• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Wyspy Brytyjskie Walia Snowdonia [23.09.1972, Snowdonia] Na posąg grecki, o sen oparty

[23.09.1972, Snowdonia] Na posąg grecki, o sen oparty
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie stale były niegdyś przyobleczone w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Teraz widnieje na nich tylko rodowy sygnet Mulciberów, który Alexander odziedziczył po ojcu. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#1
02.03.2026, 22:45  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.03.2026, 23:17 przez Alexander Mulciber.)  
...jak o kolumnę
Kruchą, zwietrzałą,
Strzaskany posąg, pęknięta urna
Oto Twe ciało!
Z uśmiechem patrzysz, jak mija wszystko
I z falą płynie.
I wiesz, że jedno tli się ognisko
W wielkiej ruinie.
Nas, rzeczy wszelkie, zioła, zwierzęta,
Czasy uniosą.
Zostanie tylko z torsem pękniętym
Radosny posąg.

Wypił nie za dużo, nie za mało, ale wystarczyło, aby na twarzy wystąpił mu lekki rumieniec. Ugasił pragnienie winem, uspokoił oddech, szybko bowiem zacinały skrzypce, a jeszcze przed chwilą obracał w tańcu Helloise, którą teraz odstąpił jej kuzynkom. Zaśmiał się, gdy ją porwały. Zostawiły mu Dziewczynę z Kniei, porwały natomiast Helloise Rowle, która tańczyła w kręgu wokół jednego z ognisk, pochwyciwszy je za ręce. Przyjemnie było patrzeć jak tańczy, uświadomił sobie. Jak wirują jej suknie, jak kolejne blond kosmyki wymykają się z misternego uczesania. Jak rumieniec barwi policzki, a pierś wznosi się i opada w rytmie jej oddechów. Alexander stał z boku, i wodził za nią wzrokiem, dokładnie tak, jak robiła Helloise, wychodząc ze swego ciała. Wiedziała, że na nią patrzy, tak jak on wiedział, że znikną stąd zanim nadejdzie poranek, a jednak oboje zdawali się przedłużać chwilę odejścia. Alexander nie spieszył się. Po prostu patrzył. Przyjemnym było wiedzieć, że nie tylko złoszcząc ją swoim cynizmem umiał zabarwić jej policzki czerwienią. Taką samą czerwienią, którą pobarwiła i jego dłonie, pozostawiwszy na nich smugi farby.

Nie musieli uciekać. Nie, dzisiejszej nocy nie musieli przed niczym uciekać. Nawet przed samymi sobą. Może dlatego Alexander Mulciber nie uciekł wzrokiem, gdy dojrzał w tłumie Mildred Moody.

– Dawno o tobie nie śniłem – zauważył, zacisnąwszy drżące palce na oparciu krzesła, aż pobielały powykrzywiane knykcie. Wyjątkowo nie gościły na nich ciężkie pierścienie poznaczone cygańskimi symbolami. Tylko sygnet ojca błyszczał mu wciąż na ręce. Czemuż Alexander Mulciber pozbył się nagle swej zbroi? Pierścieni, które traktował jako atrybuty wróżbity? To wiedzieć mogła jedynie dziewczyna z odmętów jeziora. Może dlatego w monotonnym głosie jasnowidza nie słychać było zwyczajowej kpiny, bo pieszczotliwie obrócił w myślach wspomnienie jej zatroskanej twarzy. Gdy jednak skupił wzrok na stojącej obok kobiecie, w jasnych jego ślepiach nie było choćby krzty uczucia. Alexander Mulciber miał już dla świata tylko obojętność. – Ani o Mildred Moody, ani o Melpomene Longbottom – dodał jakby z zadumą. Odwrócił wzrok, na powrót zapatrzywszy się na tańczącą Helloise. – Myślałem, że zginęłaś. A jednak. Ja też nie zginąłem.

Zakołysał trzymanym w dłoni kielichem z winem, jak gdyby wypatrywał na jego dnie wróżby.

Rzut Symbol 1d258 - 54
Góra (duże ambicje/przeszkoda)

– Może powinniśmy przestać. Życzyć sobie śmierci, mam na myśli. Mildred. Melpomene. Czy jak tam mam cię dzisiaj nazywać.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
constant extreme
when sister and brother stand shoulder to shoulder,
who stands a chance against us?
wiek
29
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
snowidz
zawód
Brygadzistka na chorobowym
Drobna (157cm, niedowaga), blada i czarnowłosa, o oczach złotych jak miód.

Millie Moody
#2
28.04.2026, 15:28  ✶  
Ten ślub zdecydowanie nie należał do jej najszczęśliwszych dni - bo przecież wiedziała, że jej służba skończy się dopiero wtedy, gdy obwieszczony zostanie koniec zabaw.

Dawno nie była tak sumienna i sama siebie zaskakiwała - czujne oczy śledziły ruchy i gesty zebranych, czujne ucho wyłapywało strzępki rozmów i plotek, w których z pewnością o wiele lepiej orientowaliby się Jonathan czy Morfina, stara gwardia salonowych wyjadaczy, nawet jeśli papcio od lat utrzymywał, że przyjęć nie lubi. A jednak, czystokrwiste asy o wiele im łatwiej było wykonać jej zadanie.

Infiltracja.

A przecież nie mogła robić tego Geraldine w dniu jej szczęścia, choć podskórnie, w samym centrum mózgu czuła, że przyjaciółka wybornie zdaje sobie sprawę, że ich relacja wygląda zdecydowanie inaczej niż w szkole. Wciąż w głowie Moody wibrowało pytanie zadane lekko, przy piwie, przed kilkoma tygodniami: Po co ich ratowałaś? Nikt nie da Ci medalu”. Zupełnie szczere, takie od serca. Jak mogłabym nie? tak chyba brzmiała jej odpowiedź, ale brak zrozumienia w twarzy kogoś, kogo uważała za bliską sobie osobę, łamał jej serce.

A może to po prostu myśli spowodowane utrzymaniem trzeźwości w stanie nienaruszonym? Dziś na tym przyjęciu była dziewicza, jedynie zapach papierosów powoli przesłaniał wyszukane kadzidlane perfuma, które miały przykryć ten niemiły nałóg. Wykopciła na tym etapie już jedną paczkę, gdzieś na dnie magicznej kieszeni w równie magicznej sukni ciążyła kolejna. Obcasy, które dawno utonęły w błocie teraz były pantoflami z obcasami oderwanymi, jej blada twarz z każdą minutą stawała się coraz bardziej blada.

I tylko oczy pozostawałe złociste.

Osądzające.

Wściekłe.

- Chyba już ustaliliśmy, że jestem dla Ciebie Nikim. Nobody, bardzo przyjemny pseudonim artystyczny. - popiła umagicznioną lemoniadą, która przyjemnie kwasowością łaskotała jej wystający z pleców kręgosłup. Suknia miękczyła jej kościste ciało, pewnych rzeczy jednak nie trzeba było oglądać, by wiedzieć, że one tam są. Nawet teraz mówiąc patrzyła przez niego, na ludzi, na rzeszę, na tłum. Jak wiele osób zadałoby jej to pytanie? Po co? Jak wielu z bawiących się tutaj, dawało jej osmolone ręce pełne roboty tamtej nocy?

- Cóż, ja myślałam, że wyciągnęłam Cię z samego piekielnego środka publicznego linczu. Okazało się że był to jakiś inny czystokrwiste dupek, któremu zdecydowanie brakowało Twojej ikry Mulciber. Ciężko było w podziemiach tamtej nocy? Pewnie szlag Cię trafił, że wpuścili mugoli do atrium? - to nie było tak, że nie widziała gałązki oliwnej, którą położył między nimi. To nie było tak, że nie chciała jej zobaczyć. Wręcz przeciwnie, choć zastanawiała się co nim kierowało, gdy proponował zawieszenie broni. Czy gałązka była wyciągnięta z wianka tej ekscentrycznej panny z którą przybył na zabawę? A może wyhodowana w ciemni onyksowych ścian? Czego chcesz Mulciber myślała sobie, w końcu odwracając do niego szczupłą, pozbawioną obecnie uśmiechu twarz. Czujną. Dziką. Kruczą.

Co jest pragnieniem Twojego zjebanego serca?

Tak móc wejść w głowę i dostrzec co wprawiłoby go w ekstazę, w radość, w niepohamowaną ekscytację. Tak wejść w głowę i uchwycić w dłonie marzenie. Co by z nim zrobiła potem? Zdeptała je? Zadbała, by nigdy nie mógłby tego osiągnąć? A może połknęła z tłumioną w sobie żarłocznością, z chaosem który rządził jej duszą i rezonował tu i teraz, pośród chaosu Spalonej Nocy. Ślub… był zbyt uporządkowany. Zbyt gładki. Zbyt obcy. Alexander Mulciber był w tym piekiełku jedną z niewielu znajomych dusz. Wkurwiających jak jasna cholera, ale znajomych.
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie stale były niegdyś przyobleczone w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Teraz widnieje na nich tylko rodowy sygnet Mulciberów, który Alexander odziedziczył po ojcu. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#3
25.07.2026, 22:21  ✶  
"Pewnie szlag cię trafił, że wpuścili mugoli do atrium?", spytała. Gdybym chciał zobaczyć zwierzęta, poszedłbym do zoo, mógłby odpowiedzieć. Wymagałoby to jednak ideologicznego zaangażowania, a to już by go zwyczajnie znudziło, podobnie jak i dalszy bieg rozmowy, którą odpowiedź Alexandra niechybnie by sprowokowała.

Przewidział ją.

Obejrzał w głowie bez większego zainteresowania, a potem porzucił.

Oczywiście, mógł się spodziewać, że spotka Mildred na ulicach miasta opanowanego przez pożogę. Nie sądził jednak, aby przeznaczenie zechciało skrzyżować ścieżki, jakimi podążali, nie tamtej nocy przynajmniej. Zbyt wiele spotkało go tamtej nocy. Marnotrawstwem byłoby zresztą przelewać krew Trelawneyów, nawet jeżeli bezużyteczną była ta płynąca w żyłach Mildred, od lat bezskutecznie próbującej obudzić w sobie dar widzenia. Byłoby mu jej nawet żal, więcej czuł jednak pogardy, wiedząc, jak wielkimi były jej ambicje — jak rozpaczliwymi pragnienia. Zobaczył je wszystkie na dnie swojego kielicha. Wypił za nie, choć przydawały słodkiemu winu gorzki posmak. Ambicja była trucizną, szczególnie niebezpieczną dla widzących, którzy powinni wyzbyć się pociągu ku wielkości.
Być może to stanowiło przeszkodę między nimi. To, że ona zawsze chciała być kimś. To, że on wolał być nikim.


Alexander Mulciber nie był już dłużej nikim, być może nigdy nim nie był, nieważne jak mocno próbował. Był przecież synem swojego ojca, o czym przypominał mu sygnet noszony na dłoni. Był Mulciberem. Nie musiał do tego świata pasować, w przeciwieństwie do Mildred należał jednak do niego z racji urodzenia. Czy nie naturalnym było zasiąść dzisiaj u stołu z Helloise? Przywdziać elegancki frak, odsunąć kobiecie krzesło, poprosić do tańca?  Alexander przez lata próbował definiować siebie poprzez dystans wobec własnego rodu, wobec społeczeństwa i wobec oczekiwań, jakie nakładało na niego dumnie brzmiące nazwisko. Zaskakująco łatwym było odnaleźć się na powrót pod własnym imieniem. Alexander nie potrzebował już tłumu, w którym mogłby zgubić swoją tożsamość. Nie potrzebował także nikogo, kto by musiał mu ją potwierdzić. Mildred czuła się tutaj obca, a wszystko wokół zdawało się napełniać ją dyskomfortem. Czuła się obca, bo była obca. Ale Alexander był swój. Nawet jego dziwactwa i zdystansowanie nie powodowały, że był wykluczonym. Zarówno jego ekcentryzm, jak i niechęć, jaką żywił wobec ludzi, wpisywały się w pejzaż świata elit: nie dlatego, że jego aprobaty potrzebował, ale dlatego, że mógł pozostawać na jego peryferiach. Mógłby stracić reputację i majątek — mógłby stracić nawet nazwisko — a jednak wciąż pozostawał swoim.

Cholewki butów Alexandra były zabłocone podobnie jak buty Mildred, ale nawet w błocie nie byli sobie równymi.

Z przedziwnym spokojem przysłuchiwał się więc opowieści o nocy pomazanej sadzą i popiołem. O nocy spływającej krwią. Przyjął wyznanie kobiety tak, jak ostatnimi czasy zdawał się przyjmować niemal wszystko. Obojętnością. Zawsze był taki obojętny? Przez lata coraz więcej zdawało się ubywać z mężczyzny, niegdyś tak pełnego życia, pełnego pasji. A jednak gdy spotkali się w Windermere, tliła się w nim jeszcze wola walki, potrzeba przeciwstawienia się wyrokom losu, które przepowiadał. Arogancja jasnowidza, pragnącego wychodzić naprzeciw swym przepowiedniom. Teraz zdawał się tak po prostu odległym. Zawsze był odległy, woląc obserwować ludzi z dystansu, a jednak posiadał ludzkie odruchy. Na dnie jego oczu dostrzec można było więcej niż pustkę. Teraz wzrok jego przypominał pogorzelisko. Wygasły stos, na którym mugole tak bardzo lubili palić czarownice.

Czy powinien jej podziękować za uratowanie człowieka, w którego twarzy odnajdowała podobieństwo do jego własnej? Docenić bezinteresowność gestu? Alexander wiedział, jak umrze. Może dlatego słowa Mildred jawiły mu się jako coś rozczulającego w swej naiwności. Czym było dla niego życie człowieka, o którym mówiła? Niczym.
Jego własne życie było warte niewiele więcej w separacji od tego, kim był. A był wieszczem, wróżbitą, wszędzie widzącym znaki. Był prorokiem, który żył swoimi proroctwami. Był narzędziem w rękach przeznaczenia.
Był wszystkim, tylko nie człowiekiem.
Może człowiek, którego uratowała, był bardziej nim — może był bardziej Alexandrem Mulciberem, którego znała Mildred, aniżeli sam Alexander. Mildred szukała w tłumie kogoś znajomego, ale Alexander… W gruncie rzeczy zawsze był jej przecież obcym, prawda?

— Dlaczego myślisz, że cię nienawidzę? — spytał, zignorowawszy kompletnie niezręczne zaczepki Mildred. Nawet na nią przy tym nie spojrzał. Przysiadł na krześle, o które dotychczas opierał rękę, obróciwszy je tak, aby mieć widok na tańczących. Powiódł wzrokiem za korowodem, który porwał Helloise, tak jak wiatr porywa liście drzew. To, że przyszedł tutaj z nią, było z jego strony świadomym wyborem. Nie było wielu ludzi, przy których mógł być naprawdę sobą. A po co miałby dłużej udawać kogoś, kim nie był? Oboje potrzebowali przypomnieć sobie, że nic nie jest w stanie ich zmienić. W tym jednym różnili się z Helloise od liści na drzewach, które zmieniały barwy pod wpływem pór roku.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
constant extreme
when sister and brother stand shoulder to shoulder,
who stands a chance against us?
wiek
29
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
snowidz
zawód
Brygadzistka na chorobowym
Drobna (157cm, niedowaga), blada i czarnowłosa, o oczach złotych jak miód.

Millie Moody
#4
Dzisiaj, 00:10  ✶  
Do tego aby przewidzieć ich rozmowę o rasizmie nie trzeba było nawet trzeciego oka, zdaje się że prowadzili ją kilka razy już wcześniej, podczas gdy ich ścieżki losu nieodmiennie przecinały się od czasów szkolnych. Podobnie jak wiele innych nitek konwersacji, które poszarpane leżały między nimi cichą purpurą wzajemnej niechęci i obsesji, obopólnej jednoznacznej niechęci, odrazy i czegoś, sekretnego składnika, który ich do siebie przyciągał, który sprawiał, że energetycznie samą myślą powracali do siebie, wbici w siebie jak sztylety aż do gardł.

Nieodmiennie.

Pytanie Alexandra wytrąciło ją z równowagi, zaskoczenie obmalowane na twarzy przyszło jej w sposób nader autentyczny i na moment Mulciber dokonał niemożliwego - Moody po prostu nie odpyskowała mu od razu i to nie dlatego, że obawiała się reakcji innych czyściuszków, czy w ogóle Geraldine, na to, że nieodpowiednie zachowanie mogłoby zakłócić tak idealną uroczystość.

Zaraz po zaskoczeniu przyszła jednak podejrzliwość, która rychło zalśniła w złotych oczach. Ciało mimowolnie napieło się, szukając w jego twarzy podstępu. Szukając fałszu, ale i motywacji do tego, by tak nagle i niespodziewanie przebierać się w owcze runo.

Oblizała wargi, niepomna na to, że jej przygarbione plecy wyglądały przyobleczone w kwiecistą suknię świadkowej doprawdy szalenie niekorzystnie.

Od czego zacząć? Długo by wymieniać, począwszy od nocy spędzonej wspólnie w skrzydle szpitalnym, gdy Alexander powiedział jej prawdę doprowadzając ją do łez wściekłości i bezsilności, której nawet nie mogła wykrzyczeć w poduszkę. A potem kręcił się, kluczył wokół ludzi, na których jej zależało. Jak Eden. Jak Rózia. Jak Morpheus. Jak pasożyt przyssany do ich skóry i wysysający słodką krew. Czy on widział ją lustrzanie w ten sam sposób? Zbyt wiele razy dał jej to odczuć.

Przez moment otarła się piórem kruczoczarnych włosów o myśl, że chciałby zakopać wojenne różdżki, że informacja o tym, że uratowała kogoś łudząco podobnego do niego tamtej nocy zmieniła jakoś magicznie jego serce. Zadrżała nim. Zawołała o opamiętanie. Czy jednak Alexander Mulciber posiadał serce?

Zagryzła policzek tak mocno, żeby poczuć krew na języku wciąż wiercąc w nim złocistymi oczami.

Tak bardzo chciała wiedzieć, czego pragnie – nawet jeśli los nie rozsądził jeszcze, czy po to aby po prostu wiedzieć, czy po to, aby móc to zniszczyć.

– A więc stało się, jest ktoś kogo nienawidzisz bardziej. – Odwróciła wzrok ku stołom i odpowiedziała mu w końcu. Zrobiła to po chwili milczenia, która zdawała się jej wiecznością, ale jej gorącokrwisty charakter zapewne potraktował tak raptem pół minuty. – Czy mam być zazdrosna Mulciber? Z kim Ci jest gorzej niż ze mną? Przyznaj się – próbowała mówić o tym lekko, a jednak była zazdrosna o jakąś popierdoloną hierarchię ważności, energii, którą mógłby poświęcać na nienawidzenie jej. Jakby nagle brak tej linii, tego impulsu, tej iskry miał oznaczać, że powinna okryć głowę żałobnym kirem i odchorować żałobnie tą sytuację. Palce zadrgały jej nerwowym tikiem, a Moody zdała sobie sprawę z tego, że wpatruje się w niemal dokończoną butelkę wina. Kilka łyków… czy cokolwiek by to zmieniło? Westchnęła ciężko.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (1162), Millie Moody (1026)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa