03.05.2023, 11:19 ✶
Mimo ogólnego, marcowego zabiegania, związanego z niedawnym balem, a także sprawami służbowymi i zakonnymi, Brenna trzymała się uparcie jednej zasady: o znajomych, bliższych i dalszych, należy dbać.
Bycie czarodziejką i możliwość teleportacji, wydatnie to ułatwiały. Brenna bardzo współczuła mugolom, którzy zażyłe kontakty mogli bez problemów utrzymywać głównie z sąsiadami. Ona z kolei, mając godzinę czy dwie wolnego, mogła aportować się w pobliżu domu znajomych nawet na drugim końcu kraju.
Tak też zrobiła tego popołudnia. Już jakiś czas nie widziała Philomeny, i uznała, że najwyższa pora sprawdzić, co u niej słychać. Po ukończeniu Hogwartu mogła w końcu czuć się wciąż trochę zagubiona, zwłaszcza, że z tego, co Longbottom wiedziała, wciąż nie podjęła decyzji, co do tego, jakie zatrudnienie podjąć. A ojciec pewnie stanowił dla niej marne wsparcie.
Brenna stawiła się przed drzwiami panny Winchester w wydaniu, które doskonale znali jej przyjaciele i rodzina: czyli odziana w mugolskie ubranie, mianowicie w wysłużone dżinsy, rozdarte na kolanie i nieco spraną, grubą, czerwoną bluzę (mały ukłon do najlepszych, gryfońskich tradycji). Krótkie włosy miała rozczochrane przez wiatr, a w dłoniach trzymała bardzo duże, tekturowe pudełko. Wyglądała raczej jak mugolka i to taka z niekoniecznie dobrego domu niż dziedziczka dwóch spośród najbardziej znanych i najbogatszych rodzin czarodziejskich w Wielkiej Brytanii.
Zapukała energicznie w drzwi, raz, a potem drugi (w tym czasie pudło trzymając jedną ręką), a kiedy te się otworzyły, posłała Philomeny szeroki uśmiech.
- Cześć, Phil! Nie uwierzysz, co mi się przydarzyło - zaczęła swoją zwykłą paplaninę. Brenna naprawdę rzadko mówiła jedno zdanie, jeżeli mogła powiedzieć trzy. Ograniczenie gadatliwości zdarzało się jej głównie w poważnych sprawach albo w pracy, kiedy przyszło jej kogoś przesłuchiwać czy przedstawiać szczegóły śledztwa. - Weszłam do klubokawiarni i zostałam zaatakowana, dosłownie zaatakowana, przez całe stado pączków. Wszystkie krzyczały "weź mnie, weź mnie", więc nie mogłam im odmówić, ale w konsekwencji...
Tu Brenna uniosła lekko wieko pojemniczka, ukazując siedem pączków, ułożonych w środku. Dwa były pokryte gęstą warstwą lukru, dwa cukrem pudrem, dwa polano gęstą czekoladą, a na siódmym znajdowała się kolorowa posypka.
- …zjadłam dwa, dziesięć zostawiłam domownikom, ale ciągle mam siedem pączków. Pomyślałam, że może pomożesz mi się z nimi uporać, bo to przecież absolutna zbrodnia pozwolić takim pączkom wyschnąć. Mam malinowy, i z czekoladą, i z orzechami, i z budyniem, i z dżemem, i dwa nie jestem pewna jakie, ale na pewno są bardzo dobre – zapewniła, po czym wreszcie zrobiła przerwę na zaczerpnięcie oddechu. I pozwolenie Winchesterównie na dojście do słowa po tym, jak całą swoją opowieść wygłosiła z prędkością karabinu maszynowego.
Bycie czarodziejką i możliwość teleportacji, wydatnie to ułatwiały. Brenna bardzo współczuła mugolom, którzy zażyłe kontakty mogli bez problemów utrzymywać głównie z sąsiadami. Ona z kolei, mając godzinę czy dwie wolnego, mogła aportować się w pobliżu domu znajomych nawet na drugim końcu kraju.
Tak też zrobiła tego popołudnia. Już jakiś czas nie widziała Philomeny, i uznała, że najwyższa pora sprawdzić, co u niej słychać. Po ukończeniu Hogwartu mogła w końcu czuć się wciąż trochę zagubiona, zwłaszcza, że z tego, co Longbottom wiedziała, wciąż nie podjęła decyzji, co do tego, jakie zatrudnienie podjąć. A ojciec pewnie stanowił dla niej marne wsparcie.
Brenna stawiła się przed drzwiami panny Winchester w wydaniu, które doskonale znali jej przyjaciele i rodzina: czyli odziana w mugolskie ubranie, mianowicie w wysłużone dżinsy, rozdarte na kolanie i nieco spraną, grubą, czerwoną bluzę (mały ukłon do najlepszych, gryfońskich tradycji). Krótkie włosy miała rozczochrane przez wiatr, a w dłoniach trzymała bardzo duże, tekturowe pudełko. Wyglądała raczej jak mugolka i to taka z niekoniecznie dobrego domu niż dziedziczka dwóch spośród najbardziej znanych i najbogatszych rodzin czarodziejskich w Wielkiej Brytanii.
Zapukała energicznie w drzwi, raz, a potem drugi (w tym czasie pudło trzymając jedną ręką), a kiedy te się otworzyły, posłała Philomeny szeroki uśmiech.
- Cześć, Phil! Nie uwierzysz, co mi się przydarzyło - zaczęła swoją zwykłą paplaninę. Brenna naprawdę rzadko mówiła jedno zdanie, jeżeli mogła powiedzieć trzy. Ograniczenie gadatliwości zdarzało się jej głównie w poważnych sprawach albo w pracy, kiedy przyszło jej kogoś przesłuchiwać czy przedstawiać szczegóły śledztwa. - Weszłam do klubokawiarni i zostałam zaatakowana, dosłownie zaatakowana, przez całe stado pączków. Wszystkie krzyczały "weź mnie, weź mnie", więc nie mogłam im odmówić, ale w konsekwencji...
Tu Brenna uniosła lekko wieko pojemniczka, ukazując siedem pączków, ułożonych w środku. Dwa były pokryte gęstą warstwą lukru, dwa cukrem pudrem, dwa polano gęstą czekoladą, a na siódmym znajdowała się kolorowa posypka.
- …zjadłam dwa, dziesięć zostawiłam domownikom, ale ciągle mam siedem pączków. Pomyślałam, że może pomożesz mi się z nimi uporać, bo to przecież absolutna zbrodnia pozwolić takim pączkom wyschnąć. Mam malinowy, i z czekoladą, i z orzechami, i z budyniem, i z dżemem, i dwa nie jestem pewna jakie, ale na pewno są bardzo dobre – zapewniła, po czym wreszcie zrobiła przerwę na zaczerpnięcie oddechu. I pozwolenie Winchesterównie na dojście do słowa po tym, jak całą swoją opowieść wygłosiła z prędkością karabinu maszynowego.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.