• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
« Wstecz 1 … 3 4 5 6 7 … 9 Dalej »
[popołudnie, 01/07/1972] Panie Kierowniku...

[popołudnie, 01/07/1972] Panie Kierowniku...
Czarodziej
Less colours but still colorful
wiek
21
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Klątwołamacz
Średniego wzrostu (174 cm), lekko umięśniony. Włosy ma w kolorze ciemnego brązu, zazwyczaj schludnie ułożone, z opadającymi na oczy w barwie orzecha laskowego kosmykami. Nos ma lekko zadarty, na słońcu wychodzi mu te kilka piegów, zdobiących jego policzki.

Jessie Kelly
#1
19.06.2024, 14:32  ✶  
Zadanie Miesiąca Równości 1/5

Zakończyć ten dzień. Po prostu wyjść i wziąć głęboki wdech na świeżym powietrzu. Załatwić wszystkie pozostałe sprawy, które odkładał przez ostatnie kilka dni, bo nie są one na tyle ważne, by świat się miał zawalić, jeśli załatwi je następnego dnia. Wrócić do domu. Zjeść coś na szybko. Umyć się. Zamknąć się w pokoju (!), przycisnąć poduszkę do głowy, zamknąć oczy i po prostu zasnąć.

Tak, mniej więcej, układał się plan na resztę dnia Jessiego, który tego dnia miał wyjątkowo kiepski humor. Czym było to spowodowane? A kto tam wie? Może wstał lewą nogą? Może uderzył się o coś z samego rana i nawet o tym nie pamięta? A może jego siostra albo mama zajęły łazienkę na tak długo, że sam musiał ogarnąć się w tempie ekspresowym, a i tak omal nie spóźnił się do pracy? A może był to po prostu jeden z tych dni, w których grawitacja ściągała z człowieka całą wyprodukowaną przez organizm endorfinę i ziemia ją wchłaniała, jakby miało to pomóc jej wybić się spomiędzy tych wszystkich sklepików, innych budynków i rzeźb, zostawiając człowieka markotnym i niemiłym dla każdego, kto ośmielił się spojrzeć w jego stronę? Energia tego dnia była wyjątkowo kiepska, ludzie byli niemili, gobliny były niemiłe - wszystko było po prostu na NIE!

Przyszedł jednak koniec jednej męczarni, czyli pracy. Zostało jeszcze multum innych męczarni, ha ha! Ugh...

-Przepraszam - odezwał się cichy głosik po jego prawej stronie, skąd dotarł do niego również niezbyt przyjemna woń i równie nieprzyjemny widok człowieka, którego z całą pewnością widzieć tego dnia nie chciał. -Poratowałbyś mnie może kilkoma syklami, chłopcze? Albo chociaż jednym... Od kilku dni nie miałem nic w ustach.

Żebrak. Wprost cudownie. Skąd w ogóle na Pokątnej żebracy? Przypałętał się z Nokturnu?

No cóż, czasami trzeba było wspomóc drugiego człowieka, nawet jeśli było to sprzeczne z jakimś Kodeksem Moralnym (nieważne, że ten coraz częściej potrafił nałożyć słomiany kapelusz i wyjechać na Hawaje), albo z jakimiś jednorazowymi przemyśleniami. Jessie wsunął dłoń w kieszeń płaszcza, wyciągnął z niego kilka srebrnych monet, które z pewnością mogły wystarczyć biedakowi na konkretny posiłek w jakiejś pobliskiej jadłodajni, podał je mężczyźnie (uważając przy tym, żeby przypadkiem nie dotknąć bezpośrednio jego dłoni) i odmaszerował, zanim mężczyzna zdążył powiedzieć do niego cokolwiek więcej.

Czy Jessie uważał się za dobrego człowieka? Za prawego mężczyznę, dla którego Miłość, Przyjaźń i Sprawiedliwość były najważniejszymi cechami, kierującymi każdym życiem? Nah! Nie uważał się ani za dobrego, ani za złego. Po prostu był i starał się żyć tak, by nie przyciągać niepotrzebnych kłopotów, by nie kłopotać (za bardzo) matki, by siostra nie musiała się o niego martwić i gdyby nastały naprawdę ciężkie czasy, by mógł otoczyć swoją rodzinę opieką, jako najstarsze dziecko swoich rodziców. Czy wierzył w Sprawiedliwość? W Równość? Nie bardzo... Prawo, obowiązujące w świecie czarodziejów i mugoli może i próbowało bronić sprawiedliwości, dociekać prawdy i walczyć w sprawie uciśnionych, ale czy można było powiedzieć, że Prawa zwyciężała za każdym razem, winni ponosili karę i każdy był równy wobec zasad, które przewidywały karę lub nagrodę? Nah, w to by nie uwierzył, nawet gdyby nestorzy najstarszych rodów czystej od pokoleń krwi nagle ogłosili, że ich rodziny otwierają się na zmiany i zaczną popierać miłość swoich potomków z mugolami lub czarodziejami mugolskiego pochodzenia. To nie działało w ten sposób.

Swoją drogą - Żebracy. Ciekawe, ale również niepokojące zjawisko. Również ludzie, którzy próbowali po prostu przetrwać. Ludzie, którzy utracili niemal wszystko, zostając jedynie w tym, co mieli na grzbiecie. Biedacy, szukający pomocy u ludzi z dobrym sercem, przemieszczający się wszędzie tam, gdzie jeszcze ich nie wygnano.

Jak wielu z nich faktycznie utraciło swoje domy i rodziny przez niesprawiedliwość losu? Przez wypadki? Nie z własnej winy?

A jak wiele z nich straciło wszystko, bo sami sobie na to zasłużyli? Jak wielu z nich postanowiło oddać swoje życie i cały dobytek butelkom taniego alkoholu? Nikłym szansom przytulenia góry galeonów w kasynach? Narkotykom albo szemranym interesom z podejrzanymi typkami, bo ktoś obiecał im gwiazdkę z nieba?

Jak można było odróżnić tych, którym należało podać pomocną dłoń, od tych, którzy własnymi decyzjami zgotowali sobie taki los?

Kieszeń mu nie zelżała od braku kilku sykli, ale na ramionach czuł ciężar. Ludzi mijał niewielu, ale każdy z nich, gdyby tylko odwrócił się w jego stronę, mógłby zobaczyć zaciśniętą szczękę, drgający lekko kącik jego ust i trochę zbyt nerwowy krok. Ściany nie zbliżały się, by go zgnieść, ale czuł się osaczony. I to go irytowało.

-Chcesz czegoś ode mnie? - spytał, zatrzymując się i odwracając na pięcie, gdy wraz ze swoim "cieniem" skręcił w mniej obleganą uliczkę.

Żebrak, ten sam, któremu wcześniej dał kilka srebrnych monet, zatrzymał się równie gwałtownie i przyciągnął brudne ręce pod brodę, jak surykatka, którą zauważył drapieżnik.

Słowa, które z siebie wypluwał, były raz za ciche, raz za głośne, niewyraźne i nie składały żadnego sensownego zdania i nie minęło nawet pięć minut, od momentu, w którym otworzył usta, a Jasper poczuł irytujące pulsowanie w skroni. To zdecydowanie nie był dobry dzień, by jeszcze użerać się z bezdomnymi. Dał mu przecież pieniądze. Czego ten typ jeszcze od niego chciał?

-Dość, skończ już mówić - powiedział, zaciskając palce na grzbiecie swojego nosa. -Nie mam pojęcia, czego ode mnie chcesz i absolutnie mnie to nie obchodzi, więc wróć tam, skąd przyszedłeś i przestań za mną łazić.

-A-ale...

-Dałem ci pieniądze, więc sobie już idź. Mam lepsze rzeczy do roboty, niż użeranie się z tobą.

Według Jessiego powiedział więcej, niż była potrzeba i to powinno wystarczyć przybłędzie, by zrozumiał, że nie dostanie już od chłopaka nic, nieważne, jak długo by go prosił. Jasper odwrócił się na pięcie i wciskając dłonie głęboko w kieszenie płaszcza, ruszył szybszym krokiem w stronę jednej z bram. Lepiej było tego nie przeciągać, póki ostały się resztki spokoju.

Żebrakowi najwidoczniej nie spodobało się, że ktoś, kto miał dach nad głową, najprawdopodobniej pracę, czyste ubrania dobrej jakości i z całą pewnością więcej pieniędzy, niż powinien, zdaniem niektórych, mieć, traktował go, jak robaka. Kolejny Wielki Pan, który sypnie dwoma knutami albo syklem (nigdy galeonem) i myśli, że jest zbawcą świata, bo dzięki niemu jakiś nic nieznaczący żebrak może przeżyje o jeden dzień dłużej i może uda mu się kupić coś do zjedzenia w jakimś tanim barze.

-Dlacze- Czekaj! Po prostu mnie wysłuchaj!

Jessie nie chciał go słuchać. Nie chciał z nim dalej rozmawiać. Dlaczego ten facet musiał się go uczepić? Przecież dał mu pieniądze! Tymczasem żebrak najwidoczniej nie miał zamiaru odpuścić i na tyle szybko, na ile pozwalały mu zmizerniałe mięśnie i wyniszczona zaniedbaniem kondycja, pobiegł za młodziakiem i sięgnął dłonią do jego jasnego, z pewnością drogiego płaszcza.

Jaspera jakby uderzył piorun. Naciskające na jego ramię palce zostawiły po sobie niewidoczny ślad, który fizycznie nie był odczuwalny, ale tam był, paląc, jak żrący kwas. Chyba nawet widział na materiale ciemne plamki brudu, zostawione przez żebraka.

-Nie waż się mnie dotykać! - zawołał, odpychając od siebie mężczyznę.

Żebrak cofnął się, zaskoczony i wystraszony podniesionym tonem, podczas gdy Jessie zaczął otrzepywać swoje ramię, krzywiąc się, bo wciąż czuł na ramieniu brud. To był jego ulubiony płaszcz!

-Cz-czemu... Dlaczego mi po prostu nie pomożesz! Jestem takim samym człowiekiem, jak ty! Czym niby zasłużyłem sobie na takie traktowanie!

-Czy możesz po prostu się zamknąć i przestać marnować mój czas?

-Chłopcze, lepiej zastanów się nad sobą. Nad tym, jak traktujesz innych. Kiedyś byłem taki sam, jak ty. Patrzyłem na wszystkich z góry. Czułem się lepszy, bo miałem pieniądze!

-Nie potrzebuję moralnej przemowy!

-Oj, kiedyś jeszcze tego pożałujesz! Spójrz w lustro, chłopcze! - żebrak również podniósł głos. -Czym różnisz się ode mnie? Ty i ja jesteśmy ludźmi! Tylko dlatego, że trochę ci się poszczęściło, bo mamusia i tatuś dają ci pieniądze, których nawet sami nie zarobili, nie czyni cię w żaden sposób lepszym!

Jessie w jednej chwili znieruchomiał. Żebrak dalej mówił, wrzeszczał, machał rękami i śmierdział, ale to już nie miało znaczenia.

Czy on właśnie powiedział, że jego rodzice, jego matka i nieżyjący już ojciec, byli pasożytami, żerującymi na rodowych skarbcach? Jego ojciec, który był mugolakiem i był najmilszą osobą, jaka stąpała po tym świecie? Jego matka, Zdrajczyni Krwi, która musiała uciec za ocean (w wielkim stylu, wywołując skandal i paląc za sobą wszystkie mosty), by poślubić mężczyznę, którego kochała i któremu dała dzieci? Czy on właśnie zasugerował, że Jessie, odbywający staż w Banku Gringotta, i jego bliźniacza siostrzyczka, stażystka w Ministerstwie Magii, byli rozpuszczonymi bachorami, którym wszystko podawano na srebrnej tacy?

Opuścił powoli ręce, wziął głęboki wdech i zbliżył się do żebraka, który cały czas trajkotał, ale z każdym kolejnym krokiem, który zbliżał do niego młodego chłopaka, zaczął gubić słowa i coraz bardziej się kulić. Może jednak powiedział o parę słów na dużo...

-Powiedz jeszcze jedno słowo o moich rodzicach i nie ręczę za siebie - nie, to nie było zastraszenie.

Nie próbował go zastraszać, jedynie ostrzegał, żeby ten nieudacznik zaczął myśleć, zanim otworzy usta.

Czy mu się udało, czy nie, nie miało teraz większego znaczenia, bo Jessie nie miał nawet zamiaru czekać na odpowiedź ze strony żebraka. Ostatni raz otrzepując rękaw, odwrócił się i wreszcie wyszedł z tej cholernej uliczki, wciąż skrzywiony przez nerwy, uczucie brudu na ramieniu i smród, który z pewnością będzie jeszcze czuł, dopóki nie wróci do domu i nie weźmie długiego prysznica.

Dlaczego ten dzień musiał być tak wkurzający?


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Jessie Kelly (1526)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa