04.08.2026, 12:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.08.2026, 12:47 przez Gabriel Montbel.)
Galeria OdNowa należała do tych miejsc, które nie próbowały przekonać odwiedzających o własnej wartości. Nie musiała. Wystarczyło przekroczyć wysoki próg dwupiętrowej kamienicy, by znaleźć się w świecie, gdzie marmur zdawał się chłodniejszy niż gdziekolwiek indziej, a światło rozlewające się spod długich kryształowych żyrandoli zyskiwało niemal sakralny charakter. Rodzina Avery od pokoleń pielęgnowała przekonanie, że sztuka wymaga odpowiedniej oprawy, dlatego nawet cisza między salami wydawała się kunsztowna.
Zaraz po zmroku pojawił się w niej i zaciekawiony Gabriel, który kojarzył przecież nazwisko Averych z francuskich salonów. Przeszedł przez Marmurowy Pałac z pobłażliwym uśmiechem, który pojawiał się na jego twarzy zawsze, gdy cudza ambicja próbowała dorównać wieczności. Zatrzymywał się przed kolejnymi rzeźbami jedynie na tyle długo, by rzucić pod nosem kąśliwą uwagę, czasem cichy śmiech, innym razem westchnienie pełne teatralnego rozczarowania. Jeden z marmurowych herosów okazał się mieć źle wymodelowane dłonie, pejzaż przedstawiający wybrzeże Bretanii cierpiał na przesadę błękitów, a portret pewnego nestora rodu Travers wyglądał, według Gabriela, „jak człowiek, który umarł z nudów jeszcze przed ukończeniem pozowania”.
Strażnik czekający końca zmiany, wodził za ekscentrycznym jegomościem coraz bardziej znużonym spojrzeniem, nie odróżniając go zbytnio od innych czystokrwistych snobistycznych gości, choć ci rzeczywiście z rzadka znajdowali drogę do galerii poza wskazanymi zawczasu fetami. Szata uszyta z ciemnozielonego sukna o niemal czarnym odcieniu układała się ciężkimi fałdami aż do kostek. Talia została delikatnie zwężona, wysokie połacie materiału opadały miękko od bioder, a szerokie mankiety odsłaniały śnieżnobiałe rękawy koszuli z drobnymi różanymi koronkami przy nadgarstkach. Nad całością górował aksamitny kołnierz o ostrych, niemal wojskowych liniach, pod którym zawiązano jedwabny fular w kolorze starego srebra. Ani jeden włos nie wymykał się z misternie ułożonej fryzury. Półdługie, jasne pasma zostały zaczesane do tyłu i splecione na karku w sposób, który sprawiał wrażenie niewymuszonego wyłącznie dla tych, którzy nigdy sami nie spędzili godziny przed lustrem. Powinien wtapiać się tłum, ale był raczej jednym z tych ludzi, którzy być może w swoim sposobie poruszania, być może w chłodzie pozostawianym po swoim przejściu pozostawiali irracjonalny niepokój. Jak wilki odziane w owcze runo.
Gabriel uśmiechał się jeszcze, kiedy minął ciężką kotarę prowadzącą do Pokoju Portretów.
Uśmiechał się również wtedy, gdy rzucił mimochodem:
– Och, kolejny bufon, który wygląda, jakby największym osiągnięciem jego życia było posiadanie brody.
Kilka kroków dalej parsknął śmiechem na widok damy sportretowanej z chartem typowe!. Jeszcze dalej uniósł brew nad przesadnie heroicznym wizerunkiem czarodziejskiego alchemika otoczonego lśniącym pyłem niegroźnego przecież wybuchu.
Lecz potem…
…przestał się śmiać.
Nie było w tym gwałtowności.
Nie było dramatycznego zatrzymania.
Po prostu następny krok nigdy nie nastąpił.
Obraz wisiał samotnie na końcu sali, skąpany w miękkim świetle zaklętych lamp. Pod pozłacaną ramą widniała niewielka tabliczka:
Na rozległym płótnie grupa młodych adeptów uzdrawiania siedziała pośród wysokich traw ogrodu francuskiej szkoły. Letnie słońce rozświetlało białe kołnierze, błękitne szaty i otwarte księgi, a starszy nauczyciel tłumaczył coś z rozwiniętego pergaminu. Wzrok Gabriela od razu skupił się na dłoniach wykładowcy, zanim w ogóle zaczął lustrować twarze. Malarz z zaskakującą starannością oddał sposób, w jaki starszy uzdrowiciel układał palce podczas objaśniania anatomii magicznych przepływów – nie teatralnym gestem spodziewanym w sztuce wymagającej karykatury, lecz pewnym, oszczędnym ruchem człowieka, który setki razy zamykał swymi palcami nimi rany. Obok leżał rozłożony pergamin z ryciną ludzkiego ciała, na której Gabriel rozpoznał dawno zapomniane oznaczenia stosowane jeszcze w pierwszej połowie XVII wieku. Dalej dostrzegł kosz z pękami krwawnika, dyptamu i melisy. Jedna z dziewcząt bezmyślnie plotła wianek z ziół, za co niegdyś usłyszałaby cierpką reprymendę, bo uzdrawiające rośliny należało szanować bardziej niż kwiaty ozdobne. Pamięć domagała się posłuchu Znał kogoś kto wiązał zbyt ciasno, znał kogoś kto plótł wianki, choć nie powinien. Pamięć domagała się posłuchu, nie dlatego, że obraz był wybitny. Dopiero wtedy jego spojrzenie przesunęło się ku postaci siedzącej kilka kroków od grupy. Jasne włosy. Podciągnięte kolana. Zaciśnięta szczęka. Gniew tak znajomy, że niemal czuł jego posmak na języku. A potem we wściekle utkwionych w nauczycielu oczach rozpoznał własne oczy.
Gabriel nie oddychał.
Nie poruszał się.
Nie był świadom, że ten obraz przetrwał. Że ten przeklęty obraz. Przetrwał.
Minuty przesypywały się jak ziarenka piasku w klepsydrze. Nawet nie słyszał, gdy ktoś obok oznajmiał wszystkim, a mu w szczególności, że galeria jest zamykana.
Zaraz po zmroku pojawił się w niej i zaciekawiony Gabriel, który kojarzył przecież nazwisko Averych z francuskich salonów. Przeszedł przez Marmurowy Pałac z pobłażliwym uśmiechem, który pojawiał się na jego twarzy zawsze, gdy cudza ambicja próbowała dorównać wieczności. Zatrzymywał się przed kolejnymi rzeźbami jedynie na tyle długo, by rzucić pod nosem kąśliwą uwagę, czasem cichy śmiech, innym razem westchnienie pełne teatralnego rozczarowania. Jeden z marmurowych herosów okazał się mieć źle wymodelowane dłonie, pejzaż przedstawiający wybrzeże Bretanii cierpiał na przesadę błękitów, a portret pewnego nestora rodu Travers wyglądał, według Gabriela, „jak człowiek, który umarł z nudów jeszcze przed ukończeniem pozowania”.
Strażnik czekający końca zmiany, wodził za ekscentrycznym jegomościem coraz bardziej znużonym spojrzeniem, nie odróżniając go zbytnio od innych czystokrwistych snobistycznych gości, choć ci rzeczywiście z rzadka znajdowali drogę do galerii poza wskazanymi zawczasu fetami. Szata uszyta z ciemnozielonego sukna o niemal czarnym odcieniu układała się ciężkimi fałdami aż do kostek. Talia została delikatnie zwężona, wysokie połacie materiału opadały miękko od bioder, a szerokie mankiety odsłaniały śnieżnobiałe rękawy koszuli z drobnymi różanymi koronkami przy nadgarstkach. Nad całością górował aksamitny kołnierz o ostrych, niemal wojskowych liniach, pod którym zawiązano jedwabny fular w kolorze starego srebra. Ani jeden włos nie wymykał się z misternie ułożonej fryzury. Półdługie, jasne pasma zostały zaczesane do tyłu i splecione na karku w sposób, który sprawiał wrażenie niewymuszonego wyłącznie dla tych, którzy nigdy sami nie spędzili godziny przed lustrem. Powinien wtapiać się tłum, ale był raczej jednym z tych ludzi, którzy być może w swoim sposobie poruszania, być może w chłodzie pozostawianym po swoim przejściu pozostawiali irracjonalny niepokój. Jak wilki odziane w owcze runo.
Gabriel uśmiechał się jeszcze, kiedy minął ciężką kotarę prowadzącą do Pokoju Portretów.
Uśmiechał się również wtedy, gdy rzucił mimochodem:
– Och, kolejny bufon, który wygląda, jakby największym osiągnięciem jego życia było posiadanie brody.
Kilka kroków dalej parsknął śmiechem na widok damy sportretowanej z chartem typowe!. Jeszcze dalej uniósł brew nad przesadnie heroicznym wizerunkiem czarodziejskiego alchemika otoczonego lśniącym pyłem niegroźnego przecież wybuchu.
Lecz potem…
…przestał się śmiać.
Nie było w tym gwałtowności.
Nie było dramatycznego zatrzymania.
Po prostu następny krok nigdy nie nastąpił.
Obraz wisiał samotnie na końcu sali, skąpany w miękkim świetle zaklętych lamp. Pod pozłacaną ramą widniała niewielka tabliczka:
Jean-Baptiste Delorme (1591–1672)
Le Jardin des Guérisseurs
Szkoła Beauxbatons, ok. 1624
Le Jardin des Guérisseurs
Szkoła Beauxbatons, ok. 1624
Na rozległym płótnie grupa młodych adeptów uzdrawiania siedziała pośród wysokich traw ogrodu francuskiej szkoły. Letnie słońce rozświetlało białe kołnierze, błękitne szaty i otwarte księgi, a starszy nauczyciel tłumaczył coś z rozwiniętego pergaminu. Wzrok Gabriela od razu skupił się na dłoniach wykładowcy, zanim w ogóle zaczął lustrować twarze. Malarz z zaskakującą starannością oddał sposób, w jaki starszy uzdrowiciel układał palce podczas objaśniania anatomii magicznych przepływów – nie teatralnym gestem spodziewanym w sztuce wymagającej karykatury, lecz pewnym, oszczędnym ruchem człowieka, który setki razy zamykał swymi palcami nimi rany. Obok leżał rozłożony pergamin z ryciną ludzkiego ciała, na której Gabriel rozpoznał dawno zapomniane oznaczenia stosowane jeszcze w pierwszej połowie XVII wieku. Dalej dostrzegł kosz z pękami krwawnika, dyptamu i melisy. Jedna z dziewcząt bezmyślnie plotła wianek z ziół, za co niegdyś usłyszałaby cierpką reprymendę, bo uzdrawiające rośliny należało szanować bardziej niż kwiaty ozdobne. Pamięć domagała się posłuchu Znał kogoś kto wiązał zbyt ciasno, znał kogoś kto plótł wianki, choć nie powinien. Pamięć domagała się posłuchu, nie dlatego, że obraz był wybitny. Dopiero wtedy jego spojrzenie przesunęło się ku postaci siedzącej kilka kroków od grupy. Jasne włosy. Podciągnięte kolana. Zaciśnięta szczęka. Gniew tak znajomy, że niemal czuł jego posmak na języku. A potem we wściekle utkwionych w nauczycielu oczach rozpoznał własne oczy.
Gabriel nie oddychał.
Nie poruszał się.
Nie był świadom, że ten obraz przetrwał. Że ten przeklęty obraz. Przetrwał.
Minuty przesypywały się jak ziarenka piasku w klepsydrze. Nawet nie słyszał, gdy ktoś obok oznajmiał wszystkim, a mu w szczególności, że galeria jest zamykana.