• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Wyspy Brytyjskie Walia Snowdonia [23.09.1972, Snowdonia] Na posąg grecki, o sen oparty

[23.09.1972, Snowdonia] Na posąg grecki, o sen oparty
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie stale były niegdyś przyobleczone w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Teraz widnieje na nich tylko rodowy sygnet Mulciberów, który Alexander odziedziczył po ojcu. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#1
02.03.2026, 21:45  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.03.2026, 22:17 przez Alexander Mulciber.)  
...jak o kolumnę
Kruchą, zwietrzałą,
Strzaskany posąg, pęknięta urna
Oto Twe ciało!
Z uśmiechem patrzysz, jak mija wszystko
I z falą płynie.
I wiesz, że jedno tli się ognisko
W wielkiej ruinie.
Nas, rzeczy wszelkie, zioła, zwierzęta,
Czasy uniosą.
Zostanie tylko z torsem pękniętym
Radosny posąg.

Wypił nie za dużo, nie za mało, ale wystarczyło, aby na twarzy wystąpił mu lekki rumieniec. Ugasił pragnienie winem, uspokoił oddech, szybko bowiem zacinały skrzypce, a jeszcze przed chwilą obracał w tańcu Helloise, którą teraz odstąpił jej kuzynkom. Zaśmiał się, gdy ją porwały. Zostawiły mu Dziewczynę z Kniei, porwały natomiast Helloise Rowle, która tańczyła w kręgu wokół jednego z ognisk, pochwyciwszy je za ręce. Przyjemnie było patrzeć jak tańczy, uświadomił sobie. Jak wirują jej suknie, jak kolejne blond kosmyki wymykają się z misternego uczesania. Jak rumieniec barwi policzki, a pierś wznosi się i opada w rytmie jej oddechów. Alexander stał z boku, i wodził za nią wzrokiem, dokładnie tak, jak robiła Helloise, wychodząc ze swego ciała. Wiedziała, że na nią patrzy, tak jak on wiedział, że znikną stąd zanim nadejdzie poranek, a jednak oboje zdawali się przedłużać chwilę odejścia. Alexander nie spieszył się. Po prostu patrzył. Przyjemnym było wiedzieć, że nie tylko złoszcząc ją swoim cynizmem umiał zabarwić jej policzki czerwienią. Taką samą czerwienią, którą pobarwiła i jego dłonie, pozostawiwszy na nich smugi farby.

Nie musieli uciekać. Nie, dzisiejszej nocy nie musieli przed niczym uciekać. Nawet przed samymi sobą. Może dlatego Alexander Mulciber nie uciekł wzrokiem, gdy dojrzał w tłumie Mildred Moody.

– Dawno o tobie nie śniłem – zauważył, zacisnąwszy drżące palce na oparciu krzesła, aż pobielały powykrzywiane knykcie. Wyjątkowo nie gościły na nich ciężkie pierścienie poznaczone cygańskimi symbolami. Tylko sygnet ojca błyszczał mu wciąż na ręce. Czemuż Alexander Mulciber pozbył się nagle swej zbroi? Pierścieni, które traktował jako atrybuty wróżbity? To wiedzieć mogła jedynie dziewczyna z odmętów jeziora. Może dlatego w monotonnym głosie jasnowidza nie słychać było zwyczajowej kpiny, bo pieszczotliwie obrócił w myślach wspomnienie jej zatroskanej twarzy. Gdy jednak skupił wzrok na stojącej obok kobiecie, w jasnych jego ślepiach nie było choćby krzty uczucia. Alexander Mulciber miał już dla świata tylko obojętność. – Ani o Mildred Moody, ani o Melpomene Longbottom – dodał jakby z zadumą. Odwrócił wzrok, na powrót zapatrzywszy się na tańczącą Helloise. – Myślałem, że zginęłaś. A jednak. Ja też nie zginąłem.

Zakołysał trzymanym w dłoni kielichem z winem, jak gdyby wypatrywał na jego dnie wróżby.

Rzut Symbol 1d258 - 54
Góra (duże ambicje/przeszkoda)

– Może powinniśmy przestać. Życzyć sobie śmierci, mam na myśli. Mildred. Melpomene. Czy jak tam mam cię dzisiaj nazywać.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
roszpunka
when sister and brother stand shoulder to shoulder,
who stands a chance against us?
wiek
29
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
snowidz
zawód
Brygadzistka na chorobowym
Drobna (157cm), blada i czarnowłosa, o oczach złotych jak miód.

Millie Moody
#2
28.04.2026, 14:28  ✶  
Ten ślub zdecydowanie nie należał do jej najszczęśliwszych dni - bo przecież wiedziała, że jej służba skończy się dopiero wtedy, gdy obwieszczony zostanie koniec zabaw.

Dawno nie była tak sumienna i sama siebie zaskakiwała - czujne oczy śledziły ruchy i gesty zebranych, czujne ucho wyłapywało strzępki rozmów i plotek, w których z pewnością o wiele lepiej orientowaliby się Jonathan czy Morfina, stara gwardia salonowych wyjadaczy, nawet jeśli papcio od lat utrzymywał, że przyjęć nie lubi. A jednak, czystokrwiste asy o wiele im łatwiej było wykonać jej zadanie.

Infiltracja.

A przecież nie mogła robić tego Geraldine w dniu jej szczęścia, choć podskórnie, w samym centrum mózgu czuła, że przyjaciółka wybornie zdaje sobie sprawę, że ich relacja wygląda zdecydowanie inaczej niż w szkole. Wciąż w głowie Moody wibrowało pytanie zadane lekko, przy piwie, przed kilkoma tygodniami: Po co ich ratowałaś? Nikt nie da Ci medalu”. Zupełnie szczere, takie od serca. Jak mogłabym nie? tak chyba brzmiała jej odpowiedź, ale brak zrozumienia w twarzy kogoś, kogo uważała za bliską sobie osobę, łamał jej serce.

A może to po prostu myśli spowodowane utrzymaniem trzeźwości w stanie nienaruszonym? Dziś na tym przyjęciu była dziewicza, jedynie zapach papierosów powoli przesłaniał wyszukane kadzidlane perfuma, które miały przykryć ten niemiły nałóg. Wykopciła na tym etapie już jedną paczkę, gdzieś na dnie magicznej kieszeni w równie magicznej sukni ciążyła kolejna. Obcasy, które dawno utonęły w błocie teraz były pantoflami z obcasami oderwanymi, jej blada twarz z każdą minutą stawała się coraz bardziej blada.

I tylko oczy pozostawałe złociste.

Osądzające.

Wściekłe.

- Chyba już ustaliliśmy, że jestem dla Ciebie Nikim. Nobody, bardzo przyjemny pseudonim artystyczny. - popiła umagicznioną lemoniadą, która przyjemnie kwasowością łaskotała jej wystający z pleców kręgosłup. Suknia miękczyła jej kościste ciało, pewnych rzeczy jednak nie trzeba było oglądać, by wiedzieć, że one tam są. Nawet teraz mówiąc patrzyła przez niego, na ludzi, na rzeszę, na tłum. Jak wiele osób zadałoby jej to pytanie? Po co? Jak wielu z bawiących się tutaj, dawało jej osmolone ręce pełne roboty tamtej nocy?

- Cóż, ja myślałam, że wyciągnęłam Cię z samego piekielnego środka publicznego linczu. Okazało się że był to jakiś inny czystokrwiste dupek, któremu zdecydowanie brakowało Twojej ikry Mulciber. Ciężko było w podziemiach tamtej nocy? Pewnie szlag Cię trafił, że wpuścili mugoli do atrium? - to nie było tak, że nie widziała gałązki oliwnej, którą położył między nimi. To nie było tak, że nie chciała jej zobaczyć. Wręcz przeciwnie, choć zastanawiała się co nim kierowało, gdy proponował zawieszenie broni. Czy gałązka była wyciągnięta z wianka tej ekscentrycznej panny z którą przybył na zabawę? A może wyhodowana w ciemni onyksowych ścian? Czego chcesz Mulciber myślała sobie, w końcu odwracając do niego szczupłą, pozbawioną obecnie uśmiechu twarz. Czujną. Dziką. Kruczą.

Co jest pragnieniem Twojego zjebanego serca?

Tak móc wejść w głowę i dostrzec co wprawiłoby go w ekstazę, w radość, w niepohamowaną ekscytację. Tak wejść w głowę i uchwycić w dłonie marzenie. Co by z nim zrobiła potem? Zdeptała je? Zadbała, by nigdy nie mógłby tego osiągnąć? A może połknęła z tłumioną w sobie żarłocznością, z chaosem który rządził jej duszą i rezonował tu i teraz, pośród chaosu Spalonej Nocy. Ślub… był zbyt uporządkowany. Zbyt gładki. Zbyt obcy. Alexander Mulciber był w tym piekiełku jedną z niewielu znajomych dusz. Wkurwiających jak jasna cholera, ale znajomych.
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie stale były niegdyś przyobleczone w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Teraz widnieje na nich tylko rodowy sygnet Mulciberów, który Alexander odziedziczył po ojcu. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#3
25.07.2026, 21:21  ✶  
"Pewnie szlag cię trafił, że wpuścili mugoli do atrium?", spytała. Gdybym chciał zobaczyć zwierzęta, poszedłbym do zoo, mógłby odpowiedzieć. Wymagałoby to jednak ideologicznego zaangażowania, a to już by go zwyczajnie znudziło, podobnie jak i dalszy bieg rozmowy, którą odpowiedź Alexandra niechybnie by sprowokowała.

Przewidział ją.

Obejrzał w głowie bez większego zainteresowania, a potem porzucił.

Oczywiście, mógł się spodziewać, że spotka Mildred na ulicach miasta opanowanego przez pożogę. Nie sądził jednak, aby przeznaczenie zechciało skrzyżować ścieżki, jakimi podążali, nie tamtej nocy przynajmniej. Zbyt wiele spotkało go tamtej nocy. Marnotrawstwem byłoby zresztą przelewać krew Trelawneyów, nawet jeżeli bezużyteczną była ta płynąca w żyłach Mildred, od lat bezskutecznie próbującej obudzić w sobie dar widzenia. Byłoby mu jej nawet żal, więcej czuł jednak pogardy, wiedząc, jak wielkimi były jej ambicje — jak rozpaczliwymi pragnienia. Zobaczył je wszystkie na dnie swojego kielicha. Wypił za nie, choć przydawały słodkiemu winu gorzki posmak. Ambicja była trucizną, szczególnie niebezpieczną dla widzących, którzy powinni wyzbyć się pociągu ku wielkości.
Być może to stanowiło przeszkodę między nimi. To, że ona zawsze chciała być kimś. To, że on wolał być nikim.


Alexander Mulciber nie był już dłużej nikim, być może nigdy nim nie był, nieważne jak mocno próbował. Był przecież synem swojego ojca, o czym przypominał mu sygnet noszony na dłoni. Był Mulciberem. Nie musiał do tego świata pasować, w przeciwieństwie do Mildred należał jednak do niego z racji urodzenia. Czy nie naturalnym było zasiąść dzisiaj u stołu z Helloise? Przywdziać elegancki frak, odsunąć kobiecie krzesło, poprosić do tańca?  Alexander przez lata próbował definiować siebie poprzez dystans wobec własnego rodu, wobec społeczeństwa i wobec oczekiwań, jakie nakładało na niego dumnie brzmiące nazwisko. Zaskakująco łatwym było odnaleźć się na powrót pod własnym imieniem. Alexander nie potrzebował już tłumu, w którym mogłby zgubić swoją tożsamość. Nie potrzebował także nikogo, kto by musiał mu ją potwierdzić. Mildred czuła się tutaj obca, a wszystko wokół zdawało się napełniać ją dyskomfortem. Czuła się obca, bo była obca. Ale Alexander był swój. Nawet jego dziwactwa i zdystansowanie nie powodowały, że był wykluczonym. Zarówno jego ekcentryzm, jak i niechęć, jaką żywił wobec ludzi, wpisywały się w pejzaż świata elit: nie dlatego, że jego aprobaty potrzebował, ale dlatego, że mógł pozostawać na jego peryferiach. Mógłby stracić reputację i majątek — mógłby stracić nawet nazwisko — a jednak wciąż pozostawał swoim.

Cholewki butów Alexandra były zabłocone podobnie jak buty Mildred, ale nawet w błocie nie byli sobie równymi.

