• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
1 2 3 4 5 … 10 Dalej »
Pan Mruczkens [1 września 1972 r.]

Pan Mruczkens [1 września 1972 r.]
kicia kocia
Cierpka jak agrest, słodka jak bez
Chcę śnić czarne loki splątane
wiek
31
sława
III
krew
czysta
genetyka
snowidz
zawód
wróżbitka & astronomka
Chuderlawa sylwetka na 168 centymetrów, która z uporem relikwii, odmawia rozsypania się w pył. Za pas spływają włosy o czerni nowiu, a fiołkowe oczy sprawiają wrażenie dwóch ran zadanych firmamentowi.

Lydia Black
#1
20.09.2026, 12:58  ✶  
[+]Spoiler
Scenariusz sumy: Pan Mruczkens
Przygotowania należało rozpocząć na długo przed zapadnięciem zmroku, ponieważ rzeczy święte nie znosiły pośpiechu, a tym bardziej niedbalstwa. Lydia sporządziła już wcześniej listę wszystkiego, czego wymagać miał nadchodzący sabat, tj. sól gruboziarnistą, wodę z odpowiedniego źródła, świece białe i czarne, kadzidło, szałwię, bylicę, jałowiec oraz rozmaryn, czyste płótno, kredę, ceramiczną misę, nóż rytualny oraz dziewięć żelaznych gwoździ. Sól podzieliła wcześniej na trzy równe części. Jedną przeznaczoną dla kręgu, drugą dla progu, trzecią na wypadek, gdyby noc zażądała więcej niż przewidywał obrządek. Wodę przelała do ciemnej butelki, zioła zamknęła osobno w lnianych woreczkach. Brakowało jeszcze kilku rzeczy. Musiała więc udać się na ulicę Pokątną, aby uzupełnić zapasy przed nabożeństwem. Nie zwykła była ufać przypadkowi, a już najmniej temu, co pozostawało w spiżarniach kowenu.

Zaułek, którym skróciła sobie drogę, leżał o kilka kroków od Nokturnu, wciśnięty pomiędzy ślepe mury niczym szczelina w kamiennej mogile. Okna były ciemne i milczące. Wilgotny bruk połyskiwał po niedawnym deszczu, a powietrze cuchnęło mokrym drewnem. Lydia szła, stukając wysokimi obcasami o nierówny bruk. Ciszę popołudnia przerywał jedynie daleki szum gwaru z głównej ulicy oraz… cichy, żałosny szloch. Nie było w jej planach zbaczania z drogi do sklepu z akcesoriami wróżbiarskimi, ale ten dźwięk – dziecięca rozpacz – był jak zadrapanie po gładkiej tafli jej uporządkowanego dnia. (Znak? Nie, jeszcze nie. Tylko bodziec. Ostry, nieprzyjemny).

Potem z cienia wypadł kocur wielki, poszarzały, rudawy na bokach i z uszami poszarpanymi. Jedno oko przecinała blizna. Przebiegł tuż przy jej sukni bez najmniejszego miauknięcia, tak cicho, że bardziej przypominał widmo. W jego ślad potoczyło się coś małego i zapłakanego.
– Mruczek! Nie uciekaj! – wykrztusiła dziewczynka, łkając. – Mruczku! Wróć! Proszę! – jej wzrok, mglisty od łez, nagle padł na Lydię. Wyostrzył się w błagalnej nadziei. Dziecko podbiegło, chwytając ją za połę.

Mogła mieć sześć, może siedem lat. Sukienka była na nią stanowczo za duża, poplamiona błotem i wilgocią, a jasne włosy przywarły do twarzy, czyniąc ją jeszcze bledszą. Na policzkach zaschły łzy. W małych dłoniach ściskała kawałek starego, przetartego sznurka.
– Proszę pani… proszę pomóc mi go złapać. On… on się zgubi albo coś mu się stanie. On mój jedyny… Mruczek… mój kiciuś… Mruczek… – głos dziewczynki załamał się. Lydia nie cofnęła się od dotyku, ale jej ciało zesztywniało. Nadmiar. Łzy, błoto, rozpacz, ten sznurek – wszystko to było zbyt jaskrawe, głośne. Czuła, jak krawędzie rzeczywistości delikatnie, niebezpiecznie zaczęły się rozmazywać. Dziewczynka nie była znakiem. Była po prostu dzieckiem. A kot… kot był tylko zwierzęciem. Ale ten szloch wbijał się w jej czaszkę jak szpilka!
– Uspokój się – powiedziała wreszcie. Spojrzała w głąb zaułka, gdzie kocur zniknął za stosem połamanych skrzyń. Jego zielone ślepia migotały z cienia jak dwie niezapalone latarnie. – Krzyk go tylko przepłoszy – dziewczynka zamilkła natychmiast, jej usta wciąż drżały. – Mruczek, tak? – spytała Lydia dziewczynki, nie odrywając od kota wzroku. Fioletowe oczy jak zmęczona maszyny pracowały. Szerokość zaułka, odległości, potencjalne ścieżki ucieczki. Nie umiała biegać. Szybko się męczyła, więc bezpośredni pościg był absurdem.
– Tata go przyniósł, żeby łapał myszy w sklepie… ale on ciągle ucieka. Zawsze ucieka. A ja… ja nie mogę go złapać – dziewczynka przytaknęła, łykając łzy. Lydia westchnęła cicho. Matka postawiła na jej drodze tę małą, zapłakaną duszę. Nie mogła odejść.
– Poczekaj tutaj – rozkazała delikatnie. – I bądź cicho – nie czekając na odpowiedź, podeszła kilka kroków do przodu, zatrzymując się w połowie drogi między dziewczynką a stosem skrzyń. Jej różdżka wyślizgnęła się z ukrytego uchwytu w rękawie i spoczęła w jej dłoni. Kot obserwował ją. Wydawał się zaciekawiony nową, nieruchomą przeszkodą. – Nie zamierzam cię gonić – powiedziała Lydia nie wiadomo, do kogo: do kota czy do samej siebie. – To bezcelowe – zamiast tego zamknęła na moment oczy. Najczystsza forma magii. Zmiana istoty. Nie złapię go jako człowiek. Ale może…, pomyślała. Nie uczyniłaby tego na ulicy, przy świadkach, gdyby nie było to absolutnie konieczne, ale tu w tym zaciemnionym zaułku, była tylko ona, zapłakane dziecko oraz bystre, zielone oczy.

Potrzebowała wizji, uczucia, esencji kształtu, który chciała przybrać. Czarnego kota. Jej formy. Potrzebowała czegoś… zwyczajnego. Zapuszczonego. Miejskiego. Wyczuła wewnętrzny skręt, pęknięcie w swojej strukturze, gwałtowna, intymna reorganizacja. Jej szkielet stał się giętki, ciało skurczyło się, czarny płaszcz opadł na bruk jak opuszczony kokon. Stało się to szybko, a w powietrzu zatrzęsła się lekka, ciepła fala magii.

Tam gdzie stała Lydia Black, kucał czarny kot. Nie żaden rasowiec, lecz szczupły, długowłosy dachowiec o głębokich, filetowych oczach. Miała teraz cztery łapy oparte na chłodnym kamieniu, a świat stał się lasem zapachów i dźwięków o niewyobrażalnej intensywności. Zapach ryb z pobliskiego straganu, zapach strachu dziecka, własny, stęchły zapach futra kocura ukrytego za skrzyniami. Słyszała bicie małego serca za sobą oraz ciche, mruczenie przed sobą.

Zielone ślepia Mruczka rozszerzyły się z zainteresowaniem. Jego postawa rozluźniła się nieco. To nie był wielki, hałaśliwy dwunożny. To był inny. Mniejszy. Cichszy. Ciekawszy.

Lydia-kot uniosła ogon w geście ciekawości, po czym powoli skierowała się w bok. Zatrzymała się, obejrzała, zignorowała Mruczka celowo. To zadziałało. Po chwili zza skrzyni wysunęła się szaro-ruda głowa. Mruczek obserwował. Czarownica położyła się, wyciągając przednie łapy w leniwym skłonie, pozornie całkowicie pochłonięta przez własną łapę. To był język, który Mruczek rozumiał. Język obojętności, który był najskuteczniejszym zaproszeniem. Cichy szelest, a potem on był już na otwartej przestrzeni, podchodząc powoli z ogonem uniesionym w pytającym haczyku. Podszedł na odległość kilku stóp, zatrzymał się, powąchał powietrze.

Kobieta podniosła wzrok. Ich spojrzenia się spotkały. Fiolet i zieleń. W jej zwierzęcym umyśle nie było miejsca na skomplikowane ludzkie myśli, tylko na instynkt i cel: zbliżyć go do dziewczynki. Obróciła się powoli i nie oglądając się, zaczęła iść w stronę dziecka, rytmicznie poruszając ogonem. Mruczek zdezorientowany, ale zainteresowany ruszył za nią w luźnym odstępie. Dziewczynka wstrzymała oddech, a niewinne łzy przestały płynąć. Jej oczy stały się wielkie jak spodki. Widziała, jak czarny kot prowadził jej Mruczka prosto do niej. Lydia zatrzymała się kilka kroków przed dzieckiem, siadając. Mruczek, poczuwszy zapewne znajomy zapach małej pani, pomruczał niepewnie. Dziewczynka nie wytrzymała. Rzuciła się do przodu i objęła szarego kocura. Ten początkowo się szarpnął, ale jej uścisk był silny, pełny ulgi, miłości. Po chwili jego napięcie opadło, wydał basowe, gruchające mruczenie.

Black odsunęła się w cień. Czas było wracać. Trwanie w zwierzęcej postaci poczęło ją nużyć. Animagia, chociaż opanowana, nigdy nie była dla niej rzeczą lekką. Przez cały czas trwania przemiany musiała utrzymywać w ryzach własny umysł, nie pozwalając, aby prostota zwierzęcego instynktu przeważyła nad ludzką świadomością. Tym razem czuła już wyraźnie cenę tego wysiłku. Łapy zdawały się cięższe, oddech krótszy, a każdy kolejny krok wymagał skupienia, którego zaczynało jej brakować. Ciało znało zapach, ruch, ciepło i strach. Umysł wciąż pragnął nadawać temu imiona. Nie wolno było mu na to pozwolić.

Najbardziej męczył ją powrót. Przebiegła jeszcze kilka kroków, aż znalazła się za stertą połamanych skrzyń, gdzie spojrzenie dziecka nie mogło już jej dosięgnąć. Na ziemi leżał czarny płaszcz. Świat zadrżał. Ciemne futro ustąpiło skórze, pazury zniknęły, kręgosłup wyprostował się z cichym bólem, a fioletowe ślepia ponownie stały się ludzkimi oczami. Po chwili w miejscu bezpańskiego kota stała znów Lydia Black — blada, nieruchoma. Na skroniach pojawiła się cienka warstwa potu, a palce lekko jej drżały. Oddychała głęboko, jak po długiej wędrówce, choć przebyła zaledwie kilka kroków. Podniosła płaszcz z ziemi, otrzepała go z pyłu i zarzuciła na ramiona. Owinęła się nim szczelnie.

Przymknęła oczy. Była zmęczona. Nie tylko przemianą. Całą tą krótką, niepotrzebną historią. Płaczem, zapachem wilgotnego kamienia, cudzym nieszczęściem, które na kilka chwil uczyniło jej własny umysł zbyt głośnym. Miała przecież inne sprawy. Sabat. Sól. Świece. Dziewięć gwoździ. Rzeczy, które miały znaczenie.

Kiedy wyszła z powrotem na światło (jakie takie) zaułka, dziewczynka klęczała, trzymając Mruczka mocno w ramionach. Kot już nie uciekał, tylko mruczał, przymykając zielone oczy. Dziecko podniosło wzrok na Lydię. Jej twarz była wciąż zaśliniona i brudna, ale rozpromieniona.
– Dziękuję, proszę pani! – zawołała. – Jak pani to zrobiła? Ten czarny kot… on go przyprowadził!
Lydia spojrzała na kocura. Mruczek odpowiedział jej spojrzeniem tak pełnym niewinności, że aż obraźliwym.
– Tak sądzisz? – zapytała.
– Tak! Widziałam! Wyszedł zza skrzyń i szedł tutaj, a potem Mruczek już nie uciekał.
Lydia spojrzała na kota, potem na poszarpany sznurek w dłoni dziewczynki.
– Jeśli tym razem nie pozwolisz mu uciec – odpowiedziała. Koty chodziły własnymi drogami…
– Nie pozwolę!
– W porządku – Lydia zgodziła się, dając sobie spokój. Dziewczynka uśmiechnęła się szeroko.
– Dziękuję pani.
Lydia skinęła głową.
– Pilnuj go lepiej – skinęła głową i ruszyła ku głównemu traktowi ulicy Pokątnej. Za plecami pozostawiła dziecięcy szczebiot oraz głębokie, zadowolone mruczenie. Sprawa została zakończona. Przysługa wyświadczona. Drobna rzecz. Nic więcej.
(Znak? Nie).
Nie wszystko, co stawało czarodziejowi na drodze, przychodziło z wyroków niebios ani z szeptu tych, którzy odeszli. Nie każda łza była wróżbą, nie każde drżenie serca przestrogą, a nie każdy cień sunący po bruku nosił w sobie imię zmarłego. Czasem los był jeno ślepym włóczęgą, który rzucał pod nogi człowieka kamień, gałąź albo zbłąkanego kota i nie należało dopatrywać się w każdym takim drobiazgu ręki Bogini Matki. Czasem kot był tylko kotem, dziecko tylko dzieckiem, a przypadek (choćby przyszedł odziany w czerń i zielone ślepia) pozostawał jedynie przypadkiem.
Koniec sesji


Nie każ mi odchodzić, moja gwiazdo
Królestwo można utracić,
świątynię można spalić,
imię można wymazać z ksiąg,
lecz cóż pocznie niewiasta, która straciła gwiazdę,
wedle której znała drogę?
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Lydia Black (1509)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa