyć się, aby mógł urosnąć w oczach ojca. Odegrała swoją rolę tak, jak było to od niej oczekiwanym, nie pozwalając, aby wypowiadana kwestia zanadto zakrawała na impertynencję. Nie mogła zostać posądzoną o kłamstwo. Nie sprzeciwiała się przecież woli stryja, a jedynie zaproponowanej przez niego hierarchii. Hierarchii, w której jego syn znajdował powód, żeby tłumaczyć się jej że swojego życia, jak gdyby była dla niego kimś ważnym — a może nawet ważniejszym od jego ojca.
Syn Marcusa nie musiał tłumaczyć się nikomu ze swoich decyzji, nawet jeżeli te doprowadziły go na dno rynsztoka. Zdolny był zachować pańską dumę nawet w otoczeniu slumsów. Nie odpowiadał więc czułą troską na zadawane przez Lorraine pytania. Nie wsłuchiwał w jej słowa, w melodie przygrywane na zdezelowanym pianinie. Obojętnym pozostawał na nieme skargi ich córeczki, ciesząc się wręcz, że jest niemą. Nie wodził wzrokiem ani za jedną, ani za drugą.

Syn Marcusa nie był przecież kimś, kto oglądałby się za siebie, pomyślała.

W tym samym momencie rozbrzmiał w oddali dźwięk dzwoneczka zamocowanego nad drzwiami do zakładu.

Być może syn Marcusa Malfoya nie oglądał się za siebie, ale Baldwin już tak.

Koniec sesji


Yes, I am a master
Little love caster
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Bard Beedle (1565), Lorraine Malfoy (4296)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa