początek Spalonej Nocy
aktywny Nów
Zapowiada się spokojny wieczór, pomyślała życzeniowo, wycierając kufel za barem. Jeszcze kilka godzin wcześniej jej dłonie zajmowały się rzeczami o wiele poważniejszymi niż nalewanie napojów. Do osiemnastej pozostawała wśród uzdrowicieli, pod białym światłem szpitalnych korytarzy. Zmęczenie ciążyło jej w kościach, a brak prawdziwego odpoczynku dawał o sobie znać w krótkich chwilach ciszy, gdy na moment zatrzymywała wzrok na pustym stole lub opierała dłoń o chłodny blat baru. Nie pozwalała jednak, by zmęczenie zwyciężyło. W uniformie kelnerki wyglądała jak część tego świata, do którego przywykła od dzieciństwa. Czarna tkanina układała się schludnie na jej sylwetce, a ona sama poruszała się między stolikami z niezwykłą lekkością - niemal kocią, cichą i pewną. Jakby znała każdy zakamarek sali, każdy krok, każdy oddech tego miejsca. Jedną ręką stawiała przed gośćmi pełne kufle piwa, drugą zbierała puste szklanki, a pomiędzy tym wszystkim znajdowała jeszcze chwilę, by uśmiechnąć się do starszego mężczyzny przy barze albo rzucić żartem do grupy młodych mugoli świętujących koniec tygodnia.
Tej nocy Diana była zadowolona, bo nów należał do niej. Nie musiała dziś siedzieć na miejscu pasażera, zastanawiając się, dokąd zaprowadzą je działania Zeleny. Dziś miała kontrolę i to dawało jej energię pomimo zmęczenia.
Przy barze, wśród piątkowego gwaru, Diana dostrzegła znajomą twarz. Billius - stały bywalec, którego nie trzeba było pytać, co zamówi. Kufel piwa miał już niemal pusty, a raczej: pusty był właśnie w tej chwili, gdy mężczyzna przechylił go wysoko, jakby chciał z niego wydobyć jeszcze choćby jedną kroplę. Przełknął ostatni łyk z miną człowieka, który dokonał rzeczy wielkiej i godnej pochwały, po czym odstawił szkło na blat. Czarownica parsknęła cichym śmiechem.
- Nie bądź taki szybki, Bill - rzuciła z rozbawieniem, wyciągając rękę po pusty kufel. Zabrała go jednym, wprawnym ruchem, a drugą ręką już sięgała po następny. W całym jej zachowaniu było coś swojskiego, niemal domowego. Nie miała w sobie sztywności kelnerki, która odmierza słowa co do sylaby i uśmiecha się dlatego, że tak nakazuje jej praca. Znała tych ludzi. Wiedziała, kto przychodzi po pracy na jednego guinnessa, kto zawsze zamawia to samo, kto zostawia napiwek, a kto przychodzi przede wszystkim po to, żeby przez godzinę ponarzekać na żonę, pogodę i ceny papierosów. Była tu trochę jak sąsiadka zza ściany, która przypadkiem dostała fartuch i obowiązek pilnowania, żeby nikomu nie zabrakło piwa. Otworzyła kran, pozwalając, by złoty płyn z szumem spłynął do kufla, a piana podniosła się ku brzegowi. Co chwila podnosiła wzrok znad baru, jak gospodyni doglądająca swoich gości.
Nagle zza drzwi dobiegł hałas. Najpierw pojedynczy okrzyk, potem drugi, a po nim cała fala głosów zlewających się w jeden wielki harmider. Zatrzymała się z kuflem w dłoni i spojrzała w stronę wejścia.
- A to co, był jakiś mecz? - wypowiedziała to tonem człowieka, który właśnie odkrył, że pół miasta postanowiło urządzić sobie święto bez konsultacji z obsługą baru. Najwyraźniej wieczór nie będzie tak spokojny, jak sobie tego życzyła.