<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Sny]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Sun, 18 Oct 2026 06:56:46 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[[06.10.1972] Keep you in the dark, what had you expected? | Prue, Benjy]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6526</link>
			<pubDate>Fri, 16 Oct 2026 22:26:41 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=453">Prudence Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6526</guid>
			<description><![CDATA[<p>Nie był to jej najlepszy dzień. Od samego rana towarzyszyło jej dziwne uczucie, że ktoś ją śledził. Odwracała się za siebie, spoglądała przez ramię, jednak nikogo na tym nie przyłapała. Dałaby sobie rękę uciąć, że wcale sobie tego nie wymyśliła. Pewne rzeczy się po prostu czuje. Już kiedyś tak miała, było to we wrześniu, tylko, że wtedy nie dotyczyło wyłącznie jej. Benjy miał tak samo, na samą myśl o nim zrobiło jej się najzwyczajniej źle. Odszedł bez słowa, no praktycznie bez słowa, zostawił przecież list, list! Nie miał nawet w sobie tyle odwagi, żeby powiedzieć, że wyjeżdża.</p>
<p>Leżała na niewielkim łóżku w domu swoich rodziców. To też uważała za katastrofę, jej mieszkanie zostało zdewastowane przez co musiała wrócić do rodzinnego domu, co wydawało się jej być porażką. Miała trzydzieści trzy lata, nie piętnaście. Westchnęła jeszcze zirytowana. Próbowała zasnąć, najlepiej będzie to wszystko przespać, czyż nie? Chwilę jej to zajęło, ale w końcu udało jej się to zrobić. Śniła.</p>
<p>Prudence znalazła się w znajomym miejscu. Szła przed siebie powolnym krokiem. Padał śnieg, tak właściwie to delikatnie prószył. Bardzo dobrze znała ten dziedziniec - spędziła w Hogwarcie przecież siedem lat. Tylko dlaczego się tutaj znalazła tym razem? Nie wiedziała. Wysłało ją Ministerstwo? To było prawdopodobne. Być może nie pamiętała jakoś specjalnie celu swojej wizyty, jednak wiedziała dokąd ma iść. Nogi tak w zasadzie same ją prowadziły. Zatrzymała się, gdy zobaczyła, że na środku znajduje się kamienna fontanna. Już kiedyś ją tutaj widziała. Stała tak przez chwilę wpatrując się w fontannę, tym razem jednak nie była zamarznięta. Nie zdążyła tego zrobić. Przełknęła głośno ślinę. Pamiętała, że uciekali przed tym, co znajdowało się pod lodem, skoro jednak aktualnie nie byla oblodzona, to pewnie nie było przed czym uciekać? Powinna to sprawdzić, czyż nie. Była już dorosła, nie mogła bać się tego, co znajduje się w jakiejś pierwszej, lepszej fontannie.</p>
<p>Wzięła głęboki wdech, zaciągnęła się mroźnym powietrzem. Nie mogła się bać tam podejść, czuła się dosyć dziwnie. Miała wrażenie, że ktoś ją obserwuje, jednak kiedy taksowała wzrokiem okolicę nie zobaczyła niczego nietypowego. Zrobiła krok przed siebie, a później następny, aż znalazła się przy tej nieszczęsnej fontannie.</p>
<p>Woda była ciemna, najpewniej też bardzo chłodna, wydawał się być też bardziej gęsta od zwyczajnej wody. Światło księżyca się w niej odbijało. Prue uniosła jeszcze głowę, aby spojrzeć w niebo. Zauważyła, że była pełnia, jakby to coś właściwie zmieniało. Nachyliła się nieco nad fontanną, zajrzała w taflę wody, wydawała się być bardzo spokojna, jednak ta ciemność i głębia nieco wzbudzały w niej lęk, chociaż przecież to, co się kiedyś wydarzyło nie było prawdą, to był sen. Zawiesiła się na moment wracając do tamtej nocy. Nie usłyszała przez to kroków, które informowały o tym, że faktycznie nie była tutaj sama. Jej myśli były czasem bardzo głośne, głosy w głowie nie pozwalały skupić się na tym, co działo się obok niej. To był właśnie ten moment - dała się zaskoczyć. Ktoś ją popchnął, tak, że jej głowa znalazła się pod zimną wodą, zdążyła jakoś złapać się rękoma kamiennych krawędzi fontanny i zaprzeć nogami, jednak osoba, która to robiła była silna, bez problemu utrzymywała jej głowę pod powierzchnią. Mimo, że próbowała, to nie była w stanie się wyrwać. Wiedziała, że nie miała zbyt wiele czasu, niedługo skończy jej się powietrze w płucach.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Nie był to jej najlepszy dzień. Od samego rana towarzyszyło jej dziwne uczucie, że ktoś ją śledził. Odwracała się za siebie, spoglądała przez ramię, jednak nikogo na tym nie przyłapała. Dałaby sobie rękę uciąć, że wcale sobie tego nie wymyśliła. Pewne rzeczy się po prostu czuje. Już kiedyś tak miała, było to we wrześniu, tylko, że wtedy nie dotyczyło wyłącznie jej. Benjy miał tak samo, na samą myśl o nim zrobiło jej się najzwyczajniej źle. Odszedł bez słowa, no praktycznie bez słowa, zostawił przecież list, list! Nie miał nawet w sobie tyle odwagi, żeby powiedzieć, że wyjeżdża.</p>
<p>Leżała na niewielkim łóżku w domu swoich rodziców. To też uważała za katastrofę, jej mieszkanie zostało zdewastowane przez co musiała wrócić do rodzinnego domu, co wydawało się jej być porażką. Miała trzydzieści trzy lata, nie piętnaście. Westchnęła jeszcze zirytowana. Próbowała zasnąć, najlepiej będzie to wszystko przespać, czyż nie? Chwilę jej to zajęło, ale w końcu udało jej się to zrobić. Śniła.</p>
<p>Prudence znalazła się w znajomym miejscu. Szła przed siebie powolnym krokiem. Padał śnieg, tak właściwie to delikatnie prószył. Bardzo dobrze znała ten dziedziniec - spędziła w Hogwarcie przecież siedem lat. Tylko dlaczego się tutaj znalazła tym razem? Nie wiedziała. Wysłało ją Ministerstwo? To było prawdopodobne. Być może nie pamiętała jakoś specjalnie celu swojej wizyty, jednak wiedziała dokąd ma iść. Nogi tak w zasadzie same ją prowadziły. Zatrzymała się, gdy zobaczyła, że na środku znajduje się kamienna fontanna. Już kiedyś ją tutaj widziała. Stała tak przez chwilę wpatrując się w fontannę, tym razem jednak nie była zamarznięta. Nie zdążyła tego zrobić. Przełknęła głośno ślinę. Pamiętała, że uciekali przed tym, co znajdowało się pod lodem, skoro jednak aktualnie nie byla oblodzona, to pewnie nie było przed czym uciekać? Powinna to sprawdzić, czyż nie. Była już dorosła, nie mogła bać się tego, co znajduje się w jakiejś pierwszej, lepszej fontannie.</p>
<p>Wzięła głęboki wdech, zaciągnęła się mroźnym powietrzem. Nie mogła się bać tam podejść, czuła się dosyć dziwnie. Miała wrażenie, że ktoś ją obserwuje, jednak kiedy taksowała wzrokiem okolicę nie zobaczyła niczego nietypowego. Zrobiła krok przed siebie, a później następny, aż znalazła się przy tej nieszczęsnej fontannie.</p>
<p>Woda była ciemna, najpewniej też bardzo chłodna, wydawał się być też bardziej gęsta od zwyczajnej wody. Światło księżyca się w niej odbijało. Prue uniosła jeszcze głowę, aby spojrzeć w niebo. Zauważyła, że była pełnia, jakby to coś właściwie zmieniało. Nachyliła się nieco nad fontanną, zajrzała w taflę wody, wydawała się być bardzo spokojna, jednak ta ciemność i głębia nieco wzbudzały w niej lęk, chociaż przecież to, co się kiedyś wydarzyło nie było prawdą, to był sen. Zawiesiła się na moment wracając do tamtej nocy. Nie usłyszała przez to kroków, które informowały o tym, że faktycznie nie była tutaj sama. Jej myśli były czasem bardzo głośne, głosy w głowie nie pozwalały skupić się na tym, co działo się obok niej. To był właśnie ten moment - dała się zaskoczyć. Ktoś ją popchnął, tak, że jej głowa znalazła się pod zimną wodą, zdążyła jakoś złapać się rękoma kamiennych krawędzi fontanny i zaprzeć nogami, jednak osoba, która to robiła była silna, bez problemu utrzymywała jej głowę pod powierzchnią. Mimo, że próbowała, to nie była w stanie się wyrwać. Wiedziała, że nie miała zbyt wiele czasu, niedługo skończy jej się powietrze w płucach.</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Noc przed Samhain] You let me desecrate you]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6509</link>
			<pubDate>Sat, 10 Oct 2026 21:18:50 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=331">Septima Ollivander</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6509</guid>
			<description><![CDATA[[inny avek]https://i.ibb.co/0yW9dG3S/Untitled.png[/inny avek]<br />
<br />
<h1>Okrutne senne mary.</h1><br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="text-decoration: line-through;" class="mycode_s"><span style="font-size: x-small;" class="mycode_size">What happenes when you're both scared and horny</span></span></div>
<br />
Zasnęła z kartką Flinta utartą pod powiekami. Nie z jego zatroskaną miną, tylko z jednym zdaniem, które wgryzło się w jaźń głębiej niż cokolwiek, co usłyszała tamtego wieczoru przy lepkim blacie. Majaczył jej pod gałkami ktoś jeszcze, ale zanim dowiedziała się kto, było już za późno. Sen przyjął ją natychmiast, bez przedsionka, bez tych kilku litościwych minut, w których człowiek jeszcze świadomie wie, że leży we własnym łóżku. <br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align">***</div>
Witchcroft przyszedł po nią w bieli.<br />
Stali w drzwiach jej sypialni, ci wszyscy, których znała od dziecka z obrządków, na które chodziła z poczucia obowiązku i z grzeczności wobec martwej matki; ciotki o względnie swojskich twarzach Macmillanów, dziewczęta przyozdobione tak samo jak jej własne kuzynki tego lata w Libanie, kobiety, które kiedyś podawały jej miód na łyżce i mówiły, żeby nie żuła, tylko trzymała pod językiem. Nikt się nie odzywał. <br />
<br />
Chciała wyznać, gorliwie, głupio, bez pytania, że nie powinna tu być, że <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">nie wierzy</span>. Że mając ojca-rzemieślnika i matkę głęboko pod ziemią nie potrzebuje żadnej modlitwy, a gdy bogini raz już ją dotknęła, Timmy nie wiedziała, co z tym niby ma zrobić. Nie wyznała nic, bo nic od niej słyszeć nie zechcieli; poszła za to za nimi, bo prowadzić ją zaczęli.<br />
<br />
Polana Ognisk leżała nigdzie. <br />
Doszli do niej od razu, tak jak się dochodziło we śnie, po drogach zszytych z miejsc, które nie miały prawa się stykać — przez wyziębioną szczelinę w drzwiach Hogwartu, przez łąkę pachnącą dzieciństwem i rozgrzanym sianem, przez kamienie Doliny Kadiszy, gdzie podeszwy pamiętały jeszcze lipcowy żar.<br />
<br />
Zobaczyła pomarańczowe łuny ognisk.<br />
<br />
Z rytuału nie zrozumiała prawie nic. Została jej w głowie wyłącznie ta migawka, w której wszystkie dłonie otwarły się ku ziemi naraz, wnętrzem w dół, jakby każdy coś z nich wysypywał pod siebie ziarna grochu. Ponieważ czas tu nie istniał, stało się wnet to, co stać się absolutnie nie powinno. Ale musiało, musiało, bo to <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">jej strach</span> powił tutejszą makabrę.<br />
Po tej samej grochowej ziemi poszła tłusta jak plastelina, gęsta krew, sącząca się nie jak ze świeżej rany, tylko jak z przewróconego naczynia, rozlewając się między stopami tańczących i wsiąkając w trawę z cichym mlaśnięciem; zaczęła łapać ją za gołe kostki. Potem słońce wysunęło się wysoko, na baczność, chociaż przed chwilą, nad niebem wisiała noc. Teraz wypaloną od słońca ziemię wyścieliły dziesiątki, ułożonych jak zbędne chwasty na polanie, truchła. Nie przeliczyła ich. Było ich zbyt wiele.<br />
<br />
Czy senne ciało mogło ulec panice? Jej uległo. Dusiła się i nie mogła wydać z siebie dźwięku, bo gardło zrosło jej się w jedną suchą kłodę, a przecież chciała wyć, chciała wrzeszczeć na wszystkich żeby przestali, żeby ktokolwiek raczył zobaczyć, po czym depcze; krew zaczęła wdzierać się w jej buty, między palce, pod paznokcie u stóp, zupełnie jakby <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">jej szukała.</span> Timmy zrozumiała z tą absurdalną pewnością, taką jaką dać może tylko sen, że nikt tu nie przyszedł po nic innego. <br />
<br />
Szlochała. Gdy tylko zaniosła się rozpaczą, po drugiej stronie ognia zauważyła <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Flinta.</span><br />
Patrzył na nią przejrzystymi jak bursztyn oczami, z twarzą niestrwożoną, jak u kogoś, kto wiedział od dawna i od dawna się z tym wszystkim pogodził. Dalej, za nim, w głębi, między postaciami bez imion i tożsamości, które tylko przesuwały się i rozmazywały, mignęła jej na moment siwa głowa. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ojciec</span>. Patrzył gdzieś w odległą dal, nieruchomy, obojętny, równie dobrze martwy. Niczego nie szukał. Niczego nie chciał. Na jej widok zareagował <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">niczym</span>.<br />
W ostatniej migawce ujawnił się <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Savaš</span>, z miną smutną i nieszczęśliwą spoglądał na rzędy martwych ciał. Wyglądał jakby czegoś szukał, ale gdy tylko do nich podbiegła, każda z tych postaci rozmyła się w niebycie tak jakby nigdy nie istniała. <br />
<br />
Zaczęła uciekać. Ale oczywiście nie mogła. Nogi miała ulepione z białej waty, z mokrego sukna i z rozwianych wiórów; podnosiła ociężałe kolana, ale przywierały niewidzialną mocą do reszty tkanek. Trawa przytrzymywała ją za pięty, a polana rozpościerała się przed nią poza horyzont niczym ciągnione w hucie szkło. Cóż robić?<br />
Sięgnęła po różdżkę, ale ta rozsypała jej się w garści na suche źdźbła trocin. Septima stała z pełnymi dłońmi własnego rzemiosła, nie mając czym ich otrzeć. Opłakałaby to, gdyby nie pojawił się przed nią kapłan.<br />
Szata szła za nim po krwi, nie brudząc się wcale. Twarzy nie miał żadnej, nie było na nim maski, cienia, bądź imienia. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Był nikim. Był niczym. Był wszystkim</span>. Gdy położył kościstą dłoń na jej barku, odruchowo wyrwała się gwałtem i przez moment wyrywała się naprawdę, całą sobą, już niezrodzoną z waty i wiórów. Szarpnęła się raz, drugi, wbijając pięty w rozmiękłą trawę, aż nieustępliwa siła zwyciężyła i waleczny opór rozpuścił się w niej jak cukier rozpuszczał się w ciepłej wodzie.<br />
<br />
Przegrała. Z wybijającym się z klatki piersiowej serce, zasłaniała się przed krzywdą i cierpieniem. Ale ani krzywda, ani cierpienie nie nadeszło. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Oszczędź mnie</span> błagała, ogołocona z honoru i sumienia. <br />
Kapłan pokiwał głową, lecz nie odszedł dalej. Nie widziała już jego ruchów, bo wiedziała o nich tylko tyle, ile zdradzała skóra. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Pokaż mi swoją modlitwę</span>. Nie posiadała takiej. Ręka zsunęła ramiączko sukni. Ach. Już zrozumiała.<br />
Obcy dotyk najpierw brzydził i oburzał, wzniecając w niej odrazę, której oblicze nie było w stanie skryć. Jego palce schodziły z szyi ku obojczykowi, powolne, obrzydliwie uparte, wyciągając z niej dreszcz po dreszczu jak nitki z rozprutego szwu, a gardło odchyliło jej się ku nim samo, bezwstydnie, zanim zdążyła o tym pomyśleć. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dlaczego?</span><br />
Usta, których nie miał, znalazły miejsce pod uchem i nie spieszyły się już nigdzie i gdyby miał ciało, chwyciłaby go, ale nie wiedząc czy odsunąć, czy przystawić do siebie ciaśniej. Zsunął dłoń po jej boku, przez żebra, muskając niespiesznie i licząc je kciukiem jak paciorki, aż gdy zatrzymał się na biodrze, które od Spalonej Nocy uwierało i Septima zadrżała, bo we śnie nic tam nie bolało, nic nie brzdękało. Sukno uniosło się jej nad kolanami samo. Jego palce weszły pod materiał, najpierw na zewnętrzną stronę uda, którą bezczelnie dłonią otarł, jak badało się świnię przed ubojem.<br />
Potem przeszedł na wewnętrzną stronę uda, sunąc w górę z tą samą nieznośną powolnością, która wcześniej wyginała jej usta w obrzydzeniu; teraz dotyk błądził tam, gdzie skóra była najcieńsza, i czekał — wyraźnie czekał, aż ona sama posłusznie rozchyli kolana.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">— Nie —</span> nie powiedziały nigdy usta.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Tak.</span> Zapragnęła i uczyniła.<br />
Plecy zanurzone były już w mokrej trawie, a śpiew nie dochodził do niej skądkolwiek — wychodził z niej samej, z gardła, które wciąż nie wydawało dźwięku.<br />
A potem zatopił się w niej cały, bez oporu, tak jak nóż wchodził w rozgrzany wosk, i Septimę przeszyło od wewnątrz długim, falującym dreszczem, który nie posiadał końca ani początku; pełzał od pośladków ku karkowi i wracał, raz za razem, coraz gęstszy, rozlewając kobietę po trawie jak strumień po ulewie, tak aż przestała mieć brzegi. Nie broniła się. Jedyne, co miało sens i cel, było pragnieniem i jego zaspokojeniem. Niech trwa, niech płynie, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">niech w końcu uleci</span>. <br />
<br />
Przyciągnęła go bliżej, wczepiając palce w biodra, przerażające namacalne, przerażająco przychylne. Na jej zachłanność, odpowiadające siłą, która nie pozwalała sobie być strawiona.<br />
Gdzieś pod spodem, pod każdą kolejną falą, coś w niej szarpało się strudzenie i wołało, żeby to już skończyć, żeby w końcu wybudzić się z przeciągającego się, nieuwalnianego ciężaru w środku podbrzusza. Rozkosz przychodziła i nie odchodziła wcale, nawarstwiała się tylko wielokrotnie, aż zrobiło się jej od tego słabiej — wątłe ciało, którego przecież tam nie miała, było mokre, wyczerpane i obrzydliwie szczęśliwe. Oddychała płytko, kolana jej się trzęsły, a ten ktoś bez twarzy wciąż nie zmierzał ku końcowi, wciąż się nie spieszył. Bo po co miałby się spieszyć ktoś, kto w tej krainie mógłby ją <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">mieć na własność.</span> Może i na wieczność. <br />
<br />
Ile trwała zaklęta w tej słodkiej torturze? Przysięgłaby, że godziny. Kiedy wydawało jej się, że płuca nie znajdą już mocy na kolejny oddech, kiedy z kolejnym kurczowym, desperackim przyciskiem przyjęła kolejne pchnięcie, jej ciało wybuchło nareszcie żarem, który pochłonął ją ostateczną, pulsującą ekstazą. Trwała kilkanaście oddechów, zarówno rozkoszna i nieznośna, cudowna jak i koszmarna.<br />
<br />
Obudziła się przez własny żałosny jęk.<br />
Leżała na wznak w nieruchomym, ostygłym pokoju, z pościelą skręconą wokół ud, z włosami przyklejonymi do skroni, dysząc w sufit, czując jeszcze tamto ciepło między nogami i wstyd nadciągający tuż za nim. Za oknem było ciemno, a ptaki jeszcze nie nuciły swoich porannych melodii.<br />
Do Samhain zostało kilkanaście godzin.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[[inny avek]https://i.ibb.co/0yW9dG3S/Untitled.png[/inny avek]<br />
<br />
<h1>Okrutne senne mary.</h1><br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="text-decoration: line-through;" class="mycode_s"><span style="font-size: x-small;" class="mycode_size">What happenes when you're both scared and horny</span></span></div>
<br />
Zasnęła z kartką Flinta utartą pod powiekami. Nie z jego zatroskaną miną, tylko z jednym zdaniem, które wgryzło się w jaźń głębiej niż cokolwiek, co usłyszała tamtego wieczoru przy lepkim blacie. Majaczył jej pod gałkami ktoś jeszcze, ale zanim dowiedziała się kto, było już za późno. Sen przyjął ją natychmiast, bez przedsionka, bez tych kilku litościwych minut, w których człowiek jeszcze świadomie wie, że leży we własnym łóżku. <br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align">***</div>
Witchcroft przyszedł po nią w bieli.<br />
Stali w drzwiach jej sypialni, ci wszyscy, których znała od dziecka z obrządków, na które chodziła z poczucia obowiązku i z grzeczności wobec martwej matki; ciotki o względnie swojskich twarzach Macmillanów, dziewczęta przyozdobione tak samo jak jej własne kuzynki tego lata w Libanie, kobiety, które kiedyś podawały jej miód na łyżce i mówiły, żeby nie żuła, tylko trzymała pod językiem. Nikt się nie odzywał. <br />
<br />
Chciała wyznać, gorliwie, głupio, bez pytania, że nie powinna tu być, że <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">nie wierzy</span>. Że mając ojca-rzemieślnika i matkę głęboko pod ziemią nie potrzebuje żadnej modlitwy, a gdy bogini raz już ją dotknęła, Timmy nie wiedziała, co z tym niby ma zrobić. Nie wyznała nic, bo nic od niej słyszeć nie zechcieli; poszła za to za nimi, bo prowadzić ją zaczęli.<br />
<br />
Polana Ognisk leżała nigdzie. <br />
Doszli do niej od razu, tak jak się dochodziło we śnie, po drogach zszytych z miejsc, które nie miały prawa się stykać — przez wyziębioną szczelinę w drzwiach Hogwartu, przez łąkę pachnącą dzieciństwem i rozgrzanym sianem, przez kamienie Doliny Kadiszy, gdzie podeszwy pamiętały jeszcze lipcowy żar.<br />
<br />
Zobaczyła pomarańczowe łuny ognisk.<br />
<br />
Z rytuału nie zrozumiała prawie nic. Została jej w głowie wyłącznie ta migawka, w której wszystkie dłonie otwarły się ku ziemi naraz, wnętrzem w dół, jakby każdy coś z nich wysypywał pod siebie ziarna grochu. Ponieważ czas tu nie istniał, stało się wnet to, co stać się absolutnie nie powinno. Ale musiało, musiało, bo to <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">jej strach</span> powił tutejszą makabrę.<br />
Po tej samej grochowej ziemi poszła tłusta jak plastelina, gęsta krew, sącząca się nie jak ze świeżej rany, tylko jak z przewróconego naczynia, rozlewając się między stopami tańczących i wsiąkając w trawę z cichym mlaśnięciem; zaczęła łapać ją za gołe kostki. Potem słońce wysunęło się wysoko, na baczność, chociaż przed chwilą, nad niebem wisiała noc. Teraz wypaloną od słońca ziemię wyścieliły dziesiątki, ułożonych jak zbędne chwasty na polanie, truchła. Nie przeliczyła ich. Było ich zbyt wiele.<br />
<br />
Czy senne ciało mogło ulec panice? Jej uległo. Dusiła się i nie mogła wydać z siebie dźwięku, bo gardło zrosło jej się w jedną suchą kłodę, a przecież chciała wyć, chciała wrzeszczeć na wszystkich żeby przestali, żeby ktokolwiek raczył zobaczyć, po czym depcze; krew zaczęła wdzierać się w jej buty, między palce, pod paznokcie u stóp, zupełnie jakby <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">jej szukała.</span> Timmy zrozumiała z tą absurdalną pewnością, taką jaką dać może tylko sen, że nikt tu nie przyszedł po nic innego. <br />
<br />
Szlochała. Gdy tylko zaniosła się rozpaczą, po drugiej stronie ognia zauważyła <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Flinta.</span><br />
Patrzył na nią przejrzystymi jak bursztyn oczami, z twarzą niestrwożoną, jak u kogoś, kto wiedział od dawna i od dawna się z tym wszystkim pogodził. Dalej, za nim, w głębi, między postaciami bez imion i tożsamości, które tylko przesuwały się i rozmazywały, mignęła jej na moment siwa głowa. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ojciec</span>. Patrzył gdzieś w odległą dal, nieruchomy, obojętny, równie dobrze martwy. Niczego nie szukał. Niczego nie chciał. Na jej widok zareagował <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">niczym</span>.<br />
W ostatniej migawce ujawnił się <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Savaš</span>, z miną smutną i nieszczęśliwą spoglądał na rzędy martwych ciał. Wyglądał jakby czegoś szukał, ale gdy tylko do nich podbiegła, każda z tych postaci rozmyła się w niebycie tak jakby nigdy nie istniała. <br />
<br />
Zaczęła uciekać. Ale oczywiście nie mogła. Nogi miała ulepione z białej waty, z mokrego sukna i z rozwianych wiórów; podnosiła ociężałe kolana, ale przywierały niewidzialną mocą do reszty tkanek. Trawa przytrzymywała ją za pięty, a polana rozpościerała się przed nią poza horyzont niczym ciągnione w hucie szkło. Cóż robić?<br />
Sięgnęła po różdżkę, ale ta rozsypała jej się w garści na suche źdźbła trocin. Septima stała z pełnymi dłońmi własnego rzemiosła, nie mając czym ich otrzeć. Opłakałaby to, gdyby nie pojawił się przed nią kapłan.<br />
Szata szła za nim po krwi, nie brudząc się wcale. Twarzy nie miał żadnej, nie było na nim maski, cienia, bądź imienia. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Był nikim. Był niczym. Był wszystkim</span>. Gdy położył kościstą dłoń na jej barku, odruchowo wyrwała się gwałtem i przez moment wyrywała się naprawdę, całą sobą, już niezrodzoną z waty i wiórów. Szarpnęła się raz, drugi, wbijając pięty w rozmiękłą trawę, aż nieustępliwa siła zwyciężyła i waleczny opór rozpuścił się w niej jak cukier rozpuszczał się w ciepłej wodzie.<br />
<br />
Przegrała. Z wybijającym się z klatki piersiowej serce, zasłaniała się przed krzywdą i cierpieniem. Ale ani krzywda, ani cierpienie nie nadeszło. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Oszczędź mnie</span> błagała, ogołocona z honoru i sumienia. <br />
Kapłan pokiwał głową, lecz nie odszedł dalej. Nie widziała już jego ruchów, bo wiedziała o nich tylko tyle, ile zdradzała skóra. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Pokaż mi swoją modlitwę</span>. Nie posiadała takiej. Ręka zsunęła ramiączko sukni. Ach. Już zrozumiała.<br />
Obcy dotyk najpierw brzydził i oburzał, wzniecając w niej odrazę, której oblicze nie było w stanie skryć. Jego palce schodziły z szyi ku obojczykowi, powolne, obrzydliwie uparte, wyciągając z niej dreszcz po dreszczu jak nitki z rozprutego szwu, a gardło odchyliło jej się ku nim samo, bezwstydnie, zanim zdążyła o tym pomyśleć. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dlaczego?</span><br />
Usta, których nie miał, znalazły miejsce pod uchem i nie spieszyły się już nigdzie i gdyby miał ciało, chwyciłaby go, ale nie wiedząc czy odsunąć, czy przystawić do siebie ciaśniej. Zsunął dłoń po jej boku, przez żebra, muskając niespiesznie i licząc je kciukiem jak paciorki, aż gdy zatrzymał się na biodrze, które od Spalonej Nocy uwierało i Septima zadrżała, bo we śnie nic tam nie bolało, nic nie brzdękało. Sukno uniosło się jej nad kolanami samo. Jego palce weszły pod materiał, najpierw na zewnętrzną stronę uda, którą bezczelnie dłonią otarł, jak badało się świnię przed ubojem.<br />
Potem przeszedł na wewnętrzną stronę uda, sunąc w górę z tą samą nieznośną powolnością, która wcześniej wyginała jej usta w obrzydzeniu; teraz dotyk błądził tam, gdzie skóra była najcieńsza, i czekał — wyraźnie czekał, aż ona sama posłusznie rozchyli kolana.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">— Nie —</span> nie powiedziały nigdy usta.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Tak.</span> Zapragnęła i uczyniła.<br />
Plecy zanurzone były już w mokrej trawie, a śpiew nie dochodził do niej skądkolwiek — wychodził z niej samej, z gardła, które wciąż nie wydawało dźwięku.<br />
A potem zatopił się w niej cały, bez oporu, tak jak nóż wchodził w rozgrzany wosk, i Septimę przeszyło od wewnątrz długim, falującym dreszczem, który nie posiadał końca ani początku; pełzał od pośladków ku karkowi i wracał, raz za razem, coraz gęstszy, rozlewając kobietę po trawie jak strumień po ulewie, tak aż przestała mieć brzegi. Nie broniła się. Jedyne, co miało sens i cel, było pragnieniem i jego zaspokojeniem. Niech trwa, niech płynie, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">niech w końcu uleci</span>. <br />
<br />
Przyciągnęła go bliżej, wczepiając palce w biodra, przerażające namacalne, przerażająco przychylne. Na jej zachłanność, odpowiadające siłą, która nie pozwalała sobie być strawiona.<br />
Gdzieś pod spodem, pod każdą kolejną falą, coś w niej szarpało się strudzenie i wołało, żeby to już skończyć, żeby w końcu wybudzić się z przeciągającego się, nieuwalnianego ciężaru w środku podbrzusza. Rozkosz przychodziła i nie odchodziła wcale, nawarstwiała się tylko wielokrotnie, aż zrobiło się jej od tego słabiej — wątłe ciało, którego przecież tam nie miała, było mokre, wyczerpane i obrzydliwie szczęśliwe. Oddychała płytko, kolana jej się trzęsły, a ten ktoś bez twarzy wciąż nie zmierzał ku końcowi, wciąż się nie spieszył. Bo po co miałby się spieszyć ktoś, kto w tej krainie mógłby ją <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">mieć na własność.</span> Może i na wieczność. <br />
<br />
Ile trwała zaklęta w tej słodkiej torturze? Przysięgłaby, że godziny. Kiedy wydawało jej się, że płuca nie znajdą już mocy na kolejny oddech, kiedy z kolejnym kurczowym, desperackim przyciskiem przyjęła kolejne pchnięcie, jej ciało wybuchło nareszcie żarem, który pochłonął ją ostateczną, pulsującą ekstazą. Trwała kilkanaście oddechów, zarówno rozkoszna i nieznośna, cudowna jak i koszmarna.<br />
<br />
Obudziła się przez własny żałosny jęk.<br />
Leżała na wznak w nieruchomym, ostygłym pokoju, z pościelą skręconą wokół ud, z włosami przyklejonymi do skroni, dysząc w sufit, czując jeszcze tamto ciepło między nogami i wstyd nadciągający tuż za nim. Za oknem było ciemno, a ptaki jeszcze nie nuciły swoich porannych melodii.<br />
Do Samhain zostało kilkanaście godzin.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Noc przed Samhain]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6508</link>
			<pubDate>Sat, 10 Oct 2026 15:32:45 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=1">Eutierria</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6508</guid>
			<description><![CDATA[<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=349" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Alexander Mulciber</a> <span style="color: #5b5d69;" class="mycode_color">(Akcja nieudana)</span> </div>
<br />
Po tej nocy obudziłeś się zlany potem, głęboko przekonany o tym, że śniłeś o czymś wyjątkowo istotnym, a jednak za nic w świecie nie byłeś w stanie przypomnieć sobie żadnego detalu, mogącego naprowadzić cię na jakiś trop. Miałeś pewność, że inni jasnowidzowie musieli tej nocy doświadczyć czegoś podobnego, potencjalnie bardziej szczegółowego.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=349" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Alexander Mulciber</a> <span style="color: #5b5d69;" class="mycode_color">(Akcja nieudana)</span> </div>
<br />
Po tej nocy obudziłeś się zlany potem, głęboko przekonany o tym, że śniłeś o czymś wyjątkowo istotnym, a jednak za nic w świecie nie byłeś w stanie przypomnieć sobie żadnego detalu, mogącego naprowadzić cię na jakiś trop. Miałeś pewność, że inni jasnowidzowie musieli tej nocy doświadczyć czegoś podobnego, potencjalnie bardziej szczegółowego.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[24-25/09/72] Do trzech zamachów sztuka]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6413</link>
			<pubDate>Sun, 13 Sep 2026 21:27:45 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=523">Helloise Rowle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6413</guid>
			<description><![CDATA[<div class="poszukiwania"><div class="poszukiwania2"><h1>Nie zamykaj oczu</h1><br />
<h2> Suma przypadków || Helloise &amp; Leviathan<br />
[tu będzie moodboard] </h2></div></div>
<br />
Znów biegła. Wiedziała, że to sen, bo znów biegła. Biegła tak długo, że gdyby wszystko to działo się na jawie, dawno padłaby na ziemię, nie mogąc zmusić sfatygowanych mięśni do dalszych wysiłków. Czymkolwiek nie była pułapka, w którą czarownica wpadła, to, co na nią polowało, chciało, żeby ona czuła ciągle i ciągle jego oddech na karku, żeby piekły ją płuca, żeby dręczyło ją poczucie, że to wszystko nigdy się nie skończy.<br />
Znów biegła, lecz nie lasem tym razem, a korytarzami rodowej posiadłości. Bose stopy uderzały o kamienne posadzki, korytarze rozciągały się w nieskończoność, a na ich końcu — czerń. Coś złowrogiego wciąż deptało Helloise po piętach. Drzwi każdego mijanego pokoju były zamknięte na głucho. Nie miała gdzie się schronić. Nie miała, kogo wołać. W domu panowała martwa cisza. Tak absolutna, jaka się tu nigdy nie zdarzała. <br />
Włosy kobiety sklejała z nocną koszulą krew, na szyi kwitły sińce. Wypatrywała momentu, gdy koszmar się kończy, lecz ten uparcie trwał. Czuła, jakby lata już była w nim uwięziona. Od lat biegła. <br />
Wtem korytarz urwał się. Czarownica wpadła do sali jadalnej. Nie było w niej stołów, przy których ucztowali przed kilku dniami z okazji sabatu Mabon. Nie było niczego, oprócz pojedynczej, odwróconej plecami postaci stojącej pośrodku sali. <br />
Wszędzie Helloise rozpoznałaby sylwetkę Leviathana. <br />
Wstąpiła w nią nadzieja; tuż obok nadziei paraliżujący strach — bo gdy w koszmarze pojawiała się znajoma, dobra twarz, pojawiał się po chwili i <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">on</span>. <br />
Jak mogłaby jednak do Leviathana nie podejść?<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Musimy iść.</span> — Zdyszana dopadła mężczyzny. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Musimy uciekać. Musimy iść z tego domu.</span> — Złapała biernego czarodzieja za rękę i pociągnęła go za sobą.<br />
Nie czuła oporu z jego strony. Jego kroki zawtórowały jej krokom. Stawiał stopy dziwnie ociężale. Zacisnęła mocniej palce na jego dłoni — i wówczas zorientowała się, że to nie dłoń, którą zna. Ta była inna. Zimna, śliska. <br />
Helloise zmroziło. Zatrzymała się wpół kroku. Oddech w niej zamarł. Odwróciła się. Zamiast przyjaznego oblicza Rowle'a napotkała wyszczerzoną w zbyt szerokim uśmiechu mordę ścigającego ją przez koszmar mordercy. To jego dłoń uścisnęła. Jego twarz tuż przy jej twarzy, błyszczące złe oczka wyzierały na nią z zapadłych jam oczodołów.<br />
Jak mogła się tak pomylić?<br />
Wysoki wrzask czarownicy rozdarł martwą ciszę smoczej posiadłości, gdy w dzikim szale spróbowała wyszarpać się z łap demonicznego napastnika.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="poszukiwania"><div class="poszukiwania2"><h1>Nie zamykaj oczu</h1><br />
<h2> Suma przypadków || Helloise &amp; Leviathan<br />
[tu będzie moodboard] </h2></div></div>
<br />
Znów biegła. Wiedziała, że to sen, bo znów biegła. Biegła tak długo, że gdyby wszystko to działo się na jawie, dawno padłaby na ziemię, nie mogąc zmusić sfatygowanych mięśni do dalszych wysiłków. Czymkolwiek nie była pułapka, w którą czarownica wpadła, to, co na nią polowało, chciało, żeby ona czuła ciągle i ciągle jego oddech na karku, żeby piekły ją płuca, żeby dręczyło ją poczucie, że to wszystko nigdy się nie skończy.<br />
Znów biegła, lecz nie lasem tym razem, a korytarzami rodowej posiadłości. Bose stopy uderzały o kamienne posadzki, korytarze rozciągały się w nieskończoność, a na ich końcu — czerń. Coś złowrogiego wciąż deptało Helloise po piętach. Drzwi każdego mijanego pokoju były zamknięte na głucho. Nie miała gdzie się schronić. Nie miała, kogo wołać. W domu panowała martwa cisza. Tak absolutna, jaka się tu nigdy nie zdarzała. <br />
Włosy kobiety sklejała z nocną koszulą krew, na szyi kwitły sińce. Wypatrywała momentu, gdy koszmar się kończy, lecz ten uparcie trwał. Czuła, jakby lata już była w nim uwięziona. Od lat biegła. <br />
Wtem korytarz urwał się. Czarownica wpadła do sali jadalnej. Nie było w niej stołów, przy których ucztowali przed kilku dniami z okazji sabatu Mabon. Nie było niczego, oprócz pojedynczej, odwróconej plecami postaci stojącej pośrodku sali. <br />
Wszędzie Helloise rozpoznałaby sylwetkę Leviathana. <br />
Wstąpiła w nią nadzieja; tuż obok nadziei paraliżujący strach — bo gdy w koszmarze pojawiała się znajoma, dobra twarz, pojawiał się po chwili i <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">on</span>. <br />
Jak mogłaby jednak do Leviathana nie podejść?<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Musimy iść.</span> — Zdyszana dopadła mężczyzny. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Musimy uciekać. Musimy iść z tego domu.</span> — Złapała biernego czarodzieja za rękę i pociągnęła go za sobą.<br />
Nie czuła oporu z jego strony. Jego kroki zawtórowały jej krokom. Stawiał stopy dziwnie ociężale. Zacisnęła mocniej palce na jego dłoni — i wówczas zorientowała się, że to nie dłoń, którą zna. Ta była inna. Zimna, śliska. <br />
Helloise zmroziło. Zatrzymała się wpół kroku. Oddech w niej zamarł. Odwróciła się. Zamiast przyjaznego oblicza Rowle'a napotkała wyszczerzoną w zbyt szerokim uśmiechu mordę ścigającego ją przez koszmar mordercy. To jego dłoń uścisnęła. Jego twarz tuż przy jej twarzy, błyszczące złe oczka wyzierały na nią z zapadłych jam oczodołów.<br />
Jak mogła się tak pomylić?<br />
Wysoki wrzask czarownicy rozdarł martwą ciszę smoczej posiadłości, gdy w dzikim szale spróbowała wyszarpać się z łap demonicznego napastnika.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[10.1972] The Doctrine of Incidental Violence | Benjy, Gerda]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6310</link>
			<pubDate>Wed, 26 Aug 2026 01:04:39 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=544">Benjy Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6310</guid>
			<description><![CDATA[W dniu, w którym pierwszy raz byłem świadkiem tego, jak skutecznie moja zajebiście stabilna emocjonalnie kuzynka wyjebała w kogoś - no, w kogoś, kto nie był mną - z całej pety, po czym doprawiła go krzesłem, było całkiem miło i słonecznie, zupełnie sprzecznie z typowym klimatem Wielkiej Brytanii jesienią. Przez pierwszych kilka minut nawet nie podejrzewałem, że tak sielskie popołudnie mogło skończyć się w sposób wymagający ode mnie zastanowienia się nad tym, czy mężczyzna leżący na podłodze nadal należał do kategorii ludzi żywych i czy powinien był należeć dalej. Stałem akurat przy oknie i próbowałem sobie przypomnieć, dlaczego właściwie wszyscy zebraliśmy się w kuchni, skoro nikt nie gotował, nikt nie pił, a na stole leżał tylko jeden samotny ząbek czosnku, który z jakiegoś powodu zaczął wydawać mi się najbardziej neutralnym elementem całej tej scenografii. Właściwie im dłużej patrzyłem w jego kierunku, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że miał tego dnia najwięcej szczęścia ze wszystkich obecnych, ponieważ jako jedyny nie zrobił nic, co mogłoby kogoś sprowokować do sięgnięcia po ciężkie działa. <br />
Astarotha na szczęście już z nami nie było, ale teraz ewidentnie mieliśmy na kwadracie innego martwego - albo przynajmniej bardzo przekonująco udającego martwego - faceta, połamane siedzisko i kobietę, która najwidoczniej w dalszym ciągu uznawała, że przemoc okazywana przy użyciu wyposażenia domowego stanowiła całkowicie akceptowalną formę wyrażania gniewu. Z jakiego powodu? Chociaż wydawało mi się, że stałem tu dostatecznie długo, aby móc to wiedzieć, zupełnie nie pamiętałem - nie wiedziałem, co ją tak rozjuszyło, lecz nie chciałem jej tego odbierać, bo najwyraźniej miała powód, żeby tak postąpić, a ja już dawno nauczyłem się, że w niektóre rodzinne sprawy lepiej było nie ingerować, dopóki człowiek nie był absolutnie pewien, że sytuacja rzeczywiście wymagała jego udziału - tym bardziej że w przypadku Gerdy istniała spora szansa, iż odezwanie się w nieodpowiedni sposób w niewłaściwym momencie całego zajścia doprowadziłoby wyłącznie do kolejnego z<span style="text-decoration: line-through;" class="mycode_s">e</span>ajścia, a wtedy mielibyśmy już nie jednego nieprzytomnego mężczyznę, tylko dwóch, z czego drugi byłby zapewne mną głęboko rozczarowany. Nie miałem szczególnej ochoty testować tej teorii na własnym organizmie, zwłaszcza że dzień zapowiadał się wcześniej całkiem przyjemnie i nie widziałem powodu, dla którego miałbym kończyć go z guzem na głowie tylko dlatego, że ktoś najwyraźniej bardziej niż ja nie potrafił prowadzić negocjacji bez użycia ekspresji. Wiedziałem już jednak, że skoro znalazłem się w jednym pomieszczeniu z Geraldine i nieprzytomnym człowiekiem, moje szanse na spokojny wieczór właśnie spadły do poziomu, który można było określić wyłącznie mianem „tragiczny”.<br />
Nie byłem za to pewien, czy należało najpierw sprawdzić, czy facet jeszcze żył, czy może zapytać, czy w ogóle powinien i dlaczego do cholery moja wdzięczna krewniaczka postanowiła rozwiązać konflikt przy użyciu improwizowanej broni, ale po krótkim namyśle uznałem, że kolejność tych czynności nie miała większego znaczenia, skoro człowiek, który został rozpaćkany na naszych kafelkach, najwyraźniej miał już za sobą etap, na którym przejmował się konwenansami - jeśli w ogóle to kiedyś robił - nie jęczał, nie kasłał, właściwie nawet się nie poruszał, nie miał choćby tych najmniejszych, najbardziej nieznacznych drgawek, których spodziewałem się po kimś po podobnym spotkaniu. Ten tutaj gagatek nie wyglądał na kogoś, kto miałby w najbliższej przyszłości zrobić cokolwiek, nawet jeśli w moim doświadczeniu ludzie po oberwaniu czymś ciężkim zazwyczaj mieli mimo wszystko wystarczająco dużo siły, żeby narzekać, przeklinać albo przynajmniej próbować przekonać wszystkich obecnych, że zamierzali krwawo się zemścić lub wnieść sprawę do sądu. On po prostu leżał, a jego bezruch zaczynał być na tyle przekonujący, że powoli przestawałem traktować całą sytuację jako zalążek rodzinnej anegdoty, sugerował wręcz coś zupełnie przeciwnego… Milczenie, prawdopodobnie wieczne. <br />
Przesunąłem wzrok z niego na połamane krzesło, a potem z krzesła na Gerdę, próbując znaleźć w którymś z tych trzech elementów jakąś wskazówkę, która wyjaśniałaby, co właściwie wydarzyło się przed paroma chwilami, dlaczego tu byliśmy i co dalej w związku ze wszystkim - nie znalazłem niczego - blondynka wyglądała przy tym zdecydowanie zbyt spokojnie, jak na osobę, która przed chwilą potraktowała człowieka meblem, co z jednej strony było dziwnie uspokajające, a z drugiej budziło we mnie pewien niepokój, ponieważ podobne opanowanie oznaczało najprawdopodobniej, że nie uważała, aby wydarzyło się coś szczególnie niezwykłego. Nie chciałem nawet myśleć o tym, jak wyglądały jej zwyczajne dni, zanim odnowiliśmy relacje, skoro roztrzaskanie solidnego kawałka dębu na czyichś plecach nie zasługiwało według niej na większe emocje.<br />
Cokolwiek bym zrobił, nie miałem jednak zamiaru sprzątać tego burdelu, po pierwsze dlatego, że nie byłem sprzątaczką, po drugie dlatego, że z doświadczenia wiedziałem, iż nie należało naruszać miejsca zdarzenia bardziej, niż było to absolutnie konieczne, a po trzecie naprawdę chciałem zobaczyć, czy Ktoś zamierzał w ogóle skomentować zaistniałą sytuację. Stałem więc dalej przy oknie, z rękami założonymi na piersi, i obserwowałem całe pobojowisko z rosnącym wrażeniem, że wydarzyło się coś fascynująco absurdalnego, a ja to chyba przespałem…]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[W dniu, w którym pierwszy raz byłem świadkiem tego, jak skutecznie moja zajebiście stabilna emocjonalnie kuzynka wyjebała w kogoś - no, w kogoś, kto nie był mną - z całej pety, po czym doprawiła go krzesłem, było całkiem miło i słonecznie, zupełnie sprzecznie z typowym klimatem Wielkiej Brytanii jesienią. Przez pierwszych kilka minut nawet nie podejrzewałem, że tak sielskie popołudnie mogło skończyć się w sposób wymagający ode mnie zastanowienia się nad tym, czy mężczyzna leżący na podłodze nadal należał do kategorii ludzi żywych i czy powinien był należeć dalej. Stałem akurat przy oknie i próbowałem sobie przypomnieć, dlaczego właściwie wszyscy zebraliśmy się w kuchni, skoro nikt nie gotował, nikt nie pił, a na stole leżał tylko jeden samotny ząbek czosnku, który z jakiegoś powodu zaczął wydawać mi się najbardziej neutralnym elementem całej tej scenografii. Właściwie im dłużej patrzyłem w jego kierunku, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że miał tego dnia najwięcej szczęścia ze wszystkich obecnych, ponieważ jako jedyny nie zrobił nic, co mogłoby kogoś sprowokować do sięgnięcia po ciężkie działa. <br />
Astarotha na szczęście już z nami nie było, ale teraz ewidentnie mieliśmy na kwadracie innego martwego - albo przynajmniej bardzo przekonująco udającego martwego - faceta, połamane siedzisko i kobietę, która najwidoczniej w dalszym ciągu uznawała, że przemoc okazywana przy użyciu wyposażenia domowego stanowiła całkowicie akceptowalną formę wyrażania gniewu. Z jakiego powodu? Chociaż wydawało mi się, że stałem tu dostatecznie długo, aby móc to wiedzieć, zupełnie nie pamiętałem - nie wiedziałem, co ją tak rozjuszyło, lecz nie chciałem jej tego odbierać, bo najwyraźniej miała powód, żeby tak postąpić, a ja już dawno nauczyłem się, że w niektóre rodzinne sprawy lepiej było nie ingerować, dopóki człowiek nie był absolutnie pewien, że sytuacja rzeczywiście wymagała jego udziału - tym bardziej że w przypadku Gerdy istniała spora szansa, iż odezwanie się w nieodpowiedni sposób w niewłaściwym momencie całego zajścia doprowadziłoby wyłącznie do kolejnego z<span style="text-decoration: line-through;" class="mycode_s">e</span>ajścia, a wtedy mielibyśmy już nie jednego nieprzytomnego mężczyznę, tylko dwóch, z czego drugi byłby zapewne mną głęboko rozczarowany. Nie miałem szczególnej ochoty testować tej teorii na własnym organizmie, zwłaszcza że dzień zapowiadał się wcześniej całkiem przyjemnie i nie widziałem powodu, dla którego miałbym kończyć go z guzem na głowie tylko dlatego, że ktoś najwyraźniej bardziej niż ja nie potrafił prowadzić negocjacji bez użycia ekspresji. Wiedziałem już jednak, że skoro znalazłem się w jednym pomieszczeniu z Geraldine i nieprzytomnym człowiekiem, moje szanse na spokojny wieczór właśnie spadły do poziomu, który można było określić wyłącznie mianem „tragiczny”.<br />
Nie byłem za to pewien, czy należało najpierw sprawdzić, czy facet jeszcze żył, czy może zapytać, czy w ogóle powinien i dlaczego do cholery moja wdzięczna krewniaczka postanowiła rozwiązać konflikt przy użyciu improwizowanej broni, ale po krótkim namyśle uznałem, że kolejność tych czynności nie miała większego znaczenia, skoro człowiek, który został rozpaćkany na naszych kafelkach, najwyraźniej miał już za sobą etap, na którym przejmował się konwenansami - jeśli w ogóle to kiedyś robił - nie jęczał, nie kasłał, właściwie nawet się nie poruszał, nie miał choćby tych najmniejszych, najbardziej nieznacznych drgawek, których spodziewałem się po kimś po podobnym spotkaniu. Ten tutaj gagatek nie wyglądał na kogoś, kto miałby w najbliższej przyszłości zrobić cokolwiek, nawet jeśli w moim doświadczeniu ludzie po oberwaniu czymś ciężkim zazwyczaj mieli mimo wszystko wystarczająco dużo siły, żeby narzekać, przeklinać albo przynajmniej próbować przekonać wszystkich obecnych, że zamierzali krwawo się zemścić lub wnieść sprawę do sądu. On po prostu leżał, a jego bezruch zaczynał być na tyle przekonujący, że powoli przestawałem traktować całą sytuację jako zalążek rodzinnej anegdoty, sugerował wręcz coś zupełnie przeciwnego… Milczenie, prawdopodobnie wieczne. <br />
Przesunąłem wzrok z niego na połamane krzesło, a potem z krzesła na Gerdę, próbując znaleźć w którymś z tych trzech elementów jakąś wskazówkę, która wyjaśniałaby, co właściwie wydarzyło się przed paroma chwilami, dlaczego tu byliśmy i co dalej w związku ze wszystkim - nie znalazłem niczego - blondynka wyglądała przy tym zdecydowanie zbyt spokojnie, jak na osobę, która przed chwilą potraktowała człowieka meblem, co z jednej strony było dziwnie uspokajające, a z drugiej budziło we mnie pewien niepokój, ponieważ podobne opanowanie oznaczało najprawdopodobniej, że nie uważała, aby wydarzyło się coś szczególnie niezwykłego. Nie chciałem nawet myśleć o tym, jak wyglądały jej zwyczajne dni, zanim odnowiliśmy relacje, skoro roztrzaskanie solidnego kawałka dębu na czyichś plecach nie zasługiwało według niej na większe emocje.<br />
Cokolwiek bym zrobił, nie miałem jednak zamiaru sprzątać tego burdelu, po pierwsze dlatego, że nie byłem sprzątaczką, po drugie dlatego, że z doświadczenia wiedziałem, iż nie należało naruszać miejsca zdarzenia bardziej, niż było to absolutnie konieczne, a po trzecie naprawdę chciałem zobaczyć, czy Ktoś zamierzał w ogóle skomentować zaistniałą sytuację. Stałem więc dalej przy oknie, z rękami założonymi na piersi, i obserwowałem całe pobojowisko z rosnącym wrażeniem, że wydarzyło się coś fascynująco absurdalnego, a ja to chyba przespałem…]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[24-25 X 72] Sen o równości]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6300</link>
			<pubDate>Sun, 23 Aug 2026 23:35:08 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=634">Zenon Kozioł</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6300</guid>
			<description><![CDATA[[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=MQDG7pk[/inny avek]<br />
<span style="font-family: Times New Roman;" class="mycode_font"><span style="color: #6d6d6d;" class="mycode_color">W szarej sieni świadomość oczekiwała na powrót ze świata jawy. Świadomość miała ciało. Ciało spoczywało w łóżku.<br />
<br />
Szare ściany otaczały łóżko ze wszystkich stron. Równie szare deski pokrywały podłogę. Szara zasłona przysłaniała okno, z którego padał widok na szare pola. Każdy mebel w środku był szary. W jednolitym odcieniu szarości. Biblioteczkę wypełniały szare księgi. Nawet tekstylia były szare. Szary obrus przykrywał szarą szafkę nocną. Szara pościel, chociaż miękka jak na jawie, nie koiła oka kolorem. Na głowę czekały szare poduszki. Na stopy czekał szary dywanik.<br />
<br />
By do tej głowy wejść, zdecydowanie należało pożegnać się z kolorami.<br />
<br />
Pory dnia zlewały się w jedną. Dzień czy noc, wszystko było szare. Trudno było powiedzieć, jaka była godzina — pomieszczenie rozświetlały promienie światła o jednolitym, szarym odcieniu. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ślepa kura by tu oszalała.</span><br />
<br />
Indywidualne przedmioty wyróżniały się jedynie konturami. Ledwo, ledwo. Jedna poduszka zlewała się w drugą. Dywan zatapiał się w podłodze. Książki na półkach biblioteczki obleczone były w identyczne grube okładki. Te same okładki, te same tytuły. Niemożliwym było ich odczytanie. Każda litera wyglądała tak samo. A gdy człowiek miał już absolutnie dość i chciał uciec z tego koszmaru, i zaglądał za okno. Za oknem była jedna wielka szara plama.<br />
<br />
Równość absolutna.<br />
<br />
Gdy Zenek znalazł się w tamtym śnie, udało mu się znaleźć jeden zacieniony kąt. Tak, w pomieszczeniu o jednym tonie szarości znalazł miejsce, gdzie było trochę ciemniej! Najciemniej pod latarnią. Podsunął sobie nawet szary stołek, coby nie kucać nad szarą podłogą. Należała mu się jakaś wygoda nawet w odmętach czyjejś świadomości.<br />
<br />
Zenek nie do końca lubił to robić. Nie lubił odwiedzać ludzkich koszmarów. Ale musiał. Czasem sen mu kazał. Jak to kazał, Zenku, czyż nie masz jakiejś własnej wolnej woli? Możnaby zapytać. Otóż, nie. Nie miał. Nie wobec snu.<br />
<br />
W szarym łóżku leżała dziewczyna. Jej szara skóra spoczywała na szarym prześcieradle, okryta przed zimnem szarą kołdrą. Zenek upewnił się, że okno z firaną było zamknięte. Nie chciał, żeby się przebudziła do przeciągu. Szare włosy rozlewały się na szarej poduszce. Spała, niczego nieświadoma. Jej ciało musiało ją tutaj przyprowadzić. Nie wiedział, jaka na zewnątrz była godzina.<br />
Gdy się poruszała, jej kontury stawały się ciemniejsze od reszty pokoju. Dzięki temu wiedział, że żyje. A zatem nie mógł jej zostawić. Nie wypadało. W końcu to nie był jego sen.<br />
Założył nogę na nogę, a bardziej kostkę na własne kolano, odchylił się na stołku i oparł o ścianę. Ręce złożył przy klatce i czekał.<br />
<br />
…<br />
I czekał.<br />
…<br />
<br />
Dziewczyna poruszała się coraz niespokojniej. Zerknął na własny przegub, ale przecież nigdy nie nosił zegarka. No więc w końcu Kozioł przechylił się do przodu i wstał. Szare deski skrzypiały. Skrzyp, skrzyp, z każdym krokiem. Dotarł na skraj łóżka.<br />
Z kieszeni wyciągnął solniczkę. Śmieszne, bo sól w środku była biała. No to Zenek przechylił tę solniczkę i jej trochę sypnął soli w twarz i we włosy. Znudziło mu się czekać po prostu.</span></span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=MQDG7pk[/inny avek]<br />
<span style="font-family: Times New Roman;" class="mycode_font"><span style="color: #6d6d6d;" class="mycode_color">W szarej sieni świadomość oczekiwała na powrót ze świata jawy. Świadomość miała ciało. Ciało spoczywało w łóżku.<br />
<br />
Szare ściany otaczały łóżko ze wszystkich stron. Równie szare deski pokrywały podłogę. Szara zasłona przysłaniała okno, z którego padał widok na szare pola. Każdy mebel w środku był szary. W jednolitym odcieniu szarości. Biblioteczkę wypełniały szare księgi. Nawet tekstylia były szare. Szary obrus przykrywał szarą szafkę nocną. Szara pościel, chociaż miękka jak na jawie, nie koiła oka kolorem. Na głowę czekały szare poduszki. Na stopy czekał szary dywanik.<br />
<br />
By do tej głowy wejść, zdecydowanie należało pożegnać się z kolorami.<br />
<br />
Pory dnia zlewały się w jedną. Dzień czy noc, wszystko było szare. Trudno było powiedzieć, jaka była godzina — pomieszczenie rozświetlały promienie światła o jednolitym, szarym odcieniu. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ślepa kura by tu oszalała.</span><br />
<br />
Indywidualne przedmioty wyróżniały się jedynie konturami. Ledwo, ledwo. Jedna poduszka zlewała się w drugą. Dywan zatapiał się w podłodze. Książki na półkach biblioteczki obleczone były w identyczne grube okładki. Te same okładki, te same tytuły. Niemożliwym było ich odczytanie. Każda litera wyglądała tak samo. A gdy człowiek miał już absolutnie dość i chciał uciec z tego koszmaru, i zaglądał za okno. Za oknem była jedna wielka szara plama.<br />
<br />
Równość absolutna.<br />
<br />
Gdy Zenek znalazł się w tamtym śnie, udało mu się znaleźć jeden zacieniony kąt. Tak, w pomieszczeniu o jednym tonie szarości znalazł miejsce, gdzie było trochę ciemniej! Najciemniej pod latarnią. Podsunął sobie nawet szary stołek, coby nie kucać nad szarą podłogą. Należała mu się jakaś wygoda nawet w odmętach czyjejś świadomości.<br />
<br />
Zenek nie do końca lubił to robić. Nie lubił odwiedzać ludzkich koszmarów. Ale musiał. Czasem sen mu kazał. Jak to kazał, Zenku, czyż nie masz jakiejś własnej wolnej woli? Możnaby zapytać. Otóż, nie. Nie miał. Nie wobec snu.<br />
<br />
W szarym łóżku leżała dziewczyna. Jej szara skóra spoczywała na szarym prześcieradle, okryta przed zimnem szarą kołdrą. Zenek upewnił się, że okno z firaną było zamknięte. Nie chciał, żeby się przebudziła do przeciągu. Szare włosy rozlewały się na szarej poduszce. Spała, niczego nieświadoma. Jej ciało musiało ją tutaj przyprowadzić. Nie wiedział, jaka na zewnątrz była godzina.<br />
Gdy się poruszała, jej kontury stawały się ciemniejsze od reszty pokoju. Dzięki temu wiedział, że żyje. A zatem nie mógł jej zostawić. Nie wypadało. W końcu to nie był jego sen.<br />
Założył nogę na nogę, a bardziej kostkę na własne kolano, odchylił się na stołku i oparł o ścianę. Ręce złożył przy klatce i czekał.<br />
<br />
…<br />
I czekał.<br />
…<br />
<br />
Dziewczyna poruszała się coraz niespokojniej. Zerknął na własny przegub, ale przecież nigdy nie nosił zegarka. No więc w końcu Kozioł przechylił się do przodu i wstał. Szare deski skrzypiały. Skrzyp, skrzyp, z każdym krokiem. Dotarł na skraj łóżka.<br />
Z kieszeni wyciągnął solniczkę. Śmieszne, bo sól w środku była biała. No to Zenek przechylił tę solniczkę i jej trochę sypnął soli w twarz i we włosy. Znudziło mu się czekać po prostu.</span></span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[21-22 X 72] Crows are chased and the chasing crows are destined to be chased as well]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6245</link>
			<pubDate>Sat, 01 Aug 2026 12:35:31 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=634">Zenon Kozioł</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6245</guid>
			<description><![CDATA[<span style="font-family: Times New Roman;" class="mycode_font">Przebudzenie we śnie nie zawsze go budziło.<br />
<br />
Tamtej nocy zaczęło się od chłodu dobiegającego z okna. Ramiona pokrywała mu gęsia skórka. Ktoś odsunął kołdrę.<br />
<br />
Siedziała na nim, tak powyżej pępka. Chłód uderzał go w klatkę piersiową. Widać zdjął koszulkę. Albo ona zdjęła. Może było mu gorąco. No, stąd to okno.<br />
<br />
Ciężka była. Przez sen to czuł. Udami ściskała mu żebra. Dosyć mocno. Ledwie mógł oddychać.<br />
<br />
Przezroczyste rajstopy drapały go z boków. Poruszała się. Materiał opinał jej uda. Czarne niteczki utkane tak cienko, że widział przez nie skórę. W sumie to się nie znał na manufakturze rajstop. Rozkładał je na pojedyncze słowa. Raj stopy. Nagle się uśmiechnął, a wtedy udami docisnęła go do materaca. Chciał, żeby usiadła wyżej albo niżej. Tak pośrodku to głupio.<br />
<br />
Ręce zachowały swoją sprawność. Uniósł je do góry. Aż dziwne. Jak już wprawił je w ruch, to zacisnął je na udach. Jej uda były równie szorstkie pod palcami. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">To przez rajstopy.</span><br />
<br />
Gdy się ruszała, czuł na sobie ciepło. Ciepło i mokro, tak jak było po deszczu. Wciągał tę wilgoć nosem. Wilgoć wisiała w powietrzu. Wleciała oknem. To ona ją tu wniosła. Nie potrzebowali kołdry.<br />
<br />
Mówiła coś w kompletnie obcym mu języku. Takim tonem, że mógł go opisać tylko na klawiszach. Słowami nie umiał. Dłońmi jeździł w górę i w dół. Im wyżej, tym mniej napięte stawały się uda. Mięśnie rozluźniały się pod palcami. Wjechał wyżej. Dłonie wsunął na pośladki.<br />
<br />
Próbował wejrzeć jej w twarz, ale nie był w stanie. Spódniczka podjechała w górę.<br />
<br />
Pod rajstopami miała majtki. Czerń odcinała się od rajstop i skóry. A w materiał wszyte były diamenciki. Tak na łonie. W świetle księżyca widział każdy z osobna.<br />
<br />
Diamenciki układały się w napis.<br />
</span><br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-family: Times New Roman;" class="mycode_font"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">TO<br />
TYLKO<br />
SEN</span></span></div>
<span style="font-family: Times New Roman;" class="mycode_font"><br />
Mrugnął oczami, ale nadal w nim był. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czyli coś nie pykło.</span> Przełożył dłoń na materiał majtek. Nie potrafił stwierdzić, co miała pod nimi. Coś go na pewno ugniatało. Przejechał palcem po pierwszym diamenciku.<br />
Demonica opadła mu całym ciałem na twarz.<br />
<br />
<br />
Złapał ją w talii, póki miał kontrolę w ciele. Przeturlali się po łóżku. Stęknął ciężko, on albo materac. W końcu przytrzymał demonicę pod sobą. Nadal nie widział twarzy. Gdy próbował się przyjrzeć, wyskakiwały mu mroczki przed oczami. Musiał zamknąć oczy.<br />
<br />
Demonica pod nim była jeszcze cieplejsza. Wierzgała nogami. Kopały go kościste kolana. Bardzo chciała syczeć i zadawać mu inne nieprzyjemności, ale trzymał ją mocno. Wtopił nos we włosy przy jej skroniach.<br />
<br />
O, jak syknęła. Prosto do ucha. Jakby kota obdzierał ze skóry. A przecież on ją tylko trzymał przy sobie. Dłużej wierzgać już nie dawała rady. Oplotła go w końcu nogami w biodrach. Szponiaste dłonie poleciały w górę. Palce zacisnęły się na jego plecach.<br />
<br />
Skórę przy skroni miała miękką. Pachniała tylko deszczem. Sen odmawiał osobistych zapachów. A szkoda. Chciał coś o niej wiedzieć.<br />
<br />
Przejechał nosem niżej, tam gdzie skóra była jeszcze cieplejsza. Pod szczęką, przy tętnicy na szyi. Demonica przygryzła mu płatek ucha. Paznokciami zaczynała wbijać się w łopatki. Ostra była, ale Zenek nie pozostawał bezbronny. On też tak mógł. No to się wgryzł w tętnicę. A ona znowu wpadła w te dźwięczne tony.<br />
<br />
Tak blisko ucha Zenka to było trochę za dużo, więc poluzował chwyt. Zamiast tego przyszpilił jej dłonie do materaca, żeby rękami nie mogła już ruszać i go ranić. Teraz sama była porażona. Materac zastękał z wysiłku. No, Zenek to się jednak potrafił obejść z sennym demonem.<br />
<br />
Jak na złość, nogi miała sprawne. Zwłaszcza uda, którymi ściągnęła go w dół i przyciągnęła do siebie. Przejechał kroczem po diamencikach. Głowę prędko poderwała do góry. Pokazała zęby.<br />
<br />
To nie był ludzki zestaw zębów. Kły miała długości palca. Rosły w oczach. Jak przed oczami Zenka wyrosły już dwa szpikulce, to mu się z nimi rzuciła do gardła. Przebiły tkankę. Trysnęła krew. A Zenek na serio otworzył oczy.</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<span style="font-family: Times New Roman;" class="mycode_font">Przebudzenie we śnie nie zawsze go budziło.<br />
<br />
Tamtej nocy zaczęło się od chłodu dobiegającego z okna. Ramiona pokrywała mu gęsia skórka. Ktoś odsunął kołdrę.<br />
<br />
Siedziała na nim, tak powyżej pępka. Chłód uderzał go w klatkę piersiową. Widać zdjął koszulkę. Albo ona zdjęła. Może było mu gorąco. No, stąd to okno.<br />
<br />
Ciężka była. Przez sen to czuł. Udami ściskała mu żebra. Dosyć mocno. Ledwie mógł oddychać.<br />
<br />
Przezroczyste rajstopy drapały go z boków. Poruszała się. Materiał opinał jej uda. Czarne niteczki utkane tak cienko, że widział przez nie skórę. W sumie to się nie znał na manufakturze rajstop. Rozkładał je na pojedyncze słowa. Raj stopy. Nagle się uśmiechnął, a wtedy udami docisnęła go do materaca. Chciał, żeby usiadła wyżej albo niżej. Tak pośrodku to głupio.<br />
<br />
Ręce zachowały swoją sprawność. Uniósł je do góry. Aż dziwne. Jak już wprawił je w ruch, to zacisnął je na udach. Jej uda były równie szorstkie pod palcami. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">To przez rajstopy.</span><br />
<br />
Gdy się ruszała, czuł na sobie ciepło. Ciepło i mokro, tak jak było po deszczu. Wciągał tę wilgoć nosem. Wilgoć wisiała w powietrzu. Wleciała oknem. To ona ją tu wniosła. Nie potrzebowali kołdry.<br />
<br />
Mówiła coś w kompletnie obcym mu języku. Takim tonem, że mógł go opisać tylko na klawiszach. Słowami nie umiał. Dłońmi jeździł w górę i w dół. Im wyżej, tym mniej napięte stawały się uda. Mięśnie rozluźniały się pod palcami. Wjechał wyżej. Dłonie wsunął na pośladki.<br />
<br />
Próbował wejrzeć jej w twarz, ale nie był w stanie. Spódniczka podjechała w górę.<br />
<br />
Pod rajstopami miała majtki. Czerń odcinała się od rajstop i skóry. A w materiał wszyte były diamenciki. Tak na łonie. W świetle księżyca widział każdy z osobna.<br />
<br />
Diamenciki układały się w napis.<br />
</span><br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-family: Times New Roman;" class="mycode_font"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">TO<br />
TYLKO<br />
SEN</span></span></div>
<span style="font-family: Times New Roman;" class="mycode_font"><br />
Mrugnął oczami, ale nadal w nim był. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czyli coś nie pykło.</span> Przełożył dłoń na materiał majtek. Nie potrafił stwierdzić, co miała pod nimi. Coś go na pewno ugniatało. Przejechał palcem po pierwszym diamenciku.<br />
Demonica opadła mu całym ciałem na twarz.<br />
<br />
<br />
Złapał ją w talii, póki miał kontrolę w ciele. Przeturlali się po łóżku. Stęknął ciężko, on albo materac. W końcu przytrzymał demonicę pod sobą. Nadal nie widział twarzy. Gdy próbował się przyjrzeć, wyskakiwały mu mroczki przed oczami. Musiał zamknąć oczy.<br />
<br />
Demonica pod nim była jeszcze cieplejsza. Wierzgała nogami. Kopały go kościste kolana. Bardzo chciała syczeć i zadawać mu inne nieprzyjemności, ale trzymał ją mocno. Wtopił nos we włosy przy jej skroniach.<br />
<br />
O, jak syknęła. Prosto do ucha. Jakby kota obdzierał ze skóry. A przecież on ją tylko trzymał przy sobie. Dłużej wierzgać już nie dawała rady. Oplotła go w końcu nogami w biodrach. Szponiaste dłonie poleciały w górę. Palce zacisnęły się na jego plecach.<br />
<br />
Skórę przy skroni miała miękką. Pachniała tylko deszczem. Sen odmawiał osobistych zapachów. A szkoda. Chciał coś o niej wiedzieć.<br />
<br />
Przejechał nosem niżej, tam gdzie skóra była jeszcze cieplejsza. Pod szczęką, przy tętnicy na szyi. Demonica przygryzła mu płatek ucha. Paznokciami zaczynała wbijać się w łopatki. Ostra była, ale Zenek nie pozostawał bezbronny. On też tak mógł. No to się wgryzł w tętnicę. A ona znowu wpadła w te dźwięczne tony.<br />
<br />
Tak blisko ucha Zenka to było trochę za dużo, więc poluzował chwyt. Zamiast tego przyszpilił jej dłonie do materaca, żeby rękami nie mogła już ruszać i go ranić. Teraz sama była porażona. Materac zastękał z wysiłku. No, Zenek to się jednak potrafił obejść z sennym demonem.<br />
<br />
Jak na złość, nogi miała sprawne. Zwłaszcza uda, którymi ściągnęła go w dół i przyciągnęła do siebie. Przejechał kroczem po diamencikach. Głowę prędko poderwała do góry. Pokazała zęby.<br />
<br />
To nie był ludzki zestaw zębów. Kły miała długości palca. Rosły w oczach. Jak przed oczami Zenka wyrosły już dwa szpikulce, to mu się z nimi rzuciła do gardła. Przebiły tkankę. Trysnęła krew. A Zenek na serio otworzył oczy.</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 72, 15.09 sen | Henry & Anthony] When yellow leaves, or none, or few]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6242</link>
			<pubDate>Fri, 31 Jul 2026 14:03:37 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=435">Anthony Shafiq</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6242</guid>
			<description><![CDATA[<h1>—15/09/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Anglia, Londyn</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Henry Lockhart &amp; Anthony Shafiq</span><br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=bpQIlTm.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=bpQIlTm.png]" class="mycode_img" /><br />
<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Fair Youth, you can see in me a reflection of the autumnal and wintry time of year, <br />
When yellow leaves, or none, or few, hang upon the trees; <br />
The branches of such trees are like the choirs in monasteries, <br />
Since they were once home to “sweet birds” who sang, but are now bare.<br />
<br />
In me thou see’st the twilight of such day<br />
As after sunset fadeth in the west;<br />
Which by and by black night doth take away,<br />
Death’s second self, that seals up all in rest.</span></span></div>
</h1><br />
<br />
<div class="divek">
<div style="text-align: justify;" class="mycode_align">Spalona Noc nigdy nie przychodziła we śnie jako wspomnienie. Nie znała porządku pamięci. Nie układała się w następstwo zdarzeń ani nie pozwalała odróżnić tego, co już minęło, od tego, co dopiero miało się wydarzyć. Powracała jak przypływ – bez początku, bez końca, z cichą pewnością złowrogiego morza. Anthony stał więc pośród Londynu, który płonął jednocześnie pierwszy i tysięczny raz.<br />
<br />
Niebo nie było czarne. Miało barwę żółtej oślizgłej ochry, jakby ktoś wymieszał zachód słońca z jaskrawością czarnomagicznego płomienia, a potem rozlał go z blaszanego kubła nad dachami miasta. Popiół nie opadał z góry, a unosił się ku niej, powoli, spokojnie, niczym stado ciemnych ptaków wracających do gniazd ukrytych ponad chmurami. Każdy płatek sadzy zdawał się pamiętać czyjeś imię. Każda leniwie tańcząca w powietrzu iskra miał ciężar niewypowiedzianego słowa.<br />
<br />
Kamienice oddychały nieregularnie i spazmatycznie.<br />
<br />
Ich okna otwierały się i zamykały jak powieki ludzi pogrążonych w gorączce, cegły pulsowały pod warstwą sadzy, a bruk falował miękko pod stopami, przypominając powierzchnię czarnej rzeki. Anthony szedł przed siebie, choć nie poruszał nogami. Miasto samo przesuwało go pomiędzy płonącymi ulicami, jakby prowadziło go ku miejscom, których nie chciał pamiętać, a których nigdy nie zdoła zapomnieć.<br />
<br />
Na twarzy i dłoniach miał czarną czerwień, ale w tym świecie, w tym świetle, w tym życiu nie wiedział, nie pamiętał czy lepkość była farbą, czy krwią. We śnie różnica wydawała się dziecinnym pytaniem, powracającym wciąż i wciąż, ale nie mającym zbyt wiele sensu. Kolor pokrywał jego skórę cienką warstwą, wnikał pod paznokcie, wżerał się we włosy, spływał za kołnierz i pod mankiety koszuli. Fluktuował, przemieszczał się, lecz gdy sięgał ziemi, zamieniał się w drobne maki wyrastające między kamieniami ulicy. Każdy kwiat otwierał płatki tylko na chwilę, po czym rozsypywał się w popiół.<br />
<br />
Antykwariat Quintessy Longbottom wyrastał z tego krajobrazu jak samotna wyspa.<br />
<br />
Nie był spalony.<br />
<br />
Płomienie obchodziły go szerokim łukiem, jakby bały się przekroczyć niewidzialny magiczny próg. Szyby pozostawały całe, lecz za nimi nie było książek ani wiekowych artefaktów. Nie było też ludzi, ocaleńców, który widział przecież, podczas swojej drogi tej pamiętnej nocy. Przez szeroko otwarte drzwi widział, jak na półkach siedziały białe sowy o zamkniętych oczach, a ich pióra poruszały się zgodnie z oddechem budynku. Nad drzwiami wisiał mosiężny dzwonek, pozbawiony serca. Milczący. Kołysał się jednak nieustannie, poruszany wiatrem, którego Anthony nie czuł w duchocie umierającego miasta.<br />
<br />
I wtedy go zobaczył.<br />
<br />
Chłopiec siedział na stopniach.<br />
<br />
Nie – już nie chłopiec.<br />
<br />
Jeszcze nie mężczyzna.<br />
<br />
Granica między jednym a drugim była cienka jak papier fotograficzny zanurzony w wywoływaczu. <br />
<br />
Ruszył ku niemu choć każdy krok wydłużał ulicę. Antykwariat oddalał się i przybliżał jednocześnie. Dzwonek nad drzwiami kołysał się coraz szybciej, lecz cisza wokół pozostawała nienaruszona. W pewnej chwili zauważył, że wokół nie ma już nikogo. Londyn opustoszał, pozostawiając na całej płonącej żółcią nienawiści wyspie tylko ich dwóch.<br />
<br />
Jakby świat skurczył się do oddechu dwóch ludzi w przepełnionym ciszą oczekiwaniu.<br />
<br />
Chciał powiedzieć jego imię, ale popiół ugrzązł mu w gardle. <br />
<br />
Z trudem wyciągnął rękę przed siebie. </div></div>
[inny avek]https://i.imgur.com/IOEcCyR.jpeg[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1>—15/09/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Anglia, Londyn</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Henry Lockhart &amp; Anthony Shafiq</span><br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=bpQIlTm.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=bpQIlTm.png]" class="mycode_img" /><br />
<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Fair Youth, you can see in me a reflection of the autumnal and wintry time of year, <br />
When yellow leaves, or none, or few, hang upon the trees; <br />
The branches of such trees are like the choirs in monasteries, <br />
Since they were once home to “sweet birds” who sang, but are now bare.<br />
<br />
In me thou see’st the twilight of such day<br />
As after sunset fadeth in the west;<br />
Which by and by black night doth take away,<br />
Death’s second self, that seals up all in rest.</span></span></div>
</h1><br />
<br />
<div class="divek">
<div style="text-align: justify;" class="mycode_align">Spalona Noc nigdy nie przychodziła we śnie jako wspomnienie. Nie znała porządku pamięci. Nie układała się w następstwo zdarzeń ani nie pozwalała odróżnić tego, co już minęło, od tego, co dopiero miało się wydarzyć. Powracała jak przypływ – bez początku, bez końca, z cichą pewnością złowrogiego morza. Anthony stał więc pośród Londynu, który płonął jednocześnie pierwszy i tysięczny raz.<br />
<br />
Niebo nie było czarne. Miało barwę żółtej oślizgłej ochry, jakby ktoś wymieszał zachód słońca z jaskrawością czarnomagicznego płomienia, a potem rozlał go z blaszanego kubła nad dachami miasta. Popiół nie opadał z góry, a unosił się ku niej, powoli, spokojnie, niczym stado ciemnych ptaków wracających do gniazd ukrytych ponad chmurami. Każdy płatek sadzy zdawał się pamiętać czyjeś imię. Każda leniwie tańcząca w powietrzu iskra miał ciężar niewypowiedzianego słowa.<br />
<br />
Kamienice oddychały nieregularnie i spazmatycznie.<br />
<br />
Ich okna otwierały się i zamykały jak powieki ludzi pogrążonych w gorączce, cegły pulsowały pod warstwą sadzy, a bruk falował miękko pod stopami, przypominając powierzchnię czarnej rzeki. Anthony szedł przed siebie, choć nie poruszał nogami. Miasto samo przesuwało go pomiędzy płonącymi ulicami, jakby prowadziło go ku miejscom, których nie chciał pamiętać, a których nigdy nie zdoła zapomnieć.<br />
<br />
Na twarzy i dłoniach miał czarną czerwień, ale w tym świecie, w tym świetle, w tym życiu nie wiedział, nie pamiętał czy lepkość była farbą, czy krwią. We śnie różnica wydawała się dziecinnym pytaniem, powracającym wciąż i wciąż, ale nie mającym zbyt wiele sensu. Kolor pokrywał jego skórę cienką warstwą, wnikał pod paznokcie, wżerał się we włosy, spływał za kołnierz i pod mankiety koszuli. Fluktuował, przemieszczał się, lecz gdy sięgał ziemi, zamieniał się w drobne maki wyrastające między kamieniami ulicy. Każdy kwiat otwierał płatki tylko na chwilę, po czym rozsypywał się w popiół.<br />
<br />
Antykwariat Quintessy Longbottom wyrastał z tego krajobrazu jak samotna wyspa.<br />
<br />
Nie był spalony.<br />
<br />
Płomienie obchodziły go szerokim łukiem, jakby bały się przekroczyć niewidzialny magiczny próg. Szyby pozostawały całe, lecz za nimi nie było książek ani wiekowych artefaktów. Nie było też ludzi, ocaleńców, który widział przecież, podczas swojej drogi tej pamiętnej nocy. Przez szeroko otwarte drzwi widział, jak na półkach siedziały białe sowy o zamkniętych oczach, a ich pióra poruszały się zgodnie z oddechem budynku. Nad drzwiami wisiał mosiężny dzwonek, pozbawiony serca. Milczący. Kołysał się jednak nieustannie, poruszany wiatrem, którego Anthony nie czuł w duchocie umierającego miasta.<br />
<br />
I wtedy go zobaczył.<br />
<br />
Chłopiec siedział na stopniach.<br />
<br />
Nie – już nie chłopiec.<br />
<br />
Jeszcze nie mężczyzna.<br />
<br />
Granica między jednym a drugim była cienka jak papier fotograficzny zanurzony w wywoływaczu. <br />
<br />
Ruszył ku niemu choć każdy krok wydłużał ulicę. Antykwariat oddalał się i przybliżał jednocześnie. Dzwonek nad drzwiami kołysał się coraz szybciej, lecz cisza wokół pozostawała nienaruszona. W pewnej chwili zauważył, że wokół nie ma już nikogo. Londyn opustoszał, pozostawiając na całej płonącej żółcią nienawiści wyspie tylko ich dwóch.<br />
<br />
Jakby świat skurczył się do oddechu dwóch ludzi w przepełnionym ciszą oczekiwaniu.<br />
<br />
Chciał powiedzieć jego imię, ale popiół ugrzązł mu w gardle. <br />
<br />
Z trudem wyciągnął rękę przed siebie. </div></div>
[inny avek]https://i.imgur.com/IOEcCyR.jpeg[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[1959] All that we see or seem is but a dream within a dream | Benjy, Prue]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6223</link>
			<pubDate>Wed, 22 Jul 2026 19:27:33 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=544">Benjy Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6223</guid>
			<description><![CDATA[Powietrze wciąż jeszcze było ciężkie od letniego żaru, choć niebo od rana pozostawało zasnute ciemnymi chmurami, z których bez pośpiechu sączył się ciepły deszcz, a wilgotny wiatr przemykał pomiędzy wysokimi sosnami, niosąc ich żywiczny aromat zmieszany z mdlącą słodyczą kwiatów, ziemistością rozgrzanej gleby i czegoś, co przypominało karmelizowany cukier. Wszystko wydawało się dziwnie przytłumione, rozmyte przez wodę spływającą po wiejskich szybach i dachach cienkimi strużkami, jakby deszcz wypłukał kolory świata, zostawiając jedynie szarość, która nie pasowała do typowej sielanki późnego lipca. <br />
Szedłem powoli, nie spiesząc się donikąd, z rękami schowanymi w kieszeniach przemoczonej kurtki, która dawno przestała chronić mnie przed wilgocią, ale nie miało to większego znaczenia, bo deszcz był zaskakująco ciepły, niemal przyjemny, bardziej przypominał ciężką, poranną mgłę niż prawdziwą brytyjską ulewę. Nie wiedziałem jeszcze, czego szukałem, ale coraz częściej odwracałem głowę przez ramię, przekonany, że ktoś szedł tuż za mną, chociaż ilekroć spoglądałem za siebie, widziałem jedynie pustą, szutrową drogę pomiędzy polami, zacierane przez deszcz ślady moich własnych butów i krople rozbijające się o błotnistą ziemię. Miałem wrażenie, że powinienem był coś zrobić, że gdzieś czekała na mnie sprawa niecierpiąca zwłoki, jednak za każdym razem, kiedy próbowałem uchwycić tę myśl, rozpływała się ona równie łatwo, co odbicia drzew w kałużach rozbijanych kolejnymi kroplami. To dziwne uczucie nie znikało, przeciwnie, narastało z każdą minutą, aż w końcu zaczęło przypominać pewność, że byłem spóźniony na coś, czego nie umiałem nazwać, i że cena tego spóźnienia miała być znacznie większa, niż mogłem sobie wyobrazić. <br />
Zatrzymałem się odruchowo, kiedy wiatr uderzył mocniej w moją twarz, ponownie przynosząc ze sobą zapach mokrych kwiatów, wilgotnego drewna, cukru i… Czegoś metalicznego, ledwie wyczuwalnego, co nie pasowało ani do łąki, ani do lasu, ani do letniego deszczu, a mimo to wydawało mi się boleśnie znajome. Stanąłem, marszcząc brwi, bo przez ułamek sekundy miałem wrażenie, że ktoś wypowiedział moje imię, bardzo cicho, niemal szeptem, lecz kiedy wsłuchałem się uważniej, odpowiedział mi wyłącznie szelest poruszanych wiatrem koron drzew. Byłem tu sam… W świecie, po którym szedłem, deszcz nie próbował niczego zmywać, lecz przykrywał prawdę cienką warstwą ciepłej wody, pozwalając mi żyć jeszcze przez chwilę w błogiej niewiedzy tego, co już się wydarzyło.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Powietrze wciąż jeszcze było ciężkie od letniego żaru, choć niebo od rana pozostawało zasnute ciemnymi chmurami, z których bez pośpiechu sączył się ciepły deszcz, a wilgotny wiatr przemykał pomiędzy wysokimi sosnami, niosąc ich żywiczny aromat zmieszany z mdlącą słodyczą kwiatów, ziemistością rozgrzanej gleby i czegoś, co przypominało karmelizowany cukier. Wszystko wydawało się dziwnie przytłumione, rozmyte przez wodę spływającą po wiejskich szybach i dachach cienkimi strużkami, jakby deszcz wypłukał kolory świata, zostawiając jedynie szarość, która nie pasowała do typowej sielanki późnego lipca. <br />
Szedłem powoli, nie spiesząc się donikąd, z rękami schowanymi w kieszeniach przemoczonej kurtki, która dawno przestała chronić mnie przed wilgocią, ale nie miało to większego znaczenia, bo deszcz był zaskakująco ciepły, niemal przyjemny, bardziej przypominał ciężką, poranną mgłę niż prawdziwą brytyjską ulewę. Nie wiedziałem jeszcze, czego szukałem, ale coraz częściej odwracałem głowę przez ramię, przekonany, że ktoś szedł tuż za mną, chociaż ilekroć spoglądałem za siebie, widziałem jedynie pustą, szutrową drogę pomiędzy polami, zacierane przez deszcz ślady moich własnych butów i krople rozbijające się o błotnistą ziemię. Miałem wrażenie, że powinienem był coś zrobić, że gdzieś czekała na mnie sprawa niecierpiąca zwłoki, jednak za każdym razem, kiedy próbowałem uchwycić tę myśl, rozpływała się ona równie łatwo, co odbicia drzew w kałużach rozbijanych kolejnymi kroplami. To dziwne uczucie nie znikało, przeciwnie, narastało z każdą minutą, aż w końcu zaczęło przypominać pewność, że byłem spóźniony na coś, czego nie umiałem nazwać, i że cena tego spóźnienia miała być znacznie większa, niż mogłem sobie wyobrazić. <br />
Zatrzymałem się odruchowo, kiedy wiatr uderzył mocniej w moją twarz, ponownie przynosząc ze sobą zapach mokrych kwiatów, wilgotnego drewna, cukru i… Czegoś metalicznego, ledwie wyczuwalnego, co nie pasowało ani do łąki, ani do lasu, ani do letniego deszczu, a mimo to wydawało mi się boleśnie znajome. Stanąłem, marszcząc brwi, bo przez ułamek sekundy miałem wrażenie, że ktoś wypowiedział moje imię, bardzo cicho, niemal szeptem, lecz kiedy wsłuchałem się uważniej, odpowiedział mi wyłącznie szelest poruszanych wiatrem koron drzew. Byłem tu sam… W świecie, po którym szedłem, deszcz nie próbował niczego zmywać, lecz przykrywał prawdę cienką warstwą ciepłej wody, pozwalając mi żyć jeszcze przez chwilę w błogiej niewiedzy tego, co już się wydarzyło.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[10.1972] Those things freak me out. They have eight legs, and that is not natural.]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6209</link>
			<pubDate>Tue, 14 Jul 2026 19:50:37 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=453">Prudence Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6209</guid>
			<description><![CDATA[<p>Przez praktycznie cały salon rozpościerała się wielka pajęczyna. Musiała być bardzo żmudnie dziergana przez stado pająków albo jednego wielkiego. Prudence wpatrywała się w nią z niedowierzaniem. Najwyraźniej ich wojna zaczęła się na dobre. Nieco ją to przerażało, bo czy w jedną noc coś tak wielkiego powinno w ogóle udać się stworzyć? Nie do końca chyba docenili siły swoich przeciwników, być może naprawdę odbyli oni jakąś większą dyskusję, która zakończyła się drastycznym wojennym działaniem skierowanym w ich domostwo.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Benjy!!!</span> - Musiała pokazać to swojemu mężowi. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Benjy!</span> - Krzyknęła po raz kolejny, żeby dotarło do niego, iż sprawa jest pilna. Jeszcze wczoraj nie było tutaj tej konstrukcji zwisającej pod sufitem… właściwie to ciągnęła się ona niemalże przez cały salon, misterna robota - naprawdę chapeau bas dla tego pająka, który zajął się tą niesamowitą instalacją artystyczną.</p>
<p>Póki co stała w progu, obawiała się go przekroczyć, nie miała bowiem pewności, że pająki nie czaiły się właśnie w jakimś kącie gotowe ją zaatakować, być może schowały się na szczycie tej perfekcyjnie utkanej przez siebie pajęczej sieci - wyglądała na taką, w której to człowiek mógłby się bez problemu zaplątać i co najgorsze raczej w pojedynkę nie udałoby mu się z niej wydostać. Nie miała pojęcia co planowały te małe paskudy, ale zamierzała im to popsuć.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - One wypowiedziały nam wojnę!</span> - Krzyknęła jeszcze w eter. Jej mąż jednak musiał sam to zobaczyć, jej krzyki niezbyt wiele mówiły o skali ich problemu. Prudence reagowała dość gwałtowanie jak na siebie, no ale co innego jej pozostawało kiedy zobaczyła tę konstrukcję w ich salonie? Powinni to spalić, będą mieli pewność, że żaden z tych małych, parszywych gnojków nie przeżyje - szkoda jej jednak było odrobinę domu, przecież dopiero co się tutaj wprowadzili. Przyglądała się z uwagą dziełu, które stworzyły w jedną noc, nie dostrzegła przez to, że jedno z tych małych stworzeń opuszczało się właśnie na nici przędnej tuż nad jej głową.</p>
<p>Dostrzegła tego okropnego, grubiutkiego, włochatego arachnida gdy zatrzymał się przed jej twarzą. Patrzył się na nią tymi swoimi ośmioma oczami, miała wrażenie, że się przy tym śmiał - jak nic śmiał się jej w twarz. Pisnęła głośno i odskoczyła do tyłu. Pająk podciągnął się na nici do góry i zniknął. Naprawdę wypowiedziały im wojnę i pokazywały jej, że się ich nie boją. Kto wie, jakie jeszcze niespodzianki dla nich przygotowali? Miała nadzieję, że jej mąż miał jakiś plan na to wszystko, bo gdyby to ona miała decydować o tym co się zaraz wydarzy to najprawdopodobniej z ich domu pozostałoby pogorzelisko.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Przez praktycznie cały salon rozpościerała się wielka pajęczyna. Musiała być bardzo żmudnie dziergana przez stado pająków albo jednego wielkiego. Prudence wpatrywała się w nią z niedowierzaniem. Najwyraźniej ich wojna zaczęła się na dobre. Nieco ją to przerażało, bo czy w jedną noc coś tak wielkiego powinno w ogóle udać się stworzyć? Nie do końca chyba docenili siły swoich przeciwników, być może naprawdę odbyli oni jakąś większą dyskusję, która zakończyła się drastycznym wojennym działaniem skierowanym w ich domostwo.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Benjy!!!</span> - Musiała pokazać to swojemu mężowi. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Benjy!</span> - Krzyknęła po raz kolejny, żeby dotarło do niego, iż sprawa jest pilna. Jeszcze wczoraj nie było tutaj tej konstrukcji zwisającej pod sufitem… właściwie to ciągnęła się ona niemalże przez cały salon, misterna robota - naprawdę chapeau bas dla tego pająka, który zajął się tą niesamowitą instalacją artystyczną.</p>
<p>Póki co stała w progu, obawiała się go przekroczyć, nie miała bowiem pewności, że pająki nie czaiły się właśnie w jakimś kącie gotowe ją zaatakować, być może schowały się na szczycie tej perfekcyjnie utkanej przez siebie pajęczej sieci - wyglądała na taką, w której to człowiek mógłby się bez problemu zaplątać i co najgorsze raczej w pojedynkę nie udałoby mu się z niej wydostać. Nie miała pojęcia co planowały te małe paskudy, ale zamierzała im to popsuć.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - One wypowiedziały nam wojnę!</span> - Krzyknęła jeszcze w eter. Jej mąż jednak musiał sam to zobaczyć, jej krzyki niezbyt wiele mówiły o skali ich problemu. Prudence reagowała dość gwałtowanie jak na siebie, no ale co innego jej pozostawało kiedy zobaczyła tę konstrukcję w ich salonie? Powinni to spalić, będą mieli pewność, że żaden z tych małych, parszywych gnojków nie przeżyje - szkoda jej jednak było odrobinę domu, przecież dopiero co się tutaj wprowadzili. Przyglądała się z uwagą dziełu, które stworzyły w jedną noc, nie dostrzegła przez to, że jedno z tych małych stworzeń opuszczało się właśnie na nici przędnej tuż nad jej głową.</p>
<p>Dostrzegła tego okropnego, grubiutkiego, włochatego arachnida gdy zatrzymał się przed jej twarzą. Patrzył się na nią tymi swoimi ośmioma oczami, miała wrażenie, że się przy tym śmiał - jak nic śmiał się jej w twarz. Pisnęła głośno i odskoczyła do tyłu. Pająk podciągnął się na nici do góry i zniknął. Naprawdę wypowiedziały im wojnę i pokazywały jej, że się ich nie boją. Kto wie, jakie jeszcze niespodzianki dla nich przygotowali? Miała nadzieję, że jej mąż miał jakiś plan na to wszystko, bo gdyby to ona miała decydować o tym co się zaraz wydarzy to najprawdopodobniej z ich domu pozostałoby pogorzelisko.</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[24-25/09/72] Ktoś napoczął mojego człowieka]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6202</link>
			<pubDate>Sun, 12 Jul 2026 17:35:06 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=523">Helloise Rowle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6202</guid>
			<description><![CDATA[<div class="poszukiwania"><div class="poszukiwania2"><h1>Nie zamykaj oczu</h1><br />
<h2> Suma przypadków || Helloise &amp; Lucy </h2><br />
<img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=cIBIZLI.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=cIBIZLI.png]" class="mycode_img" /></div></div>
<br />
Idzie burza. Niebo ściemniało tak, że zza skłębionych, czarnych chmur trudno było rozpoznać porę dnia. W oddali pogrzmiewało, lecz nie poprzedzały tych grzmotów żadne błyski. Hulał tu ostry, zimny wiatr podwiewający obrus stolika zastawionego suto winem i smakołykami. Kobiety siedziały przy nim razem w centrum dzikiej polany ze wszech stron otoczonej nieprzeniknioną ścianą ciemnego lasu. Czarownica potrafiła przypomnieć sobie, jak stała na skraju tej puszczy i patrzyła na polanę, lecz nie miała w pamięci tego, kiedy pokonała drogę do stolika, kiedy przy nim usiadła, kiedy dołączyła do niej Lucy. <br />
Jej spuszczona na piersi głowa podniosła się i niby obudzona ze snu Helloise obdarzyła wampirzycę uśmiechem. Wtedy też czarownica zrozumiała, że jest uwięzioną przy stole. Nie mogła wstać. Nie czuła pod bosymi stopami leśnego ziela, które powinno łaskotać jej nogi. Choć te nogi były na swoim miejscu, ciało zapomniało, że kiedykolwiek miało świadomość czegoś poniżej pasa. <br />
Przejmowało na wskroś upiorne poczucie, że dzieje się coś złego. Powietrze na polanie było ciężkie nadchodzącą burzą, przesycone atmosferą elektryzującego niepokoju. Helloise czuła metaliczny zapach krwi, do wampirzycy również musiał docierać. Jego źródło detektyw odkryła, gdy Helloise ospale obróciła się przez ramię, aby ogarnąć wzrokiem polanę za sobą. Jej złote loki sklejała krew, poplamiona czerwienią koszula nocna lepiła się do pleców. <br />
Czarownica na powrót wyprostowała się przy stole. Jej uśmiech nie zgasł. W brudne od czarnej, żałobnej ziemi palce ujęła filiżankę stojącą przed sobą i podniosła ją do ust, częstując się podwieczorkiem. Gdy odstawiła naczynie, na porcelanie kwitł czerwony odcisk ust. Helloise pochyliła się powoli nad filiżanką: wypiła krew zamiast ziołowego naparu. <br />
Dłonią wytarła pomazane szkarłatem wargi. <br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Musiałam przypadkiem wziąć twoje</span> — wymamrotała niewyraźnie, marszcząc brwi, po czym spojrzała szeroko otwartymi oczyma prosto na Rosewood. Choć świszczał wiatr, to Lucy usłyszała jej szept wyraźnie, zupełnie jakby Helloise odezwała się tuż przy jej uchu: — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">On idzie za mną.</span><br />
Wreszcie sobie przypomniała.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="poszukiwania"><div class="poszukiwania2"><h1>Nie zamykaj oczu</h1><br />
<h2> Suma przypadków || Helloise &amp; Lucy </h2><br />
<img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=cIBIZLI.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=cIBIZLI.png]" class="mycode_img" /></div></div>
<br />
Idzie burza. Niebo ściemniało tak, że zza skłębionych, czarnych chmur trudno było rozpoznać porę dnia. W oddali pogrzmiewało, lecz nie poprzedzały tych grzmotów żadne błyski. Hulał tu ostry, zimny wiatr podwiewający obrus stolika zastawionego suto winem i smakołykami. Kobiety siedziały przy nim razem w centrum dzikiej polany ze wszech stron otoczonej nieprzeniknioną ścianą ciemnego lasu. Czarownica potrafiła przypomnieć sobie, jak stała na skraju tej puszczy i patrzyła na polanę, lecz nie miała w pamięci tego, kiedy pokonała drogę do stolika, kiedy przy nim usiadła, kiedy dołączyła do niej Lucy. <br />
Jej spuszczona na piersi głowa podniosła się i niby obudzona ze snu Helloise obdarzyła wampirzycę uśmiechem. Wtedy też czarownica zrozumiała, że jest uwięzioną przy stole. Nie mogła wstać. Nie czuła pod bosymi stopami leśnego ziela, które powinno łaskotać jej nogi. Choć te nogi były na swoim miejscu, ciało zapomniało, że kiedykolwiek miało świadomość czegoś poniżej pasa. <br />
Przejmowało na wskroś upiorne poczucie, że dzieje się coś złego. Powietrze na polanie było ciężkie nadchodzącą burzą, przesycone atmosferą elektryzującego niepokoju. Helloise czuła metaliczny zapach krwi, do wampirzycy również musiał docierać. Jego źródło detektyw odkryła, gdy Helloise ospale obróciła się przez ramię, aby ogarnąć wzrokiem polanę za sobą. Jej złote loki sklejała krew, poplamiona czerwienią koszula nocna lepiła się do pleców. <br />
Czarownica na powrót wyprostowała się przy stole. Jej uśmiech nie zgasł. W brudne od czarnej, żałobnej ziemi palce ujęła filiżankę stojącą przed sobą i podniosła ją do ust, częstując się podwieczorkiem. Gdy odstawiła naczynie, na porcelanie kwitł czerwony odcisk ust. Helloise pochyliła się powoli nad filiżanką: wypiła krew zamiast ziołowego naparu. <br />
Dłonią wytarła pomazane szkarłatem wargi. <br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Musiałam przypadkiem wziąć twoje</span> — wymamrotała niewyraźnie, marszcząc brwi, po czym spojrzała szeroko otwartymi oczyma prosto na Rosewood. Choć świszczał wiatr, to Lucy usłyszała jej szept wyraźnie, zupełnie jakby Helloise odezwała się tuż przy jej uchu: — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">On idzie za mną.</span><br />
Wreszcie sobie przypomniała.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[1957] Nothing is ever as empty as it seems | Aloysius, Prudence]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6176</link>
			<pubDate>Thu, 02 Jul 2026 15:14:27 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=544">Benjy Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6176</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">12.1957, sen</div>
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek]<br />
Znasz to uczucie, kiedy idziesz w półmroku rozproszonym wyłącznie przez poblask kilku mdłych płomieni pod szklanymi kloszami zaśniedziałych lamp, otoczony przez absolutną ciszę, dookoła ciebie czają się cienie, a mróz jest tak wściekły, że aż boli w płucach? Wystarczyło, że tylko na moment wyciągnąłem dłoń z kieszeni kurtki, by poczuć momentalnie kostnienie w palcach, skóra pod skórzanymi rękawiczkami, które nosiłem, z pewnością zrobiła się czerwona, a moja twarz wydawała się odrętwiała od zimna. Śnieg pod moimi ciężkimi butami nie był po prostu puszysty, nie, skrzypiał groźnie, uginając się pod każdym krokiem z tym charakterystycznym, suchym trzaskiem pękającej zmarzliny. To była ta cienka, zdradliwa skorupa na samej górze zbitego puchu, która tworzyła się wyłącznie wtedy, gdy temperatura spadała daleko poniżej zera, a świat wokół zastygał w bezruchu. Tak było też tego wieczoru - lodowato, ale bezwietrznie - nawet gwiazdy na krystalicznie czystym, czarnym nieboskłonie wydawały się świecić jakoś ostrzej, mniej zachęcająco, jakby ktoś podkręcił ich jasność do granic możliwości. <br />
Brukowany dziedziniec rozciągał się przede mną na co najmniej kilkanaście metrów otwartej przestrzeni, po której normalnie hulały podmuchy wiatru, lecz dzisiaj wydawał mi się całkiem martwy. Zazwyczaj tętniący życiem, pełen głośnych rozmów, śmiechu i rzucanych ukradkiem śnieżek, teraz sprawiał wrażenie nienaturalnie pustego i niemal przerażająco ciemnego. Latarnie rzucały tylko pojedyncze, pomarańczowe snopy światła, w których skrzyły się drobinki lodu. Cały zamek wyglądał tak, jakby nagle zapomniał o istnieniu nas wszystkich - uczniów, nauczycieli, woźnego, skrzatów - był niczym zastygły w czasie, ciemny i pozbawiony śladów obecności jakichkolwiek istot, nawet jeśli normalnie tej porze zawsze ktoś przecież szwendał się po korytarzach albo chociaż wyglądał przez okno, zwłaszcza że mróz stałe malował na szybach niesamowite, białe wzory, przypominające lodowe paprocie albo nagie gałęzie drzew.<br />
A teraz? Nic. Cisza, która aż dzwoniła w uszach - jedyne, co słyszałem, to echo moich własnych kroków odbijające się od wysokich, kamiennych murów, nic więcej. Najdziwniejsze w tym wszystkim było jednak to, że… Właściwie nie pamiętałem, skąd się tu wziąłem. Tu, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">tu</span>, na zewnątrz, w Hogwarcie, ale poza nim. Nad głową miałem ciężkie, granatowe niebo, z którego nie spadał ani jeden płatek, a pod nogami śliską, niebezpieczną ścieżkę. Normalnie pewnie dopadłaby mnie lekka, acz niezaprzeczalna panika - w końcu nie codziennie budzisz się z letargu w środku nocy, na mrozie, sam na sam z pustym gmachem rozciągającym się wokół ciebie - ale w tej chwili nie wydało mi się to ani trochę podejrzane. Czułem wręcz absolutny spokój, miałem przecież jakiś powód, by tu być, prawda? Nawet jeśli mój własny mózg jeszcze nie potrafił mi go racjonalnie podsunąć, znałem ten dziedziniec od lat, potrafiłem z zamkniętymi oczami rozpoznać niemal każdą nierówność między starymi, kamiennymi płytami, przechodziłem tędy codziennie w ten sam, rutynowy sposób, idąc na lekcje albo wracając do dormitorium, dlatego teraz nie kwestionowałem swojej obecności tutaj. Nie ciągnęło mnie do wnętrza zamku, do ciepłego kominka - nic z tych rzeczy - chociaż mróz bezlitośnie szczypał mnie w policzki, a mój oddech zamieniał się w gęstą, mlecznobiałą parę, intuicja podpowiadała mi, że to, czego szukałem, czekało na mnie na zewnątrz, wystarczyło tylko patrzeć uważniej i… Właśnie wtedy to zobaczyłem…<br />
Moim oczom ukazało się coś, czego wcześniej nie widziałem - dokładnie pośrodku dziedzińca stała stara, kamienna fontanna, której nigdy wcześniej nie było w tym miejscu. Wszystko wskazywało na to, iż dawno już zamarzła, zamieniając się w lodową rzeźbę pełną sopli, lód pokrywający jej szeroką misę był jednak niesamowity, tak idealnie przezroczysty, że bez trudu dostrzegłem pod nim ciemną wodę i… Tu pojawił się pierwszy zgrzyt, który sprawił, że na karku ponownie zjeżyły mi się włoski - woda pod spodem się poruszała - mimo wszechobecnego mrozu, mimo grubego lodu pokrywającego ją z zewnątrz, wewnątrz fontanna płynęła powolnym, leniwym rytmem. A ja? Zamiast oddalić się w trybie ekspresowym, zignorowawszy wrażenie niepokoju, zatrzymałem się przy kamiennej krawędzi, pochyliłem się odrobinę, opierając dłonie na zimnym obramowaniu, i spróbowałem dostrzec w tej dziwnej tafli własne odbicie. Chciałem zobaczyć cokolwiek znajomego - swoją twarz, potargane włosy, czubek nosa, brzeg szalika, cokolwiek - jednak zamiast tego dostrzegłem jedynie rozmyty, bezkształtny cień, sięgnąłem więc głębiej, nachyliłem się mocniej, a potem… Zamrugałem gwałtownie, potrząsając głową - przez ułamek sekundy, wydawało mi się, że w głębi lodu, tuż pod wodą, poruszyła się czyjaś sylwetka - aż ciemność znowu stała się nieruchoma. To było… Niepokojące… W końcu nie miałem skłonności do widzenia <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">rzeczy</span>, nie byłem typem dziwaka, pojebańca, schizofrenika, a jednak mimo to rozsądek - cichy, nudny głos w mojej głowie, który zazwyczaj ignorowałem, zanim robiłem coś spektakularnie głupiego - podpowiadał mi, że wpatrywanie się w zamarzniętą fontannę w środku nocy nie mogło przynieść niczego dobrego. Tafla była uparta, nie chciała mi pokazać tego, czego oczekiwałem, więc powinienem był się odwrócić i odejść - tak zrobiłaby każda normalna osoba - tyle tylko, że ta chora ciekawość, od zawsze pakująca mnie w kłopoty, z których potem ciężko było się wytłumaczyć, kazała mi zostać w tej pozycji jeszcze przez kilka sekund. Jeszcze tylko chwilę… Krótki momencik…<br />
Nim się obejrzałem, zanim zdążyłem cokolwiek przemyśleć, kolejny raz zrobiłem coś impulsywnego, dostrzegając to dopiero po fakcie - wyciągnąłem rękę i przyłożyłem opuszkę palca bezpośrednio do gładkiego lodu - spodziewałem się parzącego, lodowatego chłodu, zamiast tego… Poczułem coś innego. Kamienna misa fontanny zadrżała - to było ledwo wyczuwalne, delikatne drżenie, coś jak uderzenie głębokiego basu - pod przezroczystą taflą, w uwięzionej wodzie, zaczęły rozchodzić się szerokie, ciemne kręgi, choć sam lód na powierzchni ani na moment nie zmienił swojej formy, nie stał się mniej przezroczysty, nie pękł… <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„Tap!’’</span><br />
Cofnąłem dłoń, jakbym się oparzył, i odruchowo obejrzałem się przez ramię - byłem pewien, absolutnie pewien, że usłyszałem za sobą czyjeś kroki, jednak za moimi plecami nadal ciągnął się tylko ten sam pusty, pogrążony we śnie dziedziniec. Śnieg był nienaruszony, tak równy i czysty, jak wcześniej, nie było na nim żadnego śladu, oprócz wzoru wyrytego przez podeszwy moich własnych butów. Zmarszczyłem brwi, znowu kręcąc głową i wracając do fontanny, z jakąś dziwną, magnetyczną fascynacją. Zbliżyłem się do misy jeszcze bardziej, niemal dotykając nosem lodowej tafli, dostrzegając, iż ciemna woda pod lodem przestała być spokojna. Powoli, z nienaturalną, wręcz hipnotyzującą płynnością, zaczęła unosić się ku powierzchni… Logika mówiła mi, że to było niemożliwe, że zaraz miała uderzyć w grubą barierę, ale płynęła dalej, strużka po strużce, kropla po kropli, coraz bardziej zbliżając się do granicy lodu…]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">12.1957, sen</div>
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek]<br />
Znasz to uczucie, kiedy idziesz w półmroku rozproszonym wyłącznie przez poblask kilku mdłych płomieni pod szklanymi kloszami zaśniedziałych lamp, otoczony przez absolutną ciszę, dookoła ciebie czają się cienie, a mróz jest tak wściekły, że aż boli w płucach? Wystarczyło, że tylko na moment wyciągnąłem dłoń z kieszeni kurtki, by poczuć momentalnie kostnienie w palcach, skóra pod skórzanymi rękawiczkami, które nosiłem, z pewnością zrobiła się czerwona, a moja twarz wydawała się odrętwiała od zimna. Śnieg pod moimi ciężkimi butami nie był po prostu puszysty, nie, skrzypiał groźnie, uginając się pod każdym krokiem z tym charakterystycznym, suchym trzaskiem pękającej zmarzliny. To była ta cienka, zdradliwa skorupa na samej górze zbitego puchu, która tworzyła się wyłącznie wtedy, gdy temperatura spadała daleko poniżej zera, a świat wokół zastygał w bezruchu. Tak było też tego wieczoru - lodowato, ale bezwietrznie - nawet gwiazdy na krystalicznie czystym, czarnym nieboskłonie wydawały się świecić jakoś ostrzej, mniej zachęcająco, jakby ktoś podkręcił ich jasność do granic możliwości. <br />
Brukowany dziedziniec rozciągał się przede mną na co najmniej kilkanaście metrów otwartej przestrzeni, po której normalnie hulały podmuchy wiatru, lecz dzisiaj wydawał mi się całkiem martwy. Zazwyczaj tętniący życiem, pełen głośnych rozmów, śmiechu i rzucanych ukradkiem śnieżek, teraz sprawiał wrażenie nienaturalnie pustego i niemal przerażająco ciemnego. Latarnie rzucały tylko pojedyncze, pomarańczowe snopy światła, w których skrzyły się drobinki lodu. Cały zamek wyglądał tak, jakby nagle zapomniał o istnieniu nas wszystkich - uczniów, nauczycieli, woźnego, skrzatów - był niczym zastygły w czasie, ciemny i pozbawiony śladów obecności jakichkolwiek istot, nawet jeśli normalnie tej porze zawsze ktoś przecież szwendał się po korytarzach albo chociaż wyglądał przez okno, zwłaszcza że mróz stałe malował na szybach niesamowite, białe wzory, przypominające lodowe paprocie albo nagie gałęzie drzew.<br />
A teraz? Nic. Cisza, która aż dzwoniła w uszach - jedyne, co słyszałem, to echo moich własnych kroków odbijające się od wysokich, kamiennych murów, nic więcej. Najdziwniejsze w tym wszystkim było jednak to, że… Właściwie nie pamiętałem, skąd się tu wziąłem. Tu, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">tu</span>, na zewnątrz, w Hogwarcie, ale poza nim. Nad głową miałem ciężkie, granatowe niebo, z którego nie spadał ani jeden płatek, a pod nogami śliską, niebezpieczną ścieżkę. Normalnie pewnie dopadłaby mnie lekka, acz niezaprzeczalna panika - w końcu nie codziennie budzisz się z letargu w środku nocy, na mrozie, sam na sam z pustym gmachem rozciągającym się wokół ciebie - ale w tej chwili nie wydało mi się to ani trochę podejrzane. Czułem wręcz absolutny spokój, miałem przecież jakiś powód, by tu być, prawda? Nawet jeśli mój własny mózg jeszcze nie potrafił mi go racjonalnie podsunąć, znałem ten dziedziniec od lat, potrafiłem z zamkniętymi oczami rozpoznać niemal każdą nierówność między starymi, kamiennymi płytami, przechodziłem tędy codziennie w ten sam, rutynowy sposób, idąc na lekcje albo wracając do dormitorium, dlatego teraz nie kwestionowałem swojej obecności tutaj. Nie ciągnęło mnie do wnętrza zamku, do ciepłego kominka - nic z tych rzeczy - chociaż mróz bezlitośnie szczypał mnie w policzki, a mój oddech zamieniał się w gęstą, mlecznobiałą parę, intuicja podpowiadała mi, że to, czego szukałem, czekało na mnie na zewnątrz, wystarczyło tylko patrzeć uważniej i… Właśnie wtedy to zobaczyłem…<br />
Moim oczom ukazało się coś, czego wcześniej nie widziałem - dokładnie pośrodku dziedzińca stała stara, kamienna fontanna, której nigdy wcześniej nie było w tym miejscu. Wszystko wskazywało na to, iż dawno już zamarzła, zamieniając się w lodową rzeźbę pełną sopli, lód pokrywający jej szeroką misę był jednak niesamowity, tak idealnie przezroczysty, że bez trudu dostrzegłem pod nim ciemną wodę i… Tu pojawił się pierwszy zgrzyt, który sprawił, że na karku ponownie zjeżyły mi się włoski - woda pod spodem się poruszała - mimo wszechobecnego mrozu, mimo grubego lodu pokrywającego ją z zewnątrz, wewnątrz fontanna płynęła powolnym, leniwym rytmem. A ja? Zamiast oddalić się w trybie ekspresowym, zignorowawszy wrażenie niepokoju, zatrzymałem się przy kamiennej krawędzi, pochyliłem się odrobinę, opierając dłonie na zimnym obramowaniu, i spróbowałem dostrzec w tej dziwnej tafli własne odbicie. Chciałem zobaczyć cokolwiek znajomego - swoją twarz, potargane włosy, czubek nosa, brzeg szalika, cokolwiek - jednak zamiast tego dostrzegłem jedynie rozmyty, bezkształtny cień, sięgnąłem więc głębiej, nachyliłem się mocniej, a potem… Zamrugałem gwałtownie, potrząsając głową - przez ułamek sekundy, wydawało mi się, że w głębi lodu, tuż pod wodą, poruszyła się czyjaś sylwetka - aż ciemność znowu stała się nieruchoma. To było… Niepokojące… W końcu nie miałem skłonności do widzenia <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">rzeczy</span>, nie byłem typem dziwaka, pojebańca, schizofrenika, a jednak mimo to rozsądek - cichy, nudny głos w mojej głowie, który zazwyczaj ignorowałem, zanim robiłem coś spektakularnie głupiego - podpowiadał mi, że wpatrywanie się w zamarzniętą fontannę w środku nocy nie mogło przynieść niczego dobrego. Tafla była uparta, nie chciała mi pokazać tego, czego oczekiwałem, więc powinienem był się odwrócić i odejść - tak zrobiłaby każda normalna osoba - tyle tylko, że ta chora ciekawość, od zawsze pakująca mnie w kłopoty, z których potem ciężko było się wytłumaczyć, kazała mi zostać w tej pozycji jeszcze przez kilka sekund. Jeszcze tylko chwilę… Krótki momencik…<br />
Nim się obejrzałem, zanim zdążyłem cokolwiek przemyśleć, kolejny raz zrobiłem coś impulsywnego, dostrzegając to dopiero po fakcie - wyciągnąłem rękę i przyłożyłem opuszkę palca bezpośrednio do gładkiego lodu - spodziewałem się parzącego, lodowatego chłodu, zamiast tego… Poczułem coś innego. Kamienna misa fontanny zadrżała - to było ledwo wyczuwalne, delikatne drżenie, coś jak uderzenie głębokiego basu - pod przezroczystą taflą, w uwięzionej wodzie, zaczęły rozchodzić się szerokie, ciemne kręgi, choć sam lód na powierzchni ani na moment nie zmienił swojej formy, nie stał się mniej przezroczysty, nie pękł… <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„Tap!’’</span><br />
Cofnąłem dłoń, jakbym się oparzył, i odruchowo obejrzałem się przez ramię - byłem pewien, absolutnie pewien, że usłyszałem za sobą czyjeś kroki, jednak za moimi plecami nadal ciągnął się tylko ten sam pusty, pogrążony we śnie dziedziniec. Śnieg był nienaruszony, tak równy i czysty, jak wcześniej, nie było na nim żadnego śladu, oprócz wzoru wyrytego przez podeszwy moich własnych butów. Zmarszczyłem brwi, znowu kręcąc głową i wracając do fontanny, z jakąś dziwną, magnetyczną fascynacją. Zbliżyłem się do misy jeszcze bardziej, niemal dotykając nosem lodowej tafli, dostrzegając, iż ciemna woda pod lodem przestała być spokojna. Powoli, z nienaturalną, wręcz hipnotyzującą płynnością, zaczęła unosić się ku powierzchni… Logika mówiła mi, że to było niemożliwe, że zaraz miała uderzyć w grubą barierę, ale płynęła dalej, strużka po strużce, kropla po kropli, coraz bardziej zbliżając się do granicy lodu…]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[16.10.1972] Ważne, że nie na dupie]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6153</link>
			<pubDate>Thu, 18 Jun 2026 11:24:31 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=38">Atreus Bulstrode</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6153</guid>
			<description><![CDATA[<div class="poszukiwania"><div class="poszukiwania2">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=748&amp;pid=92024#pid92024" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Tu mi kaktus wyrośnie</a></div></div></div>
<br />
<p>Jakiż to był piękny dzień. Było upalnie wręcz, więc naturalnie była to idealna pogoda na spacer. Szczególnie kiedy było się zimnym i nic nie mogło człowieka porządnie rozgrzać. Tak się też złożyło, że był to dzień zakupowy – Atreusowi skończyło się parę produktów, więc postanowił zajrzeć do jednego ze sklepów, które prowadzili Potterowie. Ich nazwisko błyszczało jasnymi, wielkimi literami nad wejściem do budynku, a w oknie znajdowały się plakaty promocyjne ulizanny. Topowy produkt zasługiwał w końcu, żeby się nim chwalić i zachęcać do zakupu. W sumie ona też już mu się kończyła, więc przy okazji powinien zaopatrzyć się w opakowanie.</p>
<p>Dzwoneczek umieszczony nad drzwiami wejściowymi zadźwięczał wdzięcznie, kiedy Bulstrode nacisnął klamkę i wszedł do środka. Z miejsca owiał go intensywny zapach, który ciężko było rozłożyć na czynniki pierwsze. Wszystkie pachnidła mieszały się, a co wyraźniejsze składniki walczyły ze sobą o dominację. Całe szczęście jednak, nie przeszkadzało to w wizytowaniu sklepu, a momentami nawet zachęcało do poszukiwania źródła intrygujących nut.</p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dzień dobry</span> — przywitał się już od progu, rozglądając się dookoła. Wewnątrz było już parę klientów, którzy kręcili się bez celu między pułkami i regałami, szukając interesujących ich produktów. On nie miał na to czasu, więc od razu ruszył do stojącej niemal ekspedientki.</p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dzień dobry, potrzebuję szamponu </span>— proste. Był nawet skłonny spróbować czegoś nowego, bo poprzedni już trochę mu się znudził.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="poszukiwania"><div class="poszukiwania2">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=748&amp;pid=92024#pid92024" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Tu mi kaktus wyrośnie</a></div></div></div>
<br />
<p>Jakiż to był piękny dzień. Było upalnie wręcz, więc naturalnie była to idealna pogoda na spacer. Szczególnie kiedy było się zimnym i nic nie mogło człowieka porządnie rozgrzać. Tak się też złożyło, że był to dzień zakupowy – Atreusowi skończyło się parę produktów, więc postanowił zajrzeć do jednego ze sklepów, które prowadzili Potterowie. Ich nazwisko błyszczało jasnymi, wielkimi literami nad wejściem do budynku, a w oknie znajdowały się plakaty promocyjne ulizanny. Topowy produkt zasługiwał w końcu, żeby się nim chwalić i zachęcać do zakupu. W sumie ona też już mu się kończyła, więc przy okazji powinien zaopatrzyć się w opakowanie.</p>
<p>Dzwoneczek umieszczony nad drzwiami wejściowymi zadźwięczał wdzięcznie, kiedy Bulstrode nacisnął klamkę i wszedł do środka. Z miejsca owiał go intensywny zapach, który ciężko było rozłożyć na czynniki pierwsze. Wszystkie pachnidła mieszały się, a co wyraźniejsze składniki walczyły ze sobą o dominację. Całe szczęście jednak, nie przeszkadzało to w wizytowaniu sklepu, a momentami nawet zachęcało do poszukiwania źródła intrygujących nut.</p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dzień dobry</span> — przywitał się już od progu, rozglądając się dookoła. Wewnątrz było już parę klientów, którzy kręcili się bez celu między pułkami i regałami, szukając interesujących ich produktów. On nie miał na to czasu, więc od razu ruszył do stojącej niemal ekspedientki.</p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dzień dobry, potrzebuję szamponu </span>— proste. Był nawet skłonny spróbować czegoś nowego, bo poprzedni już trochę mu się znudził.</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[20.10] Vanir]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6148</link>
			<pubDate>Mon, 15 Jun 2026 11:51:45 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=313">Christopher Rosier</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6148</guid>
			<description><![CDATA[<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Strzelba, druga strzelba, pistolet, drugi pistolet, stalowy sztylet, posrebrzany sztylet, topór… Piła? Kiedy ją kupiłaś?  Nie żebym narzekał, ale tydzień temu nie mieliśmy piły? Trzy butelki święconej wody, stare, srebrne świeczniki do przetopienia, zioła, jagnięca krew… chcesz polować na dżina? Dwa worki soli… czekaj. Ten jeden to sól himalajska? Czy różowa sól zadziała na ducha?</span><br />
Zaciągnął cienką płachtę, przysłaniającą broń. Na wierzch trafiły szpargały: worki z solą, zniszczone świeczniki, które miały przy najbliższej okazji stać się kulami, święcona woda oraz zwykły, samochodowy ekwipunek, pod którym – miał nadzieję – żadna policja nie będzie chciała grzebać zbyt dogłębnie. Nie żeby tam, gdzie się wybierali, było wiele patrolów policji. <br />
Gdyby były, może ktoś zainteresowałby się, że dwa razy w roku, zawsze o tej samej porze, w okolicy znikała samotna para. Przepadali jak kamień w wodę: dwoje ludzi oraz ich samochód. Trwało to tak długo, że w końcu trafiło na kogoś, kogo krewni wiedzieli, z kim się skontaktować. Chris mógłby wyliczyć z pamięci bardzo dużo potworów i duchów, które mogłyby zeżreć ludzi w okolicach Samhain, tego najpaskudniejszego okresu w roku.<br />
Ale żaden z nich nie powinien być zainteresowany samochodami.<br />
Zatrzasnął bagażnik.<br />
*<br />
Wnętrze samochodu wypełniała muzyka, kiedy jechali trasą, którą – jak wynikało z drobiazgowych badań i analiz przypadków z ostatnich dziesięciu lat (dziesięć lat, dwadzieścia przypadków, w sumie czterdzieścioro ludzi, zawsze kobieta, zawsze mężczyzna, dwa tygodnie w okolicach Beltane, dwa tygodnie w okolicach Samhain) – pokonywały wszystkie ofiary. Krajobraz należał do gatunku tych monotonnych, i to nie tylko dlatego, że słońce już zaszło za horyzontem, i wszystko ogarnęły ciemności, rozpraszane jedynie przez światła samochodu. Otaczały ich pola, na których rosło coś, czego Chris nie rozpoznawał, ale co było bardzo wysokie i zdawało się nie mieć końca. Sama droga była dość wąska, z gatunku tych mało uczęszczanych: nic dziwnego. Prowadziła praktycznie donikąd. Miasteczko, które znajdowało się na jej końcu, było niewielkie, zdecydowanie rzadko odwiedzane przez turystów i jeśli ktoś tu trafiał, to zwykle dlatego, że zmylił drogę. <br />
Chris był pewien, że coś musiało być nie tak z tym cholernym miasteczkiem. <br />
Światła samochodu padły na auto, zaparkowane na środku drogi, tuż na granicy pola.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Strzelba, druga strzelba, pistolet, drugi pistolet, stalowy sztylet, posrebrzany sztylet, topór… Piła? Kiedy ją kupiłaś?  Nie żebym narzekał, ale tydzień temu nie mieliśmy piły? Trzy butelki święconej wody, stare, srebrne świeczniki do przetopienia, zioła, jagnięca krew… chcesz polować na dżina? Dwa worki soli… czekaj. Ten jeden to sól himalajska? Czy różowa sól zadziała na ducha?</span><br />
Zaciągnął cienką płachtę, przysłaniającą broń. Na wierzch trafiły szpargały: worki z solą, zniszczone świeczniki, które miały przy najbliższej okazji stać się kulami, święcona woda oraz zwykły, samochodowy ekwipunek, pod którym – miał nadzieję – żadna policja nie będzie chciała grzebać zbyt dogłębnie. Nie żeby tam, gdzie się wybierali, było wiele patrolów policji. <br />
Gdyby były, może ktoś zainteresowałby się, że dwa razy w roku, zawsze o tej samej porze, w okolicy znikała samotna para. Przepadali jak kamień w wodę: dwoje ludzi oraz ich samochód. Trwało to tak długo, że w końcu trafiło na kogoś, kogo krewni wiedzieli, z kim się skontaktować. Chris mógłby wyliczyć z pamięci bardzo dużo potworów i duchów, które mogłyby zeżreć ludzi w okolicach Samhain, tego najpaskudniejszego okresu w roku.<br />
Ale żaden z nich nie powinien być zainteresowany samochodami.<br />
Zatrzasnął bagażnik.<br />
*<br />
Wnętrze samochodu wypełniała muzyka, kiedy jechali trasą, którą – jak wynikało z drobiazgowych badań i analiz przypadków z ostatnich dziesięciu lat (dziesięć lat, dwadzieścia przypadków, w sumie czterdzieścioro ludzi, zawsze kobieta, zawsze mężczyzna, dwa tygodnie w okolicach Beltane, dwa tygodnie w okolicach Samhain) – pokonywały wszystkie ofiary. Krajobraz należał do gatunku tych monotonnych, i to nie tylko dlatego, że słońce już zaszło za horyzontem, i wszystko ogarnęły ciemności, rozpraszane jedynie przez światła samochodu. Otaczały ich pola, na których rosło coś, czego Chris nie rozpoznawał, ale co było bardzo wysokie i zdawało się nie mieć końca. Sama droga była dość wąska, z gatunku tych mało uczęszczanych: nic dziwnego. Prowadziła praktycznie donikąd. Miasteczko, które znajdowało się na jej końcu, było niewielkie, zdecydowanie rzadko odwiedzane przez turystów i jeśli ktoś tu trafiał, to zwykle dlatego, że zmylił drogę. <br />
Chris był pewien, że coś musiało być nie tak z tym cholernym miasteczkiem. <br />
Światła samochodu padły na auto, zaparkowane na środku drogi, tuż na granicy pola.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Sen, 31.09-1.10.1972] Mamma Mia!]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6127</link>
			<pubDate>Sun, 07 Jun 2026 17:32:22 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=439">Icarus Prewett</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6127</guid>
			<description><![CDATA[[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ufymC7C.jpeg[/inny avek]<br />
<div class="ramka"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=koiHQgV.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=koiHQgV.png]" class="mycode_img" /></div>
<div id="dataa" class="mycode_b">Wrzesień 1992,<br />
Grecja, alternatywna, wyśniona rzeczywistość</div>
<br />
<div class="akapitzliterka"><p>Jacht przecinał spienione fale Morza Egejskiego, powoli zbliżając się do brzegu małej wysepki. Płynęli już od dwóch godzin, prosto z portu w Pireusie. Co jakiś czas z wody wyskakiwały delfiny, jakby witając się z przepływającym stateczkiem. Słońce wisiało wysoko na błękitnym niebie. Gdzieniegdzie błądziły też po nim bielutkie obłoczki, dopełniając idyllicznego obrazu.<br />
</p></div>
<br />
Profesor Icarus Prewett stał oparty o burtę. W dłoniach trzymał kartkę papieru, patrzył na nią przez okulary do czytania, które niestety ostatnimi czasy musiał sobie sprawić. Niedawno skończył czterdzieści osiem lat, a wiek zaczął dawać się we znaki. Jego wzrok się pogorszył, włosy bieliły się na skroniach. Trudno było pogodzić się ze średnim wiekiem. A jeszcze gorzej żyło się ze świadomością, że zmarnowało się szansę na szczęście tak doszczętnie, tak druzgocąco. Pozostała praca. Profesorski autorytet, monografie, konferencje i seminaria ze studentami bazgrolącymi w notesach.<br />
<br />
Otrzymał list dziesięć dni temu. Trafił na jego biurko profesorskie, z greckim znaczkiem i adresem. Wypisany młodzieńczym, ale starannym pismem, bez skreśleń. Tak jakby anonimowa nadawczyni pisała go najpierw na brudno, a potem przepisała na czystą kartkę.<br />
<br />
<div class="koperta">Szanowny Profesorze Prewett,<br />
odpowiadam na pańskie ogłoszenie. Rankiem, podczas spaceru z psem, odnalazłam przy starych minojskich ruinach dziwaczny przedmiot. Myślę, że odpowiada on opisami, który Pan podał w Proroku Codziennym. To metalowa pętelka, jakby bransoleta. Czuję od niej dziwną magiczną energię, dlatego nie zdecydowałam się, by jej dotknąć. Zgarnęłam ją na łopatkę i ukryłam w naszej piwniczce na wino. Wiem, że Pan jest profesjonalistą i będzie Pan wiedział, co zrobić z tym przedmiotem. Proszę przypłynąć na wyspę Kalokairi i zajść do hotelu Ladon. Na pewno znajdzie się tam dla Pana pokój!</div>
<br />
List pozostał niepodpisany. A jednak Icarusowi zdawało się, że pisał go ktoś młody. Przecież nikt z doświadczeniem życiowym nie uznałby, że dobrym pomysłem jest wzywanie angielskiego badacza, a nie kogoś z greckich stron. Miał nadzieję, że pisząca nie wprowadzała go w jakąś pułapkę. Może to dlatego uprzedził Basila i Electrę, że pojedzie. Oni zresztą zmierzali tam razem z nim. Ellie wygrzewała się na leżaku, a Basil, jako nie największy fan łodzi, łapał świstoklika na wyspę. Cóż, okazało się, że jak brat jedzie do Grecji, warto zabrać się razem z nim. On też się cieszył, że może na moment oderwać się od biurka. Swój ostatni dzień spędził na sprawdzaniu wyjątkowo brutalistycznie skomponowanej pracy licencjackiej. Robionej oczywiście w ramach terminu poprawkowego, jak najbardziej na ostatnią chwilę się dało. A jednak, Icarus z wiekiem był coraz bardziej pobłażliwy do studentów. Wiekowo mogliby być jego dziećmi. A on zmarnował okazję na stworzenie rodziny. Zmarnował okazję na miłość i skazał się na samotność. Był głupcem. Od lat kochał tę samą kobietę. Tę, którą stracił.<br />
<br />
Niedługo mieli przybijać do lądu. Icarus złożył list i włożył go do kieszeni. Nawet te piękne widoki nie były w stanie przynieść mu szczęścia. A minęło tyle lat, a on wciąż rozpamiętywał. Kiedy tylko odstępował od biurka, rozdrapywał stare rany. Stary pracoholik, wieczny kawaler. Historyk, nauczyciel, ewentualnie brat dla Electry i Basila. Nic poza tym. Jakkolwiek by tego pragnął. Nawet nie próbował, bo bez niej… Nie miałoby to najmniejszego sensu.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ufymC7C.jpeg[/inny avek]<br />
<div class="ramka"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=koiHQgV.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=koiHQgV.png]" class="mycode_img" /></div>
<div id="dataa" class="mycode_b">Wrzesień 1992,<br />
Grecja, alternatywna, wyśniona rzeczywistość</div>
<br />
<div class="akapitzliterka"><p>Jacht przecinał spienione fale Morza Egejskiego, powoli zbliżając się do brzegu małej wysepki. Płynęli już od dwóch godzin, prosto z portu w Pireusie. Co jakiś czas z wody wyskakiwały delfiny, jakby witając się z przepływającym stateczkiem. Słońce wisiało wysoko na błękitnym niebie. Gdzieniegdzie błądziły też po nim bielutkie obłoczki, dopełniając idyllicznego obrazu.<br />
</p></div>
<br />
Profesor Icarus Prewett stał oparty o burtę. W dłoniach trzymał kartkę papieru, patrzył na nią przez okulary do czytania, które niestety ostatnimi czasy musiał sobie sprawić. Niedawno skończył czterdzieści osiem lat, a wiek zaczął dawać się we znaki. Jego wzrok się pogorszył, włosy bieliły się na skroniach. Trudno było pogodzić się ze średnim wiekiem. A jeszcze gorzej żyło się ze świadomością, że zmarnowało się szansę na szczęście tak doszczętnie, tak druzgocąco. Pozostała praca. Profesorski autorytet, monografie, konferencje i seminaria ze studentami bazgrolącymi w notesach.<br />
<br />
Otrzymał list dziesięć dni temu. Trafił na jego biurko profesorskie, z greckim znaczkiem i adresem. Wypisany młodzieńczym, ale starannym pismem, bez skreśleń. Tak jakby anonimowa nadawczyni pisała go najpierw na brudno, a potem przepisała na czystą kartkę.<br />
<br />
<div class="koperta">Szanowny Profesorze Prewett,<br />
odpowiadam na pańskie ogłoszenie. Rankiem, podczas spaceru z psem, odnalazłam przy starych minojskich ruinach dziwaczny przedmiot. Myślę, że odpowiada on opisami, który Pan podał w Proroku Codziennym. To metalowa pętelka, jakby bransoleta. Czuję od niej dziwną magiczną energię, dlatego nie zdecydowałam się, by jej dotknąć. Zgarnęłam ją na łopatkę i ukryłam w naszej piwniczce na wino. Wiem, że Pan jest profesjonalistą i będzie Pan wiedział, co zrobić z tym przedmiotem. Proszę przypłynąć na wyspę Kalokairi i zajść do hotelu Ladon. Na pewno znajdzie się tam dla Pana pokój!</div>
<br />
List pozostał niepodpisany. A jednak Icarusowi zdawało się, że pisał go ktoś młody. Przecież nikt z doświadczeniem życiowym nie uznałby, że dobrym pomysłem jest wzywanie angielskiego badacza, a nie kogoś z greckich stron. Miał nadzieję, że pisząca nie wprowadzała go w jakąś pułapkę. Może to dlatego uprzedził Basila i Electrę, że pojedzie. Oni zresztą zmierzali tam razem z nim. Ellie wygrzewała się na leżaku, a Basil, jako nie największy fan łodzi, łapał świstoklika na wyspę. Cóż, okazało się, że jak brat jedzie do Grecji, warto zabrać się razem z nim. On też się cieszył, że może na moment oderwać się od biurka. Swój ostatni dzień spędził na sprawdzaniu wyjątkowo brutalistycznie skomponowanej pracy licencjackiej. Robionej oczywiście w ramach terminu poprawkowego, jak najbardziej na ostatnią chwilę się dało. A jednak, Icarus z wiekiem był coraz bardziej pobłażliwy do studentów. Wiekowo mogliby być jego dziećmi. A on zmarnował okazję na stworzenie rodziny. Zmarnował okazję na miłość i skazał się na samotność. Był głupcem. Od lat kochał tę samą kobietę. Tę, którą stracił.<br />
<br />
Niedługo mieli przybijać do lądu. Icarus złożył list i włożył go do kieszeni. Nawet te piękne widoki nie były w stanie przynieść mu szczęścia. A minęło tyle lat, a on wciąż rozpamiętywał. Kiedy tylko odstępował od biurka, rozdrapywał stare rany. Stary pracoholik, wieczny kawaler. Historyk, nauczyciel, ewentualnie brat dla Electry i Basila. Nic poza tym. Jakkolwiek by tego pragnął. Nawet nie próbował, bo bez niej… Nie miałoby to najmniejszego sensu.]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>