Ostatnimi czasy nie mogła zasnąć. Nie było to oczywiście zaskoczeniem, albowiem już w dzieciństwie miewała problemy ze snem. Te, zdecydowanie nasiliły się w czasach Hogwartu, bardzo pogorszyły, gdy szkołę skończyła i wyruszyła w dorosły świat. Od czasu Spalonej Nocy oraz pojawieniu tajemniczej runy, na ścianie jej mieszkania nie spała praktycznie wcale. Czasem, urywała sobie drzemkę w pracy, ale współpracownicy oraz przełożeni, nie byli temu przychylni i gdyby nie ojciec, który również pracował w tym samym Departamencie, to zbierałaby same reprymendy, ale nie mieli na tyle odwagi, by jej przeszkadzać — szczególnie, gdy nie była im potrzebna. Gorzej, że była im potrzebna praktycznie zawsze, więc. No nie miała gdzie i jak spać.
I to nie było tak, że nie szukała sposobu na ten przeklęty czarnomagiczny znak, który po prostu wykwitł na ścianie jej mieszkania i zdawał się ją śledzić w każdym pomieszczeniu, nie znała się jednak na tego typu magii. Umiała łamać tylko i wyłącznie umysły, na łamaniu klątw zupełnie się nie znała.
Rozwiązanie było jedno — musiała się wyprowadzić. I niby mogła powrócić do domu rodzinnego, prosto pod skrzydła ojca i wprost pod ten jego wymagający wzrok, ale nie chciała. Dobrze jej było w rodzinnej posiadłości to prawda; skrzaty dostępne na najmniejsze skinienie palca, kuzyni, z którymi mogła prowadzić rozmowy na tematy różne i znajoma, chociaż trochę nieprzyjemna atmosfera, ale po tak długi czasie mieszkania w pojedynkę, za bardzo zaczęła doceniać tę wolność płynącą z bycia samą. U siebie, nie musiała zachowywać się, tak jak przystoi, bo na każdym kroku patrzy na nią obraz, gotowy donieść o niegodziwym zachowaniu ojcu czy co gorsza, jednej z ciotek, co to nie szczędziły Edith zupełnie zbędnych komentarzy.
Wybór Edith padł na młodego Borgina. I może łamała konwenanse, bo jako panienka i on, jako czyjś narzeczony, nie powinni mieszkać pod jednym dachem. I może, właśnie miała zaprzepaścić swoje własne szanse na bycie czyjąś żoną, ale była zbyt zdesperowana i niewyspana, by się takimi głupotami przejmować. Wiedziała, zresztą że dużo gorszę są rzeczy, niż mieszkanie z Borginem pod jednym dachem, no i więcej go w domu nie było, niż był, więc istniała bardzo mała szansa, że ktoś ich razem przyłapie.
Nie myślała zresztą o nim w kategoriach potencjalnego partnera. Znali się zdecydowanie zbyt długo, bo już od pierwszego roku Hogwartu, a może i jeszcze wcześniej — w końcu pochodzili z rodzin na tym samym poziomie. I wiedzieli o sobie zdecydowanie zbyt wiele by wieść szczęśliwe życie jako para, potem narzeczeństwo czy szczęśliwe małżeństwo.
Daleko do niego nie miała, bo mieszkali w tej samej kamienicy. Edith nie brała ze sobą żadnych rzeczy, bo miała u niego w mieszkaniu spać tylko i wyłącznie, a resztę dnia spędzać u siebie albo w pracy. Anthony, jeszcze o jej planie nic nie wiedział, bo pomysł pojawił się w głowie Edith dosłownie godzinę temu. Zbyt długo nad nim zresztą nie myślała, ale nie widziała w tym swoim planie żadnych minusów, tylko same plusy.
Zapukała i grzecznie czekała na właściciela. Było wcześnie, bo około ósmej rano, więc możliwe, że o tej porze i to w sobotę, jeszcze śpi. Właściwie to nie była pewna, że go w mieszkaniu zastanie, ale miała nadzieje, że akurat na niego trafi. Jednocześnie, nie ufała mu na tyle, by wparować tam bez zaproszenia, nie chciała oberwać jakaś przypadkową klątwą i to z zaskoczenia. Nie odpowiadał, więc zapukała ponownie, tym bardziej bardziej agresywnie, tak żeby ją usłyszał. No cóż, w najgorszym przypadku odwiedzi go ponownie, tylko za kilka godzin.
torment me. IN DETAIL.