Stanley Andrew Borgin
Odkąd Stanley poznał własnego ojca, jego życie nabrało kolorów - dobrych, złych, bez znaczenia. Liczyło się tylko to, że Robert miał ostro nasrane we łbie. To mogło też bardzo wiele tłumaczyć dlaczego Borgin jest właśnie taki, a nie inny - taki, znaczy jaki? Mógłby się nad tym zastanawiać i zapewne znalazł by jedną czy drugą odpowiedź. Nie było to jednak najważniejsze tego dnia.
Kiedy to poczciwy, stary Mulciber biesiadował sobie we Francji wraz ze swoją szanowną małżonką, którą zwano Lorien, Stanley rozwiązywał sobie krzyżówkę w najlepsze. Najpewniej zignorowałby ten list, ale Francis przyszedł i powiedział, że jego nadawcą jest nie kto inny, jak Robercik we własnej osobie. Nie mając innej możliwości, odłożył krzyżówkę na bok i czym prędzej zabrał się za lekturę.
Staremu się skrzaty skończyły? A pomyśleć, że miał ze sobą dwa Na całe szczęście porównanie pani Lorien było tylko w myślach i takim niewinnych żarcikiem, ponieważ była najniższą, ale najbardziej szanowaną osobą w Ministerstwie, jaką udało mu się kiedykolwiek poznać. Zresztą to było mordercze półtora metra.
Pomyśleć, że kiedyś paradowali sobie na kawkę, śmiali się z tych przygłupich skazanych czy współpracowali w różnych sprawach, a na końcu zostali rodziną. No patrzcie państwo, cóż za zbieg okoliczności.
Teraz mogli pić kawkę na wspólnych śniadaniach. Oczywiście - tylko - pod warunkiem, że Robert akurat łaskawie miał go zaprosić. Na to wpływu jednak nie miał, chociaż ostatnie śniadanie dało mu do zrozumienia, dlaczego powinien się cieszyć z faktu, że mieszka samemu w Głębinie.
Stanley odpisał i zrozumiał, że dostał bojowe zadanie od ojca. Po raz kolejny. Na całe szczęście, tym razem, nie musiał zanosić żadnego prezentu dla Harper Moody. Co więcej, wszystko wskazywało, że miał de facto wysłać prezent do Roberta. Musiał po prostu pójść i zarekwirować skrzata. Takie proste, a jednak skomplikowane.
Dlaczego skomplikowane? Pewnie dlatego, że Borgin zdążył najpierw poinformować Richarda o swojej wizycie, a dopiero później usłyszał demoniczne podszepty Roberta, Lorien i Alexandra, którzy mówili mu jedno - zrób to. Oczywiście chodziło im tylko i wyłącznie o to, aby poszedł i tego skrzata zajumał. Pomyśleć, że Stanley chciał porozmawiać o tej sprawie z Rickiem i jakoś się dogadać, a wręcz ustalić jakieś szczegóły pożyczenia Belenosa. W końcu miał pojechać do Francji tylko na kilka dni. Richard - jako doświadczony Auror - na pewno da sobie radę z bandą dzieci. Niech im po prostu zrobi jakichś naleśników czy innych płatków z mlekiem - muszą po prostu przeżyć.
Kiedy już pogodził się z tymi faktami, dając się nakłonić tym niewidzialnym demonom, zastanawiał się nad tym czy nie mógłby po prostu anulować wizyty u Richarda. Trochę jak u lekarza. Napisałby, że źle się czuje czy coś. W takim obrocie spraw, Rick, nie podejrzewałby go o to, że to właśnie Stanisław Andrzej dokonał aktu uprowadzenia skrzata. Dobra, kogo ja próbuję oszukać. Od razu się kurwa zorientuje
Na ułamek sekundy się nawet przejął, a następnie stwierdził, że chuj, raz się żyje. Pomysł został zatwierdzony przez trzyosobową komisję w składzie: Stanley, Andrew i Borgin. Wszyscy byli zgodni, aby przedsięwziąć tę ekspedycję.
Każdy wiedział, że przed wyruszeniem w drogę, należy zebrać drużynę, dlatego próbował nakłonić Francisa do tego, aby mu pomógł - bezskutecznie. Poczciwy Frantisek wolał się nie mieszać w żadne porwania, wszak preferował dożyć w spokoju emerytury, a nie bawić się w "poważnego" mafioza. Cóż, twoja strata. Tak też przecież było! Później będzie żałował jak cała misja zakończy się sukcesem i wszelki splendor spadnie na barki Borgina. Co on wtedy zrobi z tą całą sławą?
Nic. Nie mając nic ciekawszego do roboty o poranku, dokończył kawkę i krzyżówkę, przywdział swoje odzienie i legendarny płaszcz, a następnie ruszył. Ruszył do swojego rodzinnego domu, a w wewnętrznej części płaszcza miał worek, który miał posłużyć jako tymczasowe miejsce zamieszkania skrzata.
Po niedługim czasie dotarł do kamienicy Mulciberów. Rozejrzał się wokół, upewniając, że nikt nie będzie świadkiem tego zacnego aktu. Nie potrzebował żadnych gapiów. To była szybka operacja - wejście, uprowadzenie, wyjście. A może powinien zostawić grzecznościowy list do Ricka? Tylko co powinien w nim napisać? Serdecznie dziękujemy za pożyczenie skrzata. Porywacze? Nie, to nie brzmiało dobrze. Wyjechałem na wakacje do Francji. Skrzat To też nie było jakieś szczególnie bystre i logiczne. Robert kazał mnie zajebać, więc poddałem się jego woli To ostatnie akurat brzmiało najlepiej, ale Stanley nie zdecydował się na żaden list. Wierzył, że wuj zrozumie potrzebny swojego ojca i jakoś to będzie. No cóż, przynajmniej miał takie wrażenie. No przecież Richard się nie wkurwi, prawda?
Pewnym krokiem podszedł do drzwi i zapukał. Nie musiał jakoś długo czekać na to, aż usłyszy skrzątanie za drzwami. Takie małe, ciche i powolne. Tak, to musi być on Pokiwał głową do samego siebie, sięgając po worek z płaszcza. No chodź tu zajączku Dodawał sobie otuchy, przedstawiając się samemu sobie w roli myśliwego. Belenos był jak ten zajączek, a Stanley prowadził go do swojej pułapki... znaczy wywoływał go do pułapki. Mniejsza o to - wszyscy wiedzieli o co chodzi, a nawet jeżeli nie wiedzieli, to Borgin wiedział i tyle wystarczyło.
- Dzień dob... - skrzat spróbował się przywitać, ale nim zdążył dokończyć swoje zdanie czy zorientować się w tym, co się akurat dzieje, znajdował się już w worku Borgina. Wpadł w pułapkę, tak jak to sobie zakładał jego porywacz tymczasowy właściciel, a raczej przewoźnik.
- Dobry, dobry. Nie wrzeszcz, ani nic nie rób. Robert Cię potrzebuje i niedługo u niego będziesz - przywitał się z Belenosem, komunikując mu jego przyszły los. Nie zrobił mu krzywdy, a jedynie zdecydował się na nietypowy sposób przetransportowania skrzata między Wielką Brytanią, a Francją.
Cała operacja poszła bardzo sprawnie i szybko. Kiedy worek wylądował na plecach, a drzwi od domu zostały przymknięte, Stanley odwrócił się na pięcie i czym prędzej ruszył w bliżej sobie znanym kierunku. Oczywiście powracał do Głębiny, ponieważ miał już ofiarę, ale jedno nadal było niewiadome - Jak się kurwa wysyła skrzaty przez morze?
To pytanie trapiło Borgina przez całą drogę powrotną do domu.
Francis, kiedy usłyszał pytanie o transport skrzatów przez kanał La Manche, złapał się za głowę i spojrzał na Stanleya z niedowierzaniem. Pewnie chciał nawet coś powiedzieć, ale jedynie rozłożył ręce z bezsilności i ciężko westchnął. Spodziewał się po nim niewiele, chociaż dzisiejszy dzień mu pokazywał, że powinien spodziewać się jeszcze mniej, wszak jego pracodawca był nieobliczalny.
Nie czekając specjalnie długo, czym prędzej, napisał list do swojego ojca wraz z tym jakże trudnym pytaniem. W końcu to skrzat miał zostać wysłany do niego i powinien mu udzielić jakiegoś protipa. Podać jakiś numer skrytki w paczkomacie czy inny punkt odbioru, aby kurier DHLu mógł go bezpiecznie odstawić.
Zapewne wiele osób mogłoby się zastanawiać czym był ten cały DHL. Stanley też to robił, ale Frantisek mu kiedyś opowiadał, że miał znajomego, a on miał przyjaciela i był tam jeszcze taki kolega Paweł. W wielkim skrócie - nie miał zielonego pojęcia, ale brzmiało to dobrze. No i jakieś czerwone logo - coś wspaniałego!
List został napisany i wysłany, a Borgin siedział, będąc dumnym z siebie. Czuł, że te demony - Robert, Lorien i Alexander - które go podjudziły, były teraz spełnione. W głębi duszy miał jednak przeczucie, że nie powinien tego robić. Cóż. Prawda była taka, że nie powinien był robić bardzo wielu rzeczy w swoim życiu, a jednak je zrobił. Jak to mówiło przysłowie - mleko już rozlane i nie ma co płakać... czy jakoś tak, chociaż nikt mleka nie rozlał, a Mulciber to nawet z tym mlekiem wrócił.
Coś jednak musiał na razie zrobić z Belenosem, więc posadził go po prostu na kanapie i kazał mu siedzieć. Może nie było to zbyt ambitne zadanie, ale co innego miał mu dać do roboty? Krzyżówkę? Bez szans! Krzyżówki były dla właściciela tego lokalu o profilu usługowo-gastronomiczno-przestępczym. Nie po to miał prenumeratę, aby musiał się teraz tym dzielić.
Odpowiedź na list przychodziła bardzo długo. To miała być szybka akcja przecież. Po pierwsze porwanie. Po drugie wysyłka. Po trzecie koniec problemów. Niestety zatrzymali się na punkcie drugim, ponieważ dalej była to jedna, wielka niewiadoma.
Ale Stanley nie miał zamiaru czekać. Przyglądał się rzeczom w swoim magazynem, sprawdzając czy Belenos się w nie przypadkiem nie zmieści. W teorii chyba nie mógł wysłać skrzata jako list, a może powinien był? Tylko czy sowa by się przypadkiem nie zamęczyła? Istniała taka szansa, a nie chciał przecież przemęczać swojej Kelpiea. Skoro to Robert chciał Belenosa u siebie, niech wyśle swoją sowę po odbiór albo niech poda jakiś mądry pomysł jakby mógł go przetransportować.
Francis, widząc, że Stanley nie bardzo wie, co może zrobić ze skrzatem, zabrał go do kuchni. Pojedynczy klienci się schodzili i zamawiali jakieś strawy, a to zawsze była jakaś pomoc dla barmana. Z drugiej strony było to też lepsze towarzystwo, niż Borgin, który rzucał kurwami pod nosem, ponieważ wymyślona odpowiedź do krzyżówki, po prostu nie pasowała. Pech i tyle.
Teraz, kiedy miał już spokój od Frantiska i Belenosa, zaczął się zastanawiać nad rozszerzeniem swojego biznesu. Porywanie skrzatów... To brzmiało jak całkiem niezły plan na przyszłość. Pojawiało się tylko jedno pytanie - jak bardzo dochodowe do było... i czy w ogóle było.
W takim wypadku powinien był chyba wciągnąć w ten biznes Mewkę, która sama była chyba jak ten skrzat. Ile ona miała tam tego wzrostu? Ostatnio coś chyba nawet podrosła, chociaż i to pamiętał jak przez mgłę. Z drugiej zaś strony, wolał jej nie denerwować po ostatnim Chińskim Cesarzu.
Tym jednak miał się martwić jutrzejszy Stanley. Tak samo jak tym, że Richard to raczej miał zamiar się wkurwić, a nie roześmiać do łez i powiedział, że dał się nabrać. Niestety - to nie był żart.
Tego jeszcze nie wiedział i miał się dopiero o tym przekonać. Nie tylko on. Robert też. Cóż - jaki ojciec, taki syn.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972