• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
Lato 1972, 13-14 czerwca // Towards danger; but not too rashly, nor too straight

Lato 1972, 13-14 czerwca // Towards danger; but not too rashly, nor too straight
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#1
07.02.2024, 06:38  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.04.2024, 11:15 przez Eutierria.)  
Mała miejscowość nieopodal Londynu
Od 13 do 14 czerwca 1972 roku
Flynn & Cain

Jedną z najbardziej przydatnych umiejętności, z jakich mogą korzystać czarodzieje, jest oczywiście teleportacja. Jakież to wygodne nie tracić czasu na codziennie dojazdy, skoro można było zdać jeden egzamin i po prostu pojawiać się naprzeciwko swojego biura dwie minuty przed godziną rozpoczęcia pracy! Nie potrafiłeś tego opanować? Też nic straconego, przecież można było skorzystać z sieci fiuu - wystarczyło sypnąć proszkiem pod nogi, powiedzieć nazwę ulicy i skorzystać z dobrodziejstwa przenoszących błyskawicznie kominków. Wśród magicznej społeczności wciąż istnieli jednak ludzie, którzy wybierali inne środki transportu. Dlaczego to robili? Cóż, powody były różne. Większość z nich się przez takie szybkie podróże najzwyczajniej w świecie źle czuła. Pomiędzy nimi a tymi, którzy mieli inne sensowne powody, istnieli również ci, którzy na pytanie „Flynn, a dlaczego się tam po prostu nie teleportujemy?” odpowiadali „bo lubię ten moment podróży” albo „bo tak” i podjeżdżali pod twoje mieszkanie pożyczonym od kolegi Fordem, chociaż twierdzili, że nie mieli prawa jazdy.

Jasne, można było mieć wątpliwości co do rozumu twojego chłopaka, kiedy znowu robił coś tak kompletnie od czapy, ale posiadanie chłopaka wiązało się z tym, że po zajęciu miejsca na fotelu pasażera i poczuciu jego ust na swoich, te wątpliwości stawały się jakieś nieistotne, rozmyte...

- Zapnij pas - powiedział po odsunięciu się od niego, pokazując mu palcem na swój. Na wypadek, gdyby Bletchley nie wiedział, o co chodziło. - Nie, nie mam papierów, najwyżej rzucisz na policjanta Obliviate. - A później jeszcze raz uważnie zbadał go spojrzeniem, zupełnie jakby nie zrobił tego przed chwilą, kiedy widział go wędrującego skołowanego po parkingu. - Zawsze byłeś śliczny, ale dzisiaj to już przesadziłeś - mówił to, odpalając silnik auta - bo aż nie mogę się napatrzeć. Co tam, Bletchley, przydarzyło ci się ostatnio coś dobrego? - Pytanie padło tym perfidnym tonem, który wyraźnie naprowadzał myśli na to, że to oczywiście Flynn miał być tym dobrym czymś, co mu spadło z nieba trzy tygodnie temu. I się przy tym trochę poobijało o pięści jakiegoś innego Aurora, ale to już była zupełnie inna opowieść.

Naprawdę potrafił prowadzić to auto. I łgał mówiąc o braku dokumentów uprawniających do kierowania - były wciśnięte w schowku, wystawione na fałszywe nazwisko. Zanim ktoś się zdziwi, że zdał jakiś egzamin - nie zdał, ale to też nie te czasy. Prawo jazdy kupił na poczcie za zawrotną cenę 5 szylingów i usłyszał jakieś pierdoły o tym, że od przyszłego roku zmienia się prawo i mają wprowadzić jakiś egzamin teoretyczny, ale to był problem Flynna z przyszłości. Flynn z teraźniejszości był zbyt skupiony na tym, żeby Waughy nie odzyskał tego auta w formie skasowanej. Londyn, jak to Londyn, trochę go zestresował - nawet mu taka myśl przez łeb przeszła, że może jednak powinien wziąć więcej lekcji od Alexandra, ale kiedy tylko wyjechał na drogę pozbawioną babć wymuszających pierwszeństwo i mógł włączyć radio, bo nie będzie go już tak rozpraszało, to przypomniał sobie, dlaczego w ogóle nalegał na to, żeby olać te wszystkie kominki i wdychanie pyłu przenoszącego cię gdzieś w sekundę - to go potrafiło odprężyć.

Nie łamał przepisów brakiem papierów, łamał je za to nieeleganckim jaraniem papierosów. Jeżeli ktokolwiek pomyślał, że ten człowiek trzymałby obie ręce na kierownicy, to się grubo pomylił i najpewniej go nie znał, bo jeżeli jedna z dłoni nie wisiała za oknem, żeby popiół nie sypał się do środka, to druga dłoń spoczywała na udzie Bletchleya.

- Krowa - zauważył inteligentnie, zwalniając przed zakrętem. Istotnie - za niziutkim płotkiem stała krowa. To była już druga na tak krótkiej trasie i z jakiegoś powodu napełniło go dumą, że tym razem zauważył tę krowę szybciej niż Cain. Ale później nie było już żadnych krów, bo powoli zachodziło słońce i nie było już czego zauważać, poza lisem, który wybiegł mu pod koła i omal nie zszedł na zawał przy hamowaniu, bo rozjechać jakieś dziecko na przejściu na pieszych to jedno, ale rozjechać lisa? Przecież jego siostra była lisem...

No, ale ostatecznie nic się nie stało, więc mogli wrócić do rozmów o niczym. To znaczy, o piosenkach z radia, o wiadomościach czytanych przez wyjątkowo znudzonego spikera, o rzeczach wyjątkowo trywialnych w obliczu tematów, o które się ostatnio tak pokłócili, że aż się popłakali. I Flynn trochę czuł w brzuchu taką obawę - wrócą w najmniej dogodnym momencie, najpewniej jak się znowu upiją... a upiją się na pewno. Z dwojga złego lepiej było pokłócić się w wynajętym pokoju na wakacjach, niż teraz kiedy prowadził, bo z jego skłonnością do autodestrukcji, prawdopodobnie w szale i panice zjechałby tym Fordem prosto do rowu.

- O, to jest ostatni zjazd...

Ledwo zobaczył znak w tej ciemności. Kto by pomyślał, że to nie było takie proste, kiedy miało się takie problemy ze wzrokiem... Ale nigdy by się nie przyznał, jak bardzo kłopotliwe to było, bo od czterech lat jego popisowym numerem było rzucanie nożami w ich najlepszą akrobatkę i Bellowie prawdopodobnie załamaliby się już zupełnie.


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
Keeper of Secrets
I am not actually tired, but numb and heavy, and can't find the right words.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 182cm wzrostu Cain jest przeciętnej budowy osoby, która coś tam ćwiczy - nie chudy, nie wielce umięśniony. Ma ciemnobrązowe włosy i oczy barwy burzowych chmur, tak ciemne, że z daleka mogą wydawać się czarne. Jego zainteresowane otoczeniem spojrzenie podkreślone jest wiecznymi worami pod oczami.

Cain Bletchley
#2
09.02.2024, 19:37  ✶  

Niektóre przygody były bardziej przystępne od innych. Mądrzy powiedzieli, że nie liczy się sam cel, a droga, którą obierzesz. A może nikt tego nie powiedział, tylko ktoś to napisał? Zgodnie z umową wziął te wolne, żeby przeżyć drogę i sam cel. Zakładanie, że je przeżyje, w jego wypadku już można było nazwać ozdrowieniem z monotonii jego życia. Wyobrażenia o śmierci - każdego poranka, kiedy się budzisz, żeby przeanalizować śmierci, jakie widziałeś, o jakich słyszałeś i których jeszcze doświadczysz. Pewnie była to jakaś choroba, a może nie było to dziwne wcale. Nie wiedział - nie rozmawiał o tym z ludźmi. Nie to, że tego poranka, kiedy Flynn miał się stawić pod jego nowym mieszkaniem, było jakoś inaczej, ale jego podejście było inne. Cieszył się. Wstał z uczuciem zadowolenia, z uśmiechem. Nie leżał w łóżku, nie spoglądał tępo w sufit, nie piastował pustki życia we wszystkich jego gramach szarości. Ktoś mu musiał włożyć na nos różowe okulary. Chyba tym było właśnie zakochanie się.

- Dzięki komplementom łatwiejszy już nie będę. Ale nie przestawaj. - Pierwsze co obowiązkowy był buziak. Reszta, na pewno mniej istotna, mogła podążyć za nim. - Tym razem Obliviate, a nie zaproszenie do seksu. Jasne, zapamiętam. - Tak nawiązując do dziwnego pana policjanta, który zaczął się rumienić i dziwnie zachowywać tamtej nocy. - A tak, miło, że pytasz. Przygarnął zwierzątko, czarnego kotka, tak się składa...

Nie było pytań o tę przygodę - gdzie, dokąd, dlaczego i czemu nie teleportem. No dobrze, pytanie o to DOKĄD jadą się pojawiło, bo Cain zamierzał się spakować. Spakować cokolwiek. W tym celu trzeba wiedzieć chociaż mniej więcej dokąd jedziesz. W dzicz, czy może jednak do miasta. Nad wodę, czy jednak w góry. Albo nad wodę w górach? Oby nie była to dzicz, bo Cain gubił się po dwóch krokach w lesie i już nie wiedział, gdzie północ, wschód i zachód, a każde drzewo stawało się takie samo. Brrr. Podróż samochodem wydawała się jednak właśnie tą przygodą, która jest przystępna. Którą chcesz przeżyć. Mogliby siedzieć i gadać ze sobą w domu, mogli też siedzieć i gadać w aucie. Przypowieść o tym, by unikać mugolskich samochodów jeszcze nie dotarła do jego uszu, więc i nie było mowy o tym, żeby robił dziwne miny i namawiał jednak na pociąg. Były więc te gadki o wszystkim i o niczym, randomowe wtrącenia typu "krowa", o "DRZEWO" i wszystko to, co tylko mogło towarzyszyć podróży. Włącznie z tym, że Cain prawie w pewnym momencie przysnął.

- To tu pochowasz moje "przesadnie śliczne zwłoki"? Sprytnie, na pewno mnie nie znajdą. - Niewiele było już w zasadzie widać za oknami, więc i rozglądanie się niewiele dawało.



• • •
Sarkazm (rzeczownik) - środek przeciw idiotom. Dostępny bez recepty.
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#3
12.02.2024, 18:17  ✶  
Flynn zmarszczył brwi, ale nie stracił przy tym szerokiego uśmiechu.

- Teraz nie wiem, czy budujesz sobie przestrzeń na mówienie do mnie „kotku”, czy próbujesz wzbudzić we mnie zazdrość - parsknął. - Obawiam się, że inni policjanci mogą nie być tacy potulni jak pan Simm. Typ musi czuć się jak mugolak w szeregach śmierciożerców. - Trochę chyba nie wypadało, skoro jechał jednym autem z Aurorem, ale nie zamierzał ukrywać swojego dystansu do stróżów prawa, w szczególności tych mugolskich. Wyrzyganie mu stojąc w drzwiach sytuacji z początku tego roku, kiedy policjanci znowu nadużyli swojej władzy w taki sposób... to był tylko wierzchołek góry lodowej. Mógłby o tym rozmawiać, ale czy na pewno chciał? Odpowiedź na to pytanie została zjedzona przez to, że musiał skupić się na drodze.

Następny raz otworzył gębę kilka minut później, chcąc nawiązać do płyty, jaką mieli właśnie puścić w wybranej stacji, ale kiedy zetknął w kierunku Bletchleya, ten wyglądał tak, jakby miał zaraz zasnąć. Bell odetchnął głęboko i ugryzł się w język. Po jego klatce piersiowej znów rozeszło się napięcie i znów utonął w tych myślach, w tych potwornych myślach, jakie mu były ciężarem od początku czerwca. Czy to właśnie był powód, dlaczego Fontaine aż tak bardzo się wkurzyła? To jak zachowywał się w jego obecności, jak czerwienił się od samej świadomości, że ten typ czuł się przy nim dobrze, jak bardzo chciał starać się, żeby widzieć go takim częściej. Ale niestety on miał rację - wszystko co robili, było ułudą... zabierał go właśnie na wycieczkę w gęstwinę, bo kiedy grali w te durne karty i opisał swój idealny dzień, od razu skojarzyło mu się to z konkretnym miejscem i w tym wyobrażeniu Cain się uśmiechał, obejmował go rękoma, był wreszcie spokojny i szczęśliwy. Romantyczne, jak się od tego odejmie wypowiedzianą głośno potrzebę bycia w życiu Flynna tym jedynym, kiedy na Flynna czekał teraz w Fantasmagorii inny partner, najpewniej całkowicie przekonany o tym, że jego facet poszedł bawić się z kolegami. Stworzył sytuację tak chorą, wreszcie mógł krytykować się bez cienia zwątpienia - był okropnym gnojem i zasłużył sobie na ten tytuł. Był okropnym gnojem, ale jednocześnie nie robił tego z potrzeby zabawienia się ich uczuciami. Poznał wiele opisów tego, co się z nim teraz działo. Jakieś brednie o połączonych duszach - to akurat do niego nie docierało... Naukowe artykuły o chemii w mózgu, o reakcjach zachodzących kiedy na kogoś patrzymy - one miały więcej sensu, bo to przecież tkwiło w nim uśpione przez lata i wróciło dopiero teraz, kiedy zobaczyli się w cztery oczy. Pomiędzy tym spoiwo sztuki, jakieś poematy i piosenki, znał ich wiele, niektóre na pamięć. Ale wszystkie sprowadzały się zawsze do jasnego opisu - dwójka ludzi, ty i ja przeciwko światu, do dwóch połówek pomarańczy - nigdy trzech. Dusze łączyły się w pary, chemia w mózgu kierowała cię do najbardziej kompatybilnej osoby, wiersze pisało się tej jednej, jedynej. Nietrudno było dojść do prostego wniosku - coś z nim było dogłębnie nie tak, ale czy to była wina samych w sobie ustawień fabrycznych, czy zniszczyło go po prostu życie na Ścieżkach i łamiąca go samotność - nie wiedział. Może był po prostu chciwy i zasłużył sobie na to, aby się ta sytuacja na nim wreszcie odbiła, może powinna spłynąć na niego jakaś kara boska za takie postępowanie, może... Może. Ale to była prawda. Był trzynasty czerwca, a on spędził już cztery noce na dachu wozu, gdzie wpatrywał się w niebo i ich analizował. I sam fakt potrzeby analizowania ich relacji powinien być dowodem istnienia w jego sercu czegoś więcej niż nostalgii, ale teraz... teraz kiedy Bletchley tak spokojnie siedział z przymkniętymi oczami i głową wspartą o szybę, a jego głowa zawirowała na tyle, aby zacisnął mocniej palce na kierownicy i jego udzie, wsłuchał się w rytm bicia własnego serca, na krótki moment głośniejszy niż muzyka.

Skręcił. Uśmiechnął się do tego, co powiedział Bletchley.

- Dam ci znać, jak zacznie mnie jarać nekrofilia, żebyś zdążył zmienić adres.

Żartował sobie, ale w jego łbie aktualnie parowało. On sam znalazł się na takim rozwidleniu, miał wybrać jedną z dwóch dróg. Jedna z nich była oczywista, druga - niby nieoczywista, ale wciąż znana. Mógł stanąć i się zastanowić, mógł wybrać na ślepo, a on na chama wjechał pomiędzy nie i zaraz rozbije się na drzewie. Już teraz czuł, że będzie strasznie ryczał, ale bardziej niż te kłótnie przerażało go to jak niewiele wiedział o tym, co z nimi będzie. Wiedział o tym, że smak żalu dobrze komponował się z każdym alkoholem. Wiedział, że wszystko się kiedyś kończyło, niezależnie od tego co sobie ubzdura w swojej głowie, po prostu... Tak bardzo nie chciał istnieć w świecie, w którym nie miał tego co teraz. Nie chciał tego tak bardzo, tak dramatycznie, tak silnie... że momentami bardziej niż cieszyć się chwilą, rozpaczał nad wszystkim, co utracił i co utraci.

- To jest - podrapał się po nosie - jeden z domów babci mojego przyjaciela. Ona ma kawał ziemi tu i pod Glasgow - powiedział, kiedy ze względnie ogarniętej drogi wjechał na taką leśną, zajebiście trzęsącą, a to ile razy sprawdził na mapie czy to na pewno ten zjazd było co najmniej niepokojące. Niby był tu wiele razy, ale w tej ciemnicy wolał zachować pewność, bo jeżeli będzie musiał rzucać na to auto zaklęcia translokacyjne i unieść się w górę, żeby trafić na miejsce, to zaliczy swoją osobistą porażkę. Na szczęście po kilku minutach zauważył znany sobie budynek. Nic nie mówiąc, wjechał za podwórko, tak żeby nie zablokować wyjazdu właścicielce. - A, to właśnie ona. - Wskazał głową, w kierunku postaci staruszki stojącej obok swojego palącego papierosa wnuka, odganiającej od siebie komary. - Nie miałem ja odebrać wcześniej kluczy, a głupio mi było powiedzieć, że otworzę zamek bez nich.

Flynn zgasił silnik, zaciągnął hamulec, pocałował Caina jeszcze raz i wyszedł na zewnątrz, omal nie zapominając o odpięciu pasa bezpieczeństwa.

- Dzień dobry pani Waug-

Nie dokończył, staruszka przerwała mu w połowie swojego nazwiska.

- Oooh, Billy, jak ja cię dawno nie widziałam. A po samochodzie myślałam, że jednak przywieźliście mi tu prawnuka i nikt mi nie powiedział.

- Obawiam się, że Waughy jest wciąż na nocnej warcie - skomentował żartobliwie, ale ona wcale go nie słuchała, była zbyt przejęta tym, z kim w takim razie przyjechał. Jej szeroki uśmiech zamienił się w taki... podejrzliwy, kiedy dojrzała sylwetkę Bletchleya i mogła podać mu rękę. Flynn w tym czasie poszedł podać rękę temu wspomnianemu wcześniej wnukowi, ale jemu na rozmowie nie zależało wcale - uścisnął dłoń Bella, skinął głową chuj wie komu, bo wpatrywał się w ciemność, a później zgasił papierosa i wszedł do swojego samochodu, gdzie czekał na babcię. Najpewniej wcale nie chciał tutaj być, ale nikt inny nie był gotowy jej tu przywieźć.

- Danielle - przedstawiła się Cainowi, na tyle natrętnie, że jeżeli nie wyszedł z samochodu, to uwiesiła się na drzwiach, które sama otworzyła. - Cóż, przygotowałam wam dwa duże pokoje. Zresztą, on się tu czuje jak u siebie w domu, więc co ja ci będę tłumaczyć. - I to jemu właśnie przekazała klucze, a nie Flynnowi, ale zaraz po tym wyjrzała do góry i krzyknęła do niego: Zostaw klucze tam, gdzie zawsze, więc najwyraźniej nie zapomniała o jego obecności.


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
Keeper of Secrets
I am not actually tired, but numb and heavy, and can't find the right words.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 182cm wzrostu Cain jest przeciętnej budowy osoby, która coś tam ćwiczy - nie chudy, nie wielce umięśniony. Ma ciemnobrązowe włosy i oczy barwy burzowych chmur, tak ciemne, że z daleka mogą wydawać się czarne. Jego zainteresowane otoczeniem spojrzenie podkreślone jest wiecznymi worami pod oczami.

Cain Bletchley
#4
23.02.2024, 01:15  ✶  

Policjanci byli różni, tak jak brygadziści byli różni. Chlew i rynsztok spotykał się z bojownikami o wolność i sprawiedliwość, idealistów i śmierdzących leni. Nic dziwnego, że nigdy nie dogadywał się ze Stanleyem i nie znosili się. Każdy każdemu zabierał robotę, bo w całym swoim pseudo-pracoholizmie ulubiony zajęciem Caina było siedzenie w biurze i układanie dokumentów. Miał burdel w domu, w życiu, to chociaż w pracy mógł wprowadzać porządek. Głównie wprowadzał go dlatego, że ilość zmiennych, jeśli wszystko fruwało wokół i każda teczka była na innym miejscu, rozsadzała mu głowę i wyłączała z funkcjonowania. Ludzie potrafili zostawiać rzeczy w najbardziej absurdalnych miejscach. Zaparzali sobie kawę, zagadali się, albo zaczytali w aktach i zaparzacz od kawy lądował koło śmietnika, chociaż kuchnia była na drugim końcu biura. I potem nikt nie umiał znaleźć zaparzacza. No przepadł! Ano, przepadł. Bo nikt normalny nie szukałby tam zaparzacza do kawy. Byli różni przedstawiciele prawa, polityki, nawet różne typy spod ciemnej gwiazdy. Przecież takich jak Flynn nie było na Nocturnie wielku. Stanowili mniejszość wśród szumowin, zasługiwał na... ach, ale nie o to teraz chodziło. A może jednak o to? Kiedy się przysypiało, kiedy obraz świata za oknem się przesuwał, gdy światło słońca było jak puszczanie oczka pomiędzy listowiem to każda myśli zadziwiająco łatwo wplatała się w rzeczywistość i splatała z pozotałymi. Tworzyły warkocz, którego nie zapamiętasz po zamknięciu oczu. Czy raczej - nikt normalny by nie zapamiętał. Ale on zapamięta. Myśli o tym, jakich przedstawicielu prawa Flynn spotkał i gdzie byli oni, skoro on był teraz tutaj. W końcu takich jak Cain też wielu nie było. O to w tym wszystkim chodziło, prawda? Dwójka dziwaków, która spotkała się w jeszcze dziwniejszym miejscu i zamiast zapytać "hej, jak masz na imię?" albo chociaż "Czy trzeba cię najpierw zaprosić na kawę?" to od razu...

- To nigdy wcześniej nie powiedziałem ci, że jesteś dla mnie jak kot? - Dla mnie, nie moim, jak kot, a nie kotem. Przypominał kota. Udawane zdziwienie, udawane, złapane zdanie. Bo przecież jeśli ktoś miał znać odpowiedź na to pytanie, to właśnie on. Ale to było przecież takie naturalne, prawda? Że ludzie zadawali takie pytania, kiedy sami wcale nie byli pewni, czy mówią prawdę. Czasami to życie było zwykłą imitacją. Kalkowaniem i kopiowaniem innych, ludzkich zachowań. Czasem, bo chociaż chciał, żeby Flynn czuł się jak najlepiej w jego towarzystwie to również czuł, że przy Flynnie wcale nie musi niczego udawać, nawet jeśli niektóre rzeczy chciał w sobie samym bardziej koloryzować. Nie przez brak zaufania czy obawy przed brakiem akceptacji. Głównie po to, żeby być troszkę lepszą wersją siebie. Dla niego, dla siebie samego. Był w końcu Cain i był Cain, którym on sam chciał być. Człowiek był zdolny do zmiany, wiedział o tym doskonale. Zmiany jednak były długimi procesami, a szczególnie, kiedy nie potrafiłeś zapomnieć o starych nawykach.

Gdzieś po drodze naprawdę przysnął. Oparty o ścianę, trzymając swoją dłoń na dłoni Flynna, która zacisnęła się w którymś momencie na jego udzie, a kiedy ją cofnął (z konieczności, by zmienić bieg) to osunęła mu się na bok i nawet nie szukała znów kontaktu, potrzeby przytrzymania, żeby ta ręka czasem nie uciekła, żeby został. Tak jak trzymał go mocno przy sobie, jak zasypiali, mając w sobie to smutne przekonanie, że kiedy się obudzi to jego już nie będzie. Lecz był. Kot wcale nie uciekł. Jedyne, czego się dopuścił, to wkurwienie sąsiadów. Na szczęście sąsiadów, którymi nie musiał się przejmować, bo prawdę mówiąc przeżarłyby go nerwy. Taki był tamtej nocy cocky, a w gruncie rzeczy kiedy sobie uświadomił jakie teksty poleciały w kierunku tamtego policjanta to zdjęły go nerwy. Tylko chwilowe, tylko moment, ale przecież musiał utrzymywać pewien wizerunek, który mógł się sypać, gdy w głowie dzwoniło ci "a co jeśli"... Co jeśli ten świat mugoli i czarodziei się przeniknie, ktoś się dowie... irracjonalne? Nie tak baardzo. Kiedy Cain bardzo chciał znaleźć informacje o kimś, to skoro miałeś jego adres zamieszkania (a to była podstawa podstaw!) to rozejrzenie się po jego okolicy było zazwyczaj jednym z najlepszych źródeł. Ludzie kochali plotki, kochali gadać. Trzeba tylko odsiewać ziarno od chwastów.

- Zmienić adres? Naah. Posłałbym sowę do dobrego konserwatora, żeby moje ciało posłużyło ci dłużej. - Uniósł kącik ust ku górze. Niczego nie było widać, a jak Flynn widział szczegóły na drodze... Cain wiedział czasem, jakich pytań NIE zadawać. Na przykład o to, czy Flynn skacze od kochanka do kochanka i czy powtarza podobne rzeczy z dziesięcioma innymi osobami niż z nim. I nawet nie potrafił być zły, było mu tylko... przykro. Przykro, że jego unikalność w życiu tego człowieka nie istniała i że dostawał kawałek tego, czym powinien się cieszyć. Tego, że Flynn w ogóle mu poświęcał uwagę. To nie było zdrowe, nie było nawet normalne, szczególnie że w czysto logicznym rozumowaniu widział, że to wcale nie jest do końca tak. Przez te gesty, jakie Flynn robił, przez to, jak się otwierał i na ile pozwalał w sprawach personalnych. Ale z drugiej strony może chicał go po prostu takim widzieć? Drugą rzeczą było nie pytanie o to, czy on w ogóle coś na tej drodze widzi, skoro jego oczy nie odróżniały kolorów, a skala szarości... niestety skala szarości potrafiła diabolicznie przyciemniać obraz.

Poruszył bezgłośnie wargami, ale było wiadome, co mówi - powtarzał. "Jeden z domów braci mojego przyjaciela". Nigdy nie był dobry w te rodzinne koligacje. I mógł mieć super pamięć, ale czasem rozwikłanie tego warkoczyka, jakim było podążanie za drzewem genealogicznym stanowiło dla niego kłopot. Skinął tym nie mniej głową - łatwe się wylosowało. Kiedy samochód się zatrzymał nadstawił twarz w jego kierunku, a kiedy Flynn wysiadł to on wysiadł za nim. Nie wypadało się przecież nie przywitać, nie pokazać, nie... no w sumie nie wiadomo co. Okej, nie był wcale aż taki kulturalny. Natomiast do starszych ludzi miał szacunek z nawyku Moodych. Starsi sobie zazwyczaj zapracowali na ten szacunek... inna sprawa, że niewielu Moodych starości dożyło. Takie miał już wypracowane mniemanie o tej nieszczęśliwej rodzinie.

- Cain. - Uśmiechnął się do kobiety szarmancko, prawie jakby zaraz miał wyciągnąć bukiet kwiatów albo ucałować ją w dłoń. Nic takiego nie nastąpiło. - Dziękuję za gościnę - i bardzo miło mi poznać. - Uścisnął dłoń kobiety, a potem spojrzał na tego wnuka i na... ciemność? Gdziekolwiek i na cokolwiek Flynn spoglądał. Zaraz rozejrzał się po otoczeniu, które było... obce. Czar uśmiechu, jakże sympatycznego mężczyzny, lekkiego i radosnego, spłynął z jego twarzy jak ręką odjął, jakby był najlepką możliwą do przeklejania ze strony na stronę. To naprawdę było jedno z doskonałych miejsc na mord. I nieee, nie oskarżał o niego Fleamonta (w końcu wierzył, że może umrzeć każdego dnia, a to, że jeszcze nie umarł było dla niego tragedią), chociaż to byłaby dobra śmierć - z jego rąk - najlepiej z jego rękoma na swojej szyi - ale nie zmienia to faktu, że jego głowa produkowała teraz sporo informacji. Z czystego nawyku. Swędziało go aż, żeby zrobić cały obchód terenu, żeby zbadać każdą drogę ucieczki z tego miejsca, żeby zabezpieczyć przynajmniej jedną drogę, żeby powiedzieć Flynnowi, żeby przestawił samochód - powinien być zwrócony w kierunku wyjazdu, gdyby... gdyby, no nie wiem, zleciało się tu stado puffków i chciało ich udusić swoimi jęzorami wpychanymi do nosów.

- Powinieneś przestawić samochód, żeby był przodem do drogi. - Czy to już była nerwica natręctw? Może. Ale nie powstrzymał się. - Czy my będziemy sami? Czy jestem zobowiązany do trzymania się tego drugiego pokoju? - Zamiótł całą tą gromadę myśli i przestał przyglądać się otoczeniu, jakby wyliczał każdy jebany metr tego podwórka i to, czy z pobliskiego drzewa dało się wejść na dach budynku albo do sypialni na piętrze. Podszedł zamiast tego do bagażnika, żeby wyciągnąć ich torby. - Czuję się jak bobas, który mógłby przespać dwanaście godzin. - Z przerwami. No, takimi jak pobudka w czasie jazdy, na przykład. Żartował, bo w końcu jego sen był jaki był. Czasem było tylko dziwne to, że ze zmęczenia nie padał nosem w biurko. Choć i to się zdarzało. I za każdym razem się cieszył, że było to bezbolesne zaśnięcie... chyba że rozlał akurat coś na biurko. Wtedy już ciężko wzdychał.



• • •
Sarkazm (rzeczownik) - środek przeciw idiotom. Dostępny bez recepty.
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#5
24.02.2024, 23:19  ✶  
- Nie, nigdy mi tego nie mówiłeś  - odpowiedział od razu, a dopiero potem zastanowił się chwilę i dodał  - albo po prostu nie pamiętam. - I znowu poczuł się dziwnie, bo znowu otworzył usta, zanim stał się całkowicie pewien tego co chciał powiedzieć. Czy powinno go to przerażać? To jak coraz łatwiej było mu się przed nim otwierać? Co jeżeli nie porozmawiają już nigdy - czy nadal  będzie odmieniony przez to, jaki Cain był, czy to uczucie swobody zniknie razem z nim? Tak naprawdę, to przez te wszystkie lata w cyrku trochę się dusił. Jasne, Fantasmagoria była jego domem i perspektywa jej zniknięcia napełniała go przerażeniem, bo była jedyną stabilną rzeczą w jego egzystencji i tkwił w przekonaniu, że jeżeli znowu zadrwi z ich przywiązania do swojej osoby, to kolejnej szansy po prostu nie będzie. A to byli jego ludzie. Tylko najwyraźniej bycie jego człowiekiem wcale nie znaczyło pełni wzajemnego zrozumienia i bezgranicznego komfortu. A z nim? Nagłe dwa spotkania po niemal połowie dekady rozłąki i jak za pstryknięciem palca zaczął reagować na niego tak, jakby rozstali się na góra miesiąc - jak miał to rozumieć? Czy to znaczyło, że mimo wszystko... ci ludzie, co ich uważał za swoich, to nie byli ludzie, jakimi powinien się otaczać? Powinien to w ogóle jakoś wartościować? Nie, nigdy, przenigdy nie powinien tego robić. - Ale czemu czarny kot? - Zapytał, chcąc jak najszybciej wypędzić to wszystko ze swojej głowy. - Wiesz, jest taka... - jednak się zawiesił - eh, nieważne. - Normalnie „nieważne” byłoby wystarczające, byłoby Flynnowe - ucięcie rozmowy było czymś idealnie w jego stylu, ale tutaj jednak... nie siadło. - To znaczy, to nic takiego, po prostu Poe napisał opowiadanie o tym tytule, ale to... koszmarne skojarzenie. - Na pewno nie było czymś, co chciałby, aby Cain z nim kojarzył. Z drugiej strony już to powiedział - nigdy tego nie wymaże. Tak samo jak nie wymaże tego, że poznał kogoś tak prawdziwego i tak jego, a później zdradził go i porzucił i teraz czuł się przez to aż chory. Niby wiedział - próbował takimi działaniami go chronić, ale teraz to wydawało się takie durne - zrobił to źle, nie zrozumiał tego, jak wiele trywialnych rzeczy nabierało istotności, jeżeli tylko spojrzeć na nie jego oczyma. Dlatego wtedy napisał ten list. Bo już wtedy wiedział, że jeżeli do niego przyjdzie osobiście, to nigdy go nie zostawi i chociaż teraz zalewał się krytyką, to powinien zadać sobie jeszcze takie pytanie, bardzo istotne, a jednak nie padło w tym standardowym potoku myśli - czy gdyby nie odszedł, to wszyscy jadący tym autem dzisiaj by żyli?

Żarty z nekrofilii jakoś nieszczególnie go teraz bawiły, ale uśmiechnął się. Uśmiechnął się tak dziwacznie, jak może uśmiechnąć się człowiek świadomy tego, ile swoich uczuć musiał zeżreć po drodze do tego momentu, jak wiele niechcianych zdarzeń to wygenerowało. Płakanie w miejscach, gdzie nikogo to i tak nie obchodziło, zapisywanie notatek na marginesie ulubionych książek, kojarzenie piosenek z kimś, kogo powinien zapomnieć - a jednak nigdy nie wrócił. Potrafił oddać tak po prostu jeden z największych darów, jaki dał mu los - uciec, przepaść. Sam sobie odpowiedział na to pytanie dlaczego nazwał go kotem.

Sytuacja była pewnie trochę krępująca - bo to obcy ludzie zachowujący się tak, jakby Bletchley miał to wszystko rozumieć, w dodatku ewidentnie ze sobą zżyci, bo Flynn absolutnie nic nie robił sobie z tego, że został przez kobietę zignorowany, ani że jej wnuk schował się już w swoim aucie. Wyglądał, jakby był do tego przyzwyczajony, trochę jakby to była gra, w jaką grał już od lat. Staruszka pisnęła z zachwytu widząc, w jaki sposób się do niej uśmiechnął, a potem machnęła ręką i teatralnie poprawiła sobie włosy. Flynn w tym czasie walczył z wyjątkowo upierdliwym komarem, który przyczepił się do niego natrętnie. A później zamienili z Danielle jeszcze kilka niewiele znaczących słów, pociągnęła go za policzek i pogroziła mu palcem. Wyglądał na generalnie wesołego, pomachał jej nawet, kiedy stąd odjeżdżali i dopiero wtedy przerzucił spojrzenie na błądzącego w ciemności Caina.

- Co? - Zapytał go jak dziecko, mrugając przy tym w zdziwieniu i podchodząc do niego bliżej, zamiast po prostu to zrobić. - Pytasz, bo spodobała ci się jego babcia? - Zażartował, ale widać było, jak mu się przygląda, jakby wyczuł, że coś tu jednak było nie tak. - Niestety zostawiła nas samych. - Bobasy wcale nie spały dwunastu godzin, bobasy budziły się co chwilę i darły się na całe gardło. Bobasy były powodem, dlaczego byli tutaj sami i dlaczego nie zagrają w żadne gry planszowe wymagające udziału powyżej dwóch osób. No, chyba że jeszcze zatelefonuje do Danielle... Nie skomentował tego jednak. Zamiast tego chwycił go za rękę, zanim ten otworzył bagażnik i ułożył ją na swoim biodrze, a później oplótł go rękoma wokół szyi, układając mu swoje łokcie na barkach i opierając się plecami o samochód. - Możesz spać i dwanaście godzin - zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak rzadko on musiał brać urlopy... - tylko wstań na śniadanie, bo nie zdążymy iść na spacer i nad jezioro. Tam - skinął głową w kierunku ciemności - jak się przejdzie trochę zarośniętą drogą, jest taki hipisowski, studencki bar na mieście. Nie ma tu tylko kina, obawiam się, że będziesz musiał zadowolić się oglądaniem razem ze mną reklam na BBC. - Oczywiście, że nawiązywał do jego idealnego dnia z kart, w jakie grali w zeszłym tygodniu. I naprawdę bardzo chciał tu jeszcze postać, bo zaczynało robić mu się miło i ciepło, ale to jezioro było naprawdę bardzo blisko i urżnął go kolejny komar, więc kwiknął, uderzając w swoje przedramię i westchnął. Ostatnio coś kiepsko wychodziły mu te wyznania miłosne. - Nie wytrzymam ani sekundy dłużej. - Puścił go, a później otworzył bagażnik zaklęciem i wziął od niego klucze. - Nie rozumiem, dlaczego one zawsze lecą do mnie...? - Brzmiał na wyraźnie zirytowanego. I zostawił go z tymi torbami, żeby iść w kierunku tego cholernego domku. Na pewnym etapie już nawet biegł. Przekręcił klucz w zamku, już miał wejść do środka, kiedy wróciło mu do łba to, co powiedziano do niego przed chwilą. - Po co ja miałem przestawić to auto...? - Ale naprawdę liczył na to, że Cain machnie ręką.


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
Keeper of Secrets
I am not actually tired, but numb and heavy, and can't find the right words.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 182cm wzrostu Cain jest przeciętnej budowy osoby, która coś tam ćwiczy - nie chudy, nie wielce umięśniony. Ma ciemnobrązowe włosy i oczy barwy burzowych chmur, tak ciemne, że z daleka mogą wydawać się czarne. Jego zainteresowane otoczeniem spojrzenie podkreślone jest wiecznymi worami pod oczami.

Cain Bletchley
#6
04.03.2024, 01:30  ✶  

Cicho prychnął, tak na pograniczu śmiechu, a już rozbawiony, by z czułością spojrzeć na Flynna.

- Myślisz, że tylko ty masz bilet na dokuczanie mi? - Zapytał zadowolony z siebie po tym, jak zobaczył minę Flynna i kiedy pojawiło się jego sprostowanie. Nie to, że chciał mu sprawiać przykrość, a już nie sądził, że mógł pobudzić tą niebezpieczną myśl: że przysunął się tak blisko w tak szybkim tempie. Za szybko. Za blisko. A może nie? Z jakiegoś powodu Fleamont zawiózł go przecież w to miejsce, sam tego chciałeś, drogi panie. Nie było przymusów, środków nacisku, nic nie musiało się wydarzyć. Cain mógł odejść w swoją stronę, nie musiało być żadnego: poczekaj na mnie..! A potem żadnego robienia sobie dobrze i potu lepiącego ciuchy do ciała. Mogło być nic, a jednak mamy tu coś. - Własne żarty bawią najbardziej, ale mogę tak nie robić. - Bo jego to bawiło, ale jego okiem to nawet nie było zmieszanie na twarzy mężczyzny, tylko coś innego... co w zasadzie? Czy robił błąd, że nie pytał? Tak. Na pewno był to błąd. Pytaj. Już to usłyszał od tej Wrony - będziesz potem żałował. Nie tego, że nie zapytałeś, tylko właśnie tego, że pytań nie zadałeś. Ale nie żałowałeś. Na wszystko był czas. Na wszystko była odpowiednia chwila. Chciał słuchać Flynna i chciał podróżować po jego umyśle i szukać nowych dróg. I tych starych również. Chciał zrozumieć, co jest dla niego najważniejsze, tylko... tylko bał się tych prawd, którego jego samego mogłyby zranić tak bardzo, bo wiedział, że koniec końców nie zostałoby mu nic innego prócz akceptacji. Akceptacji, która byłaby bolesna. Więc: tak nie robić... nie stroić sobie żartów tego typu. Chociaż akurat sądził, że Flynn jest ostatnią osobą, która by powiedział: o tak, nie rób tak. - Ubierasz się na czarno. Jakbyś dodawał biały... to nazywałbym cię krową zamiast kotem. - Wyciągnął kąciki ust w górę. Nie, nie nazywałby go tak, ale nawet on wiedział z całą swoją ułomnością, jak wygląda krowa. Nauczył się tego ze swojej pierwszej czarodziejskiej czytanki. - No i czarny kot to talizman szczęścia. - Tak przynajmniej mówili w przesądach. - A skoro przynosisz mi radość, to jeszcze mógłbyś być... słonikiem. Drzewkiem? Drzewkiem szczęścia. Złotą żabą. Pozwolę ci wybrać. - Nie był wcale taki wspaniałomyślny, bo nie zamierzał mówić do niego SŁONIKU, albo.. drzewko? Drzewciu? Cain aż nieco potrząsnął głową od tej abstrakcji - i cóż, sam sobie to robił! Ale przynajmniej twarz mu się cieszyła, oczy błyszczały. I mógł ciągle dotykać dłoni Flynna na swoim udzie.

Cain szanował cudze "nieważne", ale w przypadku Flynna każde "nieważne" było wykrzyknieniem malującym się nad jego głową jak w bajkach dla dzieci. Dlaczego? Czemu uważał, że to nie ważne. Czego nie chciał powiedzieć? Czemu nie chciał powiedzieć, skoro chciałeś go słuchać? Wszystko było ważne, cokolwiek by nie powiedział, nawet to, że, no nie wiem, zostawił dwie pary brudnych gaci koło łóżka w domu było ważne. Nie, nie było, ale Cain w jego przypadku chciał chłonąć nawet te nieważne informacje. Powinien protestować, zachęcić? Tak, zachęcić... zanim jednak zdążył nawet rozchylić usta to Flynn samego siebie otworzył. Zdawał sobie sprawę z tego, jakie to było uskrzydlające? Jakie ważne, istotne? Cain uśmiechnął się jeszcze szerzej, ciepło, z rozczuleniem. Rozczuleniem, ha, dobre sobie... z miłością. Z miłością, którą pompowało jego serce, które wydawało mu się bardzo silne w tym momencie. Tak jak płuca zdawały się niezwykle pojemne. Świat naprawdę potrafił stać się kolorowy, a Caina nawiedzała taka myśl, że chciałby pokazać Edgowi te kolory. Tylko czy to nie byłoby krzywdzące? Zobaczyć raz takie barwy, a potem znów... żyć w szarości? A może byłby w stanie to zmienić? Przecież magia iluzji potrafiła tak wiele, może, gdyby się bardzo postarał... tylko nie było zaklęć trwałych. Ale przecież rzemieślnicy mieli swoje sposoby. Może okulary by zadziałały..?

W bezinteresownej miłości zwierzęcia, w jego nie szczędzącym własnego życia poświęceniu tkwi coś, co bezpośrednio porusza serce ludzi, którzy częstokroć mieli sposobność stwierdzenia wątłej przyjaźni i słomianej wierności człowieka w oryginale.

- Opowiedz mi. - Brakowało tylko tego, żeby zaklaskał w rączki, albo zamachał ogonkiem. No, panie Flynn, to jak pan potrafi opowiadać... bajki o morderstwach? - Spokojnie, nie zmieni to moich skojarzeń z talizmanem szczęścia i puchatym kotem z kolan. - Skoro uważał to za koszmarne, to wolał uprzedzić, że pewne rzeczy się nie zmieniają. Owszem, będzie zawsze pamiętał, że to Flynn mu opowiedział, a może sięgnie po książkę?

- O tak, lecę na starsze panie. - Zanim to powiedział to upewnił się, że tamta pani jednak już sobie poszła i nie usłyszy jego nieeleganckiego komentarza w odpowiedzi na zaczepkę Edga. Wygiął usteczka w udawaną podkówkę, zwracając twarz w kierunku Flynna, kiedy pojawiła się odpowiedź, że no niestety - nie będzie pani. Będzie tylko ten Kot, który już odkrył samodzielnie, dlaczego kotem jest. Bo to, co powiedział Cain, było przecież tylko wierzchołkiem tego, dlaczego kojarzył tego człowieka z tym zwierzęciem. Pochwycony w sidła i pazurki tego kota zostawił bagażnik i grzecznie tak stanął - ułożył obie dłonie na jego biodrach, lekko podsunął kciuki w górę, wślizgując się nimi na skrawek jego ciała pod materiał. - Mam się spodziewać, że wyjdę z pokoju i zobaczę ciebie w fartuszku z patelnią jajecznicy w dłoni? - Ooo, to byłoby dopiero..! To byłoby coś, czego nie chciałby zapomnieć nigdy, nigdy, never, ever! Ale odpowiedź nadeszła, bo najwyraźniej wciął się w pół-zdania. A nawet wcześniej niż w połowie. I to... to... on... rozmiękczał go. Odbierał mu jakąkolwiek zdolność wypowiedzenia się, odbierał mu zdolność logicznego rozumowania. Był tylko szum, pustka i ta myśl, że to było... takie bliskie ideału. Takie bliskie, że niemal mogłoby się chcieć płakać. Paradoks. Pewnie by tak jeszcze stał i tymi zakochanymi oczami wpatrywał się w tego człowieka, gdyby romantyzmu nie postanowiła zabić proza wieczoru - czyli komar.

- Mmm... - Coś, co miało być pewnie jakimś zdaniem, zamieniło się w pomruk, kiedy chwila została przerwana, bagaże w końcu wyjęte i skierowali się do domu. Obejrzał się na ten lat, na ten samochód. Uspokój się. To miał być urlop. URLOP. - Gdyby coś się wydarzyło, to wycofywanie samochodu z tej pozycji do pozycji drogi zajęłoby za dużo czasu. Gdyby samochód... rozumiesz. - Nawet pokazał to ręką, gestykulacją, ale uciął samemu sobie, idąc za Flynnem. Uciął, bo akurat czarnowłosemu nie trzeba było takich rzeczy tłumaczyć. Był mądry. Cholera, Cain uważał, że przerasta go IQ przynajmniej milionkrotnie. - Otwieraj drzwi, bo cię zjedzą te komary, mają przewagę liczebną.



• • •
Sarkazm (rzeczownik) - środek przeciw idiotom. Dostępny bez recepty.
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#7
09.03.2024, 11:34  ✶  
„Tak” to była najbardziej oczywista odpowiedź na zadane mu pytanie, nawet jeżeli było to... uch, podsiane tak grubą nicią hipokryzji, że aż kichnął. Nie zasłonił przy tym ust, bo musiałby albo zabrać rękę z kierownicy, albo z jego uda, więc wykręcił się tylko dziwacznie i wrócił do wpatrywania się w drogę, niemo akceptując, że za cholerę nie wiedział, o co mu chodziło. Spróbowałby cofnąć się kilka zdań wstecz, żeby wykryć, w jaki sposób w ogóle do tego doszli, ale było naprawdę cholernie ciemno, a on miał problemy ze wzrokiem i bardziej niż na spójnej rozmowie zaczynało zależeć mu na tym, żeby tę pełną wrażeń i krów podróż jednak przeżyli.

Na to, że czarny kot miał być talizmanem szczęścia, Flynn uśmiechnął się szerzej. Na pewno nie czytał tej książki.

- Są koty z takimi białymi skarpetkami i krawatem - zauważył, ale wcale nie do tego dążył. - Jak mam wybrać czym bym był - powiedział nagle, wlepiając wzrok w mijany znak drogowy, co zmusiło go do zamilknięcia na kilka sekund, żeby przepuścić przez ciasny łeb dodatkowe informacje - to zostaję przy człowieku, bo gdybym stał się drzewem, to w łóżku byłoby naprawdę niezręcznie. - Ale gdyby miał wybrać pod przymusem, to faktycznie wybrałby drzewo - drzewo, pod którym można było zdechnąć, a które później pobierałoby cię z gruntu razem z wodą i rosło silniejsze twoim kosztem - bo w taki okropny sposób się postrzegał.

Na moment przerzucił spojrzenie na niego, później znów na drogę. Tak naprawdę to nie istniał żaden powód, który sugerowałby, że musiał przed Cainem cokolwiek ukrywać. W szczególności treść książki dostępnej w większości znanych mu bibliotek.

- To opowieść o facecie, który jest dobrym mężem, miłośnikiem zwierząt, kimś delikatnym i opiekuńczym - nie pamiętał już dokładnie, ale fakt - sam te zwierzęta do domu sprowadzał - co nagle staje się potworem widzącym w tym czarnym kocie wroga. Są sobie bardzo, bardzo bliscy i spędzają razem duużo czasu, a później... Później coraz więcej pije, atakuje go, wyłupuje mu oko nożem. Niby żałuje, ale ostatecznie kilka dni później wiesza go na drzewie w ogrodzie. Uważa, że ten kot rzucił na niego jakąś złośliwą klątwę, bo następnej nocy płonie jego dom. Jest przekonany, że ten kot wraca do niego pod nową postacią, żeby wyrządzić mu szkodę i doprowadza do tego, że próbując zabić jego, zabija siekierą swoją żonę. - Przygryzł na moment wargę. - A na końcu wydaje mu się, że przechytrzył milicję, ukrywając jej zwłoki w murach piwnicy, ale swoją pychą doprowadza do tego, że funkcjonariusze nie opuszczają jego włości i słyszą takie przeraźliwe miauknięcie. Decydują się na rozwalenie ściany, w której zamurował ją i przypadkiem - tego kota. Ale on już nie dostrzega w tym makabry, jakiej się dopuścił, tylko jest zawiedziony, że zamurował potwora w mogilnej wnęce.

Mówił to tak powoli i ostrożnie, jakby dostrzegał w tym coś więcej niż straszną opowieść o upadku szaleńca, ale nie skomentował tego w żaden sposób i dopiero kiedy zamilknął zaczął to w ogóle analizować. Żałował, że w ogóle podjął się tematu - nie przez potrzebę ukrycia czegoś przed Bletchleyem - on sam nie chciał tego słyszeć. Nie chciał sobie tego przypominać, sam siebie doprowadził do przejścia po jego plecach zimnego dreszczu, jakby Poe mu te dziesiątki lat temu napisał jakąś złą wróżbę.

- - -

- Nie - pokręcił głową, odganiając wyobrażenie siebie z jedzeniem z tej sceny. - Jeżeli mnie kiedyś zobaczysz w fartuszku, to na patelni nie będzie jajecznicy, tylko węgiel. - Brzmiało to jak żart i faktycznie miało go rozbawić, ale to nie był tylko i wyłącznie dowcip - kryła się w nim smutna prawda o komicznej niezdolności do nawet odgrzania sobie czegoś bez rujnowania tego w jakiś sposób - jeżeli komuś pierogi miały przywrzeć do dna, do którego teoretycznie nie powinno przywrzeć nic, to był to właśnie Flynn. Pokręcił głową jeszcze raz. - Nie - powiedział znów, wpatrując się w niego, nie rozumiał, bo - kto by się przejmował samochodem, gdyby coś się wydarzyło? - Jeszcze raz rzucił spojrzeniem na jego twarz, na to jak machał rękoma i chociaż w ogóle nie dostrzegał sedna problemu, to rzucił na to auto zaklęcie, które podniosło je na kilka centymetrów do góry, obróciło w drugą stronę i odstawiło w to samo miejsce. No bo brak zrozumienia nie znaczył wcale, że nie mógł tego zaakceptować i spełnić jego oczekiwań. - Proszę - rzucił, pocałował go w policzek i naparł na drzwi, otwierając je wraz z głośnym piskiem zawiasów. Dopiero słysząc to, dotarło do niego, od jak dawna nie odwiedził tego miejsca - bo sam takie rzeczy naprawiał wręcz instynktownie.

To nie było jedyne zaklęcie translokacyjne, jakie rzucił w ciągu kilku następnych minut. Po tym jak zapalił światło, od razu zamknął znajdujące się w pomieszczeniu okna, a kiedy tylko Cain wszedł do środka, zamknął za nim drzwi.

- I co myślisz? - Przeszedł się kilka kroków tyłem do wnętrza, przodem do Bletchleya, rozprostowując ręce jak strach na wróble, prezentując mu to tak, jakby zaprosił go na wypoczynek w naprawdę drogim hotelu. W rzeczywistości nie dało się tego miejsca do takiego drogiego hotelu przyrównać - to było sporych rozmiarów pomieszczenie łączące salon i kuchnię, pełne sofek i foteli, stołów, szaf i półek. Półek zastawionych książkami, filmami i grami planszowymi, pewnie na wypadek, gdyby wczasowiczów zaskoczyła nieszczególnie dobra pogoda. Faktycznie znajdował się tutaj mugolski telewizor, ale czy była szansa, że na takim zadupiu odbierał jakikolwiek kanał... cóż, trzeba było bardzo mocno wierzyć, pokręcić anteną... Duże, kręcone, drewniane schody. Dwie pary drzwi prowadzących do dodatkowych pokoi. Mogłaby przyjechać tutaj cała, wielka rodzina, ale ich była tylko dwójka. Kiedy żadne z nich się nie odzywało, wokół panowała absolutna cisza. To było jedno z tych miejsc, w których leżąc przy zgaszonym świetle, nie widziałeś własnej ręki uniesionej przed twarzą, ale jeżeli wyjrzałeś za okno, dostrzegałeś coś, czego nie dało się dostrzec w dużym mieście - morze gwiazd, ofiarowane w zamian za brak ulicznych latarni.

Przysiadł na oparciu kanapy, uśmiechając się dziwacznie. Dobrze wiedział, że to była kompletna nuda - równie dobrze mogli siedzieć teraz w jego mieszkaniu, a rano teleportować się nad ocean. Bo przecież dla czarodziejów wszystko było takie... proste. Wyprane z przyziemności, która przypominała mu, że był człowiekiem.


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
Keeper of Secrets
I am not actually tired, but numb and heavy, and can't find the right words.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 182cm wzrostu Cain jest przeciętnej budowy osoby, która coś tam ćwiczy - nie chudy, nie wielce umięśniony. Ma ciemnobrązowe włosy i oczy barwy burzowych chmur, tak ciemne, że z daleka mogą wydawać się czarne. Jego zainteresowane otoczeniem spojrzenie podkreślone jest wiecznymi worami pod oczami.

Cain Bletchley
#8
14.03.2024, 12:45  ✶  

Prychnął, kiedy najpierw pojawiło się to... kichnięcie, które było idealną odpowiedzią na zadane pytanie, a potem jeszcze wspaniały żart o drzewie. O kłodach. Rzucił krótkie "na zdrowie", tak jakby było to potrzebne i Fleamont miał naprawdę chorować (głowa człowieka jakoś nie uwzględnia, że ktoś może naprawdę poważnie zachorować, kiedy wszystko wydaje się okej i idealnie w dniu powszednim). Właśnie - ale prychnął. I potem była opowieść, która niby zupełnie nie pasowała do śmiania się, ale zupełnie wielkim łukiem omijała emocjonalność Caina. A przynajmniej nie dotykała jej w takim stopniu, w jakim dotykała osoby opowiadającej. Spoglądał na niego, ale zaraz spojrzał przed nich. I tak tylko zerkał, jak złodziej, który chciał skraść część Flynna dla siebie przypadkiem. Zwykły kleptoman, który nie kontroluje już swoich odruchów i wsuwa do kieszeni każdą pierdołę, nie ważne czy potrzebną czy nie, tak on mógłby wsuwać w swoje kieszenie każdą bzdurną rzecz wypowiedzianą przez czarnowłosego. Mógłby być tym wiernym partnerem, który pamięta, jaką bluzeczkę włożył latem '68, kiedy akurat... Tak. To dobrze? Źle, kiedy było za dużo rzeczy, których żałowałeś. Tak, to mogło być złe i niezdrowe dla Flynna - to dlatego czasami tak starał się oszczędzać słowa (o, Kochany, nie wyobrażasz sobie nawet, jak bardzo...)? Omijała go ta opowieść, bo przecież On nigdy by tak nie zrobił. ONI nigdy by tak nie zrobili..! Prawda? Nie mogliby. Wpaść w tak silną pułapkę swojego mózgu, żeby pokochać i pozwolić, żeby ta miłość cię zniszczyła. Rozerwać siebie samego na kawałeczki - prędzej. Pozwolić pozbierać resztki mięśnia sercowego z ziemi, żeby uszyć z niego płaszcz - Flynn miałby na pamiątkę. A jednak teraz te żarty faktycznie wydały się nie na miejscu. O wywożeniu w las, w zestawieniu z kotami i dziele jakiegoś mugola, który... cóż. Chciałby powiedzieć, że nie ma co nad tym dumać, to tylko książka, ale nie powiedział tego, bo w zasadzie widział już w swoim życiu różne pojebane rzeczy. Na tyle różne, że doprowadziły go do zblazowania i choć nie potrafił się w pełni przyzwyczaić do koszmarów, jakie tkało życie, to płynęły lata i część człowieka się uodparniała. Więc śmiech, niepoprawność, opowieść rodem z horroru. Wszystko to zastało go pod pytaniem: czy ja mam problemy z ekspresją? Dziwny wniosek do wysnucia? Nie bardzo, skoro ciągle się zastanawiał nad tym, czy nie pokazuje wszystkiego... za mało. Za mało, za mało... a potem Fleamont go prowokował i wybuchał. Może to wszystko dało się jakoś... zdrowiej dawkować. Na pewno się dało.

- Czemu tak bardzo dotyka cię ten utwór? - Nie potrzebował nawet wkradania się do jego aury, żeby to widzieć wymalowane na jego ciele - poprawiających się palcach na kierownicy, trochęm mocniej zaciśniętych na sekundę, na twarzy, przygryzionej wardze, w spojrzeniu. Żeby słyszeć to w rozwadze, z jaką mówił, w ostrożnym artykułowaniu. Wiele elementów składało się tutaj na wniosek, że coś w tym utworze go bardzo uderza. Tylko Cain nie był wcale pewien, co.

Wyobrażenie sobie Flynna w fartuszku z węglem na patelni wystarczyłoby, żeby się zaśmiał, gdyby nie to, że teraz to on był kotem. Kotem przywiezionym do nowego miejsca, który już nie będzie machał ogonem, tylko przytrzyma go przy sobie i z wielkimi oczami będzie obwąchiwał każdy najmniejszy kąt. Wystarczyło jednak, żeby się uśmiechnął z rozbawieniem i lekko pokręcił głową. Tak, może to on powinien skończyć z patelnią w ręce, chociaż wcale nie był wybitnym kucharzem i nie raz wielką zagadkę logistyczną stanowiło jak zmieścić parówki do małego garnka, żeby ich nie łamać. Znał jednego takiego, który pomyślał o przecięciu garnka, ale z jakiegoś powodu parówek nie udało mu się ugotować tym sposobem. W każdym razie cel osiągnięty - rozbawił. A potem w dodatku rozczulił, chociaż tak, to była głupota, w życiu Caina było mnóstwo głupot, z którymi może mógłby walczyć, ale jeszcze musiałby chcieć. "Chcenie" stanowiło problematykę wielkoformatową.

Ostrożnie wszedł do środka. Bardzo ostrożnie. Tak jak zawsze Cain (przynajmniej takim się wydawał) prezentował się na całkowicie rozluźnioną osobę, tak teraz stawiał wyważone kroki, jakby nie chciał, żeby podłoga mogła zaskrzypieć pod jego ciężarem. Bardzo uważne oczy przesuwały się po elementach wyposażenia, a jego twarz nie wyrażała niczego poza skupieniem. Może nawet dwustoma procentami skupienia. Nie to, że był spięty, jakby zaraz miał uciekać. Ale to było nowe miejsce. Pełne nowych rzeczy. Przedmiotów, kolorów, zapachów, dźwięków całkowicie innych od szumu miasta, w którym zawsze tkwił. I tak jak kochał pracę, w której można się było obijać (jak czasem obchody sabatów), tak praca poza miastem, w terenie... nie. Nieee. Odpowiedź na pytanie Flynna nie pojawiła się więc od razu, był tylko pomruk z jego strony, który nie brzmiał ani na zaprzeczenie, ani na przytaknięcie. Skupienie zmieniło swoją formę - przeszło w nieudaną formę konsternacji. Cóż, przynajmniej Bletchley wyglądał jak ostatnia osoba, która traktowała to jak nudę, bo ludzie chyba z mniejszym przejęciem podchodzili do wyciągania dłoni do kraty w zoo, za którą siedział tygrys (lub jeden z pawianów Ed, Edd i Eddy).

- Hmmph... - To była druga próba wyartykułowania z siebie jakiegoś słowa i zdania, ale w końcu przynajmniej udało mu się zogniskować spojrzenie na Flynnie. - Że mam za duże zboczenie zawodowe. Jakbym był tu z kimś innym to właśnie robiłbym kółko wokół domu i zastanawiał jakich zaklęć ochronnych to miejsce potrzebuje. - I jak najsprawniej uciec stąd a tamtąd, w razie wydarzeń a), b), c) (...) i z). Postawił swoją torbę cichuutko na wolnej przestrzeni blatu. - Ale poza tym myślę, że jesteś piękny i każde miejsce z tobą jest piękne. - Nawet jeśli robił z siebie przed chwilą stracha na wróble to przysięgam - to najpiękniejszy strach, jakiego Cain widział! - Przytulnie. I... nowo. Bardzo... nowo. - Bardzo inaczej. Nie wiedział, co mógłby poza tym powiedzieć, bo w zasadzie był za bardzo skonsternowany chwilowo, ale starał się... nie zawieść brakiem odpowiedzi. - Często tu bywasz? - A może powinien zmienić pytanie na: z kim tu jeszcze bywasz? Ha... I co to za przyjaciel. I... och, cóż. Nie, nie chciał pytać.



• • •
Sarkazm (rzeczownik) - środek przeciw idiotom. Dostępny bez recepty.
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#9
17.03.2024, 12:52  ✶  
Usłyszawszy zadane mu pytanie, Flynn zgarbił się lekko i jeszcze raz nieznacznie zacisnął uścisk ręki na jego udzie. Musiał pozbierać te wszystkie myśli, które krążyły mu po głowie od dłuższej chwili, a nie było to zadanie łatwe - bo pozostanie w tak głębokim skupieniu przy jednoczesnej próbie wejścia w zakamarki tak skrywanych przez siebie zakamarków własnej duszy, nie było zadaniem łatwym.

„Chyba dlatego, że”, zaczął wreszcie, nieznacznie poruszając się na siedzeniu „jest o końcu miłości”. Wpierw zawahał się, czy na pewno chciał mówić kolejne słowa, czy na pewno chciał, aby to smutne wyznanie przykryło kolejne, wesołe sceny, w których będzie pokazywał mu ich pokój, opowiadał o tym jak w młodości spędzali tu z Waughym wakacje, wymieniał mu ile razy zrobili tu coś tak głupiego, że jego babcia rwała sobie włosy z głowy, ale ostatecznie kończyła siedząc na sofie, na tej samej sofie, o którą teraz opierał się Flynn, z dłońmi zasłaniającymi pomarszczoną twarz i śmiała się. Śmiała się z tych ich durncotw i cieszyła się, że ostatecznie nikomu nic się nie stało.

„Ale ta miłość nie kończy się przez to, że ludzie się rozstają. Ona się kończy przez upadłość człowieka, przez największą z możliwych degradację duszy”.

Wpatrywał się to w Caina, to w otaczające go, szarobure przedmioty. Za każdym razem, kiedy widział to spojrzenie, jakie interpretował jako nieco nieobecne, decydował się po prostu czekać. Mógłby go niby z tego wyrywać, przyciągać do siebie, skupiać na sobie jego uwagę. Ale on lubił ciszę, przynajmniej w sensie odzywania się (bo osobowość miał momentami aż nadto hałaśliwą, kto się po nim spodziewał, że nie będzie za chwilę głośno tupać, ten się piekielnie zawiedzie) i lubił takie przerwy. Dawanie mu chwili na przeprocesowanie tego co musiał, nie stanowiło tu więc większego problemu.

„Taką, w której zaglądasz w oczy komuś, kogo kochałeś i już go nie poznajesz”.

- Zboczenie zawodowe? - Uniósł w górę te swoje krzaczaste brwi i zaśmiał się trochę gorzko, ale jednocześnie w taki zaczepny sposób. - Ile razy włamałem się do twojego mieszkania? Czy po prostu swoje mieszkanie celowo obrałeś z pułapek, żeby kusić seksownych typów spod ciemnej gwiazdy? - Ta gorzkość niemal od razu zniknęła. Musiała dać przestrzeń radości czającej się za wypowiedzią skwitowaną szerokim, sugestywnym uśmiechem, przy którym dało się zobaczyć jego zęby. Nie ulegało to żadnej wątpliwości - Flynn był bardzo szczęśliwy.

„Dajesz mu siebie, on wydłubuje ci oko, a ty przy nim zostajesz. Jesteś ostrożniejszy, co z tego, skoro wciąż przy nim jesteś”.

On sam, gdyby się go zapytać, jak chciał wyglądać, wcale by nie powiedział, że wyglądał jak strach na wróble, nawet jeżeli przez moment faktycznie tak wyglądał. Tym w co celował był Alexander zapowiadający na arenie kolejny z występów, tylko on sam w tym geście nie miał żadnego doświadczenia - mógł być flirciarzem i być w tym dobry, mógł potrafić występować na trapezie, ale nie potrafił przejść się tak po prostu po deskach z szeroko rozłożonymi rękoma i krzyknąć mając w oku to samo co on, ten czar obiecujący, że to, co nadejdzie, będzie czymś, na co warto było czekać. Na jego szczęście ratowało go to, jak wiele potrafił naprawić fakt bycia najjaśniejszą gwiazdką na czyimś niebie. Może to też był jego sekret - bo Alexandra uwielbiali absolutnie wszyscy, a Flynna... dwie... no dobra - trzy osoby. I nawet on nie był jedną z nich.

„A dla niego to już jest obojętne. Szukasz tego ciepła w kimś innym, kto jest blisko, więc on ginie. Za samo to, że cię kochał i pojawił się w złym miejscu o złym czasie”.

- Ostatnio nie - przyznał. - Kiedyś przyjeżdżałem tu często, ale wszyscy się zestarzeli. - Zamachał nogami, siedząc na tym oparciu, po czym zrzucił z nóg buty i znów kopnął je dosyć nieelegancko, tak aby wylądowały w pobliżu wycieraczki, a później podszedł do niego, żeby zabrać swoje rzeczy. Jasną, płócienną torbę wrzucił do lodówki, którą następnie podłączył do gniazdka, plecak odłożył przy schodach, sugerując, że będą spali na górze.

„I ty też giniesz z ręki kogoś, dla kogo zrobiłbyś wszystko, a on widział w tobie jedynie największego wroga”.

Poruszając się po tym wnętrzu, po tych deskach, buszując w tym zapachu drewna, lasu i starych książek, czuł się o wiele młodziej. Bo to było dla niego miejsce pełne wspomnień. Wspomnień czasów, kiedy nie był jeszcze aż tak życiowo obity, kiedy wszystko wydawało się łatwiejsze i nie wyrywał sobie rano z czubka głowy nowych, siwych włosów. Pewnie znowu wyobrażał sobie coś, co nie miało miejsca, ale przysiągłby, że nawet chodził tu jakoś swobodniej, jakby zrzucił z pleców wielki ciężar.

- Wiesz, bo... - przygryzł na moment wargę i odwrócił się w jego kierunku. - Miałem w głowie ten twój idealny dzień, bo - wrócił do niego, o wiele mniej ostrożnie niż Cain stawiając kolejne kroki - chciałem ci pokazać, że mi zależy.


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
Keeper of Secrets
I am not actually tired, but numb and heavy, and can't find the right words.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 182cm wzrostu Cain jest przeciętnej budowy osoby, która coś tam ćwiczy - nie chudy, nie wielce umięśniony. Ma ciemnobrązowe włosy i oczy barwy burzowych chmur, tak ciemne, że z daleka mogą wydawać się czarne. Jego zainteresowane otoczeniem spojrzenie podkreślone jest wiecznymi worami pod oczami.

Cain Bletchley
#10
18.03.2024, 17:51  ✶  

Czuł, że dobiera swoje słowa nieudolnie, a tworzą one nieudolne zdania. Gdy zdania będą nieudolne, to równie nieudolne będzie wrażenie, jakie pozostawią po sobie. Tak nie miało być. Nie chciał, żeby tak było. Co zawierał w sobie ten idealny dzień? Radość obu stron. Przestrzeń, w którym nie przejmowała się niczym ani jedna, ani druga strona. Gdzie można biegać bez gaci przy jeziorze - chociażby - i nie wstydzić się, że sąsiad cię przyłapie i co on sobie pomyśli. Nie chciał być tą osobą, która sztywnieje na hasła "a co powie ciotka Esmeralda!", ale jednocześnie sztywniał na myśl, że przez jego paskudny charakter i zachowanie mogłyby pójść dziwne plotki w świat poza jego kontrolą. Jeśli miały iść - wolał, żeby szły świadomie. Ze swoim podszeptem na uszko jedno czy drugie. Więc Flynn nie miał się martwić książką, ani interpretacją nieszczęśliwej miłości, a on tym, że pewnie ktoś będzie chciał ich w tym domku zamordować. I nie miał też martwić się tym, że coś nie tak powie. Z tym ostatnim jednak, cholera, no powinien! Zdecydowanie powinien.

Ta cała tona wyrozumiałości, jaką posiadał Flynn, mimo jego często złośliwych komentarzy i żartów, mimo ciętego języka, była bezcenna w wielu chwilach. A to, że miał w sobie ciętość, było dla Caina atrakcyjne, nie odrzucające. To, że był głośny, że był taki ekspresywny. Miał w sobie takie poczucie, że nadrabiał za nich dwóch pod tym kątem i bardzo go to cieszyło. Martwiło tylko wtedy, kiedy zastanawiał się, czy przez swoją minimalizację wylewania uczuć na świat ten nie odbierze tego kiedyś źle. Bezcenna zaś była, kiedy naprawdę czasu potrzebował, bo jego mózg decydował, że on lubi wolno w takich chwilach. I oczywiście - mógł zignorować otoczenie, nie poświęcić mu uwagi, mógł odciąć się od części wrażeń, ale tutaj wcale nie chciał, a wręcz przeciwnie. Przygotowywał się do tego, że zostaną tutaj przynajmniej dwa dni. Spędzą tutaj dwie noce. To miejsce było związane z historią Fleamonta - jakoś. W jakiś dziwny sposób, w dziwnej formie, jeszcze tylko nie wiedział, jakiej dokładnie. Z drugiej stronie czy coś w życiu tego człowieka było normalne? Gdzie zaczynały się jego normy, a gdzie kończyły turbulencje?

- Postanowiłem się przeprowadzić właśnie dlatego, że się włamałeś. - Zaplótł ręce na klatce piersiowej z cwaniackim uśmieszkiem. - Moje mieszkanie to jedna wielka pułapka, tam trzeba walczyć o przetrwanie, żeby się o coś nie potknąć i nie zabić. - Przymknął oczy w tym uśmiechu i wzruszył ramionami, jakby ZUPEŁNIE niczego nie mógł z tym zrobić, nie mógł na to zaradzić. No... bo przecież nie mógł, prawda? Był zupełnie bezradny wobec tego burdello! Oprócz tego, że mógł zacząć, no nie wiem, sprzątać na przykład... ale to była całkiem szalona myśl, lepiej nie myśleć takimi hardcorowymi kategoriami. - Dorobię ci klucze, bo jak któregoś dnia zepsujesz mi zamek to będzie bardzo upierdliwe. - Fakt, to był podwójny standard. Nie bał się zupełnie tego, co się stanie z jego mieszkaniem, z nim... ale to nie było jego mieszkanie. JEGO teren. To nie było miejsce, które znał, gdzie wiedziałby, gdzie biec, co robić, jak się zachować, na kogo można liczyć w tych okolicach. Poza tym tutaj miał kogoś, o kogo dbał. O siebie samego - meh. Ale O NIEGO?!

- Starość rozwiała dawne znajomości? - "Zestarzeli", jak to brzmiało... czyli przyjeżdżał tutaj naprawdę w dziecięcych czasach? - Chcesz mi o tym opowiedzieć? O tych dawnych czasach, nie starzeniu. Chociaż o starzeniu też możesz. - Jak chyba... o wszystkim. "Starzenie się" brzmiało jakoś bardzo krytycznie, bardzo nie odpowiadało temu, co myślał, kiedy patrzył na Fleamonta, chociaż... w zasadzie to naprawdę ciekawe, ile miał lat. Życie, jakie prowadził, na pewno odcisnęło na nim piętno. Postawił torbę obok tej Flynna i obejrzał się za nim, żeby złapać go za dłoń. Za obie dłonie. Oooch... on był taki słodki. Taki słodki. Taki kochany, tkai uroczyyy... Cain miał znowu to uczucie, że miał ochotę go wymiętosić. Udusić ze szczęścia. Zacisnął trochę mocniej palce na jego palcach, a potem uniósł jedną dłoń, żeby przesunąć palcami po jego linii włosów, po czole, po policzkach. Widział go tyle razy, a ciągle miał to poczucie, że mógł się uczyć go od nowa na pamięć i mu się to nie nudziło. W swoim charakterze stanowił taką zmienną, że nie potrafił przewidzieć jego ruchów, wyskoków. Tego, ile myśli ten człowiek mu poświęcał i jak kochane to było. Nic tylko powiedzieć coś, posłodzić, podziękować... powiedzieć cokolwiek! Może rozgoniłoby to te straszne myśli o śmierci, jakie miał w głowie. Tę interpretację, jaką nadpisał jego mózg. O miłości, o śmierci, że nie było jednego bez drugiego. Że całe to oczekiwanie, zaufanie, jakim kogoś obdarzałeś, musiała pójść na straty. Tyle rzeczy pod czarnym kołtunem włosów, do których się nie przyznawał... tyle myśli, które Cain chciał znać, tak sprytnie zaszyte pod słodyczą, jaką Flynn potrafił karmić - tak z ostrza noża, jak ze srebrnej łyżeczki.

- Flynn. - Przesunął dłoń po jego twarzy na jego szyję, na jego plecy, wsunął palce pod kołnierz. Zamknął palce na karku. - Czuję każdym kawałkiem ciała, jak bardzo ci zależy. - Mógł mówić, że w zasadzie niczego nie musi udowadniać - no, nie musiał. Ale to wydawało mu się teraz w zasadzie mało istotne. Bo co z tego, że mógł nie udowadniać, skoro to było takie miłe? Mógł nie, ale kiedy przez obie strony było to tak dobrze odbierane, to... czemu stawiać na to NIE? Dlatego nie było zaprzeczenia. Było pełne docenienie. Gestu, słów. Wszystkiego. - Ta miłość do ciebie rozpiera mi serce.



• • •
Sarkazm (rzeczownik) - środek przeciw idiotom. Dostępny bez recepty.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Cain Bletchley (14125), The Edge (15087)


Strony (5): 1 2 3 4 5 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa