<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Sny]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Sat, 18 Apr 2026 02:41:47 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 1972, 30.10 | Jonathan & Anthony] A Court of Dusk and Dreams]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5950</link>
			<pubDate>Mon, 13 Apr 2026 14:36:04 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=435">Anthony Shafiq</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5950</guid>
			<description><![CDATA[<h1>—30/10/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Anglia, Brighton</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Jonathan Selwyn &amp; Anthony Shafiq</span><br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2MMbgBh.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=2MMbgBh.png]" class="mycode_img" /><br />
<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">To fling my arms wide<br />
In some place of the sun,<br />
To whirl and to dance<br />
Till the white day is done.<br />
Then rest at cool evening<br />
Beneath a tall tree<br />
While night comes on gently,<br />
    Dark like me—<br />
That is my dream!<br />
</span></span></div>
</h1><br />
<br />
<div class="divek">
<div style="text-align: justify;" class="mycode_align">Nie dało się umknąć przed czasem. <br />
<br />
Oboje byli zmęczeni jawą, oboje strudzeni wyzwaniami, które rzucał im pod nogi los. Oboje też, gdy przychodził zmierzch grawitowali ku sobie, by spróbować chociaż tej nocy zmrużyć oczy, mimo natłoku myśli, planów i obaw, strategii, które trzeba było omówić, konfliktów, które trzeba było zażegnać.<br />
<br />
Tego wieczoru Anthony podał Jonathanowi inną fiolkę. Ciężkie błękitne szkło odbijało ich twarze, eliksir w środku ogrzewał się niespiesznie otulony dwoma parami dłoni. W pokoju unosił się już duszny zapach kadzidła usypiającego, otulających ich mdlistym bursztynowym zapachem, przywodzącym na myśl ciepło pustynnych piasków. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Dostałem je z Egiptu. Ponoć kadzidło i mikstura połączone razem gwarantują dwanaście godzin snu, jednak...</span> – zawahał się na moment i tak mówiąc spokojnie i miarowo, nie chcąc spać i jednocześnie będąc w pełni świadomym, że spać musieli. Ciało nie miało jak się zregenerować, myśli odpocząć, uciec od trwającej wojny i ciężaru zadań. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– ...jest pewien skutek, nazwijmy go ubocznym. Ponoć barwność snów przeżytych za sprawą tego specyfiku znacząco... znacząco wzrasta.</span> – Odchrząknął zmieszany. Z każdą przyjemnością szła cena, a ceną przyjemności, które współdzielił z Jonathanem był fakt, że kiedyś się kończyły. Zawsze zbyt szybko. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Twórca tych ekskluzywnych specyfików, gwarantuje, że nie zaciśnie się nam na gardle pętla koszmarów, ale... sam rozumiesz, mam pewną obawę.</span> – Nie był pewien czy dobrze zrozumiał dołączony opis działania. Normalnie, gdy przychodziły noce nękających go mar, wystarczyło rozbudzić się lekko i poczuć miarowy oddech i bicie serca ukochanego. Teraz jednak - jak zrozumiał arabską adnotację - nie byłoby takiej możliwości. Sen nieprzerwany był gwarantem. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Jeśli chcesz... możemy zażyć to co zwykle</span> – zaproponował niepewnie, w cichości współdzielonej sypialni wytracając butę na rzecz wszechogarniającej troskliwości, podgrzewanej tylko ciepłem zmęczonych zatroskanych oczu Jonathana. Chciał ofiarować mu sen, ale nie zamierzał nie uprzedzać go o możliwych konsekwencjach. Dom był odpowiednio zabezpieczony, możliwi goście oddelegowani, skrzaty stały na straży spokojności ich ciał. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Cóż decydujesz miły? Wzniesiemy modły do wiernego aptekarza? Jego lek zadziała szybko. Tak więc z pocałunkiem Zaśniemy.</span> – parafrazował, pozwalając sobie na lekki kokieteryjny ton, gdy uzyskawszy zgodę zdjął zabezpieczający specyfik lak i wypił swoją część jako pierwszy.</div></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1>—30/10/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Anglia, Brighton</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Jonathan Selwyn &amp; Anthony Shafiq</span><br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2MMbgBh.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=2MMbgBh.png]" class="mycode_img" /><br />
<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">To fling my arms wide<br />
In some place of the sun,<br />
To whirl and to dance<br />
Till the white day is done.<br />
Then rest at cool evening<br />
Beneath a tall tree<br />
While night comes on gently,<br />
    Dark like me—<br />
That is my dream!<br />
</span></span></div>
</h1><br />
<br />
<div class="divek">
<div style="text-align: justify;" class="mycode_align">Nie dało się umknąć przed czasem. <br />
<br />
Oboje byli zmęczeni jawą, oboje strudzeni wyzwaniami, które rzucał im pod nogi los. Oboje też, gdy przychodził zmierzch grawitowali ku sobie, by spróbować chociaż tej nocy zmrużyć oczy, mimo natłoku myśli, planów i obaw, strategii, które trzeba było omówić, konfliktów, które trzeba było zażegnać.<br />
<br />
Tego wieczoru Anthony podał Jonathanowi inną fiolkę. Ciężkie błękitne szkło odbijało ich twarze, eliksir w środku ogrzewał się niespiesznie otulony dwoma parami dłoni. W pokoju unosił się już duszny zapach kadzidła usypiającego, otulających ich mdlistym bursztynowym zapachem, przywodzącym na myśl ciepło pustynnych piasków. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Dostałem je z Egiptu. Ponoć kadzidło i mikstura połączone razem gwarantują dwanaście godzin snu, jednak...</span> – zawahał się na moment i tak mówiąc spokojnie i miarowo, nie chcąc spać i jednocześnie będąc w pełni świadomym, że spać musieli. Ciało nie miało jak się zregenerować, myśli odpocząć, uciec od trwającej wojny i ciężaru zadań. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– ...jest pewien skutek, nazwijmy go ubocznym. Ponoć barwność snów przeżytych za sprawą tego specyfiku znacząco... znacząco wzrasta.</span> – Odchrząknął zmieszany. Z każdą przyjemnością szła cena, a ceną przyjemności, które współdzielił z Jonathanem był fakt, że kiedyś się kończyły. Zawsze zbyt szybko. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Twórca tych ekskluzywnych specyfików, gwarantuje, że nie zaciśnie się nam na gardle pętla koszmarów, ale... sam rozumiesz, mam pewną obawę.</span> – Nie był pewien czy dobrze zrozumiał dołączony opis działania. Normalnie, gdy przychodziły noce nękających go mar, wystarczyło rozbudzić się lekko i poczuć miarowy oddech i bicie serca ukochanego. Teraz jednak - jak zrozumiał arabską adnotację - nie byłoby takiej możliwości. Sen nieprzerwany był gwarantem. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Jeśli chcesz... możemy zażyć to co zwykle</span> – zaproponował niepewnie, w cichości współdzielonej sypialni wytracając butę na rzecz wszechogarniającej troskliwości, podgrzewanej tylko ciepłem zmęczonych zatroskanych oczu Jonathana. Chciał ofiarować mu sen, ale nie zamierzał nie uprzedzać go o możliwych konsekwencjach. Dom był odpowiednio zabezpieczony, możliwi goście oddelegowani, skrzaty stały na straży spokojności ich ciał. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Cóż decydujesz miły? Wzniesiemy modły do wiernego aptekarza? Jego lek zadziała szybko. Tak więc z pocałunkiem Zaśniemy.</span> – parafrazował, pozwalając sobie na lekki kokieteryjny ton, gdy uzyskawszy zgodę zdjął zabezpieczający specyfik lak i wypił swoją część jako pierwszy.</div></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B.]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5866</link>
			<pubDate>Wed, 18 Mar 2026 00:28:57 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=544">Benjy Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5866</guid>
			<description><![CDATA[Leżałem na plecach w wysokiej trawie, z rękami założonymi pod głową, i patrzyłem, jak niebo rozlewa się nade mną w odrobinę zbyt czystym odcieniu błękitu, żeby komukolwiek przyszło do głowy nazwać to „typowym angielskim lipcem”, ale może wcale nie byłem w Anglii. Lato miało tu smak ciepłego powietrza i czegoś słodkiego, co osiadało na języku przy każdym wdechu - może kwiatów, może owoców, które dojrzewały gdzieś poza zasięgiem mojego wzroku. Gdzieś obok musiała być woda, bo okazjonalnie wiejący wiaterek niósł ten specyficzny chłód, który pojawiał się przy jeziorach albo rzekach, czułem go na odsłoniętych przedramionach - delikatny kontrast dla słońca, ulga w skwarze, idealna równowaga. Zapach wilgoci mieszał się z ciepłem ziemi, tworząc coś znajomego, coś, co kojarzyło mi się z wakacjami spędzanymi z dala od domu, od ścian z kamienia, od wiecznego przeciągu w korytarzach posiadłości w Little Hangleton i od naszych typowych letnich rezydencji, w których trawnik był zawsze starannie przystrzyżony. Nie ruszałem się, nie sprawdzałem okolicy, nie skanowałem otoczenia sokolim wzrokiem, nie było, po co - świat, jakimś cudem, nie domagał się ode mnie niczego, nic się nie działo, nikt niczego ode mnie nie chciał, los na chwilę przestał mnie sprawdzać. <br />
Nie pamiętałem, kiedy ostatnio było tak… Spokojnie. Bez planu, bez czyjejś obecności nad głową, bez tej ciągłej gotowości, żeby coś udowodnić, coś odkręcić albo kogoś wyprowadzić z równowagi. Tutaj niczego nie musiałem, nawet myśleć, tu nie było zimnych murów, nie było spojrzeń, nie było zasad, które trzeba było naginać tylko po to, żeby nie zwariować.<br />
Przymknąłem oczy tylko na chwilę, bardziej z przyzwyczajenia niż zmęczenia, i przeciągnąłem się leniwie, czując materiał cienkiej, bawełnianej koszuli przyklejający mi się do rozgrzanej skóry. Jedną nogę miałem niedbale zgiętą w kolanie, drugą wyciągniętą, buty porzucone gdzieś obok, bo uznałem, że nie są mi do niczego potrzebne - i tak nigdzie mi się nie spieszyło - było przyjemnie, zbyt przyjemnie, pewnie, za sielsko, ale nie na tyle, żeby zawracać sobie tym myśli. Kapelusz zsunął mi się lekko na oczy, więc poprawiłem go dwoma palcami, nie podnosząc nawet głowy o cal. Cień od ronda przeciął mi twarz na pół, a świat zrobił się przyjemnie przytłumiony, ale nie całkowicie zasłonięty, nadal widziałem jasność pod powiekami. Przesunąłem językiem po źdźble trawy, które wetknąłem sobie między zęby, smakowało świeżo, lekko gorzko, zupełnie jak powinno, nie było w tym miejscu nic szczególnego, gdyby ktoś zapytał - ot, kawałek łąki, kilka drzew, słońce i cisza, a jednak wszystko było dokładnie takie, jak powinno…<br />
Gdzieś daleko coś zaszeleściło, może wiatr, może jakieś zwierzę, ale nie otworzyłem oczu, nie było powodu, nic tu nie wymagało mojej uwagi. Gdybym się uparł, pewnie znalazłbym w tym coś podejrzanego, zawsze znajdowałem, ale jeśli coś działało, nie widziałem potrzeby, żeby to analizować - to była jedna z niewielu zasad, których postanowiłem się trzymać bez jakichkolwiek zastrzeżeń. Przez chwilę, jedną z tych rzadkich, cholernie rzadkich chwil, nie zastanawiałem się nad niczym. <br />
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Leżałem na plecach w wysokiej trawie, z rękami założonymi pod głową, i patrzyłem, jak niebo rozlewa się nade mną w odrobinę zbyt czystym odcieniu błękitu, żeby komukolwiek przyszło do głowy nazwać to „typowym angielskim lipcem”, ale może wcale nie byłem w Anglii. Lato miało tu smak ciepłego powietrza i czegoś słodkiego, co osiadało na języku przy każdym wdechu - może kwiatów, może owoców, które dojrzewały gdzieś poza zasięgiem mojego wzroku. Gdzieś obok musiała być woda, bo okazjonalnie wiejący wiaterek niósł ten specyficzny chłód, który pojawiał się przy jeziorach albo rzekach, czułem go na odsłoniętych przedramionach - delikatny kontrast dla słońca, ulga w skwarze, idealna równowaga. Zapach wilgoci mieszał się z ciepłem ziemi, tworząc coś znajomego, coś, co kojarzyło mi się z wakacjami spędzanymi z dala od domu, od ścian z kamienia, od wiecznego przeciągu w korytarzach posiadłości w Little Hangleton i od naszych typowych letnich rezydencji, w których trawnik był zawsze starannie przystrzyżony. Nie ruszałem się, nie sprawdzałem okolicy, nie skanowałem otoczenia sokolim wzrokiem, nie było, po co - świat, jakimś cudem, nie domagał się ode mnie niczego, nic się nie działo, nikt niczego ode mnie nie chciał, los na chwilę przestał mnie sprawdzać. <br />
Nie pamiętałem, kiedy ostatnio było tak… Spokojnie. Bez planu, bez czyjejś obecności nad głową, bez tej ciągłej gotowości, żeby coś udowodnić, coś odkręcić albo kogoś wyprowadzić z równowagi. Tutaj niczego nie musiałem, nawet myśleć, tu nie było zimnych murów, nie było spojrzeń, nie było zasad, które trzeba było naginać tylko po to, żeby nie zwariować.<br />
Przymknąłem oczy tylko na chwilę, bardziej z przyzwyczajenia niż zmęczenia, i przeciągnąłem się leniwie, czując materiał cienkiej, bawełnianej koszuli przyklejający mi się do rozgrzanej skóry. Jedną nogę miałem niedbale zgiętą w kolanie, drugą wyciągniętą, buty porzucone gdzieś obok, bo uznałem, że nie są mi do niczego potrzebne - i tak nigdzie mi się nie spieszyło - było przyjemnie, zbyt przyjemnie, pewnie, za sielsko, ale nie na tyle, żeby zawracać sobie tym myśli. Kapelusz zsunął mi się lekko na oczy, więc poprawiłem go dwoma palcami, nie podnosząc nawet głowy o cal. Cień od ronda przeciął mi twarz na pół, a świat zrobił się przyjemnie przytłumiony, ale nie całkowicie zasłonięty, nadal widziałem jasność pod powiekami. Przesunąłem językiem po źdźble trawy, które wetknąłem sobie między zęby, smakowało świeżo, lekko gorzko, zupełnie jak powinno, nie było w tym miejscu nic szczególnego, gdyby ktoś zapytał - ot, kawałek łąki, kilka drzew, słońce i cisza, a jednak wszystko było dokładnie takie, jak powinno…<br />
Gdzieś daleko coś zaszeleściło, może wiatr, może jakieś zwierzę, ale nie otworzyłem oczu, nie było powodu, nic tu nie wymagało mojej uwagi. Gdybym się uparł, pewnie znalazłbym w tym coś podejrzanego, zawsze znajdowałem, ale jeśli coś działało, nie widziałem potrzeby, żeby to analizować - to była jedna z niewielu zasad, których postanowiłem się trzymać bez jakichkolwiek zastrzeżeń. Przez chwilę, jedną z tych rzadkich, cholernie rzadkich chwil, nie zastanawiałem się nad niczym. <br />
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[10.10.1972, sen] Well, it​’s one for the money, two for the show | Benjy, Prudence]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5780</link>
			<pubDate>Wed, 25 Feb 2026 20:12:32 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=544">Benjy Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5780</guid>
			<description><![CDATA[Wczesnowiosenny wieczór na przedmieściach Londynu był chłodny, wilgotny i wietrzny, zapach mokrej ziemi i benzyny mieszał się z aromatem smażonej cebuli z budki obok. Stałem na samym szczycie stromej ulicy, tam, gdzie chodnik gwałtownie załamywał się w dół, otwierając widok na migotliwe morze świateł North Kensington, które z tej perspektywy wyglądało na spokojną, niemal luksusową okolicę, co było totalnym kłamstwem, ale za to jakim ładnym. W dole miasto mrugało do mnie tysiącem migotliwych punkcików - neonowe reklamy kina w oddali mieszały się z żółtawym blaskiem gazowych latarń, tworząc świetlistą poświatę, która obiecywała wszystko i nic jednocześnie - mgła, typowa dla tej pory roku, zmiękczała kontury budynków, nadając wszystkiemu nierealny, niemal filmowy charakter.<br />
Nie traciłem jednak czasu na kontemplację aury, tylko łapczywie wpakowałem sobie do gęby kolejnego hot doga, praktycznie w całości, ledwo przeżuwając poprzedni gigantyczny kęs i bezmyślnie gapiąc się w dół ulicy, gdzie tylne światła jakiegoś autobusu rozmywały się właśnie w wieczornej mżawce, tworząc długie, czerwone smugi na mokrym asfalcie. Bułka była tania i miękka, parówka podejrzanie różowa, cebula miała w sobie zbyt wiele pieprzu, by to nie było podejrzane, ale nie dbałem o to, delektując się każdą kalorią - głodny facet to zły facet, a ja nie zamierzałem psuć sobie tej wyjątkowo przyjemnej chwili - mój żołądek zawsze mieścił więcej, niż podpowiadał rozsądek, natomiast po tym całym cyrku w kowenie domagał się daniny, której nie potrafiłem mu odmówić. Spalanie miałem równie wysokie, co moja tankująca się maszyna, szczególnie po zmroku, w dodatku byłem pewien, że po takim dniu jakiekolwiek przejawy nienasycenia z pewnością stałyby się nie do zniesienia. Zawsze byłem głodny, a dzisiejszy wieczór, mimo swojej dziwności, tylko ten głód zaostrzył, wymagając spalenia sporej dawki kalorii, choćby po to, by nie zacząć dygotać z zimna w samej koszuli. Oparłem się ciężko o nagrzaną skórę siedzenia, ignorując fakt, że metal pod moim biodrem okazał się - zaskakujące, nie - przenikliwie zimny, silnik wciąż jeszcze pykał cicho, oddając resztki ciepła.<br />
Zacząłem żuć wolniej, bo mój wzrok przykuł kolorowy plakat naklejony na murze tuż za głową Prudence stojącej pod jaskrawym, biało-niebieskim neonem stacji benzynowej, wyglądającej jak zagubiony duch, który przez pomyłkę trafił do świata żywych - jej dłonie ledwo wystawały z rękawów co najmniej cztery rozmiary za dużego okrycia wierzchniego, a rąbek czarnej od błota sukni wystawał spod płaszcza, zamiatając brudny beton stacji benzynowej. Spojrzałem na nadal-Bletchley, lekko marszcząc czoło na tempo, w jakim jadła swój przydział fastfoodu. <br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Wszystko okej?</span> - Odezwałem się, mój głos brzmiał chrapliwie w rześkim powietrzu, pomimo ilości jedzenia, które jeszcze przed chwilą umieściłem w ustach. Musztarda skapnęła mi na palce, ale zupełnie się tym nie przejąłem, tylko wsadziłem je sobie pomiędzy wargi, zlizując mieszankę tłustych sosów. Mój wzrok znowu powędrował na ceglaną ścianę warsztatu przylegającego do stacji - naderwany plakat, trzepotał na wietrze - zmrużyłem oczy, próbując rozczytać wyblakłe litery w słabym świetle jarzeniówek, litery tańczyły mi przed oczami, ale w końcu ułożyły się w sens. „Szalona misja panny Fifi” - brzmiało jak coś, przy czym nie trzeba za dużo myśleć, a plakat obiecywał dużo biegania w bieliźnie.<br />
Przełknąłem ostatni kęs hot doga i otarłem usta wierzchem dłoni, marszcząc brwi w skupieniu, po czym sięgnąłem po papierosa, którego wetknąłem za ucho „na później”, za nim mając sobie wyraźnie widoczny znak mówiący o zakazie palenia przy dystrybutorach. Parsknąłem cicho, bo - jasne - od kiedy ktokolwiek przejmował się takimi duperelami, zwłaszcza w miejscu, w którym pięć kroków dalej stała buda z otwartym ogniem do smażenia burgerów podłej jakości i parowania jeszcze gorszych kiełbasek. W papierowej, zatłuszczonej torbie miałem jeszcze cztery buły - zapas na czarną godzinę, która w moim przypadku następowała zazwyczaj co dwadzieścia minut - ale teraz przede wszystkim potrzebowałem zapalić. <br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Chcesz iść?</span> - Zapytałem, wracając spojrzeniem do Prudence, tym razem przez chwilę nie spuszczając z niej wzroku - wyglądała komicznie i tragicznie jednocześnie, ale w tym całym bałaganie z jej niedoszłym ślubem była najpiękniejszą rzeczą, jaką widziało to wzgórze. Kiwnąłem w stronę afiszu i przyglądając się jej z troską, której starałem się nie okazywać zbyt wylewnie. -<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Zaraz zaczynają seans. W środku jest przynajmniej ciepło, nie to co na tym wygwizdowie. Mogłabyś tam w końcu zdjąć te swoje przeklęte łamignaty.</span> - Wskazałem podbródkiem na białe, satynowe szpilki, które kompletnie nie pasowały do ryczącego motocykla, zapachu etyliny i smaru, ale jakimś cudem dały radę, co było jednocześnie przerażające i imponujące. Przecież i tak nie mieliśmy dziś nic lepszego do roboty, skoro ona nie była teraz na własnym weselu, a ja zupełnie olałem własne sprawy. Co nam szkodziło zgromadzić zapasy popcornu, słodkich przekąsek, kilka litrów jakiejś sody i może butelkę czegoś mocniejszego, by przeżyć najbardziej fantastyczny seans tej dekady? <br />
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=MxGYbzS.jpeg[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Wczesnowiosenny wieczór na przedmieściach Londynu był chłodny, wilgotny i wietrzny, zapach mokrej ziemi i benzyny mieszał się z aromatem smażonej cebuli z budki obok. Stałem na samym szczycie stromej ulicy, tam, gdzie chodnik gwałtownie załamywał się w dół, otwierając widok na migotliwe morze świateł North Kensington, które z tej perspektywy wyglądało na spokojną, niemal luksusową okolicę, co było totalnym kłamstwem, ale za to jakim ładnym. W dole miasto mrugało do mnie tysiącem migotliwych punkcików - neonowe reklamy kina w oddali mieszały się z żółtawym blaskiem gazowych latarń, tworząc świetlistą poświatę, która obiecywała wszystko i nic jednocześnie - mgła, typowa dla tej pory roku, zmiękczała kontury budynków, nadając wszystkiemu nierealny, niemal filmowy charakter.<br />
Nie traciłem jednak czasu na kontemplację aury, tylko łapczywie wpakowałem sobie do gęby kolejnego hot doga, praktycznie w całości, ledwo przeżuwając poprzedni gigantyczny kęs i bezmyślnie gapiąc się w dół ulicy, gdzie tylne światła jakiegoś autobusu rozmywały się właśnie w wieczornej mżawce, tworząc długie, czerwone smugi na mokrym asfalcie. Bułka była tania i miękka, parówka podejrzanie różowa, cebula miała w sobie zbyt wiele pieprzu, by to nie było podejrzane, ale nie dbałem o to, delektując się każdą kalorią - głodny facet to zły facet, a ja nie zamierzałem psuć sobie tej wyjątkowo przyjemnej chwili - mój żołądek zawsze mieścił więcej, niż podpowiadał rozsądek, natomiast po tym całym cyrku w kowenie domagał się daniny, której nie potrafiłem mu odmówić. Spalanie miałem równie wysokie, co moja tankująca się maszyna, szczególnie po zmroku, w dodatku byłem pewien, że po takim dniu jakiekolwiek przejawy nienasycenia z pewnością stałyby się nie do zniesienia. Zawsze byłem głodny, a dzisiejszy wieczór, mimo swojej dziwności, tylko ten głód zaostrzył, wymagając spalenia sporej dawki kalorii, choćby po to, by nie zacząć dygotać z zimna w samej koszuli. Oparłem się ciężko o nagrzaną skórę siedzenia, ignorując fakt, że metal pod moim biodrem okazał się - zaskakujące, nie - przenikliwie zimny, silnik wciąż jeszcze pykał cicho, oddając resztki ciepła.<br />
Zacząłem żuć wolniej, bo mój wzrok przykuł kolorowy plakat naklejony na murze tuż za głową Prudence stojącej pod jaskrawym, biało-niebieskim neonem stacji benzynowej, wyglądającej jak zagubiony duch, który przez pomyłkę trafił do świata żywych - jej dłonie ledwo wystawały z rękawów co najmniej cztery rozmiary za dużego okrycia wierzchniego, a rąbek czarnej od błota sukni wystawał spod płaszcza, zamiatając brudny beton stacji benzynowej. Spojrzałem na nadal-Bletchley, lekko marszcząc czoło na tempo, w jakim jadła swój przydział fastfoodu. <br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Wszystko okej?</span> - Odezwałem się, mój głos brzmiał chrapliwie w rześkim powietrzu, pomimo ilości jedzenia, które jeszcze przed chwilą umieściłem w ustach. Musztarda skapnęła mi na palce, ale zupełnie się tym nie przejąłem, tylko wsadziłem je sobie pomiędzy wargi, zlizując mieszankę tłustych sosów. Mój wzrok znowu powędrował na ceglaną ścianę warsztatu przylegającego do stacji - naderwany plakat, trzepotał na wietrze - zmrużyłem oczy, próbując rozczytać wyblakłe litery w słabym świetle jarzeniówek, litery tańczyły mi przed oczami, ale w końcu ułożyły się w sens. „Szalona misja panny Fifi” - brzmiało jak coś, przy czym nie trzeba za dużo myśleć, a plakat obiecywał dużo biegania w bieliźnie.<br />
Przełknąłem ostatni kęs hot doga i otarłem usta wierzchem dłoni, marszcząc brwi w skupieniu, po czym sięgnąłem po papierosa, którego wetknąłem za ucho „na później”, za nim mając sobie wyraźnie widoczny znak mówiący o zakazie palenia przy dystrybutorach. Parsknąłem cicho, bo - jasne - od kiedy ktokolwiek przejmował się takimi duperelami, zwłaszcza w miejscu, w którym pięć kroków dalej stała buda z otwartym ogniem do smażenia burgerów podłej jakości i parowania jeszcze gorszych kiełbasek. W papierowej, zatłuszczonej torbie miałem jeszcze cztery buły - zapas na czarną godzinę, która w moim przypadku następowała zazwyczaj co dwadzieścia minut - ale teraz przede wszystkim potrzebowałem zapalić. <br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Chcesz iść?</span> - Zapytałem, wracając spojrzeniem do Prudence, tym razem przez chwilę nie spuszczając z niej wzroku - wyglądała komicznie i tragicznie jednocześnie, ale w tym całym bałaganie z jej niedoszłym ślubem była najpiękniejszą rzeczą, jaką widziało to wzgórze. Kiwnąłem w stronę afiszu i przyglądając się jej z troską, której starałem się nie okazywać zbyt wylewnie. -<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Zaraz zaczynają seans. W środku jest przynajmniej ciepło, nie to co na tym wygwizdowie. Mogłabyś tam w końcu zdjąć te swoje przeklęte łamignaty.</span> - Wskazałem podbródkiem na białe, satynowe szpilki, które kompletnie nie pasowały do ryczącego motocykla, zapachu etyliny i smaru, ale jakimś cudem dały radę, co było jednocześnie przerażające i imponujące. Przecież i tak nie mieliśmy dziś nic lepszego do roboty, skoro ona nie była teraz na własnym weselu, a ja zupełnie olałem własne sprawy. Co nam szkodziło zgromadzić zapasy popcornu, słodkich przekąsek, kilka litrów jakiejś sody i może butelkę czegoś mocniejszego, by przeżyć najbardziej fantastyczny seans tej dekady? <br />
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=MxGYbzS.jpeg[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[10.10.1972, sen] happier than ever? | Benjy & Prudence]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5692</link>
			<pubDate>Mon, 09 Feb 2026 23:21:58 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=453">Prudence Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5692</guid>
			<description><![CDATA[[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=5Rg7thO.png[/inny avek]<br />
<p>Ołtarz. Znajdowała się na kowenowym ołtarzu. Przynajmniej tak jej się wydawało. Jej stopa drgnęła, obcas utknął w zagłębieniu granitowej posadzki. Poruszyła nią, żeby uwolnić stopę. Spojrzała na dół, zobaczyła, że ma na sobą białą sukienkę. Uniosła głowę do góry, zobaczyła twarz, która się do niej uśmiechała. Też powinna się uśmiechać, jednak nie była co do tego szczególnie przekonana. Wiedziała, że powinna tutaj być, że to było jej miejsce, robiła to, czego się od niej oczekiwało, jednak gdzieś w głębi, pod skórą czuła, że nie tędy droga, że to nie do końca to, czego chciała. Zerknęła przez ramię, dostrzegła znajome twarze, również uśmiechnięte, co tylko spowodowało jeszcze większy ciężar na jej piersi. Nie chciała tutaj być, ale jednak pozwoliła sobie znaleźć się w tej sytuacji. Chciała stabilizacji, prawda? Chciała, a przynajmniej tak sobie powtarzała w głowie, tak przecież powinna wyglądać dorosłość. Trzeba było znaleźć męża, ustatkować się, założyć rodzinę, bo tak wypada, bo tak trzeba, szkoda tylko, że nie do końca była zachwycona wyborem swojego kandydata, ale jakoś tak wyszło, jakoś znalazła się w tym miejscu. Jej dłoń zacisnęła się mocniej na bukiecie kwiatów, czuła jak paznokcie wbijają się w łodygi.</p>
<p>W jej nozdrza uderzał zapach lilii, słodki, lepki, mieszał się z kadzidłem i woskiem, który topił się ze świec, był mdły, okropnie mdły. Przez ogromne witraże wpadały ostatnie promienie słońca, rozświetlały to miejsce, uniosła głowę i wbiła spojrzenie w jeden z nich, po chwili przeniosła go na kamienną ścianę. Słyszała w tle głos kapłana, coś mówił, powtarzał kolejne słowa, nie skupiała się jednak na nich, ani na muzyce, liczyła w myślach pęknięcia w tej nieszczęsnej ścianie znajdujące się tuż przed nią, jakby to było najbardziej fascynującą rzeczą w całym tym otoczeniu. Chciała mieć to już za sobą, wyjść stąd na świeże powietrze, liczyła na to, że ono jej pomoże, czuła bowiem niewidzialną pętlę zaciskającą się na jej szyi, nie powinno jej towarzyszyć to uczucie, nie podczas takiego dnia. Powinna się cieszyć, zapamiętać go na zawsze, jednak radość nie przychodziła, wręcz przeciwnie z każdą mijającą sekundą miała wrażenie, że to nie tutaj powinna być, że nie pasowała do tego obrazka, że właśnie coś się kończyło, a nie zaczynało, wcale tego nie chciała.</p>
<p>Wydawać by się mogło, że powinna być pewna podjętej przez nią decyzji, dlaczego więc jej dłoń zaczęła drżeć? Nie miała pojęcia. Jak mogłaby być pewna, kiedy mężczyzna, który się przed nią znajdował, nie był tym, który od zawsze nawiedzał jej myśli, pojawiał się w snach. Ten tutaj po prostu był, nie mogła jednak oszukać siebie, swoich największych pragnień, nawet kiedy udało jej się oszukać całe otoczenie, wszystkich tych ludzi, którzy się tutaj znajdowali.</p>
<p>Muzyka zamilkła, kapłan nieco uniósł głos, mówił do niej? Chyba? Zawiesiła się na dłuższy moment, mrugnęła, powinna wrócić, jej twarz straciła kolor, zrobiła się blada, przeniosła wzrok na mężczyznę. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Słucham?</span> - Wyrwało jej się z ust, chociaż nie powinno, nie słuchała, miała słuchać, ale nie słuchała. Nie chciała tutaj być, nie mogła jednak teraz odwrócić się na pięcie i odejść, tego od niej oczekiwano, to było to, co powinna zrobić, nawet jeśli miała żałować tego do końca swoich dni.  Przez jej myśl przeszło, że to wcale nie byłoby takie trudne, wystarczyłoby, że odwróciłaby się w tej chwili, suknia zaszeleściłaby pod jej stopami, kiedy zmierzałaby w kierunku wyjścia i tyle by było po niej. Przeniosła wzrok w bok, dostrzegła tam drzwi przez które przebijało się światło, jeszcze mniej skomplikowana droga ucieczki, z której mogłaby skorzystać, mogłaby skorzystać gdyby znalazła w sobie odrobinę odwagi. Dlaczego zawsze tak trudno było jej robić to na co miała ochotę, dlaczego usiłowała udowodnić wszystkim, że była taka, jakiej oczekiwali? Nie umiała sobie odpowiedzieć na to pytanie, potrzebowała bodźca, aby się stąd wyrwać, obawiała się jednak, że on nie nadejdzie.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=5Rg7thO.png[/inny avek]<br />
<p>Ołtarz. Znajdowała się na kowenowym ołtarzu. Przynajmniej tak jej się wydawało. Jej stopa drgnęła, obcas utknął w zagłębieniu granitowej posadzki. Poruszyła nią, żeby uwolnić stopę. Spojrzała na dół, zobaczyła, że ma na sobą białą sukienkę. Uniosła głowę do góry, zobaczyła twarz, która się do niej uśmiechała. Też powinna się uśmiechać, jednak nie była co do tego szczególnie przekonana. Wiedziała, że powinna tutaj być, że to było jej miejsce, robiła to, czego się od niej oczekiwało, jednak gdzieś w głębi, pod skórą czuła, że nie tędy droga, że to nie do końca to, czego chciała. Zerknęła przez ramię, dostrzegła znajome twarze, również uśmiechnięte, co tylko spowodowało jeszcze większy ciężar na jej piersi. Nie chciała tutaj być, ale jednak pozwoliła sobie znaleźć się w tej sytuacji. Chciała stabilizacji, prawda? Chciała, a przynajmniej tak sobie powtarzała w głowie, tak przecież powinna wyglądać dorosłość. Trzeba było znaleźć męża, ustatkować się, założyć rodzinę, bo tak wypada, bo tak trzeba, szkoda tylko, że nie do końca była zachwycona wyborem swojego kandydata, ale jakoś tak wyszło, jakoś znalazła się w tym miejscu. Jej dłoń zacisnęła się mocniej na bukiecie kwiatów, czuła jak paznokcie wbijają się w łodygi.</p>
<p>W jej nozdrza uderzał zapach lilii, słodki, lepki, mieszał się z kadzidłem i woskiem, który topił się ze świec, był mdły, okropnie mdły. Przez ogromne witraże wpadały ostatnie promienie słońca, rozświetlały to miejsce, uniosła głowę i wbiła spojrzenie w jeden z nich, po chwili przeniosła go na kamienną ścianę. Słyszała w tle głos kapłana, coś mówił, powtarzał kolejne słowa, nie skupiała się jednak na nich, ani na muzyce, liczyła w myślach pęknięcia w tej nieszczęsnej ścianie znajdujące się tuż przed nią, jakby to było najbardziej fascynującą rzeczą w całym tym otoczeniu. Chciała mieć to już za sobą, wyjść stąd na świeże powietrze, liczyła na to, że ono jej pomoże, czuła bowiem niewidzialną pętlę zaciskającą się na jej szyi, nie powinno jej towarzyszyć to uczucie, nie podczas takiego dnia. Powinna się cieszyć, zapamiętać go na zawsze, jednak radość nie przychodziła, wręcz przeciwnie z każdą mijającą sekundą miała wrażenie, że to nie tutaj powinna być, że nie pasowała do tego obrazka, że właśnie coś się kończyło, a nie zaczynało, wcale tego nie chciała.</p>
<p>Wydawać by się mogło, że powinna być pewna podjętej przez nią decyzji, dlaczego więc jej dłoń zaczęła drżeć? Nie miała pojęcia. Jak mogłaby być pewna, kiedy mężczyzna, który się przed nią znajdował, nie był tym, który od zawsze nawiedzał jej myśli, pojawiał się w snach. Ten tutaj po prostu był, nie mogła jednak oszukać siebie, swoich największych pragnień, nawet kiedy udało jej się oszukać całe otoczenie, wszystkich tych ludzi, którzy się tutaj znajdowali.</p>
<p>Muzyka zamilkła, kapłan nieco uniósł głos, mówił do niej? Chyba? Zawiesiła się na dłuższy moment, mrugnęła, powinna wrócić, jej twarz straciła kolor, zrobiła się blada, przeniosła wzrok na mężczyznę. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Słucham?</span> - Wyrwało jej się z ust, chociaż nie powinno, nie słuchała, miała słuchać, ale nie słuchała. Nie chciała tutaj być, nie mogła jednak teraz odwrócić się na pięcie i odejść, tego od niej oczekiwano, to było to, co powinna zrobić, nawet jeśli miała żałować tego do końca swoich dni.  Przez jej myśl przeszło, że to wcale nie byłoby takie trudne, wystarczyłoby, że odwróciłaby się w tej chwili, suknia zaszeleściłaby pod jej stopami, kiedy zmierzałaby w kierunku wyjścia i tyle by było po niej. Przeniosła wzrok w bok, dostrzegła tam drzwi przez które przebijało się światło, jeszcze mniej skomplikowana droga ucieczki, z której mogłaby skorzystać, mogłaby skorzystać gdyby znalazła w sobie odrobinę odwagi. Dlaczego zawsze tak trudno było jej robić to na co miała ochotę, dlaczego usiłowała udowodnić wszystkim, że była taka, jakiej oczekiwali? Nie umiała sobie odpowiedzieć na to pytanie, potrzebowała bodźca, aby się stąd wyrwać, obawiała się jednak, że on nie nadejdzie.</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5649</link>
			<pubDate>Fri, 23 Jan 2026 15:13:57 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=544">Benjy Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5649</guid>
			<description><![CDATA[Pociąg kołysał się jednostajnie, koła wybijały ten specyficzny, metaliczny rytm, który znało się ciałem, nawet jeśli głowa nie pamiętała dlaczego. Siedziałem w przedziale sam, rozciągnięty w sposób, który zawsze denerwował współpasażerów, chociaż nie do końca zależał ode mnie, więc może dobrze, że tym razem nie było tu nikogo, prócz mnie. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„Czy aby na pewno?”</span> Patrzyłem przez okno, bez większego zainteresowania, chociaż krajobraz za szybą nie miał sensu - zielone pola przechodziły w mgłę, mgła w światło, światło znowu w cień, wszystko było trochę zbyt wygładzone i rozmyte, jak akwarelowa ilustracja, nie jak prawdziwy świat, ale to mi nie przeszkadzało, nic mi nie przeszkadzało, wszystko było… W porządku. Chyba. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„Ależ tak?”</span><br />
Przedział był pusty, od początku był pusty i miał taki pozostać - przesunąłem wzrokiem po pustych siedzeniach, po półkach na bagaże, na których nie leżały żadne kufry ani klatki z sowami - siedziałem w nim sam, rozwalony na siedzeniu tak bardzo, że gdyby był tu ktoś jeszcze, pewnie doprowadziłbym go tym do szału, ale to przecież nie była moja wina. Poza tym… Miałem rezerwację, ta przestrzeń należała do mnie, przynajmniej na czas tej podróży. Moje plecy opierały się o zieloną tapicerkę, wytartą dokładnie tam, gdzie przez lata opierały się cudze ramiona, nogi miałem za długie jak na ten pociąg, kolano uderzało o drewnianą ściankę, buty dotykały przeciwległego siedzenia, a i tak nie było mi do końca wygodnie, chociaż przecież zrobiłem wszystko, by mieć tu komfort.<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> „To z pewnością.”</span><br />
Pachniało starym drewnem, kurzem i czymś słodkawym, jakby rozpuszczającymi słodyczami trzymanymi latami w kieszeni płaszcza - całkiem przyjemnie, gdyby nie jakaś obca, męcząca nuta zapachowa przebijająca się od czasu do czasu. Nie nieprzyjemna, tylko zupełnie nieodpowiednia, jakby ktoś zawiesił tu choinkę zapachową, której nie zauważyłem, a która co jakiś czas bujała się trochę za blisko mojego nosa - jeszcze nie tak, bym nie mógł tego wytrzymać, ale tak, że zwracałem na to uwagę gdzieś w peryferiach świadomości. Wiedziałem, że wszystko inne było na miejscu, w tym ja. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„...”</span><br />
To był długodystansowy pociąg - taki, który jedzie długo, za długo, i w którym zawsze ma się wrażenie, że coś ważnego dopiero się wydarzy. Nie wiedziałem skąd to wiem, po prostu było to oczywiste, jak fakt, że okno jest po lewej, a korytarz po prawej. W głowie miałem pustkę, gładką, niezakłóconą, nie miałem wspomnień, które mógłbym do czegokolwiek przypiąć, nie zwracałem uwagi na destynację, nie patrzyłem na bilet, tylko siedziałem na swoim miejscu, wpatrując się w umykające krajobrazy - lasy, pola, góry, jezioro… <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„Nie wyglądało na słone, a powinno.”</span><br />
Uniosłem brew, odruchowo, z tą lekką, nieco arogancką miną kogoś, komu przeszkodzono, po czym spojrzałem na nią, gdy wsunęła się do środka przez suwane drzwi, które jęknęły niczym zbolała dusza, przerywając błogą ciszę. Obracając głowę w kierunku dźwięku, przyjrzałem się intruzowi uważniej, bez skrępowania. Stała w przejściu, jakby sprawdzała, czy to właściwe miejsce - nie było - to wiedziałem z całą pewnością, nawet jeśli w mojej głowie nie pojawiło się żadne kliknięcie, wiedziałem tylko, że coś się nie zgadza.<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> „Ach tak?”</span><br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ty tu nie siedzisz.</span> - Powiedziałem spokojnie, niemal znudzony, jakbym poprawiał oczywisty błąd w rozkładzie. Nie było żadnego „aha”, żadnego rozpoznania, żadnej historii, która nagle wyskoczyłaby na powierzchnię, nie było żadnego skojarzenia, żadnego „znam cię”, mój mózg próbował coś znaleźć, ale trafiał na gładką powierzchnię, jakby ktoś starannie starł wszystkie etykiety. Była po prostu… Obca, a jednocześnie coś w niej było zbyt wyraźne, zbyt rzeczywiste jak na ten rozmyty świat. Te oczy… Nie potrafiłem powiedzieć, skąd je znam ani dlaczego serce zrobiło ten drobny, niepotrzebny ruch. Mrugnąłem, ale świat nie wskoczył na miejsce tak, jak to robił wcześniej, nawet jeśli pociąg sunął dalej, a za oknem krajobraz wciąż przechodził w jasność, jasność w cień. Oparłem się wygodniej, przyglądając jej się z tą znaną mi arogancją, która zwykle maskowała dezorientację. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„Tą, której nie było?”</span><br />
Uniosłem dłoń, wykonując lekki gest, obejmujący przestrzeń przedziału. Przez ułamek sekundy świat za oknem rozjaśnił się zbyt mocno, a potem wrócił do poprzedniego stanu - zmarszczyłem brwi mocniej, coś we mnie drgnęło, nie wspomnienie, raczej impuls, jakby ktoś pociągnął mnie delikatnie za nitki uwagi, próbując skierować ją gdzie indziej. To było irytujące.<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> „Ahh.”</span><br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Zajęte.</span> - Dodałem, niemal arogancko, zupełnie bez pardonu. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie w sensie „ktoś zaraz wróci”. Po prostu… Ty tu nie siedzisz.</span> - Czułem w sobie pewność, że świat ma swoje zasady, a ona właśnie jedną z nich złamała, więc mogłem ją o tym poinformować. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„Musiałem, prawda?”</span><br />
Pochyliłem się lekko do przodu, opierając łokcie o kolana, wciąż przyglądając się dziewczynie… Nie - kobiecie… A może dziewczynie? Patrzyłem na nią, jakby była zadaniem z teorii magii, którego rozwiązanie miałem na końcu języka, i chociaż nie rozumiałem, dlaczego jej obecność wywoływała we mnie lekkie napięcie, coś jak źle postawiony akcent w zdaniu, byłem pewien - wszystko inne było na swoim miejscu, ona nie. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„I nie powinna.”</span><br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie wiem, dokąd zmierzasz</span> - przyznałem bez skrępowania - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">i to raczej nie największy problem. Ale wiem, że pomyliłaś miejsca. Powinnaś wysiąść.</span> - Uniosłem brew po raz drugi, tym razem świadomie, z tym lekkim, aroganckim gestem, który zawsze oznaczał, że ktoś naruszył regulamin świata. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„Zła decyzja, bardzo zła.”</span><br />
Pociąg lekko szarpnął, jakby przejeżdżał przez zwrotnicę, a ja przez ułamek sekundy poczułem dziwne pociągnięcie gdzieś głęboko, nie w ciele, tylko w uwadze, jakby ktoś próbował mnie odciągnąć w inną stronę. Spojrzałem na swoje dłonie - były spokojne, całe, bez śladów czegokolwiek, to też było… Podejrzane. Nie pamiętałem, żeby kiedykolwiek były inne, ale miałem wrażenie, że coś tu zostało wygładzone. Zmarszczyłem brwi, podniosłem na nią wzrok ponownie, i wtedy coś się przesunęło - nie wspomnienie, nie myśl, raczej impuls, cichy i głęboki, jak echo, które wracało zbyt wolno. Patrzyłem w jej oczy i nagle arogancka pewność straciła ostrość, coś we mnie złagodniało, jakby ktoś zdjął napięcie z mięśni, o których istnieniu nawet nie wiedziałem. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„To nie było… Komfortowe, ta podróż miała być komfortowa.”</span><br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie, nie chcę cię wyganiać, ale</span> - poprawiłem się spokojniej - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">naprawdę nie możesz tu być.</span> - Uśmiechnąłem się kącikiem ust, już inaczej, mniej wyzywająco. Bardziej… Miękko. Nie było w tym już rozkazu ani kpiny, tylko stwierdzenie faktu, który z jakiegoś powodu miał ją chronić. Patrzyłem na nią bez zmrużenia oczu, nawet jeśli była plamą światła w miejscu, w którym nie powinno być okna, mózg próbował coś znaleźć, jakiś kontekst, wspomnienie, emocję, cokolwiek, co pozwoliłoby ją tu osadzić - nic nie przychodziło, była tylko pustka, gładka, czysta luka. Mrugnąłem, trochę zagubiony, bo gdzieś tam w głębi znałem ten brak, to było uczucie, jakby ktoś wyrwał całe rozdziały z książki i zostawił tylko pojedyncze strony, niepodpisane. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„Nieuporządkowane.”</span><br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">To miejsce jest… Przejściowe.</span> - Powiedziałem wolniej. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">A ty nie jesteś w drodze. Ty jesteś… Zajęta.</span> - Nie wiedziałem, skąd to wiem, wiedziałem tylko, że to prawda. Przyglądałem się jej uważnie, próbując dostrzec coś, czego nie potrafiłem nazwać, kręcąc głową.<br />
Pociąg jechał dalej, miarowo, nieprzerwanie, jakby czas nie miał tu znaczenia. Świat za szybą pulsował światłem, a ja siedziałem naprzeciwko niej, już bez tej pierwszej arogancji, z czułością, która pojawiła się niespodziewanie i nie domagała się wyjaśnień. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„A może nie powinna?”</span><br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wróć. Tam, gdzie trzeba coś utrzymać. Coś dokończyć.</span> - Uśmiechnąłem się do niej raz jeszcze, łagodnie, jak do kogoś, komu życzy się dobrze, nawet jeśli nie wie się dlaczego. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ja tu jeszcze posiedzę. Ty… Nie powinnaś.</span> - Uniosłem brew po raz ostatni, ale tym razem był to gest bardziej znajomy niż prowokacyjny, a potem odwróciłem wzrok ponownie w kierunku szyby. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„Znikaj.”</span><br />
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/588a7f01fbebebf9df7e9e9358250194/ee6ee7e48793713c-7d/s500x750/3b513dc5e92fb0962e3203c27561d88a3d100a98.pnj[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Pociąg kołysał się jednostajnie, koła wybijały ten specyficzny, metaliczny rytm, który znało się ciałem, nawet jeśli głowa nie pamiętała dlaczego. Siedziałem w przedziale sam, rozciągnięty w sposób, który zawsze denerwował współpasażerów, chociaż nie do końca zależał ode mnie, więc może dobrze, że tym razem nie było tu nikogo, prócz mnie. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„Czy aby na pewno?”</span> Patrzyłem przez okno, bez większego zainteresowania, chociaż krajobraz za szybą nie miał sensu - zielone pola przechodziły w mgłę, mgła w światło, światło znowu w cień, wszystko było trochę zbyt wygładzone i rozmyte, jak akwarelowa ilustracja, nie jak prawdziwy świat, ale to mi nie przeszkadzało, nic mi nie przeszkadzało, wszystko było… W porządku. Chyba. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„Ależ tak?”</span><br />
Przedział był pusty, od początku był pusty i miał taki pozostać - przesunąłem wzrokiem po pustych siedzeniach, po półkach na bagaże, na których nie leżały żadne kufry ani klatki z sowami - siedziałem w nim sam, rozwalony na siedzeniu tak bardzo, że gdyby był tu ktoś jeszcze, pewnie doprowadziłbym go tym do szału, ale to przecież nie była moja wina. Poza tym… Miałem rezerwację, ta przestrzeń należała do mnie, przynajmniej na czas tej podróży. Moje plecy opierały się o zieloną tapicerkę, wytartą dokładnie tam, gdzie przez lata opierały się cudze ramiona, nogi miałem za długie jak na ten pociąg, kolano uderzało o drewnianą ściankę, buty dotykały przeciwległego siedzenia, a i tak nie było mi do końca wygodnie, chociaż przecież zrobiłem wszystko, by mieć tu komfort.<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> „To z pewnością.”</span><br />
Pachniało starym drewnem, kurzem i czymś słodkawym, jakby rozpuszczającymi słodyczami trzymanymi latami w kieszeni płaszcza - całkiem przyjemnie, gdyby nie jakaś obca, męcząca nuta zapachowa przebijająca się od czasu do czasu. Nie nieprzyjemna, tylko zupełnie nieodpowiednia, jakby ktoś zawiesił tu choinkę zapachową, której nie zauważyłem, a która co jakiś czas bujała się trochę za blisko mojego nosa - jeszcze nie tak, bym nie mógł tego wytrzymać, ale tak, że zwracałem na to uwagę gdzieś w peryferiach świadomości. Wiedziałem, że wszystko inne było na miejscu, w tym ja. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„...”</span><br />
To był długodystansowy pociąg - taki, który jedzie długo, za długo, i w którym zawsze ma się wrażenie, że coś ważnego dopiero się wydarzy. Nie wiedziałem skąd to wiem, po prostu było to oczywiste, jak fakt, że okno jest po lewej, a korytarz po prawej. W głowie miałem pustkę, gładką, niezakłóconą, nie miałem wspomnień, które mógłbym do czegokolwiek przypiąć, nie zwracałem uwagi na destynację, nie patrzyłem na bilet, tylko siedziałem na swoim miejscu, wpatrując się w umykające krajobrazy - lasy, pola, góry, jezioro… <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„Nie wyglądało na słone, a powinno.”</span><br />
Uniosłem brew, odruchowo, z tą lekką, nieco arogancką miną kogoś, komu przeszkodzono, po czym spojrzałem na nią, gdy wsunęła się do środka przez suwane drzwi, które jęknęły niczym zbolała dusza, przerywając błogą ciszę. Obracając głowę w kierunku dźwięku, przyjrzałem się intruzowi uważniej, bez skrępowania. Stała w przejściu, jakby sprawdzała, czy to właściwe miejsce - nie było - to wiedziałem z całą pewnością, nawet jeśli w mojej głowie nie pojawiło się żadne kliknięcie, wiedziałem tylko, że coś się nie zgadza.<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> „Ach tak?”</span><br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ty tu nie siedzisz.</span> - Powiedziałem spokojnie, niemal znudzony, jakbym poprawiał oczywisty błąd w rozkładzie. Nie było żadnego „aha”, żadnego rozpoznania, żadnej historii, która nagle wyskoczyłaby na powierzchnię, nie było żadnego skojarzenia, żadnego „znam cię”, mój mózg próbował coś znaleźć, ale trafiał na gładką powierzchnię, jakby ktoś starannie starł wszystkie etykiety. Była po prostu… Obca, a jednocześnie coś w niej było zbyt wyraźne, zbyt rzeczywiste jak na ten rozmyty świat. Te oczy… Nie potrafiłem powiedzieć, skąd je znam ani dlaczego serce zrobiło ten drobny, niepotrzebny ruch. Mrugnąłem, ale świat nie wskoczył na miejsce tak, jak to robił wcześniej, nawet jeśli pociąg sunął dalej, a za oknem krajobraz wciąż przechodził w jasność, jasność w cień. Oparłem się wygodniej, przyglądając jej się z tą znaną mi arogancją, która zwykle maskowała dezorientację. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„Tą, której nie było?”</span><br />
Uniosłem dłoń, wykonując lekki gest, obejmujący przestrzeń przedziału. Przez ułamek sekundy świat za oknem rozjaśnił się zbyt mocno, a potem wrócił do poprzedniego stanu - zmarszczyłem brwi mocniej, coś we mnie drgnęło, nie wspomnienie, raczej impuls, jakby ktoś pociągnął mnie delikatnie za nitki uwagi, próbując skierować ją gdzie indziej. To było irytujące.<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> „Ahh.”</span><br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Zajęte.</span> - Dodałem, niemal arogancko, zupełnie bez pardonu. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie w sensie „ktoś zaraz wróci”. Po prostu… Ty tu nie siedzisz.</span> - Czułem w sobie pewność, że świat ma swoje zasady, a ona właśnie jedną z nich złamała, więc mogłem ją o tym poinformować. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„Musiałem, prawda?”</span><br />
Pochyliłem się lekko do przodu, opierając łokcie o kolana, wciąż przyglądając się dziewczynie… Nie - kobiecie… A może dziewczynie? Patrzyłem na nią, jakby była zadaniem z teorii magii, którego rozwiązanie miałem na końcu języka, i chociaż nie rozumiałem, dlaczego jej obecność wywoływała we mnie lekkie napięcie, coś jak źle postawiony akcent w zdaniu, byłem pewien - wszystko inne było na swoim miejscu, ona nie. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„I nie powinna.”</span><br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie wiem, dokąd zmierzasz</span> - przyznałem bez skrępowania - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">i to raczej nie największy problem. Ale wiem, że pomyliłaś miejsca. Powinnaś wysiąść.</span> - Uniosłem brew po raz drugi, tym razem świadomie, z tym lekkim, aroganckim gestem, który zawsze oznaczał, że ktoś naruszył regulamin świata. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„Zła decyzja, bardzo zła.”</span><br />
Pociąg lekko szarpnął, jakby przejeżdżał przez zwrotnicę, a ja przez ułamek sekundy poczułem dziwne pociągnięcie gdzieś głęboko, nie w ciele, tylko w uwadze, jakby ktoś próbował mnie odciągnąć w inną stronę. Spojrzałem na swoje dłonie - były spokojne, całe, bez śladów czegokolwiek, to też było… Podejrzane. Nie pamiętałem, żeby kiedykolwiek były inne, ale miałem wrażenie, że coś tu zostało wygładzone. Zmarszczyłem brwi, podniosłem na nią wzrok ponownie, i wtedy coś się przesunęło - nie wspomnienie, nie myśl, raczej impuls, cichy i głęboki, jak echo, które wracało zbyt wolno. Patrzyłem w jej oczy i nagle arogancka pewność straciła ostrość, coś we mnie złagodniało, jakby ktoś zdjął napięcie z mięśni, o których istnieniu nawet nie wiedziałem. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„To nie było… Komfortowe, ta podróż miała być komfortowa.”</span><br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie, nie chcę cię wyganiać, ale</span> - poprawiłem się spokojniej - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">naprawdę nie możesz tu być.</span> - Uśmiechnąłem się kącikiem ust, już inaczej, mniej wyzywająco. Bardziej… Miękko. Nie było w tym już rozkazu ani kpiny, tylko stwierdzenie faktu, który z jakiegoś powodu miał ją chronić. Patrzyłem na nią bez zmrużenia oczu, nawet jeśli była plamą światła w miejscu, w którym nie powinno być okna, mózg próbował coś znaleźć, jakiś kontekst, wspomnienie, emocję, cokolwiek, co pozwoliłoby ją tu osadzić - nic nie przychodziło, była tylko pustka, gładka, czysta luka. Mrugnąłem, trochę zagubiony, bo gdzieś tam w głębi znałem ten brak, to było uczucie, jakby ktoś wyrwał całe rozdziały z książki i zostawił tylko pojedyncze strony, niepodpisane. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„Nieuporządkowane.”</span><br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">To miejsce jest… Przejściowe.</span> - Powiedziałem wolniej. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">A ty nie jesteś w drodze. Ty jesteś… Zajęta.</span> - Nie wiedziałem, skąd to wiem, wiedziałem tylko, że to prawda. Przyglądałem się jej uważnie, próbując dostrzec coś, czego nie potrafiłem nazwać, kręcąc głową.<br />
Pociąg jechał dalej, miarowo, nieprzerwanie, jakby czas nie miał tu znaczenia. Świat za szybą pulsował światłem, a ja siedziałem naprzeciwko niej, już bez tej pierwszej arogancji, z czułością, która pojawiła się niespodziewanie i nie domagała się wyjaśnień. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„A może nie powinna?”</span><br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wróć. Tam, gdzie trzeba coś utrzymać. Coś dokończyć.</span> - Uśmiechnąłem się do niej raz jeszcze, łagodnie, jak do kogoś, komu życzy się dobrze, nawet jeśli nie wie się dlaczego. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ja tu jeszcze posiedzę. Ty… Nie powinnaś.</span> - Uniosłem brew po raz ostatni, ale tym razem był to gest bardziej znajomy niż prowokacyjny, a potem odwróciłem wzrok ponownie w kierunku szyby. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„Znikaj.”</span><br />
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/588a7f01fbebebf9df7e9e9358250194/ee6ee7e48793713c-7d/s500x750/3b513dc5e92fb0962e3203c27561d88a3d100a98.pnj[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[14.09.72] O czym szepcze nasze Limbo?]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5601</link>
			<pubDate>Mon, 12 Jan 2026 23:20:36 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=222">Louvain Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5601</guid>
			<description><![CDATA[<h1>Sen</h1><br />
<p>Szlak, którym szedł, był piaszczysty i nierówny, jakby uformowany przez wodę, która dawno temu zmieniła zdanie co do swojego biegu. Po jednej stronie ciągnęła się rzeka. Szeroka, spokojna, o powierzchni matowej jak szkło; po drugiej dzika roślinność, zbyt gęsta jak na brzeg, zbyt surowa jak na ogród. Powietrze było wilgotne i nieprzyjemnie chłodne. Chłód ten nie szczypał, lecz przenikał, osiadając na skórze jak mgła, której nie da się strząsnąć. Louvain szedł wolno, czując pod stopami ziarnisty piasek, i od pierwszego kroku wiedział, że to miejsce jest mu dziwnie znajome, choć nie potrafił przywołać jego nazwy. Im dłużej patrzył na linię horyzontu, tym wyraźniejsze stawało się wrażenie, że już kiedyś tędy przechodził. Może w innym czasie, może w innym stanie istnienia. Krajobraz nie domagał się uwagi, raczej przyjmował ją obojętnie, jakby Louvain był tu czymś spodziewanym, lecz niekoniecznym. W tej obojętności było coś wyciszającego.</p>
<p>Zatrzymał się i spróbował przypomnieć sobie, skąd przyszedł. Myśl cofała się niechętnie, jakby musiała przebić się przez gęsty osad. Najpierw była pustka, potem obrazy nieostre, poszarpane: napięcie, ciężar ciała domagającego się odpoczynku, świadomość granicy. A pod tym wszystkim - strach. Ogromny, przeszywający, nagi w swojej pierwotności. Strach, który rodził się z zagrożenia zewnętrznego, z chwili, w której coś zajrzało w niego samego i on nie mógł już odwrócić wzroku. Pamiętał ten moment. Pamiętał, jak pierwotne zło wychyliło się w jego wnętrza. Jakby coś, co od dawna czekało, wreszcie zostało wywołane po imieniu. Pamiętał absolutność tej chwili, przekonanie, że nie ma już drogi wstecz. I wtedy zrozumiał: skoro tamten moment był ostatni, skoro strach był tak doskonały, tak ostateczny - musiał wtedy zginąć. Myśl ta nie przyniosła rozpaczy. Przyszła spokojnie, jak fakt, który od dawna domagał się uznania. Louvain rozejrzał się jeszcze raz po krajobrazie: po piaszczystym brzegu, po wilgotnym chłodzie unoszącym się nisko nad ziemią, po rzece płynącej bez pośpiechu. Nazwa sama się narzuciła, ciężka i oczywista. Limbo. To samo, które przyszło mu zwiedzić tamtego dnia, w podróży odbytej u boku Lorda Voldemorta. Miejsce zawieszenia, gdzie nic się nie zaczyna i nic się nie kończy, a jednak wszystko zostaje obnażone. I wraz z tym rozpoznaniem przyszła ulga. Nie gwałtowna ani olśniewająca, raczej powolna, osiadająca w nim jak mokry śnieg, który wreszcie można zdjąć z ramion. Jakby w jednej chwili opadło wszystko: napięcie mięśni, czujność, konieczność nieustannego kontrolowania siebie i świata. Zimno, które przez całe czas czaiło się w nim jak skaza, zaczęło tracić sens.</p>
<p>Uklęknął nad brzegiem i dotknął piasku ostrożnie, niemal z niedowierzaniem, pozwalając, by sucha ziemia przesypała się między palcami. Drobne ziarna uciekały, spadały, układały się na nowo bez potrzeby ingerencji. Gest był prosty, niemal dziecinny, a jednak niósł w sobie głęboką ulgę. Nic nie wymagało kontroli, nic nie domagało się panowania. Zagarnął więcej, zanurzył dłonie głębiej i zacisnął palce na mokrym piasku, ciężkim i zbitym. Wilgoć natychmiast przeniknęła skórę; chłód był czysty, zewnętrzny, przyjemny. Zamknął dłonie, pozwalając, by mokra masa przeciskała się między palcami i zostawiała ślady, które nie piekły i nie ciążyły. To było nowe. Teraz mógł je odczuwać. Podniósł się i podszedł bliżej rzeki. Z każdym krokiem powietrze stawało się bardziej wilgotne, chłód wyraźniejszy. Najpierw zanurzył dłonie, potem stopy; nurt delikatnie poruszył piasek pod nimi, jakby sprawdzał jego obecność. Woda była chłodniejsza od niego. Świadomość ta była niemal objawieniem. Zimno, które dręczyło go za życia, odeszło tak całkowicie, że teraz świat mógł być chłodniejszy, a on pozostawał ciepły. Nie wahał się. Wszedł głębiej, aż woda sięgnęła bioder, potem torsu, a gdy w końcu zanurzył się cały, napięcie opuściło go zupełnie. Ciało uniosło się na tafli, lekkie i posłuszne, a Louvain rozłożył ramiona, pozwalając, by nurt niósł go bez wysiłku i bez celu.</p>
<p>Patrzył w nieruchome niebo Limbo, a na jego ustach pojawił się uśmiech, cichy, prawdziwy, pozbawiony ironii. Uśmiech kogoś, kto nie musi już walczyć ani tłumaczyć się ze swojego istnienia. Unosił się bezwładnie, chłodzony wodą, wolny od ciężaru ciała i ciężaru znaczeń, i po raz pierwszy miał pewność, że nic go nie ściga, że nic w nim nie czeka, by znów zapuścić korzenie. Był tylko on, rzeka i cisza. I to wystarczało.</p>
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=8mVKY2l.jpeg[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1>Sen</h1><br />
<p>Szlak, którym szedł, był piaszczysty i nierówny, jakby uformowany przez wodę, która dawno temu zmieniła zdanie co do swojego biegu. Po jednej stronie ciągnęła się rzeka. Szeroka, spokojna, o powierzchni matowej jak szkło; po drugiej dzika roślinność, zbyt gęsta jak na brzeg, zbyt surowa jak na ogród. Powietrze było wilgotne i nieprzyjemnie chłodne. Chłód ten nie szczypał, lecz przenikał, osiadając na skórze jak mgła, której nie da się strząsnąć. Louvain szedł wolno, czując pod stopami ziarnisty piasek, i od pierwszego kroku wiedział, że to miejsce jest mu dziwnie znajome, choć nie potrafił przywołać jego nazwy. Im dłużej patrzył na linię horyzontu, tym wyraźniejsze stawało się wrażenie, że już kiedyś tędy przechodził. Może w innym czasie, może w innym stanie istnienia. Krajobraz nie domagał się uwagi, raczej przyjmował ją obojętnie, jakby Louvain był tu czymś spodziewanym, lecz niekoniecznym. W tej obojętności było coś wyciszającego.</p>
<p>Zatrzymał się i spróbował przypomnieć sobie, skąd przyszedł. Myśl cofała się niechętnie, jakby musiała przebić się przez gęsty osad. Najpierw była pustka, potem obrazy nieostre, poszarpane: napięcie, ciężar ciała domagającego się odpoczynku, świadomość granicy. A pod tym wszystkim - strach. Ogromny, przeszywający, nagi w swojej pierwotności. Strach, który rodził się z zagrożenia zewnętrznego, z chwili, w której coś zajrzało w niego samego i on nie mógł już odwrócić wzroku. Pamiętał ten moment. Pamiętał, jak pierwotne zło wychyliło się w jego wnętrza. Jakby coś, co od dawna czekało, wreszcie zostało wywołane po imieniu. Pamiętał absolutność tej chwili, przekonanie, że nie ma już drogi wstecz. I wtedy zrozumiał: skoro tamten moment był ostatni, skoro strach był tak doskonały, tak ostateczny - musiał wtedy zginąć. Myśl ta nie przyniosła rozpaczy. Przyszła spokojnie, jak fakt, który od dawna domagał się uznania. Louvain rozejrzał się jeszcze raz po krajobrazie: po piaszczystym brzegu, po wilgotnym chłodzie unoszącym się nisko nad ziemią, po rzece płynącej bez pośpiechu. Nazwa sama się narzuciła, ciężka i oczywista. Limbo. To samo, które przyszło mu zwiedzić tamtego dnia, w podróży odbytej u boku Lorda Voldemorta. Miejsce zawieszenia, gdzie nic się nie zaczyna i nic się nie kończy, a jednak wszystko zostaje obnażone. I wraz z tym rozpoznaniem przyszła ulga. Nie gwałtowna ani olśniewająca, raczej powolna, osiadająca w nim jak mokry śnieg, który wreszcie można zdjąć z ramion. Jakby w jednej chwili opadło wszystko: napięcie mięśni, czujność, konieczność nieustannego kontrolowania siebie i świata. Zimno, które przez całe czas czaiło się w nim jak skaza, zaczęło tracić sens.</p>
<p>Uklęknął nad brzegiem i dotknął piasku ostrożnie, niemal z niedowierzaniem, pozwalając, by sucha ziemia przesypała się między palcami. Drobne ziarna uciekały, spadały, układały się na nowo bez potrzeby ingerencji. Gest był prosty, niemal dziecinny, a jednak niósł w sobie głęboką ulgę. Nic nie wymagało kontroli, nic nie domagało się panowania. Zagarnął więcej, zanurzył dłonie głębiej i zacisnął palce na mokrym piasku, ciężkim i zbitym. Wilgoć natychmiast przeniknęła skórę; chłód był czysty, zewnętrzny, przyjemny. Zamknął dłonie, pozwalając, by mokra masa przeciskała się między palcami i zostawiała ślady, które nie piekły i nie ciążyły. To było nowe. Teraz mógł je odczuwać. Podniósł się i podszedł bliżej rzeki. Z każdym krokiem powietrze stawało się bardziej wilgotne, chłód wyraźniejszy. Najpierw zanurzył dłonie, potem stopy; nurt delikatnie poruszył piasek pod nimi, jakby sprawdzał jego obecność. Woda była chłodniejsza od niego. Świadomość ta była niemal objawieniem. Zimno, które dręczyło go za życia, odeszło tak całkowicie, że teraz świat mógł być chłodniejszy, a on pozostawał ciepły. Nie wahał się. Wszedł głębiej, aż woda sięgnęła bioder, potem torsu, a gdy w końcu zanurzył się cały, napięcie opuściło go zupełnie. Ciało uniosło się na tafli, lekkie i posłuszne, a Louvain rozłożył ramiona, pozwalając, by nurt niósł go bez wysiłku i bez celu.</p>
<p>Patrzył w nieruchome niebo Limbo, a na jego ustach pojawił się uśmiech, cichy, prawdziwy, pozbawiony ironii. Uśmiech kogoś, kto nie musi już walczyć ani tłumaczyć się ze swojego istnienia. Unosił się bezwładnie, chłodzony wodą, wolny od ciężaru ciała i ciężaru znaczeń, i po raz pierwszy miał pewność, że nic go nie ściga, że nic w nim nie czeka, by znów zapuścić korzenie. Był tylko on, rzeka i cisza. I to wystarczało.</p>
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=8mVKY2l.jpeg[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[noc z 8 na 9 września 1972, sen] The taste of innocence. The taste of dreams.]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5567</link>
			<pubDate>Thu, 01 Jan 2026 16:06:05 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=474">Electra Prewett</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5567</guid>
			<description><![CDATA[[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4YzQIad.jpeg[/inny avek]<br />
Mogła poczuć jak śnieg na swoich rzęsach, zasmakować go na ustach. To był smak zimy w Hogwarcie. Electra zawsze wolała lato, ale teraz widok białych drobinek opadających z nieba napełniał ją radością. Nawet niebo pokryte białymi chmurami wydawało się czymś pięknym. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Bo nie było czarne ani pełne dymu.</span><br />
<br />
Stała na błoniach, ubrana w szatę Gryffindoru. Dookoła widziała znajomych, którzy bawili się w śniegu. Jessie, Hannibal i Henry rzucali w siebie śnieżkami, a Hestia oraz Theo lepili bałwana. Nawet Heather budowała zamek ze śniegu razem z Oleandrem. Niektóre z tych osób nie przepadały za sobą, jednak najwyraźniej teraz wszelkie niesnaski poszły w niepamięć. Wszyscy byli szczęśliwi i bezpieczni. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nikt nie cierpiał.</span><br />
<br />
Prewettówna rozłożyła ręce a następnie opadła na ziemię, by zrobić aniołka. Chłód zaczynał szczypać ją w policzki, lecz uczucie to było kojące. Nagle zobaczyła nad sobą dwie wyciągnięte dłonie. To Basil oraz Icarus chcieli pomóc jej wstać. Od razu chwyciła za ręce braci i gdy tylko się podniosła zauważyła, że teraz znajduje się w Londynie. Miasto wyglądało ślicznie przyprószone pierwszym śniegiem oraz przyozdobione dekoracjami na Yule. Atmosfera świąt udzieliła się czarodziejom spacerującym po ulicach; każdy przechodzień, którego mijali uśmiechał się szeroko. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">W tym miejscu nie mogłaby się wydarzyć żadna tragedia.</span><br />
<br />
Szli we trójkę przez Horyzontalną, gadając i rzucając żartami. W końcu dotarli do kamienicy, gdzie na wejściu powitali ich Cerber wraz z mamą. Wszyscy zasiedli do świątecznej kolacji, a następnie wymienili prezentami. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jak kochająca się rodzina.</span><br />
<br />
To był naprawdę piękny sen.<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4YzQIad.jpeg[/inny avek]<br />
Mogła poczuć jak śnieg na swoich rzęsach, zasmakować go na ustach. To był smak zimy w Hogwarcie. Electra zawsze wolała lato, ale teraz widok białych drobinek opadających z nieba napełniał ją radością. Nawet niebo pokryte białymi chmurami wydawało się czymś pięknym. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Bo nie było czarne ani pełne dymu.</span><br />
<br />
Stała na błoniach, ubrana w szatę Gryffindoru. Dookoła widziała znajomych, którzy bawili się w śniegu. Jessie, Hannibal i Henry rzucali w siebie śnieżkami, a Hestia oraz Theo lepili bałwana. Nawet Heather budowała zamek ze śniegu razem z Oleandrem. Niektóre z tych osób nie przepadały za sobą, jednak najwyraźniej teraz wszelkie niesnaski poszły w niepamięć. Wszyscy byli szczęśliwi i bezpieczni. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nikt nie cierpiał.</span><br />
<br />
Prewettówna rozłożyła ręce a następnie opadła na ziemię, by zrobić aniołka. Chłód zaczynał szczypać ją w policzki, lecz uczucie to było kojące. Nagle zobaczyła nad sobą dwie wyciągnięte dłonie. To Basil oraz Icarus chcieli pomóc jej wstać. Od razu chwyciła za ręce braci i gdy tylko się podniosła zauważyła, że teraz znajduje się w Londynie. Miasto wyglądało ślicznie przyprószone pierwszym śniegiem oraz przyozdobione dekoracjami na Yule. Atmosfera świąt udzieliła się czarodziejom spacerującym po ulicach; każdy przechodzień, którego mijali uśmiechał się szeroko. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">W tym miejscu nie mogłaby się wydarzyć żadna tragedia.</span><br />
<br />
Szli we trójkę przez Horyzontalną, gadając i rzucając żartami. W końcu dotarli do kamienicy, gdzie na wejściu powitali ich Cerber wraz z mamą. Wszyscy zasiedli do świątecznej kolacji, a następnie wymienili prezentami. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jak kochająca się rodzina.</span><br />
<br />
To był naprawdę piękny sen.<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[12-13.10.72, Sen] Uncanny Valley [Robert & Brenna]]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5562</link>
			<pubDate>Mon, 29 Dec 2025 11:26:44 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=546">Robert Albert Crouch</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5562</guid>
			<description><![CDATA[Tego wieczoru Robert położył się spać z dziwnym poczuciem, że nie był w pokoju sam. W perspektywie całego dnia, paranoja ta nie wykwitła w nocy. Cały dzień towarzyszył mu nieuzasadniony bliżej lęk. Częściej podnosił wzrok znad papierów, odwracał się, gdy wracał z Ministerstwa do rezydencji rodziców. Myślał, czy może wezwać aurorów lub BUM-owców do ochrony. Nie chciał się jednak narażać na plotki w Ministerstwie. Jeśli jego lęki okazałyby się nieuzasadnione… Konserwatyści by go zjedli na śniadanie. Od czasu wpuszczenia mugoli do atrium podczas Spalonej Nocy, niejednokrotnie starano się przedstawić go jako osobę niespełna rozumu. Nie mógł w żaden sposób pokazać sobą, że mogliby mieć rację. Robert zrzucił więc winę na niemal permanentny stres i starał się działać tak jak zazwyczaj. Byle poprawnie.<br />
<br />
A jednak, gdy już leżał pod pierzyną, umyty i w świeżej piżamie, wciąż wydawało mu się, że coś jest nie tak. Nie odczuwał tego u rodziców. Zjedli z nim kolację, tak jak zazwyczaj. Starali się nie rozmawiać z nim o pracy, więc dyskutowali o Ekstazie Merlina. Nic wielkiego. Ich skrzat też nie wydawał się zaniepokojony, a zawsze czuwał nad bezpieczeństwem domu. Czyli to było subiektywne wrażenie Roberta.<br />
<br />
Sen zmorzył go zaskakująco szybko. Musiał być strasznie zmęczony. Tylko czekał, aż praca odbije się na jego zdrowiu. A im dalej w las, tym gorzej. Zbliżał się już przecież do czterdziestki. Nerwy podobno skracały życie. <br />
<br />
Nie meandrował w pustce własnych myśli. Nie układał sobie w głowie scenariuszy. Przeniósł się w przestrzeń snu od razu. Nie wydawała się ona wyobrażona, lecz zaskakująco realna. Stał w atrium Ministerstwa Magii, czuł ten chłód czarnych ścian, magicznie wentylowane powietrze. Więcej: nosił ciężką szatę, krawat odrobinę za mocno się zaciskał, kołnierz koszuli drapał go w szyję. W nosie miał nawet zapach swojej wody kolońskiej. <br />
<br />
Stał na podwyższeniu, na mównicy. Odbywała się konferencja prasowa, jednak gościli na niej nie tylko dziennikarze. Wyglądało na to, że zeszło się całe Ministerstwo. Atrium zapełniło się całkowicie, prawie tak jak podczas Spalonej Nocy. Robert miewał dawniej takie sny, ale osobliwe było, że tym razem miał na sobie ubrania.<br />
<br />
Na podeście rozłożono kartki z przemówieniem. Robert rozpoznał, że spisała je jego własna ręka. No tak! Ustawa o pomocy mugolakom. Jego wielkie osiągnięcie, które dotychczas istniało jedynie w sferze marzeń. Chodziło o wyrównanie szans, zapewnienie tym mniej uprzywilejowanym przestrzeni do rozwoju. Zniwelowanie niewidzialnej ściany, która oddzielała ich od czystokrwistych.<br />
<br />
Rozpoczął przemowę. Składała się z gładkich, choć silnych słów. Omawiał strategie wyrównywania szans, wyjaśniał, czemu one służyły. Patrzył w dal, w tłum. Starał się nie pochwycić niczyjego spojrzenia. Wtedy na pewno by się zdekoncentrował.<br />
<br />
Jego głos niósł się po atrium wzmacniany zaklęciem. Samonotujące pióra skrobały, kiedy dziennikarze zapisywali jego słowa. Niektórzy szeptali między sobą, inni słuchali z uwagą. Ktoś przeciskał się pomiędzy nimi. Robert kątem oka zauważył to poruszenie, człowieka, który przepychał się do pierwszego rzędu. Na razie mignął mu tylko czubek łysawej głowy. Może był to ktoś, kto słabiej słyszał? Robert uznałby to za pewne, gdyby nie ten niepokój, który złapał go za gardło. Zrobił pauzę, przestał na chwilę mówić. Rzucił pojedyncze spojrzenie stojącym nieopodal aurorom i BUM-owcom.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Tego wieczoru Robert położył się spać z dziwnym poczuciem, że nie był w pokoju sam. W perspektywie całego dnia, paranoja ta nie wykwitła w nocy. Cały dzień towarzyszył mu nieuzasadniony bliżej lęk. Częściej podnosił wzrok znad papierów, odwracał się, gdy wracał z Ministerstwa do rezydencji rodziców. Myślał, czy może wezwać aurorów lub BUM-owców do ochrony. Nie chciał się jednak narażać na plotki w Ministerstwie. Jeśli jego lęki okazałyby się nieuzasadnione… Konserwatyści by go zjedli na śniadanie. Od czasu wpuszczenia mugoli do atrium podczas Spalonej Nocy, niejednokrotnie starano się przedstawić go jako osobę niespełna rozumu. Nie mógł w żaden sposób pokazać sobą, że mogliby mieć rację. Robert zrzucił więc winę na niemal permanentny stres i starał się działać tak jak zazwyczaj. Byle poprawnie.<br />
<br />
A jednak, gdy już leżał pod pierzyną, umyty i w świeżej piżamie, wciąż wydawało mu się, że coś jest nie tak. Nie odczuwał tego u rodziców. Zjedli z nim kolację, tak jak zazwyczaj. Starali się nie rozmawiać z nim o pracy, więc dyskutowali o Ekstazie Merlina. Nic wielkiego. Ich skrzat też nie wydawał się zaniepokojony, a zawsze czuwał nad bezpieczeństwem domu. Czyli to było subiektywne wrażenie Roberta.<br />
<br />
Sen zmorzył go zaskakująco szybko. Musiał być strasznie zmęczony. Tylko czekał, aż praca odbije się na jego zdrowiu. A im dalej w las, tym gorzej. Zbliżał się już przecież do czterdziestki. Nerwy podobno skracały życie. <br />
<br />
Nie meandrował w pustce własnych myśli. Nie układał sobie w głowie scenariuszy. Przeniósł się w przestrzeń snu od razu. Nie wydawała się ona wyobrażona, lecz zaskakująco realna. Stał w atrium Ministerstwa Magii, czuł ten chłód czarnych ścian, magicznie wentylowane powietrze. Więcej: nosił ciężką szatę, krawat odrobinę za mocno się zaciskał, kołnierz koszuli drapał go w szyję. W nosie miał nawet zapach swojej wody kolońskiej. <br />
<br />
Stał na podwyższeniu, na mównicy. Odbywała się konferencja prasowa, jednak gościli na niej nie tylko dziennikarze. Wyglądało na to, że zeszło się całe Ministerstwo. Atrium zapełniło się całkowicie, prawie tak jak podczas Spalonej Nocy. Robert miewał dawniej takie sny, ale osobliwe było, że tym razem miał na sobie ubrania.<br />
<br />
Na podeście rozłożono kartki z przemówieniem. Robert rozpoznał, że spisała je jego własna ręka. No tak! Ustawa o pomocy mugolakom. Jego wielkie osiągnięcie, które dotychczas istniało jedynie w sferze marzeń. Chodziło o wyrównanie szans, zapewnienie tym mniej uprzywilejowanym przestrzeni do rozwoju. Zniwelowanie niewidzialnej ściany, która oddzielała ich od czystokrwistych.<br />
<br />
Rozpoczął przemowę. Składała się z gładkich, choć silnych słów. Omawiał strategie wyrównywania szans, wyjaśniał, czemu one służyły. Patrzył w dal, w tłum. Starał się nie pochwycić niczyjego spojrzenia. Wtedy na pewno by się zdekoncentrował.<br />
<br />
Jego głos niósł się po atrium wzmacniany zaklęciem. Samonotujące pióra skrobały, kiedy dziennikarze zapisywali jego słowa. Niektórzy szeptali między sobą, inni słuchali z uwagą. Ktoś przeciskał się pomiędzy nimi. Robert kątem oka zauważył to poruszenie, człowieka, który przepychał się do pierwszego rzędu. Na razie mignął mu tylko czubek łysawej głowy. Może był to ktoś, kto słabiej słyszał? Robert uznałby to za pewne, gdyby nie ten niepokój, który złapał go za gardło. Zrobił pauzę, przestał na chwilę mówić. Rzucił pojedyncze spojrzenie stojącym nieopodal aurorom i BUM-owcom.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[09.10.1972, sen] One for sorrow, two for joy | Benjy, Prudence]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5541</link>
			<pubDate>Wed, 24 Dec 2025 04:12:56 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=544">Benjy Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5541</guid>
			<description><![CDATA[[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=119Dn5q.png[/inny avek]<br />
Śnieg miał zapach żelaza, to była pierwsza myśl, która wróciła do mnie razem z bólem, choć jeszcze nie nazywałem go bólem. Był też zbyt biały i na tym mogłem się skupić. Zawsze miałem wrażenie, że biel potrafi być agresywna, nachalna, że aż boli w oczy, zdecydowanie wolałem czerń. Leżałem i patrzyłem w górę, w ciemności, ale niebo co chwilę się przesuwało, jakby ktoś kręcił mapą bez pytania. Czułem ciepło rozlewające się pod moimi plecami, jakby ktoś nie do końca domknął krąg. Dziwne, bo kręgi zawsze domykałem starannie. Zawsze. Świat przeskakiwał mi pod powiekami jak źle zmontowana taśma, raz byłem tu, pod nią, w śniegu, z jej dłonią na mojej piersi i szkarłatem, który nagle stał się zbyt realny, raz byłem gdzie indziej, dawno temu, na kamiennym tarasie, z zimnem w kościach i tym samym rytmem oddechu obok. Dwa obrazy nakładały się na siebie bez pytania o zgodę.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Układ.</span> - Powtórzyłem bezwiednie, gdzieś pomiędzy oddechem a śmiechem. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Tak, jasne. Informujemy się, kiedy przestajemy udawać, brzmi uczciwie, dopisuj, co chcesz… Tylko nie pisz drobnym drukiem, okej? Rysuj mi… Hieroglify, obrazki.</span> - Nie byłem pewien, czy mówiłem do niej, czy do tej drugiej dziewczyny sprzed lat, zarysy twarzy nakładały się na siebie jak dwa zdjęcia w jednym kadrze - jedna była tu, pochylona nade mną, z krwią na palcach, wepchnąłem jej chustę w palce, bo była ciepła, a jej dłonie zbyt zimne, druga śmiała się kiedyś w śniegu, na tarasie wieży, pod gwiazdami. <br />
Słyszałem ją, ale jednocześnie słyszałem kogoś innego - tak bardzo moja i jednocześnie nie moja - ten sam ton, ta sama nuta w głosie, to samo „Wish”, raz w górach, raz pod gwiazdami, gdy śnieg był romantyczny, a nie śmiertelny. Dwie linie czasu nachodziły na siebie jak źle spasowane mapy.<br />
Poczułem jej dłoń. Przesunęła się po mnie i nagle zrobiło się… Całkiem mokro. Ciepło przestało być przyjemne. Zmarszczyłem brwi, próbując się skupić. Świat miał dziś zbyt wiele kolorów - białe góry, granatowe niebo, czarne gałęzie w oddali i ten jeden, natrętny odcień czerwieni, który nie chciał zniknąć, choć mrugałem uparcie. Byłem tu i jednocześnie nie byłem. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Zawsze byłaś dobra w dopisywaniu aneksów</span> - Mruknąłem tonem nastolatka, którym już dawno nie byłem. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ja nigdy nie czytałem drobnego druku.</span> - Chciałem się uśmiechnąć, ale uśmiech ugrzązł w połowie drogi, jakbym zapomniał, jak się to robi. Złapałem się tej umowy jak czegoś stałego, choć czułem, że grunt pod spodem mięknie, słowa docierały do mnie z opóźnieniem, jak przez wodę, a jednak rozumiałem je wszystkie. Sójka i myszołów, krążenie, czekanie, bzmiało sensownie, nawet pięknie, jak plan na życie rozpisany ołówkiem, który łatwo zetrzeć, ale i tak się go pamięta.<br />
Ciepło narastało, a jednocześnie coś ciągnęło mnie w dół, ciężkie, lepkie, jakby noc próbowała mnie wessać.<br />
Zrobiło się zamieszanie, poczułem nagły ruch i chłód powietrza, gdy rozsuwała mój płaszcz - to było niewygodne, nic więcej, na pewno nic więcej.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Hej…</span> - Mruknąłem odruchowo, z cieniem uśmiechu. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie trzeba się aż tak spieszyć z rozbieraniem mnie po pierwszej randce. Nigdzie się nie wybieram, mamy umowę.</span> - Chciałem unieść rękę, pomóc, zrobić cokolwiek sensownego, ale kończyny miałem ciężkie, jakby należały do kogoś innego, palce tylko drgnęły, zahaczając o jej rękaw. Czułem jej dłonie, konkretne, fachowe, jedna przytrzymywała mnie w miejscu, druga rozsuwała płaszcz - bez flirtu, bez gry, tylko cel.<br />
Obraz znowu się rozwarstwił - jej twarz była ostra, napięta, skupiona, tamta miała miękkie oczy i zawsze marzła. Parsknąłem pod nosem, bo to było absurdalne, że mój mózg uznał to za zabawne. Znów się pomieszało, góry zniknęły, pojawiła się wieża, kamień pod plecami był zimny, a gwiazdy wydawały się bliższe, jakby ktoś je przesunął ręką. Ten sam chłód, ten sam zapach zimy.<br />
Imię przecięło mnie na pół - Wish był chłopakiem, który krążył. Mężczyzna leżący w śniegu był kimś innym, a jednak obaj podnieśli głowę w tym samym momencie.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wish… Zabawne. Dawno nikt mnie tak nie nazwał.</span> - Wymamrotałem, to jedno słowo wbiło się we mnie ostrzej niż cokolwiek w innego, aż się skrzywiłem - Wish był kimś sprzed lat. Wish był tym, który nie wracał na czas. Tym, który zawsze krążył. Tym, w którym…<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie teraz.</span> - Mruknąłem defensywnie, chociaż nie do końca zdawałem sobie z tego sprawę. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie mieszaj tego.</span> <br />
Ale mieszało się samo.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie… Odpływam.</span> - Wymamrotałem z uporem, który znałem u siebie aż za dobrze, to było kłamstwo niskiej jakości, mówione bardziej dla niej niż dla mnie. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wszystko jest okej.</span> - Dodałem szybciej, niemal dziecinnie. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Naprawdę, robiłem to już mnóstwo razy. Zawsze wygląda gorzej, niż jest.</span> - Mój język nagle zrobił się ciężki, obcy, ale mówiłem dalej, bo zamilknięcie byłoby gorsze, tym bardziej, skoro przecież sam jej powiedziałem, że nie było moim stanem naturalnym. Mówiłem, bo mówienie scalało, a kiedy przestawałem, linie się rozjeżdżały. Odchrząknąłem, ni to śmiejąc się, ni to dusząc, niemal od razu kaszlnąłem, tym razem już na serio, metaliczny smak w ustach był zbyt wyraźny, żeby go ignorować. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ej…</span> - Wychrypiałem. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">To chyba nie jest… Normalne, co?</span> - Zmarszczyłem brwi, w końcu coś zaczęło do mnie docierać, powoli, niechętnie, jak spóźniona myśl. Śnieg pod jej dłonią zrobił się niemal nienaturalnie czerwony. Zobaczyłem to kątem oka i parsknąłem cicho, nieadekwatnie, jak dzieciak przyłapany na czymś głupim. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Widzisz.</span> - Powiedziałem miękko, prawie rozbawiony, chociaż to rozbawienie nie było zbyt naturalne, nawet jak na mnie, wydawało się krzywe. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Umowa. Informujemy się, kiedy przestajemy udawać. Chyba właśnie przestałem.</span> - Parsknąłem krótko, z niedowierzaniem podszytym irytacją, po czym spróbowałem unieść rękę, ale ciężar okazał się zbyt duży, moje palce opadły bezwładnie w śnieg. <br />
Leżałem jeszcze chwilę w tej dziwnej ciszy, która nie była ciszą, tylko czymś pomiędzy, śnieg tłumił dźwięki, a głowa robiła swoje, tasowała obrazy bez ładu i składu, oddychałem płytko, bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby. Czułem jej obecność bardzo wyraźnie, ciepło przy sobie, ciężar dłoni, które mnie trzymały przy tym świecie, ale wciąż nie potrafiłem tego przypiąć do jednego imienia, jednej historii.<br />
Przymknąłem oczy, potem znowu je otworzyłem, jej twarz była tuż nade mną, wyraźna i jednocześnie jak zza szyby. Zmarszczyłem lekko brwi, jakbym próbował sobie coś przypomnieć, coś oczywistego, co właśnie umykało.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Hej…</span> - Mruknąłem cicho, z tym samym półuśmiechem, który wcześniej przychodził mi łatwiej. Teraz był bardziej odruchem niż decyzją. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Poczekaj.</span> - Uparcie uniosłem dłoń tylko na tyle, na ile pozwalało ciało, palcami zahaczyłem o powietrze przy jej policzku, jakbym chciał sprawdzić, czy naprawdę tu była, czy to kolejny obraz, który zaraz się rozsypie. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Głupie pytanie</span> - Dodałem, zupełnie poważnie, jak gdyby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ale… Jak ty masz właściwie na imię?</span> - Nie było w tym prowokacji ani flirtu, raczej szczere zdziwienie, dziecięca konsternacja kogoś, kto nagle odkrywał lukę w opowieści. Patrzyłem na nią uważnie, czekając, jakby odpowiedź miała wszystko ustawić na właściwych torach, połączyć rozsypane kawałki. Westchnąłem cicho, trochę rozbawiony, trochę zmęczony.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wiesz…</span> - Dodałem po chwili, tonem kogoś, kto dzielił się sekretem. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Normalnie pamiętam takie rzeczy, naprawdę, tylko dziś… Dziś wszystko mi się jakoś… Rozjechało.</span> - Opuściłem rękę, moje palce znowu wbiły się w śnieg. Nadal byłem przekonany, że to miało sens, pytanie było na miejscu, zaraz usłyszę imię, które coś we mnie uspokoi, nazwie tę chwilę, nada jej ramy. Nie orientowałem się, że już je znam, nie łączyłem kropek, dla mnie wciąż była kimś pomiędzy, cieniem z teraźniejszości i echem z przeszłości, a oba te obrazy były równie prawdziwe.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=119Dn5q.png[/inny avek]<br />
Śnieg miał zapach żelaza, to była pierwsza myśl, która wróciła do mnie razem z bólem, choć jeszcze nie nazywałem go bólem. Był też zbyt biały i na tym mogłem się skupić. Zawsze miałem wrażenie, że biel potrafi być agresywna, nachalna, że aż boli w oczy, zdecydowanie wolałem czerń. Leżałem i patrzyłem w górę, w ciemności, ale niebo co chwilę się przesuwało, jakby ktoś kręcił mapą bez pytania. Czułem ciepło rozlewające się pod moimi plecami, jakby ktoś nie do końca domknął krąg. Dziwne, bo kręgi zawsze domykałem starannie. Zawsze. Świat przeskakiwał mi pod powiekami jak źle zmontowana taśma, raz byłem tu, pod nią, w śniegu, z jej dłonią na mojej piersi i szkarłatem, który nagle stał się zbyt realny, raz byłem gdzie indziej, dawno temu, na kamiennym tarasie, z zimnem w kościach i tym samym rytmem oddechu obok. Dwa obrazy nakładały się na siebie bez pytania o zgodę.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Układ.</span> - Powtórzyłem bezwiednie, gdzieś pomiędzy oddechem a śmiechem. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Tak, jasne. Informujemy się, kiedy przestajemy udawać, brzmi uczciwie, dopisuj, co chcesz… Tylko nie pisz drobnym drukiem, okej? Rysuj mi… Hieroglify, obrazki.</span> - Nie byłem pewien, czy mówiłem do niej, czy do tej drugiej dziewczyny sprzed lat, zarysy twarzy nakładały się na siebie jak dwa zdjęcia w jednym kadrze - jedna była tu, pochylona nade mną, z krwią na palcach, wepchnąłem jej chustę w palce, bo była ciepła, a jej dłonie zbyt zimne, druga śmiała się kiedyś w śniegu, na tarasie wieży, pod gwiazdami. <br />
Słyszałem ją, ale jednocześnie słyszałem kogoś innego - tak bardzo moja i jednocześnie nie moja - ten sam ton, ta sama nuta w głosie, to samo „Wish”, raz w górach, raz pod gwiazdami, gdy śnieg był romantyczny, a nie śmiertelny. Dwie linie czasu nachodziły na siebie jak źle spasowane mapy.<br />
Poczułem jej dłoń. Przesunęła się po mnie i nagle zrobiło się… Całkiem mokro. Ciepło przestało być przyjemne. Zmarszczyłem brwi, próbując się skupić. Świat miał dziś zbyt wiele kolorów - białe góry, granatowe niebo, czarne gałęzie w oddali i ten jeden, natrętny odcień czerwieni, który nie chciał zniknąć, choć mrugałem uparcie. Byłem tu i jednocześnie nie byłem. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Zawsze byłaś dobra w dopisywaniu aneksów</span> - Mruknąłem tonem nastolatka, którym już dawno nie byłem. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ja nigdy nie czytałem drobnego druku.</span> - Chciałem się uśmiechnąć, ale uśmiech ugrzązł w połowie drogi, jakbym zapomniał, jak się to robi. Złapałem się tej umowy jak czegoś stałego, choć czułem, że grunt pod spodem mięknie, słowa docierały do mnie z opóźnieniem, jak przez wodę, a jednak rozumiałem je wszystkie. Sójka i myszołów, krążenie, czekanie, bzmiało sensownie, nawet pięknie, jak plan na życie rozpisany ołówkiem, który łatwo zetrzeć, ale i tak się go pamięta.<br />
Ciepło narastało, a jednocześnie coś ciągnęło mnie w dół, ciężkie, lepkie, jakby noc próbowała mnie wessać.<br />
Zrobiło się zamieszanie, poczułem nagły ruch i chłód powietrza, gdy rozsuwała mój płaszcz - to było niewygodne, nic więcej, na pewno nic więcej.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Hej…</span> - Mruknąłem odruchowo, z cieniem uśmiechu. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie trzeba się aż tak spieszyć z rozbieraniem mnie po pierwszej randce. Nigdzie się nie wybieram, mamy umowę.</span> - Chciałem unieść rękę, pomóc, zrobić cokolwiek sensownego, ale kończyny miałem ciężkie, jakby należały do kogoś innego, palce tylko drgnęły, zahaczając o jej rękaw. Czułem jej dłonie, konkretne, fachowe, jedna przytrzymywała mnie w miejscu, druga rozsuwała płaszcz - bez flirtu, bez gry, tylko cel.<br />
Obraz znowu się rozwarstwił - jej twarz była ostra, napięta, skupiona, tamta miała miękkie oczy i zawsze marzła. Parsknąłem pod nosem, bo to było absurdalne, że mój mózg uznał to za zabawne. Znów się pomieszało, góry zniknęły, pojawiła się wieża, kamień pod plecami był zimny, a gwiazdy wydawały się bliższe, jakby ktoś je przesunął ręką. Ten sam chłód, ten sam zapach zimy.<br />
Imię przecięło mnie na pół - Wish był chłopakiem, który krążył. Mężczyzna leżący w śniegu był kimś innym, a jednak obaj podnieśli głowę w tym samym momencie.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wish… Zabawne. Dawno nikt mnie tak nie nazwał.</span> - Wymamrotałem, to jedno słowo wbiło się we mnie ostrzej niż cokolwiek w innego, aż się skrzywiłem - Wish był kimś sprzed lat. Wish był tym, który nie wracał na czas. Tym, który zawsze krążył. Tym, w którym…<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie teraz.</span> - Mruknąłem defensywnie, chociaż nie do końca zdawałem sobie z tego sprawę. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie mieszaj tego.</span> <br />
Ale mieszało się samo.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie… Odpływam.</span> - Wymamrotałem z uporem, który znałem u siebie aż za dobrze, to było kłamstwo niskiej jakości, mówione bardziej dla niej niż dla mnie. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wszystko jest okej.</span> - Dodałem szybciej, niemal dziecinnie. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Naprawdę, robiłem to już mnóstwo razy. Zawsze wygląda gorzej, niż jest.</span> - Mój język nagle zrobił się ciężki, obcy, ale mówiłem dalej, bo zamilknięcie byłoby gorsze, tym bardziej, skoro przecież sam jej powiedziałem, że nie było moim stanem naturalnym. Mówiłem, bo mówienie scalało, a kiedy przestawałem, linie się rozjeżdżały. Odchrząknąłem, ni to śmiejąc się, ni to dusząc, niemal od razu kaszlnąłem, tym razem już na serio, metaliczny smak w ustach był zbyt wyraźny, żeby go ignorować. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ej…</span> - Wychrypiałem. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">To chyba nie jest… Normalne, co?</span> - Zmarszczyłem brwi, w końcu coś zaczęło do mnie docierać, powoli, niechętnie, jak spóźniona myśl. Śnieg pod jej dłonią zrobił się niemal nienaturalnie czerwony. Zobaczyłem to kątem oka i parsknąłem cicho, nieadekwatnie, jak dzieciak przyłapany na czymś głupim. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Widzisz.</span> - Powiedziałem miękko, prawie rozbawiony, chociaż to rozbawienie nie było zbyt naturalne, nawet jak na mnie, wydawało się krzywe. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Umowa. Informujemy się, kiedy przestajemy udawać. Chyba właśnie przestałem.</span> - Parsknąłem krótko, z niedowierzaniem podszytym irytacją, po czym spróbowałem unieść rękę, ale ciężar okazał się zbyt duży, moje palce opadły bezwładnie w śnieg. <br />
Leżałem jeszcze chwilę w tej dziwnej ciszy, która nie była ciszą, tylko czymś pomiędzy, śnieg tłumił dźwięki, a głowa robiła swoje, tasowała obrazy bez ładu i składu, oddychałem płytko, bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby. Czułem jej obecność bardzo wyraźnie, ciepło przy sobie, ciężar dłoni, które mnie trzymały przy tym świecie, ale wciąż nie potrafiłem tego przypiąć do jednego imienia, jednej historii.<br />
Przymknąłem oczy, potem znowu je otworzyłem, jej twarz była tuż nade mną, wyraźna i jednocześnie jak zza szyby. Zmarszczyłem lekko brwi, jakbym próbował sobie coś przypomnieć, coś oczywistego, co właśnie umykało.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Hej…</span> - Mruknąłem cicho, z tym samym półuśmiechem, który wcześniej przychodził mi łatwiej. Teraz był bardziej odruchem niż decyzją. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Poczekaj.</span> - Uparcie uniosłem dłoń tylko na tyle, na ile pozwalało ciało, palcami zahaczyłem o powietrze przy jej policzku, jakbym chciał sprawdzić, czy naprawdę tu była, czy to kolejny obraz, który zaraz się rozsypie. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Głupie pytanie</span> - Dodałem, zupełnie poważnie, jak gdyby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ale… Jak ty masz właściwie na imię?</span> - Nie było w tym prowokacji ani flirtu, raczej szczere zdziwienie, dziecięca konsternacja kogoś, kto nagle odkrywał lukę w opowieści. Patrzyłem na nią uważnie, czekając, jakby odpowiedź miała wszystko ustawić na właściwych torach, połączyć rozsypane kawałki. Westchnąłem cicho, trochę rozbawiony, trochę zmęczony.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wiesz…</span> - Dodałem po chwili, tonem kogoś, kto dzielił się sekretem. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Normalnie pamiętam takie rzeczy, naprawdę, tylko dziś… Dziś wszystko mi się jakoś… Rozjechało.</span> - Opuściłem rękę, moje palce znowu wbiły się w śnieg. Nadal byłem przekonany, że to miało sens, pytanie było na miejscu, zaraz usłyszę imię, które coś we mnie uspokoi, nazwie tę chwilę, nada jej ramy. Nie orientowałem się, że już je znam, nie łączyłem kropek, dla mnie wciąż była kimś pomiędzy, cieniem z teraźniejszości i echem z przeszłości, a oba te obrazy były równie prawdziwe.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[SEN] [29/09/72] Przerost formy nad treścią, bo jej tu nie ma]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5526</link>
			<pubDate>Sat, 20 Dec 2025 19:51:23 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=523">Helloise Rowle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5526</guid>
			<description><![CDATA[<div style="text-align: right;" class="mycode_align"><span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">— mini-sen pod prompta.</span></span></div>
<br />
Zimny wiatr dął w pelerynę, opierał się każdemu krokowi, trudno było wziąć wdech, idąc mu naprzeciw. Ale szła, bo szła ku spalonej Kniei. Ku tym sczerniałym kikutom, ku martwym pniom pozostałym w zamarzniętej ziemi, ku strawionym ogniem ramionom drzew. <br />
Czy to mądrze było tam legnąć? Czy mądrze zasypiać na cmentarzysku spopielonego lasu? Śnieg opadł na ciało czarownicy puszystą pierzyną. Mięsiste białe płaty dociążyły marznące powieki, lód spoił zimne usta, palce zesztywniały. Czekała na wiosnę pogrzebana w śniegu. Czekała, aż ziemia odtaje i wyda owoc po tragedii. Chciała być tu pierwsza, gdy wszystko odżyje. Wyszła więc wcześniej.<br />
Długa była to zima. <br />
Nocami leciutka, przezroczysta duszyczka opuszczała ciało, snuła się w cieniu kotłującej śnieżycy. Porywał ją wiatr i miotał po Dolinie, miotał po Anglii, miotał po świecie. W te długie zimowe noce czas zamarzał. Ciemność nieba, pod którym krążyła, nie bywała zimą nigdy czarna — co najwyżej szarawa i szorstka jak proch, dlatego wiedźmi duszek chętnie powracał do swojej przytulnej zimowej sypialni.<br />
Nie była pewna, czy były tej zimy jakieś poranki, choć nasłuchiwała ich spod śnieżnej pokrywy. Może nie było poranków, a może nie było nikogo, kto by o zmarłej Kniei wciąż pamiętał.<br />
Przyszła wiosna, zabrała białe łoże. Wsączyła między lodowate wargi płynne promienie słońca, zebrała szron z policzków. Roztajała pod Helloise ziemia, rozmokła, rozpulchniała, wzięła ją do siebie. W końcu wzięła ją do siebie w błotniste odmęty. I słyszała Helloise, jak szumi woda, szumi woda, szumi w ziemi, szumi życie, rośnie życie, na jej kościach rośnie życie.<br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="text-align: right;" class="mycode_align"><span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">— mini-sen pod prompta.</span></span></div>
<br />
Zimny wiatr dął w pelerynę, opierał się każdemu krokowi, trudno było wziąć wdech, idąc mu naprzeciw. Ale szła, bo szła ku spalonej Kniei. Ku tym sczerniałym kikutom, ku martwym pniom pozostałym w zamarzniętej ziemi, ku strawionym ogniem ramionom drzew. <br />
Czy to mądrze było tam legnąć? Czy mądrze zasypiać na cmentarzysku spopielonego lasu? Śnieg opadł na ciało czarownicy puszystą pierzyną. Mięsiste białe płaty dociążyły marznące powieki, lód spoił zimne usta, palce zesztywniały. Czekała na wiosnę pogrzebana w śniegu. Czekała, aż ziemia odtaje i wyda owoc po tragedii. Chciała być tu pierwsza, gdy wszystko odżyje. Wyszła więc wcześniej.<br />
Długa była to zima. <br />
Nocami leciutka, przezroczysta duszyczka opuszczała ciało, snuła się w cieniu kotłującej śnieżycy. Porywał ją wiatr i miotał po Dolinie, miotał po Anglii, miotał po świecie. W te długie zimowe noce czas zamarzał. Ciemność nieba, pod którym krążyła, nie bywała zimą nigdy czarna — co najwyżej szarawa i szorstka jak proch, dlatego wiedźmi duszek chętnie powracał do swojej przytulnej zimowej sypialni.<br />
Nie była pewna, czy były tej zimy jakieś poranki, choć nasłuchiwała ich spod śnieżnej pokrywy. Może nie było poranków, a może nie było nikogo, kto by o zmarłej Kniei wciąż pamiętał.<br />
Przyszła wiosna, zabrała białe łoże. Wsączyła między lodowate wargi płynne promienie słońca, zebrała szron z policzków. Roztajała pod Helloise ziemia, rozmokła, rozpulchniała, wzięła ją do siebie. W końcu wzięła ją do siebie w błotniste odmęty. I słyszała Helloise, jak szumi woda, szumi woda, szumi w ziemi, szumi życie, rośnie życie, na jej kościach rośnie życie.<br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[jeśeń 1972, 08.10.1972 sen nocy zimowej]]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5510</link>
			<pubDate>Wed, 17 Dec 2025 14:53:50 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=568">Ceolsige Burke</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5510</guid>
			<description><![CDATA[W mieszkaniu nad sklepem panował ciężki zaduch, który dla kogoś z zewnątrz mógłby wydawać się nie do zniesienia, ale dla Ceolsige był to po prostu zapach domu. Ciężka, gryząca woń spalenizny, rozlewała się po wszystkicuh pomieszczeniach. Toważyszyła jej dziwna nuta czegoś słodkiego, gęstego i obezwładniającego. Zapach, który od dawna tu nie gościł.<br />
<br />
Ceolsige stała nad brytfanną z typowym dla siebie profesjonalnym skupieniem. Polędwica z jelenia, jej osobisty trybut na świateczną ucztę Yule, lśniła od glazury z miodu i dymnej whisky. Kobieta poruszała się po kuchni z tą samą oszczędną gracją, z jaką zazwyczaj wyceniała kradzione precjoza. Długie, smukłe palce precyzyjnie układały wokół mięsa jabłka – sczerniałe, pomarszczone, wyglądające jak małe bryłki węgla wyciągnięte z dogasającego paleniska. Wyglądały martwo, ale Burke uważała to za wykwintny dodatek.<br />
<br />
Zatrzymała się na chwilę, poprawiając mankiet jedwabnej, butelkowozielonej koszuli, dbając, by nie ubrudził się sosem i zupełnie ignorując zbrązowiału ślad na lewym rekawie dokoła niewielkigo rozcięcia. Podniosła kieliszek z resztką whisky do ust, a jej błękitne oczy powędrowały ku oknu.<br />
<br />
Na zewnątrz, w ciszy, sypał gęsty śnieg. Płatki wirowały leniwie, a każdy z nich lśnił nienaturalnym, pomarańczowo-czerwonym blaskiem. Nad dachami Nokturnu, zamiast granatowej czerni zimowej nocy, rozlewała się jaskrawa, krwawa łuna zachodzącego słońca. Ceolsige zmrużyła lekko oczy. Było w tym widoku coś hipnotyzującego. Czerwone światło kładło się na jej bladej twarzy, wydobywając z cienia ostre rysy i sprawiając, że rubinowa szminka wyglądała jak świeża rana.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">— Piękny wieczór na podróż —</span> mruknęła do siebie, zupełnie ignorując fakt, że zegar na ścianie wskazywał środek nocy, a słońce nie powinno teraz dotykać horyzontu. Czuła dziwny spokój, przekonana, że rodzice będą zachwyceni pieczenią.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Testuje rzemiosły ◉○○○○: staram sie przyżądzić pieczeń z jelenia w miodzie i ognistej whisky</span><br />
<br />
[roll=O]<br />
<br />
Wtedy jednak gęsta atmosfera w kuchni zaalrmowała ją. Niby nic się nie zmieniło w jej odcieniu a jednak do jej świadomości przeniknął alarmujacy zapach dymu. Przyjemny, choć duszny zapach whisky i ziół zniknął zupełnie. Z piekarnika nie wydobywał się już aromat pieczonego mięsa, ale gryzący, czarny dym, który zaczął pełznąć po podłodze rozlewajac na boki swoje ponure macki.<br />
<br />
Ceolsige zamarła z kieliszkiem w połowie drogi do ust. Jej brwi ściągnęły się w wyrazie głębokiego niezrozumienia, jakby rzeczywistość popełniła nietakt. Spojrzała na brytfannę. Idealna poldwica, w ułamku sekundy zamieniła się w zwęgloną, dymiącą ruinę, choć jeszcze przed chwilą była surowa. Była pewna że dopiero co wstawiła ja do pieczenia.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[W mieszkaniu nad sklepem panował ciężki zaduch, który dla kogoś z zewnątrz mógłby wydawać się nie do zniesienia, ale dla Ceolsige był to po prostu zapach domu. Ciężka, gryząca woń spalenizny, rozlewała się po wszystkicuh pomieszczeniach. Toważyszyła jej dziwna nuta czegoś słodkiego, gęstego i obezwładniającego. Zapach, który od dawna tu nie gościł.<br />
<br />
Ceolsige stała nad brytfanną z typowym dla siebie profesjonalnym skupieniem. Polędwica z jelenia, jej osobisty trybut na świateczną ucztę Yule, lśniła od glazury z miodu i dymnej whisky. Kobieta poruszała się po kuchni z tą samą oszczędną gracją, z jaką zazwyczaj wyceniała kradzione precjoza. Długie, smukłe palce precyzyjnie układały wokół mięsa jabłka – sczerniałe, pomarszczone, wyglądające jak małe bryłki węgla wyciągnięte z dogasającego paleniska. Wyglądały martwo, ale Burke uważała to za wykwintny dodatek.<br />
<br />
Zatrzymała się na chwilę, poprawiając mankiet jedwabnej, butelkowozielonej koszuli, dbając, by nie ubrudził się sosem i zupełnie ignorując zbrązowiału ślad na lewym rekawie dokoła niewielkigo rozcięcia. Podniosła kieliszek z resztką whisky do ust, a jej błękitne oczy powędrowały ku oknu.<br />
<br />
Na zewnątrz, w ciszy, sypał gęsty śnieg. Płatki wirowały leniwie, a każdy z nich lśnił nienaturalnym, pomarańczowo-czerwonym blaskiem. Nad dachami Nokturnu, zamiast granatowej czerni zimowej nocy, rozlewała się jaskrawa, krwawa łuna zachodzącego słońca. Ceolsige zmrużyła lekko oczy. Było w tym widoku coś hipnotyzującego. Czerwone światło kładło się na jej bladej twarzy, wydobywając z cienia ostre rysy i sprawiając, że rubinowa szminka wyglądała jak świeża rana.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">— Piękny wieczór na podróż —</span> mruknęła do siebie, zupełnie ignorując fakt, że zegar na ścianie wskazywał środek nocy, a słońce nie powinno teraz dotykać horyzontu. Czuła dziwny spokój, przekonana, że rodzice będą zachwyceni pieczenią.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Testuje rzemiosły ◉○○○○: staram sie przyżądzić pieczeń z jelenia w miodzie i ognistej whisky</span><br />
<br />
[roll=O]<br />
<br />
Wtedy jednak gęsta atmosfera w kuchni zaalrmowała ją. Niby nic się nie zmieniło w jej odcieniu a jednak do jej świadomości przeniknął alarmujacy zapach dymu. Przyjemny, choć duszny zapach whisky i ziół zniknął zupełnie. Z piekarnika nie wydobywał się już aromat pieczonego mięsa, ale gryzący, czarny dym, który zaczął pełznąć po podłodze rozlewajac na boki swoje ponure macki.<br />
<br />
Ceolsige zamarła z kieliszkiem w połowie drogi do ust. Jej brwi ściągnęły się w wyrazie głębokiego niezrozumienia, jakby rzeczywistość popełniła nietakt. Spojrzała na brytfannę. Idealna poldwica, w ułamku sekundy zamieniła się w zwęgloną, dymiącą ruinę, choć jeszcze przed chwilą była surowa. Była pewna że dopiero co wstawiła ja do pieczenia.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5498</link>
			<pubDate>Tue, 16 Dec 2025 13:58:41 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=453">Prudence Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5498</guid>
			<description><![CDATA[[inny avek]https://i.imgur.com/4iXrumV.png[/inny avek]<br />
<p>Appalachy. Nie było to miejsce, w którym sama chętnie by się znalazła. Od dwóch lat pracowała w Mungu, pamiętała, że ojciec wspomniał jej o tym, że taka okazja więcej się nie nadarzy, że powinna zaryzykować, nigdzie się tyle nie nauczy, więc teraz dzięki swojemu ukochanemu tatusiowi znajdowała się na samym końcu świata, gdzie psy szczekały dupami, i nawet sam diabeł mówił dobranoc. Nie było to jednak spełnienie jej marzeń, nigdy nie sądziła, że nadaje się do leczenia polowego, ale jednak tutaj była. </p>
<p>Zima była dużo ostrzejsza niż ta w Wielkiej Brytanii, czuła, jak wiatr wdziera jej się pod każdą, drobną szczelinę w jej płaszczu, poprawiła szalik, aby mieć jak najmniej ciała na wierzchu, nie, żeby w czymkolwiek jej to pomogło. Żałowała, że posłuchała staruszka.</p>
<p>Prowizoryczny obóz, który rozbili w niczym nie przypominał miejsca, w którym teraz chciałaby się znajdować. Śnieg okrywał okolicę, niby przestał już sypać, ale spodziewała się, że lada moment znowu zacznie prószyć. Nie miała pojęcia, czego tu szukali, nie musiała tego wiedzieć, miała pomagać tym, którzy uszkodzą się podczas jakiejś tajemniczej misji, więc tym właśnie się zajmowała, zresztą wolała się trzymać z daleka od tych dziwnych typów, którzy się tutaj znaleźli. Nie do końca odnajdywała się w tym towarzystwie, co raczej nie było niczym dziwnym, samo to, że musiała dwadzieścia cztery godziny na dobę przebywać z kimś było dla niej dramatycznym przeżyciem.</p>
<p>Oddelegowali ją do gotowania, oczywiście, że musieli to zrobić, bo była przecież kobietą, jako, że tych nie było na stanie, to musiało paść na nią, nie była z tego powodu szczególnie zadowolona, chociaż niosło to za sobą pewne plusy. Przy palenisku było cieplej, chociaż wiatr nadal był nieprzyjemny, przynajmniej na chwilę jednak mogła się ogrzać. Nie miała pojęcia, jaka temperatura będzie w jej namiocie, chyba wolała nie wiedzieć, ta noc i tak miała należeć do nieprzespanych jak kilka ostatnich.</p>
<p>Indyk, skąd oni do jasnej cholery wzięli indyka? Jakim cudem się tutaj znalazł? Nie powinna zadawać tych pytań. Musiała działać, wolała nie ryzykować tego, że nie dostaną jedzenia o odpowiedniej porze, nie wyglądali na przyjemniaczków, a Prue miała w sobie jednak odrobinę instynktu samozachowawczego. Obierała więc warzywa korzenne, które zamierzała wrzucić do ognia, indyk znalazł się na prowizorycznym rożnie, do tego zamierzała przygotować owoce - ponoć był to tutejszy przysmak, skąd to wiedziała? Nie miała pojęcia, po prostu wiedziała, pewnie ktoś jej powiedział, czy coś, nie zastanawiała się nad tym, instynkt ją prowadził.</p>
<p>Nie było niczego przyjemnego w gotowaniu na świeżym powietrzu, zdecydowanie wolałaby się znajdować gdzieś indziej, ale musiała być tutaj, w górach, w których czaiło się niebezpieczeństwo. Niebo było ciemne jak smoła, rozświetlały je wyłącznie gwiazdy, no i ognisko, przy którym się znajdowała. Czuła niepokój, miała wrażenie, że coś czai się w okolicznych krzakach, póki jednak nie postanowiło podejść bliżej miała zamiar to ignorować, kto inny pełnił wartę, kto inny miał się zajmować bezpieczeństwem, ona została oddelegowana do gotowania i tym właśnie się zajmowała.</p>
<br />
[roll=O] (rzemiosło ◉○○○○ - na gotowanie)]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[[inny avek]https://i.imgur.com/4iXrumV.png[/inny avek]<br />
<p>Appalachy. Nie było to miejsce, w którym sama chętnie by się znalazła. Od dwóch lat pracowała w Mungu, pamiętała, że ojciec wspomniał jej o tym, że taka okazja więcej się nie nadarzy, że powinna zaryzykować, nigdzie się tyle nie nauczy, więc teraz dzięki swojemu ukochanemu tatusiowi znajdowała się na samym końcu świata, gdzie psy szczekały dupami, i nawet sam diabeł mówił dobranoc. Nie było to jednak spełnienie jej marzeń, nigdy nie sądziła, że nadaje się do leczenia polowego, ale jednak tutaj była. </p>
<p>Zima była dużo ostrzejsza niż ta w Wielkiej Brytanii, czuła, jak wiatr wdziera jej się pod każdą, drobną szczelinę w jej płaszczu, poprawiła szalik, aby mieć jak najmniej ciała na wierzchu, nie, żeby w czymkolwiek jej to pomogło. Żałowała, że posłuchała staruszka.</p>
<p>Prowizoryczny obóz, który rozbili w niczym nie przypominał miejsca, w którym teraz chciałaby się znajdować. Śnieg okrywał okolicę, niby przestał już sypać, ale spodziewała się, że lada moment znowu zacznie prószyć. Nie miała pojęcia, czego tu szukali, nie musiała tego wiedzieć, miała pomagać tym, którzy uszkodzą się podczas jakiejś tajemniczej misji, więc tym właśnie się zajmowała, zresztą wolała się trzymać z daleka od tych dziwnych typów, którzy się tutaj znaleźli. Nie do końca odnajdywała się w tym towarzystwie, co raczej nie było niczym dziwnym, samo to, że musiała dwadzieścia cztery godziny na dobę przebywać z kimś było dla niej dramatycznym przeżyciem.</p>
<p>Oddelegowali ją do gotowania, oczywiście, że musieli to zrobić, bo była przecież kobietą, jako, że tych nie było na stanie, to musiało paść na nią, nie była z tego powodu szczególnie zadowolona, chociaż niosło to za sobą pewne plusy. Przy palenisku było cieplej, chociaż wiatr nadal był nieprzyjemny, przynajmniej na chwilę jednak mogła się ogrzać. Nie miała pojęcia, jaka temperatura będzie w jej namiocie, chyba wolała nie wiedzieć, ta noc i tak miała należeć do nieprzespanych jak kilka ostatnich.</p>
<p>Indyk, skąd oni do jasnej cholery wzięli indyka? Jakim cudem się tutaj znalazł? Nie powinna zadawać tych pytań. Musiała działać, wolała nie ryzykować tego, że nie dostaną jedzenia o odpowiedniej porze, nie wyglądali na przyjemniaczków, a Prue miała w sobie jednak odrobinę instynktu samozachowawczego. Obierała więc warzywa korzenne, które zamierzała wrzucić do ognia, indyk znalazł się na prowizorycznym rożnie, do tego zamierzała przygotować owoce - ponoć był to tutejszy przysmak, skąd to wiedziała? Nie miała pojęcia, po prostu wiedziała, pewnie ktoś jej powiedział, czy coś, nie zastanawiała się nad tym, instynkt ją prowadził.</p>
<p>Nie było niczego przyjemnego w gotowaniu na świeżym powietrzu, zdecydowanie wolałaby się znajdować gdzieś indziej, ale musiała być tutaj, w górach, w których czaiło się niebezpieczeństwo. Niebo było ciemne jak smoła, rozświetlały je wyłącznie gwiazdy, no i ognisko, przy którym się znajdowała. Czuła niepokój, miała wrażenie, że coś czai się w okolicznych krzakach, póki jednak nie postanowiło podejść bliżej miała zamiar to ignorować, kto inny pełnił wartę, kto inny miał się zajmować bezpieczeństwem, ona została oddelegowana do gotowania i tym właśnie się zajmowała.</p>
<br />
[roll=O] (rzemiosło ◉○○○○ - na gotowanie)]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 1972, senne mary 15.10 | Lucy & Gabriel] Róża i migdał]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5486</link>
			<pubDate>Mon, 15 Dec 2025 09:28:05 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=550">Gabriel Montbel</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5486</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">triggery: domestic fluff, hurt’n’comfort, cosy winter, słodkie tak bardzo, że zęby bolą</div>
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">To nie był jego dom. To nie było jego łóżko. To nie było jego życie.</span></div>
<br />
Pudrowy róż, przydymiony róż, damaszkowy… Nowa kuchnia nie musiała mieć wszystkich udogodnień niezbędnych śmiertelnikom. Gabriel za bardzo nie lubił gotować, czemu miałby? Ostatecznie żaden człowiek raczej nie zaufałby mu na tyle by pić czy jeść cokolwiek podanego trupio-zimną dłonią. Teraz jednak odkrył, ze krząta się po kuchni. Ubrany w biały fartuszek gotuje, a słodki zapach unosi się wszędzie, łaskocząc zielone liście sprowadzonych przez niego w to miejsce roślin. <br />
<br />
Ogród w czterech ścianach.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Kiedy stał się tak bardzo sentymentalny? </span><br />
<br />
Mieszał energicznie w garnku, obok na blasze ułożone były okrągłe ciasteczka czekające wyrośnięcia. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Gdzie był? Dla kogo to robił? Bo przecież nie dla siebie…</span><br />
<br />
Spróbował zupy. Gęsta, korzenna i bardzo, bardzo słodka. Owoce dzikiej róży wciąż zachowywały swój kształt mimo obróbce termicznej. Intensywna kwietna woń wgryzała się w jego nos, jakby zanurzony był między płatkami ciężkiego kwiatu cieszącego oko w Poisy. Ale teraz nie był w Poisy. Teraz był tutaj był…<br />
<br />
Łyżka zatrzymała się w połowie drogi. nyponsoppa musiała poczekać, bo jego wzrok padł na przygotowaną blachę. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Makaroniki.</span><br />
<br />
Pasta migdałowa, cukier i kilka magicznych składników znalezionych w książce kucharskiej, Miały być smaczniejsze niż cokolwiek co położone zostało na podniebieniu. <br />
<br />
Nie jego. Nie jego usta. Nie jego smak. Nie jego pokusa.<br />
<br />
Przełknął ślinę, czując nagłą nerwowość. Przytulna kuchnia stała się nieoczekiwanie duszna. Zagrożenie nie będące zagrożeniem przebiegło po jego plecach. Wziął w dłonie blachę i odwrócił się do piekarnika. Patrzył w okno urządzenia. Ono patrzyło na niego. Ogień już wesoło tańczył. Jakby czekał, aby pożreć delikatne migdałowe opłatki. Czemu ta tradycyjna zupa wymagała makaroników? Czemu ją wybrał? Jak w ogóle ulepił masę tych ciastek, przecież o gotowaniu nie miał większego pojęcia niż to, że czasem trzeba coś podgrzać a czasem schłodzić, że czasem się dużo kroi a czasem dużo miesza. Za jego plecami bulgotała coraz głośniej zupa, a wampir stał sparaliżowany strachem przed czymś, czego wciąż nie mógł uchwycić w dłonie.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">triggery: domestic fluff, hurt’n’comfort, cosy winter, słodkie tak bardzo, że zęby bolą</div>
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">To nie był jego dom. To nie było jego łóżko. To nie było jego życie.</span></div>
<br />
Pudrowy róż, przydymiony róż, damaszkowy… Nowa kuchnia nie musiała mieć wszystkich udogodnień niezbędnych śmiertelnikom. Gabriel za bardzo nie lubił gotować, czemu miałby? Ostatecznie żaden człowiek raczej nie zaufałby mu na tyle by pić czy jeść cokolwiek podanego trupio-zimną dłonią. Teraz jednak odkrył, ze krząta się po kuchni. Ubrany w biały fartuszek gotuje, a słodki zapach unosi się wszędzie, łaskocząc zielone liście sprowadzonych przez niego w to miejsce roślin. <br />
<br />
Ogród w czterech ścianach.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Kiedy stał się tak bardzo sentymentalny? </span><br />
<br />
Mieszał energicznie w garnku, obok na blasze ułożone były okrągłe ciasteczka czekające wyrośnięcia. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Gdzie był? Dla kogo to robił? Bo przecież nie dla siebie…</span><br />
<br />
Spróbował zupy. Gęsta, korzenna i bardzo, bardzo słodka. Owoce dzikiej róży wciąż zachowywały swój kształt mimo obróbce termicznej. Intensywna kwietna woń wgryzała się w jego nos, jakby zanurzony był między płatkami ciężkiego kwiatu cieszącego oko w Poisy. Ale teraz nie był w Poisy. Teraz był tutaj był…<br />
<br />
Łyżka zatrzymała się w połowie drogi. nyponsoppa musiała poczekać, bo jego wzrok padł na przygotowaną blachę. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Makaroniki.</span><br />
<br />
Pasta migdałowa, cukier i kilka magicznych składników znalezionych w książce kucharskiej, Miały być smaczniejsze niż cokolwiek co położone zostało na podniebieniu. <br />
<br />
Nie jego. Nie jego usta. Nie jego smak. Nie jego pokusa.<br />
<br />
Przełknął ślinę, czując nagłą nerwowość. Przytulna kuchnia stała się nieoczekiwanie duszna. Zagrożenie nie będące zagrożeniem przebiegło po jego plecach. Wziął w dłonie blachę i odwrócił się do piekarnika. Patrzył w okno urządzenia. Ono patrzyło na niego. Ogień już wesoło tańczył. Jakby czekał, aby pożreć delikatne migdałowe opłatki. Czemu ta tradycyjna zupa wymagała makaroników? Czemu ją wybrał? Jak w ogóle ulepił masę tych ciastek, przecież o gotowaniu nie miał większego pojęcia niż to, że czasem trzeba coś podgrzać a czasem schłodzić, że czasem się dużo kroi a czasem dużo miesza. Za jego plecami bulgotała coraz głośniej zupa, a wampir stał sparaliżowany strachem przed czymś, czego wciąż nie mógł uchwycić w dłonie.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[SEN] [24-25/09/72] Helloise w Krainie Mordu]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5365</link>
			<pubDate>Sat, 22 Nov 2025 20:55:32 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=523">Helloise Rowle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5365</guid>
			<description><![CDATA[<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"NIE ZAMYKAJ OCZU"</span></span></span></div>
<h2> Akt I — Dægberht </h2><br />
<br />
Dokąd idziemy, gdy zasypiamy? Cóż, to wyglądało jak walijskie wybrzeże. Zatoka, którą kiedyś widziała, choć nie umiałaby jej nazwać. Zielonkawe morze obmywało skaliste klify obsypane jeszcze zieleńszą drzewiną. Fale uderzały o skały miarowo — to na nich siedziała wsłuchana w rytm pływów czarownica otulona cieniem skarlałego drzewa. Tylko takie tu były. Wiatry znad wody przewracały te z nich, które próbowały rosnąć zbyt wysoko, zbyt szeroko otwierały korony. Nazywali to miejsce zawieszonymi lasami.<br />
Wiedziała, że siedziała długo. Czasem gdy wiatr wzmagał się, mgiełka roztrzaskanej o skały morskiej wody wzbijała się aż ku Helloise, oblepiała jej twarz solą. Siedziała tu chyba zawsze, tak jej się wydawało. Ociągała się z ruszeniem w dalszą drogę. Od czasu do czasu odważyła się odwrócić głowę na ścieżkę prowadzącą w głąb lądu — wśród gęstego mroku kniei czaiło się coś złego. Nie chciała tam odchodzić, gdy tak bezpieczne wydawały się fale. Jeszcze chwilę, jeszcze ostatnią chwilę patrzyła na morze, lecz nie mogła tu dłużej zostać. Z przejmującym poczuciem tęsknoty odeszła w las odprowadzona pieśnią morza, od którego równolegle z nią szedł także ktoś dobrze znany. Szli w górę rzeki, a walijski krajobraz tracił swoje surowe cechy, przeradzał się w rozmokłą Knieję, szum wody cichł.<br />
Gdy całkiem zniknął, wraz z nim zniknął wszelki dźwięk. Las milczał, nienaturalnie milczał. Powinny nucić liście, powinno szeleścić poszycie — nic. Gdziekolwiek obróciła się zdezorientowana czarownica, drzewa wydawały się identyczne, nieme i głuche. Zielone gałęzie uginały się w upiornym bezdźwięku. Choć Helloise szła i szła przed siebie, nic się nie zmieniało. Ta sama pozostawała droga pod jej stopami, ten sam układ scenerii. Nie wiedziała, jak zawrócić. To samo było przed nią i to samo za nią. Monotonia tej pułapki zaczynała przyprawiać ją o panikę.<br />
Coś tu było. Poruszało się poza granicami, których ona, schwytana w pętlę, nie mogła przekroczyć. Coś krążyło, zbliżało się, a Helloise nie mogła wyjść; nieważne, jak bardzo przyspieszała kroku.<br />
Coś krążyło za nią od rana. Przypomniała sobie przez mgłę każdy moment w chacie, gdy czuła kogoś za swoim ramieniem, choć spędziła dzień sama. Każdy moment poza nią: gdy szła rzucić kurom warzyw z obiadu — ktoś przecinał ścieżkę za jej plecami. Porządkowała narzędzia w szopie — ktoś spacerował po podwórzu. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Widma</span> — myślała — <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">przeklęte widma</span>. Lodowaty cień Kniei znów o sobie przypomina. Znów chce ją dopaść. <br />
Nie tym razem. Widma nie miały twarzy. Nie miały zapadniętych jam wokół nieruchomych oczu. Nie miały wysokiego czoła. Nie miały krzywego nosa ani zbyt szerokich ust. <br />
Stanęła jak wryta, gdy znalazł się przed nią ten mężczyzna. Patrzyła na niego wśród ciemnego lasu jak ogłupiałe zwierzę złapane między światła rozpędzonego samochodu. Liczyła uderzenia serca zbyt dobrze słyszalne wśród niemych korytarzy drzew.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"NIE ZAMYKAJ OCZU"</span></span></span></div>
<h2> Akt I — Dægberht </h2><br />
<br />
Dokąd idziemy, gdy zasypiamy? Cóż, to wyglądało jak walijskie wybrzeże. Zatoka, którą kiedyś widziała, choć nie umiałaby jej nazwać. Zielonkawe morze obmywało skaliste klify obsypane jeszcze zieleńszą drzewiną. Fale uderzały o skały miarowo — to na nich siedziała wsłuchana w rytm pływów czarownica otulona cieniem skarlałego drzewa. Tylko takie tu były. Wiatry znad wody przewracały te z nich, które próbowały rosnąć zbyt wysoko, zbyt szeroko otwierały korony. Nazywali to miejsce zawieszonymi lasami.<br />
Wiedziała, że siedziała długo. Czasem gdy wiatr wzmagał się, mgiełka roztrzaskanej o skały morskiej wody wzbijała się aż ku Helloise, oblepiała jej twarz solą. Siedziała tu chyba zawsze, tak jej się wydawało. Ociągała się z ruszeniem w dalszą drogę. Od czasu do czasu odważyła się odwrócić głowę na ścieżkę prowadzącą w głąb lądu — wśród gęstego mroku kniei czaiło się coś złego. Nie chciała tam odchodzić, gdy tak bezpieczne wydawały się fale. Jeszcze chwilę, jeszcze ostatnią chwilę patrzyła na morze, lecz nie mogła tu dłużej zostać. Z przejmującym poczuciem tęsknoty odeszła w las odprowadzona pieśnią morza, od którego równolegle z nią szedł także ktoś dobrze znany. Szli w górę rzeki, a walijski krajobraz tracił swoje surowe cechy, przeradzał się w rozmokłą Knieję, szum wody cichł.<br />
Gdy całkiem zniknął, wraz z nim zniknął wszelki dźwięk. Las milczał, nienaturalnie milczał. Powinny nucić liście, powinno szeleścić poszycie — nic. Gdziekolwiek obróciła się zdezorientowana czarownica, drzewa wydawały się identyczne, nieme i głuche. Zielone gałęzie uginały się w upiornym bezdźwięku. Choć Helloise szła i szła przed siebie, nic się nie zmieniało. Ta sama pozostawała droga pod jej stopami, ten sam układ scenerii. Nie wiedziała, jak zawrócić. To samo było przed nią i to samo za nią. Monotonia tej pułapki zaczynała przyprawiać ją o panikę.<br />
Coś tu było. Poruszało się poza granicami, których ona, schwytana w pętlę, nie mogła przekroczyć. Coś krążyło, zbliżało się, a Helloise nie mogła wyjść; nieważne, jak bardzo przyspieszała kroku.<br />
Coś krążyło za nią od rana. Przypomniała sobie przez mgłę każdy moment w chacie, gdy czuła kogoś za swoim ramieniem, choć spędziła dzień sama. Każdy moment poza nią: gdy szła rzucić kurom warzyw z obiadu — ktoś przecinał ścieżkę za jej plecami. Porządkowała narzędzia w szopie — ktoś spacerował po podwórzu. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Widma</span> — myślała — <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">przeklęte widma</span>. Lodowaty cień Kniei znów o sobie przypomina. Znów chce ją dopaść. <br />
Nie tym razem. Widma nie miały twarzy. Nie miały zapadniętych jam wokół nieruchomych oczu. Nie miały wysokiego czoła. Nie miały krzywego nosa ani zbyt szerokich ust. <br />
Stanęła jak wryta, gdy znalazł się przed nią ten mężczyzna. Patrzyła na niego wśród ciemnego lasu jak ogłupiałe zwierzę złapane między światła rozpędzonego samochodu. Liczyła uderzenia serca zbyt dobrze słyszalne wśród niemych korytarzy drzew.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[29.09.1972, sen, Lazarus] Liminal space]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5351</link>
			<pubDate>Thu, 20 Nov 2025 11:29:00 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=572">Lazarus Lovegood</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5351</guid>
			<description><![CDATA[Lazarus leżał w łóżku, zawieszony pomiędzy jawą a snem, wsłuchując się w noc. Nie przewracał się z boku na bok. To i tak nigdy nie działało. Pamiętał noce spędzone pod namiotami na stanowiskach archeologicznych - nigdy nie były tak do końca ciche, zawsze coś pohukiwało w oddali, coś cykało tuż po drugiej stronie płótna namiotu, ktoś oddychał obok... Teraz cisza była tak głęboka, że słyszał, jak któryś z pająków - nie wiedział, który, ale podejrzewał, że to Lethe - kopie w podłożu w terrarium. Na wpół ukołysany tymi znajomymi szelestami mózg jak zwykle podsunął mu myśl, którą trudno było zignorować. Pod tym względem Lazarus zawsze mógł liczyć na swój umysł - dysponował problemem na każdą okazję. <br />
Tym razem była to karta tarota. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Głupiec…</span><br />
Byłby głupcem, gdyby wierzył, że karty mogą go rozgrzeszyć. Uzdrowiciele próbowali to zrobić. Przyjaciele próbowali to zrobić. Odysseus próbował to zrobić. Lazarus na poziomie poznawczym rozumiał nieproduktywność swojego poczucia winy, ale pozostawienie go za sobą wydawało mu się brakiem szacunku dla pamięci tych, którzy zginęli wtedy, w tamtym korytarzu. <br />
Nie mógł się na to zdobyć. <br />
Wciąż… <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">niewinny.</span> Nowy początek. <br />
Czarodziej westchnął cicho w poduszkę. Ciało ciążyło mu nie mniej, niż te myśli. Nie mniej, niż wspomnienia… <br />
<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">W noc cichą, gdy księżyc w pełni, zapal świecę w oknie, niech światło prowadzi. </span></span><br />
<br />
Stał pośrodku pokoju wyłożonego kafelkami, za dnia pewnie białymi, ale teraz, w chłodnym mroku nocy, szarymi. Przez okno - zamknięte, zawsze zamknięte i zabezpieczone zaklęciami, chociaż od tamtego jednego razu nie próbował przez nie uciekać i teraz też nie miał takiego zamiaru - wpadało światło księżyca. Podszedł do parapetu. <br />
W dole, na śniegu, ślady stóp - znikąd donikąd, kilka kroków od jego okna w stronę miasteczka, ale Lazarus doskonale wiedział, że ten, kto je zostawił, wcale nie udawał się do miasteczka, a w drugą stronę - do lasu. Zaryzykował szybkie zerknięcie w tamtym kierunku, na wpół spodziewając się zobaczyć tam znajomą postać, ale nie - był sam. I w jakiś niewyjaśniony sposób wiedział, że jego samotność rozciąga się na cały budynek. Być może na cały świat. <br />
Ta wiedza niosła spokój. Nikogo, kto mógłby go osądzić. Nikogo, kogo mógłby zawieść. Odetchnął z ulgą. <br />
<br />
Stał pośrodku pokoju wyłożonego kafelkami, za dnia pewnie białymi, ale teraz, w chłodnym mroku nocy, szarymi. Nie potrzebował światła. Znał to pomieszczenie na pamięć. Łóżko pod ścianą. Krzesło w rogu. Surowe i szpitalne, a przecież to był jego dom i w miarę pobytu i postępu leczenia, zyskiwał coraz więcej osobistego charakteru. Teraz jednak był tak samo sterylny i bezosobowy, jak w pierwszyn dniu. Pokój, oczywiście. Nie Lazarus. <br />
Na parapecie stała zgaszona świeca. Czarodziej nie ryzykował podejścia do okna, odwrócił się do niego plecami. Drzwi były otwarte. Wyszedł na korytarz i ruszył przed siebie, mijając kolejne i kolejne. Za każdymi - taka sama pusta sala z jednym łóżkiem i zgaszoną świecą na parapecie okna. <br />
Nie wiedział, jak długo przemierzał ciągnący się w nieskończoność szpitalny korytarz, zanim...<br />
<br />
Stał pośrodku pokoju wyłożonego kafelkami - za dnia pewnie białymi, ale teraz, w pełgającym świetle świecy - pełnymi tańczących cieni. Pamiętał, że kiedyś, kiedyś, cienie na ścianach opowiadały mu historie. Że wpatrywał się w nie, by nie zwracać uwagi na te drugie - czające się w mrocznych kątach szpitalnej sali i w zakamarkach jego umysłu, będącego polem bitwy na którym ścierały się rozregulowane neuroprzekaźniki, erratyczne impulsy nerwowe i przyjmowane nieregularnie, źle dobrane eliksiry. <br />
Tej nocy nie było dla niego tego teatru, ale nie było też potworów pod łóżkiem ani upiorów pod czaszką. Cienie były tylko cieniami. Tak, jak powinno być. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Weź do ręki czarny kamień, symbol niepewności, i pomyśl o tym, co musisz puścić, co już nie służy.</span></span><br />
<br />
Wzrok Lazarusa padł na stojący pośrodku pomieszczenia stół. Jedno krzesło przy nim, jeden przedmiot na nim. <br />
Kamień był wielkości dwóch pięści i w migotliwym, słabym blasku świecy na oknie - niebezpiecznie było myśleć zbyt długo o tym, kogo mógłby on zwabić - wydawał się całkiem czarny. Klątwołamacz położył na nim dłoń, z niewyjaśnioną, ale absolutną pewnością, że jakiekolwiek sprawdzanie go pod kątem magii jest niepotrzebne. Powierzchnia pod palcami była lekko szorstka i niepokojąco ciepła, jak na kawałek skały. <br />
Uniósł go w dłoni i spróbował w mizernym oświetleniu przyjrzeć mu się bliżej. Nie znał się szczególnie na geologii. Kamień był czarny, jak wiele mniej lub bardziej znaczących rzeczy w życiu Lazarusa. Jak większość jego ubrań. Jak zacieki pozostawione przez czarną magię w jego mieszkaniu. Jak skraj Kniei w styczniową noc, jak ściany korytarza, który powinien był stać się jego grobowcem. Jak zaschnięta krew na ubraniu jego mentora, wtedy, osiem lat temu i jak oczy Odysseusa Fawleya, kiedy patrzył na niego - w niego - przez niego - i mówił <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">oddychaj i nie broń się, to będzie nieprzyjemne, ale niebolesne,</span> a Lazarus czuł już znajome napieranie legilimencji na skroniach i potylicy, przerażające i doskonałe, i dlaczego właściwie myślał o tych dwóch mężczyznach jednym tchem, dlaczego w ogóle myślał teraz o Odysie?<br />
<br />
Odsunął od siebie te rozważania z wprawą kogoś, kto przez całe lata musiał ignorować własne wspomnienia, udawać, że w jego głowie nie rozgrywa się raz po raz ta sama magiczna katastrofa. Te sceny, obrazy, wypalone pod powiekami jak powidok czegoś zbyt jasnego dla czopków i pręcików, to była kara za porażkę, jaką poniósł. Nie wiedział, czy ma prawo je ignorować, to smakowało, jak potępienie, ale gdy tego nie robił, gdy pozwalał im przewalać się po swoim umyśle, kończył na równi pochyłej, złamany i gotowy na upadek, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">zbyt</span> gotowy, a przecież miał pod opieką swoje wybujałe rośliny i pająki, których przyjęcia odmawiał każdy z jego znajomych, i rozpoczęte zadanie w Ministerstwie, które, jak był przekonany, tylko on mógł doprowadzić do końca w optymalny sposób, a od którego zależały być może życia, a nie mógł sobie pozwolić na dopisanie kolejnych ludzkich żyć do swojego rachunku...<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Spirala, Lazarusie. Znowu to robisz. </span><br />
Podniósł głowę, jakby musiał fizycznie  wynurzyć się spod powierzchni swoich myśli. Nigdy nie był specjalnie uduchowiony. Kto zatem w jego mniemaniu miałby nałożyć na niego tę karę albo rozliczyć ów rachunek?<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zamknij oczy i wsłuchaj się w szumy wiatru, który niesie ze sobą wszystkie opowieści. </span></span><br />
<br />
Lazarus zamknął oczy. Skupił się na trzymanym kamieniu - jednocześnie zbyt ciężkim i podejrzanie lekkim. Otaczała go cisza opustoszałego szpitala o korytarzach bez początku i bez końca. Niektórych takie miejsca napawały niepokojem. On czuł jedynie spokój, jakby wypadł już przez granicę strachu na drugą stronę, jakby tamta, uwolniona magia aktywowanej niechcący klątwy wypaliła z niego cały lęk. Pozwolił myślom błądzić. Co niosła ze sobą grudniowa noc? O czym szumiał wiatr, który kiedyś rozwiewał włosy Helloise, a wcześniej szumiał w prastarych gałęziach ponad ukrytą w głuszy chatką Samuela? Lazarus miał ochotę powiedzieć, że te sceny należały nie tylko do poprzedniego życia, ale w dodatku każda z nich do innego, ale to było w oczywisty sposób nieprawdą, bo przecież każdy miał tylko jedno życie, choćby żegnał się z nim nawet i trzykrotnie. A zatem - metafora.<br />
<br />
Nie pamiętał, by zajmował miejsce na krześle, a jednak siedział przy tym stole, trzymał ten kamień i… medytował? <br />
Czy to właśnie było szaleństwo? <br />
Miał poczucie, że zadaje sobie to pytanie częściej, niż przeciętny człowiek. Próba powieszenia się na gałęzi (jeżeli właśnie była zima, znaczyło to, że rocznica tamtego dnia albo niedawno minęła, albo niedługo miała nastąpić). Śpiew świergotników zamieszkujących drzewo Samuela, albo może to Sam należał do tego drzewa, przynajmniej kiedy jeszcze mieszkał w Kniei. Podążenie za bosą czarownicą, która mówiła <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">chodź, zabiorę cię do siebie</span> i prowadziła go na zdradzieckie bagna, gotowe połknąć ich oboje. Karta głupca, którą wyciągnął z przeklętej talii Ceolsige, ale to było później, po tym, jak opuścił Lecznicę Dusz po raz ostatni. W przyszłości?...<br />
<br />
Odysseus mówił, że to właśnie może czekać na Lazarusa na końcu i mówił to całkiem poważnie, obiektywnie i tak po prostu. Pewnie sprawiłaby mu satysfakcję świadomość, że się nie mylił. Lazarus szanował bezpośredniość Fawleya, ale wcale nie miał ochoty karmić jego ego. I bez tego psychiatra był już wystarczająco nieznośny. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jeśli kamień opadnie na ziemię, oznacza to, że czas na zakończenie pewnego etapu życia.</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jeśli wzniesie się w górę, symbolizuje nowe początki i transformację.</span></span><br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czy kamień się unosi?<br />
 [roll=TakNie]</span></div>
<br />
Lekkość powietrza zaskoczyła go, kiedy kamień opuścił trzymającą go dłoń. Czarodziej otworzył oczy. Czarna, obła skała lewitowała nad stołem. Wróżba, zorientował się. Rytuał tyleż stary, ile przewrotny, bo tak naprawdę dający tylko jedną odpowiedź. Koniec będący jednocześnie początkiem. Zakończenie pewnego etapu życia lub nowe początki i transformacja - jedno nie wykluczało przecież drugiego, tak czy owak chodziło o to, by pokornie przyjmować nadchodzące przemiany i nie próbować na siłę zatrzymywać tego, co się traciło. Wybór, który nie był wyborem, jak dwójka buław. Dopiero teraz - siedząc jak idiota z pustą ręką wyciągniętą nad blatem, obserwując unoszący się w powietrzu kamień - zrozumiał różnicę.<br />
<br />
Siedział przy stole w pokoju wyłożonym kafelkami - za dnia pewnie białymi, ale teraz, w pełgającym świetle świecy - pełnymi tańczących cieni. Spojrzał w okno, gdzie świeca wypaliła się już do połowy. Żadnych wskazówek tym razem. Był sam. <br />
Lazarus rzadko dzielił się z innymi swoimi emocjami. Często skrywał je nawet przed samym sobą, odstawiał na półkę, jak przetwory w słoju. Ale tej nocy - tej nocy, w tym dziwnym miejscu, w zawieszeniu pomiędzy czasami, przestrzeniami i stanami, zobaczył je: te łaskoczące, jak motyle, te spokojne, jak gąsienice i te obrzydliwe, lepkie i wyciekające, jak hemolimfa pozostała w poczwarce po wykluciu. Jego oddech, dotychczas spokojny, teraz zadrżał i zerwał się. Coś, co ściskało go w piersi puściło i dopiero wtedy poczuł, jak mocno, jak bezwzględnie trzymało. Jak marionetka z podciętymi sznurkami, czarodziej zgarbił się bezsilnie i poczuł, jak jego serce zaczyna przyspieszać, a pod powiekami rodzą się piekące, obce i wcale nieproszone - łzy.  <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Pamiętaj, że śmierć nie zawsze oznacza koniec, ale często jest zapowiedzią nowego początku. </span></span><br />
<br />
Obudziło go własne chlipnięcie, żałosne i nieprzystające dorosłemu mężczyźnie. W takich chwilach jak ta cieszył się, że nie ma przy nim nikogo, kto byłby tego świadkiem. Oddychał za szybko, jak na spokojny sen i czuł się trochę roztrzęsiony, ale szczegóły tego, co właściwie mu się śniło, wyciekały z pamięci zanim zdążył się im przyjrzeć. W pierwszym odruchu pozwolił im na to, bo koszmary senne nie były dla niego niczym nowym, choć szczęśliwie nie zdarzały mu się często. Tym razem jednak miał wrażenie, że nie był to jednoznacznie zły sen. Coś o kamieniu… był w Lecznicy Dusz… i robił ten rytuał, którego pozostałości studiowali podczas jego ostatniego projektu archeologicznego?<br />
Jego tętno uspokajało się. Tylko sen. To nie było ważne. Zresztą… Lazarus miał już w swoim życiu wiele <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">nowych początków</span> i wbrew naiwnym interpretacjom wróżb, nie zawsze zwiastowały one poprawę. Czasami otwierał oczy tylko po to, by patrzeć w nowy rodzaj mroku.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Każda utrata otwiera drzwi do nowych możliwości i doświadczeń.</span></span><br />
<br />
Tymczasem jednak otaczał go całkiem realny mrok bezksiężycowej nocy, znajome, pełne ksiąg mieszkanie i nieidealna, wypełniona odgłosami pracującego budynku i nie do końca śpiącego Londynu za oknem cisza. Musiało być dobrze przed świtem. Klątwołamacz westchnął i sięgnął po różdżkę. Była sobota, a więc nie musiał rano wstawać - skoro najwyraźniej spokojny sen nie był jego przeznaczeniem tej nocy, równie dobrze mógł poczytać. I zapalić. <br />
W pierwszej jednak kolejności ujął w dłoń pióro i w wyczarowanym świetle - byle jakim i migotliwym jak świeca, bo Lazarus był absolutnym beztalenciem, jeżeli chodziło o Kształtowanie - zanotował na odwrocie rozłożonego papierowego żurawia z jakimś poleceniem od Anthony’ego: <br />
<br />
<div class="fajnylist"><img src="https://secretsoflondon.pl/images/szablonciemny/wycinek.png" style="width: 100%;" /><div class="fajnylistsrodek wycinekk" style="color: #141312; text-shadow: 0 0 3px #2b2828a3;top: 5%;width: 85%;max-height: 85%;font-size:90%;line-height:120%;text-align:left;">
<br />
<br />
<br />
<br />
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">krew, a myślałem</p></span><br />
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">pod wygłodniałą skórą</p></span><br />
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">płynie nadzieja </p></span></div></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Lazarus leżał w łóżku, zawieszony pomiędzy jawą a snem, wsłuchując się w noc. Nie przewracał się z boku na bok. To i tak nigdy nie działało. Pamiętał noce spędzone pod namiotami na stanowiskach archeologicznych - nigdy nie były tak do końca ciche, zawsze coś pohukiwało w oddali, coś cykało tuż po drugiej stronie płótna namiotu, ktoś oddychał obok... Teraz cisza była tak głęboka, że słyszał, jak któryś z pająków - nie wiedział, który, ale podejrzewał, że to Lethe - kopie w podłożu w terrarium. Na wpół ukołysany tymi znajomymi szelestami mózg jak zwykle podsunął mu myśl, którą trudno było zignorować. Pod tym względem Lazarus zawsze mógł liczyć na swój umysł - dysponował problemem na każdą okazję. <br />
Tym razem była to karta tarota. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Głupiec…</span><br />
Byłby głupcem, gdyby wierzył, że karty mogą go rozgrzeszyć. Uzdrowiciele próbowali to zrobić. Przyjaciele próbowali to zrobić. Odysseus próbował to zrobić. Lazarus na poziomie poznawczym rozumiał nieproduktywność swojego poczucia winy, ale pozostawienie go za sobą wydawało mu się brakiem szacunku dla pamięci tych, którzy zginęli wtedy, w tamtym korytarzu. <br />
Nie mógł się na to zdobyć. <br />
Wciąż… <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">niewinny.</span> Nowy początek. <br />
Czarodziej westchnął cicho w poduszkę. Ciało ciążyło mu nie mniej, niż te myśli. Nie mniej, niż wspomnienia… <br />
<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">W noc cichą, gdy księżyc w pełni, zapal świecę w oknie, niech światło prowadzi. </span></span><br />
<br />
Stał pośrodku pokoju wyłożonego kafelkami, za dnia pewnie białymi, ale teraz, w chłodnym mroku nocy, szarymi. Przez okno - zamknięte, zawsze zamknięte i zabezpieczone zaklęciami, chociaż od tamtego jednego razu nie próbował przez nie uciekać i teraz też nie miał takiego zamiaru - wpadało światło księżyca. Podszedł do parapetu. <br />
W dole, na śniegu, ślady stóp - znikąd donikąd, kilka kroków od jego okna w stronę miasteczka, ale Lazarus doskonale wiedział, że ten, kto je zostawił, wcale nie udawał się do miasteczka, a w drugą stronę - do lasu. Zaryzykował szybkie zerknięcie w tamtym kierunku, na wpół spodziewając się zobaczyć tam znajomą postać, ale nie - był sam. I w jakiś niewyjaśniony sposób wiedział, że jego samotność rozciąga się na cały budynek. Być może na cały świat. <br />
Ta wiedza niosła spokój. Nikogo, kto mógłby go osądzić. Nikogo, kogo mógłby zawieść. Odetchnął z ulgą. <br />
<br />
Stał pośrodku pokoju wyłożonego kafelkami, za dnia pewnie białymi, ale teraz, w chłodnym mroku nocy, szarymi. Nie potrzebował światła. Znał to pomieszczenie na pamięć. Łóżko pod ścianą. Krzesło w rogu. Surowe i szpitalne, a przecież to był jego dom i w miarę pobytu i postępu leczenia, zyskiwał coraz więcej osobistego charakteru. Teraz jednak był tak samo sterylny i bezosobowy, jak w pierwszyn dniu. Pokój, oczywiście. Nie Lazarus. <br />
Na parapecie stała zgaszona świeca. Czarodziej nie ryzykował podejścia do okna, odwrócił się do niego plecami. Drzwi były otwarte. Wyszedł na korytarz i ruszył przed siebie, mijając kolejne i kolejne. Za każdymi - taka sama pusta sala z jednym łóżkiem i zgaszoną świecą na parapecie okna. <br />
Nie wiedział, jak długo przemierzał ciągnący się w nieskończoność szpitalny korytarz, zanim...<br />
<br />
Stał pośrodku pokoju wyłożonego kafelkami - za dnia pewnie białymi, ale teraz, w pełgającym świetle świecy - pełnymi tańczących cieni. Pamiętał, że kiedyś, kiedyś, cienie na ścianach opowiadały mu historie. Że wpatrywał się w nie, by nie zwracać uwagi na te drugie - czające się w mrocznych kątach szpitalnej sali i w zakamarkach jego umysłu, będącego polem bitwy na którym ścierały się rozregulowane neuroprzekaźniki, erratyczne impulsy nerwowe i przyjmowane nieregularnie, źle dobrane eliksiry. <br />
Tej nocy nie było dla niego tego teatru, ale nie było też potworów pod łóżkiem ani upiorów pod czaszką. Cienie były tylko cieniami. Tak, jak powinno być. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Weź do ręki czarny kamień, symbol niepewności, i pomyśl o tym, co musisz puścić, co już nie służy.</span></span><br />
<br />
Wzrok Lazarusa padł na stojący pośrodku pomieszczenia stół. Jedno krzesło przy nim, jeden przedmiot na nim. <br />
Kamień był wielkości dwóch pięści i w migotliwym, słabym blasku świecy na oknie - niebezpiecznie było myśleć zbyt długo o tym, kogo mógłby on zwabić - wydawał się całkiem czarny. Klątwołamacz położył na nim dłoń, z niewyjaśnioną, ale absolutną pewnością, że jakiekolwiek sprawdzanie go pod kątem magii jest niepotrzebne. Powierzchnia pod palcami była lekko szorstka i niepokojąco ciepła, jak na kawałek skały. <br />
Uniósł go w dłoni i spróbował w mizernym oświetleniu przyjrzeć mu się bliżej. Nie znał się szczególnie na geologii. Kamień był czarny, jak wiele mniej lub bardziej znaczących rzeczy w życiu Lazarusa. Jak większość jego ubrań. Jak zacieki pozostawione przez czarną magię w jego mieszkaniu. Jak skraj Kniei w styczniową noc, jak ściany korytarza, który powinien był stać się jego grobowcem. Jak zaschnięta krew na ubraniu jego mentora, wtedy, osiem lat temu i jak oczy Odysseusa Fawleya, kiedy patrzył na niego - w niego - przez niego - i mówił <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">oddychaj i nie broń się, to będzie nieprzyjemne, ale niebolesne,</span> a Lazarus czuł już znajome napieranie legilimencji na skroniach i potylicy, przerażające i doskonałe, i dlaczego właściwie myślał o tych dwóch mężczyznach jednym tchem, dlaczego w ogóle myślał teraz o Odysie?<br />
<br />
Odsunął od siebie te rozważania z wprawą kogoś, kto przez całe lata musiał ignorować własne wspomnienia, udawać, że w jego głowie nie rozgrywa się raz po raz ta sama magiczna katastrofa. Te sceny, obrazy, wypalone pod powiekami jak powidok czegoś zbyt jasnego dla czopków i pręcików, to była kara za porażkę, jaką poniósł. Nie wiedział, czy ma prawo je ignorować, to smakowało, jak potępienie, ale gdy tego nie robił, gdy pozwalał im przewalać się po swoim umyśle, kończył na równi pochyłej, złamany i gotowy na upadek, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">zbyt</span> gotowy, a przecież miał pod opieką swoje wybujałe rośliny i pająki, których przyjęcia odmawiał każdy z jego znajomych, i rozpoczęte zadanie w Ministerstwie, które, jak był przekonany, tylko on mógł doprowadzić do końca w optymalny sposób, a od którego zależały być może życia, a nie mógł sobie pozwolić na dopisanie kolejnych ludzkich żyć do swojego rachunku...<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Spirala, Lazarusie. Znowu to robisz. </span><br />
Podniósł głowę, jakby musiał fizycznie  wynurzyć się spod powierzchni swoich myśli. Nigdy nie był specjalnie uduchowiony. Kto zatem w jego mniemaniu miałby nałożyć na niego tę karę albo rozliczyć ów rachunek?<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zamknij oczy i wsłuchaj się w szumy wiatru, który niesie ze sobą wszystkie opowieści. </span></span><br />
<br />
Lazarus zamknął oczy. Skupił się na trzymanym kamieniu - jednocześnie zbyt ciężkim i podejrzanie lekkim. Otaczała go cisza opustoszałego szpitala o korytarzach bez początku i bez końca. Niektórych takie miejsca napawały niepokojem. On czuł jedynie spokój, jakby wypadł już przez granicę strachu na drugą stronę, jakby tamta, uwolniona magia aktywowanej niechcący klątwy wypaliła z niego cały lęk. Pozwolił myślom błądzić. Co niosła ze sobą grudniowa noc? O czym szumiał wiatr, który kiedyś rozwiewał włosy Helloise, a wcześniej szumiał w prastarych gałęziach ponad ukrytą w głuszy chatką Samuela? Lazarus miał ochotę powiedzieć, że te sceny należały nie tylko do poprzedniego życia, ale w dodatku każda z nich do innego, ale to było w oczywisty sposób nieprawdą, bo przecież każdy miał tylko jedno życie, choćby żegnał się z nim nawet i trzykrotnie. A zatem - metafora.<br />
<br />
Nie pamiętał, by zajmował miejsce na krześle, a jednak siedział przy tym stole, trzymał ten kamień i… medytował? <br />
Czy to właśnie było szaleństwo? <br />
Miał poczucie, że zadaje sobie to pytanie częściej, niż przeciętny człowiek. Próba powieszenia się na gałęzi (jeżeli właśnie była zima, znaczyło to, że rocznica tamtego dnia albo niedawno minęła, albo niedługo miała nastąpić). Śpiew świergotników zamieszkujących drzewo Samuela, albo może to Sam należał do tego drzewa, przynajmniej kiedy jeszcze mieszkał w Kniei. Podążenie za bosą czarownicą, która mówiła <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">chodź, zabiorę cię do siebie</span> i prowadziła go na zdradzieckie bagna, gotowe połknąć ich oboje. Karta głupca, którą wyciągnął z przeklętej talii Ceolsige, ale to było później, po tym, jak opuścił Lecznicę Dusz po raz ostatni. W przyszłości?...<br />
<br />
Odysseus mówił, że to właśnie może czekać na Lazarusa na końcu i mówił to całkiem poważnie, obiektywnie i tak po prostu. Pewnie sprawiłaby mu satysfakcję świadomość, że się nie mylił. Lazarus szanował bezpośredniość Fawleya, ale wcale nie miał ochoty karmić jego ego. I bez tego psychiatra był już wystarczająco nieznośny. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jeśli kamień opadnie na ziemię, oznacza to, że czas na zakończenie pewnego etapu życia.</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jeśli wzniesie się w górę, symbolizuje nowe początki i transformację.</span></span><br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czy kamień się unosi?<br />
 [roll=TakNie]</span></div>
<br />
Lekkość powietrza zaskoczyła go, kiedy kamień opuścił trzymającą go dłoń. Czarodziej otworzył oczy. Czarna, obła skała lewitowała nad stołem. Wróżba, zorientował się. Rytuał tyleż stary, ile przewrotny, bo tak naprawdę dający tylko jedną odpowiedź. Koniec będący jednocześnie początkiem. Zakończenie pewnego etapu życia lub nowe początki i transformacja - jedno nie wykluczało przecież drugiego, tak czy owak chodziło o to, by pokornie przyjmować nadchodzące przemiany i nie próbować na siłę zatrzymywać tego, co się traciło. Wybór, który nie był wyborem, jak dwójka buław. Dopiero teraz - siedząc jak idiota z pustą ręką wyciągniętą nad blatem, obserwując unoszący się w powietrzu kamień - zrozumiał różnicę.<br />
<br />
Siedział przy stole w pokoju wyłożonym kafelkami - za dnia pewnie białymi, ale teraz, w pełgającym świetle świecy - pełnymi tańczących cieni. Spojrzał w okno, gdzie świeca wypaliła się już do połowy. Żadnych wskazówek tym razem. Był sam. <br />
Lazarus rzadko dzielił się z innymi swoimi emocjami. Często skrywał je nawet przed samym sobą, odstawiał na półkę, jak przetwory w słoju. Ale tej nocy - tej nocy, w tym dziwnym miejscu, w zawieszeniu pomiędzy czasami, przestrzeniami i stanami, zobaczył je: te łaskoczące, jak motyle, te spokojne, jak gąsienice i te obrzydliwe, lepkie i wyciekające, jak hemolimfa pozostała w poczwarce po wykluciu. Jego oddech, dotychczas spokojny, teraz zadrżał i zerwał się. Coś, co ściskało go w piersi puściło i dopiero wtedy poczuł, jak mocno, jak bezwzględnie trzymało. Jak marionetka z podciętymi sznurkami, czarodziej zgarbił się bezsilnie i poczuł, jak jego serce zaczyna przyspieszać, a pod powiekami rodzą się piekące, obce i wcale nieproszone - łzy.  <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Pamiętaj, że śmierć nie zawsze oznacza koniec, ale często jest zapowiedzią nowego początku. </span></span><br />
<br />
Obudziło go własne chlipnięcie, żałosne i nieprzystające dorosłemu mężczyźnie. W takich chwilach jak ta cieszył się, że nie ma przy nim nikogo, kto byłby tego świadkiem. Oddychał za szybko, jak na spokojny sen i czuł się trochę roztrzęsiony, ale szczegóły tego, co właściwie mu się śniło, wyciekały z pamięci zanim zdążył się im przyjrzeć. W pierwszym odruchu pozwolił im na to, bo koszmary senne nie były dla niego niczym nowym, choć szczęśliwie nie zdarzały mu się często. Tym razem jednak miał wrażenie, że nie był to jednoznacznie zły sen. Coś o kamieniu… był w Lecznicy Dusz… i robił ten rytuał, którego pozostałości studiowali podczas jego ostatniego projektu archeologicznego?<br />
Jego tętno uspokajało się. Tylko sen. To nie było ważne. Zresztą… Lazarus miał już w swoim życiu wiele <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">nowych początków</span> i wbrew naiwnym interpretacjom wróżb, nie zawsze zwiastowały one poprawę. Czasami otwierał oczy tylko po to, by patrzeć w nowy rodzaj mroku.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Każda utrata otwiera drzwi do nowych możliwości i doświadczeń.</span></span><br />
<br />
Tymczasem jednak otaczał go całkiem realny mrok bezksiężycowej nocy, znajome, pełne ksiąg mieszkanie i nieidealna, wypełniona odgłosami pracującego budynku i nie do końca śpiącego Londynu za oknem cisza. Musiało być dobrze przed świtem. Klątwołamacz westchnął i sięgnął po różdżkę. Była sobota, a więc nie musiał rano wstawać - skoro najwyraźniej spokojny sen nie był jego przeznaczeniem tej nocy, równie dobrze mógł poczytać. I zapalić. <br />
W pierwszej jednak kolejności ujął w dłoń pióro i w wyczarowanym świetle - byle jakim i migotliwym jak świeca, bo Lazarus był absolutnym beztalenciem, jeżeli chodziło o Kształtowanie - zanotował na odwrocie rozłożonego papierowego żurawia z jakimś poleceniem od Anthony’ego: <br />
<br />
<div class="fajnylist"><img src="https://secretsoflondon.pl/images/szablonciemny/wycinek.png" style="width: 100%;" /><div class="fajnylistsrodek wycinekk" style="color: #141312; text-shadow: 0 0 3px #2b2828a3;top: 5%;width: 85%;max-height: 85%;font-size:90%;line-height:120%;text-align:left;">
<br />
<br />
<br />
<br />
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">krew, a myślałem</p></span><br />
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">pod wygłodniałą skórą</p></span><br />
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">płynie nadzieja </p></span></div></div>]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>