• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 6 7 8 9 10 … 16 Dalej »
[Tydzień po walentynkach 1972; Murtagh & Alex; Dolina Godryka]

[Tydzień po walentynkach 1972; Murtagh & Alex; Dolina Godryka]
Danger in disguise
"Death is a release; not punishment."
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki (182 cm), szczupły, brodaty szatyn. Zwykle ubiera się w czarne garnitury z dobranym golfem lub koszulą z krawatem. Na dłoniach często nosi skórzane rękawiczki, ukrywając swoją chorobę. Jego oczy są głęboko osadzone i bardzo jasne, wręcz srebrzyste. Na dłoniach nosi sygnety, zaś na ramiona zwykle narzuca czarodziejską szatę w odcieniach czerni i zieleni. Posiada spinki do mankietów ze swoją ulubioną drużyną Quidditcha - Goblinami z Grodziska.

Murtagh Macmillan
#1
17.12.2023, 01:44  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.01.2025, 23:50 przez Baba Jaga.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Alexander Mulciber - osiągnięcie Piszę, więc jestem

Murtagh i Alex nie mieli ostatnio czasu, żeby się spotykać. Pochłaniały ich obu praca i zadania "poza pracą", w któe obaj się angażowali. W przypadku Murtagha było to prowadzenie klubu, które wymagało więcej jego uwagi niż przypuszczał, zaś w przypadku Alexandra... No cóż, on zawsze coś miał, nawet jeśli to było zniknięcie bez śladu na miesiąc by potem opowiadać o najzajebistszym tripie życia. Macmillanowi to nie przeszkadzało, bo wiedział, że nie są już w szkole i niemożliwym było aby spotykali się co tydzień niczym papużki nierozłączki. Mimo to, jakkolwiek daleko by się od siebie nie znajdowali, zawsze wiedział że Mulciber gdzieś tam jest i czasem wracał do niego myślami albo wymieniał się korespondencją. Wcale nie zdziwiło go więc nadejście listu od przyjaciela, ale już jego treść nieco go zaniepokoiła. Alexander chciał mu przekazać coś ważnego i w tym celu chciał się spotkać osobiście i pytał czy mogą się spotkać w jego "kawalerskim" mieszkaniu. Jeszcze kilka miesięcy temu, w 1971 Murtagh odparłby że jasne i że może wpadać z wieczora. Teraz na myśl o tym, że miałby rozmawiać sobie jak gdyby nigdy nic z Alexem w miejscu gdzie niewiele wcześniej jego kobieta i on... Nie, Macmillan zdecydowanie nie był na to gotowy. Nie ufałby samemu sobie, że będzie w stanie udawać, że nic się nie stało. Odpisał więc, że oczywiście zaprasza Alexa do siebie, ale chętnie ugości go w Domu w Dolinie Godryka, gdzie obecnie więcej przebywa. Dodał coś o tym, że "chyba się starzeje" i uznał, że nie brzmi to przesadnie podejrzanie.

Zwracam się z podaniem o uznanie Bagner & Robins, oraz Bagnersson za jeden byt w kontekście podatkowym....Siedział w biurze, przeglądając papiery zabrane z Ministerstwa do domu, dotyczące połączenia dwóch biznesów i zasad fuzji. Często kończył pracę w domu, nie tylko dlatego, że dawało mu to dodatkowy czas, ale też dlatego, że bardzo chciał dobrze wypadać a nie zawsze był w stanie dawać z siebie sto procent w trakcie zmiany. Zwracam się z podaniem o uznanie Bagner & Robins, oraz Bagnersson za jeden byt w kontekście podatkowym....
Czego jednak mógł chcieć przyjaciel? Co mógł mu oznajmić? Murtagh miał na ten temat bardzo złe poczucia i czuł już zacieśniający się węzeł w żołądku. Gdyby rozstał się z Lorrettą, raczej jego list brzmiałby inaczej, nie miałby tak wesołego podźwięku.

Zwracam się z podaniem o uznanie Bagner & Robins, oraz Bagnersson za jeden byt w kontekście podatkowym....
A może chodziło o coś zupełnie innego? Może Mulciber miał po prostu wizję z nim związaną i chciał mu przekazać te informacje osobiście? Może miało go spotkać coś miłego i wspaniałego, w zamian za te wszystkie trudności z którymi ostatnio się mierzył? Bo gdyby ta wizja dotyczyła czego innego, to i wydźwięk listu byłby zupełnie inny. Zwracam się z podaniem o uznanie Bagner & Robins, oraz Bagnersson za jeden byt w kontekście podatkowym....
Złapał się jednak na tym, że po raz piąty czyta to samo zdanie i ze złością zamknął teczkę i odrzucił ją na stos innych. Wstał od biurka, podszedł do łóżka, usiadł na nim i znów wstał. W końcu jego kroki skierowały się do salonu, gdzie sięgnął do barku i jego jedynej zaufanej powierniczki i przyjaciółki - whiskey. Jej lekki cynamonowy posmak rozgrzał go od środka i na jakiś czas przyciszył złe myśli. Nie było co tego roztrząsać, dowie się wszystkiego kiedy Alex mu o tym powie. Bez względu na wszystko tamta noc była tylko snem i takim miała pozostać. Na dnie jego duszy, wraz z sumieniem i poczuciem winy, dusząc je i zagłuszając ich krzyki.



“I know love and lust don't always keep the same company.”
― Stephenie Meyer, Twilight  Murtagh Macmillan, Secrets of London
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#2
02.01.2024, 14:48  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.03.2024, 17:19 przez Alexander Mulciber.)  
Po tym liście do Murtagha

Życie wreszcie zaczęło wydawać się prostsze. Gdyby wcześniej wiedział, że jego serce zdolne jest do takiej miłości - tak, nazywał to miłością, wprost, bez żadnych ozdobników i wątpliwości, tak jak ją nazywał wprost swoją żoną - być może inaczej ułożyłby swoje życie. Nie potrafił powściągnąć wrażenia czystego, niefiltrowanego szczęścia buzującego w żyłach, tak jakby upił się jednym tylko uśmiechem Loretty, kiedy obudził się dziś rano obok niej, choć przecież dzisiejszy dzień niczym nie różnił się od kilku poprzednich. Jedyna różnica była taka, że budził się, widząc obrączkę na jej palcu.

Ślub zmienił wszystko, i nie zmienił niczego.

Mówił jej, że niczego by w nich nie zmienił... Ale może te wszystkie lata, kiedy razem z Lorrie eskalowali tę swoją chorą spiralę słodkiej przemocy nie były im potrzebne, gdyby nie byli tak dumni - gdyby wcześniej przyznali przed sobą, że są sobie pisani, że byli pyłem z tej samej upadłej gwiazdy, że z nikim innym nie wyobrażają sobie przeżyć reszty tego życia...

Może to był tylko inny rodzaj uzależnienia, może zbuntowane neuroprzekaźniki w jego chorej głowie, która rozumiała miłość tylko gdy ta nosiła znamiona obsesji, gdy miała postać fizycznej zależności, uznały, że Loretta była po prostu nowym narkotykiem. Z nałogu nigdy się nie wychodzi, był na tyle samoświadomy, by to wiedzieć i akceptować, ale teraz...
Teraz był po prostu pijany szczęściem, pijany miłością, i pijany wizją ich pięknej przyszłości, razem.

W tej ekstazie uświadomił sobie, że ten świat nie może być takim złym miejscem, jak zawsze mu się wydawało; że tkwiąca w nim nienawiść i smutek to był po prostu błąd percepcji; może to ciężar tej rodzinnej klątwy tak przygniatał jego barki, że nie potrafił podnieść głowy i zobaczyć tego piękna dookoła; może był zwyczajnie ograniczony, zbyt zapatrzony w widma z Limbo, nie w żywych ludzi, i dopiero Loretta pozwoliła mu dostąpić na powrót tego dziwnego ciepła w sercu, jakby była to wiedza tajemna: w każdym razie, czuł teraz naprawdę zajebistą potrzebę podzielenia się nowym towarem całą tą miłością do świata, a z kim, jak nie ze swoim najlepszym przyjacielem w pierwszej kolejności?

Ile lat się już znali? Ponad dwadzieścia, uświadomił sobie Alex, aportując się przed domem Murtagha w Dolinie Godryka, z nawet zgrabnie zapakowanym prezentem pod pachą, i uśmiechem czającym się na dnie zwykle zimnych oczu.
Poznali się w pociągu do Hogwartu, w ciągu tej pierwszej podróży zdążyli się pokłócić, prawie że pobić, i zostać najlepszymi przyjaciółmi na śmierć i życie, nieodwołalnie, bez względu na najpierw podziały domowe i różnicę wieku (rok co prawda, ale to dużo, kiedy jest się w szkole), a potem skomplikowane perypetie życiowe, problemy rodzinne, dalekie podróże... Przez te wszystkie lata dalej Macmillan pozostawał w życiu Mulcibera pewnym constans: a choć mieli przed sobą wiele tajemnic, a spotykali się ostatnio sporadycznie - Axel miał na głowie jeszcze grudniowe zawirowania rodzinne, pogrzeb ojca, całą tę "zimną wojnę" z bratem, pracę w departamencie tajemnic, zajmującą cały jego czas wolny, no i problemy natury miłosnej, z Lorettą, które teraz jednak odeszły w niepamięć, miał nadzieję, że na zawsze - to nigdy im nie przeszkadzało, bo oboje dawali sobie czas na przepracowanie tych kwestii w komfortowym milczeniu, bez spiny o to, że ten drugi się pogniewa, albo odmówi rozmowy.

- Nie starzejesz się, po prostu za dużo czasu spędzasz za biurkiem przy liczydle, a za mało w łóżku w objęciach tych swoich panienek, po jaką cholerę niby je masz, skoro chodzisz zestresowany i nie możesz spać - podsumował Alex, klepiąc Mortka po plecach, kiedy ten podniósł się go przywitać. - Jestem trochę później, wiem. Ale szukałem tego. - rzucił paczuszkę z prezentem obok stosu dokumentów, nad którymi ślęczał Macmillan. Uśmiechnął się przy tym znacząco - tak, jakby skromne opakowanie zawierało sekrety z otchłani departamentu tajemnic, a nie zaklęty łapacz snów, który zdobył jakoś jeszcze w styczniu z myślą o Murtaghu - jak zawsze, kiedy zaskakiwał go totalnie z dupy jakimś przebłyskiem przyszłości typu "pojutrze zdechnie minister magii, w sumie, nigdy skurwysyna nie lubiłem".

Ale mieli rozmawiać, tak? Alex oparł się o parapet okienny, bliżej biurka, przy którym wcześniej pracował przyjaciel, i wziął głęboki oddech.

- Przestaję brać - rzucił nagle. czując, jak z jego piersi ulatnia się kolejny ciężar. - Na dobre. Dopóki się nie wyzeruję.
Powiedział zatwardziały ćpun - a jednak, nigdy wcześniej nie mówił Macmillanowi, że rzuca to na amen - jego okresy względnej trzeźwości nigdy nie zakładały, że pozostanie kompletnie czysty, a miały jedynie na celu uzyskanie względnej stabilizacji i powrót do uregulowanego rytmu i dawek substancji, którymi aktualnie najbardziej lubił się truć ze swoją siostrą zostawiam to, pozdrawiam haha szwagierką, Dianą. To było więc coś nowego...
Ale musiał to zrobić. Dla Loretty, pomyślał czule.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Danger in disguise
"Death is a release; not punishment."
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki (182 cm), szczupły, brodaty szatyn. Zwykle ubiera się w czarne garnitury z dobranym golfem lub koszulą z krawatem. Na dłoniach często nosi skórzane rękawiczki, ukrywając swoją chorobę. Jego oczy są głęboko osadzone i bardzo jasne, wręcz srebrzyste. Na dłoniach nosi sygnety, zaś na ramiona zwykle narzuca czarodziejską szatę w odcieniach czerni i zieleni. Posiada spinki do mankietów ze swoją ulubioną drużyną Quidditcha - Goblinami z Grodziska.

Murtagh Macmillan
#3
03.01.2024, 12:49  ✶  

Tak, to było typowe dla Mulcibera. Wchodził w jego życie i do jego domu, nie przejmując się cześć ani dzień dobry, nie czekając nawet aż Murtagh podejdzie do drzwi, żeby go wpuścić do środka. Był irytująco bezpośredni i trudny w zniesieniu, jeśli się nie rozumiało istoty jego osoby. Macmillan jednak znał go na tyle długo, że gdyby przyjaciel zaczekał przed drzwiami, to prawdopodobnie od razu zaprowadziłby go do łóżka i kazał się czegoś napić albo podsunął mu działkę, rozpoznając objawy syndromu odstawiennego.

Po jaką cholerę miał panienki? Sam nie wiedział. To nie było tak, że nie sypiał z kobietami. Miał swoje potrzeby i nie wahał się ich zaspokajać. Ale od Sylwestra to już jakoś nie było to samo. Robił to bardziej machinalnie i z przyzwyczajenia, może z wyjątkiem Sandie, która nadal była jego ulubienicą, chociaż nawet już dla niego nie pracowała. Ale przy niej wszystko było łatwe, a kiedy zamknął oczy mógł nawet wyobrażać sobie, że jest z Dianą. Poza nią każda kobieta z którą była była... Nijaka. Nie zamierzał jednak zwierzać się z tego Alexowi, bo ten jeszcze gotowy byłby się zainteresować jego nagłym brakiem zainteresowania panienkami.

- Wiesz, wbrew popularnemu przekonaniu, praca burdeltaty wcale nie polega na rżnięciu swoich panienek. Właściwie to polega na wszystkim, tylko nie na tym. - oznajmił, po czym spojrzał na rzuconą przez Mulcibera paczkę. Przez chwilę przyglądał jej się nieufnie. Nie przypominał sobie, żeby zbliżały się jego urodziny czy jakakolwiek inna okazja, która wymagałaby wręczenia prezentu. Z drugiej strony pamięć Mulcibera, podziurawiona przez alkohol, narkotyki i wizje, wcale nie była tak niezawodna jak on sam to utrzymywał. Może pomyliły mu się daty? A może po prostu miał jakąś wizję, w której ten prezent był istotny? Murtagh już dawno przestał kwestionować takie rzeczy kiedy szło o przyjaciela. Otworzył więc paczkę i wyjął z niej ładny, ozdobiony łapacz snów. Spojrzał na Mulcibera, jeszcze raz na podarek a potem z powrotem na niego.
- Eee, dzięki stary. - powiedział tylko, bo nie byli przecież piętnastolatkami, które zaczęłyby piszczeć i ekscytować się urodą prezentu. Chciał już coś jeszcze dodać, a wtedy Alexander zrzucił bombę.


Murtagh Macmillan nie brał nigdy narkotyków. No, może poza popalaniem trawki jeszcze jako nastolatek. Szybko jednak zrozumiał, że narkotyki odbierają kontrolę a nie ją dają - czego najlepszym przykładem był jego przyjaciel. Alexander dla odmiany brał często i dużo, utrzymując, że otwiera mu to trzecie oko czy coś takiego. Kilkukrotnie Macmillan próbował pomóc mu rzucić i kilkukrotnie to się nie udało bo sam zainteresowany... No właśnie, nie był tym wcale zainteresowany. Nawet jeśli na jakiś czas przestawał brać, to wiadomym było, że do tego wróci tak jak pewne było, że po dniu przychodzi noc. Sam Mulciber wydawał się dość pogodzony ze swoim losem ćpuna i Murtagh tak naprawdę nie spodziewał się, że to się kiedykolwiek zmieni. A tu proszę.

- Och, tak? To dobra wiadomość. - odpowiedział, próbując lekko maskować swój szok. Do niedawna bardzo cieszyłby się z tego, że przyjaciel w końcu postanowił wybrać trzeźwość. Do niedawna nie był gościem, który przeleciał mu dziewczynę. Choć może Loretta jednak go zostawiła i stąd to postanowienie? Cóż, byłoby to zbyt piękne by mógł o tym choćby marzyć, ale nie było nieprawdopodobne. - A mogę spytać, skąd takie postanowienie? - zapytał, starając się nie zabrzmieć na wścibskiego a tylko troszczącego się o dobro przyjaciela.



“I know love and lust don't always keep the same company.”
― Stephenie Meyer, Twilight  Murtagh Macmillan, Secrets of London
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#4
03.01.2024, 13:43  ✶  
- Burdeltatą? Jak to w ogóle brzmi. To już nazwij się, nie wiem, alfonsem, przynajmniej nie brzmisz jakbyś jebał małe dzieci. Decorum nie masz? - skrzywił się teatralnie z niesmakiem, kompletnie ignorując sens wypowiedzi Murtagha, tak samo jak przyjaciel zignorował meritum jego wcześniejszych słów: mianowicie, Macmillan wyglądał tak, jakby go coś dręczyło, co natychmiast wychwyciły mętne oczęta Mulcibera. Fakt, niespecjalnie przywiązywał wagę do większości ludzi na tym nędznym ziemskim padole (zwłaszcza, jeżeli nie posiadali oni trzeciego oka), i najlepiej zawsze czuł się we własnym towarzystwie - sam, choć przecież nie samotny - ale był też doskonale wyczulony na subtelne zmiany w zachowaniu tych, którzy byli mu bliscy. Czasami Mulciber potrafił być cholernie inteligentny jak na głupiego ćpuna, i był święcie przekonany, że to właśnie ćpanie pomogło mu rozwinąć jego inteligencję emocjonalną i nauczyć się manipulować ludźmi, ale trzeba też mu przyznać, że on zawsze był obserwatorem, stojącym nieco z boku, w odseparowaniu, i po prostu patrzył - tak samo jak inni ludzie, ale w przeciwieństwie do nich, Mulciber widział.

Jego dar jasnowidzenia był nie tyle dostrojony do częstotliwości, na jakich egzystowali jego bliscy; Axel - tak po prostu zwyczajnie; po ludzku - znał ich. Ciało Loretty znał jak niebo nad Yorkshire, jak konstelacje na letnim niebie. Zawsze wiedział, kiedy coś gryzło Dianę, bo pierwszy dostrzegał obietnicę piorunów w jej burzowych oczach. Rzucał znaczące spojrzenie Eden w tym samym momencie, w którym ona odwracała w jego stronę głowę. Wiedział, kiedy wziąć Rosie za rękę, by ukryć ich subtelne drżenie. No i wreszcie, znał Murtagha: sposób, w jaki zaciskał szczękę, kiedy coś go gniewało albo czuł się wytrącony z równowagi.

Teraz Macmillan wyglądał na... Hm. Nazywanie tych wszystkich skomplikowanych emocji szło mu już dużo gorzej. Wygląda na niespokojnego, zdecydował. Może zmęczonego. Ale nie był do końca zadowolony z tej analizy.

Axel wiedział też, że nie warto ciągnąć dalej tego tematu. Nie lubił gadać po próżnicy, nie lubił też sztucznego współczucia i nietrafionych rad. Nie chcesz rozmawiać? Nie ma sprawy, posiedzimy w milczeniu - tak to wyglądało z Mulciberem: bez zbędnych przeprosin, tłumaczeń, bez tej całej śmiesznej otoczki kurtuazji. Tak samo niedbale machnął ręką na podziękowanie Murtagha.

- Dziewczyna, u której to znalazłem, trochę przesadza z ozdóbkami, ale to nawet i lepiej. Te fantazyjne kształty i ochronne kamienie mają utrudnić koszmarom ucieczkę - rzucił, przyzwyczajony, że Murtagh był jednym z niewielu jego przyjaciół i znajomych niewtajemniczonych we wróżbiarskie przesądy. - Jak naładuje się już snami, każdy aurowidz, wchodząc do pokoju, dostanie niemal ataku padaczki, bo to cacko będzie świecić jak kula dyskotekowa - prychnął.

Nie pamiętał, kiedy ostatnio był całkowicie czysty. Ćpanie odkrył jako nastolatek, zafascynowany opisami doznań po psychodelikach, jakie odnalazł w książkach, nie tylko beletrystyce, ale i w naukowych opracowaniach badających wpływ narkotyków na percepcję i zdolności prekognicji; już wcześniej leciał jednak na eliksirach nasennych, eksperymentował na imprezach… Historia była długa i zawiła, i nikt, poza Dianą, nie znał wszystkich jego upadków. Tak, łatwiej mu było z Dianą u boku; oboje byli wysokofunkcjonującymi ćpunami z wieloletnim doświadczeniem, i chociaż wzajemnie niejednokrotnie pogarszali swój stan, bo rekreacyjnie branie razem czasem zbyt łatwo potrafiło przemienić się w narkotykowy ciąg - zwłaszcza u Alexa - zawsze wspierali się, bez względu na okoliczności. O Dianę dbał bardziej niż o siebie, sam bowiem nie wyobrażał sobie życia bez substancji... Aż do teraz. Nie chciał, by Loretta widziała go dalej upodlonym, jak wiele razy, kiedy była świadkiem jego symptomów odstawiennych. Idealną sytuacją było mieć i heroinę, i Lorettę - wtedy mógł nie wychodzić z łóżka, czuł się jak młody bóg, spoglądający na świat z wyżyn plateau przyjemności: raz, bo czuł chemiczne zaspokojenie, dwa, bo Loretta tak rozkosznie pod nim jęczała, i była doskonale szczęśliwa - ale wiedział już, że to jest niemożliwe, bo mając jedną, zawsze czuł, że z rąk wymyka się ta druga.
A on chciał być wierny swojej największej miłości.

- Chyba się starzeję - powtórzył tylko żartobliwie słowa Murtagha z listu, jakby to miała być wystarczająca odpowiedź.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Danger in disguise
"Death is a release; not punishment."
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki (182 cm), szczupły, brodaty szatyn. Zwykle ubiera się w czarne garnitury z dobranym golfem lub koszulą z krawatem. Na dłoniach często nosi skórzane rękawiczki, ukrywając swoją chorobę. Jego oczy są głęboko osadzone i bardzo jasne, wręcz srebrzyste. Na dłoniach nosi sygnety, zaś na ramiona zwykle narzuca czarodziejską szatę w odcieniach czerni i zieleni. Posiada spinki do mankietów ze swoją ulubioną drużyną Quidditcha - Goblinami z Grodziska.

Murtagh Macmillan
#5
07.01.2024, 18:16  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.01.2024, 18:16 przez Murtagh Macmillan.)  

Słysząc jego narzekanie na frazeologię i słownictwo, Murtagh pozostał poważny. Uniósł tylko jedną brew w lekkim zdziwieniu i wzruszył ramionami.
- Skąd wiesz, że nie jebię?- zapytał, drocząc się nieco z Alexem, bo przecież obaj wiedzieli, że wśród wszystkich osobliwych preferencji Macmillana - to nie było jedną z nich. Jemu w sumie wcale nie przeszkadzało określenie "burdeltaty", bo brzmiało bardziej łagodnie, sympatycznie i opiekuńczo. "Alfons" kojarzyło mu się tylko ze zmuszaniem dziewcząt do sprzedawania swojego ciała i liczeniem kasy. I chociaż było to dokładnie to czym parał się mężczyzna, to wcale nie czuł się fajnie, kiedy ktoś mu to wytykał. - Zresztą doprawdy, akurat ciebie nie posądzał bym o dbanie o decorum. - dodał, subtelnie sugerując, żeby Mulciber się z łaski swojej odpierniczył od jego języka a bardziej martwił swoimi własnymi ekscesami.

W spokoju wysłuchał instrukcji obsługi łapacza snów, bo też szczerze powiedziawszy były to dla niego nowe informacje. Wiedział o nich tyle, że "łapały sny", cokolwiek to miało znaczyć. I chociaż zapewne był obecny na lekcji Wróżbiarstwa w Hogwarcie na której to omawiali, to bardziej niż prawdopodobne było, że akurat wzdychał do Diany albo zwyczajnie był kompletnie niezainteresowany tematem. Szczerze powiedziawszy zapisał się na te zajęcia tylko i wyłącznie dlatego, że Mulciber też na nie chodził a ich domy miały te lekcje akurat łączone. Była to więc dla nich okazja do nadrobienia zaległości w plotkach i rozmowie - Mulciber zdawał egzaminy dzięki swojemu darowi, a Macmillan dzięki Mulciberowi.

Z lekkim zaskoczeniem stwierdził, że jeśli ozdóbka faktycznie będzie działała tak jak to sprzedawał przyjaciel, to może okazać się nawet dość przydatna. Murtagh ostatnimi czasy miewał sporo koszmarów, więc z pewnością zapełnienie łapacza nimi nie powinno nastręczać trudności. Z wdzięcznością pokiwał głową i powiesił ozdobę u wezgłowia łóżka. Niech spełnia swoją rolę.

Wytłumaczenie Alexa wcale go jednak nie uspokoiło. Wszyscy się starzeli, w każdej sekundzie swojego życia - od narodzin aż do śmierci. Był to naturalny proces, który nigdy do tej pory nie zaprzątał żadnemu z nich głowy. Coś więcej musiało się zmienić, skoro Mulciber powziął tak definitywne postanowienie o które nie pokusił się nigdy wcześniej.
- Dobra, na trzeźwo z tobą nie rozmawiam. - oznajmił i nie czekając na Alexa przeszedł z gabinetu do salonu, gdzie sięgnął do barku i nalał sobie burbonu. Spojrzał pytająco na przyjaciela i nalał również jemu, jeśli wyraził taką chęć. Dopiero kiedy wypił kilka łyków i opadł na kanapę, zabierając ze sobą butelkę i stawiając ją na stoliku kawowym - domyślał się, że na jednej dolewce się nie skończy - odezwał się znów do Alexa.
- Okay, a teraz powiesz mi co ci strzeliło do tego popierdolonego łba. Obaj wiemy, że jeśli naprawdę powodem jest to że "się starzejesz" to odpadniesz po tygodniu. Więc jeśli to ma się udać, to lepiej żebyś miał jakiś kurewsko dobry powód, który da ci siłę wyjść z tego gówna. - powiedział, patrząc mu w oczy poważnie. Jeśli Alexander naprawdę chciał z tego wyjść, to on będzie tuż przy nim przez cały czas odwyku i pomoże mu jak będzie mógł. Nawet jeśli trzeźwy Alex to dużo bardziej wkurwiający i błyskotliwy Alex. Nawet jeśli będzie to oznaczało, że będzie musiał się bardzo pilnować przy każdym spotkaniu z Lorettą. Kobiety przychodzą i odchodzą, a przyjaźń między nimi pozostanie czymś dla niego cennym do końca życia.



“I know love and lust don't always keep the same company.”
― Stephenie Meyer, Twilight  Murtagh Macmillan, Secrets of London
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#6
26.01.2024, 02:13  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.01.2024, 02:40 przez Alexander Mulciber.)  
– Bo wystarczy mi już jeden Eryk Rookwood niańczący nimfetki? – rzucił z teatralną emfazą w głosie, bynajmniej nie zgorszony, a raczej zadowolony, że Murtagh odpowiedział na jego oczywistą prowokację, bo przez ich słowne przepychanki, tak znajome, tak do bólu zwyczajne, przyjaciel wydał się jakby mniej spięty niż dotychczas. – Litości. – Alex pociągnął dyskusję dalej, a w jego oczach błysnęło wyzwanie. – Ja nie posądzałbym ciebie o znajomość takich skomplikowanych słów, a jednak, można się czasem miło zaskoczyć.

Mulciber, dojrzawszy wcześniej stosy dokumentów pokrywających biurko Macmillana, zrzucił ostatecznie zmęczenie przyjaciela na karb nawału pracy w Departamencie Skarbu, nie roztrząsając głębiej sytuacji. Sam miał natomiast wrażenie, że posada niewymownego nadała jego dosyć pustemu życiu wiele sensu – i choć nie przyznałby się do tego tak na głos, dopiero zatrudnienie w Departamencie Tajemnic pozwoliło mu stworzyć podwaliny egzystencji bardziej ustrukturyzowanej od dotychczasowej cryptic nepobaby prophet routine – nie spodziewał się, że tyle satysfakcji przyniesie mu stanowisko w Ministerstwie.
Dalej uważał, że pełnił funkcję – trzeba to powiedzieć – bardziej pracownika rządu, niż niezależnego naukowca, a przecież to poszukiwanie prawdy i zgłębianie tajemnic daru jasnowidzenia były głównymi motorami jego życia, nie zaś praca zarobkowa: zwłaszcza, że zawsze tak bardzo odżegnywał się od perspektywy uwiązania w jednym miejscu, w robocie typu nine to five…
A przynajmniej tak myślał. Kiedyś.

Przywykł mówić, że nie ma dla niego miejsca na tym świecie; że nie ma domu, którego ściany – w kontraście z otwartym nieboskłonem – nie byłyby więzieniem; że nie ma rodziny, ani kobiety, czekającej jego powrotu; że on sam jest nikim, znikąd. To wszystko były romantyczne ideały nastoletniego Mulcibera, który nade wszystko pragnął czuć się wolny – podążać tam, gdzie poniesie go wiatr albo kaprys przeznaczenia – i doświadczać: jak najwięcej, jak najintensywniej. Murtagh miał rację – Alexander był strasznym hipokrytą – ale nawet on, najbliższy z przyjaciół Mulcibera, nie był świadom, jak bardzo. Tak bardzo pragnął wolności, a przecież nieustannie powracał do rodowej posiadłości w Anglii, do mieszkania zapełnionego pamiątkami z podróży, do pojebanej rodziny – tej w Anglii, i tej cygańskiej, we Francji – i do przyjaciół, od dzieciaka tych samych. Tak bardzo pragnął wolności, że wzdychał przez pół życia do jednej kobiety – czasem wciąż zastanawiał się, czy Rosie pamięta, jak mówił jej, że chciałby się razem z nią zestarzeć, czy takie wyznania zagubiły się gdzieś pośród ich pościeli, ukryły w splotach gobelinów zdobiących ściany Ataraxii i uleciały z zapachem wspólnie odpalonych kadzideł, tak, że pamiętały o nich teraz już tylko bukiety niezapominajek, które jej wręczał jej jeszcze w szkole – a przez drugie pół – uganiał się za Lorettą, przecież tak kompletnie różną od Ambrosii, jak dzień od nocy; za Lorettą, której brązowe oczy przypominały mu kolorem heroinę, piegi – gwiezdne konstelacje, a fantazyjne obrazy – zmieniające się jak w kalejdoskopie fraktale nici powiązań igrających między ich ciałami, przechodząc od nienawiści po miłość po wszystko inne, poza obojętnością. Tak bardzo pragnął wolności, że się ożenił. Tak bardzo pragnął wolności, że bez namysłu folgował swoim uzależnieniom, oddając im kompletnie kontrolę nad własnym życiem.
Tak bardzo, kurwa, pragnął wolności, a nie był ani trochę wolny.

Uśmiechnął się tylko do Macmillana, kiedy ten stwierdził dramatycznie, że nie będzie z nim gadał na trzeźwo.

– Nie mogę używać twoich własnych wymówek? – teraz to Mulciber się droczył. Przyjął chętnie szklankę wypełnioną trunkiem, i rozsiadł się wygodnie na sofie naprzeciwko przyjaciela, zastanawiając się, jak ubrać targające nim dylematy we właściwe słowa.

– To, co czujesz, kiedy… – wypuścił gwałtownie powietrze, ale szybko pokręcił głową, nie chcąc, by natłok wspomnień o chemicznych doznaniach przerwał jego wywód. Wstał, i zaczął niespokojnie przechadzać się po pokoju z szklanką w ręku. – Zostawiłem heroinę po śmierci ojca. – Zdziwiło go własne wyznanie. Tak naprawdę porzucił swoją najulubieńszą kochankę jeszcze wcześniej, ale rzeczywiście, dopiero w dniu pogrzebu pozbył się zapasu, schowanego na czarną godzinę. – Z heroiną zawsze było najgorzej skończyć – dodał szybko, i skrzywił się nagle, zirytowany tym, że opowiada Murtaghowi jakieś bzdury, zamiast konkretnie powiedzieć, na czym stoi – zmarszczył brwi, próbując odegnać od siebie kolejną falę wspomnień, wciąż żywych w jego umyśle – heroinę odkrył po bolesnym rozstaniu z Rosie, i przez ostatnich siedem lat, wciąż uciekał w ramiona narkotyku, popadając w coraz gorszą zależność, bo każdy kolejny odwyk był gorszy i trudniejszy od poprzedniego. Musiał się pozbyć brązowego proszku, kiedy życie stało się nie do zniesienia, zaraz doszły te cholerne zaręczyny Loretty z Leandrem, koniec stażu, i milion innych problemów, a on nieustannie czuł pokusę. A jednak, jakimś cudem wytrwał.

Przystanął, w końcu zwracając płomienny wzrok na Macmillana. Mówienie przychodziło z trudem, bo wciąż zaciskał szczękę. Pociągnął łyk alkoholu, chcąc przepłukać czymś gardło, nienawykły do smaku szczerości.
– Kurwa, nie wiem, Murtagh – powiedział w końcu. – Obudziłem się w pewien kompletnie zwyczajny dzień i nagle zrozumiałem, że wciąż mam po co żyć. Że nie zdołam naprawić wszystkich moich błędów, i może nigdy nie będę mógł spać normalnie w nocy, i przez jakiś czas myślałem, że jestem gówno wart, że to życie... – że zepsułem wszystko, rozumiesz? – ale mam wciąż coś, czego mogę się chwycić. Mam, kurwa, przyszłość, wyobrażasz sobie? – Oczy Mulcibera błyszczały jakimś niezdrowym blaskiem, kiedy mówił dalej. – Mógłbym chodzić do miliona jasnowidzów, a żaden by mi tego nie powiedział, bo to przecież za proste. Ale to jest takie proste. Mam dalej rodzinę. Mam przyjaciół. Mam jebaną pracę. Mam żonę. – wreszcie pozwolił sobie odetchnąć. Wypuścił powietrze nosem, jakby chciał prychnąć śmiechem, chociaż wcale nie było mu przecież do śmiechu.

– Może to jest takie proste. Może po prostu znowu chcę się zestarzeć.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Danger in disguise
"Death is a release; not punishment."
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki (182 cm), szczupły, brodaty szatyn. Zwykle ubiera się w czarne garnitury z dobranym golfem lub koszulą z krawatem. Na dłoniach często nosi skórzane rękawiczki, ukrywając swoją chorobę. Jego oczy są głęboko osadzone i bardzo jasne, wręcz srebrzyste. Na dłoniach nosi sygnety, zaś na ramiona zwykle narzuca czarodziejską szatę w odcieniach czerni i zieleni. Posiada spinki do mankietów ze swoją ulubioną drużyną Quidditcha - Goblinami z Grodziska.

Murtagh Macmillan
#7
19.02.2024, 11:54  ✶  

Nie przerywał przyjacielowi wywodu. Wiedział, że nie miałoby to sensu, bo przecież kiedy Alexander się odpalał to dostawał takiego słowotoku że mało kto byłby go w stanie powstrzymać. Lepiej było dać mu się wygadać, wyłożyć wszystkie swoje punkty widzenia i grzecznie zaczekać aż źródło z którego płynęły słowa w jego głowie nieco wyschnie. Tak też postanowił zrobić Murtagh, cały czas jednak słuchając uważnie Alexandra i popijając alkohol. Możliwe, że sam był bardziej uzależniony niż chciałby przyznać.


Jego początkowa nerwowość trochę się uspokoiła, bo gdy Alexander na początku oznajmił, że ma wieści - Murtagh zakładał najgorszy możliwy scenariusz. Teraz, słuchając Alexa, doszedł do wniosku że mężczyzna po prostu doznał objawienia lub wizji, która kazała mu zmienić tor swojego życia. Podobne akcje odstawiał już w przeszłości, choć zwykle wiązało się to z tym, że rzuciła go Loretta albo miał jakąś szczególnie paskudną wizję swojej przyszłości. Nigdy też Murtagh nie słyszał w jego głosie tyle pewności i zacięcia. Więc może tym razem Mulciber faktycznie odnalazł dobry powód do tego, żeby się tego swojego postanowienia trzymać?


To nie tak, że Macmillan zakrztusił się drinkiem słysząc słowo "żona". On po prostu bardzo głośno odkaszlnął, stawiając z mocą szklankę na stole. Po czym wciągnął powietrze z wysiłkiem i lekko wybałuszył oczy. A w końcu odetchnął.
- Pominę na razie milczeniem fakt, że oznajmiasz jak prawdy objawione to co tłukłem ci do głowy wiele razy wcześniej, dość bezskutecznie. Zostawię też póki co temat twego ojca, poza kondolencjami, które ci składam. - zaczął swoją wypowiedź, dość spokojnie. - Ale czy możesz mi powiedzieć, jakim cudem masz ŻONĘ?! Nie uwierzę, że twojej matce udało się odurzyć się na tyle, żeby zaciągnąć cię przed ołtarz. To znaczy, że z własnej woli porzuciłeś jakże szczęśliwy stan kawalerstwa, żeby uwiązać do siebie jakąś biedną kobietę, której życie skazałeś na oglądanie twojej parszywej mordy codziennie rano! - w jego głosie słychać było oburzenie, choć lekko podbarwione rozbawieniem. To nie mogła być Ona. Po prostu rodzicielka Mulcibera w końcu jakimś cudem zmusiła młodszego syna do odbębnienia tego posępnego obowiązku jakim była żeniaczka. Współczuł głupiej dziewczynie, która się na to zgodziła. - Kim jest ta biedaczka? - dopytał z uśmiechem. - I dlaczego nie było mnie na kawalerskim? - dodał, już zupełnie sobie żartując i udając święte oburzenie na Alexandra.



“I know love and lust don't always keep the same company.”
― Stephenie Meyer, Twilight  Murtagh Macmillan, Secrets of London
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#8
09.03.2024, 17:49  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.08.2024, 13:34 przez Alexander Mulciber.)  
Jesteś moim najlepszym przyjacielem, Murtagh, oczywiście, że tłukłeś mi to do łba, pomyślał z wdzięcznością Axel, ale zapominasz, że heroina rozkosznie dobrze tłumi wszelkie bodźce bólowe.

- Wiem, że mówiłeś mi to wszystko. I więcej. Dlatego tu jestem - powiedział wreszcie. - Ale niektóre rzeczy muszą się wydarzyć, nieważne, co zrobisz. Możesz widzieć wszystkie możliwe wersje swojej przyszłości: skomplikowane ścieżki rozgałęziające się coraz to dalej i dalej z każdą twoją decyzją, tworzące splątaną mapę dróg, którymi podążysz - albo możesz podążyć. Ale pewne wydarzenia są niezmienne jak kamienie milowe na rozstajach dróg, jak skrzyżowania, na których zbiegają się wszystkie te mniej lub bardziej uczęszczane ścieżki. - Alexander usiadł wreszcie, wybierając miejsce naprzeciwko Macmillana. Odstawił szklankę z resztką trunku na stolik, i przejechał dłonią po twarzy. Chciał to wyjaśnić, nie brzmiąc przy tym jak pretensjonalny dupek, ale dawno nie mówił nikomu o tym, jak postrzegał przyszłość. Milczał dobrą chwilę, próbując zebrać myśli.

- Życie jest jak sen, Murtagh. Śniąc, nie zastanawiasz się nad ograniczeniami narzuconymi przez rzeczywistość: nieskrępowany, oddajesz się bezwiednie marzeniom; wiesz, że stoi przed tobą multum możliwości, i możesz śnić o czym tylko dusza zapragnie. Pewne jest tylko to, że kiedyś się obudzisz. Tak samo jak pewne jest to, że niektóre wyroki losu są ostateczne. To filary na których opiera się przeznaczenie, i nieważne, co zrobisz, one pozostają niezmienne - zawsze wydarzą się w taki sam sposób - nieodwołalne, nieuniknione - wieczne - bo to one spajają nierozerwalnie sen i jawę. Czasem, zwłaszcza z insomnią, trudno odróżnić jedno od drugiego. - Zwrócił spojrzenie z powrotem na przyjaciela, wciąż poważny. Elokwentny potrafił być tylko wtedy, kiedy mówił o jasnowidzeniu. Może dlatego nigdy nie rozmawiał o tym z ludźmi? To było zbyt szczere, zbyt trudne. Wiele tych przemyśleń potrafił zresztą ubrać w słowa dopiero dzięki odkrywczym dyskusjom z Morpheusem. I Ambrosią. Ale o niej wolał teraz nie myśleć. Ona była zarówno snem, jak i jawą, i nie pasowała do żadnej jego teorii.

- Spałem siedem lat - siedem, długich lat - może dalej śnię. - wyznał cicho Alex. - Ale czuję, że wreszcie świta - i bardzo chcę się obudzić.

Machnął niby to lekceważąco ręką na wspomnienie imienia ojca, ale zdążył odczuć to wstrętne ściskanie w piersi. Nie chciał do tego wracać. Wiele niezrozumiałych uczuć towarzyszyło mu od czasu odejścia Duncana Mulcibera: większości nie potrafił nawet nazwać, choć czasem, kiedy medytował nad jego grobem,  wydawało mu się, że był bliski jakiegoś objawienia, które pomogłoby mu zrozumieć. Nie chciał o tym z nikim rozmawiać, choć przecież sam o tym wspomniał, ale zrobił to mimowolnie, bo jego  myśli nieustannie krążyły wokół osoby ojca, tak samo, jak wokół jego pięknej Loretty; pogrzeb i zaraz potem wesele, w tak krótkim odstępie czasu; miłość zmieszana z nienawiścią... Nie potrafił poradzić sobie z żadnym z nich.

Obawiał się, że pobudka ze snu będzie wyjątkowo brutalna, tak samo brutalna jak sposób, w który przepowiednie wychodziły spomiędzy ust jego, i jego drogiej, szalonej matki. Na jej wspomnienie, Alexander tylko uniósł brwi. Nie mieszaj do tego mojej matki, miał ochotę powiedzieć, i to tonem, który sugerował, by przyjaciel wycofał się lepiej z tego tematu - wchodząc mu w słowo w dokładnie tym samym momencie, w którym ten zaczął mówić - tak jak zwykł to robić, kiedy próbował przerazić ludzi... Ale to był Macmillan, więc rzecz jasna, nie zrobił tego, tylko zdecydował się zachować milczenie.

Matka, zaciągająca go pod ołtarz? Nawet gdyby była wystarczająco zdrowa na umyśle, by pamiętać twarze ludzi (poza tymi należącymi do najbliższej rodziny i przyjaciół, ale to i tak tylko w dobre dni), Selina Mulciber - pardon, Ayres, bo kobieta reagowała złością, gdy ktoś nazywał ją "panią Mulciber" w jej obecności - była ostatnią osobą, która do czegoś by go zmuszała. Czy to dlatego, że był bardziej synem swojej matki niż swojego ojca? Że ta zawsze powtarzała mu - wtedy, kiedy przebłyski świadomości były częstsze i trwały dłużej niż kilka godzin - że chciałaby, by dar, który po niej odziedziczył, dał mu szczęście? A może dlatego, że ojciec przez lata poił ją amortencją, zmuszając ją do nędznej pantomimy miłości? Nie, Selina nie była taka, jak inne czarownice czystej krwi, w tym pani Macmillan, ale to była kolejna rzecz, o której nie chciał myśleć.

Pokręcił tylko głową na wyrzuty Murtagha.

- Przemawia przez ciebie cynizm człowieka, który handluje wdziękami łatwych kobiet, żerując na męskiej niewierności - zauważył z westchnieniem Alex. - Ja z kolei... - ważył powoli słowa.
- Nigdy nie byłem przeciwny idei małżeństwa.

To była najprawdziwsza prawda. Macmillan mógł go postrzegać jakogo kogoś, kto brzydzi się instytucją małżeństwa, w końcu znał poniekąd jego upodobania; Alexander nie raz, nie dwa, bywał przecież jego skrzydłowym. Mulciber zaznał przecież w życiu wielu kobiet, bo lubił zdobywać; lubił czuć na sobie pożądliwy wzrok, wabiący subtelnie, by podszedł bliżej; lubił, kiedy pozwalały mu na wszystko, a jeszcze bardziej, kiedy nie mogły nawet złapać tchu, by wydyszeć "nie"; lubił, gdy szeptały mu, że w domu czeka na nie chłopak, narzeczony, mąż, a on myślał, że ma to gdzieś, bo dla niego to był tylko sposób na zabicie nudy i wypełnienie pustki w sercu; że gdyby chciał czegoś prawdziwego, poszedłby do kobiety, którą kocha; wreszcie, lubił zostawiać je w stanie absolutnego upodlenia i odchodzić bez słowa, w wymownej ciszy, zostawiając po sobie ślady sińców, zapach wody kolońskiej i pełen pogardy uśmiech, którym mówił "jesteś tylko kolejną kurwą".

Mulciber nigdy nie przeżywał większych rozterek natury duchowej z tego powodu. On dzielił kobiety na takie, które były godne szacunku - a zarazem tego, by traktować je z powagą i należnym dostojeństwem - i takie, które na szacunek nie zasługiwały - a czy to była jego wina, że większość przedstawicielek płci pięknej należała do tej drugiej kategorii?

Jedna dobra kobieta jest w końcu warta tysiąca kurew. Z taką mógłby się ożenić.

- No zgadnij - rzucił zaczepnie Mulciber - Nie, żeby to było jakieś wyjątkowo trudne zadanie. W końcu w życiu traktowałem na poważnie tylko trzy kobiety. - Podnosił po kolei palce, jakby to była wyliczanka. - Ambrosia. Loretta.

Po tych dwóch imionach zatrzymał się jednak na chwilę, jakby przedłużając oczekiwanie, a na jego twarzy rozlał się wredny uśmieszek. Wyprostował trzeci, środkowy palec, opuszczając przy tym dwa pozostałe.

-  I twoja stara.

Koniec sesji


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (3373), Murtagh Macmillan (2059)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa