22.09.2026, 09:11 ✶
wiosna 1955
wóz cyrkowy
wóz cyrkowy
Zenek siedział na drewnianej podłodze i jadł żelki. Brązowa torba szeleściła mu w rękach, a on wybierał z niej różne słodycze. Żelki były nieco twarde pod palcami, ale przegryzało się je do miękkiego środka. No i były słodkie. Im bardziej kolorowy był żelek, tym większą cechował się słodyczą. To była prawda znana każdemu dzieciakowi, że pomarańczowe i żółte żelki lądowały na dnie torby.
Drewniane wnętrze wozu rezonowało każdym dźwiękiem, który Zenek z siebie wydawał. Szeleszcząca torba powracała do niego w postaci echa, ale już bez żelków. Na zewnątrz było tak gwarno, jak wcześniej. Przez deski przeciskało się dzienne światło. Bo był dzień. To było jakieś dzienne przedstawienie, takie, które omijało wszystkie dzieciaki, bo czas ten spędzały w szkole. Nie Zenek. Nie dzisiaj. Nie tutaj. Krawat, wciśnięty na dno tornistra, pozostawał symbolem opresji. Czerwona pieczęć w dzienniczku uwag paliła jak diabli, nawet ze środka. Kołnierz koszuli poluzował maksymalnie, i chyba już tylko sweterek przypominał, że należał do jakiejkolwiek szkoły. Zwinął się jak zaklinacz węży, to znaczy siedział po turecku, ale w żadnej pozycji nie mógł ukryć kościstych kolan czy kończyn rosnących o kilka centymetrów powyżej normy. W dzienniczku uwag miał jeszcze pogiętą kartkę od pielęgniarki szkolnej. Było tam napisane, że przekraczał normy bilansowe.
No więc Zenka wysłali do domu ze szkoły, bo mu mama nie zawiązała krawata. Zawsze zawiązywała, ale rano jej nie było. Buty też miał w złym kolorze. Spodnie niewyprasowane, a w ogóle to skandal, tak do mundurka założyć trampki. Poszedł sobie kupić słodkie coś na pociechę, ale absolutnie nie wracał do domu. Poszedł na Pokątną. Jak już był na Pokątnej, to zawiesił się na słupie. I o kurde, cyrk. Jak się tam dostać? Na Pokątnej brali go za szkolniaka na wagarach, bo i tu mundurek, i tam mundurek, tam w tym Hogwarcie. A jak już zaszedł do tego cyrku, to mu się coś pokićkało, przeszedł pod barierką, prawie przejechały go konie, wlazł do namiotu, albo do wozu, no w każdym razie zobaczył interesujące urządzonko. Maszynę do szycia. Mama taką miała. Właśnie tak komuś powie, jak ktoś się go uczepi.
Piromańskie techniki połykacza ogni wzbudzały u ludzi salwy śmiechu, a Zenek za pleczem ciumkał sobie na to. Miał lepsze rzeczy do roboty, takie jak dotykanie maszyny palcami lepkimi od słodyczy. Ciekawe, czy w ogóle działała bez prądu. Ponadto ciągutka przykleiła mu się do podniebienia. Wytrwale nad tym pracował, przesuwając językiem między zębami.
Oprócz desek z drewna przed światem i pieczęciami odgradzały go rzędy kostiumów w tylu kolorach, co jego żelki w torbie. Tylko że jeszcze więcej i lepiej, bo tkanin nie ograniczały normy cukiernicze. Jak promień Słońca padał pod odpowiednim kątem w dziurę między deskami wozu, to trafiał w błyszczącą pelerynę, a na ścianie wozu za Zenkiem robiła się tęcza. Czyli Bóg z nami.
I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.