• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 … 7 8 9 10 11 Dalej »
Biblioteka Maeve, kwiecień 1972 || Telepatyczne męczenie czas zacząć. ||

Biblioteka Maeve, kwiecień 1972 || Telepatyczne męczenie czas zacząć. ||
Narwany Wampir
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
W oczy rzuca się soczyście rudy kolor włosów. Bardzo łatwo o jego wybuch śmiechu. Mówi głośno, śmieje się donośnym tembrem. Można wyczuć od niego metaliczny zapach rdzy lub krwi który stara się zatrzeć wodą kolońską. Mierzy około metra osiemdziesiąt centymetrów wzrostu zaś ubranie skrywa wyraźnie zarysowane mięśnie ramion i nóg. Szybko się porusza, szybko biega, rzadko siedzi nieruchomo w miejscu. Gdy czuje palący głód to blednie, zapadają się jego policzki, skóra staje się przezroczysta, oczy podkrążone, a usta sine. Zazwyczaj w tym czasie zmywa się z towarzystwa, nawet w połowie spotkania. Nie wyjaśnia przyczyny.

Cody Brandon
#1
21.02.2023, 13:45  ✶  
Przypałętał się do biblioteki w trakcie deszczu, bardzo wczesnym porankiem. Niemalże biegł, przyklejony jak najbliżej drzew i bloków mieszkalnych. Teoretycznie słońce było za chmurami lecz jak na nowicjusza w nieżyciu dosyć mocno ryzykował. Nie wspomniał Rhei o której godzinie przyjdzie - powinna spodziewać się go po zmroku, a on wparował do przedsionka o siódmej rano. Wilgoć osiadła na jego grzywce, która jako jedyna wystawała spod kaptura. Kurtka była za to przemoczona, tak samo jak ciężkie buciory, którymi naniósł trochę błota poza wycieraczkę. Oddychałby niczym plumpka wyrzucona na brzeg wody - taki był przejęty, że udało mu się zdążyć uciec przed słońcem - lecz jego organizm nie potrzebował tlenu do okazywania przejęcia. Zdjął kaptur, kurtkę, wytarł pospiesznie podeszwy i przeszedł czym prędzej do recepcji, dając znać pracującej tam kobiecie, że sam sobie poradzi i znajdzie to, co go interesuje. Dostał przepustkę i ruszył wgłąb biblioteki, wzrokiem wyłapując Rheę. Celowo nie odzywał się telepatyczną myślą aby ją zaskoczyć. Odnalazł ją przy jednych z pobocznych stolików. Nie obchodziło go aktualnie co tam robiła (chyba, że znalazłby ją tam z jakimś mężczyzną). Zakradł się cichutko za jej plecami aż znienacka położył dłonie ja jej ramionach w akompaniamencie niegłośno "bu".
- Dzień doberek. Wampir z rana się kłania.- szepnął przy jej włosach i obszedł ją wokół, opierając swoje pośladki o stolik, przy którym "coś" robiła. Skrzyżował ręce na ramionach i zaprezentował jej szeroki uśmiech nasyconego krwią wampira. Bez kłów, rzecz jasna.
- Zaskoczona? Wierz mi, ja też. Myślałem, że zaraz się przejaśni i po drodze mnie spali. Muszę to kiedyś sprawdzić na własnej skórze czy to faktycznie prawda bo narazie tylko wierzę na słowo.- wierzył Williamowi lecz jego imienia nie wymawiał przy dziewczynach… jeszcze. Co prawda miały prawo podejrzewać, że ktoś mu pomaga tylko nabierał przy tym wody w usta i ucinał temat.
- Co robiłaś zanim ci tak brutalnie przerwałem?- pytał, otwierając swój umysł na fale telepatyczne Rhei. To było jak otwarcie okna, a może drzwi i to tylko tych przeznaczonych dla pani Parkinson.
Twoja domowa syrena
I'm on the other side
Trying to break through
I can hear the sirens
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Pierwsze, co rzuca się w oczy, to jej włosy: ciemne, długie niemal do pasa i splecione w warkocze. Dopiero po dłuższej chwili można również dostrzec, że milczy. Wyraża się w gestach i dość bogatej mimice twarzy. Jej spojrzenie jest w stanie zabić, naprawdę. Dość wysoka, mierząca metr siedemdziesiąt, zazwyczaj elegancko ubrana. Uwielbia biżuterię, im więcej, tym lepiej.

Rhea Parkinson
#2
22.02.2023, 15:44  ✶  
Przywykła do tego, że Cody pojawiał się w bibliotece tuż przed świtem, albo kiedy zmierzchało. Nie zastała go z samego rana, zanim słońce wyszło zza horyzontu, więc uznała, że nie planował dzisiaj spędzić dnia między regałami. Zajęła się własnymi sprawami, prowadząc dziwną, acz całkiem interesującą korespondencję z urzędniczką Brygady Uderzeniowej, Brenną Longbottom. Śledztwo, które prowadziła, całkiem ją zaintrygowała, chociaż nie słyszała jeszcze o przypadku anomalii teleportacyjnych występujących na terenie Wielkiej Brytanii. Nic więc dziwnego, że sięgnęła po coś, na co brytyjscy czarodzieje nie zwróciliby nawet uwagi, wędrując między regałami: dzieło włoskiej specjalistki od meteorologii, Chiary d’Urso. Przeglądała książkę, zaznaczając sobie co ważniejsze fragmenty, które zamierzała dla panny Longbottom przetłumaczyć, gdy nagle ktoś złapał ją za ramiona. Wzdrygnęła się, przygotowana na atak obcego człowieka i instynktownie sięgnęła po różdżkę, dźgając nią w ramię intruza, nim zorientowała się, że to tylko Cody. Wywróciła oczami, nie odkładając jednak magicznego patyka. Wskazała palcem na jego ociekający wodą płaszcz, robiąc przy tym minę mówiącą: „wypad mi z tym” i przekserowała dłoń w kierunku wieszaka na ubrania. Zaraz rzuciła też niewerbalne zaklęcie, mające wyczyścić plamy błota.
- Wampir zaraz zniszczy mi moją pracę – fuknęła w myślach, jak zawsze modląc się w duchu, by w pobliżu nie było nikogo innego posługującego się falami. Nie lubiła, gdy ktokolwiek podsłuchiwał jej rozmowy, nawet gdy dotyczyły wyłącznie pogody. Czuła się przy tym dość niezręcznie – jak gdyby obca osoba wchodziła do jej umysłu, szperając w nim. Uczucie podobne do legilimencji, której uczyła się kiedyś z Rogerem i do której nie przyznała się nawet przyjaciołom.
- Jeśli nie pojawisz się u mnie przez kolejny tydzień, mam rozumieć, że postanowiłeś się opalać? – zapytała, znów wywracając przy tym oczami i odłożyła różdżkę na bok, ponownie sięgając po pióro. Potrafiła skupić się na pracy nawet przy Codym, a na tym tekście zależało jej wyjątkowo mocno. Lubiła być przydatna, zwłaszcza gdy dotyczyło to tłumaczeń. Tęskniła za dawną pracą w Ministerstwie Magii.
- Przekładam tekst z włoskiego dla Brenny Longbottom. Chyba badają jakieś anomalia teleportacyjne, nie do końca rozumiem, co się dzieje. Możliwe, że coś nastąpiło w Little Hangleton, bo poprosiła mnie również o książki historyczne na temat tego miejsca – ciągnęła i zerknęła do książki d’Urso, szukając fragmentu, na którym przerwała. Odczytywanie takich tomiszczy wydawało się banalnie proste, gdy znało się tak wiele języków. Niekiedy musiała upewniać się kilkukrotnie, jak został spisany taki tekst, nim komukolwiek go pokazała. Zdarzyło się jej już na początku kariery w Ministerstwie podsyłać kolegom pisma z uwagami w mandaryńskim, bo nie zorientowała się, że nie są po angielsku.
Narwany Wampir
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
W oczy rzuca się soczyście rudy kolor włosów. Bardzo łatwo o jego wybuch śmiechu. Mówi głośno, śmieje się donośnym tembrem. Można wyczuć od niego metaliczny zapach rdzy lub krwi który stara się zatrzeć wodą kolońską. Mierzy około metra osiemdziesiąt centymetrów wzrostu zaś ubranie skrywa wyraźnie zarysowane mięśnie ramion i nóg. Szybko się porusza, szybko biega, rzadko siedzi nieruchomo w miejscu. Gdy czuje palący głód to blednie, zapadają się jego policzki, skóra staje się przezroczysta, oczy podkrążone, a usta sine. Zazwyczaj w tym czasie zmywa się z towarzystwa, nawet w połowie spotkania. Nie wyjaśnia przyczyny.

Cody Brandon
#3
22.02.2023, 20:45  ✶  
Uśmiechnął się zgoła niewinnie kiedy go dźgnęła różdżką w ramię. Wywrócił oczyma gdy spojrzeniem skarciła jego wilgotny od deszczu płaszcz.
- No co? Padało. - ale mimo wszystko sięgnął po swoją różdżkę i dwoma zaklęciami wysuszył wierzch swojego okrycia. Nie czuł potrzeby rozbierania się bo przecież nie groziło mu już, że się zagrzeje i spoci. Tak naprawdę mógłby mieć na sobie trzy warstwy ubrań i nie czułby się ani trochę przegrzany. To akurat mu się całkiem podobało w tym całym wampiryzmie.
- To szukaj wtedy moich popiołów i rozsyp je w jakimś kolorowym i ładnym miejscu. - odpowiadał jej na głos choć nie podnosił tonu bardziej niż głośniejszy szept aby nie wzbudzać zainteresowania potencjalnych przemieszczających się czytelników. Zerknął na bardzo wysoki regał książek, których okładki mnożyły się w oczach. Kiedyś dostawał notorycznego napadu ziewania w obecności tysiąca pergaminów, podręczników i zapachu atramentu. Teraz nie musiał ziewać więc mógł kreować się na nadzwyczaj oczytanego młodego mężczyznę. Rozejrzał się po okolicy bo może dzięki temu uda mu się umówić na kolację z jakąś inteligentną, młodą dziewczyną? Podryw na wiedzę, tego jeszcze nie było. Gorzej, gdyby taka osoba chciała rozmawiać z nim na temat równań matematycznych a nie na przykład o numerologii.
- Czy ja ci przeszkadzam? Przychodzę do Alice w odwiedziny, potem do ciebie i obie trzymacie nosy w książkach. Halo, domagam się pełnej atencji. Zdycham z nudów w ciągu dnia. - położył dłoń na czytanej przez nią stronie i pochylił się, próbując złapać jej wzrok. Lubił jej przeszkadzać. Robił to już z przyzwyczajenia, to stanowiło jego drugie imię. Uśmiechał się przy tym uroczo.
- Ej, ja w tym Little Hangleton mam dostać chatkę-klitkę. Tuż na jej granicach z mugolskim miasteczkiem mieszkała jakaś moja ciotka, którą raz w życiu widziałem i jestem jedynym spadkobiercą. Powiedziałbym, że żyjącym ale to wiesz, nieaktualne. Ale fakt faktem, mam to dostać tylko muszę w ciągu dnia iść podpisać jakieś formalności. Muszę czekać na paskudną pogodę ale i jestem tak wtedy zestresowany, że głodnieję. No weź, jak mnie spali po drodze to co ja zrobię? - nawijał, zagadywał, przyciągał na siebie uwagę. Pisała mu, że tak za nim tęskni to przypomni jej siebie w pełnej krasie cech charakteru.
Twoja domowa syrena
I'm on the other side
Trying to break through
I can hear the sirens
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Pierwsze, co rzuca się w oczy, to jej włosy: ciemne, długie niemal do pasa i splecione w warkocze. Dopiero po dłuższej chwili można również dostrzec, że milczy. Wyraża się w gestach i dość bogatej mimice twarzy. Jej spojrzenie jest w stanie zabić, naprawdę. Dość wysoka, mierząca metr siedemdziesiąt, zazwyczaj elegancko ubrana. Uwielbia biżuterię, im więcej, tym lepiej.

Rhea Parkinson
#4
22.02.2023, 22:29  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.02.2023, 22:30 przez Rhea Parkinson.)  
- Padało? – powtórzyła za nim w myślach, mocno naciskając na to słowo, tak że gdyby tylko istniała taka możliwość, być może zaczęłoby parować. – Powiedz to książkom. Wiesz, jak wilgoć wpływa na pergamin!
Nawet nie chciała myśleć o tym, że strony zaczną marszczyć się pod wpływem wody, gdy tylko między regałami pojawi się kilku delikwentów pokroju Cody’ego Brandona. Powinni wprowadzić obowiązkową szatnię i zdecydowanie poparłaby ten pomysł. Chyba powoli zaczynała zamieniać się w jedną z tych zrzędliwych bibliotekarek, które tak namiętnie zatrudniał Hogwart. Jeśli w przyszłości będzie potrzebowała odskoczni od tego miejsca, może powinna pomyśleć o tym, żeby się zgłosić? Zwłaszcza że aktualna bardziej przypominała mumię niż człowieka, więc raczej długo nie pozipie.
- Czyli jakim? – dopytała, nie do końca rozumiejąc jego wizję. W magicznym przedszkolu? O ile dobrze pamiętała, tam było całkiem ładnie i kolorowo. Nie sądziła jednak, że dzieci bawiące się w prochach wampira były tym, czego oczekiwali czarodzieje, odstawiając w to miejsce swoje pociechy. Z drugiej strony… darmowa piaskownica, prawda? – Może powinieneś w takim razie poczytać? – zaproponowała, uśmiechając się przy tym nieco złośliwie, gdy podniosła na niego wzrok znad książki, którą jej przesłonił. Czasami czuła się przy nim, jakby rzeczywiście dorobiła się potomka i musiała zajmować nim w godzinach pracy. Z tą różnicą, że przedszkolak raczej nie sięgnąłby jeszcze tak daleko tego stołu. Jeśli w ten sam sposób przeszkadzał również Alice, podejrzewała, jak wyglądała jej mina.
- Na pewno chcesz na ten moment mieszkać w miejscu, w którym kręci się Brygada? – upewniła się, przyglądając mu niepewnie. Nie każdy miał neutralne podejście względem wampirów. Jedno złe posunięcie i miałby na głowie całe Ministerstwo Magii, a tego w tych czasach chyba lepiej unikać. – Sama idea zamieszkania w takim miejscu brzmi jednak całkiem przyzwoicie. Ale… Cody, wampir wampirem, wciąż jesteś czarodziejem. Wiem, że teleportacja nie jest łatwa, ani tym bardziej przyjemna, ale możesz poprosić kogoś, żeby cię przeniósł od razu pod drzwi. Uniknąłbyś słońca.
Strąciła jego dłoń z książki i zamknęła ją, uprzednio wsuwając między strony zakładkę. Nie sądziła, żeby zdołała wrócić do tego tłumaczenia w najbliższym czasie. Nie, dopóki nie znajdzie Brandonowi zajęcia, a na to się póki co nie zanosiło. Odsunęła krzesło i podniosła się, stając naprzeciwko przyjaciela. Położyła dłonie na biodrach, przypominając nieco upominającą dziecko matkę, a jej złote pierścionki jeszcze bardziej wyróżniły się, kontrastując z ciemna szatą pracownika biblioteki.
- Chciałeś chyba poszukać zabezpieczeń do tej chaty, co nie? – przypomniała sobie i westchnęła bezgłośnie.
Narwany Wampir
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
W oczy rzuca się soczyście rudy kolor włosów. Bardzo łatwo o jego wybuch śmiechu. Mówi głośno, śmieje się donośnym tembrem. Można wyczuć od niego metaliczny zapach rdzy lub krwi który stara się zatrzeć wodą kolońską. Mierzy około metra osiemdziesiąt centymetrów wzrostu zaś ubranie skrywa wyraźnie zarysowane mięśnie ramion i nóg. Szybko się porusza, szybko biega, rzadko siedzi nieruchomo w miejscu. Gdy czuje palący głód to blednie, zapadają się jego policzki, skóra staje się przezroczysta, oczy podkrążone, a usta sine. Zazwyczaj w tym czasie zmywa się z towarzystwa, nawet w połowie spotkania. Nie wyjaśnia przyczyny.

Cody Brandon
#5
27.02.2023, 19:30  ✶  
- Nie wierzę, że tak wybitna czystokrwista czarownica nie poradzi sobie z zamoczonym pergaminem. - wjechał lekko na jej ambicje i suszył zęby. Jeśli się uparł to potrafił sprawnie ignorować potencjalne problemy. Zazwyczaj nie widział ich tam gdzie rzeczywiście miały szanse się pojawić. Zdecydowanie wolał zaliczać się do grona optymistów.
- Merlinie, nie wiem. Liczę na twoją i Alice kreatywność. Póki co moje myśli nie wybiegają dalej niż za godzinę. - wzruszył ramionami i przysunął sobie krzesło, nieumyślnie szurając jego nogami po podłodze, i rozsiadł się siadając na nim tył na przód, okrakiem. Nie tak dawno w identycznej pozie siedział przed Alice i niejako też ją zadręczał swoim towarzystwem. Musiał odreagowywać. Obie były w ciągu dnia zajęte a on się niemiłosiernie nudził. Prychnął na sugestię czytania.
- Jeśli masz coś o wampirach to poczytam. Tylko błagam, bez pamiętników siedemnastowiecznych wampirów. Są przeraźliwie nudne. - nie jest tak, że stronił od wiedzy... przyjmował ją w określonych dawkach, w pewnej częstotliwości i ze starannie dobraną tematyką. Kto wie, może za jakiś czas jego ambicje się obudzą i postanowi się w ciągu dnia uczyć? Póki co było zbyt wcześnie na tak szalone decyzje. Odpowiedział jednak telepatią. Rozmawiałem z jedną brygadzistką. Powiedziała, że wampiryzm nie jest nielegalny. Mam po prostu nie rzucać się na ludzi tylko grzecznie kupować krew w szpitalu. Jest droga a potrzebuję jej dużo... pewnie nie znasz żadnych dodatkowych jej źródeł poza oczywistym i szpitalem? - zapytał unosząc obie brwi i uśmiechając się zawadiacko. Póki był nasycony to mógł sobie tym wspominać, a i próbował czasami pożartować. Im więcej o tym mówił tym łatwiej przychodziło mu się oswoić z tą dziwną sytuacją. Sięgnął po pusty pergamin i zaczął składać go w samolocik. Powoli, starannie, dokładnie.
- Oooo, widzisz masz rację. Gdybym w końcu zdał egzamin na teleportację to mógłbym bez problemu się przenosić choćby tutaj! Jesteś genialna! - to powiedział już głośniej i tak się wyszczerzył, że ledwo ten uśmiech mieścił się na jego bladej twarzy. Miał zatem nowy plan - nauczyć się przenosić za pomocą magii i przy tym ułatwić sobie nieżycie.
- Nie wiem czy tego chciałem bo jeszcze nie wiem gdzie dokładnie mam mieć tę chatkę. Nie musisz jej najpierw obejrzeć? Myślałem, że tak piszemy te listy żeby mieć pretekst do spotkania. Wiesz, że możesz mnie odwiedzać kiedy chcesz? Tylko uprzedź to powiem ci wtedy czy jestem na tyle nasycony żeby przyjmować gości. Nasłuchałem się już żeby dmuchać na zimne, zwłaszcza na początku. - rzucił samolocik w powietrze lecz ten po bardzo krótkim locie wylądował obok sąsiedniego krzesła. Sięgnął po różdżkę i zaczarował papierową figurkę tak, aby szybowała nad ich głowami.
Twoja domowa syrena
I'm on the other side
Trying to break through
I can hear the sirens
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Pierwsze, co rzuca się w oczy, to jej włosy: ciemne, długie niemal do pasa i splecione w warkocze. Dopiero po dłuższej chwili można również dostrzec, że milczy. Wyraża się w gestach i dość bogatej mimice twarzy. Jej spojrzenie jest w stanie zabić, naprawdę. Dość wysoka, mierząca metr siedemdziesiąt, zazwyczaj elegancko ubrana. Uwielbia biżuterię, im więcej, tym lepiej.

Rhea Parkinson
#6
02.03.2023, 15:38  ✶  
- Wiesz, że każde takie suszenie w jakiś sposób narusza strukturę pergaminu? W końcu nie wytrzyma i się rozsypie. Zniszczeń magicznych nie naprawisz tak łatwo, jak mechanicznych – fuknęła na niego w myślach. Najzwyczajniej w świecie nie lubiła, gdy ktoś niszczył książki, których akurat potrzebowała. Jeśli chodziło o te czarnomagiczne, które w jakiś sposób przydałyby się kolegom jej świętej pamięci męża, to już inna kwestia. Nie ulegały zapłonowi, woda nie zawsze skutkowała odpowiednim efektem. O wiele bardziej bawiło ją testowanie na nich efektów różnych eliksirów – jak chociażby skurczenie do rozmiarów mszycy, by nikt nie dostrzegł ich treści gołym okiem.
- A mimo to masz wymagania, co powinnyśmy zrobić po twojej śmierci – posłała mu myśl, wywracając oczami. – Mogę ci dać pamiętnik dziewiętnastowiecznego uzdrowiciela, który rozkroił wampira. Ale uprzedzam, opisy są dość drastyczne i szczegółowe, bo robił to na żywca – dodała jeszcze na jego marudzenie, uśmiechając się przy tym złośliwie. Przez niego zyskała tendencją zaglądania do każdej pozycji, która tylko napomykała o tych nocnych, żywiących się krwią istotach. Jak na kogoś, kto stał się jedną z nich, Cody – przynajmniej jej zdaniem – zbyt mało się na ich temat dowiadywał. Na jego miejscu nie wychodziłaby z tej biblioteki, dopóki nie przeczytałaby wszystkich istniejących pozycji.
- To nie musi być krew czarodziejów, prawda? – upewniła się, nie do końca przekonana. – Jeśli nie, masz do wyboru setki mugolskich szpitali. Tam o wiele łatwiej nie rzucać się w oczy, bo nie wiedzą o twoim istnieniu – zaoferowała, chociaż znając Cody’ego, pewnie coś spieprzy i będzie się musiał babrać z Brygadą Uderzeniową i Amnezjatorami, by naprawić szkody wywołane w niemagicznej części Londynu. Im więcej czasu z nim ostatnio spędzała, tym bardziej zdawało jej się, że cała ta przemiana jeszcze bardziej nakręcała jego cechy charakteru. Zdawał się być jeszcze bardziej sobą, niż dotychczas, a to ją momentami irytowało. Wolała ciszę i spokój, zajmowanie się własnymi sprawami. W przeciwieństwie do Alice nie fascynował ją tak entuzjazm innych osób.
- Oczywiste, że jestem genialna. Jeszcze tego nie zauważyłeś? – Znów wywróciła oczami. – Zaklęcia mające cię ochronić przed bandą chłopów w maskach są wszędzie takie same, niezależnie od tego, gdzie byś nie mieszkał. Całą resztę obmyślimy na bieżąco, jak już tę chatę dostaniesz. Poza tym… Po co mam cię odwiedzać, skoro ty przychodzisz do mnie? – ciągnęła dalej, uśmiechając się pod nosem i ruszyła w kierunku alejki z księgami mówiącymi o zaklęciach ochronnych. Wiele z nich to były buble wykorzystywane przy amuletach chroniących przed ghoulami czy wilkołakami. Niektóre jednak zdawały się całkiem przydatne i to właśnie po nie zamierzała sięgnąć, by pomóc przyjacielowi.
Narwany Wampir
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
W oczy rzuca się soczyście rudy kolor włosów. Bardzo łatwo o jego wybuch śmiechu. Mówi głośno, śmieje się donośnym tembrem. Można wyczuć od niego metaliczny zapach rdzy lub krwi który stara się zatrzeć wodą kolońską. Mierzy około metra osiemdziesiąt centymetrów wzrostu zaś ubranie skrywa wyraźnie zarysowane mięśnie ramion i nóg. Szybko się porusza, szybko biega, rzadko siedzi nieruchomo w miejscu. Gdy czuje palący głód to blednie, zapadają się jego policzki, skóra staje się przezroczysta, oczy podkrążone, a usta sine. Zazwyczaj w tym czasie zmywa się z towarzystwa, nawet w połowie spotkania. Nie wyjaśnia przyczyny.

Cody Brandon
#7
02.03.2023, 22:47  ✶  
- Nie wiem ale cieszę się, że ty to wiesz.- zbywał zgrabnie temat byleby nie przyznać się do swojej lekceważącej postawy względem troski o książki. Nie miał zamiaru ich celowo niszczyć jednak ich stan był ostatnią rzeczą jaka go interesowała. Musieli ciekawie się prezentować. Rhea milczała a on do niej nawijał. Zdążyli się jednak przyzwyczaić do tego stanu rzeczy i zwracanie na siebie uwagi nie stanowiło dla nich problemu. Zwłaszcza Cody nie zamierzał się przed tym bronić. Lubił przebywać w centrum uwagi a więc zabiegał o atencję u najbliższych.
- Rhea, na brodę Merlina. Naprawdę uważasz, że moje wnętrze różni się jakoś specjalnie od normalnego? - wzniósł oczy ku niebu. - Mam tylko brzydką Bliznę. Tu. - mówiąc to bezpardonowo podciągnął sweter i podkoszulek pokazując paskudną bliznę ciągnąca się po przekątnej pępka. Od niej umarłem. Zobacz, to był czarnomagiczny czar. Will mówił mi, że to dlatego skóra wokół blizny jest taka szara i zimna. Chwalił się nieco tym trwałym nabytkiem bo ogólnie rzecz biorąc nigdy nie miał żadnych szkód fizycznych po których nosiłby pamiątki. Magia leczyła wszystko, co nie było spowodowane klątwą. Dopiero po dłuższej chwili zorientował się, że nie wypada się tak zachowywać przy kobiecie. Dosyć szybko zasłonił biały jak śnieg brzuch i przyciskając pięść do ust odchrząknął z lekkim zakłopotaniem. Czasami zapominał, że jego przyjaciółki również kwalifikują się do grona kobiet… nigdy nie patrzył na nie pod kątem czegoś "więcej". To byłaby zbrodnia. To… lepiej o tym nie myśleć, nawet przez chwilę. Dobrze, że nie mógł się już rumienić, uff!
Taa, krew człowieka. Myślisz, że mugole mi sprzedadzą bez wypytywania po co mi to? Muszę znaleźć pracę bo budżet topnieje… albo znaleźć cokolwiek innego co nie wypatroszy mi portfela. Ech. Mówił w myślach i oparł brodę o swoje ułożone jeden na drugim nadgarstki. Spoglądał tak sobie na ciemną skórę na policzku Rhei i cieszył się, że przyszedł do biblioteki. Mógł mieć pewność, że ten dzień nie będzie stracony. Na noc znów gdzieś go wywieje i tyle go widziano.
Podniósł się kiedy ruszyła w inne działy. Szedł za nią niczym jej cień, sunąc dłonią po grzbietach ksiąg.
- Ja jestem kreatywny, Alice pracowita a ty genialna. Musimy się jakoś uzupełniać, co nie?- użył głosu i nawet nie patrzył jak idzie tylko szedł przed siebie, za Rheą.
- Może coś wyciszającego? Nie lubię wścibskich sąsiadek. - dopytywał i spoglądał na grzbiety książek. Niektóre pod jego dotykiem warczały, inne syczały a cała reszta grzecznie spała.
Twoja domowa syrena
I'm on the other side
Trying to break through
I can hear the sirens
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Pierwsze, co rzuca się w oczy, to jej włosy: ciemne, długie niemal do pasa i splecione w warkocze. Dopiero po dłuższej chwili można również dostrzec, że milczy. Wyraża się w gestach i dość bogatej mimice twarzy. Jej spojrzenie jest w stanie zabić, naprawdę. Dość wysoka, mierząca metr siedemdziesiąt, zazwyczaj elegancko ubrana. Uwielbia biżuterię, im więcej, tym lepiej.

Rhea Parkinson
#8
03.03.2023, 19:33  ✶  
- Skąd mam wiedzieć? Jesteś pierwszym wampirem, z jakim mam do czynienia – fuknęła na niego, ponownie wywracając oczami. Coraz częściej miała wrażenie, że w jego obecności w końcu straci gałki oczne, bo wypadną z jej głowy. – Will jest uzdrowicielem, prawda? – upewniła się jeszcze, kojarząc imię mężczyzny jako tego, który pomagał Cody’emu zdobywać krew bez zbędnych ofiar. Z tego też wywnioskowała, że prawdopodobnie pracował w Klinice Świętego Munga. – Weź się ubierz! To biblioteka, a nie plaża!
Odwróciła wzrok, choć kątek oka raz po raz zerkała w kierunku tej blizny. Nic nie mogła poradzić na to, że stan jej przyjaciela mimo wszystko ją ciekawił. Sam fakt, że leżał martwy w jakiejś uliczce, a mimo to teraz stał przed nią i z nią rozmawiał… Nawet nie chciała wiedzieć, komu Brandon się naraził, że oberwał aż tak paskudną klątwą. Pewnie gdyby podpytała, chociażby Yaxleya, złapałaby trop tego Śmierciożercy. Wolała jednak nie węszyć, wiedząc, na co stać tych ludzi. W końcu jej mąż był jednym z nich.
- A czy ktokolwiek mówił o kupowaniu? Tak jakbyś nie pomagał mi wynosić książek z biblioteki. Jedno i drugie to kradzież – uświadomiła go, poprawiając przy tym pierścionki na palcach, które znów się przekrzywiły. – Jeśli potrzebujesz pieniędzy, mogę ci coś pożyczyć – dodała jeszcze całkiem poważnym tonem – na tyle, na ile pozwalały na to przesyłane w jego kierunku myśli.
Szła w kierunku odpowiednich regałów, znając ścieżkę w tym labiryncie praktycznie na pamięć. Orientowała się w zagadnieniach i tytułach na tyle, że odnajdywała je w odpowiednich miejscach nim ktokolwiek zdążył się dwukrotnie zastanowić, czy na pewno tego potrzebował.
- Taki jesteś kreatywny, że nie potrafisz sobie znaleźć zajęcia – stwierdziła z lekkim przytykiem, nie odwracając się mimo to w jego kierunku. Patrzyła przed siebie, układając sobie w głowie dalszą drogę. Jedna alejka w lewo, potem mijają kolejne dwie, aż po prawej znajdą zaklęcia ochronne. – Wyobrażałam sobie tę chatę bardziej jako coś stojącego w środku lasu. Nie sądziłam, że będziesz miał sąsiadów, ale jeśli to mugole, musimy pomyśleć też o zaklęciach tuszujących obecność magii – zauważyła, zatrzymując się między odpowiednimi regałami tak gwałtownie, że jeśli Cody tego nie zauważył, mógł na nią z łatwością wpaść. Wyciągnęła dłoń w kierunku jednej z wyższych półek, czekając, aż odpowiedni tom sam się wysunie i opadnie między jej palce. Sprytna sztuczka bibliotekarki.
Narwany Wampir
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
W oczy rzuca się soczyście rudy kolor włosów. Bardzo łatwo o jego wybuch śmiechu. Mówi głośno, śmieje się donośnym tembrem. Można wyczuć od niego metaliczny zapach rdzy lub krwi który stara się zatrzeć wodą kolońską. Mierzy około metra osiemdziesiąt centymetrów wzrostu zaś ubranie skrywa wyraźnie zarysowane mięśnie ramion i nóg. Szybko się porusza, szybko biega, rzadko siedzi nieruchomo w miejscu. Gdy czuje palący głód to blednie, zapadają się jego policzki, skóra staje się przezroczysta, oczy podkrążone, a usta sine. Zazwyczaj w tym czasie zmywa się z towarzystwa, nawet w połowie spotkania. Nie wyjaśnia przyczyny.

Cody Brandon
#9
14.03.2023, 21:58  ✶  
- Przecież mnie widzisz. Nic mi nie wyrosło ani niczego nie ubyło. - no, poza krwią. Wywrócił oczyma bo jednak ubodła go jej propozycja. Przecież nie obchodziło go wnętrze wampirów ani tym bardziej sposoby ich zabicia - o tym przeczytał w pierwszym tygodniu nowego "życia". William jednak o niego dbał.
- Nie, nie jest uzdrowicielem. Pracuje w Ministerstwie. - sprostował i to było naprawdę dużo informacji na jego temat. Musiał się pilnować, nie chciał o nim za dużo opowiadać lecz ciężko było trzymać wodę w ustach skoro stanowił od niedawna coś na kształt autorytetu. Akurat się tak złożyło, że potrzebował wzoru do naśladowania; takiego mężczyzny, mentora w życiu skoro został pozbawiony wzorca ojca w okresie nastoletnim.
- Oj tam. - machnął ręką bo jedynie odrobinę się roznegliżował i to w imię doświadczeń naukowych! Chciał pokazać od czego umarł i póki co nie wydawało mu się, że zachowuje się nietaktownie. Dzielił się swoim przeżyciem z przyjaciółką i bardzo dobrze szło mu notoryczne zapominanie, że ta mdleje na widok krwi. To się dobrali... lepiej aby nikt nie kaleczył się w ich obecności - jedno zechce za to zabić a drugie od razu zemdleje; jedno drugiego nie powstrzyma przed swym losem.
To nie kradzież, to działanie na nerwach tym złym. Ale lepiej być ostrożnym... zobacz jak skończyłem. Wykrzywił usta w grymasie bo jednak okazało się, że zbyt głośno działał na rzecz mugoli i charłaków. Nie potrafił się dostatecznie mocno ochronić i ściągnął na siebie solidne kłopoty. Wbrew pozorom słowa Brenny powracały w jego głowie raz po raz. Pamiętał każde wypowiadane przez nią słowo i trzymał je w sobie, dzięki czemu nie szarżował. Czekał aż morderca zostanie odnaleziony i będzie mógł działać, wrócić do rytmu.
- A chętnie. Słuchaj, a czy mogłabyś odebrać ze szpitala pakiet woreczków krwi dla mnie? Mam już wypisane formularze, wszystkie wnioski są zatwierdzone. Muszę je odebrać a jednak wolę nie wchodzić tam na głodzie. - a ten zbliżał się nieuchronnie i wiedział, że rozsądek nakazywał wykorzystywanie przyjaciół do tych drobnych czynności. Nie prosił przecież o własną krew a tylko o odbiór odpowiedniej ilości wydawanej przez szpital. Tyle przeszedł aby to dostać więc wypadałoby jak najszybciej odebrać krwisty datek zanim zarząd szpitala się rozmyśli.
Oczywiście, że na nią wpadł. Nie spodziewał się, że nagle się zatrzyma. Nieco przygniótł ją swoimi gabarytami do regału, z którego to panicznie pospadało parę książek.
- Oj, wybacz. - odsunął się i rozmasował jej ramię na które z impetem wszak wpadł. - Nie myśl, że próbuję cię tu nagabywać. To nieumyślnie, że się na chwilę roznegliżowałem, zaciągam cię w ciemne alejki i jeszcze na ciebie wpadam. - zaśmiał się cicho gdy tak popatrzył na to z innej perspektywy. Schylił się i zimnymi już dłońmi pozbierał tomiszcza. Jedne trzymał pod pachą, inne układał w zgięciach łokci na przedramieniu. Nie zdawał sobie jeszcze sprawy ale naprawdę stracił już temperaturę ciała. Ciekawe czy jeśli posiedzi przy kominku to skóra się choć trochę ogrzeje?
- Do najbliższych mugoli jest półtorej godziny spaceru. Będę mieć psa, już nawet wybrałem go sobie w schronisku. Wielkie bydlę więc nie sądzę aby mugole chcieli zawierać ze mną bliższe znajomości. - dopowiedział to, o czym rozmawiali zanim na nią wpadł. Podał jej pierwszą z wielu książek, które to sprowokował do ucieczki z pedantycznego porządku.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Cody Brandon (2068), Rhea Parkinson (1639)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa