11.08.2026, 11:56 ✶
Spalona Noc
8.09.1972
Émile & Zelena
8.09.1972
Émile & Zelena
Ogień szalał w Londynie, a ataki dopiero się zaczęły. Popiół opadał z nieba, osadzał się we włosach, na ubraniach, w płucach mieszkańców miasta. Siepacze Lorda Voldemorta nie mieli litości dla mieszkańców miasta, najmniej dla osób mugolskiego pochodzenia. To wszystko stało się nagle. W jednej chwili wszystko było jeśli nie dobrze, to normalnie, a w drugiej miasto ogarnęła pożoga.
Dotarł do szpitala niedługo przed jedenastą w nocy. W środku panował chaos, spodziewany zważywszy na daną sytuację. Cały czas pojawiali się nowi ranni, sieć Fiuu nie działała, a pracownicy nie wiedzieli, kogo priorytetyzować, skoro coraz to kolejni pacjenci byli w sytuacji zagrożenia życia. Émile wpadł na zaplecze, szybko przebrał się w szatę medyka. Nie musiał długo przygotowywać swojej torby, bowiem miał nawyk trzymania wszystkiego w najwyższym porządku. Czasem taka nerwica natręctw się przydawała. Nie miał tego wieczoru zaplanowanego dyżuru, ale skoro Londyn został zaatakowany, każdy, kto mógł, musiał jakoś pomóc. Taki był obowiązek lekarza, a uchylenie się przed nim stanowiłoby przykład nie tyle tchórzostwa, co braku wyczucia powagi pełnionej przez siebie funkcji.
Kiedy wyszedł na korytarz, ujrzał młodą stażystkę, Zelenę Brekker. Zdarzyło się jej kiedyś asystować Émile'owi w czasie zabiegu, a takich ludzi się nie zapominało, nawet pomimo twarzy zakrytych maseczkami. Mulciber pamiętał, że dziewczyna poradziła sobie całkiem dobrze.
– Panno Brekker – powitał ją skinieniem głowy. – Czy potrzebuje pani pomocy lub asysty? – zapytał rzeczowo, choć grzecznie.
!Nigdy nie przestawaj leczyć
Monsieur sans visage
Et quand le soir viendra, l'air sera doux
Qui se jouera, caressant, dans vos voiles,
Et les regards paisibles des étoiles
Bienveillamment souriront aux époux.
Et quand le soir viendra, l'air sera doux
Qui se jouera, caressant, dans vos voiles,
Et les regards paisibles des étoiles
Bienveillamment souriront aux époux.