Anioły ciągnęły za swoimi plecami niebiańskie skrzydła, a mężczyzna o włosach tak jasnych, że wpadały wręcz w platynę, ciągnął za sobą biały materiał szaty. Stąpał boso bo po czerwonym, miękkim dywanie rozchodzącym się do poszczególnych pokoi dla osób, które mogły sobie pozwolić na wkupienie się w łaski właściciela tego przybytku. Rose Noire nie było miejscem, gdzie wstęp miał każdy. I nie było miejscem grzecznych uciech. Młode kobiety i mężczyźni przeplatali się tu w skąpych strojach chodząc po tym czerwonym dywanie i brylując między bordową tapetą o wytłoczonych, ciemniejszych wzorach róż pnących się między liśćmi do sufitu. Całość podkreślona złotem, czernią i hebanem mebli nie wpuszczała tutaj nawet jednego promienia dnia codziennego. Nie było tu okien. Mimo to wcale nie było duszno, a powietrze nie było przesiąknięte wonią wina i seksu. Pachniało kadzidłem. A dla Nocholasa - sosnowym kadzidłem rozpalonym w pomieszczeniu. Sporo osób w głównym pomieszczeniu nosiło maski na swoich twarzach - by nie zostać rozpoznanym. By osoby, które tutaj przyjdą nie zapamiętały ich twarzy, nie próbowały wbić szpili dalej. Tak obrzydliwe bogactwo złota, eleganckie garnitury i piękne, bogate suknie kobiet wirowały w słodkim flircie i bardziej czy mniej odważnych dotykach. Dante, bo tak nazywali właściciela przybytku, oferował tu niemal wszystkie lubieżne doznania, których próżno było szukać w świecie otwartym dla tych wszystkich rozpieszczonych i ogarniętych niemocą szarości szlachciców, którzy pragnęli czegoś więcej. Poczuć coś więcej poza nudnym seksem ze swoją żoną, której nawet nie kochali. Przyjemność w ramionach osoby tej samej płci, starszej, młodszej, przyjemność... tą całkowicie zbereźną, tą całkowicie zboczoną.
Rose Noire oferowała coś jeszcze. Miała w sobie perełkę, której Dante ze swoich rąk nie chciał wypuścić, kiedy raz w nie wpadła. Pośród tych wyuzdanych przyjemności stąpał anioł.
Biel jego ubrania i jedwab bladej skóry kontrastowały z tym miejscem jak róża wystawiona na zrujnowaną ulicę starych kamieniczek, gdzie smród szczyn tylko odrobinę ustępował smrodowi fajek. Ta róża, przybrana jedynie w cienkie spodnie i długą szatę nie zawiązaną, odsłaniającą jego chude ciało, spoglądała na świat niezwykłymi oczami - morzem zaklętym w kryształowych oczach jak szklane oczka misia, który zaraz zostanie odstawiony na półkę. Jak laleczka z saskiej porcelany, którą można strącić jednym ruchem z parapetu i rozbić ją na amen. Stawiał ostrożne kroki po dywanie, prowadzony przez odzianego w garnitur mężczyznę, który trzymał do za ramię, jakby bez tego ciągnięcia anioł nie był w stanie się przesunąć. Bo jeśli ciągnął skrzydła po ziemi za plecami to czy nie było to oczywiste? Były złamane. I przecież o to chodziło. Ze złamanym skrzydłem nawet ptak nie był w stanie z powrotem wzbić się w powietrze.
Drzwi się otworzyły i Laurent niby wszedł, a niby został popchnięty do pomieszczenia. Obejrzał się nieco nieprzytomnie za siebie, zanim morskie oczy skierowały na siedzącego tutaj blondyna. Syrena. Dla kogoś z krwią Nicholasa było to jasne jak słońce. Selkie, która być może zgubiła się w drodze do domu, a może jak to te stworzenia miały w zwyczaju - zakochała się tak okrutnie, że nie mogła już wrócić do morza. I może w końcu ta tęsknota za domem ją zabije. Jak w każdej smutnej historii. Ale to nie śmierć pojawiła się na twarzy Laurenta a uśmiech. Ciepły, szczery uśmiech, jak skradziony z nieba promyk słońca, który muskał skórę. Niewinność nie powinna być wpisana w to miejsce, ale gdyby nie to lekko nieprzytomne spojrzenie podsycone pragnieniem doskonale to jedno słowo opisywałoby stojącego teraz w tym pokoju selkie.
- Dzień dobry. - Przywitał się dźwięcznym, ciepłym głosem, robiąc kilka kroków w kierunku Nicholasa. - Nicholas, zgadza się? Możesz mi mówić Lukrecja. - Przedstawił się, lekko rozkładając ręce na boki, dotykając palcami rąbków aksamitnego, białego rękawa materiału okrywającego jego ciało.