Wszystko to było do dupy. Cały dzisiejszy dzień, dokładniej mówiąc, bo przyszło im miotać się w jedną i drugą stronę, jakby wymagano od nich nie wiadomo czego. Jeszcze rano byli w Londynie, rozpytując o pewnego przyjemnego jegomościa, który był im niezbędny na cito. Niestety, jak to było w takich przypadkach, a już w szczególności z elementem przestępczym, facet zapadł się pod ziemię i nie dało się go znaleźć. A kiedy wreszcie zebrali się we dwójkę, żeby podzielić się przemyśleniami na temat tego, co powinni dalej zrobić, usłyszeli chichot. Rechot właściwie, trochę już chyba znany i sprawiający, że włoski jeżyły się na karku. Szast, prast i było po sprawie, a winowajca, czyli ten przeklęty poltergeist, zniknął bez śladu, a oni patrzyli na siebie z nieco innej perspektywy.
Zamieniło ich ciałami.
Bulstrode przez dłuższą chwilę rwał sobie z głowy włosy, dosłownie niemal. Mieli być w Cardiff przed obiadem, a skończyło się na to, że robili pośpieszną nawrotkę do któregoś z klątwołamaczy, którzy akurat byli pod ręką w Ministerstwie. Diagnoza była przykra – zamiana ciałami do końca dnia. Jedyny plus całej sytuacji był taki, że cały dzień zaplanowany i tak mieli już w swoim towarzystwie.
Atreus kiedy był młody, często stawał przed dylematem odnośnie tego, co by było gdyby zamienił się z babą na ciała. Wtedy odpowiedź wydawała się niezwykle banalna i oczywista, ale teraz czuł tylko irytację – młodszy on pewnie czułby zawód, widząc go w takim stanie. Za bardzo roztkliwiał się nad faktem, że po pierwsze, nie mieli wystarczających informacji i szli na ślepo. Mieli prześledzić domniemany handel czarnomagicznymi składnikami. Cardiff podobno robiło za jakąś stolicę ingrediencji, ale o ile wcześniej mogli mieć nadzieję na wskazówki odnośnie tego na kogo się powołać i którego nazwiska użyć, tak teraz musieli improwizować. Pewnie w każdej innej sytuacji by się cieszył, bo odrobina kreatywności jeszcze nikomu nie zaszkodziła, ale z przyrody był tragiczny i nie miał co do tego złudzeń. Pewnie ktoś mógłby się zastanawiał, czemu musieli się tak śpieszyć, otóż mieli niewielkie okienko czasu, bo jako jednego z potencjalnych przemytników wyznaczono pewien niewielki stateczek, który radośnie miał odpłynąć dzisiejszego wieczora z kolejną porcją towaru. Musieli tylko powiązać jedno z drugim; znaleźć pośrednika i zlokalizować stateczek, prześledziwszy trasę ładunku. Szli więc ulicami Cardiff, kierując się do jednego ze sklepów. Skromnego przybytku o wątpliwej reputacji. Trochę minęło od momentu kiedy teleportowali się w mieście i Bulstrode chyba zdążył ochłonąć, bo przestał kląć pod nosem czy nawet wzdychać ciężko.
— Mam nadzieję, że nie jest ci zimno… — powiedział, z pewnym zastanowieniem, bo zaczęło do niego dochodzić, że jemu w sumie jest. Był to dla niego stan tak naturalny, że trochę zajęło mu uświadomienie sobie, że chyba w ciele Brenny wcale tak nie powinno być. Ale było i trochę to zastanawiało. — Bo mnie jest tak jakoś… jakby jak zawsze. Ciekawe.