Edith, chyba pierwszy raz w życiu martwiła się o kogokolwiek innego niż samą siebie. Zazwyczaj, tylko pięknie udawała żal oraz smutek wiążący się z śmiercią bliskich; tragedia w rodzinie Averych uderzyła w nią jednak z niezwykłą skutecznością. Targały nią wyrzuty sumienia, bo zawsze mogła zrobić odrobinę więcej, targała złość o niesprawiedliwość ich świata, który otwierał swe drzwi mugolakom oraz szlamom, niedoceniającym dar, jakim było przebywanie w obecności lepszych od siebie. Targała niemoc, bo co powinna w tej sytuacji zrobić? Jak się zemścić, w który punkt uderzyć by zabolało wystarczająco boleśnie, by winny całego zdarzenia, mógł odczuwać konsekwencje do końca swego nędznego życia.
Wiedziała jednak, że może pomóc w zupełnie inny sposób. Cyrus, wychował ją przecież na czarownicę czynu, która tak łatwo się nie poddaje, a ona zdawała sobie sprawę, że jeśli oddadzą się buzującym w żyłach emocjom, to nie zmieni się kompletnie nic, a przypadków podobnych do Juliana będzie tylko więcej.
Padło na przeżywającą tę sytuację najgorzej, Astorię.
Ich wspólny dzień zaplanowała właściwie od A do Z — najpierw krótki spacer Pokątną, tak żeby przechadzający się ulicą czarodzieje mieli szansę podziwiać jej nowiutki płaszcz i go przy okazji zazdrościć. Następnie przejście straganami, bo potrzebowała zakupić ostatnie świąteczne upominki dla rodziny i znajomych. Na koniec idealne zwieńczenie całości czyli gorąca, zimowa herbata w jakiejś zacisznej, londyńskiej kawiarni, bo co za dużo ludzi to niezdrowo. Plan idealny, prawda? I wszystko to w towarzystwie kuzynki, wbrew temu czy jej się to podoba czy nie.
Wstępnie umówiły się przed mieszkaniem byłej ślizgonki i to stamtąd miały ruszać dalej. Edith nie spodziewała się jednak, że na miejscu napotka całkiem spory tłum ludzi, wsłuchujących się w słowa na pierwszy rzut oka, przypadkowego mówcy. Mężczyzna stał na podwyższeniu, był ubrany w proste szaty, jego głowę pokrywała łysina. Mówił coś o równości i o podziałach, które targały magiczną społecznością. O kastach wykorzystujących na swoją korzyść tych urodzonych na gorszej pozycji — nie mówił co prawda wprost o czarodziejach czystej krwi, ale nawet najgłupszy z słuchaczy, mógł wyczytać co tak naprawdę o nich myśli z kontekstu słów.
To był istny cyrk na kółkach — na chwilę poczuła się, jak na występie w namiocie Bellów. Brakowało tam jedynie mężczyzn robiących salta czy innego połykacza ognia. W innych okolicznościach może nawet by to jej poprawiło humor, lubiła przecież słuchać wariatów, bo mogła się dzięki temu poczuć jeszcze lepsza. Obecnie jednak tylko i wyłącznie irytował, kojarząc głównie z upartym komarem, co to bziuczy nad głową, nie dając zasnąć w spokoju. Kojarzył się z zwierzęciem tak bardzo, że na jego miejscu pojawiało się właśnie latające stworzenie. Edith oczyma swej wybujałej wyobraźni, widziała jak ubija go swoim ulubionym klapkiem. Komar w jej umyśle, tak jak i łysiejący mężczyzna był pokaźnych rozmiarów, więc nie było tak łatwo, ale w końcu padł, nie potrafiąc poradzić sobie z zdecydowanie zbyt kosztownym obuwiem.
W końcu mężczyzna zamilkł i rozejrzał się po tłumie gapiów. Edith przez chwilę nawet odetchnęła z ulgą, liczyła, że już mu się znudziło, że zgarnie swój grajdołek i zwinie się gdzieś daleko, ale czcze okazały się jej marzenia, bo uparcie znów zaczął mówić, tym razem jeszcze żywiej, z jeszcze większą pasją, ale o obecnie im panującym, szlamowatym Ministrze Magii.
W tym momencie Rookwood poczuła, jak jej trzewia dosłownie i w przenośni robią wewnętrznego fikołka, i jak ten cały skrupulatnie ułożony plan idzie w piach.
I to wszystko za sprawą wariata, który chybocze się na stołku, wygłaszając publicznie kompletne brednie.
torment me. IN DETAIL.