Z przedziwnym spokojem przysłuchiwał się więc opowieści o nocy pomazanej sadzą i popiołem. O nocy spływającej krwią. Przyjął wyznanie kobiety tak, jak ostatnimi czasy zdawał się przyjmować niemal wszystko. Obojętnością. Zawsze był taki obojętny? Przez lata coraz więcej zdawało się ubywać z mężczyzny, niegdyś tak pełnego życia, pełnego pasji. A jednak gdy spotkali się w Windermere, tliła się w nim jeszcze wola walki, potrzeba przeciwstawienia się wyrokom losu, które przepowiadał. Arogancja jasnowidza, pragnącego wychodzić naprzeciw swym przepowiedniom. Teraz zdawał się tak po prostu odległym. Zawsze był odległy, woląc obserwować ludzi z dystansu, a jednak posiadał ludzkie odruchy. Na dnie jego oczu dostrzec można było więcej niż pustkę. Teraz wzrok jego przypominał pogorzelisko. Wygasły stos, na którym mugole tak bardzo lubili palić czarownice.

Czy powinien jej podziękować za uratowanie człowieka, w którego twarzy odnajdowała podobieństwo do jego własnej? Docenić bezinteresowność gestu? Alexander wiedział, jak umrze. Może dlatego słowa Mildred jawiły mu się jako coś rozczulającego w swej naiwności. Czym było dla niego życie człowieka, o którym mówiła? Niczym.
Jego własne życie było warte niewiele więcej w separacji od tego, kim był. A był wieszczem, wróżbitą, wszędzie widzącym znaki. Był prorokiem, który żył swoimi proroctwami. Był narzędziem w rękach przeznaczenia.
Był wszystkim, tylko nie człowiekiem.
Może człowiek, którego uratowała, był bardziej nim — może był bardziej Alexandrem Mulciberem, którego znała Mildred, aniżeli sam Alexander. Mildred szukała w tłumie kogoś znajomego, ale Alexander… W gruncie rzeczy zawsze był jej przecież obcym, prawda?

— Dlaczego myślisz, że cię nienawidzę? — spytał, zignorowawszy kompletnie niezręczne zaczepki Mildred. Nawet na nią przy tym nie spojrzał. Przysiadł na krześle, o które dotychczas opierał rękę, obróciwszy je tak, aby mieć widok na tańczących. Powiódł wzrokiem za korowodem, który porwał Helloise, tak jak wiatr porywa liście drzew. To, że przyszedł tutaj z nią, było z jego strony świadomym wyborem. Nie było wielu ludzi, przy których mógł być naprawdę sobą. A po co miałby dłużej udawać kogoś, kim nie był? Oboje potrzebowali przypomnieć sobie, że nic nie jest w stanie ich zmienić. W tym jednym różnili się z Helloise od liści na drzewach, które zmieniały barwy pod wpływem pór roku.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
roszpunka
when sister and brother stand shoulder to shoulder,
who stands a chance against us?
wiek
29
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
snowidz
zawód
Brygadzistka na chorobowym
Drobna (157cm), blada i czarnowłosa, o oczach złotych jak miód.

Millie Moody
#4
13.08.2026, 23:10  ✶  
Do tego aby przewidzieć ich rozmowę o rasizmie nie trzeba było nawet trzeciego oka, zdaje się że prowadzili ją kilka razy już wcześniej, podczas gdy ich ścieżki losu nieodmiennie przecinały się od czasów szkolnych. Podobnie jak wiele innych nitek konwersacji, które poszarpane leżały między nimi cichą purpurą wzajemnej niechęci i obsesji, obopólnej jednoznacznej niechęci, odrazy i czegoś, sekretnego składnika, który ich do siebie przyciągał, który sprawiał, że energetycznie samą myślą powracali do siebie, wbici w siebie jak sztylety aż do gardł.

Nieodmiennie.

Pytanie Alexandra wytrąciło ją z równowagi, zaskoczenie obmalowane na twarzy przyszło jej w sposób nader autentyczny i na moment Mulciber dokonał niemożliwego - Moody po prostu nie odpyskowała mu od razu i to nie dlatego, że obawiała się reakcji innych czyściuszków, czy w ogóle Geraldine, na to, że nieodpowiednie zachowanie mogłoby zakłócić tak idealną uroczystość.

Zaraz po zaskoczeniu przyszła jednak podejrzliwość, która rychło zalśniła w złotych oczach. Ciało mimowolnie napieło się, szukając w jego twarzy podstępu. Szukając fałszu, ale i motywacji do tego, by tak nagle i niespodziewanie przebierać się w owcze runo.

Oblizała wargi, niepomna na to, że jej przygarbione plecy wyglądały przyobleczone w kwiecistą suknię świadkowej doprawdy szalenie niekorzystnie.

Od czego zacząć? Długo by wymieniać, począwszy od nocy spędzonej wspólnie w skrzydle szpitalnym, gdy Alexander powiedział jej prawdę doprowadzając ją do łez wściekłości i bezsilności, której nawet nie mogła wykrzyczeć w poduszkę. A potem kręcił się, kluczył wokół ludzi, na których jej zależało. Jak Eden. Jak Rózia. Jak Morpheus. Jak pasożyt przyssany do ich skóry i wysysający słodką krew. Czy on widział ją lustrzanie w ten sam sposób? Zbyt wiele razy dał jej to odczuć.

Przez moment otarła się piórem kruczoczarnych włosów o myśl, że chciałby zakopać wojenne różdżki, że informacja o tym, że uratowała kogoś łudząco podobnego do niego tamtej nocy zmieniła jakoś magicznie jego serce. Zadrżała nim. Zawołała o opamiętanie. Czy jednak Alexander Mulciber posiadał serce?

Zagryzła policzek tak mocno, żeby poczuć krew na języku wciąż wiercąc w nim złocistymi oczami.

Tak bardzo chciała wiedzieć, czego pragnie – nawet jeśli los nie rozsądził jeszcze, czy po to aby po prostu wiedzieć, czy po to, aby móc to zniszczyć.

– A więc stało się, jest ktoś kogo nienawidzisz bardziej. – Odwróciła wzrok ku stołom i odpowiedziała mu w końcu. Zrobiła to po chwili milczenia, która zdawała się jej wiecznością, ale jej gorącokrwisty charakter zapewne potraktował tak raptem pół minuty. – Czy mam być zazdrosna Mulciber? Z kim Ci jest gorzej niż ze mną? Przyznaj się – próbowała mówić o tym lekko, a jednak była zazdrosna o jakąś popierdoloną hierarchię ważności, energii, którą mógłby poświęcać na nienawidzenie jej. Jakby nagle brak tej linii, tego impulsu, tej iskry miał oznaczać, że powinna okryć głowę żałobnym kirem i odchorować żałobnie tą sytuację. Palce zadrgały jej nerwowym tikiem, a Moody zdała sobie sprawę z tego, że wpatruje się w niemal dokończoną butelkę wina. Kilka łyków… czy cokolwiek by to zmieniło? Westchnęła ciężko.

Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie stale były niegdyś przyobleczone w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Teraz widnieje na nich tylko rodowy sygnet Mulciberów, który Alexander odziedziczył po ojcu. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#5
1 godzinę temu ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 1 godzinę temu przez Alexander Mulciber.)  
"A więc stało się, jest ktoś kogo nienawidzisz bardziej ode mnie."
Alexander przechylił lekko głowę, jak pies, który nie rozumie znaczenia wydanej mu komendy. Przez chwilę zastanawiał się, czy usłyszał właściwie pośród otaczającego ich zgiełku muzyki, obrócił się więc tak, aby jego zdrowe ucho skierowane było w stronę Mildred. Obrócił się tak, aby wreszcie móc na nią spojrzeć inaczej niż kątem oka. Czy tak samo spojrzał na nią lata temu, wtedy, gdy leżeli w skrzydle szpitalnym? Nie, zdecydował: wtedy szarpnął się na łóżku jak uczepiony na łańcuchu pies, który pragnie sięgnąć gardła. Rozdrażniła go wówczas; aroganckiego, wychowanego pod kloszem gówniarza, który zbyt często reagował agresją na zaczepki. A jednak zdążył trochę wydorośleć, nie rzucał się już bowiem, gdy ktoś żartobliwie zawołał za nim "Cygan". Nauczył się być dumnym ze swojego pochodzenia, nawet wtedy, gdy próbowano wykorzystywać je przeciwko niemu jako obelgę. Bardzo silnie przeżywał podówczas swoją fiksację na punkcie wszystkiego, co związane było z ogólnie pojętym cygaństwem… A więc i z wróżbiarstwem, bo te pojęcia były w jego głowie nierozdzielnymi. Jego matka była w końcu cygańską królewną po mieczu, a prorokinią po kądzieli: godność swą brała nie tylko z ojcowskiego nadania, ale i z daru, jaki płynął w żyłach kobiet jej rodu. Na matczynych kolanach Alexander uczył się wróżyć, prędzej zaznajamiając się z symbolicznym znaczeniem kart, niż z literami, które tworzyły ich podpisy. Wróżbiarstwo miał we krwi, ale wciąż, wróżbiarstwo było tylko narzędziem wspomagającym dar. Dar, który również miał we krwi. Czuł się przez to wyjątkowym, bo jak mógłby się takim nie czuć? Był tylko dzieckiem, a każde dziecko wierzy w swoją wyjątkowość, zwłaszcza, jeżeli jego rodzic pielęgnuje w nim tę wiarę: tak jak ojciec Mildred Moody ślepo wierzył w to, że córka wstąpi bohatersko w szeregi aurorów, tak ojciec Alexandra wierzył, że przepowiednie syna zapewnią mu miejsce w poczcie wielkich proroków. W jego przypadku oczekiwanie ojca nie było czymś, co należało przezwyciężyć, lecz czymś, co doskonale współgrało z jego własnymi pragnieniami.
Wróżbiarstwo nie zostało mu przedstawione jako dyscyplina magiczna. Nie było przedmiotem szkolnym, który należało zaliczyć na ocenę. Alexander nie traktował wróżbiarstwa jako narzędzia, które pozwalałoby mu wyróżnić się spośród innych czarodziejów: choć z czasem nauczył się wykorzystywać różne techniki dywinacyjne do budowania swojej reputacji jako wróżbity, początek jego fascynacji był znacznie bardziej intymnym. Wróżbiarstwo było bowiem częścią jego dzieciństwa, czymś tak naturalnym jak język. Było sposobem doświadczania świata. Alex zawsze zafascynowany był wróżbiarstwem, ale w końcu uczynił tę fascynację całą swoją osobowością. Uczynił nią jasnowidzenie.

A jednak wciąż byli tacy, którzy byli wobec tego wszystkiego sceptycznymi. Wciąż byli tacy, którzy mieli czelność udawać zaskoczonych, gdy wydarzało się coś, o czym wcześniej przestrzegał ich, że się wydarzy. Jeszcze bardziej irytowało go, gdy ludzie prosili go o radę, a potem wzruszali ramionami na jego wróżby, twierdząc, że "gdy już to wypowiedział na głos, wszystko wydawało się naprawdę łatwym do przewidzenia". Więc czemu tego nie przewidziałeś, miał ochotę warknąć, zwłaszcza wtedy, gdy mówił to ktoś daru widzenia pozbawiony. Dajmy na to, taka Mildred Moody: nie była jasnowidzką, a zawsze uważała, że wie lepiej. Miała nawet czelność udawać, że jest we wróżbiarstwie lepsza od niego, choć to był, być może, żart. Alexander nie rozumiał jej żartów. Nigdy nie starał się zrozumieć. Mildred była gwałtowna, wulgarna, i wyrażała się jak ktoś, kto nigdy w życiu nie przeczytał żadnej książki, uznał więc, że jest niewarta jakiejkolwiek uwagi. A jednak zabierała uwagę Eden, jednej z niewielu osób, z którą był w czasach szkolnych bliżej. Gadała o nim głupoty Ambrosii, w której był wtedy po szczenięcemu zakochany. Wredna, opryskliwa gówniara kręciła się cały czas w pobliżu, udając kogoś kim nie jest, a potem, gdy wylądowali wspólnie w skrzydle szpitalnym… Nagle, pośród zaczepek, pojawiła się nić porozumienia, tak jak teraz. To uczucie, kiedy ktoś próbuje się przy tobie otworzyć: znał je, umiał przecież wyczuć intencje, a jednak był tak samo zdziwiony, jak ona teraz.

Jej intencje nie były wtedy złymi, ale Alexander miał to gdzieś.

Gdy słuchał jej przemyśleń na temat wróżbiarstwa, na temat jasnowidzenia, i dziedzictwa, które krążyło także w żyłach Trelawneyów, czuł tylko irytację. Z jakiej niby okazji ta nieokrzesana dziewucha, która zawsze robiła sobie z niego żarty, nagle miała tupet porównywać się do niego? Pytać o to, co czuje, gdy wróży? Bardzo rzadko odmawiał pomocy, gdy ktoś pytał go o coś w dobrej wierze, ale robił to, gdy miał poczucie, że jego własna wiedza wykorzystana zostanie przeciwko niemu. Alexander nie pamiętał już nawet, o czym mówiła wtedy Mildred, ale nie było to ważnym. Bo nagle było dokładnie tak jak tłumaczyła mu matka. Było tak, jak przestrzegali go członkowie jej rodziny, których odwiedzał w wakacje: byli i jego rodziną, bo mówili tym samym językiem, bo łączyły ich więzy krwi i tradycji. Wszyscy chcą widzieć, powtarzali, pilnuj swoich oczu, bo nawet to gotowi są zabrać. Wszyscy chcieli widzieć, bo wszyscy chcieli wiedzieć, ale gdy wiedza była im objawiana, traktowali widzących z pogardą. Chcieli wiedzieć, ale nie chcieli uznać autorytetu tych, którzy widzą. Romowie przez wieki znosić musieli represje z tego tytułu. Wszyscy chcieli czerpać korzyść z daru, który tak często objawiał się pośród ich rodzin, bez ciężaru historii, jaka za nim stała. Mówili, że pochodzenie czarodzieja nie może przesądzać o tym, czy będzie wolny, czy nie. A jednak o Romach przesądzało. Tajniki kartomancji znali już azjatyccy szamani, a tarot był jedynie europejską adaptacją praktyk starszych od adaptujących go kultur. A jednak to przodków Alexandra prześladowano za wróżenie z kart, chociaż znad doliny Indusu przywiedli własne praktyki magiczne, starsze od tarota wymyślonego na włoskich dworach. Coś, co w rękach innych stanowiło rozrywkę, w rękach Cyganów stawało się kolejnym powodem do ich dyskryminacji. Uznawano ich za prymitywnych, bo nie chcieli asymilować się z lokalnymi kulturami czarodziejskimi. Niszczono ich odrębność, a jednak nawoływano do alienacji. Jego własna praprababka musiała uciekać z tego powodu z gór Andaluzji.
Wtedy Alexander dopiero zaczynał rozumieć, że to, co spotyka jego samego, nie jest odosobnionym przypadkiem, lecz częścią znacznie dłuższej historii uprzedzeń wobec Romów. Wszyscy chcieli wróżyć, ale gdy słyszeli jego wróżby, traktowali go jak dziwadło: Alexander wstydził się własnego wstydu, bo przecież do skrzydła szpitalnego trafił po tym, jak zemdlał po wygłoszeniu przepowiedni.
Ale zamiast być dumnym z zesłanej mu wizji, myślał o tym, jak żałośnie musiał wyglądać, gdy nagle ugięły się pod nim nogi. 
Wszyscy chcieli posiąść dar, dopóki nie poznawali ceny, jaką za dar trzeba było zapłacić. A Alexander płacił ją wciąż, i wciąż.
Jak Mildred mogła oczekiwać, że będzie traktował ją poważnie? To było tak, jak gdyby ktoś próbował wejść do jego domu, rozsiąść się przy stole i zachowywać tak, jakby znał wszystkie rodzinne zwyczaje, chociaż nigdy wcześniej nie przekroczył jego progu. Mildred Moody nie miała prawa do takiej poufałości. Nie dlatego, że nie była Cyganką. Nie dlatego, że interesowała się czymś, co było dla niego ważne, ale dlatego, że robiła to w sposób, który Alexander odbierał co najmniej jako lekceważący.

Chciał ją poniżyć, wtedy, w skrzydle szpitalnym. Chciał ją poniżyć, i to właśnie zrobił: okrutny, przemądrzały chłopiec, cieszył się, gdy czuł jej bezsilność; gdy widział łzy wściekłości płynące po dziewczęcych policzkach. Cieszył się, że pokazał jej wtedy, które z nich jest wróżbitą, które z nich jest jasnowidzem.
Które z nich jest nikim.
Tylko że to wszystko było niemal dwadzieścia lat temu, a chłopiec wydoroślał, i stał się mężczyzną. Wydoroślało także jego postrzeganie własnej tożsamości. Doświadczenie jasnowidzenia wciąż było dla niego zbyt osobistym, zbyt głęboko związanym z jego tożsamością, aby mógł bez oporów dzielić się nim z kimś pozbawionym daru. Nie czuł jednak już dłużej potrzeby karania nikogo za to, że sięga po karty, chociaż nie jest Romem. Prawdę mówiąc, nie czuł ku temu potrzeby nawet wtedy, gdy leżeli razem z Mildred w skrzydle szpitalnym. Niechęć jego istniała w oderwaniu od wzniosłych problemów ideologicznych, i była przerażająco małostkową. Alexander Mulciber nie lubił Mildred Moody nie z powodów wielkich, tylko z powodów bardzo małych, miałkich wręcz.
Nie lubił jej, bo nie miał żadnego powodu, żeby ją lubić.

"Czy mam być zazdrosna, Mulciber? Z kim ci jest gorzej niż ze mną?"
Alexander pokręcił powoli głową. Gdy teraz na nią patrzył, nasunął mu się nagle na myśl Louvain. On także przypominał szczekliwe szczenię, który skacze dookoła, natrętnie domagając się uwagi. Gotów był napsocić, pogryźć jego rzeczy, byleby tę uwagę dostać: psiak zostawił ślady zębów na Ambrosii, suczka zabrudziła jego karty na weselu. Ale najgorsze było to wieczne skomlenie: dlaczego wciąż na mnie nie patrzysz?
— Daj spokój, Mildred. — Jego milczenie trwało zdecydowanie dłużej niż pół minuty. Przeciągnął je niekomfortowo tylko dlatego, że mógł to zrobić, a potem zamrugał nagle, zerwawszy kontakt wzrokowy. Nie słychać było żadnej afektacji w jego głosie. Być może Mildred sądziła, że za jego słowami musi stać jakaś wzniosła przemiana natury duchowej, aby były szczerymi. Nie wątpił w to, że wciąż widziała w sobie wielce pokrzywdzoną ofiarę jego chłopięcego okrucieństwa.
Dorośnij, miał jej ochotę powiedzieć.
Zamiast tego podniósł się z krzesła, na którym przysiadł, starannie odsuwając się od stojącej obok kobiety.
— Gdybyś choć trochę dorosła, poprosiłbym cię do tańca, ale… — zaczął po romsku, po to tylko, żeby po chwili na powrót przejść na angielski. Nie zadbał o to, aby przetłumaczyć. — Nie potrzebuję plotek o trzecim rozwodzie w tym kwartale — dodał, już po angielsku.

Alexander Mulciber miał serce, ale nigdy nie biło ono dla Mildred Moody. Samo to, że kwestionowała jego obecność w piersi mężczyzny, więcej mówiło o niej, niż o nim. Czego pragnęło jego serce? Czego pragnął Alexander Mulciber?
Spokoju.
Brał kiedyś heroinę, żeby zyskać jego namiastkę. Sypiał z kobietami, bo sądził, że z kimś po drugiej stronie łóżka łatwiej będzie mu przespać spokojnie noc. Nie było łatwiej. Zwrócił się w stronę bezmyślnej przemocy, ale okrucieństwa, jakich się dopuszczał, nie przyniosły oczekiwanej desensytyzacji. Długo chciał więc tak po prostu umrzeć, wierząc, że właśnie w ten sposób spokój uda mu się odnaleźć. Dzisiaj… Nie potrzebował już tego wszystkiego, tak samo jak nie potrzebował upokarzać Mildred, żeby poczuć się pewniej we własnej skórze. Nie chciał nawet patrzeć, jak sama się upokarza.
Dzisiaj chciał po prostu popatrzeć na ludzi tańczących na weselu.

Skinął lekko głową w stronę kobiety, zanim oddalił się, aby dołączyć do reszty weselników.

Postać opuszcza sesję


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: Robert Albert Crouch, 2 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (2830), Millie Moody (1026)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa