<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Wszystkie działy]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Mon, 26 Oct 2026 00:06:42 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[[28.10.72] Isn't it just so pretty to think all along there was some invisible string]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6543</link>
			<pubDate>Sat, 24 Oct 2026 22:04:28 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=24">Brenna Longbottom</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6543</guid>
			<description><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3605&amp;pid=50176#pid50176" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">tu preludium</a><br />
*<br />
<br />
Nurkowanie na dnie morza prawdopodobnie nie było ulubionym zajęciem Atreusa, ale został w to bezczelnie wrobiony.<br />
Brennie trzeba było oddać tyle, że jeśli koniecznie chciała zesłać kogoś na morskie dno – w celach innych niż zamordowanie go, co zapewne osiągnęłaby po prostu tak osobnika teleportując – nie miała wielkiego wyboru ofiar, które mogły to bez większego powodu zrobić. Szkolenie, eliksiry i mutacje sprawiały, że wojownicy tacy jak on mogli przetrwać dłużej bez powietrza niż normalny człowiek, mniej byli wrażliwi na temperatury, a przy tym był wytrzymały i cóż, doskonale pływał. Kilka zaklęć, rzuconych przez czarodziejkę, miało ułatwić całą procedurę, ale ich odpowiedni obiekt był kluczowy do powodzenia.<br />
Żeby jeszcze zechciała wyjaśnić, dlaczego dokładnie to robi. Dość wyraźnie jednak kręciła. To znaczy kręciła wyraźnie dla kogoś, kto ją znał, bo niby koniecznie chciała skrzyneczkę, i skrzyneczka miała zawierać rzadki, magiczny przedmiot, zatopiony wraz ze statkiem, ale Brenna ucinała rozmowy odnośnie jej przeznaczenia, niezbyt chciała rozmawiać o szczegółach i w ogóle chętnie ucinała temat. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Dzięki temu zaklęciu będziesz mógł oddychać pod wodą. Powietrza przy twoich potrzebach wystarczy przynajmniej na godzinę, ale to bezpieczne założenie. Może działać nawet do dwóch. Głębokość w tym miejscu jest taka, że do statku powinieneś dotrzeć nie dalej niż w kwadrans. W okolicy namierzyłam trzy wraki, jestem jednak prawie pewna, że chodzi o ten, ponieważ emanuje magią. Dzięki temu kolczykowi, możemy się komunikować… Kolchida przewoziła łupy wojenne, więc jeżeli cokolwiek cię zainteresuje i będzie dość lekkie, aby z tym wypłynąć, nie krępuj się. Spora szansa zarobić na tym więcej niż na uganianiu się za jakąś strzygą i nie będę musiała potem cię składać, bo prawie wypruła ci flagi</span> – zrelacjonowała Brenna, pochylając się nad wodą z łódki i przypatrując falom tak, jakby widziała coś pod spodem. Może tę magię, którą miał emanować wrak. W tej chwili łódkę w miejscu utrzymywało też jej zaklęcie.<br />
<br />
[inny avek]https://i.imgur.com/6qqVccT.png[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3605&amp;pid=50176#pid50176" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">tu preludium</a><br />
*<br />
<br />
Nurkowanie na dnie morza prawdopodobnie nie było ulubionym zajęciem Atreusa, ale został w to bezczelnie wrobiony.<br />
Brennie trzeba było oddać tyle, że jeśli koniecznie chciała zesłać kogoś na morskie dno – w celach innych niż zamordowanie go, co zapewne osiągnęłaby po prostu tak osobnika teleportując – nie miała wielkiego wyboru ofiar, które mogły to bez większego powodu zrobić. Szkolenie, eliksiry i mutacje sprawiały, że wojownicy tacy jak on mogli przetrwać dłużej bez powietrza niż normalny człowiek, mniej byli wrażliwi na temperatury, a przy tym był wytrzymały i cóż, doskonale pływał. Kilka zaklęć, rzuconych przez czarodziejkę, miało ułatwić całą procedurę, ale ich odpowiedni obiekt był kluczowy do powodzenia.<br />
Żeby jeszcze zechciała wyjaśnić, dlaczego dokładnie to robi. Dość wyraźnie jednak kręciła. To znaczy kręciła wyraźnie dla kogoś, kto ją znał, bo niby koniecznie chciała skrzyneczkę, i skrzyneczka miała zawierać rzadki, magiczny przedmiot, zatopiony wraz ze statkiem, ale Brenna ucinała rozmowy odnośnie jej przeznaczenia, niezbyt chciała rozmawiać o szczegółach i w ogóle chętnie ucinała temat. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Dzięki temu zaklęciu będziesz mógł oddychać pod wodą. Powietrza przy twoich potrzebach wystarczy przynajmniej na godzinę, ale to bezpieczne założenie. Może działać nawet do dwóch. Głębokość w tym miejscu jest taka, że do statku powinieneś dotrzeć nie dalej niż w kwadrans. W okolicy namierzyłam trzy wraki, jestem jednak prawie pewna, że chodzi o ten, ponieważ emanuje magią. Dzięki temu kolczykowi, możemy się komunikować… Kolchida przewoziła łupy wojenne, więc jeżeli cokolwiek cię zainteresuje i będzie dość lekkie, aby z tym wypłynąć, nie krępuj się. Spora szansa zarobić na tym więcej niż na uganianiu się za jakąś strzygą i nie będę musiała potem cię składać, bo prawie wypruła ci flagi</span> – zrelacjonowała Brenna, pochylając się nad wodą z łódki i przypatrując falom tak, jakby widziała coś pod spodem. Może tę magię, którą miał emanować wrak. W tej chwili łódkę w miejscu utrzymywało też jej zaklęcie.<br />
<br />
[inny avek]https://i.imgur.com/6qqVccT.png[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[28.10.1972, Warownia] I had the time of my life fighting dragons with you]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6542</link>
			<pubDate>Sat, 24 Oct 2026 20:06:34 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=177">Victoria Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6542</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">28 X 1972, wczesny wieczór</div>
<br />
<p>Zazwyczaj to Brenna szukała Victorię w biurze, czy żeby pogadać, czy się umówić, czy żeby porwać ją do jakiejś sprawy. Tym razem jednak role się odwróciły i to Victoria szukała Brennę. Nie złapała jej, zanim wyszła z Atreusem w teren, nie chciała kusić losu, że będą się tak mijać, więc wysłała do niej wiadomość, czy mogą się dzisiaj spotkać i pogadać… Bo Victoria wolała z tym nie czekać, aż do Brenny dotrą jakieś naprawdę durne plotki, wolała to wyjaśnić osobiście. I zupełnie przy tym nie wiedziała, że Atreus już u niej był i że w zasadzie to nie ma o czym mówić. </p>
<p>W ten właśnie sposób trafiła po pracy do Warowni. Prawdę mówiąc, to dawno tu nie była i wizyta w domu rodzinnym Brenny była na pewien sposób sentymentalna. Dobrze wspominała to miejsce, lubiła je, tak jak lubiła Longbottomów. Ostatnie dwa miesiące były dla Victorii trudne pod względem przebywania w Dolinie Godryka. Nawet jeśli sama z siebie wyniosła się z domu w lipcu, to przecież tutaj się wychowała, dorastała, tutaj wracała… i widok tych wszystkich zniszczeń po prostu bolał. </p>
<p>Przynajmniej jednak Warownia nie była spisana na straty. </p>
<p>Najgorsze było to, że w ciągu dnia ta głupia plotka musiała się rozprzestrzenić, bo kilka razy widziała, jak ktoś w biurze zerka na jej dłonie (gdzie nie było żadnych pierścionków!!!) i wydawało jej się, że słyszała jakieś szeptane uwagi… i miała naprawdę szczerą nadzieję, że nie dotarła do rodziny Brenny! </p>
<p>Koniecznie to trzeba było wyjaśnić. </p>
<p>Ale i tak dobrze było odwiedzić Brennę i zobaczyć ją dla odmiany w domu, a nie w jakiejś dziurze, albo gdzieś wiecznie w biegu. </p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Dużo macie teraz roboty? Chciałam cię złapać w pracy, ale się minęłyśmy –</span> powiedziała na wstępie, przypatrując się teraz przyjaciółce, szukając jakichkolwiek oznak tego, że jednak dotarły do niej „wieści” i czy się tym jakkolwiek przejęła. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Słuchaj… Nie chcę, żeby to zabrzmiało dziwnie, bo nie wiem, czy w ogóle słyszałaś dzisiaj plotki –</span> Victoria chrząknęła, uznawszy, że nie ma sensu owijać w bawełnę i po prostu przeszła do sedna. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Ale rano się dowiedziałam, że niby mam brać ślub z Atreusem? I że niby jakiś termin już wybrany? I inne bzdury. To nieprawda jak coś… Moja rodzina nic takiego nie kombinuje, ja pierwsze słyszę, a poza tym nie jestem zainteresowana –</span> była jej winna to wytłumaczenie. Przechodziła przez to rano z Christopherem, a drugą tak zainteresowaną była właśnie Brenna i lepiej to było uciąć w zarodku. Żeby Brennie nie przyszło do głowy, że ta jej chce odbić chłopaka czy coś tam. </p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">28 X 1972, wczesny wieczór</div>
<br />
<p>Zazwyczaj to Brenna szukała Victorię w biurze, czy żeby pogadać, czy się umówić, czy żeby porwać ją do jakiejś sprawy. Tym razem jednak role się odwróciły i to Victoria szukała Brennę. Nie złapała jej, zanim wyszła z Atreusem w teren, nie chciała kusić losu, że będą się tak mijać, więc wysłała do niej wiadomość, czy mogą się dzisiaj spotkać i pogadać… Bo Victoria wolała z tym nie czekać, aż do Brenny dotrą jakieś naprawdę durne plotki, wolała to wyjaśnić osobiście. I zupełnie przy tym nie wiedziała, że Atreus już u niej był i że w zasadzie to nie ma o czym mówić. </p>
<p>W ten właśnie sposób trafiła po pracy do Warowni. Prawdę mówiąc, to dawno tu nie była i wizyta w domu rodzinnym Brenny była na pewien sposób sentymentalna. Dobrze wspominała to miejsce, lubiła je, tak jak lubiła Longbottomów. Ostatnie dwa miesiące były dla Victorii trudne pod względem przebywania w Dolinie Godryka. Nawet jeśli sama z siebie wyniosła się z domu w lipcu, to przecież tutaj się wychowała, dorastała, tutaj wracała… i widok tych wszystkich zniszczeń po prostu bolał. </p>
<p>Przynajmniej jednak Warownia nie była spisana na straty. </p>
<p>Najgorsze było to, że w ciągu dnia ta głupia plotka musiała się rozprzestrzenić, bo kilka razy widziała, jak ktoś w biurze zerka na jej dłonie (gdzie nie było żadnych pierścionków!!!) i wydawało jej się, że słyszała jakieś szeptane uwagi… i miała naprawdę szczerą nadzieję, że nie dotarła do rodziny Brenny! </p>
<p>Koniecznie to trzeba było wyjaśnić. </p>
<p>Ale i tak dobrze było odwiedzić Brennę i zobaczyć ją dla odmiany w domu, a nie w jakiejś dziurze, albo gdzieś wiecznie w biegu. </p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Dużo macie teraz roboty? Chciałam cię złapać w pracy, ale się minęłyśmy –</span> powiedziała na wstępie, przypatrując się teraz przyjaciółce, szukając jakichkolwiek oznak tego, że jednak dotarły do niej „wieści” i czy się tym jakkolwiek przejęła. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Słuchaj… Nie chcę, żeby to zabrzmiało dziwnie, bo nie wiem, czy w ogóle słyszałaś dzisiaj plotki –</span> Victoria chrząknęła, uznawszy, że nie ma sensu owijać w bawełnę i po prostu przeszła do sedna. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Ale rano się dowiedziałam, że niby mam brać ślub z Atreusem? I że niby jakiś termin już wybrany? I inne bzdury. To nieprawda jak coś… Moja rodzina nic takiego nie kombinuje, ja pierwsze słyszę, a poza tym nie jestem zainteresowana –</span> była jej winna to wytłumaczenie. Przechodziła przez to rano z Christopherem, a drugą tak zainteresowaną była właśnie Brenna i lepiej to było uciąć w zarodku. Żeby Brennie nie przyszło do głowy, że ta jej chce odbić chłopaka czy coś tam. </p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 72, 17.10.1972 | Dworek dziadków | Urd i Ceo] Chwila oddechu]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6541</link>
			<pubDate>Sat, 24 Oct 2026 09:48:21 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=568">Ceolsige Burke</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6541</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">17.10.1972, wieczór - dworek dziadków Burke</div>
<br />
Spacer przeszedł w łzy, łzy popłynęły w rozmowy, słowa poprosiły o herbatę znacząc wspólny czas spokojem. Niewielki dworek dziadków Burke w Snowdonii znajdował się poza wścibskimi oczyma i odznaczał się przyjemną wonią prowincjonalnego spokoju mimo eleganckiego wysmakowania i odrobiny przemysłowego zacięcia w dekoracjach. Wszak stał niedaleko historycznych obszarów kamieniołomów z których mugole, na ich własne szczęście uczynili zabytki.<br />
Popołudnie przeszło w wieczór. Poddasze było przestronne o nisko zawieszonym stropie dachu rozpostartego na ciężkich krokwiach na których ułożono niewielki podest pod samym szczytem dachu. Miejsce gdzie Ceo lubiła się chować jeszcze nim Hogwart zaprosił ją w swe progi. Była wtedy bardziej wysportowana choć liczne eskapady ostatnich tygodni przywróciły jej wiele z młodzieńczej gibkości.<br />
Poddasze podzielone było ścianami na kilka pokoi. Ten był jednym z większych, z własnym kominkiem i kilkoma oknami umieszczonymi na nadbudówkach wystających z dachu. Widać było, że pomieszczeni było niedawno sprzątane czego babcia nie omieszkała nie wspomnieć. "Sama doglądałam skrzatów" jak rzekła. I rzeczywiście wszystko było schludnie ułożone i odkurzone a przecież był to warsztat rzemieślniczy i magiczny. Po prawdzie trzymany w tej formie głównie dla niej.<br />
Centralnym punktem była spora tafla przygotowana pod wyrysowywanie magicznych kręgów i rozrysowywania układów run. Pod skosami natomiast porozstawiane były kredensy z materiałami, regały z książkami oraz stoły i stojaki z narzędziami. Wszystkie meble w jednolitym stylu, z łukowo wykończonymi nóżkami i z ciemnego drewna. Ściany i podłogi były w odcieniu lżejszego, jaśniejszego brązu, natomiast krokwie i sam sufit były ciemne, niemal czarne pomimo migotliwych płomieni świec kołyszących się na kandelabrach.<br />
Nieco życia dodawały zielone poduszki ułożone na szerokich parapetach wnęk okiennych oraz purpurowe obicia krzeseł. Niewielki metalowy herb Burke wisiał na ceglanej kolumnie komina górując ponad dwoma zawieszonymi goblinimi kordami. Jeśli wierzyć opowieściom dziadka nie warto było rozważać makabrycznej natury zabrudzenia na rękojeści jednego z nich.<br />
Pomieszczenie wypełniał zapach palącego się w kominku cisu, zapach starego drewna, twarda nuta gorzkiego dymu tytoniowego, subtelne zapachy wosku i starej skóry oraz ledwie wyczuwalne ale bardzo charakterystyczne wrażenie ozonu płynące od unoszącej się w pomieszczeniu delikatnej aury surowej magii. Po porządkach  w pomieszczeniu nie zostały ślady po kurzu lub duszności jakiej można by się spodziewać. Niedawne wietrzenie wniosło chłód świeżości, która rozlała się jak czysta płachta pod paletę odnowionych zapachów pomieszczenia.<br />
Ceolsige siedziała pochylona and jednym ze stołów warsztatowych. Chyba najbardziej masywnym z całości. Cienka, szara kamienna polerowana płyta o długości dwóch metrów wsparta na stelażu wieńczącym się w grubych żeliwnych nogach przywodziła na myśl bardziej ołtarz ofiarny niż miejsce pracy. Dopełniały tego dwa mosiężne kandelabry ustawione po bokach. Jej charakter zdradzały dopiero zawieszone z niskiego skosu dachu raki pełne narzędzi grawerskich, odlewniczych i szlifierskich. Młotki, dłuta wisiały nieruchomo a jednak migotliwe światło świec sprawiało wrażenie jakby kołysały się, żywe i chętne by wyrwać się do pracy. <br />
Kobieta, nawet pochylona nad pracą zachowała elegancka sylwetkę i wyprostowane plecy. Pozę tym łatwiejszą do utrzymania po wcześniejszych przygodach i stosowanych opatrunkach na żebra. Siedziała na przystającym do wystroju szerokim krześle o rozchodzących się na boki podłokietnikach. Blond włosy spływały w luźniej, nisko chwyconej kitce na plecy. Dwa długie luźne pasemka opływały leniwie kontur twarzy zmiękczając jej wyraz.<br />
Zdążyła się przebrać do prac. Długa szata z gęsto tkanej wełny, w kolorze ciemnego mchu. Stojący kołnierzyk i trójkątne wyłogi na piersiach lśniły ciemną purpurą podszewki. przenikała po nich mocna wstążka wiązania zapewniająca równe dopasowanie i ułożenie materiału zamykając krawędzie poł nad czarnym materiałem delikatnej spodniej sukienki. Szata spięta w tali była grubym pasem z cynkowaną sprzączką w kształcie liścia. Spod niego rozchodziła się prostym krojem w długą zieloną spódnicę z centralna kontrfałdą przetykaną ciemną purpurą. Krój spódnicy rozcięty był centralnie od ud dla wygody. Spod rozcięcia wystawał cienki czarny materiał spodniej, nieco krótszej spódnicy układającej się płynnie na kolanie nogi założonej na drugą. Jej miarowe kołysanie wprawiało rąbek spódnicy w tradycyjne falowanie. <br />
Rękawy szaty były podwinięte i podwiązane na cienkich paskach zabezpieczonych małymi srebrnymi sprzączkami. Odsłaniały one smukłe przedramiona, wsparte teraz łokciami na zimnym blacie. Obracała w dłoniach mały miedziany przedmiot przypominając wałek o zmiennej średnicy z dziwnym rozszerzeniem uformowanym w kilka nieregularnych ramion. Na palcach nanizane miała skórzane ochraniacze łączące się paskami z runiczną płytką na wierchu dłoni i dalej zapięte razem dokoła nadgarstka. Element zabezpieczający na równie przed ostrzami jak i przed niekontrolowanym przepływem magicznej mocy.<br />
NA blacie leżały dobrane dłutka, palnik z kociołkiem do topienia ołowiu, stojak, w którym dymiła się ciemna dębowa fajka oraz potężna księga ustawiona w mechanizmie przerzucającym strony. Na otwartej zakładce pyszniły się wzory run okalających wał żarna do zboża. Sądząc po szkicach drewnianych zębatek jeszcze z końca średniowiecza.<br />
Było to głównie hobby. Mimo to dzięki, bardziej osiadłemu trybowi dwóch ostatnich lat mogła zaangażować się w działania klubu zdecydowanie aktywniej i przysiąść do bardziej praktycznych aspektów znajomości run.<br />
Przebiegłą spojrzeniem błękitnych oczu po zapiskach i sięgnęła po rysik. Odchyliła się wygodniej na krześle z ulgą zauważając, ze opatrunki już jej tak nie doskwierają. Podparła łokcie na krześle a dłonie na blacie stołu. Ukradkiem ledwie spojrzała w bok szukając znajomej postaci w tej udawanej grze udawanych pozorów.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">17.10.1972, wieczór - dworek dziadków Burke</div>
<br />
Spacer przeszedł w łzy, łzy popłynęły w rozmowy, słowa poprosiły o herbatę znacząc wspólny czas spokojem. Niewielki dworek dziadków Burke w Snowdonii znajdował się poza wścibskimi oczyma i odznaczał się przyjemną wonią prowincjonalnego spokoju mimo eleganckiego wysmakowania i odrobiny przemysłowego zacięcia w dekoracjach. Wszak stał niedaleko historycznych obszarów kamieniołomów z których mugole, na ich własne szczęście uczynili zabytki.<br />
Popołudnie przeszło w wieczór. Poddasze było przestronne o nisko zawieszonym stropie dachu rozpostartego na ciężkich krokwiach na których ułożono niewielki podest pod samym szczytem dachu. Miejsce gdzie Ceo lubiła się chować jeszcze nim Hogwart zaprosił ją w swe progi. Była wtedy bardziej wysportowana choć liczne eskapady ostatnich tygodni przywróciły jej wiele z młodzieńczej gibkości.<br />
Poddasze podzielone było ścianami na kilka pokoi. Ten był jednym z większych, z własnym kominkiem i kilkoma oknami umieszczonymi na nadbudówkach wystających z dachu. Widać było, że pomieszczeni było niedawno sprzątane czego babcia nie omieszkała nie wspomnieć. "Sama doglądałam skrzatów" jak rzekła. I rzeczywiście wszystko było schludnie ułożone i odkurzone a przecież był to warsztat rzemieślniczy i magiczny. Po prawdzie trzymany w tej formie głównie dla niej.<br />
Centralnym punktem była spora tafla przygotowana pod wyrysowywanie magicznych kręgów i rozrysowywania układów run. Pod skosami natomiast porozstawiane były kredensy z materiałami, regały z książkami oraz stoły i stojaki z narzędziami. Wszystkie meble w jednolitym stylu, z łukowo wykończonymi nóżkami i z ciemnego drewna. Ściany i podłogi były w odcieniu lżejszego, jaśniejszego brązu, natomiast krokwie i sam sufit były ciemne, niemal czarne pomimo migotliwych płomieni świec kołyszących się na kandelabrach.<br />
Nieco życia dodawały zielone poduszki ułożone na szerokich parapetach wnęk okiennych oraz purpurowe obicia krzeseł. Niewielki metalowy herb Burke wisiał na ceglanej kolumnie komina górując ponad dwoma zawieszonymi goblinimi kordami. Jeśli wierzyć opowieściom dziadka nie warto było rozważać makabrycznej natury zabrudzenia na rękojeści jednego z nich.<br />
Pomieszczenie wypełniał zapach palącego się w kominku cisu, zapach starego drewna, twarda nuta gorzkiego dymu tytoniowego, subtelne zapachy wosku i starej skóry oraz ledwie wyczuwalne ale bardzo charakterystyczne wrażenie ozonu płynące od unoszącej się w pomieszczeniu delikatnej aury surowej magii. Po porządkach  w pomieszczeniu nie zostały ślady po kurzu lub duszności jakiej można by się spodziewać. Niedawne wietrzenie wniosło chłód świeżości, która rozlała się jak czysta płachta pod paletę odnowionych zapachów pomieszczenia.<br />
Ceolsige siedziała pochylona and jednym ze stołów warsztatowych. Chyba najbardziej masywnym z całości. Cienka, szara kamienna polerowana płyta o długości dwóch metrów wsparta na stelażu wieńczącym się w grubych żeliwnych nogach przywodziła na myśl bardziej ołtarz ofiarny niż miejsce pracy. Dopełniały tego dwa mosiężne kandelabry ustawione po bokach. Jej charakter zdradzały dopiero zawieszone z niskiego skosu dachu raki pełne narzędzi grawerskich, odlewniczych i szlifierskich. Młotki, dłuta wisiały nieruchomo a jednak migotliwe światło świec sprawiało wrażenie jakby kołysały się, żywe i chętne by wyrwać się do pracy. <br />
Kobieta, nawet pochylona nad pracą zachowała elegancka sylwetkę i wyprostowane plecy. Pozę tym łatwiejszą do utrzymania po wcześniejszych przygodach i stosowanych opatrunkach na żebra. Siedziała na przystającym do wystroju szerokim krześle o rozchodzących się na boki podłokietnikach. Blond włosy spływały w luźniej, nisko chwyconej kitce na plecy. Dwa długie luźne pasemka opływały leniwie kontur twarzy zmiękczając jej wyraz.<br />
Zdążyła się przebrać do prac. Długa szata z gęsto tkanej wełny, w kolorze ciemnego mchu. Stojący kołnierzyk i trójkątne wyłogi na piersiach lśniły ciemną purpurą podszewki. przenikała po nich mocna wstążka wiązania zapewniająca równe dopasowanie i ułożenie materiału zamykając krawędzie poł nad czarnym materiałem delikatnej spodniej sukienki. Szata spięta w tali była grubym pasem z cynkowaną sprzączką w kształcie liścia. Spod niego rozchodziła się prostym krojem w długą zieloną spódnicę z centralna kontrfałdą przetykaną ciemną purpurą. Krój spódnicy rozcięty był centralnie od ud dla wygody. Spod rozcięcia wystawał cienki czarny materiał spodniej, nieco krótszej spódnicy układającej się płynnie na kolanie nogi założonej na drugą. Jej miarowe kołysanie wprawiało rąbek spódnicy w tradycyjne falowanie. <br />
Rękawy szaty były podwinięte i podwiązane na cienkich paskach zabezpieczonych małymi srebrnymi sprzączkami. Odsłaniały one smukłe przedramiona, wsparte teraz łokciami na zimnym blacie. Obracała w dłoniach mały miedziany przedmiot przypominając wałek o zmiennej średnicy z dziwnym rozszerzeniem uformowanym w kilka nieregularnych ramion. Na palcach nanizane miała skórzane ochraniacze łączące się paskami z runiczną płytką na wierchu dłoni i dalej zapięte razem dokoła nadgarstka. Element zabezpieczający na równie przed ostrzami jak i przed niekontrolowanym przepływem magicznej mocy.<br />
NA blacie leżały dobrane dłutka, palnik z kociołkiem do topienia ołowiu, stojak, w którym dymiła się ciemna dębowa fajka oraz potężna księga ustawiona w mechanizmie przerzucającym strony. Na otwartej zakładce pyszniły się wzory run okalających wał żarna do zboża. Sądząc po szkicach drewnianych zębatek jeszcze z końca średniowiecza.<br />
Było to głównie hobby. Mimo to dzięki, bardziej osiadłemu trybowi dwóch ostatnich lat mogła zaangażować się w działania klubu zdecydowanie aktywniej i przysiąść do bardziej praktycznych aspektów znajomości run.<br />
Przebiegłą spojrzeniem błękitnych oczu po zapiskach i sięgnęła po rysik. Odchyliła się wygodniej na krześle z ulgą zauważając, ze opatrunki już jej tak nie doskwierają. Podparła łokcie na krześle a dłonie na blacie stołu. Ukradkiem ledwie spojrzała w bok szukając znajomej postaci w tej udawanej grze udawanych pozorów.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[07/1957] But we have miles left to regret | Aloysius, Prudence]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6540</link>
			<pubDate>Fri, 23 Oct 2026 19:08:36 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=544">Benjy Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6540</guid>
			<description><![CDATA[Łupnięcie, zgrzyt, przeciągły jęk metalu, po którym nastąpiło kilka podejrzanie głośnych stuknięć dobiegających spod podłogi, niemal wypuściłem z ust przekleństwo, którego zdecydowanie nie wypadało używać przy damach, nawet jeśli wspomniane od dłuższego czasu doprowadzały mnie do stanu, w którym przestawałem przejmować się podobnymi drobiazgami - magiczny autokar pędził przez noc, nie bacząc na nic, ani na nikogo… <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„Co za jebany złom, rzygać się chce”.</span><br />
Zacisnąłem zęby, kiedy siedzenie ponownie gwałtownie podskoczyło mi pod dupą, po czym rozparłem się na nim jeszcze bardziej, wyciągając nogi na zewnątrz, w stronę przejścia między rzędami, bo może na własne życzenie musiałem znosić tę nocną przejażdżkę, ale jednocześnie nie zamierzałem skupiać się na zachowaniu dobrych manier, podczas gdy ledwo mieściłem kolana między siedzeniami. Nie miałem zresztą szczególnej ochoty ułatwiać nikomu życia własnym kosztem, bo już mi tego wystarczyło, jak na jeden paskudny wieczór, toteż skrzyżowałem ręce na piersi i uznałem, że skoro już przyszło mi uczestniczyć w tej żałosnej wyprawie, przynajmniej nie będę udawał, że mogłem czerpać z niej jakąkolwiek przyjemność - to nie była wycieczka krajoznawcza - usiadłem od strony alejki, z nogami wyciągniętymi przed siebie tak daleko, że każdy, kto chciałby się przecisnąć, musiałby albo poprosić mnie o pozwolenie, albo wykazać się umiejętnościami godnymi zawodnika quidditcha lub Prudence Bletchley w tej dzisiejszej, skocznej odsłonie, która znajdowała się na siedzeniu tuż obok, co odnotowywałem kątem oka z częstotliwością, której z pewnością bym się wyparł, gdyby ktokolwiek postanowił mnie z tego rozliczać. Nie oznaczało to, oczywiście, że zwracałem na nią szczególną uwagę, miałem po prostu dobry wzrok, czego zresztą należało oczekiwać po Rookwoodzie, nie zamierzałem się do niej odwracać, nie zamierzałem też sprawdzać, czy patrzyła w moją stronę, ponieważ miałem swoje zasady, a jedną z nich było nieokazywanie zainteresowania osobom, które w danej chwili zasługiwały najwyżej na moją demonstracyjną obojętność. Oczywiście, gdyby zechciała coś powiedzieć, byłbym zmuszony odpowiedzieć, bo całkowite ignorowanie jej obecności wymagałoby wysiłku niewspółmiernego do korzyści, szczególnie w tak ciasnym pojeździe, póki co jednak mogłem pozwolić sobie na milczenie, przyglądając się przelotnie odbiciu własnej twarzy w szybie i zastanawiając się, czy wyglądałem dostatecznie nieprzystępnie. Wolałem wierzyć, że tak. <br />
Kolejne szarpnięcie sprawiło, że ciężkie podeszwy moich butów zsunęły się z krawędzi siedzenia naprzeciwko, po czym z hukiem wylądowały na podłodze, autokar znowu szarpnął, więc odruchowo zaparłem pięty o podłogę, przy okazji niemal zahaczając butem o przechodzącego czarodzieja, który sekundę później prawie wylądował na kimś trzy rzędy dalej. Zakląłem cicho, poprawiłem nogi i oparłem głowę o zagłówek, wzdychając z teatralną przesadą godną kogoś, komu właśnie odmówiono dziedziczenia rodzinnej fortuny i zamiast tego wysłano go <br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Fantastyczny</span></span><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> środek transportu.</span> - Mruknąłem, nie wiedząc, czy robiłem to bardziej do siebie, czy może już do Prue, chociaż nie zamierzałem się tym szczególnie przejmować. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Naprawdę, gdybym wiedział, że czeka nas coś takiego, wolałbym iść pieszo.</span> - Sarknąłem, nie dodałem, że wówczas musiałbym iść razem z nią, bo ta myśl, choć przy końcu wieczoru była jeszcze całkiem przyjemna, nie pasowała do mojego aktualnego stanowiska w sprawie całego świata.<br />
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=tmo7cCP.jpeg[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Łupnięcie, zgrzyt, przeciągły jęk metalu, po którym nastąpiło kilka podejrzanie głośnych stuknięć dobiegających spod podłogi, niemal wypuściłem z ust przekleństwo, którego zdecydowanie nie wypadało używać przy damach, nawet jeśli wspomniane od dłuższego czasu doprowadzały mnie do stanu, w którym przestawałem przejmować się podobnymi drobiazgami - magiczny autokar pędził przez noc, nie bacząc na nic, ani na nikogo… <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„Co za jebany złom, rzygać się chce”.</span><br />
Zacisnąłem zęby, kiedy siedzenie ponownie gwałtownie podskoczyło mi pod dupą, po czym rozparłem się na nim jeszcze bardziej, wyciągając nogi na zewnątrz, w stronę przejścia między rzędami, bo może na własne życzenie musiałem znosić tę nocną przejażdżkę, ale jednocześnie nie zamierzałem skupiać się na zachowaniu dobrych manier, podczas gdy ledwo mieściłem kolana między siedzeniami. Nie miałem zresztą szczególnej ochoty ułatwiać nikomu życia własnym kosztem, bo już mi tego wystarczyło, jak na jeden paskudny wieczór, toteż skrzyżowałem ręce na piersi i uznałem, że skoro już przyszło mi uczestniczyć w tej żałosnej wyprawie, przynajmniej nie będę udawał, że mogłem czerpać z niej jakąkolwiek przyjemność - to nie była wycieczka krajoznawcza - usiadłem od strony alejki, z nogami wyciągniętymi przed siebie tak daleko, że każdy, kto chciałby się przecisnąć, musiałby albo poprosić mnie o pozwolenie, albo wykazać się umiejętnościami godnymi zawodnika quidditcha lub Prudence Bletchley w tej dzisiejszej, skocznej odsłonie, która znajdowała się na siedzeniu tuż obok, co odnotowywałem kątem oka z częstotliwością, której z pewnością bym się wyparł, gdyby ktokolwiek postanowił mnie z tego rozliczać. Nie oznaczało to, oczywiście, że zwracałem na nią szczególną uwagę, miałem po prostu dobry wzrok, czego zresztą należało oczekiwać po Rookwoodzie, nie zamierzałem się do niej odwracać, nie zamierzałem też sprawdzać, czy patrzyła w moją stronę, ponieważ miałem swoje zasady, a jedną z nich było nieokazywanie zainteresowania osobom, które w danej chwili zasługiwały najwyżej na moją demonstracyjną obojętność. Oczywiście, gdyby zechciała coś powiedzieć, byłbym zmuszony odpowiedzieć, bo całkowite ignorowanie jej obecności wymagałoby wysiłku niewspółmiernego do korzyści, szczególnie w tak ciasnym pojeździe, póki co jednak mogłem pozwolić sobie na milczenie, przyglądając się przelotnie odbiciu własnej twarzy w szybie i zastanawiając się, czy wyglądałem dostatecznie nieprzystępnie. Wolałem wierzyć, że tak. <br />
Kolejne szarpnięcie sprawiło, że ciężkie podeszwy moich butów zsunęły się z krawędzi siedzenia naprzeciwko, po czym z hukiem wylądowały na podłodze, autokar znowu szarpnął, więc odruchowo zaparłem pięty o podłogę, przy okazji niemal zahaczając butem o przechodzącego czarodzieja, który sekundę później prawie wylądował na kimś trzy rzędy dalej. Zakląłem cicho, poprawiłem nogi i oparłem głowę o zagłówek, wzdychając z teatralną przesadą godną kogoś, komu właśnie odmówiono dziedziczenia rodzinnej fortuny i zamiast tego wysłano go <br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Fantastyczny</span></span><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> środek transportu.</span> - Mruknąłem, nie wiedząc, czy robiłem to bardziej do siebie, czy może już do Prue, chociaż nie zamierzałem się tym szczególnie przejmować. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Naprawdę, gdybym wiedział, że czeka nas coś takiego, wolałbym iść pieszo.</span> - Sarknąłem, nie dodałem, że wówczas musiałbym iść razem z nią, bo ta myśl, choć przy końcu wieczoru była jeszcze całkiem przyjemna, nie pasowała do mojego aktualnego stanowiska w sprawie całego świata.<br />
