Vladimir kazał mu zwiedzać okolicę, kiedy jego nie ma w domu. Kazał mu wychodzić jak najczęściej z domu, poznawać Dolinę, zwiedzać Londyn, może nawet poznać jakichś ludzi, a po powrocie sam zabierał bratanka w miejsca, które uważał za ciekawsze, lub ważniejsze do poznania. I Nikolai wychodził. Codziennie rano, po pierwszych oględzinach hipogryfów, przenosił się w okolice miejsc, o których wspominał mu stryj, przechadzał się ulicami, próbując zapamiętać jak najwięcej szczegółów danego miejsca i ciekawych rzeczy, które wpadały mu w oko, bo Vladimir lubił czasami przepytywać bratanka, czy przypadkiem go nie okłamywał i nie przesiedział całego dnia w domu, wgapiony w ścianę lub obraz.
Tym, co wywoływało u Vladimira niezadowolenie podczas wieczornych "sprawozdań" było to, że Nikolai nie nawiązywał żadnych nowych znajomości, chociaż w szkole i samej Rosji nie miał najmniejszych problemów z rozpoczynaniem rozmów, nieważne, kim ta druga osoba była. Rozmawiał ze starszymi osobami, z młodszymi, ze zwykłymi pracownikami, sprzedawcami, a nawet urzędnikami, z którymi współpracowali jego ojciec oraz starszy brat. Nie wstydził się również zagadywać magomedyków (a w szczególności Pań), gdy odwiedzał swoją matkę w szpitalu. Ileż to razy matka musiała go upominać, żeby nie przeszkadzał innym w pracy... Skąd więc wzięła się u niego nagle ta nieśmiałość?
Kol sam nie potrafił tego wytłumaczyć. Zawsze był towarzyską osobą, lubiącą otaczać się innymi ludźmi, którym poprawiał humor, albo którzy poprawiali humor jemu. Odkąd jednak przeniósł się do Anglii, a nie minęło od tamtego momentu wiele dni, nie potrafił się przełamać. Coś blokowało go przed podejściem do jakiejkolwiek osoby, wyciągnięciem ręki i przedstawieniem się, jak robił to do tej pory. Może chodziło o język? Co prawda Nikolai znał angielski w piśmie i mowie na tyle, że codzienna rozmowa czy załatwianie jakichś poważniejszych spraw nie stanowiło dla niego najmniejszego problemu. W wielu przypadkach był w stanie zrozumieć nawet angielski slang i kojarzył kilka ich powiedzieć, ale może chodziło o jego akcent? To specyficzne wymawianie słów, które Anglicy wymawiali z taką elegancją? Pomimo lat nauki nie był w stanie pozbyć się tego twardego akcentu, szczególnie przy wymawianiu "r" i "w", więc może to była ta przeszkoda? Jedna z czarownic, mieszkająca po sąsiedzku, zwróciła raz uwagę na jego "śmieszny sposób mówienia", przez który "nie zawsze potrafiła zrozumieć, co do niej mówił". Tak, to mógł być problem...
Powoli zbliżało się południe, kiedy Nikolai postanowił wrócić do domu. Ostatnim punktem jego dzisiejszej "wycieczki" były okolice miasteczka Little Hangleton. Vladimir niewiele mówił o tym miejscu, ucinając temat zawsze wtedy, gdy padała wzmianka o tym miejscu i z jakiegoś powodu krzywiąc się, gdy jego bratanek zadawał pytania. Więc tych pytań więcej Nikolai nie zadawał, ale miasteczko wydawało mu się ciekawym miejscem do zwiedzenia. Czy nie było to przypadkiem miejsce zamieszkania rodziny Gaunt? Ojciec wielokrotnie wspominał nazwisko tego rodu, jako niegdyś bardzo szanowanego nie tylko przez utrzymywanie czystej krwi przez wiele pokoleń, ale również ich powiazanie z samym Salazarem Slytherinem. Niestety, poza tym, Nikolai nie wiedział o Gauntach nic więcej. Nie powstrzymało go to jednak przed odwiedzeniem Little Hangleton.
Nie spędził tam dużo czasu, raczej pobieżnie rozglądając się po okolicy, nim więcej ludzi wyszło ze swoich domów. Oddalił się od miasteczka i już chciał deportować się do Doliny Godryka, gdy w jego oczy rzucił się niepozorny krzew, rosnący pośród innych krzewów. Nie przypominał on żadnej rośliny, którą widział do tej pory, ani żadnej, o której opowiadała mu matka, gdy pokazywała mu swoje szkolne podręczniki (w tamtych momentach żałował, że chłopcy w jego szkole nie byli nauczani zielarstwa. Była to bardzo ciekawa dziedzina, podobnie jak wróżbiarstwo). Krzew nie wyróżniał mocno się pośród pozostałej roślinności, ale było w nim coś przyciągającego. Wydawał się trochę... Nie na miejscu. Jakby to nie był kawałek ziemi, na którym powinien rosnąć. W którym powinien zapuszczać swoje korzenie i wyciągać swoje gałązki i kwiaty. Taki nie na miejscu. Otoczony przez inne rośliny, ale...
Samotny...
-To chyba nie jest najlepsze dla ciebie miejsce, co? - mruknął, kucając przed krzewem.
W okolicy nie widział nikogo, więc nie musiał się martwić, że ktokolwiek uzna go za dziwaka. A nawet, gdyby ktokolwiek go tu zobaczył, czy ktokolwiek go znał? Ktoś mógłby kojarzyć nazwisko jego ojca, zagranicznego aurora, lub wuja, przyjaznego magizoologa z sąsiedztwa Doliny Godryka, ale jego samego? Nikt go nie znał. Nikt nie znał jego imienia, jakby świat podzielony był na wszystkich i jego, z granicą, której nikt nie mógł, a może nie chciał, przekroczyć.
Roślina, oczywiście, nie odpowiedziała, ale to młodzieńcowi nie przeszkadzało. Nie przeszkadzała mu cisza, przynajmniej przez pierwsze kilka sekund, po których przyszły niewygodne w tej chwili wspomnienia.
Tęsknił za Rosją. Tęsknił za szkołą. Tęsknił za swoimi znajomymi, z którymi kontakt urwał się zaraz po zakończeniu edukacji, i tęsknił za tymi, których imion nie pamiętał. Brakowało mu tej pewności siebie, którą miał w Moskwie. Tej pewności siebie, która pozwalała mu zbliżyć się do drugiej osoby, rozpocząć i poprowadzić rozmowę i przez dłuższy lub krótszy czas utrzymać tę znajomość.
Brakowało mu ludzi, którzy śmiali się z jego żartów, którzy sami je opowiadali, z którymi toczył pojedynki lub po prostu trenował zaklęcia. Brakowało mu ludzi, którzy przychodzili do niego, by spędzić z nim swój czas, nie po to, by spytać, kiedy jego stryj ma czas i będzie mógł do nich zajrzeć, bo z ich zwierzątkiem coś było nie tak. Tęsknił za ludźmi, którzy przychodzili do niego, a nie do jego ojca bądź starszego brata, bo mieli jakąś ważną, urzędową sprawę. Westchnął cicho. Kiedy zaczął tak tęsknić za ludźmi?
Podniósł prawe ramię i kichnął niespodziewanie, chowając twarz w łokieć. Podnosząc twarz, skrzywił się, czując irytujące łaskotanie w nosie i nieprzyjemne drapanie w gardle. Dziwne... Brał pod uwagę, że roślina mogła wypuszczać pyłki, ale nigdy dotąd nie reagował na nie w żaden sposób. Rozejrzał się podejrzliwie, ale nie zauważył również w okolicy żadnego Pufka, na które faktycznie miał uczulenie. Zaczynało robić się dziwnie, a to oznaczało, że nastała najwyższa pora, by wrócić do domu.
Dolina Godryka jeszcze nigdy nie wydawała się tak... Opuszczona. Niedawno minęło południe, ale na uliczkach nie było nikogo, w sadach również i w żadnym z okien nie paliło się światło. Cisza i spokój, jakby wszyscy w jednej chwili postanowili spakować cały swój dobytek i wynieść się z wioski.
Wzdrygnął się, czując otaczający go chłód, i zamknął za sobą bramkę.
Hipogryfy wciąż miały czyste pióra i same znajdowały sobie zajęcie, by się nie nudzić, a samą zagrodę posprzątał z samego rana i stado nie zdążyło jej jeszcze pobrudzić, więc przyniesienie im jedzenia było jedyną rzeczką, którą Nikolai musiał zrobić w zagrodzie na ten moment. Posiedział jeszcze chwilę z nimi, nie bardzo mają w głowie jakikolwiek pomysł na zajęcie sobie czasu, ale siedzenie i gapienie się na ganiające się hipogryfy nie nadawało się na dłuższe zajęcie. Nieważne, jak wielką miłością można było pałać do magicznych zwierząt, nie były one idealnymi towarzyszami dnia wolnego, jeżeli nie potrafiły mówić. Nawet kuguchary i lunaballe, choć tak urocze i przyjazne (o ile udało się je oswoić), mogły jedynie pozwolić się przytulić i poprawić humor swoim mruczeniem, ale nie potrafiły zastąpić człowieka, do którego można było otworzyć usta.
Porozmawiać. Pośmiać się. Po prostu z nim być.
Nikolai wrócił do domu.
Ciepła herbata była tym, co zazwyczaj pomagało, gdy humor z jakiegoś powodu nie dopisywał, gdy niskie temperatury nie pozwalały ciału się zrelaksować, lub chciało się na dłużej zatrzymać towarzysza rozmów. Więc Nikolai siedział, z tym cholernym kubkiem gorącej herbaty, na podłodze w swoim pokoju, przy otwartych drzwiach. Jego pokój, nieduży w metrażu, zdawał się go dusić, gdy tylko zamknął drzwi, ale gdy je otworzył, nagle poczuł się tak bardzo mały, zamknięty w ogromnym budynku (choć dom Vladimira wcale duży nie był).
Jego dłonie drżały, zaciśnięte na ciepłym kubku. Kuło go w piersi. Coraz trudniej mu się oddychało, a serce boleśnie obijało się o żebra. Coś było nie tak...
Gdzie byli wszyscy?
Dlaczego było tak cicho? Dlaczego nie słyszał niczyich kroków? Dlaczego nikt nie rozmawiał?
Miał ochotę cisnąć tym cholernym kubkiem o ścianę, ale zamiast tego odstawił go i powoli podniósł się z podłogi, podpierając ręką o ramę łóżka. Musiał wyjść. Musiał stąd wyjść.
W głowie mu zawirowało, nogi ugięły się pod nim. Dlaczego tak go bolało? Co się z nim działo?
Potrzebował pomocy. Chciał krzyczeć. Chciał wrzeszczeć. Chciał, żeby ktoś go usłyszał. Żeby ktoś się pojawił i mu pomógł.
Nie mógł wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Jego głos uwiązł w gardle, a podstępny głos śmiał się prosto do jego ucha.
Jesteś sam... Nikogo tu nie ma... Nikt cię nie usłyszy... Nikt nie przyjdzie...
Dlaczego? Dlaczego nikogo nie było?
Gdzie byli? Gdzie ON był? Co to było za miejsce? Dlaczego tu był?
N-nie... Nie... To nie działo się naprawdę... Nie mogło...
Przecież... Przecież jeszcze przed chwilą był w salonie... W swoim rodzinnym domu... Ze swoją rodziną...
Pamiętał... Ojciec coś mówił... była tam matka... I brat... Nie było skrzatów... Bliźniaki chowały się za zdobioną balustradą schodów... Ojciec do niego mówił... Nie, on krzyczał... Krzyczał i...
Wypalił jego portret na rodzinnym gobelinie...
Wypalił?
Wypalił...
Wypalił?
...Nie był pewien...
Nie mógł oddychać. Dusił się. Bolała go klatka piersiowa. Kręciło mu się w głowie.
Co się z nim działo?
Dźwięki z trudem do niego docierały. Cienie majaczyły przed jego oczami, kształty zlewały się w kolorową, ruchomą plamę.
Znowu dźwięki... Tyle dźwięków... Ktoś do niego mówił... Ktoś wołał...
Nieomal wrzasnął, gdy coś na niego naparło. Zakleszczyło się. Zamknęło go.
To coś podniosło go. Oparło o siebie. Kołysało nim, jak dzieckiem. Do przodu, do tyłu. Do przodu. Do tyłu. Mówiło do niego, prosto do jego ucha.
Vladimir?
Tak, to był Vladimir. To był jego stryj. Rodzina. Znajoma osoba... Ktoś...
-Już dobrze... Ćśśśś... Już wszystko w porządku... Oddychaj, Nikki...
Jego ręce wciąż drżały, gdy paznokcie wbijały się w nagą skórę na przedramieniu Vladimira, zamykającemu go w ciasnym, niedźwiedzim uścisku.
-Już dobrze, Nikki... Jesteś bezpieczny... Jestem tu... Wdech i wydech... Powtarzaj za mną...
Klatka piersiowa Vladimira, osłonięta miękkim materiałem koszuli, podnosiła się i opadała za jego plecami, a im mocniej rzeczywistość przebijała się przez panikę, tym wyraźniej czuł ten ruch i podświadomie starał się go powtarzać.
Wdech... Wydech... Wdech... Wydech...
Wdech. I wydech. Wdech i wydech...
Powoli zawroty głowy ustępowały. Dzwonienie w uszach cichło, rozszalałe serce zwalniało swój rytm... Wciąż było mu gorąco.
-Jesteś bezpieczny... Jestem tu... Spokojnie... Wszystko jest w porządku - Vladimir wciąż do niego mówił.
Dlaczego to się stało? Dlaczego czuł się taki... samotny?
Opuszczony...
Jego palce rozluźniły uścisk na ramieniu Vladimira. Na skórze zostały półksiężyce, zostawione przez jego krótkie paznokcie.
Vladimir jeszcze chwilę go trzymał, dopóki Nikolai się nie uspokoił i sam nie odsunął się od niego. Sięgnął po kubek ze stygnącą herbatą i podał go bratankowi. Nikolai musiał się napić.
-Wszystko w porządku? Jak się czujesz?
-W-w porządku...
Vladimir tu był. Był przy nim. Naprawdę. To nie była jego wyobraźnia. Vladimir tu był. Był z nim. Nikolai nie był sam.
Dlaczego nagle poczuł się taki samotny? Skąd ta panika? Przecież nie pierwszy raz Vladimir wcześnie wychodził i późno wracał do domu. To nie był pierwszy raz, gdy Nikolai był sam, ale nigdy dotąd nie ogarniała go panika i to beznadziejne uczucie porzucenia.
Dlaczego więc tego dnia było inaczej? Co było nie tak?
Zacisnął palce na kubku.
Czy to przez ten cholerny krzak?