• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja Horyzontalna v
1 2 3 4 5 … 11 Dalej »
[Jesień 72, 9.09, po północy] Un bon médecin est un médecin vivant

[Jesień 72, 9.09, po północy] Un bon médecin est un médecin vivant
Le Comte
Clair-Obscur
Trouble de rature, courbera Eiffel.
wiek
32
sława
II
krew
czysta
genetyka
metamorfomag
zawód
Uzdrowiciel
188 cm wzrostu, jasne włosy, oczy błękitne jak niebo latem. Zazwyczaj ubrany elegancko, w biel łączoną czasem z chmurną szarością. Jak jest Émile'em Mulciberem, w jego głosie wybrzmiewa francuski akcent.

Émile Mulciber
#1
02.08.2026, 20:25  ✶  
Spalona Noc, po północy
Aleja Horyzontalna

– Proszę mocno trzymać gazę i powoli oddychać, bien? – Już któryś raz tej nocy powtarzał to zdanie. Kolejny opatrunek, kolejne rany, rozharatane i zabrudzone popiołem. Trudno było o sterylne środowisko, gdy jego drobinki lepiły się do wszystkiego. Przez to Émile musiał zająć się kilkoma oparzeniami. Zaklęcia chłodzące wypowiadał już niemal machinalnie. Pęcherze go nie przerażały, krew tylko wtedy, gdy było jej za dużo. Jednemu nie dał rady pomóc. Nieznajomy mężczyzna, mocno starszy, zapewne z chorym sercem. Masaże i impulsy przesyłane zaklęciami elektryfikującymi nie pomogły. To nie był pierwszy trup, którego widział Émile. Nie pierwszy człowiek, którego nie dał rady uratować. A jednak, to zawsze bolało. Rozpaczliwe uciski klatki piersiowej, te starania, by jednak pojawił się puls, nawet najsłabszy oddech. Poczucie przytłaczającej klęski. Niesprawiedliwości. Śmierć stanowiła fakt, z którym trzeba było się pogodzić. Każdy medyk musiał przyswoić sobie jej istnienie. Nie każdego da się uratować, ludzie nie żyją wiecznie. To jednak było coś innego.
Ten człowiek mógłby pożyć jeszcze kilkanaście lat. Mógłby zrobić tak wiele. A zabrano mu tę szansę. Wszystko przez kaprys szaleńca i jego zwolenników.

Émile uważał, że dobrze funkcjonujące społeczeństwo było jak organizm. Jedne narządy sprawowały władze, inne wspomagały je i odpowiadały na inne zapotrzebowania. Takie ciało społeczne potrzebowało pokoju, by funkcjonować. Porządku. A jak ci, którzy głosili porządek mogli powodować taki chaos? Chorobę, która jedna po drugiej zabijała komórki? Układ odpornościowy nie nadążał. Każdy rozruch zakłócał homeostazę, a każda rewolucja prowadziła do śmierci. Nieważne pod jaką flagą szli ci, którzy protestowali. Émile ratował każdego na drodze. Nie zdarzył mu się żaden mugol – na razie krążył tylko po magicznych dzielnicach.  Byli za to mugolacy. Byli półkrwi. Zdarzył się jakiś charłak. Każdego opatrywał tak samo. Bo taka była rola układu odpornościowego, czyż nie? Jako medyk Émile złożył przysięgę: pomagać każdemu, nieważne czy bogaty, czy biedny, czystokrwisty, czy nie. Jak ktoś potrzebował pomocy, lekarz musiał jej udzielić. Dlatego cierpliwie opatrywał rany dzieci, dorosłych, starców. Wymuskanych arystokratów i śmierdzących pijaków. Taki miał obowiązek.

Na razie nie spotkał żadnego rannego Śmierciożercy. Takiego też by musiał opatrzyć. Medycy ratowali życie, a bierność je zabierała.

Nosił swoją szatę z Munga narzuconą na codzienne ubranie. Nigdy nie rozumiał, dlaczego w Anglii uzdrowiciele nosili zieleń. Krew na niej przypominała raczej brud, błoto albo fekalia. Zasychała w formie brzydkich, brązowych plam. Czarne rękawiczki też nadawały się już do prania. A popiół przylepiał się do włosów arystokraty, pozostawiał w nosie zapach obleśnej spalenizny.

Obecna pacjentka, młoda kobieta, wybiegła ze swojego domu, gdy ten zaczął się palić. Jak opowiadała, po drodze lustro rozprysło się w drobny mak, a odłamek utknął jej w policzku. Émile usunął go, choć dziewczyna prawie się mu wyrwała, krzycząc, że w domu zostali inni. Jej matka po eliksirach nasennych. Medyk nie mógł jednak tam wejść. Nie, gdy dom płonął. Znał tę trudną, ale logicznie uzasadnioną prawdę. Lekarz musiał wpierw chronić samego siebie, bowiem dobry uzdrowiciel to żywy uzdrowiciel. A wiedział, że w płonącym budynku by nie przetrwał. Nigdy nie był typem bohatera. Zawsze po prostu wykonywał swoje obowiązki.

Opatrzył ranę i upewniwszy się o względnym bezpieczeństwie pacjentki, pomógł jej wstać i dał jej odejść w stronę domu przyjaciela. Rana wbrew pozorom nie była groźna, a jedynie szpecąca. A i z tym można było sobie łatwo poradzić. Oczywiście po tym, jak minie ten cały chaos. Émile nie wyobrażał sobie, żeby taki stan miał trwać długo. Porządek musiał zatryumfować nad anarchią. A przynajmniej powinien. Medyk zaś musiał pełnić swe obowiązki, sumiennie i wytrwale. Nawet jak bolały go mięśnie i głowa.

Przeszedł dalej Aleją Horyzontalną. Szukał kolejnej osoby, której mógłby pomóc. Przez chwilę zrobiło się spokojnie. To dobrze. Spanikowane tłumy stanowiły czasem zagrożenie większe niż powód ich paniki. Ludzie oczywiście błąkali się dookoła, jednak potrzebowali raczej pomocy z Lecznicy Dusz po tak traumatycznych wydarzeniach. Nie wydawali się jednak fizycznie poturbowani, a jedynie silnie skołowani. Zszokowani.

Każdy miał swoje granice. Niektórych łamał sam fakt, że ta noc się wydarzyła. Émile uważał się za silnego. Zimnokrwistego. Widział przecież tyle ran. Naoglądał się w życiu nawet nieco śmierci. Ta jednak nigdy nie zajrzała mu w oczy. Zawsze była przy innych, a jego w jakiś sposób omijała. Dbał o to. Miał swój rozsądek.

Twarz śmierci wyobrażano sobie różnie, jednak najczęściej miała ona oblicze gołej ludzkiej czaszki. Białej i oczyszczonej z mięsa. Z oczodołami ziejącymi pustką i z okropnym, zadowolonym z siebie uśmiechem.

Obce dłonie złapały Émile’a za fraki i wciągnęły w pobliski zaułek. Serce medyka podniosło się do jego gardła, cichy krzyk wyrwał się z ust. Włosy momentalnie pozbyły się kolorów i pokryły bladą bielą. Stanął on bowiem twarzą w twarz z człowiekiem, który miał oblicze śmierci. Metalowa maska w kształcie czaszki, czarna szata z górującym czubem na szczycie. Mężczyzna wydawał się znacznie wyższy od Émile’a.

– Mulciber? Jesteś jedynym z nich, prawda?– Głos nieznajomego wybrzmiał raptownie. Był pozbawiony tchu. Émile milczał i szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w nieznajomego. Nawet jakby chciał, nie mógłby wydusić nawet słowa. Jego gardło zaciskało się niczym w złym śnie. Głos ugrzązł mu w piersi, zaklinował się i nie mógł wydostać. – Gdzie mogę się ukryć? Szybko! Co się tak gapisz?

Mulciber otworzył usta, by coś odpowiedzieć. Niestety wyrwał mu się tylko chrapliwy jęk. Język miał ciężki, niezdolny do artykulacji. Ręce Śmierciożercy zwolniły uchwyt, ale w jednej z nich znalazła się różdżka.

Zabije mnie, jeśli zacznę uciekać – dotarło do Émile’a. Jego skóra zbladła tak, że stała się niemal przejrzyście biała. W tej chwili zupełnie nie panował nad swoim darem. Po policzkach spłynęły łzy.

– Błagam, nie rób mi krzywdy – wyrwało mu się jedynie. Głos miał piskliwy, żałosny. Przycisnął plecy do ściany.

Śmierciożerca westchnął głośno.

– Kurwa, mów do mnie po angielsku. Pomożesz mi, czy nie? – Odwrócił głowę w stronę drugiego krańca uliczki. – Nie mam całej nocy.

Merde… Nie był w stanie nawet mówić po angielsku? Naprawdę tak nisko upadł. A może chciał przekonać tego potwora, że nie umiał wcale mówić po angielsku? Kłóciłaby się jednak z tym zielona szata ze szpitala Świętego Munga. Nie przyjęliby kogoś bez podstawowych umiejętności językowych.

Émile nie chciał mu pomagać. Bardzo nie chciał być już w pobliżu tego człowieka. Pragnął tylko uciec, zwiewać, ile tylko miał sił w nogach. Nie było jej wiele. Może zdołałby się teleportować? Zwiać z posterunku. Jak tchórz. Nikogo by już nie uratował.

Tyle, że dobry medyk to żywy medyk.

– Proszę, nie krzywdź mnie – wyszeptał, tym razem już zdobywając się na język angielski. – Nie chcę umierać. Nie chcę. Proszę…

Był jak małe dziecko. Jak katarynka. Nie potrafił powiedzieć nic innego poza swoistą samoobroną. Żałosnym błaganiem o litość. O to, by ten człowiek sobie poszedł. Zostawił go w spokoju. Zniknął i przywrócił świat do dawnego początku, do stanu zanim się pojawił.

Rozległy się kroki. Szybkie postukiwanie butów o twardy chodnik. Ktoś biegł w ich stronę.Śmierciożerca opuścił różdżkę. Odsunął się od Émile’a.

– Jesteś bezużyteczny – rzucił na odchodne i odbiegł, znikając za lewym krańcem ściany.

Medyk osunął się na ziemię po ścianie. Łapał powietrze raptownie, przez zaciśnięte gardło. Serce łupało o jego klatkę piersiową. Jednak myśleć, że ten koszmar się skończył, było głupotą.

Nie zdążył się jeszcze zebrać do kupy, opanować wyglądu, a stanął przed nim człowiek o wiele mniej groźny. Kobieta, najwyraźniej ta, która biegła za Śmierciożercą. Nosiła aurorskie szaty. Patrzyła na Émile’a chłodno. Oczekiwała odpowiedzi.

Tyle, że Śmierciożerca mógł wciąż go słyszeć. A potem odnaleźć jego zamek, przyjść ze swoimi amis i zamordować Émile’a we śnie.

– Gdzie on pobiegł? – krzyknęła aurorka. Émile nie mógł wydusić słowa ani nawet wykonać żadnego gestu. – Mów, człowieku.

– Ja… ja… – zająknął się. Potem przyszło kłamstwo. Instynktowne i niegodne. Wypowiadane w przypływie duszącego strachu. – Nie wiem. Nie widziałem. To było za dużo, przepraszam. Pojawił się i zniknął.

– Czyli się deportował? – dopytała aurorka ze zrozumiałą frustracją.

– Nie wiem. Naprawdę nie wiem – jego głos zmienił się w łkanie.

Aurorka westchnęła i spojrzała na Émile’a jak na żałosną, ale biedną istotę. Blady, kulący się na ziemi. Marny i upokorzony.

– Wszyscy mamy ciężką noc, doktorze – rzekła kobieta, po czym ruszyła w ślad za Śmierciożercą. Wybrała prawą stronę.

Émile zachłysnął się powietrzem. Każdy haust wypełniał jego płuca spalonym odorem, ciemnym popiołem. Kilka oddechów później włosy wróciły do złotego blondu, skóra zyskała dawny odcień. Serce powoli się uspokajało, choć wzrok wciąż poszukiwał sylwetki obleczonej w cienistą szatę. Nie wiedział, czy przetrwałby kolejne spotkanie ze śmiercią.

– Merde! – zaklął i uderzył pięścią o ścianę. Był sam. Tak boleśnie sam. Tchórzliwy i przez to bezbronny.

Tylko co innego miał zrobić? Donieść aurorce i ryzykować bycie zabitym? Albo gorzej – zaproponować azyl człowiekowi, który przyłożył się do tego zniszczenia? Do chaosu. Wybór był pomiędzy większym a mniejszym złem. A on tak jakby nie wybrał wcale. Nie. Nieprawda. Ta bierność też stanowiła wybór. Nie najlepszy. Chyba nawet nie dobry.

Chciał w tym momencie znaleźć się w ramionach Odile. Nie tyle kochanki, co przyjaciółki. Osoby, której mógłby opowiedzieć o tym, co się stało. Osoby, która w tej londyńskiej dżungli była mu znajoma. Tęsknił też za Vernonem, za swoim braciszkiem. Czy został na tę noc w Cork, czy może wyruszył gdzieś na podryw?

A Lydia… Na Mére… Rozdzielili się. Miał nadzieję, że była bezpieczna. Nie mógł do niej napisać, bo sowy były zabijane przez Śmierciożerców. Pozostało tylko przedostać się na Grimmauld Place 12.

Koniec sesji


Monsieur sans visage
Et quand le soir viendra, l'air sera doux
Qui se jouera, caressant, dans vos voiles,
Et les regards paisibles des étoiles
Bienveillamment souriront aux époux.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Émile Mulciber (1537)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa