16.10.2026, 18:41 ✶
14.02.1969 rok, Galeria OdNowa
Nieczęsto bywał w Londynie, a gdy bywał, zwykle nie miał za dużo czasu dla siebie, czy to, aby iść coś zjeść na mieście, czy to, aby poświęcić chwilę na odpoczynek. Prawda była taka, że gdy już wracał choć na moment do Wielkiej Brytanii, zawsze działał w pośpiechu, bo i powody powrotu nie były typowo odpoczynkowe. Jego kalendarz był przepełniony po brzegi. Dlatego tak bardzo się ucieszył, że spotkanie autorskie promujące jego najnowszą, wydaną w ubiegłym roku książkę przebiegło sprawnie i bez zbędnego zatrzymywania autora. Ludzi nie było zbyt dużo, w końcu kto przychodzi na spotkanie z autorem o 10 w piątek? On by nie poszedł, więc szacunek dla zainteresowanych. Jednak i tak było więcej osób niż na jego pierwszym, tym przed którym spróbował przetransmutować swoją twarz tak, aby nikt nie rozpoznał w nim klątwołamacza z Gringotta. Towarzystwo było trochę bardziej… Mieszane. Chociaż widział jak co najmniej dwie czarownice robiły do niego maślane oczka. Ale chwała za to Merlinowi, że nikt nie sprawił, że musiał siedzieć w księgarni dłużej niż planował. Nie miał na to czasu.
O godzinie 14 umówił się ze swoją byłą studentką, Astorią Avery, a jako że była dopiero 13. Ale, nie na randkę, nie. Miał z nią porozmawiać o kilku ważnych rzeczach. Korzystając z tego, że kobieta była kuratorką sztuki, korzystając z nadmiaru wolnego czasu, miał nadzieję zwiedzić jeszcze Galerię OdNowa. Zawsze uwielbiał muzea i ich klimat, odwiedzał każde, które napotykał, choć osobiście wolał te związane z historią i techniką. Jedynie do galerii z obrazami było mu trochę nie po drodze. Nie powinno wiec nikogo dziwić, że w życiu tam nie był, choć w Londynie spędził niemal dziesięć lat życia. Nazywał to w głowie traumą wywołaną przez Grubą Damę. Ta bowiem zawsze go zagadywała, gdy spieszył się na lekcje, a on głupi wdawał się w dyskusje, co skutkowało spóźnieniem.
Dotarł do Galerii, otulając się specjalną, szytą na miarę szatą zimową, która utrzymywała komfortową temperaturę ciała czarodzieja, który ją nosił. Wszedł do środka i od razu się rozejrzał. Miejsce to na wstępie robiło ogromne wrażenie. Jego wnętrze było… magnetyzujące. Ściągnął okulary, których zapomniał zdjąć po wyjściu z Esów i Floresów, i które po wejściu do cieplejszego wnętrza lekko zaparowały. Korzystał z nich tak rzadko, że niekiedy zapominał, że nie rzucił na nie zaklęcia anty-pary. Jego wada wzroku nie była aż tak duża, że musiał chodzić w nich cały czas, nie przepadał za nimi. Jednak nie mógł sobie odmówić tego, że wyglądał na trochę bardziej ułożonego i poważnego. Zajebista sprawa, szczególnie w sprawach biznesowych, pisarskich lub uniwersyteckich. Ale tutaj, choć przybył tu w interesach naukowych, miał wrażenie, że mógł sobie pozwolić na odrobinę większą swobodę. A przynajmniej miał taką nadzieję, bo Astoria nie była już jego studentką. Odezwał się do niej listownie w sprawie konsultacji do powieści, w trakcie pisania której właśnie był. Miała opowiadać o kuratorce sztuki, łudząco podobnej do Astorii, choć Percy twierdził, że to akurat nieświadomie, odkrywając tajemnicę domu, w którym nawiedzone były obrazy. Pomysł wydawał mu się dobry, choć wymagał dopracowania. Ba, w jego wyobraźni miał on zadatki na serię, jednak nie chciał się zamykać w szufladzie kogoś, kto tworzy książki w seriach, jedna po drugiej, będących kontynuacjami. Z wątkami, które niekiedy były odgrzewany kotletami. Jego podejście do prozy było chyba bardziej klasyczne.
Rozejrzał się i nie widząc żadnej znajomej twarzy, zdecydował się wprowadzić swój plan w życie. Najpierw zwiedzenie, później rozmowa z panną Avery. Kulturalnie przywitał się z osobą sprzedającą bilety. Kupił wejście, choć pewnie każdy inny powołałby się na niegdysiejsze bycie wykładowcą lub artystą, aby tylko wejść na ekspozycję za mniejszą ilość sykli. On jednak nie był takim człowiekiem. Może i w młodości, w czasach szkolnych, zdarzało mu się ukraść coś drobnego raz na jakiś czas, z czego złapany za taki wybryk został tylko raz, na drugim roku (po czym dostał wyjca od ojca i czuł ogromny wstyd przez całą resztę roku), ale od dawna w ogóle tego nie robił. Na Merlina, przecież pracował w Banku! Znał wartość pieniędzy. No i był już za stary na szukanie adrenaliny w kradzieży tak, jak ojciec zawsze mówił: cicho, sprawnie i bez zbędnych świadków. Przed wejściem na wystawę, odwiesił jeszcze szatę w szatni, aby przypadkiem nie nabrudzić.
Z każdą salą, był coraz bardziej zachwycony zbiorami Galerii. Każde z eksponowanych przez nią dzieł napawał go ogromnym wręcz natchnieniem. Czuł się tak, jakby pomysły go wręcz rozpierały. Jednak, jeśli miał wybierać, większy wpływ niż rzeźby wywarły na nim portrety. W każdym dostrzegał emocje portretowanej osoby, miał wrażenie, że widzi jej charakter, nawet gdy postaci powstrzymywały się od mówienia i próbowały udawać nieruchome, aby zwiedzający mógł je podziwiać. Jednak im dalej szedł, tym bardziej robiło się to niepokojące. Albo to może jego wyobraźnia się rozszalała. Szala się przelała, gdy na ostatnim obrazie w sali dostrzegł prawdziwe znudzenie; był to obraz matki z córką. Matka stała nieruchomo, dziewczynka też usiłowała, jednak w pewnym momencie ruszyła się i spojrzała na matkę. Zapytała ją o coś niezrozumiale, bardzo cicho, a matka wtedy w końcu się ruszyła, trzepnęła ją lekko w tył pleców, aby ta się na nowo wyprostowała i uśmiechnęła.
Wtedy właśnie Percival stwierdził, że już wie, czemu nie przepada za portretami. I ruszył dalej, aby oglądać pejzaże. Po niepokoju i lekkiej konsternacji, którą poczuł w poprzedniej sali, w Jadeitowym Lesie poczuł spokój. No, takie łono natury potrafił znieść i nawet lubić. Przynajmniej pszczoły nie latały wokół niego. Zatrzymał się przy jednym z zimowych pejzaży, z rzeką, łudząco przypominającą rzekę Liffey w Wicklow. Co prawda przepływała ona też przez jego rodzinny Dublin, ale to właśnie piękne widoki z Cill Mhantáin zapadły w pamięć, z którychś wakacji spędzonych u dziadka. Uśmiechnął się na myśl o tym. Było to miłe wspomnienie. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że w momencie, kiedy wpatrywał się w ruchomy obraz i obserwował jak wolno płynie rzeka, wybiła godzina 14. To, aby być niesłownym i niepunktualnym nie było jego celem. Nie lubił spóźnialstwa u innych, a sam właśnie był spóźniony, co za paskudna hipokryzja… Gdy się zorientował, znacznie przyspieszył zwiedzanie, licząc na to, że wpadnie na kobietę w połowie drogi do umówionego miejsca.