• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[Jesień 72, 20.10, okolice Bath | Lucy & Gabriel] Where the wild roses grow

[Jesień 72, 20.10, okolice Bath | Lucy & Gabriel] Where the wild roses grow
mały książę
Parle-moi de la mort, du songe qu'on y mène,
De l'éternel loisir,
Où l'on ne sait plus rien de l'amour, de la haine,
Ni du triste plaisir;
wiek
370
sława
II
krew
czysta
genetyka
wampir
zawód
prywatny detektyw
186cm | 83 kg | szczupła, atletyczna sylwetka | nienaturalnie blada skóra | lekko falujace włosy, ciemny blond | błękitne, zdystansowane oczy | w mowie zwykle silny francuski akcent, ale kiedy chce może z powodzeniem naśladować akademicki brytyjski

Gabriel Montbel
#1
06.06.2026, 22:15  ✶  
20.10

Northanger Abbey

ogród, cmentarz, jak wielka jest różnica dla kogoś kto może liczyć czas od swojej śmierci całkiem sprawnie poruszając się pośród śmiertelników?

Październik zdążył już ogołocić większość drzew z pychy lata.

Wokół opactwa wiatr włóczył po ścieżkach mokre liście, a ciężkie chmury przez całe tygodnie nie potrafiły zdecydować, czy chcą przynieść deszcz, czy tylko jego obietnicę. Gabriel uznał pogodę za idealną, szczególnie, że mógł dzięki zachmurzeniu pracować również w ciągu dnia. Cmentarzyk za murem od dawna potrzebował porządku, tak przynajmniej brzmiały jej słowa przyzwolenia.

Nie kosmetyki.

Nie kilku nowych sadzonek wetkniętych między stare nagrobki.

Porządku.

Przemyślenia.

Ręki kogoś, kto potrafił patrzeć na przestrzeń jak na partyturę i słyszeć, gdzie jedna nuta fałszem rujnuje cały utwór.

Z początku zamierzał poświęcić temu dwa, może trzy wieczory. Potem wykopał pierwszy dół i przestał liczyć czas.

Pracował w milczeniu, z rękawami podwiniętymi ponad łokcie, umazany ziemią bardziej niż niejeden grabarz. Błoto osiadało na mankietach koszuli, wciskało się pod paznokcie, zostawiało smugi na policzkach, gdy odruchowo odgarniał włosy z czoła, ale nie zwracał na to uwagi. Nie należał do tych nieśmiertelnych, którzy przez wieki nauczyli się traktować własny wygląd jak relikwię. Ziemia była ziemią. Narzędzie było narzędziem. Jeśli trzeba było uklęknąć w mokrej trawie albo przez godzinę wyciągać korzenie starych chwastów, robił to z niemal fanatycznym skupieniem.

Najpierw oczyścił teren wokół muru, potem wyznaczył nowe linie ścieżek, następnie zaczął przesadzać rośliny, które rosły nie tam, gdzie powinny, a kiedy skończył, natychmiast dostrzegł trzy kolejne rzeczy wymagające poprawy. W pewnym momencie uświadomił sobie, że od zachodu słońca minęło kilka godzin. W następnym – że minęły trzy noce.

Przestrzeń wokół nagrobków zaczęła się zmieniać. Przy murach posadził jaśmin nocny oraz wawrzynki, które z czasem miały wypełniać mrok słodkim zapachem, niewidzialnym, lecz wyraźnie obecnym jak czyjś wzrok z lubością śledzący spokojne, rozleniwione gesty kochanka. Pod cisami rozłożył szerokie kobierce fiołków i pachysandry, roślin cierpliwych, niewymagających, gotowych przez lata wykonywać swoją pracę bez skarg i nadmiernej uwagi, gdy go tu zabraknie. Między nimi umieścił grupy konwalii, bo wiedział, że wiosną pojawią się same, niewzruszone upływem czasu, jakby śmierć była jedynie drobną dla nich niedogodnością.

Najwięcej uwagi poświęcił jednak różom i nikogo nie powinno to za bardzo dziwić.

Przez dwie godziny stał nad pustym fragmentem ziemi przy starych, zmurszałych grobowcach, rozważając układ krzewów, odległości między nimi, kierunek wzrostu pędów, nawet to, jak będą wyglądały podczas mglistych nocy za dziesięć lub dwadzieścia lat. Za sto lub dwieście… Ostatecznie wybrał róże burbońskie i róże damasceńskie. Jedne i drugie dobrze znosiły półcień, miały ciężki, głęboki zapach i nie próbowały dominować nad sobą nawzajem. Wręcz przeciwnie – rosły obok siebie z zadziwiającą zgodą, jakby każda rozumiała, że piękno drugiej nie umniejsza jej własnego. Gabriel posadził je parami wzdłuż ścieżki prowadzącej ku staremu wejściu do opactwa, projektując w myślach pergole, po których będą się z czasem wspominać. Kiedy skończył, przeszedł całą drogę trzy razy, potem wykopał dwa krzewy i przesunął je o kilka stóp, ponieważ proporcje przestały mu się podobać.

Był już wtedy cały brudny.

Kolana miał mokre od ziemi, dłonie pocięte cierniami, włosy pełne liści.

Nie zauważył, nie było to istotne, gdy stawał się tylko narzędziem, wobec odkształcanego wolą i ciężką pracą miejsca. I kiedy Gabriel tak stanął na moment pośród wilgotnej ziemi, świeżo posadzonych krzewów i mgły sączącej się między nagrobkami, wtedy zrozumiał, że od dawna nie myślał o niczym innym, jak o tym miejscu. Nie o własnej przeszłości. Nie o przyszłości. Nie o Lucy, dla której przecież robił to wszystko. Nie myślał o niej, co samo w sobie było niemal cudem.

A potem podniósł wzrok, zobaczył światło w jednym z okien opactwa i cały ten starannie wypracowany spokój natychmiast diabli wzięli.
Czarodziej
wiek
228
sława
III
krew
czysta
genetyka
wampir
zawód
Prywatna detektyw
160 cm / 55 kg / kasztanowe włosy i zielone oczy

Lucy Rosewood
#2
10.06.2026, 02:44  ✶  
W opactwie było zbyt cicho.
Sama nie wierzyła, że myślała o tym w ten sposób, ale z każdym kolejnym dniem ta cisza coraz bardziej ją drażniła.

Było za cicho. Za spokojnie. Za… Małogabrielowo.

Zapewne nie byłby to dla niej taki problem, gdyby Gabriel na przykład wyjechał na kilka dni w jakiś sprawach, a ona wiedziała że zapewne bawi się dobrze i za kilka dni wróci. Tak, taki scenariusz byłby dla niej akceptowalny, ale gdy od trzech nocy Gabriel pracował i pracował na cmentarzu zapaominając o całym świecie… To wywoływało w niej naprawdę… Dziwne uczucia.

Najpierw myślała, że jej potrzeba spokoju jedynie skorzysta na nowym projekcie Gabriela. W końcu sama wampirzyca często wzdychała, że nie było tu tak spokojnie jak kiedyś. Potem jednak złapała się na tym, że co jakiś czas zerkała przez okno, sprawdzając co wampir robił, czy dalej (nie)żył i czy pamięta aby wrócić przed świtem do domu. A potem coraz ciężej było jej skupić się na samej sobie, bo myślami ciągle wracała do pochłoniętego przez pracę Gabriela, co było niezwykle frustrujące, bo tym myślom towarzyszyły pytania. Pytania o to kiedy kazać mu zrobić sobie przerwę? Czy w ogóle kazać mu zrobić sobie przerwę? Czy to było dla niego normalne? Czy tak pochłonięty pracą nie zrobi jakiegoś błędu, który go zrani? I czemu tak bardzo o tym wszystkim rozmyślała z po raz zerkając na wampira, zamiast po prostu zająć się swoimi sprawami i jedynie upewnić się, że drugi wampir w tym całym ogrodniczym zatraceniu w dalszym ciągu być świadomy konceptu promieni słonecznych?

Bardzo dużo emocji. Zdecydowanie za dużo.

W pewnym momencie nie wytrzymała i uznała, że chociaż początkowo tego nie chciała, to jednak będzie mu się narzucać i zmusi go do przerwy. Tak, tak będzie najlepiej dla wszystkich, a zwłaszcza dla Gabriela.

Nie minął nawet kwadrans od kiedy postanowiła coś zrobić, a już stała na terenie cmentarzyka. Uśmiechnęła się lekko. Wszystko już prezentowało się… Doskonale. Lubiła to miejsce. Stary cmentarz zawsze był dość urokliwy, niemalże jak z sympatycznego obrazka, nawet jeśli pewna grupa zakopanych na nim ciał zdecydowanie nie zasługiwała, aby leżeć w tak ładnym miejscu. Nie zamierzała jednak rezygnować z dbania o coś tak pięknego, czego widok zawsze wypełniał jej serce miłym uczuciem, tylko ze względu na grupkę wyjątkowo przegniłych karm dla robaków, które musiała tam zakopać. A teraz, gdy tym wszystkim zajął się Gabriel… Wiedziała, że cmenatarz będzie jeszcze bardziej malowniczy.
– Gabrielu… –  powiedziała do odwróconej do niej plecami sylwetki. – W ogóle nie odpoczywasz. Chodź, przyniosłam ci coś do picia. – I rzeczywiście w bladych dłoniach trzymała tacę, na której znajdował się wypełniony krwią czajnik, filiżanka i garść biszkopcików.
mały książę
Parle-moi de la mort, du songe qu'on y mène,
De l'éternel loisir,
Où l'on ne sait plus rien de l'amour, de la haine,
Ni du triste plaisir;
wiek
370
sława
II
krew
czysta
genetyka
wampir
zawód
prywatny detektyw
186cm | 83 kg | szczupła, atletyczna sylwetka | nienaturalnie blada skóra | lekko falujace włosy, ciemny blond | błękitne, zdystansowane oczy | w mowie zwykle silny francuski akcent, ale kiedy chce może z powodzeniem naśladować akademicki brytyjski

Gabriel Montbel
#3
21.06.2026, 15:14  ✶  
Szczęśliwie był zmęczony, tym przyjemnym fizycznym zmęczeniem.

Wampirze ciało funkcjonowało nieco inaczej, umysł z resztą podobnie, ale i tak Gabriel, który z zaangażowaniem dotykał trawy i ziemi, był innym Gabrielem, który w szaleństwie zrywał tapety ze ścian jadalnii panny Rosewood.

Jadalni, której koniec końców jeszcze nie wyremontował, szafki dopiero był zamówione, a i tak opactwo dysponowało niejednym pomieszczeniem, które mogło funkcję jadalni pełnić. Zupełnie jakby na tym stole lądowało ciało (za absolutną zgodą wspomnianego ciała), a nie… imbryczek z krwią.

Nie przewrócił oczyma na te… okoliczności poczęstunku. Każdy miał swój sposób by mierzyć się z wiecznością, każdy miał swoje preferencje przyjmowania posiłku, a Lucy zdawała się być szalenie cywilizowana w tej materii. Nie widział nigdy aby przebijała skórę zębami, czy choćby żeby w ogóle żywiła się z kogoś. Nie lubiła tego? Za krótko się znali, wciąż Gabriel nie wiedział na ile zadawać takie pytania i w ogóle nie wiedział jak zachować się w jej towarzystwie.

Ta niezręczność była prawdziwym piękłem.

– Podoba Ci się. – zapytał odbierając od niej "zestaw podarunkowy", ale w sumie nie był głodny, a już w ogóle nie był głodny na słodycze. To była zdecydowanie jej domena. Rozejrzał się więc, gdzie by odłożyć zestaw na potencjalne "za chwilę" i dostrzegł krzywiznę jednej z gałęzi, która zaburzała jego ogrodowe feng-shui. – Uh… wybacz… – bezceremonialnie oddał jej tackę i ruszył naprawiać swój błąd. I na prawdę NA PRAWDĘ nie chciał się zastanawiać, czy robi to dlatego, że ogród dla niej musiał być idealny, czy dlatego, że interakcja z roślinami pozostawała lwio łatwiejsza, niż próba "normalnej" rozmowy z kobietą, która odrzuciła jego zaręczyny.

I na prawdę NA PRAWDĘ nie miało to znaczenia, że był to sen, wytwór jego chorej z osamotnienia podświadomości, która próbowała jakkolwiek racjonalizować nienaturalne przywiązanie, jakie czuł do osoby, do której nie powinien tego czuć.

NA PRAWDĘ mógby się w końcu ogarnać.

Łopatka w ziemi i grzebanie pomiędzy korzeniami aby właściwie ustawić krzewik bez uszkodzenia systemu korzeniowego było o wiele prostszym zadaniem niż rozwikłanie tego emocjonalnego węzła.

Gdyby tylko istniała autohipnoza… Zdarzało mu się przecież już "leczyć" w przeszłości pacjentów z opdobnymi objawami.

Westchnął smutno, trochę zapominając, że Lucy stoi za nim. W końcu od tego miał tą pracę. Przez to dotykał trawy. Ziemi. By nie myśleć.
Czarodziej
wiek
228
sława
III
krew
czysta
genetyka
wampir
zawód
Prywatna detektyw
160 cm / 55 kg / kasztanowe włosy i zielone oczy

Lucy Rosewood
#4
03.07.2026, 12:04  ✶  
To nie tak, że Lucy zakładała, że w hierarchii zwariowanego świata Gabriela jej poczęstunek znajdował się wyżej, niż źle przycięta gałązka. Liczyła jednak, że skoro przyszła do niego z propozycją odpoczynku i ewidentnie się o niego martwiła, to Gabriel raczy się zatrzymać chociaż na chwilę, wypić grzecznie krew i dopiero później wrócić do dalszej pracy. Przynajmniej tyle mógł dla niej zrobić, skoro już raz oświadczył się jej w śnie, a przecież łatwiej jej było frustrować się za to ja niego, niż na jej własną podświadomość, bo przecież drugi wampir nic o tym śnie nie wiedział. Chyba. Zawsze przecież istniała możliwość, że… Że dlatego wtedy tak zniknął. Jaka jednal była szansa, że oboje dzielili ten sam sen? Bardzo mała.
– Ogród jest piękny, ale ty musisz odpocząć – powiedziała nieco bardziej zdecydowanym tonem głosu po czym rozejrzała się po otoczeniu i westchnęła cicho. Ostrożnie wyjęła różdżkę i rzuciła zaklęcie na tackę, aby ta unosiła się sama w powietrzu. Teraz Lucy mogła spokojnie założyć ręce na piersi. – Gabrielu, mówię na poważnie. Zapewniam cię, że na tym cmentarzu leżą również osoby, które w ostatnich chwilach życia spotkały się ze mną i nie było to dla nich zbyt sympatyczne spotkanie. Naprawdę nie chcesz, aby któryś z twoich ślicznych krzewów zmierzył się w podobny sposób ze mną. Usiądź na ławce, odpocznij i grzecznie wypij swoją krew, albo ostatnim co usłyszą te rośliny będzie to, że musiały zostać pocięte, bo ich ogrodnik w ogóle o siebie nie dbał.
mały książę
Parle-moi de la mort, du songe qu'on y mène,
De l'éternel loisir,
Où l'on ne sait plus rien de l'amour, de la haine,
Ni du triste plaisir;
wiek
370
sława
II
krew
czysta
genetyka
wampir
zawód
prywatny detektyw
186cm | 83 kg | szczupła, atletyczna sylwetka | nienaturalnie blada skóra | lekko falujace włosy, ciemny blond | błękitne, zdystansowane oczy | w mowie zwykle silny francuski akcent, ale kiedy chce może z powodzeniem naśladować akademicki brytyjski

Gabriel Montbel
#5
16.07.2026, 09:57  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.07.2026, 09:58 przez Gabriel Montbel.)  
Jaka była szansa? Jak była szansa na to, że ich sny przenikały siebie na wzajem? Jaka była szansa na to, że magia zszywała ich dusze srebrzystą nicią czyniąc z dwójki nieśmiertelnych istot jedno? Jaka była szansa, że mimo nieporozumień i zdecydowanej nadwyżki emocjonalnej, mimo lęku, mimo obawy, mimo oczu zwilżonych brakiem zrozumienia dla tego wszystkiego co się działo, panna Rosewood wciąż przyciągała go do siebie swoim słodkim zapachem, swoim oszczędnie dawkowanym uśmiechem, swoimi groźbami, gniewie ściągniętymi brwiami i sugestiami, które mówiły, że gdyby tylko mogła to pozbyłaby się go w mgnieniu oka.

Jak bardzo czuła to wzajemne ciążenie? Jak bardzo czuła rosnące uzależnienie? Troskę? Chęć przebywania w tym samym pomieszczeniu? Ciekawość do myśli i uczuć drugiego? Jak bardzo? Czy może powinien pytać - czy w ogóle?

Odwrócił się na jej słowa z twarzą wyrażającą to wszystko. Ten wewnętrzny konflikt. To pragnienie spokoju, przy jednoczesnym obsesyjnym pragnieniu trwania w tym dziwacznym szachu. Patrzył się na nią, patrzył się jej prosto w oczy, gdy sięgnął po filiżankę i imbryczek. Nie mrugał, gdy nalał sobie krew. Wściekły, że zmusza go do odpoczynku, wściekły, że to by implikowało jej troskę o niego. Wściekły na siebie jak bardzo był spragniony jej troski. Jej uwagi. Jej obecności. Jej spojrzenia.

Jej mrugnięcia.

To nie był konkurs ale trochę był. Kto pierwszy odwróci wzrok? Kto nie wytrzyma napięcia.

On nie zamierzał.

!BINGO C3
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#6
16.07.2026, 09:57  ✶  
Walentynkowe Bingo
adres pola: C3
wariant: 1
typ: KLĄTWA

CO ZA PECH!!

Jedno z was padło ofiarą klątwy poltergeista lub zjadło nieodpowiednią czekoladkę... Efektem jest to, że przez najbliższe godziny nie jest w stanie skłamać w sprawach sercowych. Każde pytanie o uczucia kończy się brutalnie szczerą odpowiedzią, nawet jeśli robi się niezręcznie. Efekt minie samoistnie po dwunastu godzinach lub pomocy klątwołamacza, ale nie możesz usunąć klątwy samemu sobie!
Czarodziej
wiek
228
sława
III
krew
czysta
genetyka
wampir
zawód
Prywatna detektyw
160 cm / 55 kg / kasztanowe włosy i zielone oczy

Lucy Rosewood
#7
29.07.2026, 16:11  ✶  
Patrzyła się na niego, a on na nią. Ktoś mógłby pomyśleć, że byli po prostu dwoma niezwykle bladymj figurami ogrodowymj, wpatrującymi się w siebie w kamiennym trwaniu. Tylko, że jak na kamienną figurę serce Lucy drgało zdecydowanie zbyt szybko. Hah… Jak na swoją wampirzą naturę jej serce również drżało zdecydowanie zbyt szybko, nie wspominając już o tym że nawet biorąc pod uwagę jej własną opinię, absolutnie nie było to tempo wpasowujące się w jej prywatne preferencje.
A jednak wpatrywała się w niego, a serce złośliwie wybijało zbyt szybki rytm, nawet jeśli było to przecież wyłącznie wrażenie psychiczne. W każdym razie to uczucie sprawiało, że najchętniej coś by rozerwała, ale nieszczególnie miała pod ręką coś, czego zniszczenie byłoby odpowiednie.

Oczywiście z pewną satysfakcją zaakceptowała fakt, że wampir jednak sięgnął po przygotowaną dla niego krew, chociaż już teraz zaczęła dochodzić do wniosków, że pełną satysfakcję odczuje dopiero wtedy, gdy Gabriel na chwilę usiądzie.
– I jak? – spytała w końcu, mając oczywiście na myśli poczęstunek. Spojrzenie jej oczu wciąż jednak pozostawało w pełni skoncentrowane na drugiej parze oczu. – Rocznik 1942, podobno bardzo aktywny i lubujący się w kontakcie z naturą. Podobno tak lubi oddawać własną krew na szczytne cele, że własna rodzina musiała zmusić go do odpoczynku. Uznałam go za… Bardzo odpowiedni. – Westchnęła cicho, wciąż powstrzymując się, aby spojrzeć na coś innego. – Chodźmy do altanki. Usiądziemy na chwilę i opowiesz mi dokładniej o swoim projekcie, a ja ci wskażę, które groby nie zasługują na najładniejsze kwiatki.
mały książę
Parle-moi de la mort, du songe qu'on y mène,
De l'éternel loisir,
Où l'on ne sait plus rien de l'amour, de la haine,
Ni du triste plaisir;
wiek
370
sława
II
krew
czysta
genetyka
wampir
zawód
prywatny detektyw
186cm | 83 kg | szczupła, atletyczna sylwetka | nienaturalnie blada skóra | lekko falujace włosy, ciemny blond | błękitne, zdystansowane oczy | w mowie zwykle silny francuski akcent, ale kiedy chce może z powodzeniem naśladować akademicki brytyjski

Gabriel Montbel
#8
02.08.2026, 21:43  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.08.2026, 21:47 przez Gabriel Montbel.)  
Ogród nie był piękny. Jeszcze nie był, a wampir musiał zmagać się z nieznośnym poczuciem, że nigdy nie będzie.

Ani przestrzeń. Ani on. Wystarczająco dobry.

Lucy mówiła dalej, a on walczył z naporem myśli czarniejszych niż dno jego potrzaskanej duszy. To przecież nie była jej wina, że jego głowa utkała pragnienia niemożliwe do realizacji. To nie była jej wina i jej odpowiedzialność, że sam szarpał się wewnętrznie. Od tygodnia. Od miesiąca. Od lat.

Niespokojny duch.

Być może, gdyby przemieniono go "tradycyjnie", gdyby miał swojego wampirzego rodzica, który wprowadziłby go w arkana nocy… Cóż, patrząc po historii panny Rosewood nie zawsze było to gwarantem "szczęśliwego zakończenia", ale trawa przecież była zieleńsza po drugiej stronie płota a on ulepiony był z tęsknoty.

Patrzyła na nią, gdy pił krew, rocznik 1942, podobno bardzo aktywny i lubujący się w kontakcie z naturą. Patrzył na nią myśląc o tym, że wolałby spijać tę krew z jej ust, lub może lepiej z jej słodkich gibkich nadgarstków, przefiltrowaną jej wiecznością, jej istotą, prawdą o niej, o kobiecie, która jak on rozsmakowywała się niespiesznie w spektrum odcieni niekończącej się nocy.

Pozwolił sobie na uśmiech. Smutny. Nostalgiczny. Pozwolił jej wygrać, gdy opuścił powieki, by obdarzyć chwilą pozornej uwagi porcelanowe naczynie, które nie nosiło odcienia jej skóry.

Skinął głową na propozycję pójścia do altanki, choć właściwie nie chciał tam iść. Nie wiedziałby przecież o czym mogliby rozmawiać, skoro jedyne co wypełniało jego głowę to zapach pieczonych makaroników, płatki śniegu opadające na wzniesione ku niebu policzki i gorzki, ziemisty posmak odmowy.

Poszedł za nią.

Przysiadł na ławce.

Zwykle tak gadatliwy, teraz niemogący znaleźć słów.

– W sumie też coś mam dla Ciebie, noszę to już od jakiegoś czasu a jakoś nie było okazji, żeby Ci to dać – przypomniał sobie nieoczekiwanie, rozglądając się po altanie i myśląc o tym jak blisko jej było do miejsca, gdy przed wiekami knuli polowanie na francuskich arystokratów. Dlaczego ta altana zdawała się tak podobna, do ustronnego miejsca na jego dworze? Zmarszczył brwi, sięgając do wewnętrznej kieszeni surduta i wyciągając niewielkie puzderko z pralinkami sygnowane dłonią samego Bertiego Botta. Nie powinno jej zdziwić za bardzo, że choć prezent był dla niej, tak wieczko nosiło różany grawer. To oczywiście z powodu nazwiska. Oczywiście.

– Dają przyjemne odświeżenie i myślę, że bardzo mogą okazać się przydatne w Twojej pracy, bez względu na to, czy będę uczestniczył w śledztwie czy nie ponieważ… – błądził wzrokiem po ażurowych ściankach, nie mogąc rozsądzić, nie mogąc być w stu procentach pewnym, czy jest to kopia czy nie. Musiałby zajrzeć do swoich wspomnień, ale czy chciałby, czy chciałby wiedzieć, że to ta sama altanka? Ten sam projekt. Dopiero gdy miał już wytłumaczyć, jakie specjalne właściwości ma jego prezent, odwrócił się do Lucy i zauważył, że wampirzyca wsunęła sobie jeden z czekoladek między wargi. Urwał zdanie w połowie, nie mogąc przez moment wykrztusić ani słowa, by w końcu z trudem zapytać: – Dlaczego to zrobiłaś? Dlaczego zjadłaś jedną z nich? – padło pytanie, nim pomyślał, że mogłoby być związane z uczuciami - niekoniecznie do słodyczy per se, ale do osoby, od której otrzymała puzderko.
Czarodziej
wiek
228
sława
III
krew
czysta
genetyka
wampir
zawód
Prywatna detektyw
160 cm / 55 kg / kasztanowe włosy i zielone oczy

Lucy Rosewood
#9
06.08.2026, 01:44  ✶  
I taki właśnie był Gabriel. Najpierw uparcie nie chciał przestać pracować w ogrodzie, a gdy już zgodził się na odpoczynek, to uraczył ją podarunkiem. I to do tego tak słodkim pocałunkiem. No i jak mogła się na niego długo gniewać? Ha… Czasami zastanawiała się, czy od czasu ich pobytu w Anglii w ogóle kiedykolwiek się na niego szczerze złościła.
– Dziękuję – powiedziała szczerze zaskoczona i oczywiście jak na prawdziwą koneserkę pralinek przystało od razu wsuneła sobie jedną czekoladkę do ust, pozwalając aby słodki smal powoli rozlał się po całym jej języku.
Gabriel najwyraźniej jednak nie był szczególnie zachwycony tą sytuacją. W pierwszej chwili wpatrywała się w niego kompletnie osłupiała.
– Bo… Lubię czekoladki? – odowiedziała szczerze naprawdę nie rozumiejąc zainstniałego problemu. Gabriel wpatrywał się w nią, jakby zrobiła właśnie coś strasznie głupiego, ale o ile nie znalazła się nagle w jakimś świecie po drugiej stronie lustra, to w jedzeniu podarowanych słodyczy nie było nic głupiego. No chyba, że to ona była przez ten cały czas najzwyczajniej na świecie szalona. Jednak jako że raczenie się czekoladą było raczej akceptowalną czynnością, zwłaszcza że robiła to już wieloktronie przy Gabrielu, a wampir dalej miał niepokojącą minę do Lucy nagle przyszło wiele bardzo niepokojących rozwiązań tej zagadki.
– Były zatrute prawda? – spytała, już się szykując, aby wyrzucić z siebie truciznę za pomocą krwi, licząc że wtedy organizm lepiej sobie z nią poradzi. – Dałeś mi zatrute czekoladki co jest całkiem urocze, a ja je zjadłam.
mały książę
Parle-moi de la mort, du songe qu'on y mène,
De l'éternel loisir,
Où l'on ne sait plus rien de l'amour, de la haine,
Ni du triste plaisir;
wiek
370
sława
II
krew
czysta
genetyka
wampir
zawód
prywatny detektyw
186cm | 83 kg | szczupła, atletyczna sylwetka | nienaturalnie blada skóra | lekko falujace włosy, ciemny blond | błękitne, zdystansowane oczy | w mowie zwykle silny francuski akcent, ale kiedy chce może z powodzeniem naśladować akademicki brytyjski

Gabriel Montbel
#10
06.08.2026, 09:41  ✶  
Przejęcie przeszło płynnie w zaskoczenie, gdy rzuciła w jego stronę tym cichym oskarżeniem. Ba! Była niemalże pewna, że mógłby podać jej jakąś truciznę, co przecież nie miało absolutnie sensu, bo jeśli ktokolwiek powinien zostać usunięty z tego równania to tylko i wyłącznie on. Nie miało znaczenia, że żył dłużej, że przecież cała istotą tego układu było to, żeby właśnie się nie usuwał, nie tak na stałe, nie ostatecznie. Może powinien zmartwić się bardziej, ale z drugiej strony jej reakcja była urocza… Naturalny wdzięk z jakim uformowała swoje pytanie wstrząsnął nim do tego stopnia, że całym sobą musiał się powstrzymać by nie ująć tej pięknej porcelanowej buźki w dłonie i nie zaśmiać się serdecznie z tej rozkosznej insynuacji.
– Och, mon pettie L… Jak mogłaś w ogóle tak pomyśleć? – wydusił zamiast tego, wciąż trzymając w dłoni pudełeczko z przeklętymi - metaforycznie i dosłownie - czekoladkami. Wydusił zamiast pomyśleć, że przecież PYTANIA obecnie były bardzo niebezpieczne, a myśli o które pytał mogły być powiązane z uczuciami, których wydobycie na wierzch było kluczowe w istnieniu tych podstępnych delicji.

Słowo się jednak rzekło, pozwolił sobie więc wysłuchać odpowiedzi, nim sam udzielił niezbędnej informacji. Kluczowej, dla kolejnych dwunastu godzin ich istnienia. Dobrze, że noc nie była już pierwszej młodości. Niekoniecznie dobre, że dniowali w tym samym budynku i wcale nie musieli iść spać o świcie…

– Nie są zatrute, one tylko… one sprawiają, że przez 12 godzin nie można kłamać na temat uczuć, które nosi się w sercu, wręcz przeciwnie przymus wyciąga z serca wszelkie pragnienia i potrzeby, jak zęby z dziąseł. – westchnął spoglądając na pozostałe łakocie – Pomyślałem, że przydałyby Ci się takie cuda w pracy. Przed sądem nie miałoby to znaczenia, ale w toku śledztwa… – Nagle przyszedł mu do głowy przewrotny pomysł, by na wszelkie świętości i plugawości zakląć się, że samemu wziął jedną na spróbunek, zaraz przebudzeniu i być może całkiem prawdopodobne to był powód dla którego zareagował tak dziwnie, po jej pojawieniu się w ogrodzie. Rozwiązanie idealne wręcz, rozwiewające obecną niezręczność, wskazującą na współnoszenie ciężaru troski i… Jego plastyczna twarz, przez którą przetaczały się te wszystkie emocje, choć oczywiście bez narratora sączącego tę wewnętrzną podróż, zwróciła się ponownie do Lucy.

Otworzył usta by spleść zgrabne kłamstwo, przebijające bańkę ciszy.

Zamknął je.

Spojrzał jeszcze raz na czekoladki.

Znów na nią.

Czy decyzja o tym co poradzić w tej sytuacji nie była oczywista? Przecież nie musiał kłamać. Nie jej.

Zamiast więc powiedzieć cokolwiek, w dwa palce złapał swoją niedolę na najbliższy czas i nie poświęcając zbyt wiele myśli konsekwencji swojego działania…

… zjadł czekoladkę.

Musiał przyznać, że jest na prawdę smaczna.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 3 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Gabriel Montbel (3813), Lucy Rosewood (2568), Pan Losu (157)


Strony (3): 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa