06.06.2026, 22:15 ✶
20.10
Northanger Abbey
ogród, cmentarz, jak wielka jest różnica dla kogoś kto może liczyć czas od swojej śmierci całkiem sprawnie poruszając się pośród śmiertelników?
Northanger Abbey
ogród, cmentarz, jak wielka jest różnica dla kogoś kto może liczyć czas od swojej śmierci całkiem sprawnie poruszając się pośród śmiertelników?
Październik zdążył już ogołocić większość drzew z pychy lata.
Wokół opactwa wiatr włóczył po ścieżkach mokre liście, a ciężkie chmury przez całe tygodnie nie potrafiły zdecydować, czy chcą przynieść deszcz, czy tylko jego obietnicę. Gabriel uznał pogodę za idealną, szczególnie, że mógł dzięki zachmurzeniu pracować również w ciągu dnia. Cmentarzyk za murem od dawna potrzebował porządku, tak przynajmniej brzmiały jej słowa przyzwolenia.
Nie kosmetyki.
Nie kilku nowych sadzonek wetkniętych między stare nagrobki.
Porządku.
Przemyślenia.
Ręki kogoś, kto potrafił patrzeć na przestrzeń jak na partyturę i słyszeć, gdzie jedna nuta fałszem rujnuje cały utwór.
Z początku zamierzał poświęcić temu dwa, może trzy wieczory. Potem wykopał pierwszy dół i przestał liczyć czas.
Pracował w milczeniu, z rękawami podwiniętymi ponad łokcie, umazany ziemią bardziej niż niejeden grabarz. Błoto osiadało na mankietach koszuli, wciskało się pod paznokcie, zostawiało smugi na policzkach, gdy odruchowo odgarniał włosy z czoła, ale nie zwracał na to uwagi. Nie należał do tych nieśmiertelnych, którzy przez wieki nauczyli się traktować własny wygląd jak relikwię. Ziemia była ziemią. Narzędzie było narzędziem. Jeśli trzeba było uklęknąć w mokrej trawie albo przez godzinę wyciągać korzenie starych chwastów, robił to z niemal fanatycznym skupieniem.
Najpierw oczyścił teren wokół muru, potem wyznaczył nowe linie ścieżek, następnie zaczął przesadzać rośliny, które rosły nie tam, gdzie powinny, a kiedy skończył, natychmiast dostrzegł trzy kolejne rzeczy wymagające poprawy. W pewnym momencie uświadomił sobie, że od zachodu słońca minęło kilka godzin. W następnym – że minęły trzy noce.
Przestrzeń wokół nagrobków zaczęła się zmieniać. Przy murach posadził jaśmin nocny oraz wawrzynki, które z czasem miały wypełniać mrok słodkim zapachem, niewidzialnym, lecz wyraźnie obecnym jak czyjś wzrok z lubością śledzący spokojne, rozleniwione gesty kochanka. Pod cisami rozłożył szerokie kobierce fiołków i pachysandry, roślin cierpliwych, niewymagających, gotowych przez lata wykonywać swoją pracę bez skarg i nadmiernej uwagi, gdy go tu zabraknie. Między nimi umieścił grupy konwalii, bo wiedział, że wiosną pojawią się same, niewzruszone upływem czasu, jakby śmierć była jedynie drobną dla nich niedogodnością.
Najwięcej uwagi poświęcił jednak różom i nikogo nie powinno to za bardzo dziwić.
Przez dwie godziny stał nad pustym fragmentem ziemi przy starych, zmurszałych grobowcach, rozważając układ krzewów, odległości między nimi, kierunek wzrostu pędów, nawet to, jak będą wyglądały podczas mglistych nocy za dziesięć lub dwadzieścia lat. Za sto lub dwieście… Ostatecznie wybrał róże burbońskie i róże damasceńskie. Jedne i drugie dobrze znosiły półcień, miały ciężki, głęboki zapach i nie próbowały dominować nad sobą nawzajem. Wręcz przeciwnie – rosły obok siebie z zadziwiającą zgodą, jakby każda rozumiała, że piękno drugiej nie umniejsza jej własnego. Gabriel posadził je parami wzdłuż ścieżki prowadzącej ku staremu wejściu do opactwa, projektując w myślach pergole, po których będą się z czasem wspominać. Kiedy skończył, przeszedł całą drogę trzy razy, potem wykopał dwa krzewy i przesunął je o kilka stóp, ponieważ proporcje przestały mu się podobać.
Był już wtedy cały brudny.
Kolana miał mokre od ziemi, dłonie pocięte cierniami, włosy pełne liści.
Nie zauważył, nie było to istotne, gdy stawał się tylko narzędziem, wobec odkształcanego wolą i ciężką pracą miejsca. I kiedy Gabriel tak stanął na moment pośród wilgotnej ziemi, świeżo posadzonych krzewów i mgły sączącej się między nagrobkami, wtedy zrozumiał, że od dawna nie myślał o niczym innym, jak o tym miejscu. Nie o własnej przeszłości. Nie o przyszłości. Nie o Lucy, dla której przecież robił to wszystko. Nie myślał o niej, co samo w sobie było niemal cudem.
A potem podniósł wzrok, zobaczył światło w jednym z okien opactwa i cały ten starannie wypracowany spokój natychmiast diabli wzięli.