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=tmo7cCP.jpeg[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[29.10.72] Eye of the tiger | Henry & Hestia]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6539</link>
			<pubDate>Thu, 22 Oct 2026 18:18:55 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=525">Hestia Bletchley</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6539</guid>
			<description><![CDATA[Umówili się na pójście do nowego klubu sztuk walki w niedzielę rano i prawdę mówiąc nic tak dawno nie uczyniło jej tygodnia lepszym niż ten spontaniczny pomysł na wspólne spędzenie czasu z Henrym. Chyba naprawdę potrzebowała takiego wypadu z kimś jej bliskim, bo od kilku dni widmo Samhain nieustannie próbowało zatopić jej dobry humor w morzu obaw. Jak na razie jeszcze mu się to nie udało, ale kilka razy było blisko. Była jednak pewna, że spotkanie z Henrym i wspólny trening (a potem może i jakieś dobre jedzenie w Złotym Smoku) skuteczenie poprawi jej nastrój. W końcu aktywność fizyczna zawsze robiła jej dobrze na głowę. Podobnie zresztą jak spędzenie czasu z kimś kogo naprawdę lubiła. No… Jedzenie w sumie też sprawiało, że miała lepszy humor. W końcu była córką swojego ojca.<br />
Dlatego też przybyła w umówione miejsce z duzą dawką wesołej energii i pozytywnym nastawieniem. Henry już stał przed wejściem do klubu tyłem do niej. Hestia uśmiechęła się na jego widok. Zrobiła kilka kroków do przodu, zatrzymała się na chwilę rozważając czy na pewno chce zrobić to co chce zrobić, a następnie podbiegła do jeszcze niczego świad czarodzieja i przyjacielsko szturchnęła go w ramię.<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Orientuj się!</span> – krzyknęła wesoło. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Gotowy na trening?</span> – dodała szybko, aby Henry nie dostał zawału, że ktoś obcy nachodzi go od tyłu i zaczepia.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Umówili się na pójście do nowego klubu sztuk walki w niedzielę rano i prawdę mówiąc nic tak dawno nie uczyniło jej tygodnia lepszym niż ten spontaniczny pomysł na wspólne spędzenie czasu z Henrym. Chyba naprawdę potrzebowała takiego wypadu z kimś jej bliskim, bo od kilku dni widmo Samhain nieustannie próbowało zatopić jej dobry humor w morzu obaw. Jak na razie jeszcze mu się to nie udało, ale kilka razy było blisko. Była jednak pewna, że spotkanie z Henrym i wspólny trening (a potem może i jakieś dobre jedzenie w Złotym Smoku) skuteczenie poprawi jej nastrój. W końcu aktywność fizyczna zawsze robiła jej dobrze na głowę. Podobnie zresztą jak spędzenie czasu z kimś kogo naprawdę lubiła. No… Jedzenie w sumie też sprawiało, że miała lepszy humor. W końcu była córką swojego ojca.<br />
Dlatego też przybyła w umówione miejsce z duzą dawką wesołej energii i pozytywnym nastawieniem. Henry już stał przed wejściem do klubu tyłem do niej. Hestia uśmiechęła się na jego widok. Zrobiła kilka kroków do przodu, zatrzymała się na chwilę rozważając czy na pewno chce zrobić to co chce zrobić, a następnie podbiegła do jeszcze niczego świad czarodzieja i przyjacielsko szturchnęła go w ramię.<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Orientuj się!</span> – krzyknęła wesoło. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Gotowy na trening?</span> – dodała szybko, aby Henry nie dostał zawału, że ktoś obcy nachodzi go od tyłu i zaczepia.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[31.10.1972] hello strangers | Ger, Benjy, Bren, Atre i Vika]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6538</link>
			<pubDate>Thu, 22 Oct 2026 17:31:26 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=29">Geraldine Greengrass-Yaxley</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6538</guid>
			<description><![CDATA[<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Tak właściwie to nie wiem, co o tym wszystkim myśleć.</span> - Powiedziała do Benjy'ego, gdy odeszli z zaplecza stoiska Kowenu. Zaopatrzyła się tam oczywiście w koszulki, które mieli na sprzedaż. Sebastian powiedział im sporo, niekoniecznie ułatwiało to wszystko. Czuła, że pojawi się chaos. Drzewo, widma, ludzie. Dużo tego było. Niby jak mieli to wszystko ogarnąć? Nie wiedziała. Wstępny plan powstał, tyle, że nic nie gwarantowało tego, że zakończy się sukcesem. Przerażało ją to jak Macmillan bardzo ufał przypadkowi. Zaufajcie Matce, jeśli będziecie mieli dobre intencje to pomoże. Fantastycznie, a co jak jednak nie? Na szali leżało życie wielu osób. Geraldine najbardziej obawiała się tego, że jeśli buntownicy wejdą do lasu to już z niego nie wyjdą. Bardzo chciała tego uniknąć.</p>
<p>Szli przed siebie, mijali kolejne stoiska. Ludzie kręcili się wokół nich. Nie było tu być może tak bardzo tłoczno jak zazwyczaj podczas podobnych wydarzeń, jednak ciągle Dolina wzbudzała zainteresowanie. Kiedy mijała innych zastanawiała się, czy należą do grona osób, które chcą wejść do Kniei. Miała ochotę wykrzyczeć im, że są durni, że nic im to nie da, że mogą UMRZEĆ. Greengrass-Yaxley widziała widma, wiedziała ile ich siedzi w lesie i do czego są zdolne. Niektórzy najwyraźniej sami postanawiali położyć się na talerzu i pozwolić zeżreć.</p>
<p>Kiedy tak sobie spacerowali zauważyła znajome sylwetki. Brenna, Victoria, Atreus - to było oczywiste, że się tutaj znaleźli, w końcu pracowali w Ministerstwie Magii. Zapewne odesłano ich do Doliny, aby pilnowali porządku.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Brenna, Atreus, Victoria</span> - Wskazała Benjy'emu głową znajome postaci. Być może Geraldine nie była fanką działań ministerstwa, jednak znała tych ludzi, wiedziała, że zrobią wiele, żeby ocalić innych przed niebezpieczeństwem - to ich łączyło. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Podejdźmy do nich na chwilę, może coś wiedzą, nie chciałabym, żeby komuś stała się krzywda, a też można im coś przekazać.</span> - Dobrze było podzielić się spostrzeżeniami, zwłaszcza, że zapowiadało się na to, iż będzie bardzo chaotycznie.</p>
<p>Raczej trudno było nie dostrzec Benjy'ego i Geraldine, bo wyróżniali się ponadprzeciętnym wzrostem. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - No cześć, szykujecie się na rozróbę?</span> - Zapytała wprost, bo nie było co owijać w bawełnę. Nie kryła się też z tym, że słyszała o tym, że ma dojść do zamieszek.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Tak właściwie to nie wiem, co o tym wszystkim myśleć.</span> - Powiedziała do Benjy'ego, gdy odeszli z zaplecza stoiska Kowenu. Zaopatrzyła się tam oczywiście w koszulki, które mieli na sprzedaż. Sebastian powiedział im sporo, niekoniecznie ułatwiało to wszystko. Czuła, że pojawi się chaos. Drzewo, widma, ludzie. Dużo tego było. Niby jak mieli to wszystko ogarnąć? Nie wiedziała. Wstępny plan powstał, tyle, że nic nie gwarantowało tego, że zakończy się sukcesem. Przerażało ją to jak Macmillan bardzo ufał przypadkowi. Zaufajcie Matce, jeśli będziecie mieli dobre intencje to pomoże. Fantastycznie, a co jak jednak nie? Na szali leżało życie wielu osób. Geraldine najbardziej obawiała się tego, że jeśli buntownicy wejdą do lasu to już z niego nie wyjdą. Bardzo chciała tego uniknąć.</p>
<p>Szli przed siebie, mijali kolejne stoiska. Ludzie kręcili się wokół nich. Nie było tu być może tak bardzo tłoczno jak zazwyczaj podczas podobnych wydarzeń, jednak ciągle Dolina wzbudzała zainteresowanie. Kiedy mijała innych zastanawiała się, czy należą do grona osób, które chcą wejść do Kniei. Miała ochotę wykrzyczeć im, że są durni, że nic im to nie da, że mogą UMRZEĆ. Greengrass-Yaxley widziała widma, wiedziała ile ich siedzi w lesie i do czego są zdolne. Niektórzy najwyraźniej sami postanawiali położyć się na talerzu i pozwolić zeżreć.</p>
<p>Kiedy tak sobie spacerowali zauważyła znajome sylwetki. Brenna, Victoria, Atreus - to było oczywiste, że się tutaj znaleźli, w końcu pracowali w Ministerstwie Magii. Zapewne odesłano ich do Doliny, aby pilnowali porządku.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Brenna, Atreus, Victoria</span> - Wskazała Benjy'emu głową znajome postaci. Być może Geraldine nie była fanką działań ministerstwa, jednak znała tych ludzi, wiedziała, że zrobią wiele, żeby ocalić innych przed niebezpieczeństwem - to ich łączyło. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Podejdźmy do nich na chwilę, może coś wiedzą, nie chciałabym, żeby komuś stała się krzywda, a też można im coś przekazać.</span> - Dobrze było podzielić się spostrzeżeniami, zwłaszcza, że zapowiadało się na to, iż będzie bardzo chaotycznie.</p>
<p>Raczej trudno było nie dostrzec Benjy'ego i Geraldine, bo wyróżniali się ponadprzeciętnym wzrostem. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - No cześć, szykujecie się na rozróbę?</span> - Zapytała wprost, bo nie było co owijać w bawełnę. Nie kryła się też z tym, że słyszała o tym, że ma dojść do zamieszek.</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[31.10.72, fale] Brenna i Atreus]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6536</link>
			<pubDate>Thu, 22 Oct 2026 08:40:06 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=24">Brenna Longbottom</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6536</guid>
			<description><![CDATA[<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Właśnie mnie ostrzeżono, że widma mogą udawać umarłych. Są przekonujące. Jeśli ktoś, kto nie żyje, zacznie cię dziś wzywać, to będą to one. Nie daj się na to nabrać. Jeżeli masz tam kogoś pod ręką, zwłaszcza Victorię, uprzedź ją.</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Właśnie mnie ostrzeżono, że widma mogą udawać umarłych. Są przekonujące. Jeśli ktoś, kto nie żyje, zacznie cię dziś wzywać, to będą to one. Nie daj się na to nabrać. Jeżeli masz tam kogoś pod ręką, zwłaszcza Victorię, uprzedź ją.</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[08.10.1972] Nie nosił znaku, bo sam był znakiem]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6535</link>
			<pubDate>Wed, 21 Oct 2026 15:04:48 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=349">Alexander Mulciber</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6535</guid>
			<description><![CDATA[— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Robactwo, Helloise.</span> — Alexander chodził w kółko po izbie, mimowolnie odtwarzając ślady, które jeszcze nie tak dawno pokrywały drewniane klepisko. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Oto są twoi bogowie, Helloise</span>, powiedział jej wtedy. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Bogowie okazali się pędrakami.</span> <br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Las mówi z sobą w ziemi, a robactwo zalęgło się w lesie, zalęgło się w ziemi. Gnieździ się w ciemnych jarach. Wije się groźnie wśród korzeni porastających Knieję drzew… Ziemia rozbrzmiewa pieśnią pogrzebanych w niej larw.</span> <br />
<br />
Dawno już zrzucił z siebie szatę wierzchnią. Leżała zwinięta niedbale na podłodze, tuż obok rozległej mapy myśli, która miała im pomóc połączyć wszystkie wątki tajemnicy. Tym razem to Alexander krążył pośród rozpiętych na gwoździach pętach kolorowej włóczki, ćmiąc papierosa w drżących dłoniach. Oto rozciągał się przed nim obraz obsesji ostatnich tygodni. <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Longbottom mówi, że były w tej ziemi zawsze. Ziemia zawsze była nimi skażona. Larwy mówiły ze sobą w ziemi. Wieśniacy z Doliny Godryka mówią, że były wówczas larwami, a teraz dokonują swego przepoczwarzenia. Larwy nie wychodziły z ziemi dostatecznie często, żeby być problemem. A teraz są problemem Vablatsky'ego. Wyszły spod ziemi i zaczęły mówić do ludzi. Mówiły do Morpheusa głosem jego zmarłego brata. Ciekawe, czyim głosem przemówiłyby na mój widok. Ja też mam przecież brata. A ty, masz braci, Helloise?</span> — Wiedział, że ma, a jednak wydawał się mówić tonem dziwnie odległym, jak gdyby nie mógł umiejscowić żadnego imienia. Przez chwilę po prostu milczał, pozwalając żeby dogasający papieros poparzył mu palce. Wtedy dopiero zdołał się ocknąć ze swego stuporu. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Mówili, że jakiś Rowle wysłał ekspedycje w las, żeby badać Widma</span> — wydusił z siebie w końcu.<br />
<br />
Coś go męczyło. Nie wiedział, co. Przeczucie. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dziwne przeczucie.</span> Nie mógł pozbyć się go z głowy. Drążyło mu czaszkę, jak na Polanie Ognisk. <br />
Czuł się tak, jak gdyby zapomniał o czymś ważnym. <br />
To był długi dzień.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wiedzą jak wabić ludzi. Być może mogą podszywać się pod nich, przybierać obcą tożsamość na drodze mimikry… Czy dopiero po przejęciu ich energii życiowej, czy przez wykorzystanie energii osoby z nimi związanej? Nie wiem. Żywią się energią nie tylko ludzi, ale również przedmiotów z nimi powiązanych. Możliwie też drzew, magicznych drzew. Drzew Greengrassów…</span> — Machnął niecierpliwie ręką, chociaż minę miał poważną: trudno powiedzieć, czy próbował swoimi rozważaniami uspokoić Helloise czy samego siebie. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">…Ale skoro były w Kniei od zawsze, nie mogą być pasożytem wyłącznie, prawda? Muszą mieć swoją funkcję, inaczej nie wyżyłyby w ogóle. Wbudowane pozostały w struktury leśnych zależności, stanowiąc integralną część systemu. Być może przesuwa to więc środek ciężkości problemu. Problemem nie są Widma same w sobie, ale to, co sprawiło, że populacja ich wyrwała się spod kontroli naturalnych mechanizmów autoregulacji.</span><br />
Wcześniej już podzielił się z Helloise swymi przypuszczeniami, jakoby Widma miały być podmiotem Limbo: produktem odległych koniunkcji sfer, które przeniknęły do świata czarodziejów, gdy wzrok wszystkich skupiony był na Zimnych. To, że ich moce uległy amplifikacji właśnie po zamachu na Beltane, było jednak zagadnieniem bardziej złożonym, niż się początkowo spodziewał. <br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Drzewo… Drzewo z Polany Ognisk.</span> — Pośrodku wyrysowanej na podłodze mapy myśli postawił wcześniej wazon z kwiatami zdjęty z jednego z parapetów. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Zdaje się, że ono jest rozwiązaniem, a może też i przyczyną wszystkich problemów zarazem.</span> <br />
<br />
Po raz pierwszy w głosie Alexandra wybrzmiało coś na kształt fascynacji. Nie potrafił ukryć, że widok anomalii był ekscytującym. <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Leżący do góry nogami dąb otoczony kręgiem kamieni. Wszystko w nim było na opak. Korzenie sięgały ku niebu, wijąc się ku górze. Korona zagłębiała się w dół, drążąc konarami ziemię. Wokół natomiast bujała roślinność, tym bujniejsza, i tym żywsza, im bliżej drzewa mogła się znaleźć. Wszystko w tym było tak nienaturalne. Tak boleśnie żywe, że aż wrzeszczało. Wrzask nowo rodzącego się świata w mojej głowie rozsadzał mi czaszkę. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wszystko było w nim nienaturalne.</span> Krzyk. Śmiech. Dźwięki kroków. Bębny. Dudnienie bębnów. Ziemia zdawała się pulsować. To było…</span> — Nie umiał tego ująć słowami, ale wyglądał tak, jak gdyby rozpaczliwie próbował schwycić jakieś uczucie, które było jednak zbyt ulotnym, aby przetrwać dotyk jego drżących dłoni. Najbliższym byłoby porównać ją do obchodów cygańskich świąt. Do ognisk, do tańców, do muzyki, do tłumów ludzi śpiewających stare pieśni. Alexander posiadał aparat pojęciowy badacza, mógł więc mówić o rytuałach umacniających poczucie tożsamości zbiorowej, o antropologii religii pierwotnych, a nawet o psychologii tłumu, ale nie potrafił tak po prostu przyznać, że było coś poruszającego w doświadczeniu wspólnotowości, nawet z perspektywy kogoś takiego, jak on. <br />
Bo Alexander nie bywał na sabatach. Nie wierzył w żadnych bogów. Wreszcie, Alexander nie lubił ludzi. A jednak mimo oczywistej frustracji, że nie jest w stanie przejrzeć intencji Niewymownych zgromadzonych na Polanie Ognisk, czuł też… Fascynację. <br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">To było całkowicie nienaturalnym</span> — dokończył niezgrabnie, przykucnąwszy na podłodze, aby poprowadzić nową nić z włóczki w stronę środka. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Być może właśnie z tego powodu jakiś kapłan z kowenu, którego zaprosili na Polanę Ognisk, orzekł, że drzewo należy spalić. Myślę, że wiesz, jakie mam zdanie na temat tejże ekspertyzy.</span> <br />
<br />
Być może był w tym wszystkim hipokrytą, bo nienawidził przecież odstępstwa od naturalnego porządku, jakim była nekromancja, z obrzydzeniem patrząc na wszystkie żywe trupy, od ghouli począwszy, a na wampirach skończywszy. Zbyt silnie zakorzenionymi były w nim cygańskie przesądy, wiara w konieczność utrzymania granicy między życiem a śmiercią. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ale przecież drzewo było żywym.</span> Nie ożywionym, lecz żywym.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jakimż marnotrawstwem byłoby je zniszczyć</span> — odrzekł, już łagodniej. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nawet jeżeli podejrzewa się, że Widma mogły przyjść do Kniei zwabione jego mocą, albo obudzić się, ewoluować, po ekspozycji na energię drzewa. Powinnaś posłuchać Shafiqa. "Nikt nie chce z niego rezygnować. Najtęższe umysły w kraju uległy jego mocy!"</span> — Alexander prychnął pod nosem, nie było w tym jednak kpiny. Sam przecież uległ zauroczeniu sprawą, i siedział teraz na podłodze chaty Helloise, dopasowując kolejne elementy układanki, nie umiejąc tak po prostu odpuścić. <br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nigdy nie słyszałem czegoś takiego. Oto pośród analiz i pomiarów, pojawiła się wątpliwość natury nie metodologicznej, lecz etycznej. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czy drzewo czuje? Czy drzewo myśli?</span></span> — Alexander machnął różdzką, sprawiając, że dotychczas stojący na połodze wazon zaczął lewitować, delikatnie obracając się w powietrzu. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Niewątpliwie przejawia oznaki inteligencji. Radzi sobie z rozwiązywaniem zagadek, konstruuje mechanizmy. Manipuluje środowiskiem, kontrolując wzrost roślinności. Potrafi nawet replikować przedmioty. Uczy się od nas, pytanie tylko, czy my możemy nauczyć się czegoś od niej. Bo niewątpliwie, mamy do czynienia z istotą zdolną do abstrakcyjnego myślenia, rozwiązywania kompleksowych problemów. Z istotą, na swój sposób, świadomą, w sposobie reagowania wskazującą się czymś więcej niż tropizmem jedynie. A przynajmniej tak to rozumiem. Próbowałem…</span> — Nagle wydało mu się to nieco głupie. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Próbowałem odczytać jego intencje. Drzewa, mam na myśli.</span> — Pozwolił wazonowi z kwiatami opaść lekko z powrotem na ziemię. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Być może za bardzo poddałem się podszeptom obsesji, która wydaje się przyciągać do Polany Ognisk. Wszyscy tylko narzekają, że mnożą się pytania, na które brakuje odpowiedzi, że na każdym kroku natrafiają na kolejne niewiadome. Wiem, że czują strach, niemożliwy do opanowania strach, bo widzę to po posiwiałych włosach, zmarszczkach na twarzy, w sposobie, jaki stawiają kroki na ścieżce prowadzącej przez Knieję. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">A jednak wciąż tam wracają.</span> Jeden z aurorów, Weasley, wytyczył ścieżkę, Helloise: należy iść po leżącej na ziemi czerwonej wstążce, i nie zatrzymywać się. Nie patrzeć na boki, tylko prosto przed siebie. Ale jak można tak po prostu nie patrzeć?</span> — zirytował się nagle Alexander, zapalając kolejnego papierosa. Co z tego, że kierowały aurorami względy bezpieczeństwa. Nie znosił, gdy coś umykało jego oczom, zwłaszcza, gdy ukrywało się to pod chamską iluzją. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Rzucili nawet czary na drzewa, nie pozwalając na zbyt długie skupianie się na otoczeniu. Obwieszono je amuletami, broniąc podróżnych przed tym, co czai się w gęstwinie. A jednak amulety nie zdołałyby nas obronić, gdybyśmy się zatrzymali na ścieżce. Dziwny chłód próbował sięgać nas spomiędzy dębów. Kątem oka zauważyłem między drzewami postaci w długich, ciemnych płaszczach, ale to był tylko ministerialny straszak. Iluzja. Postaci poruszały się zbyt nienaturalnie, żeby nie być iluzją.</span> — Alexander wzruszył lekko ramionami, jak gdyby z tego wszystkiego, była to najbardziej normalna rzecz, jakiej doświadczył tego dnia. Być może tak właśnie było: wyostrzona percepcja pozwalała mu często przejrzeć przez takie podpuchy, a i lata spędzone na poszukiwaniu magicznych artefaktów w bardzo dziwnych miejscach nauczyły go sporo na temat najczęściej stosowanych zaklęć ochronnych. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Straszakiem nie są natomiast Widma, których obecność wciąż napawa badaczy zgrozą. Może dlatego, że nie szukają wcale drogi na Polanę Ognisk, nie próbują dotrzeć do obozu na około, nie, one tylko… One tylko czekają. Na co?</span> — Alexander znowu wzruszył ramionami. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Na to co stanie się w Samhain, zapewne. "Zdarzenie, które może wykraczać poza nasze pojmowanie rzeczywistości", jak to zostało, hm, zgrabnie ujęte.</span> — Wydawał się nieco zniesmaczony przywołanym sformułowaniem, jak gdyby zbyt długo przeżuwał słowa Tuileflaith: wciąż nie potrafił mimo wszystko przełknąć, że są zjawiska, których nie da się wyjaśnić naukowo. Wszystko dało się wyjaśnić. A jeżeli się nie dało,  nie znaleziono jeszcze być może języka, żeby to zrobić. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Tuileflaith zamówiła nam już szaty stagnacji, oczekując starcia, wciąż nie zapadły jednak żadne konkretne decyzje. Nie ma wytyczonej drogi ucieczki, bo przecież z Polany Ognisk nie da się teleportować. Nikt nie chce ryzykować żadnego magicznego sposobu, grożącego rozszczepieniem… Ale nikt też nie chce porzucić drzewa. Ani czarodzieje, ani Widma.</span> — Nagle Alexander uśmiechnął się, chociaż nie był to miły uśmiech: było w nim coś drapieżnego, jak zawsze, gdy rozbawiło go coś niewłaściwego, coś, co większość ludzi napełniłoby raczej zgrozą. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Powinniśmy być im wdzięczni, wiesz? <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Widmom.</span> Jak lepiej odstraszyć ciekawskich od Kniei, niż naturalną bronią biologiczną, gotową wyssać życie z każdego śmiałka, który zagłębi się między drzewa. Być może znaleźliśmy powód, dla którego robaki dokonały przepoczwarzenia. W równym stopniu chcą niszczyć, co chronić drzewo, żeby nikt inny nie byl w stanie z niego zaczerpnąć, gdy dojdzie do destabilizacji energetycznej. Niestety, nie umiemy wciąż zbalansować strat i korzyści płynących z ich obecności. Jeżeli natura tych istot rzeczywiście niewiele różni się od natury dementorów, Ministerstwo mogłoby wysłać je do Azkabanu, i zapewne takie właśnie miało plany… Ale czym jest paskudna, pokaleczona dusza skazańca wobec przepysznej potęgi drzewa z Polany Ognisk?</span> <br />
<br />
Alexander wsadził papieros między zęby, po czym skinął na Helloise w niemym żądaniu.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Chodź bliżej.</span><br />
Bezceremonialnie ujął dłoń, w której trzymała różdżkę, współ z nią pochylając się nad kreślonymi na podłodze symbolami. <br />
Prowadził ją powoli, dokładnie, w cichym skupieniu ucząc Helloise wyrysowywać runę <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ægishjalmur</span>,  którą podzielił się z nim Morpheus.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dawno, dawno temu była sobie bestia</span> — wymruczał pod nosem, nie odrywając wzroku od runy. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Bestia ta miała swe leże głęboko w otchłani rozpościerającej się pod wrzosowiskami Gnitaheiði. A imię bestii było Fafnir. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ten, który patrzy w głąb.</span> Runę <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ægishjalmur</span>, zwaną Hełmem Trwogi, nosił na swym czole, wywołując lęk wśród śmiałków, którzy próbowali go zgładzić. W większości mitów Fafnir był gadem. Pozbawionym skrzydeł smokiem, którego cielsko zdegenerowało w ciemnościach podziemnych korytarzy. W niektórych wersjach był wielkim wężem. A w niektórych…</span> — Delikatnie wypuścił z objęć Helloise, żeby wyjąć spomiędzy zębów dogasającego papierosa. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">W niektórych był po prostu robakiem. Longbottom mówi, że <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ægishjalmur</span> może ochronić przed Widmami. Więc mamy coś jeszcze poza zaklęciem patronusa</span> — skrzywił się lekko na samo wspomnienie — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">co na nie działa. Wciąż lepsze to niż nic. Chociaż na spotkaniu Vablatsky ściskał w łapach taką samą czarną różę…</span> — Nie odwracając spojrzenia od twarzy Helloise skinął w stronę wazonu, w którym stały róże o nienaturalnej barwie płatków — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">…jak gdyby był to jaki magiczny amulet. Więc może jest coś, o czym nie wiem, i widok kwietnych wianków sprawi, że Widma zaczną wskakiwać na pale jak chłopy na Beltane.</span> <br />
<br />
Alexander zapalił trzeciego papierosa.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Robactwo, Helloise.</span> — Alexander chodził w kółko po izbie, mimowolnie odtwarzając ślady, które jeszcze nie tak dawno pokrywały drewniane klepisko. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Oto są twoi bogowie, Helloise</span>, powiedział jej wtedy. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Bogowie okazali się pędrakami.</span> <br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Las mówi z sobą w ziemi, a robactwo zalęgło się w lesie, zalęgło się w ziemi. Gnieździ się w ciemnych jarach. Wije się groźnie wśród korzeni porastających Knieję drzew… Ziemia rozbrzmiewa pieśnią pogrzebanych w niej larw.</span> <br />
<br />
Dawno już zrzucił z siebie szatę wierzchnią. Leżała zwinięta niedbale na podłodze, tuż obok rozległej mapy myśli, która miała im pomóc połączyć wszystkie wątki tajemnicy. Tym razem to Alexander krążył pośród rozpiętych na gwoździach pętach kolorowej włóczki, ćmiąc papierosa w drżących dłoniach. Oto rozciągał się przed nim obraz obsesji ostatnich tygodni. <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Longbottom mówi, że były w tej ziemi zawsze. Ziemia zawsze była nimi skażona. Larwy mówiły ze sobą w ziemi. Wieśniacy z Doliny Godryka mówią, że były wówczas larwami, a teraz dokonują swego przepoczwarzenia. Larwy nie wychodziły z ziemi dostatecznie często, żeby być problemem. A teraz są problemem Vablatsky'ego. Wyszły spod ziemi i zaczęły mówić do ludzi. Mówiły do Morpheusa głosem jego zmarłego brata. Ciekawe, czyim głosem przemówiłyby na mój widok. Ja też mam przecież brata. A ty, masz braci, Helloise?</span> — Wiedział, że ma, a jednak wydawał się mówić tonem dziwnie odległym, jak gdyby nie mógł umiejscowić żadnego imienia. Przez chwilę po prostu milczał, pozwalając żeby dogasający papieros poparzył mu palce. Wtedy dopiero zdołał się ocknąć ze swego stuporu. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Mówili, że jakiś Rowle wysłał ekspedycje w las, żeby badać Widma</span> — wydusił z siebie w końcu.<br />
<br />
Coś go męczyło. Nie wiedział, co. Przeczucie. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dziwne przeczucie.</span> Nie mógł pozbyć się go z głowy. Drążyło mu czaszkę, jak na Polanie Ognisk. <br />
Czuł się tak, jak gdyby zapomniał o czymś ważnym. <br />
To był długi dzień.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wiedzą jak wabić ludzi. Być może mogą podszywać się pod nich, przybierać obcą tożsamość na drodze mimikry… Czy dopiero po przejęciu ich energii życiowej, czy przez wykorzystanie energii osoby z nimi związanej? Nie wiem. Żywią się energią nie tylko ludzi, ale również przedmiotów z nimi powiązanych. Możliwie też drzew, magicznych drzew. Drzew Greengrassów…</span> — Machnął niecierpliwie ręką, chociaż minę miał poważną: trudno powiedzieć, czy próbował swoimi rozważaniami uspokoić Helloise czy samego siebie. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">…Ale skoro były w Kniei od zawsze, nie mogą być pasożytem wyłącznie, prawda? Muszą mieć swoją funkcję, inaczej nie wyżyłyby w ogóle. Wbudowane pozostały w struktury leśnych zależności, stanowiąc integralną część systemu. Być może przesuwa to więc środek ciężkości problemu. Problemem nie są Widma same w sobie, ale to, co sprawiło, że populacja ich wyrwała się spod kontroli naturalnych mechanizmów autoregulacji.</span><br />
Wcześniej już podzielił się z Helloise swymi przypuszczeniami, jakoby Widma miały być podmiotem Limbo: produktem odległych koniunkcji sfer, które przeniknęły do świata czarodziejów, gdy wzrok wszystkich skupiony był na Zimnych. To, że ich moce uległy amplifikacji właśnie po zamachu na Beltane, było jednak zagadnieniem bardziej złożonym, niż się początkowo spodziewał. <br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Drzewo… Drzewo z Polany Ognisk.</span> — Pośrodku wyrysowanej na podłodze mapy myśli postawił wcześniej wazon z kwiatami zdjęty z jednego z parapetów. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Zdaje się, że ono jest rozwiązaniem, a może też i przyczyną wszystkich problemów zarazem.</span> <br />
<br />
Po raz pierwszy w głosie Alexandra wybrzmiało coś na kształt fascynacji. Nie potrafił ukryć, że widok anomalii był ekscytującym. <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Leżący do góry nogami dąb otoczony kręgiem kamieni. Wszystko w nim było na opak. Korzenie sięgały ku niebu, wijąc się ku górze. Korona zagłębiała się w dół, drążąc konarami ziemię. Wokół natomiast bujała roślinność, tym bujniejsza, i tym żywsza, im bliżej drzewa mogła się znaleźć. Wszystko w tym było tak nienaturalne. Tak boleśnie żywe, że aż wrzeszczało. Wrzask nowo rodzącego się świata w mojej głowie rozsadzał mi czaszkę. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wszystko było w nim nienaturalne.</span> Krzyk. Śmiech. Dźwięki kroków. Bębny. Dudnienie bębnów. Ziemia zdawała się pulsować. To było…</span> — Nie umiał tego ująć słowami, ale wyglądał tak, jak gdyby rozpaczliwie próbował schwycić jakieś uczucie, które było jednak zbyt ulotnym, aby przetrwać dotyk jego drżących dłoni. Najbliższym byłoby porównać ją do obchodów cygańskich świąt. Do ognisk, do tańców, do muzyki, do tłumów ludzi śpiewających stare pieśni. Alexander posiadał aparat pojęciowy badacza, mógł więc mówić o rytuałach umacniających poczucie tożsamości zbiorowej, o antropologii religii pierwotnych, a nawet o psychologii tłumu, ale nie potrafił tak po prostu przyznać, że było coś poruszającego w doświadczeniu wspólnotowości, nawet z perspektywy kogoś takiego, jak on. <br />
Bo Alexander nie bywał na sabatach. Nie wierzył w żadnych bogów. Wreszcie, Alexander nie lubił ludzi. A jednak mimo oczywistej frustracji, że nie jest w stanie przejrzeć intencji Niewymownych zgromadzonych na Polanie Ognisk, czuł też… Fascynację. <br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">To było całkowicie nienaturalnym</span> — dokończył niezgrabnie, przykucnąwszy na podłodze, aby poprowadzić nową nić z włóczki w stronę środka. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Być może właśnie z tego powodu jakiś kapłan z kowenu, którego zaprosili na Polanę Ognisk, orzekł, że drzewo należy spalić. Myślę, że wiesz, jakie mam zdanie na temat tejże ekspertyzy.</span> <br />
<br />
Być może był w tym wszystkim hipokrytą, bo nienawidził przecież odstępstwa od naturalnego porządku, jakim była nekromancja, z obrzydzeniem patrząc na wszystkie żywe trupy, od ghouli począwszy, a na wampirach skończywszy. Zbyt silnie zakorzenionymi były w nim cygańskie przesądy, wiara w konieczność utrzymania granicy między życiem a śmiercią. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ale przecież drzewo było żywym.</span> Nie ożywionym, lecz żywym.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jakimż marnotrawstwem byłoby je zniszczyć</span> — odrzekł, już łagodniej. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nawet jeżeli podejrzewa się, że Widma mogły przyjść do Kniei zwabione jego mocą, albo obudzić się, ewoluować, po ekspozycji na energię drzewa. Powinnaś posłuchać Shafiqa. "Nikt nie chce z niego rezygnować. Najtęższe umysły w kraju uległy jego mocy!"</span> — Alexander prychnął pod nosem, nie było w tym jednak kpiny. Sam przecież uległ zauroczeniu sprawą, i siedział teraz na podłodze chaty Helloise, dopasowując kolejne elementy układanki, nie umiejąc tak po prostu odpuścić. <br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nigdy nie słyszałem czegoś takiego. Oto pośród analiz i pomiarów, pojawiła się wątpliwość natury nie metodologicznej, lecz etycznej. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czy drzewo czuje? Czy drzewo myśli?</span></span> — Alexander machnął różdzką, sprawiając, że dotychczas stojący na połodze wazon zaczął lewitować, delikatnie obracając się w powietrzu. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Niewątpliwie przejawia oznaki inteligencji. Radzi sobie z rozwiązywaniem zagadek, konstruuje mechanizmy. Manipuluje środowiskiem, kontrolując wzrost roślinności. Potrafi nawet replikować przedmioty. Uczy się od nas, pytanie tylko, czy my możemy nauczyć się czegoś od niej. Bo niewątpliwie, mamy do czynienia z istotą zdolną do abstrakcyjnego myślenia, rozwiązywania kompleksowych problemów. Z istotą, na swój sposób, świadomą, w sposobie reagowania wskazującą się czymś więcej niż tropizmem jedynie. A przynajmniej tak to rozumiem. Próbowałem…</span> — Nagle wydało mu się to nieco głupie. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Próbowałem odczytać jego intencje. Drzewa, mam na myśli.</span> — Pozwolił wazonowi z kwiatami opaść lekko z powrotem na ziemię. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Być może za bardzo poddałem się podszeptom obsesji, która wydaje się przyciągać do Polany Ognisk. Wszyscy tylko narzekają, że mnożą się pytania, na które brakuje odpowiedzi, że na każdym kroku natrafiają na kolejne niewiadome. Wiem, że czują strach, niemożliwy do opanowania strach, bo widzę to po posiwiałych włosach, zmarszczkach na twarzy, w sposobie, jaki stawiają kroki na ścieżce prowadzącej przez Knieję. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">A jednak wciąż tam wracają.</span> Jeden z aurorów, Weasley, wytyczył ścieżkę, Helloise: należy iść po leżącej na ziemi czerwonej wstążce, i nie zatrzymywać się. Nie patrzeć na boki, tylko prosto przed siebie. Ale jak można tak po prostu nie patrzeć?</span> — zirytował się nagle Alexander, zapalając kolejnego papierosa. Co z tego, że kierowały aurorami względy bezpieczeństwa. Nie znosił, gdy coś umykało jego oczom, zwłaszcza, gdy ukrywało się to pod chamską iluzją. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Rzucili nawet czary na drzewa, nie pozwalając na zbyt długie skupianie się na otoczeniu. Obwieszono je amuletami, broniąc podróżnych przed tym, co czai się w gęstwinie. A jednak amulety nie zdołałyby nas obronić, gdybyśmy się zatrzymali na ścieżce. Dziwny chłód próbował sięgać nas spomiędzy dębów. Kątem oka zauważyłem między drzewami postaci w długich, ciemnych płaszczach, ale to był tylko ministerialny straszak. Iluzja. Postaci poruszały się zbyt nienaturalnie, żeby nie być iluzją.</span> — Alexander wzruszył lekko ramionami, jak gdyby z tego wszystkiego, była to najbardziej normalna rzecz, jakiej doświadczył tego dnia. Być może tak właśnie było: wyostrzona percepcja pozwalała mu często przejrzeć przez takie podpuchy, a i lata spędzone na poszukiwaniu magicznych artefaktów w bardzo dziwnych miejscach nauczyły go sporo na temat najczęściej stosowanych zaklęć ochronnych. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Straszakiem nie są natomiast Widma, których obecność wciąż napawa badaczy zgrozą. Może dlatego, że nie szukają wcale drogi na Polanę Ognisk, nie próbują dotrzeć do obozu na około, nie, one tylko… One tylko czekają. Na co?</span> — Alexander znowu wzruszył ramionami. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Na to co stanie się w Samhain, zapewne. "Zdarzenie, które może wykraczać poza nasze pojmowanie rzeczywistości", jak to zostało, hm, zgrabnie ujęte.</span> — Wydawał się nieco zniesmaczony przywołanym sformułowaniem, jak gdyby zbyt długo przeżuwał słowa Tuileflaith: wciąż nie potrafił mimo wszystko przełknąć, że są zjawiska, których nie da się wyjaśnić naukowo. Wszystko dało się wyjaśnić. A jeżeli się nie dało,  nie znaleziono jeszcze być może języka, żeby to zrobić. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Tuileflaith zamówiła nam już szaty stagnacji, oczekując starcia, wciąż nie zapadły jednak żadne konkretne decyzje. Nie ma wytyczonej drogi ucieczki, bo przecież z Polany Ognisk nie da się teleportować. Nikt nie chce ryzykować żadnego magicznego sposobu, grożącego rozszczepieniem… Ale nikt też nie chce porzucić drzewa. Ani czarodzieje, ani Widma.</span> — Nagle Alexander uśmiechnął się, chociaż nie był to miły uśmiech: było w nim coś drapieżnego, jak zawsze, gdy rozbawiło go coś niewłaściwego, coś, co większość ludzi napełniłoby raczej zgrozą. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Powinniśmy być im wdzięczni, wiesz? <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Widmom.</span> Jak lepiej odstraszyć ciekawskich od Kniei, niż naturalną bronią biologiczną, gotową wyssać życie z każdego śmiałka, który zagłębi się między drzewa. Być może znaleźliśmy powód, dla którego robaki dokonały przepoczwarzenia. W równym stopniu chcą niszczyć, co chronić drzewo, żeby nikt inny nie byl w stanie z niego zaczerpnąć, gdy dojdzie do destabilizacji energetycznej. Niestety, nie umiemy wciąż zbalansować strat i korzyści płynących z ich obecności. Jeżeli natura tych istot rzeczywiście niewiele różni się od natury dementorów, Ministerstwo mogłoby wysłać je do Azkabanu, i zapewne takie właśnie miało plany… Ale czym jest paskudna, pokaleczona dusza skazańca wobec przepysznej potęgi drzewa z Polany Ognisk?</span> <br />
<br />
Alexander wsadził papieros między zęby, po czym skinął na Helloise w niemym żądaniu.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Chodź bliżej.</span><br />
Bezceremonialnie ujął dłoń, w której trzymała różdżkę, współ z nią pochylając się nad kreślonymi na podłodze symbolami. <br />
Prowadził ją powoli, dokładnie, w cichym skupieniu ucząc Helloise wyrysowywać runę <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ægishjalmur</span>,  którą podzielił się z nim Morpheus.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dawno, dawno temu była sobie bestia</span> — wymruczał pod nosem, nie odrywając wzroku od runy. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Bestia ta miała swe leże głęboko w otchłani rozpościerającej się pod wrzosowiskami Gnitaheiði. A imię bestii było Fafnir. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ten, który patrzy w głąb.</span> Runę <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ægishjalmur</span>, zwaną Hełmem Trwogi, nosił na swym czole, wywołując lęk wśród śmiałków, którzy próbowali go zgładzić. W większości mitów Fafnir był gadem. Pozbawionym skrzydeł smokiem, którego cielsko zdegenerowało w ciemnościach podziemnych korytarzy. W niektórych wersjach był wielkim wężem. A w niektórych…</span> — Delikatnie wypuścił z objęć Helloise, żeby wyjąć spomiędzy zębów dogasającego papierosa. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">W niektórych był po prostu robakiem. Longbottom mówi, że <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ægishjalmur</span> może ochronić przed Widmami. Więc mamy coś jeszcze poza zaklęciem patronusa</span> — skrzywił się lekko na samo wspomnienie — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">co na nie działa. Wciąż lepsze to niż nic. Chociaż na spotkaniu Vablatsky ściskał w łapach taką samą czarną różę…</span> — Nie odwracając spojrzenia od twarzy Helloise skinął w stronę wazonu, w którym stały róże o nienaturalnej barwie płatków — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">…jak gdyby był to jaki magiczny amulet. Więc może jest coś, o czym nie wiem, i widok kwietnych wianków sprawi, że Widma zaczną wskakiwać na pale jak chłopy na Beltane.</span> <br />
<br />
Alexander zapalił trzeciego papierosa.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[18.10.1972] Ella, where the hell have you been, loca? | Henry & Electra]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6534</link>
			<pubDate>Mon, 19 Oct 2026 21:34:22 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=474">Electra Prewett</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6534</guid>
			<description><![CDATA[<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content"><a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3434&amp;pid=59332#pid59332" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Zadanie Miesiąca Równości 3/5</a></div></div></div>
Trudno jest utrzymywać szkolne przyjaźnie w momencie, kiedy po egzaminach końcowych każdy ze znajomych znalazł pracę i poświęcał się głównie własnym sprawom. Hannibal podbijał serca publiczności, Hestia pilnowała porządku jako brygadzistka a Henry powoli piął się po szczeblach dziennikarskiej kariery. Nawet Electra, która uwielbiała imprezować, nie miała już tyle czasu na zabawę od kiedy rozpoczęła pracę w Domu Mody Rosier. Prewettówna tęskniła za spotkaniami, na których jej paczka z Hogwartu byłaby w komplecie. Z tego powodu bardzo żałowała, że nie mogła razem z resztą znajomych udać się na wyjazd Cutty Sark do Włoch. Nie było to jednak możliwe, ponieważ po pierwsze nie była członkiem klubu, a po drugie nie wypadało jej wziąć urlopu tydzień po rozpoczęciu nowej pracy (zwłaszcza po tym, jak niemal błagała Chrisa by ją zatrudnił). <br />
<br />
Siedziała więc w Domu Mody pochylona nad szwami oraz rozmyślała o tym, jak fajnie Henry, Hesia i Han musieli się bawić w luksusowym kurorcie. Wyjazd z Cutty Sark brzmiał jak parę dni absolutnego relaksu i ucieczki od ponurej angielskiej jesieni. Jakież więc było jej zdziwienie, kiedy czytając artykuł Lockharta natrafiła na opis wzięty wprost z jakiegoś filmu przygodowego. Zaginiona diva, śledztwo, włoska mafia i starcie ze stworem… Co musiało się tam dziać! Z jednej strony Electra zazdrościła, że ominęły ją takie niespotykane wrażenia, ale z drugiej cieszyła się, że mimo wszystko została w Londynie, bo doświadczenia opisane w artykule zapewne nie były także najprzyjemniejsze.<br />
<br />
Niemniej, chciała poznać więcej szczegółów na temat tamtego wyjazdu (zwłaszcza, że pewnie nie niektóre elementy nie zostały w ogóle uwzględnione w relacji z Proroka Codziennego). No i warto było również uczcić pierwszy mini reportaż Henry'ego. Z tego powodu zaprosiła Lockharta, by przyszedł do niej po pracy. Żadnego z jej braci akurat nie było w domu, a Icarus pozwolił jej nawet wziąć parę piw z baru (ostatnio był w coraz lepszym humorze dzięki Monie). Gdy wreszcie zadzwonił dzwonek do drzwi, Prewettówna ruszyła do wejścia, lecz ubiegł ją Cerber, który od razu po otwarciu drzwi zaczął skakać wokół chłopaka.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ciao amigo!</span></span> – przywitała przyjaciela we włoskim stylu (a przynajmniej w swoim mniemaniu). <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Jeszcze raz gratulacje! Zajebiście napisałeś ten artykuł. Serio, aż miałam ciary jak czytałam. Teraz musisz opowiedzieć mi <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">wszystko</span>, włącznie z pikantnymi szczegółami.</span> – zaczęła trajkotać, podczas gdy pudel wciąż witał się z przybyszem po swojemu.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content"><a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3434&amp;pid=59332#pid59332" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Zadanie Miesiąca Równości 3/5</a></div></div></div>
Trudno jest utrzymywać szkolne przyjaźnie w momencie, kiedy po egzaminach końcowych każdy ze znajomych znalazł pracę i poświęcał się głównie własnym sprawom. Hannibal podbijał serca publiczności, Hestia pilnowała porządku jako brygadzistka a Henry powoli piął się po szczeblach dziennikarskiej kariery. Nawet Electra, która uwielbiała imprezować, nie miała już tyle czasu na zabawę od kiedy rozpoczęła pracę w Domu Mody Rosier. Prewettówna tęskniła za spotkaniami, na których jej paczka z Hogwartu byłaby w komplecie. Z tego powodu bardzo żałowała, że nie mogła razem z resztą znajomych udać się na wyjazd Cutty Sark do Włoch. Nie było to jednak możliwe, ponieważ po pierwsze nie była członkiem klubu, a po drugie nie wypadało jej wziąć urlopu tydzień po rozpoczęciu nowej pracy (zwłaszcza po tym, jak niemal błagała Chrisa by ją zatrudnił). <br />
<br />
Siedziała więc w Domu Mody pochylona nad szwami oraz rozmyślała o tym, jak fajnie Henry, Hesia i Han musieli się bawić w luksusowym kurorcie. Wyjazd z Cutty Sark brzmiał jak parę dni absolutnego relaksu i ucieczki od ponurej angielskiej jesieni. Jakież więc było jej zdziwienie, kiedy czytając artykuł Lockharta natrafiła na opis wzięty wprost z jakiegoś filmu przygodowego. Zaginiona diva, śledztwo, włoska mafia i starcie ze stworem… Co musiało się tam dziać! Z jednej strony Electra zazdrościła, że ominęły ją takie niespotykane wrażenia, ale z drugiej cieszyła się, że mimo wszystko została w Londynie, bo doświadczenia opisane w artykule zapewne nie były także najprzyjemniejsze.<br />
<br />
Niemniej, chciała poznać więcej szczegółów na temat tamtego wyjazdu (zwłaszcza, że pewnie nie niektóre elementy nie zostały w ogóle uwzględnione w relacji z Proroka Codziennego). No i warto było również uczcić pierwszy mini reportaż Henry'ego. Z tego powodu zaprosiła Lockharta, by przyszedł do niej po pracy. Żadnego z jej braci akurat nie było w domu, a Icarus pozwolił jej nawet wziąć parę piw z baru (ostatnio był w coraz lepszym humorze dzięki Monie). Gdy wreszcie zadzwonił dzwonek do drzwi, Prewettówna ruszyła do wejścia, lecz ubiegł ją Cerber, który od razu po otwarciu drzwi zaczął skakać wokół chłopaka.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ciao amigo!</span></span> – przywitała przyjaciela we włoskim stylu (a przynajmniej w swoim mniemaniu). <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Jeszcze raz gratulacje! Zajebiście napisałeś ten artykuł. Serio, aż miałam ciary jak czytałam. Teraz musisz opowiedzieć mi <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">wszystko</span>, włącznie z pikantnymi szczegółami.</span> – zaczęła trajkotać, podczas gdy pudel wciąż witał się z przybyszem po swojemu.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[27.10.1972] A gentle grip of an apple tree | Prue, Benjy]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6533</link>
			<pubDate>Mon, 19 Oct 2026 20:43:30 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=453">Prudence Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6533</guid>
			<description><![CDATA[<p>Jakimś cudem udało im się w końcu złożyć dary wotywne w odpowiedni sposób. Trwało to być może dłużej, niż zakładała ze względu na jej nieporadność, jednak misja zakończyła się sukcesem. Wspaniale, jedna rzecz z listy rzeczy do zrobienia została odhaczona. Nie, żeby był to spory sukces, bo było ich tam dużo, dużo więcej, a sabat zbliżał się wielkimi krokami. Wierzyła w ich siły i nie wątpiła w to, że uda im się zrealizować wszystkie zaplanowane rzeczy, potrafili być bardzo uparci, gdy im na czymś zależało, a w tym przypadku ona na pewno nie miała zamiaru odpuszczać.</p>
<p>Pogoda jednak nie zachęcała do powrotu do domu, wręcz przeciwnie. Było bardzo przyjemnie jak na jesienne popołudnie. Skoro znajdowali się w Dolinie Godryka mogli sobie pozwolić na to, aby zostać tu jeszcze dłużej. Atmosfera była naprawdę przyjemna, nigdzie się nie spieszyli - no, najwyżej będą musieli odrobinę nadrobić obowiązki, ale powinni sobie z tym poradzić bez większego problemu. Mogli więc pozwolić sobie na odrobinę odpoczynku.</p>
<p>Prudence wsunęła rękę pod ramię swojego męża. Wyszli już z terenów podmokłych, powoli zbliżali się do miasteczka. Mijali właśnie sad Abbottów, na drzewach można było jeszcze dostrzec jabłka, które prosiły się o to, aby ktoś je zerwał. Szkoda by było zmarnować taką szansę, te jabłka cieszyły się w końcu niesamowitą opinią. Pojawiła się krótka myśl, w zasadzie dlaczego by nie? Nic nie stało im przecież na drodze.</p>
<p>Przystanęła na moment, spojrzała na Benjy'ego, później na te dorodne jabłonie pełne owoców. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Myślisz, że jest szansa, że zauważą, jeśli zerwalibyśmy sobie po jednym, no może po dwa.</span> - Owoce kusiły swoimi kolorami, były to naprawdę wyjątkowe jabłka. Wolała jednak upewnić się co do tego, co jej mąż myślał na temat drobnego szabru. Nie mieli przecież wynosić stąd całego drzewa pełnego owoców, ani całej skrzynki, tylko zerwać sobie jedno, może dwa na spróbowanie. Zazwyczaj to nie ona w tym duecie namawiała do łamania prawa, bo była przecież jego przedstawicielką, tym razem jednak to Prue uległa pokusie.</p>
<p>Nikogo nie było obok, właściwie wydawało jej się, że są tutaj zupełnie sami, nikt ich nie mijał kiedy spacerowali, być może pracownicy znajdowali się w innej części sadów, czy coś. To powodowało, że więcej było za niż przeciw tej drobnej kradzieży. Zresztą tylko by sobie je pożyczyli na wieczne nieoddanie. Nikt pewnie nawet nie zauważy braku kilku owoców. Abbottowie mieli ich przecież bardzo wiele. Nie sądziła, że jej mąż odmówi, w ich duecie to raczej on nie miał problemu z nagnaniem granic, pewnie znajdzie jakieś odpowiednie słowo pasujące do tego co mieliby zrobić, które będzie dalekie od kradzieży.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Jakimś cudem udało im się w końcu złożyć dary wotywne w odpowiedni sposób. Trwało to być może dłużej, niż zakładała ze względu na jej nieporadność, jednak misja zakończyła się sukcesem. Wspaniale, jedna rzecz z listy rzeczy do zrobienia została odhaczona. Nie, żeby był to spory sukces, bo było ich tam dużo, dużo więcej, a sabat zbliżał się wielkimi krokami. Wierzyła w ich siły i nie wątpiła w to, że uda im się zrealizować wszystkie zaplanowane rzeczy, potrafili być bardzo uparci, gdy im na czymś zależało, a w tym przypadku ona na pewno nie miała zamiaru odpuszczać.</p>
<p>Pogoda jednak nie zachęcała do powrotu do domu, wręcz przeciwnie. Było bardzo przyjemnie jak na jesienne popołudnie. Skoro znajdowali się w Dolinie Godryka mogli sobie pozwolić na to, aby zostać tu jeszcze dłużej. Atmosfera była naprawdę przyjemna, nigdzie się nie spieszyli - no, najwyżej będą musieli odrobinę nadrobić obowiązki, ale powinni sobie z tym poradzić bez większego problemu. Mogli więc pozwolić sobie na odrobinę odpoczynku.</p>
<p>Prudence wsunęła rękę pod ramię swojego męża. Wyszli już z terenów podmokłych, powoli zbliżali się do miasteczka. Mijali właśnie sad Abbottów, na drzewach można było jeszcze dostrzec jabłka, które prosiły się o to, aby ktoś je zerwał. Szkoda by było zmarnować taką szansę, te jabłka cieszyły się w końcu niesamowitą opinią. Pojawiła się krótka myśl, w zasadzie dlaczego by nie? Nic nie stało im przecież na drodze.</p>
<p>Przystanęła na moment, spojrzała na Benjy'ego, później na te dorodne jabłonie pełne owoców. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Myślisz, że jest szansa, że zauważą, jeśli zerwalibyśmy sobie po jednym, no może po dwa.</span> - Owoce kusiły swoimi kolorami, były to naprawdę wyjątkowe jabłka. Wolała jednak upewnić się co do tego, co jej mąż myślał na temat drobnego szabru. Nie mieli przecież wynosić stąd całego drzewa pełnego owoców, ani całej skrzynki, tylko zerwać sobie jedno, może dwa na spróbowanie. Zazwyczaj to nie ona w tym duecie namawiała do łamania prawa, bo była przecież jego przedstawicielką, tym razem jednak to Prue uległa pokusie.</p>
<p>Nikogo nie było obok, właściwie wydawało jej się, że są tutaj zupełnie sami, nikt ich nie mijał kiedy spacerowali, być może pracownicy znajdowali się w innej części sadów, czy coś. To powodowało, że więcej było za niż przeciw tej drobnej kradzieży. Zresztą tylko by sobie je pożyczyli na wieczne nieoddanie. Nikt pewnie nawet nie zauważy braku kilku owoców. Abbottowie mieli ich przecież bardzo wiele. Nie sądziła, że jej mąż odmówi, w ich duecie to raczej on nie miał problemu z nagnaniem granic, pewnie znajdzie jakieś odpowiednie słowo pasujące do tego co mieliby zrobić, które będzie dalekie od kradzieży.</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[wieczór, 19.10.72] Z pamiętnika Christine Lockhart, cz. 1]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6532</link>
			<pubDate>Mon, 19 Oct 2026 13:21:59 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=560">Henry Lockhart</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6532</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">19 października 1972, wieczór<br />
Mieszkanie Henryka</div>
<br />
Ostatnimi czasy w życiu Henry'ego Lockharta działo się dużo. Były to rzeczy niekoniecznie złe, bo napisał artykuł, częściej spotykał się z przyjaciółmi, a jego serce szybciej biło, gdy myślał o pewnej brygadzistce. Dobre myśli biły się jednak z tymi dosyć przykrymi. Wciąż zastanawiał się i ubolewał nad losami biednej Seo-yeon, która wpadła w dziurę w podłodze groty solnej. Kiedyś myślał, że uproszenie się w gazecie o czyjeś prawa była wystarczającą formą działania. Powoli rewidował ten naiwny pogląd, choć z gorzką konkluzją. Nie dało się bowiem uratować wszystkich ani wszystkim pomóc. Myślał sobie wtedy o dziadkach i swojej bezsilności w obliczu choroby, która dotknęła ich oboje. O rodzicach, których twarze znał ze zdjęć. Których nie było dane mu poznać.<br />
<br />
Dlatego późnym wieczorem, koło jedenastej, kiedy to porządny młody człowiek powinien już iść spać, by wyspać się przed pracą, on zabrał się za przeglądanie starych pudeł po dziadkach. Były tam głównie książki, te które jego wujostwo postanowiło wyrzucić z domu i przekazać nie na śmietnik, a w miejsce w ich opinii do śmietnika zbliżone. Henry wyłapywał czasem coś z wierzchu, ale nakrywał się na tym, że nie chciał sięgać głębiej do pudeł. Grzebanie we wspomnieniach było bolesne, a książki dziadków mówiły o nich tak dużo… Były wysłużone, czasem pooblewane kawą. Pomiędzy kartami niektórych był piach znad morza, a w innych Henio znajdował zasuszone liście. Losowy tom encyklopedii. Słownik języka hiszpańskiego (odłożony potem przez chłopaka na półkę, by nauczyć się kilku słówek z rodzimej mowy Hestii). Stare wydanie baśni Barda Beedle'a. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Król w żółci</span> Chambersa, podpisany na pierwszej stronie: <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Własność Paula Lockharta</span>.<br />
<br />
Był też zeszyt. Lekko pozaginany, bo szczodrze zapisany. Zwykły czarny kajet, bez niepotrzebnych ozdobników, jednak porządny. Dobrze się trzymał, mimo upływu lat. Henry ostrożnie otworzył na pierwszej stronie. Gardło ścisnęło mu się, dłonie zadrżały. Zaczął jednak czytać.<br />
<br />
<div class="ostabelka">Nie wiem, jak zaczyna się pamiętnik. Nigdy nie byłam specjalnie romantyczną duszą, nie miałam szczególnej potrzeby, by przelewać moje myśli na papier. Lubiłam czytać przemyślenia innych, to jasne. Oczywiście opublikowane, już zapewne pośmiertnie. To zawsze jakieś świadectwo ich żyć, coś, co pozostawili po sobie. Uwielbiam chociażby listy Kafki do Mileny. Korespondencje ludzi wybitnych, którzy w owych listach wydawali się zadziwiająco ludzcy i zwyczajni. Może ktoś to przeczyta za jakieś pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat, bo będzie chciał poznać życie Christine Lockhart? Wydaje mi się jednak, że to ciążowe hormony każą mi pisać dla potomności. Nie wiem, czy dzieciakowi, który przyjdzie na świat dopiero za cztery miesiące, będzie się chciało czytać wynurzenia matki. Raczej nie sądzę.<br />
<br />
Taki pamiętnik, jak każdą porządną pracę naukową czy serię wykładów zacząć należy po bożemu, od krótkiego biogramu. Christine Lockhart, lat dwadzieścia osiem. Urodzona w Galway, wychowana po katolicku, ale z samotną matką. Dla ojca byłam chwilowym odstępstwem od przysięgi kapłańskiej. Nic to nadzwyczajnego w kraju, w którym religia odbiera ludziom rozum. Niegdyś nazywałam się Hayes, po matce oczywiście. W dzieciństwie natrafiłam na wielu dobrych ludzi w niezbyt dobrych miejscach. Żyjący w zamordyzmie uczniowie katolickiej szkoły okazują się największymi buntownikami, ateistami, bluźniercami. To tam wkradły się mi do głowy zbrodnicze idee feminizmu, antyklerykalizmu i co najgorsze – matematyka. Nieznośna byłaby ta lektura, gdybym zaczęła się tu rozwodzić nad pięknem liczb, zbiorów, wzorów i porządku zmąconego co jakiś czas paradoksem. Kiedy mówiłam matce, że Boga należy szukać właśnie we wzorach, zamykała mnie w pokoju i kazała zmawiać pacierz. Ja modlitwy liczyłam i układałam we wzory, czyniąc z nich coś więcej niż tylko narzędzie otępienia. Nic zatem dziwnego w tym, że gdy tylko skończyłam liceum i zebrałam nieco pieniędzy, uciekłam z Irlandii prosto w nowy świat, do Londynu. W miejsce, które mnie trochę nienawidziło, gdy mówiłam z moim akcentem, ale przynajmniej dawało mi szansę na robienie tego, co kochałam najbardziej. Kiedy przyjechałam, miasto było jeszcze odbudowywane, a wojna wciąż trwała. Był to rok 1944, a Anglicy mieli poczucie nadciągającego zwycięstwa. Więcej chłopców poszło też do wojska, więc moje szanse przyjęcia na uniwersytet okazały się wystarczające, bym rzeczywiście dostała się na wydział matematyki. Tam musiałam mój umysł wykorzystać do pracy nad niemieckimi szyframi, co okazało się de facto nudną wyrobniczą pracą, skoro Enigmę już dawno rozwiązano. W wolnych chwilach pracowałam jako maszynistka w wydawnictwie George Allen and Unwin, naczytałam się więc mnóstwo powieści z gatunku fantastyki. Trochę mnie bawiła wizja świata, w którym żyją jakieś elfy, krasnoludy, hobbici czy smoki. Magia wydawała mi się konceptem ciekawym, bo przenosiła zabobon do świata fikcji, tam gdzie powinien się znajdować. Gdy czytało się powieści pana Tolkiena (to zresztą niezwykle życzliwy człowiek, prawdziwy dżentelmen) nie wierzyło się w czary. Nie uznawało się ich za prawdę historyczną czy objawioną. Lubiłam myśleć sobie, że świat dookoła jest logiczny.<br />
<br />
Wszystko aż do dnia, gdy otwarto w pobliskiej bibliotece klub książki. Jedna znajomość i moje przekonanie o rozsądku panującym nad światem kompletnie legło w gruzach.<br />
<br />
Usiedliśmy razem przy dużym stole, otoczeni książkami. Pierwsza lektura: stary dobry Szekspir, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Romeo i Julia</span>. Anglicy wprost uwielbiają Szekspira i wsadzają go, gdzie się tylko da. Cóż, sztuka rzeczywiście była dobra, choć znana wszystkim. Wybrano ją, by przełamać pierwsze lody. Była nas jedynie czwórka. Ja, moja przyjaciółka i współlokatorka, Maisie, pan Gordon, który miał prowadzić dyskusję i on. Nieco dziwnie ubrany, nieco jak szpieg, który chciał się wtopić w otoczenie, ale bardzo mu się nie udawało. Długi płaszcz, koszula z falbaniastym, kołnierzem, spodnie koloru fioletowego. Był jednak niestety przystojny i bardzo irytujący, bo o książce gadał kompletne kretynizmy. Że niby to Capuletti byli jakimiś czarownikami, a Romeo podał Julii zaczarowany eliksir. Zaczęłam się z nim kłócić, choć myślałam, że mówił to wszystko, by nas wszystkich sprowokować do awantury. Zarzuciłam mu to otwarcie. Że jak przyszedł się pośmiać, to niech idzie do cyrku, a nie do klubu książki. On stwierdził, że mam ograniczony umysł i nie rozumiem, o co tak naprawdę Szekspirowi chodziło. Gdyby pan Gordon nas nie powstrzymał, doszłoby do rękoczynów.<br />
<br />
Ów irytujący facet nazywał się Paul Lockhart.</div>
<br />
Henry zatrzymał się, by otrzeć policzki z łez, które niemal by opadły na papier i rozmazałyby tusz. Zamknął zeszyt, przytulił go do piersi. W nim właśnie zapisana była cząstka jego mamy. Jej przeżycia. Jak poznała tatę. Czytając pamiętnik, Henio płakał i się śmiał. Zatrzymywał się na tej samej linijce tekstu po kilka razy. Jego mama brzmiała na najfajniejszą osobę na świecie. Inteligentną, odważną, z ostrym poczuciem humoru. A ojciec? Henry chciał przeczytać o nim jeszcze więcej.<br />
<br />
Ale nie teraz. Postanowił, że będzie czytał po trochu, a nie wszystko za jednym razem. Każda chwila spędzona z tym pamiętnikiem była spotkaniem z mamą. Tak jakby była obok i rzeczywiście opowiadała mu tę historię.<br />
<br />
Tak strasznie tęsknił, a teraz… mógł ich lepiej poznać. Ich oboje.<br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">19 października 1972, wieczór<br />
Mieszkanie Henryka</div>
<br />
Ostatnimi czasy w życiu Henry'ego Lockharta działo się dużo. Były to rzeczy niekoniecznie złe, bo napisał artykuł, częściej spotykał się z przyjaciółmi, a jego serce szybciej biło, gdy myślał o pewnej brygadzistce. Dobre myśli biły się jednak z tymi dosyć przykrymi. Wciąż zastanawiał się i ubolewał nad losami biednej Seo-yeon, która wpadła w dziurę w podłodze groty solnej. Kiedyś myślał, że uproszenie się w gazecie o czyjeś prawa była wystarczającą formą działania. Powoli rewidował ten naiwny pogląd, choć z gorzką konkluzją. Nie dało się bowiem uratować wszystkich ani wszystkim pomóc. Myślał sobie wtedy o dziadkach i swojej bezsilności w obliczu choroby, która dotknęła ich oboje. O rodzicach, których twarze znał ze zdjęć. Których nie było dane mu poznać.<br />
<br />
Dlatego późnym wieczorem, koło jedenastej, kiedy to porządny młody człowiek powinien już iść spać, by wyspać się przed pracą, on zabrał się za przeglądanie starych pudeł po dziadkach. Były tam głównie książki, te które jego wujostwo postanowiło wyrzucić z domu i przekazać nie na śmietnik, a w miejsce w ich opinii do śmietnika zbliżone. Henry wyłapywał czasem coś z wierzchu, ale nakrywał się na tym, że nie chciał sięgać głębiej do pudeł. Grzebanie we wspomnieniach było bolesne, a książki dziadków mówiły o nich tak dużo… Były wysłużone, czasem pooblewane kawą. Pomiędzy kartami niektórych był piach znad morza, a w innych Henio znajdował zasuszone liście. Losowy tom encyklopedii. Słownik języka hiszpańskiego (odłożony potem przez chłopaka na półkę, by nauczyć się kilku słówek z rodzimej mowy Hestii). Stare wydanie baśni Barda Beedle'a. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Król w żółci</span> Chambersa, podpisany na pierwszej stronie: <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Własność Paula Lockharta</span>.<br />
<br />
Był też zeszyt. Lekko pozaginany, bo szczodrze zapisany. Zwykły czarny kajet, bez niepotrzebnych ozdobników, jednak porządny. Dobrze się trzymał, mimo upływu lat. Henry ostrożnie otworzył na pierwszej stronie. Gardło ścisnęło mu się, dłonie zadrżały. Zaczął jednak czytać.<br />
<br />
<div class="ostabelka">Nie wiem, jak zaczyna się pamiętnik. Nigdy nie byłam specjalnie romantyczną duszą, nie miałam szczególnej potrzeby, by przelewać moje myśli na papier. Lubiłam czytać przemyślenia innych, to jasne. Oczywiście opublikowane, już zapewne pośmiertnie. To zawsze jakieś świadectwo ich żyć, coś, co pozostawili po sobie. Uwielbiam chociażby listy Kafki do Mileny. Korespondencje ludzi wybitnych, którzy w owych listach wydawali się zadziwiająco ludzcy i zwyczajni. Może ktoś to przeczyta za jakieś pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat, bo będzie chciał poznać życie Christine Lockhart? Wydaje mi się jednak, że to ciążowe hormony każą mi pisać dla potomności. Nie wiem, czy dzieciakowi, który przyjdzie na świat dopiero za cztery miesiące, będzie się chciało czytać wynurzenia matki. Raczej nie sądzę.<br />
<br />
Taki pamiętnik, jak każdą porządną pracę naukową czy serię wykładów zacząć należy po bożemu, od krótkiego biogramu. Christine Lockhart, lat dwadzieścia osiem. Urodzona w Galway, wychowana po katolicku, ale z samotną matką. Dla ojca byłam chwilowym odstępstwem od przysięgi kapłańskiej. Nic to nadzwyczajnego w kraju, w którym religia odbiera ludziom rozum. Niegdyś nazywałam się Hayes, po matce oczywiście. W dzieciństwie natrafiłam na wielu dobrych ludzi w niezbyt dobrych miejscach. Żyjący w zamordyzmie uczniowie katolickiej szkoły okazują się największymi buntownikami, ateistami, bluźniercami. To tam wkradły się mi do głowy zbrodnicze idee feminizmu, antyklerykalizmu i co najgorsze – matematyka. Nieznośna byłaby ta lektura, gdybym zaczęła się tu rozwodzić nad pięknem liczb, zbiorów, wzorów i porządku zmąconego co jakiś czas paradoksem. Kiedy mówiłam matce, że Boga należy szukać właśnie we wzorach, zamykała mnie w pokoju i kazała zmawiać pacierz. Ja modlitwy liczyłam i układałam we wzory, czyniąc z nich coś więcej niż tylko narzędzie otępienia. Nic zatem dziwnego w tym, że gdy tylko skończyłam liceum i zebrałam nieco pieniędzy, uciekłam z Irlandii prosto w nowy świat, do Londynu. W miejsce, które mnie trochę nienawidziło, gdy mówiłam z moim akcentem, ale przynajmniej dawało mi szansę na robienie tego, co kochałam najbardziej. Kiedy przyjechałam, miasto było jeszcze odbudowywane, a wojna wciąż trwała. Był to rok 1944, a Anglicy mieli poczucie nadciągającego zwycięstwa. Więcej chłopców poszło też do wojska, więc moje szanse przyjęcia na uniwersytet okazały się wystarczające, bym rzeczywiście dostała się na wydział matematyki. Tam musiałam mój umysł wykorzystać do pracy nad niemieckimi szyframi, co okazało się de facto nudną wyrobniczą pracą, skoro Enigmę już dawno rozwiązano. W wolnych chwilach pracowałam jako maszynistka w wydawnictwie George Allen and Unwin, naczytałam się więc mnóstwo powieści z gatunku fantastyki. Trochę mnie bawiła wizja świata, w którym żyją jakieś elfy, krasnoludy, hobbici czy smoki. Magia wydawała mi się konceptem ciekawym, bo przenosiła zabobon do świata fikcji, tam gdzie powinien się znajdować. Gdy czytało się powieści pana Tolkiena (to zresztą niezwykle życzliwy człowiek, prawdziwy dżentelmen) nie wierzyło się w czary. Nie uznawało się ich za prawdę historyczną czy objawioną. Lubiłam myśleć sobie, że świat dookoła jest logiczny.<br />
<br />
Wszystko aż do dnia, gdy otwarto w pobliskiej bibliotece klub książki. Jedna znajomość i moje przekonanie o rozsądku panującym nad światem kompletnie legło w gruzach.<br />
<br />
Usiedliśmy razem przy dużym stole, otoczeni książkami. Pierwsza lektura: stary dobry Szekspir, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Romeo i Julia</span>. Anglicy wprost uwielbiają Szekspira i wsadzają go, gdzie się tylko da. Cóż, sztuka rzeczywiście była dobra, choć znana wszystkim. Wybrano ją, by przełamać pierwsze lody. Była nas jedynie czwórka. Ja, moja przyjaciółka i współlokatorka, Maisie, pan Gordon, który miał prowadzić dyskusję i on. Nieco dziwnie ubrany, nieco jak szpieg, który chciał się wtopić w otoczenie, ale bardzo mu się nie udawało. Długi płaszcz, koszula z falbaniastym, kołnierzem, spodnie koloru fioletowego. Był jednak niestety przystojny i bardzo irytujący, bo o książce gadał kompletne kretynizmy. Że niby to Capuletti byli jakimiś czarownikami, a Romeo podał Julii zaczarowany eliksir. Zaczęłam się z nim kłócić, choć myślałam, że mówił to wszystko, by nas wszystkich sprowokować do awantury. Zarzuciłam mu to otwarcie. Że jak przyszedł się pośmiać, to niech idzie do cyrku, a nie do klubu książki. On stwierdził, że mam ograniczony umysł i nie rozumiem, o co tak naprawdę Szekspirowi chodziło. Gdyby pan Gordon nas nie powstrzymał, doszłoby do rękoczynów.<br />
<br />
Ów irytujący facet nazywał się Paul Lockhart.</div>
<br />
Henry zatrzymał się, by otrzeć policzki z łez, które niemal by opadły na papier i rozmazałyby tusz. Zamknął zeszyt, przytulił go do piersi. W nim właśnie zapisana była cząstka jego mamy. Jej przeżycia. Jak poznała tatę. Czytając pamiętnik, Henio płakał i się śmiał. Zatrzymywał się na tej samej linijce tekstu po kilka razy. Jego mama brzmiała na najfajniejszą osobę na świecie. Inteligentną, odważną, z ostrym poczuciem humoru. A ojciec? Henry chciał przeczytać o nim jeszcze więcej.<br />
<br />
Ale nie teraz. Postanowił, że będzie czytał po trochu, a nie wszystko za jednym razem. Każda chwila spędzona z tym pamiętnikiem była spotkaniem z mamą. Tak jakby była obok i rzeczywiście opowiadała mu tę historię.<br />
<br />
Tak strasznie tęsknił, a teraz… mógł ich lepiej poznać. Ich oboje.<br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[28.10.1972] Kiedy ranne wstają zorze]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6531</link>
			<pubDate>Sun, 18 Oct 2026 09:47:09 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=38">Atreus Bulstrode</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6531</guid>
			<description><![CDATA[<p>Siedział w szatni i bolała go głowa. Cholera, miał wrażenie, że kończył w ten sposób trochę za dużo razy, chociaż nie można było wciąż nazwać tego nawykiem. Całe szczęście. Tym razem jednak, nie był tylko na kacu, a dodatkowo na twarzy barwiły się pięknie siniaki. Tam gdzie uderzył Rosier, został znak i może nie przeszkadzałoby to aż tak Atreusowi, gdyby nie praca i leżąca obok niego kurtka munduru, przypominająca o sobie. Brenna co prawda dała mu maść, ale ta nie dała rady poradzić sobie ze wszystkim i głębsze znamiona wciąż były wyraźne. Był też nieco opuchnięty.</p>
<p>Przyszli do pracy z Brenną razem, biorąc pod uwagę okoliczności, ale Longbottom zdążyła właśnie wybiec z szatni, kierując się do Biura Brygady Uderzeniowej. Zamiast niej, w zasięgu wzroku Atreusa pojawiła Victoria i zamierzał tę sytuację absolutnie wykorzystać, bo to nie mogło być tak że go lano za darmo po mordzie i to z jej powodu. Znaczy pewnie gdyby była to jakaś sytuacja honoru i by go musiał bronić, no to jeszcze. </p>
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Żono moja przyszła, serce moje, twój chłop jest stuknięty </span>— poinformował ją poważnym tonem, spoglądając na nią ze swego miejsca i wyglądając trochę marnie. Zmęczony, z nieco zauważalnymi sińcami pod oczami, dobrze ze Brenna miała w drzewie genealogicznym nazwisko Potter i znalazła się w jej domu Ulizanna, bo inaczej jeszcze byłby pewnie rozczochrany. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Kompletnie i bezgranicznie, bo postanowił wczorajszego wieczoru bić się ze mną w Fontannie Szczęśliwego Losu, a ja musiałem go uświadomić, że to bardzo zły pomysł bo nie chciał dać sobie spokoju. Wywalili nas stamtąd, rozumiesz to? Na zbity pysk</span> — pożalił się, odchylając głowę do tyłu i opierając ją o znajdującą za nim ścianę. Chłód pewnie byłby przyjemny, gdyby nie to że był zimny jak kostka lodu.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Siedział w szatni i bolała go głowa. Cholera, miał wrażenie, że kończył w ten sposób trochę za dużo razy, chociaż nie można było wciąż nazwać tego nawykiem. Całe szczęście. Tym razem jednak, nie był tylko na kacu, a dodatkowo na twarzy barwiły się pięknie siniaki. Tam gdzie uderzył Rosier, został znak i może nie przeszkadzałoby to aż tak Atreusowi, gdyby nie praca i leżąca obok niego kurtka munduru, przypominająca o sobie. Brenna co prawda dała mu maść, ale ta nie dała rady poradzić sobie ze wszystkim i głębsze znamiona wciąż były wyraźne. Był też nieco opuchnięty.</p>
<p>Przyszli do pracy z Brenną razem, biorąc pod uwagę okoliczności, ale Longbottom zdążyła właśnie wybiec z szatni, kierując się do Biura Brygady Uderzeniowej. Zamiast niej, w zasięgu wzroku Atreusa pojawiła Victoria i zamierzał tę sytuację absolutnie wykorzystać, bo to nie mogło być tak że go lano za darmo po mordzie i to z jej powodu. Znaczy pewnie gdyby była to jakaś sytuacja honoru i by go musiał bronić, no to jeszcze. </p>
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Żono moja przyszła, serce moje, twój chłop jest stuknięty </span>— poinformował ją poważnym tonem, spoglądając na nią ze swego miejsca i wyglądając trochę marnie. Zmęczony, z nieco zauważalnymi sińcami pod oczami, dobrze ze Brenna miała w drzewie genealogicznym nazwisko Potter i znalazła się w jej domu Ulizanna, bo inaczej jeszcze byłby pewnie rozczochrany. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Kompletnie i bezgranicznie, bo postanowił wczorajszego wieczoru bić się ze mną w Fontannie Szczęśliwego Losu, a ja musiałem go uświadomić, że to bardzo zły pomysł bo nie chciał dać sobie spokoju. Wywalili nas stamtąd, rozumiesz to? Na zbity pysk</span> — pożalił się, odchylając głowę do tyłu i opierając ją o znajdującą za nim ścianę. Chłód pewnie byłby przyjemny, gdyby nie to że był zimny jak kostka lodu.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[16.09.1972] At The Beach, In Every Life | Brynja & Lana]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6530</link>
			<pubDate>Sat, 17 Oct 2026 23:53:03 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=545">Lana Dolohov</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6530</guid>
			<description><![CDATA[<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://i.imgur.com/bHKoMir.jpeg" loading="lazy"  alt="[Obrazek: bHKoMir.jpeg]" class="mycode_img" /><br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">There I saw you standing<br />
Must've been a holy light<br />
'Cause I can't see and I can't feel<br />
But the color in your eyes<br />
Is saying if my dreams come up empty<br />
And I wash up on the shore<br />
You would find me at the beach<br />
In every life, through every door</span></div>
<br />
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=pZgdTPk.jpeg[/inny avek]<br />
Wrześniowy wiatr porywał za sobą morską wodę, tworząc fale rozbryzgujące się o skaliste wybrzeża Anglesey. Kobieta spacerująca wzdłuż plaży wydawała się jednak nieporuszona ani kroplami wody ani wichrem, który rozwiewał jej czarny płaszcz. Zupełnie jakby mentalnie była w innym świecie.<br />
<br />
Przez ostatni tydzień Lana ledwo egzystowała; jednocześnie odczuwała każdą możliwą emocję oraz pustkę, którą pozostała po śmierci matki. Jakaś cześć dziewczyny nie chciała uwierzyć, że Tanaquil nie udało się uciec z płonącego mieszkania, lecz z każdym kolejnym dniem było to coraz trudniejsze. Z tego powodu każdy kolejny poranek był koszmarem.<br />
<br />
Rodzina oraz mieszkańcy Praw Czasu martwili się o stan Dolohovówny i starali się jakkolwiek wyrwać ją z tego marazmu, sugerując różne aktywności. Wczoraj kazano jej udać się na konsultację medyczną, ze względu na utrzymujący się po Spalonej Nocy kaszel. Skorzystanie z tej rady miało jednak nieoczekiwane konsekwencje. Podczas wizyty w Mungu Lana trafiła na Louvain Lestrange'a, który wciągnął ją w odgrywanie pary małżonków przed uzdrowicielem. To absurdalne przedstawienie rzeczywiście trochę ożywiło Dolohovównę, lecz zarazem wywołało w jej sercu tęsknotę za <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">prawdziwym uczuciem</span>. Za tym, na co nigdy sobie nie pozwoliła, ale kiedyś była blisko. Za tą osobą, którą na własne życzenie straciła.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Za Brynją.</span><br />
<br />
Lana nie pamiętała dokładnie, jak udało jej się przedostać z Londynu do Anglesey. Chyba wspomniała komuś z domowników, że idzie się przejść i nikt nie dopytywał jej o szczegóły. Potem przeteleportowała się parę razy, aż trafiła dokładnie w to miejsce, w którym poznała selkie dwa lata temu. Wybrzeże wyglądało dokładnie tak samo jak wtedy, ale po dziewczynie z głębin oceanu nie było ani śladu.<br />
<br />
Powinna była się tego spodziewać; przecież Brynja nie pojawiłaby się znikąd dokładnie tam, gdzie przebywała Dolohovówna, jak wtedy kiedy jeszcze utrzymywały ze sobą kontakt. Lana zresztą sama przyznała, że nie może jej się w pełni poświęcić, więc mogła teraz niczego sobie rościć od selkie. Lana nie otrzymała więc ukojenia, po które tutaj przybyła, ale przynajmniej obecność blisko morza sprawiała, że jej myśli nie uciekały wyłącznie w stronę matki. Być może nieoczekiwaną zaletą utraty więcej niż jednej bliskiej osoby była możliwość wyboru, za którą z nich będzie w danym momencie tęsknić.<br />
<br />
Czarownica bez wyraźnego celu spacerowała więc dalej brzegiem morza, a fale coraz bardziej obmywały spód jej żałobnego stroju.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://i.imgur.com/bHKoMir.jpeg" loading="lazy"  alt="[Obrazek: bHKoMir.jpeg]" class="mycode_img" /><br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">There I saw you standing<br />
Must've been a holy light<br />
'Cause I can't see and I can't feel<br />
But the color in your eyes<br />
Is saying if my dreams come up empty<br />
And I wash up on the shore<br />
You would find me at the beach<br />
In every life, through every door</span></div>
<br />
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=pZgdTPk.jpeg[/inny avek]<br />
Wrześniowy wiatr porywał za sobą morską wodę, tworząc fale rozbryzgujące się o skaliste wybrzeża Anglesey. Kobieta spacerująca wzdłuż plaży wydawała się jednak nieporuszona ani kroplami wody ani wichrem, który rozwiewał jej czarny płaszcz. Zupełnie jakby mentalnie była w innym świecie.<br />
<br />
Przez ostatni tydzień Lana ledwo egzystowała; jednocześnie odczuwała każdą możliwą emocję oraz pustkę, którą pozostała po śmierci matki. Jakaś cześć dziewczyny nie chciała uwierzyć, że Tanaquil nie udało się uciec z płonącego mieszkania, lecz z każdym kolejnym dniem było to coraz trudniejsze. Z tego powodu każdy kolejny poranek był koszmarem.<br />
<br />
Rodzina oraz mieszkańcy Praw Czasu martwili się o stan Dolohovówny i starali się jakkolwiek wyrwać ją z tego marazmu, sugerując różne aktywności. Wczoraj kazano jej udać się na konsultację medyczną, ze względu na utrzymujący się po Spalonej Nocy kaszel. Skorzystanie z tej rady miało jednak nieoczekiwane konsekwencje. Podczas wizyty w Mungu Lana trafiła na Louvain Lestrange'a, który wciągnął ją w odgrywanie pary małżonków przed uzdrowicielem. To absurdalne przedstawienie rzeczywiście trochę ożywiło Dolohovównę, lecz zarazem wywołało w jej sercu tęsknotę za <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">prawdziwym uczuciem</span>. Za tym, na co nigdy sobie nie pozwoliła, ale kiedyś była blisko. Za tą osobą, którą na własne życzenie straciła.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Za Brynją.</span><br />
<br />
Lana nie pamiętała dokładnie, jak udało jej się przedostać z Londynu do Anglesey. Chyba wspomniała komuś z domowników, że idzie się przejść i nikt nie dopytywał jej o szczegóły. Potem przeteleportowała się parę razy, aż trafiła dokładnie w to miejsce, w którym poznała selkie dwa lata temu. Wybrzeże wyglądało dokładnie tak samo jak wtedy, ale po dziewczynie z głębin oceanu nie było ani śladu.<br />
<br />
Powinna była się tego spodziewać; przecież Brynja nie pojawiłaby się znikąd dokładnie tam, gdzie przebywała Dolohovówna, jak wtedy kiedy jeszcze utrzymywały ze sobą kontakt. Lana zresztą sama przyznała, że nie może jej się w pełni poświęcić, więc mogła teraz niczego sobie rościć od selkie. Lana nie otrzymała więc ukojenia, po które tutaj przybyła, ale przynajmniej obecność blisko morza sprawiała, że jej myśli nie uciekały wyłącznie w stronę matki. Być może nieoczekiwaną zaletą utraty więcej niż jednej bliskiej osoby była możliwość wyboru, za którą z nich będzie w danym momencie tęsknić.<br />
<br />
Czarownica bez wyraźnego celu spacerowała więc dalej brzegiem morza, a fale coraz bardziej obmywały spód jej żałobnego stroju.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[11/10/72] Dolina Ffestiniog]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6529</link>
			<pubDate>Sat, 17 Oct 2026 22:07:06 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=523">Helloise Rowle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6529</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">11 października<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Gareth i Helloise wyprawiają się na poszukiwania walijskiego uroczyska</span></div>
<br />
Helloise przybyła do posiadłości nad Llyn Llydaw poprzedniej nocy po długim dniu modłów na Ellan Vannin. Kładła się spać z umysłem czystym i uspokojonym. Rano, przed świtem jeszcze, udała się do domowej biblioteki, aby przeglądać podania o okolicach Ffestiniog. Do pomocy wzięła sobie dwa domowe skrzaty, chłopca i dziewczynkę, aby nosiły za nią książki i podały wczesne śniadanie. <br />
Placuszki z owocami leżały pomiędzy opasłymi tomami porozkładanymi na długim bibliotecznym stole. Rozpalony kominek ledwo radził sobie z ogrzaniem dużego pomieszczenia o zimnych kamiennych ścianach, czarownicy marzły więc stopy i przebierała palcami w skarpetkach, próbując je rozgrzać. Z miejsca za biurkiem miała widok na granatową taflę jeziora wlanego między wzgórza. Od czasu do czasu za chmurami dopatrywała się cieni smoczych skrzydeł, lecz były to zwykle ledwie przywidzenia umysłu poszukującego znajomych kształtów. Wstający dzień złożył w pomieszczeniu wystarczająco światła, aby Helloise, ziewając, kazała zgasić lampki. Wschód słońca oglądany z okien na piętrze posiadłości budził w niej nostalgię.<br />
<br />
Spełniwszy polecenie zgaszenia sztucznych świateł, skrzatka wskoczyła z powrotem na stołeczek obok krzesła Helloise, aby kontynuować splatanie jej warkoczy. Gdy czarownica oddawała się tego ranka lekturze, skrzatka poświęciła czas na rozplątanie kołtunów we włosach panny. Drobne pomarszczone paluszki stworki sprawnie radziły sobie z zapuszczoną czupryną, a nim słońce zakrólowało nad szczytami Yr Wyddfa, jasne włosy Helloise ścieśnione były w eleganckie warkoczyki oplatające tył głowy, spływające w jednym grubym warkoczu na plecy. Oblicze czarownicy było tego dnia pogodne. Opuszczenie Doliny Godryka i poświęcenie się Rogatemu Panu Słońca na wzgórzach Ellan Vannin pozostawiło w niej promień boskiej jasności Pana, przetrwało w niej błogie wspomnienie ciepłych dotyków słońca wsączającego się do świątyni Rogatego Boga, a noc spędzona z dala od widm i demona chaty była nocą spokojną. Zbyt wiele byłoby jednak powiedzieć, że czarownica promieniała, bo używanie opium i tygodnie lęków odbijały się stale na jej wymizerowanej, zmęczonej twarzy. Wydawała się mimo to odświeżona i lżejsza, uwolniona chwilowo przynajmniej spod ciężkiego cienia nawiedzonej Kniei.<br />
<br />
Niechętnie Helloise oderwała oczy od wykluwającego się za oknami blasku walijskiego poranka. Spojrzenie kobiety spadło na krzesło naprzeciw niej. Siedzący tam karnie skrzat był niższy niż oparcie, ginął na jego tle, nie rzucał się w oczy, nie przeszkadzał jej w podziwianiu krajobrazu. Teraz Helloise przypomniała sobie o nim i wlepiła w nerwowe stworzonko ślepia.<br />
— <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Donieść jakiś tytuł?</span> — zapytał gorliwie skrzat, chcąc uciec się do roboty.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie</span> — odpowiedziała przeciągłym, aksamitnym głosem czarownica. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Chcę, żebyś jadł, Zyzusiu.</span> — Troskliwie podsunęła skrzatowi talerz ze swoimi placuszkami.<br />
— <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Z pani talerza…?</span> — Zaprotestował stworek, rozszerzając w przestrachu wielkie, wyłupiaste oczy.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Chcę, żebyś jadł.</span><br />
Wiedźma patrzyła nieruchomo, dopóki Zyzuś drżącą, wychudzoną łapką nie sięgnął po placuszek. Uśmiechnęła się, widząc, jak bierze pierwszy kęs.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Bardzo dobrze. Jestem pewna, że przed tobą dzień pełen trudów</span> — rozczuliła się, po czym powróciła do przewracania kart bieżącego tomu.<br />
Bywało, że najdziwaczniejsze kreatury chwytały Helloise za serce. Skrzaty domowe z całą swoją poddańczością zawsze stanowiły w jej oczach ujmujące stworzonka. Litowała się głęboko nad ich żałosnym losem uniżonych sług w pańskich domach, którzy to swoje uciemiężenie przyjmowali z wynaturzonym entuzjazmem. Zyzuś więcej komfortu znalazłby zapewne w byciu połajanym i zmuszonym do zbierania na klęczkach okruchów spod krzesła czarownicy, niż jedzeniem z nią śniadania z jednego talerza. Och, jakże smutny był los tych stworków.<br />
Helloise czytała pobieżnie kolejne paragrafy, delektując się dźwiękami placuszka memłanego w ustach biednego Zyzusia. Gdy dźwięki ustały, podniosła wzrok, otulając skrzata spojrzeniem. Wyciągnęła rękę przez stół i zawiesiła dłoń nad talerzykiem.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Myślę, że zjesz jeszcze jeden.</span><br />
Obserwowała czujnie, jak posłuszne skrzacie palce suną nisko nad stołem i nieśmiało odnajdują placuszek. Ręka czarownicy opadła na talerz jak ptasi szpon nurkujący za ofiarą. Wzięli z Zyzusiem po placuszku jednocześnie. Stworek cofnął spłoszony rękę. Rozgniótł ciasto, kurczowo zacisnąwszy na nim kościste palce. Kawałek placka z owocami spadł na blat biurka.<br />
— <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ja posprzątam.</span> — Zyzuś gwałtownie zerwał się z krzesła, szczęliw z perspektywy pilnej roboty. Helloise machnęła przyzwalająco ręką i powróciła do czytania, odgryzając sowity kęs puszystego placka z naleśnikowego ciasta.<br />
<br />
Stojąca obok skrzatka przypatrywała się temu z duszą na ramieniu, rada, że to nie ona została wytypowana ulubienicą panny Rowle.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Podaj mi kolejną</span> — mruknęła obojętnie do skrzatki Helloise, zamykając przejrzaną księgę. Ta okazała się zupełnie bezużyteczna, lecz było ich w kolejce przyszykowanych jeszcze kilka.<br />
Czarownica poszukiwała w rodzinnym księgozbiorze informacji o walijskich uroczyskach. Szczególnie wypatrywała między zdaniami nazwy <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ffestiniog</span>, na które matka zwracała w liście uwagę. Zapewne Sofia Rowle miała własne zajęcia, co Helloise szanowała, lecz powracała do niej myśl, że matka mogła być wylewniejsza i wytłumaczyć przynajmniej, co też ją akurat na Ffestiniog nakierowało. Nie naciskała jednak i do przeszukiwania rodowych zasobów zabrała się sama.<br />
Skrzatka przydreptała z powrotem, uginając się pod ciężarem nowej pozycji. Czarownica oblizała palce z owocowego sosu i spuściła otwartą dłoń w dół, nie zaszczycając skrzatki spojrzeniem. <br />
Na szklistej powierzchni Llyn Llydaw odbijało się walijskie niebo, woda mieniła się jak jedwabista tkanina. <br />
Helloise poczuła teksturę skórzanej oprawy i ciężar księgi wsuniętej w jej rękę. Rozłożyła ją na stole, otwarła na spisie treści, aby wybrać obiecujące rozdziały, po czym wzięła się do metodycznego przeglądania treści w poszukiwaniu słów kluczowych.<br />
<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">//</span> <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">percepcja</span> ◉◉◉○○ — na coś przydatnego do tematu drzewa, uroczyska, Doliny Ffestiniog</span></span><br />
[roll=Z]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">11 października<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Gareth i Helloise wyprawiają się na poszukiwania walijskiego uroczyska</span></div>
<br />
Helloise przybyła do posiadłości nad Llyn Llydaw poprzedniej nocy po długim dniu modłów na Ellan Vannin. Kładła się spać z umysłem czystym i uspokojonym. Rano, przed świtem jeszcze, udała się do domowej biblioteki, aby przeglądać podania o okolicach Ffestiniog. Do pomocy wzięła sobie dwa domowe skrzaty, chłopca i dziewczynkę, aby nosiły za nią książki i podały wczesne śniadanie. <br />
Placuszki z owocami leżały pomiędzy opasłymi tomami porozkładanymi na długim bibliotecznym stole. Rozpalony kominek ledwo radził sobie z ogrzaniem dużego pomieszczenia o zimnych kamiennych ścianach, czarownicy marzły więc stopy i przebierała palcami w skarpetkach, próbując je rozgrzać. Z miejsca za biurkiem miała widok na granatową taflę jeziora wlanego między wzgórza. Od czasu do czasu za chmurami dopatrywała się cieni smoczych skrzydeł, lecz były to zwykle ledwie przywidzenia umysłu poszukującego znajomych kształtów. Wstający dzień złożył w pomieszczeniu wystarczająco światła, aby Helloise, ziewając, kazała zgasić lampki. Wschód słońca oglądany z okien na piętrze posiadłości budził w niej nostalgię.<br />
<br />
Spełniwszy polecenie zgaszenia sztucznych świateł, skrzatka wskoczyła z powrotem na stołeczek obok krzesła Helloise, aby kontynuować splatanie jej warkoczy. Gdy czarownica oddawała się tego ranka lekturze, skrzatka poświęciła czas na rozplątanie kołtunów we włosach panny. Drobne pomarszczone paluszki stworki sprawnie radziły sobie z zapuszczoną czupryną, a nim słońce zakrólowało nad szczytami Yr Wyddfa, jasne włosy Helloise ścieśnione były w eleganckie warkoczyki oplatające tył głowy, spływające w jednym grubym warkoczu na plecy. Oblicze czarownicy było tego dnia pogodne. Opuszczenie Doliny Godryka i poświęcenie się Rogatemu Panu Słońca na wzgórzach Ellan Vannin pozostawiło w niej promień boskiej jasności Pana, przetrwało w niej błogie wspomnienie ciepłych dotyków słońca wsączającego się do świątyni Rogatego Boga, a noc spędzona z dala od widm i demona chaty była nocą spokojną. Zbyt wiele byłoby jednak powiedzieć, że czarownica promieniała, bo używanie opium i tygodnie lęków odbijały się stale na jej wymizerowanej, zmęczonej twarzy. Wydawała się mimo to odświeżona i lżejsza, uwolniona chwilowo przynajmniej spod ciężkiego cienia nawiedzonej Kniei.<br />
<br />
Niechętnie Helloise oderwała oczy od wykluwającego się za oknami blasku walijskiego poranka. Spojrzenie kobiety spadło na krzesło naprzeciw niej. Siedzący tam karnie skrzat był niższy niż oparcie, ginął na jego tle, nie rzucał się w oczy, nie przeszkadzał jej w podziwianiu krajobrazu. Teraz Helloise przypomniała sobie o nim i wlepiła w nerwowe stworzonko ślepia.<br />
— <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Donieść jakiś tytuł?</span> — zapytał gorliwie skrzat, chcąc uciec się do roboty.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie</span> — odpowiedziała przeciągłym, aksamitnym głosem czarownica. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Chcę, żebyś jadł, Zyzusiu.</span> — Troskliwie podsunęła skrzatowi talerz ze swoimi placuszkami.<br />
— <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Z pani talerza…?</span> — Zaprotestował stworek, rozszerzając w przestrachu wielkie, wyłupiaste oczy.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Chcę, żebyś jadł.</span><br />
Wiedźma patrzyła nieruchomo, dopóki Zyzuś drżącą, wychudzoną łapką nie sięgnął po placuszek. Uśmiechnęła się, widząc, jak bierze pierwszy kęs.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Bardzo dobrze. Jestem pewna, że przed tobą dzień pełen trudów</span> — rozczuliła się, po czym powróciła do przewracania kart bieżącego tomu.<br />
Bywało, że najdziwaczniejsze kreatury chwytały Helloise za serce. Skrzaty domowe z całą swoją poddańczością zawsze stanowiły w jej oczach ujmujące stworzonka. Litowała się głęboko nad ich żałosnym losem uniżonych sług w pańskich domach, którzy to swoje uciemiężenie przyjmowali z wynaturzonym entuzjazmem. Zyzuś więcej komfortu znalazłby zapewne w byciu połajanym i zmuszonym do zbierania na klęczkach okruchów spod krzesła czarownicy, niż jedzeniem z nią śniadania z jednego talerza. Och, jakże smutny był los tych stworków.<br />
Helloise czytała pobieżnie kolejne paragrafy, delektując się dźwiękami placuszka memłanego w ustach biednego Zyzusia. Gdy dźwięki ustały, podniosła wzrok, otulając skrzata spojrzeniem. Wyciągnęła rękę przez stół i zawiesiła dłoń nad talerzykiem.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Myślę, że zjesz jeszcze jeden.</span><br />
Obserwowała czujnie, jak posłuszne skrzacie palce suną nisko nad stołem i nieśmiało odnajdują placuszek. Ręka czarownicy opadła na talerz jak ptasi szpon nurkujący za ofiarą. Wzięli z Zyzusiem po placuszku jednocześnie. Stworek cofnął spłoszony rękę. Rozgniótł ciasto, kurczowo zacisnąwszy na nim kościste palce. Kawałek placka z owocami spadł na blat biurka.<br />
— <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ja posprzątam.</span> — Zyzuś gwałtownie zerwał się z krzesła, szczęliw z perspektywy pilnej roboty. Helloise machnęła przyzwalająco ręką i powróciła do czytania, odgryzając sowity kęs puszystego placka z naleśnikowego ciasta.<br />
<br />
Stojąca obok skrzatka przypatrywała się temu z duszą na ramieniu, rada, że to nie ona została wytypowana ulubienicą panny Rowle.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Podaj mi kolejną</span> — mruknęła obojętnie do skrzatki Helloise, zamykając przejrzaną księgę. Ta okazała się zupełnie bezużyteczna, lecz było ich w kolejce przyszykowanych jeszcze kilka.<br />
Czarownica poszukiwała w rodzinnym księgozbiorze informacji o walijskich uroczyskach. Szczególnie wypatrywała między zdaniami nazwy <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ffestiniog</span>, na które matka zwracała w liście uwagę. Zapewne Sofia Rowle miała własne zajęcia, co Helloise szanowała, lecz powracała do niej myśl, że matka mogła być wylewniejsza i wytłumaczyć przynajmniej, co też ją akurat na Ffestiniog nakierowało. Nie naciskała jednak i do przeszukiwania rodowych zasobów zabrała się sama.<br />
Skrzatka przydreptała z powrotem, uginając się pod ciężarem nowej pozycji. Czarownica oblizała palce z owocowego sosu i spuściła otwartą dłoń w dół, nie zaszczycając skrzatki spojrzeniem. <br />
Na szklistej powierzchni Llyn Llydaw odbijało się walijskie niebo, woda mieniła się jak jedwabista tkanina. <br />
Helloise poczuła teksturę skórzanej oprawy i ciężar księgi wsuniętej w jej rękę. Rozłożyła ją na stole, otwarła na spisie treści, aby wybrać obiecujące rozdziały, po czym wzięła się do metodycznego przeglądania treści w poszukiwaniu słów kluczowych.<br />
<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">//</span> <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">percepcja</span> ◉◉◉○○ — na coś przydatnego do tematu drzewa, uroczyska, Doliny Ffestiniog</span></span><br />
[roll=Z]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Poczta Garetha]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6528</link>
			<pubDate>Sat, 17 Oct 2026 20:05:23 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=466">Gareth Rowle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6528</guid>
			<description><![CDATA[Kiedyś będzie opis, teraz go nie ma.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Kiedyś będzie opis, teraz go nie ma.]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>