Większość czasu spędził w mieszkaniu Flor… Atreusa. Atreusa i Oriona. Ale wieczorem udał się do Keswick. Myślał, że to nie będzie wiele poświęconego czasu. Nie, wróć. Miał nadzieję na to, że nie poświęci zbyt wiele czasu w tej wielkiej posiadłości, gdzie tonęło się bardziej niż w otaczających Wielką Brytanię morzach.
Przyjęcie było huczne i z rozmachem. Jak chyba zawsze. Atmosfera nie pozostała jednak bez zmian i niepomna na wydarzenia, które miały miejsce tego miesiąca. Snuła się pomiędzy nimi wszystkimi, tymi kolorowymi, głośnymi ludźmi, ponura nić. Laurent nigdy nie miał daru widzenia aur, a mimo tego wydawało mu się, że mógł dopasowywać kolory otaczające Prewettów i ich krewnych dalszych czy bliższych. Te kolory, o których zdarzało się opowiadać Atreusowi. Nie wszyscy byli przejęci. Inni doskonale to ukrywali.
Laurent starał się świecić przykładem. Jak zawsze. Być tym idealnym synem, którego Edward zawsze chciał. Dobrze wyglądać i jeszcze lepiej się prezentować przy swoich rodzicach. Musiał nadrobić, w końcu już był nieidealny - ominął obiad, nie było go na całej uroczystości, bo zajmował się inną częścią rodziny, ośmielił się być gdzie indziej! A tak naprawdę chciał być w jeszcze innym miejscu. W nowym domu, który sobie wymarzył. Z inną osobą, dla której wymarzył sobie jeszcze inny los. Lepszy. Jak i dla siebie samego. Bo nadal miał marzenia, które snuły się jak te ciemne smugi między tutejszymi gośćmi. Pomysły, które mógłby zrealizować, gdyby tylko…
Keswick zawsze było piękne po zmroku. Kiedy księżyc wspinał się po niebie i oświetlał tereny wokół, miało się wrażenie, że jest się w bajce. Nawet w dzień tak było, ale noc miała to do siebie, że jej słodka tajemnica skrywała wszystkie niedoskonałości, które nie ukryłyby się w dzień. Wymknął się tylko na chwilę z głównej sali, gdzie rozbrzmiewała właśnie piękna muzyka. Ostatnio nie pociągała go tak, jak kiedyś. Ale tak jak kiedyś spoglądał na te lasy i marzył o tym, że wszystko mogłoby być inaczej. Bo kiedy, jeśli nie w Mabon? Pewnie w następne święto, gdy świece zapłonął na uroczystej choince. Kiedy życzenia będą słane po wrzuceniu wianków do ognia. Ah, miał wrażenie, że przespał ten dzień. Spał krocząc na jawie. I każde słowo, każdy gest, wszystko, co było miłe, stapiało się w jedno poczucie ciepła i wiarę w to, że człowiek nie musi być tu sam.
Wszystko było prostsze, kiedy była tutaj Florence. Pierwsze Mabon spędzone bez niej było naprawdę dziwnym doznaniem. O ile słowo "dziwne" było słowem odpowiednim.
Laurent przymknął oczy, wsłuchując się w melodię piękniejszą od tej, którą wygrywały ludzkie ręce.
Wyobrażał sobie szum fal pomiędzy szelestem liści drzwe.