<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Wokół Magicznych Dzielnic]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Sat, 18 Apr 2026 04:11:13 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[6 września 1972, Maida Vale]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5929</link>
			<pubDate>Fri, 03 Apr 2026 13:03:29 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=1">Eutierria</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5929</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">wczesnym rankiem</div>
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">MASZ</span> – powiedziała drżącym głosem, wręczając ci z cierpiętniczą miną <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5928&amp;pid=88486#pid88486" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">list</a>. Zaraz po tym powiesiła przy wejściu <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4082&amp;pid=64163#pid64163" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">informację o atakujących ogród czarnych różach</a>. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wszystkim już prawie to rozesłałam. Z rodziny. Czuję taką… bezradność…</span> – Pokręciła głową i zacisnęła oczy na kilka sekund, przyciskając dwa palce lewej ręki do obolałej skroni. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jest jeszcze gorzej niż wczoraj. Wejdź i sama zobacz… Ja idę porozmawiać z Archibaldem…</span> – I tyle ją widziałaś. Lorelei nie powiedziała ci nawet „dzień dobry”, a to znaczyło jedno – z Maida Vale działo się ŹLE.<br />
<br />
<div class="mg">Mistrz gry nie kontynuuje rozgrywki. Scena napisana dla gracza informacyjnie, jako dodatek do otrzymanej korespondencji. <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=633" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Delyra Dolohov</a></div> [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=TQuXlkH.png[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">wczesnym rankiem</div>
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">MASZ</span> – powiedziała drżącym głosem, wręczając ci z cierpiętniczą miną <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5928&amp;pid=88486#pid88486" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">list</a>. Zaraz po tym powiesiła przy wejściu <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4082&amp;pid=64163#pid64163" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">informację o atakujących ogród czarnych różach</a>. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wszystkim już prawie to rozesłałam. Z rodziny. Czuję taką… bezradność…</span> – Pokręciła głową i zacisnęła oczy na kilka sekund, przyciskając dwa palce lewej ręki do obolałej skroni. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jest jeszcze gorzej niż wczoraj. Wejdź i sama zobacz… Ja idę porozmawiać z Archibaldem…</span> – I tyle ją widziałaś. Lorelei nie powiedziała ci nawet „dzień dobry”, a to znaczyło jedno – z Maida Vale działo się ŹLE.<br />
<br />
<div class="mg">Mistrz gry nie kontynuuje rozgrywki. Scena napisana dla gracza informacyjnie, jako dodatek do otrzymanej korespondencji. <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=633" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Delyra Dolohov</a></div> [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=TQuXlkH.png[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[19.10.72 Maida Vale] Fugazi]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5867</link>
			<pubDate>Wed, 18 Mar 2026 07:20:09 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=222">Louvain Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5867</guid>
			<description><![CDATA[<p>Drzwi zamknęły się za nim ciężko, z tym charakterystycznym, głuchym kliknięciem, które w pustych korytarzach rezydencji Maida Vale niosło się dłużej, niż powinno. Louvain oparł się na moment o chłodne drewno, jakby potrzebował tej jednej, krótkiej chwili, by upewnić się, że naprawdę jest sam. Że nikt nie patrzy. Że nikt nie będzie zadawał pytań, na które i tak nie miał odpowiedzi. Pokój dziecięcy przywitał go ciszą, nie tą spokojną, lecz pustą, zalegającą w powietrzu, jakby ktoś zamknął ją tu lata temu i zapomniał wypuścić. Kurz unosił się w smugach światła wpadającego przez wysokie okno, a wszystkie meble i zabawki skrywały się pod pożółkłymi prześcieradłami, jak rzędy zapomnianych ciał. To tutaj biegał kiedyś z Lorettą, tu śmiech odbijał się od ścian, tu pierwszy raz uniósł się na miotle, zbyt szybko, zbyt wysoko, aż w końcu przebił szybę i wyleciał na zewnątrz, zatrzymując się dopiero na żywopłocie ogrodu, zadyszany ale za to rozbawiony. Teraz okno było całe, a on czuł się jakby rozbity na kawałki. Przeszedł przez pokój bez celu, z ciężarem w krokach, który bardziej przypominał ciągnięcie się niż ruch. Rzucił płaszcz w kąt i opadł na jedną z dziecięcych leżanek, zbyt krótką i zbyt lekką dla dorosłego mężczyzny. Skrzypnęła pod jego ciężarem, jakby protestowała przeciwko temu, kim się stał. Samhain. Słowo pojawiło się w jego głowie jak zimny dotyk. Niewiele ponad tydzień. Kilkanaście dni do chwili, w której Zimno upomni się o zapłatę. Za Baltane, za to, co zostało naruszone, za porządek, którego nie powinien był dotykać. Miał tyle czasu. I zmarnował go. Nie zamknął żadnej ze spraw, które miały znaczenie. Wszystko tylko bardziej się splątało. </p>
<p>Uniósł butelkę ginu i pociągnął długi łyk. Alkohol palił w gardle, lecz za to przynosił ulgę. Zapalił papierosa. Dym wypełnił płuca ciężko, a potem zaczął gromadzić się pod sufitem, tworząc coraz gęstszą warstwę. Jeden niedopałek zgasł niedbale w pościeli, drugi wylądował obok. Materiał zaczął się tlić. Najpierw ledwie zauważalnie, potem żar rozpełzł się powoli, centymetr po centymetrze. Nie było jeszcze płomienia. Tylko ciepło. Powolne, nieubłagane. Louvain leżał nieruchomo, z jedną ręką zwisającą z leżanki, z drugą zaciskającą butelkę. Patrzył w sufit, gdzie dym rozmywał światło. I dopiero wtedy poczuł to wyraźnie. Nie gniew. Nie wściekłość. Żal. Ogromny, przytłaczający, rozlewający się w nim powoli. Nie miał jednego źródła. Był sumą wszystkiego co już było. Niewypowiedzianych słów, zmarnowanych szans, wyborów, które prowadziły tylko do kolejnych ślepych zaułków. Loretta. Desideria. Cynthia. Baltane. Samhain. Każde z nich było kolejnym pęknięciem, aż w końcu wszystko zaczęło się kruszyć jednocześnie. Powinien był coś zrobić inaczej. Powinien był zatrzymać się wcześniej. Powinien był… Urwał myśl, bo była już bezużyteczna. Z jego oka spłynęła łza. Jedna, potem druga. Cicho, bez ruchu twarzy, jakby ciało działało niezależnie od niego. Wsiąkły w materiał pod głową. Nie próbował ich powstrzymać. Jego dłoń zwisająca z leżanki była chłodna, nienaturalnie chłodna. Nie wziął dziś eliksiru imitującego temperaturę ciała. Zapomniał, a może nie chciał pamiętać. Nie było nikogo, przed kim musiałby udawać. Zimno było szczere. Czuł je teraz wyraźnie, jak przenika przez palce, nadgarstek, wyżej, jakby coś już zaczynało się o niego upominać. Nie gwałtownie. Ale nieuchronnie. Zaciągnął się jeszcze raz papierosem. Żar na materacu przesunął się dalej, cicho pożerając kolejne włókna. Ciepło zaczynało być wyczuwalne pod jego bokiem, kontrastując dziwnie z chłodem jego własnego ciała. Leżał między tymi dwoma skrajnościami. Między żarem, a zimnem i po raz pierwszy od bardzo dawna nie był pewien, które z nich nadejdzie pierwsze. </p>
<br />
[inny avek]https://i.pinimg.com/1200x/dd/e8/6f/dde86f884731fe26c46ecd797765509a.jpg[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Drzwi zamknęły się za nim ciężko, z tym charakterystycznym, głuchym kliknięciem, które w pustych korytarzach rezydencji Maida Vale niosło się dłużej, niż powinno. Louvain oparł się na moment o chłodne drewno, jakby potrzebował tej jednej, krótkiej chwili, by upewnić się, że naprawdę jest sam. Że nikt nie patrzy. Że nikt nie będzie zadawał pytań, na które i tak nie miał odpowiedzi. Pokój dziecięcy przywitał go ciszą, nie tą spokojną, lecz pustą, zalegającą w powietrzu, jakby ktoś zamknął ją tu lata temu i zapomniał wypuścić. Kurz unosił się w smugach światła wpadającego przez wysokie okno, a wszystkie meble i zabawki skrywały się pod pożółkłymi prześcieradłami, jak rzędy zapomnianych ciał. To tutaj biegał kiedyś z Lorettą, tu śmiech odbijał się od ścian, tu pierwszy raz uniósł się na miotle, zbyt szybko, zbyt wysoko, aż w końcu przebił szybę i wyleciał na zewnątrz, zatrzymując się dopiero na żywopłocie ogrodu, zadyszany ale za to rozbawiony. Teraz okno było całe, a on czuł się jakby rozbity na kawałki. Przeszedł przez pokój bez celu, z ciężarem w krokach, który bardziej przypominał ciągnięcie się niż ruch. Rzucił płaszcz w kąt i opadł na jedną z dziecięcych leżanek, zbyt krótką i zbyt lekką dla dorosłego mężczyzny. Skrzypnęła pod jego ciężarem, jakby protestowała przeciwko temu, kim się stał. Samhain. Słowo pojawiło się w jego głowie jak zimny dotyk. Niewiele ponad tydzień. Kilkanaście dni do chwili, w której Zimno upomni się o zapłatę. Za Baltane, za to, co zostało naruszone, za porządek, którego nie powinien był dotykać. Miał tyle czasu. I zmarnował go. Nie zamknął żadnej ze spraw, które miały znaczenie. Wszystko tylko bardziej się splątało. </p>
<p>Uniósł butelkę ginu i pociągnął długi łyk. Alkohol palił w gardle, lecz za to przynosił ulgę. Zapalił papierosa. Dym wypełnił płuca ciężko, a potem zaczął gromadzić się pod sufitem, tworząc coraz gęstszą warstwę. Jeden niedopałek zgasł niedbale w pościeli, drugi wylądował obok. Materiał zaczął się tlić. Najpierw ledwie zauważalnie, potem żar rozpełzł się powoli, centymetr po centymetrze. Nie było jeszcze płomienia. Tylko ciepło. Powolne, nieubłagane. Louvain leżał nieruchomo, z jedną ręką zwisającą z leżanki, z drugą zaciskającą butelkę. Patrzył w sufit, gdzie dym rozmywał światło. I dopiero wtedy poczuł to wyraźnie. Nie gniew. Nie wściekłość. Żal. Ogromny, przytłaczający, rozlewający się w nim powoli. Nie miał jednego źródła. Był sumą wszystkiego co już było. Niewypowiedzianych słów, zmarnowanych szans, wyborów, które prowadziły tylko do kolejnych ślepych zaułków. Loretta. Desideria. Cynthia. Baltane. Samhain. Każde z nich było kolejnym pęknięciem, aż w końcu wszystko zaczęło się kruszyć jednocześnie. Powinien był coś zrobić inaczej. Powinien był zatrzymać się wcześniej. Powinien był… Urwał myśl, bo była już bezużyteczna. Z jego oka spłynęła łza. Jedna, potem druga. Cicho, bez ruchu twarzy, jakby ciało działało niezależnie od niego. Wsiąkły w materiał pod głową. Nie próbował ich powstrzymać. Jego dłoń zwisająca z leżanki była chłodna, nienaturalnie chłodna. Nie wziął dziś eliksiru imitującego temperaturę ciała. Zapomniał, a może nie chciał pamiętać. Nie było nikogo, przed kim musiałby udawać. Zimno było szczere. Czuł je teraz wyraźnie, jak przenika przez palce, nadgarstek, wyżej, jakby coś już zaczynało się o niego upominać. Nie gwałtownie. Ale nieuchronnie. Zaciągnął się jeszcze raz papierosem. Żar na materacu przesunął się dalej, cicho pożerając kolejne włókna. Ciepło zaczynało być wyczuwalne pod jego bokiem, kontrastując dziwnie z chłodem jego własnego ciała. Leżał między tymi dwoma skrajnościami. Między żarem, a zimnem i po raz pierwszy od bardzo dawna nie był pewien, które z nich nadejdzie pierwsze. </p>
<br />
[inny avek]https://i.pinimg.com/1200x/dd/e8/6f/dde86f884731fe26c46ecd797765509a.jpg[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Wokół magicznych dzielnic]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5837</link>
			<pubDate>Fri, 13 Mar 2026 19:39:11 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=210">Strażnik Tajemnic</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5837</guid>
			<description><![CDATA[<div class="locka"><h4>Westminster</h4><br />
Mugolska dzielnica w samym sercu Londynu. Na jej terenie znajduje się m.in. Pałac Westminsterski, będący siedzibą brytyjskiego parlamentu i Opactwo Westminsterskie, a także siedziby brytyjskiego premiera (10 Downing Street), biura spraw zagranicznych (Foreign and Commonwealth Office), ministerstwa skarbu (HM Treasury), admiralicji, londyńskiej policji (Scotland Yard) oraz kontrwywiadu (MI5). Nieopodal znajduje się także Pałac Buckingham.<br />
<br />
Na terenie dzielnicy oraz w jej sąsiedztwie znajduje się pięć stacji metra – Charing Cross, Embankment, St. James’s Park, Victoria oraz Westminster. Na południowy zachód od Westminsteru znajduje się dzielnica Pimlico, na zachód Victoria a na północ St. James’s Park oraz St. James’s, zaś wschodnią granicę wytycza rzeka Tamiza.<br />
<br />
Pałac Westminsterski wraz ze swoją wieżą zegarową to poza Pałacem i Twierdzą Jego Królewskiej Mości (zwaną także Tower of London) i leżącym nieopodal niej mostem, to jedna z wizytówek Londynu. W związku z koniecznością wymiany dużej części wapiennej fasady wieży zegarowej, aktualnie trwają tu prace remontowe, ale ogrody usytuowane w pobliżu wieży Wiktorii, okoliczne herbaciarnie, restauracje, miejsca spotkań, domy publiczne i nadrzeczne deptaki w dalszym ciągu pozostają do dyspozycji mieszkańców i przybyszy z innych stron świata.<br />
<br />
To w tej dzielnicy, obok Charing Cross Road, znajduje się jedyne przejście z niemagicznego Londynu do <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Magicznych Dzielnic</span>. Również tutaj, pod budynkiem mugolskiego ministerstwa skarbu (HM Treasury) znajduje się <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ministerstwo Magii</span> (o sposobach dostania się do Ministerstwa Magii można przeczytać w <a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2844&amp;pid=34575#pid34575" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">tym</a> temacie).</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="locka"><h4>Westminster</h4><br />
Mugolska dzielnica w samym sercu Londynu. Na jej terenie znajduje się m.in. Pałac Westminsterski, będący siedzibą brytyjskiego parlamentu i Opactwo Westminsterskie, a także siedziby brytyjskiego premiera (10 Downing Street), biura spraw zagranicznych (Foreign and Commonwealth Office), ministerstwa skarbu (HM Treasury), admiralicji, londyńskiej policji (Scotland Yard) oraz kontrwywiadu (MI5). Nieopodal znajduje się także Pałac Buckingham.<br />
<br />
Na terenie dzielnicy oraz w jej sąsiedztwie znajduje się pięć stacji metra – Charing Cross, Embankment, St. James’s Park, Victoria oraz Westminster. Na południowy zachód od Westminsteru znajduje się dzielnica Pimlico, na zachód Victoria a na północ St. James’s Park oraz St. James’s, zaś wschodnią granicę wytycza rzeka Tamiza.<br />
<br />
Pałac Westminsterski wraz ze swoją wieżą zegarową to poza Pałacem i Twierdzą Jego Królewskiej Mości (zwaną także Tower of London) i leżącym nieopodal niej mostem, to jedna z wizytówek Londynu. W związku z koniecznością wymiany dużej części wapiennej fasady wieży zegarowej, aktualnie trwają tu prace remontowe, ale ogrody usytuowane w pobliżu wieży Wiktorii, okoliczne herbaciarnie, restauracje, miejsca spotkań, domy publiczne i nadrzeczne deptaki w dalszym ciągu pozostają do dyspozycji mieszkańców i przybyszy z innych stron świata.<br />
<br />
To w tej dzielnicy, obok Charing Cross Road, znajduje się jedyne przejście z niemagicznego Londynu do <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Magicznych Dzielnic</span>. Również tutaj, pod budynkiem mugolskiego ministerstwa skarbu (HM Treasury) znajduje się <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ministerstwo Magii</span> (o sposobach dostania się do Ministerstwa Magii można przeczytać w <a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2844&amp;pid=34575#pid34575" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">tym</a> temacie).</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[22.09.1972, Maida Vale] Tajemniczy ogród]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5800</link>
			<pubDate>Thu, 05 Mar 2026 19:56:36 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=177">Victoria Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5800</guid>
			<description><![CDATA[[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=3UQX4gf.png[/inny avek]<br />
<p>Chociaż piękny ogród Maida Vale należał to ich rodziny, to jednak nie każdy jej członek interesował się kwiatami i tym, co się tam działo. Początkowe zainteresowanie, które wybuchło na początku miesiąca, w większości już zmalało, przykryte zresztą tragedią Spalonej Nocy i mało kto zdawał się pamiętać o fenomenie, jaki rozkwitł w środku Londynu. Fenomenie, który sprawiał, że Victoria ciągle była niespokojna i nie chodziło wcale o to, że chodziła przemęczona przez pracę (choć to na pewno też się do sprawy przyczyniało). Wnioski, jakie płynęły z tego wszystkiego, co działo się w ogrodzie, nie napawały optymizmem, a na domiar wszystkiego potrzebowała się dostać na Polanę Ognisk, żeby potwierdzić lub zaprzeczyć słowom ciotki Lorelei. </p>
<p>Z miłą chęcią jednak przyjęła, że Laurence wykazywał jakieś zainteresowanie sprawą czarnych róż i gdy moment w trakcie rodzinnej kolacji na to pozwolił, z miłą chęcią opuściła jadalnię, by wybrać się wraz z kuzynem do ogrodu. </p>
<p>Nie miała na sobie żadnego okrycia wierzchniego, żadnego sweterka, chusty ani płaszcza, choć wrześniowe temperatury były już dużo niższe niż w lecie, a już zwłaszcza wieczorem. Ale nie czuła, że musi przed rodziną cokolwiek udawać, nie było żadną tajemnicą to, co przydarzyło jej się podczas felernego Beltane w maju, nie zamierzała więc kryć przed własnymi krewnymi tego, co się działo. A więc, że naprawdę była tak lodowata, jak pisali w gazetach. Tak zimna, że nie było takiego ognia, który mógłby ją ogrzać; nie odczuwała więc, że jest zimno i niosło to ze sobą pewne niebezpieczeństwo, ale nie była w stanie nic na to poradzić. </p>
<p>Czarne róże nadal były w ogrodzie, gdy wraz z Laurencem wyszli i postawili pierwsze kroki na żwirowej ścieżce. Ich słodki zapach unosił się w powietrzu, a piękno było niezaprzeczalne, a przynajmniej dla kogoś, kto miał jakieś pojęcie o kwiatach. Piękne, bez suchych miejsc, bez żółtych plam na miękkich, smoliście czarnych płatkach kwiatów, które naturalnie nie występowały w takim kolorze. Pięły się po murku, rzeźbach muz, a gdzieniegdzie nawet po drzewach, a przynajmniej w tej części ogrodu, w której się właśnie znajdowali. </p>
<p> <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Co myślisz? –</span> zapytała kuzyna, gdy już miał chwilę, by przyjrzeć się temu dziwnemu zjawisku. W ogrodzie panowała nieco dziwaczna atmosfera, może nie grozy, ale nie dało się zaprzeczyć, że widok wielu tajemniczych róż był zastanawiający. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Nie zmieniło się to od dwóch tygodni, wygląda to wszystko tak samo.</span> </p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=3UQX4gf.png[/inny avek]<br />
<p>Chociaż piękny ogród Maida Vale należał to ich rodziny, to jednak nie każdy jej członek interesował się kwiatami i tym, co się tam działo. Początkowe zainteresowanie, które wybuchło na początku miesiąca, w większości już zmalało, przykryte zresztą tragedią Spalonej Nocy i mało kto zdawał się pamiętać o fenomenie, jaki rozkwitł w środku Londynu. Fenomenie, który sprawiał, że Victoria ciągle była niespokojna i nie chodziło wcale o to, że chodziła przemęczona przez pracę (choć to na pewno też się do sprawy przyczyniało). Wnioski, jakie płynęły z tego wszystkiego, co działo się w ogrodzie, nie napawały optymizmem, a na domiar wszystkiego potrzebowała się dostać na Polanę Ognisk, żeby potwierdzić lub zaprzeczyć słowom ciotki Lorelei. </p>
<p>Z miłą chęcią jednak przyjęła, że Laurence wykazywał jakieś zainteresowanie sprawą czarnych róż i gdy moment w trakcie rodzinnej kolacji na to pozwolił, z miłą chęcią opuściła jadalnię, by wybrać się wraz z kuzynem do ogrodu. </p>
<p>Nie miała na sobie żadnego okrycia wierzchniego, żadnego sweterka, chusty ani płaszcza, choć wrześniowe temperatury były już dużo niższe niż w lecie, a już zwłaszcza wieczorem. Ale nie czuła, że musi przed rodziną cokolwiek udawać, nie było żadną tajemnicą to, co przydarzyło jej się podczas felernego Beltane w maju, nie zamierzała więc kryć przed własnymi krewnymi tego, co się działo. A więc, że naprawdę była tak lodowata, jak pisali w gazetach. Tak zimna, że nie było takiego ognia, który mógłby ją ogrzać; nie odczuwała więc, że jest zimno i niosło to ze sobą pewne niebezpieczeństwo, ale nie była w stanie nic na to poradzić. </p>
<p>Czarne róże nadal były w ogrodzie, gdy wraz z Laurencem wyszli i postawili pierwsze kroki na żwirowej ścieżce. Ich słodki zapach unosił się w powietrzu, a piękno było niezaprzeczalne, a przynajmniej dla kogoś, kto miał jakieś pojęcie o kwiatach. Piękne, bez suchych miejsc, bez żółtych plam na miękkich, smoliście czarnych płatkach kwiatów, które naturalnie nie występowały w takim kolorze. Pięły się po murku, rzeźbach muz, a gdzieniegdzie nawet po drzewach, a przynajmniej w tej części ogrodu, w której się właśnie znajdowali. </p>
<p> <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Co myślisz? –</span> zapytała kuzyna, gdy już miał chwilę, by przyjrzeć się temu dziwnemu zjawisku. W ogrodzie panowała nieco dziwaczna atmosfera, może nie grozy, ale nie dało się zaprzeczyć, że widok wielu tajemniczych róż był zastanawiający. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Nie zmieniło się to od dwóch tygodni, wygląda to wszystko tak samo.</span> </p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[07.10.1972] Maida Vale (Astoria Avery, Rodolphus Lestrange)]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5790</link>
			<pubDate>Mon, 02 Mar 2026 00:32:50 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=602">Astoria Avery</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5790</guid>
			<description><![CDATA[[inny avek]https://64.media.tumblr.com/ab134dda1f3d01c6927ccdd9df29fc1f/0e02927a58c84d58-e1/s1280x1920/ed8ff786775db10eacf274ce577390a0ee15b606.jpg[/inny avek]<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">07.10.1972, <br />
Maida Vale</div>
<br />
Noc dojrzała niezauważenie. To, co jeszcze kilka godzin temu pulsowało światłem, muzyką i rozmowami, teraz powoli gasło. Śmiechy stały się rzadsze, bardziej ochrypłe. Kroki cięższe. Maski przekrzywione niedbale, jakby ich właściciele zapomnieli, że miały coś ukrywać.<br />
Jej ciało, choć wspomagane eliksirami i siłą woli, miało swoje granice. Wrażenia osiadały na niej jak kurz - światło, dźwięki, zapachy perfum mieszające się z alkoholem, zbyt wiele spojrzeń, zbyt wiele słów. Każde z osobna niewinne. Razem przytłaczające. Jej natura była krucha - reagowała intensywniej, szybciej się wyczerpywała. Tam, gdzie inni czuli jedynie ekscytację, ona odczuwała napięcie rozciągnięte cienką nicią pod skórą. W pewnym momencie przestała słuchać rozmów. Muzyka zaczęła brzmieć jak echo, dochodzące z innego pomieszczenia, choć wciąż była tuż obok. Powietrze w sali stało się ciężkie, przegrzane, nasycone obecnością zbyt wielu ciał. Znów potrzebowała oddechu. Wyszła bez pośpiechu, niemal niezauważalnie, zsuwając się z centrum wydarzeń jak cień, który wraca na swoje miejsce, gdy światło przygasa. Marmurowe schody prowadzące do ogrodu były chłodne pod podeszwami. Już na pół drogi poczuła zmianę - nocne powietrze otuliło ją miękko, rześko, przynosząc ulgę niemal natychmiastową. Wciągnęła powoli powietrze w płuca. Ogród Lestrangów rozciągał się przed nią w półmroku, rozświetlony dyskretnymi lampionami, które rzucały ciepłe, złote kręgi na żwirowe alejki. Cienie wydłużały się i splatały ze sobą, tworząc iluzję głębi, której nie było. Drzewa wydawały się wyższe, bardziej milczące. Krzewy czarnych róż rosły w dalszej części ogrodu. Myśl o powrocie do domu przyniosła jej cichą ulgę. Własne ściany. Własna cisza. Przestrzeń, w której nie trzeba było niczego udowadniać ani interpretować. Łóżko, w którym ciało mogło wreszcie rozluźnić się bez tej nieustannej gotowości. Księżyc przesunął się nieco wyżej, a jego światło osiadło na jej włosach i ramionach jak cienka warstwa srebra. Przed nią, w samym sercu ogrodu, majaczyła oranżeria. W świetle księżyca przypominała raczej szkatułkę niż budowlę. W oddali, między altaną a rozświetloną dyskretnie oranżerią, dostrzegła ruch - sylwetki splecione zbyt blisko, zbyt miękko, by mogły być przypadkowe. Astoria odwróciła wzrok niemal natychmiast.<br />
Skręciła więc w przeciwną stronę, w głąb bardziej zacienionej części ogrodu, gdzie żwirowa ścieżka prowadziła między posągami.Gdzieś z lewej strony zaszeleściły liście, jakby coś niewielkiego przemknęło między krzewami.<br />
Wtedy go zobaczyła.<br />
Najpierw tylko cień - wysoka, męska sylwetka wyłaniająca się spomiędzy drzew.Szedł szybkim, nieuwaznym krokiem, z głową lekko pochyloną, jakby pogrążony w myślach albo zirytowany czymś, co zostawił za sobą w sali balowej. Jego buty miażdżyły żwir bez subtelności, rozrzucając drobne kamienie na boki. Zdawał się nie widzieć, że na drodze tuż przed nim leżała skulona drobna postać elfa. Tak niewielka, że w półmroku niemal stapiała się z otoczeniem. Jeden nieuważny krok i ciężka podeszwa wbiłaby się w kruche ciało bez najmniejszego oporu. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Stój! -</span> krzyknęła, zanim zdążyła pomyśleć. Nie czekając na reakcję, ruszyła naprzód. Zbyt szybko. Żwir nie wybaczał pośpiechu. Jej stopa osunęła się na drobnych kamieniach, suknia zahaczyła o wystający fragment ścieżki. Przez ułamek sekundy świat przechylił się niebezpiecznie, ale zdołała odzyskać równowagę. Oddech wyrwał się z jej piersi nierówno. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Patrz jak chodzisz, do cholery! -</span> wyrzuciła z siebie ostro, jeszcze blada po utracie równowagi. I wtedy zobaczyła.<br />
Nie było tam skulonej sylwetki. Nie było drobnych ramion ani przerażonych oczu. Na żwirze, tuż przy krawędzi ścieżki, leżał jedynie ciemny liść - szeroki, postrzępiony, może z dębu, może z jednego z krzewów, tworząc złudzenie kształtu bardziej organicznego, niemal żywego. Gra światła zrobiła resztę.<br />
Poczuła, jak ciepło wstydu powoli wspina się po jej szyi, aż do policzków. Wyprostowała się powoli, starając się odzyskać resztki godności, choć słowo "przepraszam" nie przeszło jej przez gardło.<br />
<br />
<br />
<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content">
!BINGO C1</div></div></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[[inny avek]https://64.media.tumblr.com/ab134dda1f3d01c6927ccdd9df29fc1f/0e02927a58c84d58-e1/s1280x1920/ed8ff786775db10eacf274ce577390a0ee15b606.jpg[/inny avek]<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">07.10.1972, <br />
Maida Vale</div>
<br />
Noc dojrzała niezauważenie. To, co jeszcze kilka godzin temu pulsowało światłem, muzyką i rozmowami, teraz powoli gasło. Śmiechy stały się rzadsze, bardziej ochrypłe. Kroki cięższe. Maski przekrzywione niedbale, jakby ich właściciele zapomnieli, że miały coś ukrywać.<br />
Jej ciało, choć wspomagane eliksirami i siłą woli, miało swoje granice. Wrażenia osiadały na niej jak kurz - światło, dźwięki, zapachy perfum mieszające się z alkoholem, zbyt wiele spojrzeń, zbyt wiele słów. Każde z osobna niewinne. Razem przytłaczające. Jej natura była krucha - reagowała intensywniej, szybciej się wyczerpywała. Tam, gdzie inni czuli jedynie ekscytację, ona odczuwała napięcie rozciągnięte cienką nicią pod skórą. W pewnym momencie przestała słuchać rozmów. Muzyka zaczęła brzmieć jak echo, dochodzące z innego pomieszczenia, choć wciąż była tuż obok. Powietrze w sali stało się ciężkie, przegrzane, nasycone obecnością zbyt wielu ciał. Znów potrzebowała oddechu. Wyszła bez pośpiechu, niemal niezauważalnie, zsuwając się z centrum wydarzeń jak cień, który wraca na swoje miejsce, gdy światło przygasa. Marmurowe schody prowadzące do ogrodu były chłodne pod podeszwami. Już na pół drogi poczuła zmianę - nocne powietrze otuliło ją miękko, rześko, przynosząc ulgę niemal natychmiastową. Wciągnęła powoli powietrze w płuca. Ogród Lestrangów rozciągał się przed nią w półmroku, rozświetlony dyskretnymi lampionami, które rzucały ciepłe, złote kręgi na żwirowe alejki. Cienie wydłużały się i splatały ze sobą, tworząc iluzję głębi, której nie było. Drzewa wydawały się wyższe, bardziej milczące. Krzewy czarnych róż rosły w dalszej części ogrodu. Myśl o powrocie do domu przyniosła jej cichą ulgę. Własne ściany. Własna cisza. Przestrzeń, w której nie trzeba było niczego udowadniać ani interpretować. Łóżko, w którym ciało mogło wreszcie rozluźnić się bez tej nieustannej gotowości. Księżyc przesunął się nieco wyżej, a jego światło osiadło na jej włosach i ramionach jak cienka warstwa srebra. Przed nią, w samym sercu ogrodu, majaczyła oranżeria. W świetle księżyca przypominała raczej szkatułkę niż budowlę. W oddali, między altaną a rozświetloną dyskretnie oranżerią, dostrzegła ruch - sylwetki splecione zbyt blisko, zbyt miękko, by mogły być przypadkowe. Astoria odwróciła wzrok niemal natychmiast.<br />
Skręciła więc w przeciwną stronę, w głąb bardziej zacienionej części ogrodu, gdzie żwirowa ścieżka prowadziła między posągami.Gdzieś z lewej strony zaszeleściły liście, jakby coś niewielkiego przemknęło między krzewami.<br />
Wtedy go zobaczyła.<br />
Najpierw tylko cień - wysoka, męska sylwetka wyłaniająca się spomiędzy drzew.Szedł szybkim, nieuwaznym krokiem, z głową lekko pochyloną, jakby pogrążony w myślach albo zirytowany czymś, co zostawił za sobą w sali balowej. Jego buty miażdżyły żwir bez subtelności, rozrzucając drobne kamienie na boki. Zdawał się nie widzieć, że na drodze tuż przed nim leżała skulona drobna postać elfa. Tak niewielka, że w półmroku niemal stapiała się z otoczeniem. Jeden nieuważny krok i ciężka podeszwa wbiłaby się w kruche ciało bez najmniejszego oporu. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Stój! -</span> krzyknęła, zanim zdążyła pomyśleć. Nie czekając na reakcję, ruszyła naprzód. Zbyt szybko. Żwir nie wybaczał pośpiechu. Jej stopa osunęła się na drobnych kamieniach, suknia zahaczyła o wystający fragment ścieżki. Przez ułamek sekundy świat przechylił się niebezpiecznie, ale zdołała odzyskać równowagę. Oddech wyrwał się z jej piersi nierówno. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Patrz jak chodzisz, do cholery! -</span> wyrzuciła z siebie ostro, jeszcze blada po utracie równowagi. I wtedy zobaczyła.<br />
Nie było tam skulonej sylwetki. Nie było drobnych ramion ani przerażonych oczu. Na żwirze, tuż przy krawędzi ścieżki, leżał jedynie ciemny liść - szeroki, postrzępiony, może z dębu, może z jednego z krzewów, tworząc złudzenie kształtu bardziej organicznego, niemal żywego. Gra światła zrobiła resztę.<br />
Poczuła, jak ciepło wstydu powoli wspina się po jej szyi, aż do policzków. Wyprostowała się powoli, starając się odzyskać resztki godności, choć słowo "przepraszam" nie przeszło jej przez gardło.<br />
<br />
<br />
<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content">
!BINGO C1</div></div></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[07.10. 72 ogród] Masquerade! Paper faces on parade | Lana & Basilius, Maida Vale]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5778</link>
			<pubDate>Wed, 25 Feb 2026 14:32:48 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=444">Basilius Prewett</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5778</guid>
			<description><![CDATA[<div class="spoiler_wrap"><div class="spoiler_header"><a href="javascript:void(0);" onclick="javascript:if(parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display=='block'){parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='none';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[+]&quot; alt=&quot;[+]&quot; src=&quot;/images/collapse_collapsed.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;Maska';}else {parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='block';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[-]&quot; alt=&quot;[-]&quot; src=&quot;/images/collapse.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;Maska';}"><img title="[+]" alt="[+]" src="/images/collapse_collapsed.png" class="expandspoiler" />Maska</a></div><div class="spoiler_body" style="display: none;"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=KoRzKUH.jpeg" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=KoRzKUH.jpeg]" class="mycode_img" /></div></div>
<br />
W pierwszej chwili spojrzał zaskoczony na czarownicę w czarnej masce, ale gdy się przedstawiła, oczy Prewetta rozbłysły w zrozumieniu. No tak. Lana Dolohov. Doskonale pamiętała, gdy ona i jej... Towarzyszka ucierpiały podczas Spalonej Nocy. To znaczy... Lana ucierpiała znacznie mocniej. Straciła przecież matkę, była całą rozstrzęsiona, a na dodatek jej płuca dręczył ten paskudny kaszel. Lyssa natomiast... Zdecydowanie głośniej dawała znać o swoich problemach. <br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Pani Dolohov, dobrze panią widzieć. Tak oczywiście. I tak miałem sam się przejść</span> – powiedział zgodnie z prawdą, bo chociaż nie należał do osób, które bardzo szybko męczyły się w towarzystwie, miał jednak już trochę dosyć tego tłumu. Poza tym chciał zobaczyć te słynne dziwne róże.<br />
<br />
Ruszyli więc razem do ogrodu przy posiadłości Lestrange'ów, a Basilius rozejrzał się po otoczeniu. Teraz gdy smoliste kwiaty dominowały w krajobrazie, to miejsce rzeczywiście nabrało... Dziwnie mrocznego klimatu. <br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dobrze widzieć panią na balu</span> – powiedzial, skupiając spojrzenie na swojej towarzyszce. Nie chciał wspominać o tym, że w jego pamięci Lana ostatni raz gdy ją widział, wyglądała, z oczywistych powodów, zdecydowanie gorzej. Cieszył się więc że kobieta przyszła dzisiaj na zabawę. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Mam nadzieję, że kaszel już pani nie męczy. Jak się pani dzisiaj w ogóle bawi?</span><br />
<br />
!Maida Vale]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="spoiler_wrap"><div class="spoiler_header"><a href="javascript:void(0);" onclick="javascript:if(parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display=='block'){parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='none';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[+]&quot; alt=&quot;[+]&quot; src=&quot;/images/collapse_collapsed.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;Maska';}else {parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='block';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[-]&quot; alt=&quot;[-]&quot; src=&quot;/images/collapse.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;Maska';}"><img title="[+]" alt="[+]" src="/images/collapse_collapsed.png" class="expandspoiler" />Maska</a></div><div class="spoiler_body" style="display: none;"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=KoRzKUH.jpeg" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=KoRzKUH.jpeg]" class="mycode_img" /></div></div>
<br />
W pierwszej chwili spojrzał zaskoczony na czarownicę w czarnej masce, ale gdy się przedstawiła, oczy Prewetta rozbłysły w zrozumieniu. No tak. Lana Dolohov. Doskonale pamiętała, gdy ona i jej... Towarzyszka ucierpiały podczas Spalonej Nocy. To znaczy... Lana ucierpiała znacznie mocniej. Straciła przecież matkę, była całą rozstrzęsiona, a na dodatek jej płuca dręczył ten paskudny kaszel. Lyssa natomiast... Zdecydowanie głośniej dawała znać o swoich problemach. <br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Pani Dolohov, dobrze panią widzieć. Tak oczywiście. I tak miałem sam się przejść</span> – powiedział zgodnie z prawdą, bo chociaż nie należał do osób, które bardzo szybko męczyły się w towarzystwie, miał jednak już trochę dosyć tego tłumu. Poza tym chciał zobaczyć te słynne dziwne róże.<br />
<br />
Ruszyli więc razem do ogrodu przy posiadłości Lestrange'ów, a Basilius rozejrzał się po otoczeniu. Teraz gdy smoliste kwiaty dominowały w krajobrazie, to miejsce rzeczywiście nabrało... Dziwnie mrocznego klimatu. <br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dobrze widzieć panią na balu</span> – powiedzial, skupiając spojrzenie na swojej towarzyszce. Nie chciał wspominać o tym, że w jego pamięci Lana ostatni raz gdy ją widział, wyglądała, z oczywistych powodów, zdecydowanie gorzej. Cieszył się więc że kobieta przyszła dzisiaj na zabawę. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Mam nadzieję, że kaszel już pani nie męczy. Jak się pani dzisiaj w ogóle bawi?</span><br />
<br />
!Maida Vale]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[07.10.1972 Maida Valen] Silhouettes and sorrows (Desideria Zabini, Astoria Avery)]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5706</link>
			<pubDate>Fri, 13 Feb 2026 00:25:58 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=602">Astoria Avery</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5706</guid>
			<description><![CDATA[[inny avek]https://64.media.tumblr.com/ab134dda1f3d01c6927ccdd9df29fc1f/0e02927a58c84d58-e1/s1280x1920/ed8ff786775db10eacf274ce577390a0ee15b606.jpg[/inny avek]Gwar sali jeszcze przez chwilę brzęczał jej w uszach, kiedy wymknęła się z parkietu niemal niezauważona. Światło świec odbijało się w złoceniach, w maskach, w kieliszkach - zbyt wiele blasku naraz. Potrzebowała ciszy, choćby skrawka przestrzeni, w której myśli przestaną się o siebie potykać. Drzwi prowadzące do ogrodu uchyliły się z miękkim skrzypnięciem. Chłodne, nocne powietrze musnęło jej policzki jak dłoń przywracająca trzeźwość. Astoria zatrzymała się tuż za progiem, pozwalając, by oddech sam się wyrównał. Wciągnęła powietrze głęboko, aż poczuła w płucach zapach wilgotnej ziemi i przyciętych żywopłotów.<br />
Uniosła dłoń do dekoltu, poprawiając materiał sukni. Jedwab zaszeleścił cicho, kiedy wygładziła go na biodrach, jakby chciała zetrzeć z niego napięcie minionych minut. Wsunęła kosmyk włosów za ucho i pozwoliła, by chłód nocy dotknął odsłoniętej skóry szyi. Nie odeszła daleko. Zaledwie kilka kroków w bok, w cień rozłożystego cisu, którego gałęzie tworzyły naturalną zasłonę. Stąd wciąż widziała taras i przeszklone drzwi, za którymi przemykały sylwetki. Maski migały w półmroku ogrodu jak egzotyczne motyle: pióra, rogi, połyskliwa emalia. Ktoś roześmiał się ciszej, ktoś inny szeptał zbyt blisko czyjegoś ucha. Kroki na żwirowej ścieżce chrzęściły rytmicznie, lecz żaden z tych dźwięków nie był nachalny. Ogród przyjmował je wszystkie i wygładzał, jakby noc miała własną manierę uciszania ludzi. Astoria oparła dłoń o chłodny kamień balustrady. Przymknęła oczy. <br />
Wdech. Wydech.<br />
Na moment pozwoliła sobie na bezruch. Nie potrzebowała wielkiej ucieczki. Wystarczyło kilka kroków od sali, kilka głębokich oddechów w cieniu cisu, by odzyskać równowagę. <br />
W półkolu żwirowej ścieżki stała kamienna ławka, nieco wilgotna od nocnego chłodu. Zrobiła kilka kroków i poprawiła suknię jeszcze raz, unosząc delikatnie materiał, by nie zahaczyć go o szorstką krawędź, i usiadła ostrożnie, z wyprostowanymi plecami, jakby nawet w samotności obowiązywały ją niewidzialne zasady etykiety. Uniosła twarz ku niebu. Gwiazdy rozsypane były gęsto, wyraźniej niż w mieście. Przez moment próbowała odnaleźć znajome konstelacje, te, których uczono ich w Hogwarcie. Pamiętała chłód wieży, zapach pergaminu, cichy głos profesora. Ale czytanie z gwiazd nigdy nie było jej mocną stroną. <br />
Pogrążona w swoich myślach, nie usłyszała od razu tego cichego, urwanego dźwięku, który nie pasował do nocnego ogrodu. Nie był to śmiech ani szept. Był zbyt nierówny, zbyt drżący. Szloch. Zamarła, unosząc lekko głowę, jakby sam ruch mógł go spłoszyć. Może się przesłyszała. Może to wiatr przeciął gałązki w taki sposób, że zabrzmiało to jak czyjeś westchnienie. Przez chwilę trwała w bezruchu, wsłuchując się. Dźwięk powtórzył się, cichszy, jakby ktoś próbował go zdusić w dłoniach.<br />
To nie jej sprawa - przemknęło jej przez myśl niemal automatycznie. Bale rządziły się swoimi prawami. Maski dawały anonimowość nie tylko flirtom i intrygom, ale też słabościom. Każdy miał prawo do własnego kąta w cieniu. Wtrącanie się mogło być nietaktem. A jednak coś w tym brzmieniu było znajome. <br />
Astoria wstała powoli z ławki. To mogła być pomyłka. Mogła narazić się na czyjąś irytację i niepotrzebne nieprzyjemności. Ruszyła w stronę, z której dochodził dźwięk. Kroki stawiała ostrożnie, by żwir nie zdradził jej obecności zbyt szybko. Minęła krzewy róż, których ciemne pąki odcinały się od srebrzystego światła księżyca, i skręciła w węższą alejkę, gdzie cienie były gęstsze. Szloch zabrzmiał wyraźniej. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Przepraszam. Nie chcę się narzucać, ale czy wszystko w porządku? </span>- zapytała, widząc jedynie cień kobiety.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[[inny avek]https://64.media.tumblr.com/ab134dda1f3d01c6927ccdd9df29fc1f/0e02927a58c84d58-e1/s1280x1920/ed8ff786775db10eacf274ce577390a0ee15b606.jpg[/inny avek]Gwar sali jeszcze przez chwilę brzęczał jej w uszach, kiedy wymknęła się z parkietu niemal niezauważona. Światło świec odbijało się w złoceniach, w maskach, w kieliszkach - zbyt wiele blasku naraz. Potrzebowała ciszy, choćby skrawka przestrzeni, w której myśli przestaną się o siebie potykać. Drzwi prowadzące do ogrodu uchyliły się z miękkim skrzypnięciem. Chłodne, nocne powietrze musnęło jej policzki jak dłoń przywracająca trzeźwość. Astoria zatrzymała się tuż za progiem, pozwalając, by oddech sam się wyrównał. Wciągnęła powietrze głęboko, aż poczuła w płucach zapach wilgotnej ziemi i przyciętych żywopłotów.<br />
Uniosła dłoń do dekoltu, poprawiając materiał sukni. Jedwab zaszeleścił cicho, kiedy wygładziła go na biodrach, jakby chciała zetrzeć z niego napięcie minionych minut. Wsunęła kosmyk włosów za ucho i pozwoliła, by chłód nocy dotknął odsłoniętej skóry szyi. Nie odeszła daleko. Zaledwie kilka kroków w bok, w cień rozłożystego cisu, którego gałęzie tworzyły naturalną zasłonę. Stąd wciąż widziała taras i przeszklone drzwi, za którymi przemykały sylwetki. Maski migały w półmroku ogrodu jak egzotyczne motyle: pióra, rogi, połyskliwa emalia. Ktoś roześmiał się ciszej, ktoś inny szeptał zbyt blisko czyjegoś ucha. Kroki na żwirowej ścieżce chrzęściły rytmicznie, lecz żaden z tych dźwięków nie był nachalny. Ogród przyjmował je wszystkie i wygładzał, jakby noc miała własną manierę uciszania ludzi. Astoria oparła dłoń o chłodny kamień balustrady. Przymknęła oczy. <br />
Wdech. Wydech.<br />
Na moment pozwoliła sobie na bezruch. Nie potrzebowała wielkiej ucieczki. Wystarczyło kilka kroków od sali, kilka głębokich oddechów w cieniu cisu, by odzyskać równowagę. <br />
W półkolu żwirowej ścieżki stała kamienna ławka, nieco wilgotna od nocnego chłodu. Zrobiła kilka kroków i poprawiła suknię jeszcze raz, unosząc delikatnie materiał, by nie zahaczyć go o szorstką krawędź, i usiadła ostrożnie, z wyprostowanymi plecami, jakby nawet w samotności obowiązywały ją niewidzialne zasady etykiety. Uniosła twarz ku niebu. Gwiazdy rozsypane były gęsto, wyraźniej niż w mieście. Przez moment próbowała odnaleźć znajome konstelacje, te, których uczono ich w Hogwarcie. Pamiętała chłód wieży, zapach pergaminu, cichy głos profesora. Ale czytanie z gwiazd nigdy nie było jej mocną stroną. <br />
Pogrążona w swoich myślach, nie usłyszała od razu tego cichego, urwanego dźwięku, który nie pasował do nocnego ogrodu. Nie był to śmiech ani szept. Był zbyt nierówny, zbyt drżący. Szloch. Zamarła, unosząc lekko głowę, jakby sam ruch mógł go spłoszyć. Może się przesłyszała. Może to wiatr przeciął gałązki w taki sposób, że zabrzmiało to jak czyjeś westchnienie. Przez chwilę trwała w bezruchu, wsłuchując się. Dźwięk powtórzył się, cichszy, jakby ktoś próbował go zdusić w dłoniach.<br />
To nie jej sprawa - przemknęło jej przez myśl niemal automatycznie. Bale rządziły się swoimi prawami. Maski dawały anonimowość nie tylko flirtom i intrygom, ale też słabościom. Każdy miał prawo do własnego kąta w cieniu. Wtrącanie się mogło być nietaktem. A jednak coś w tym brzmieniu było znajome. <br />
Astoria wstała powoli z ławki. To mogła być pomyłka. Mogła narazić się na czyjąś irytację i niepotrzebne nieprzyjemności. Ruszyła w stronę, z której dochodził dźwięk. Kroki stawiała ostrożnie, by żwir nie zdradził jej obecności zbyt szybko. Minęła krzewy róż, których ciemne pąki odcinały się od srebrzystego światła księżyca, i skręciła w węższą alejkę, gdzie cienie były gęstsze. Szloch zabrzmiał wyraźniej. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Przepraszam. Nie chcę się narzucać, ale czy wszystko w porządku? </span>- zapytała, widząc jedynie cień kobiety.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 72, 07.09 ogród Maida Vale | Ceolsige, Jonathan & Anthony] Evanescent petals]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5688</link>
			<pubDate>Sun, 08 Feb 2026 11:06:45 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=435">Anthony Shafiq</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5688</guid>
			<description><![CDATA[<h1>—07/09/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Anglia, Londyn</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Ceolsige Burke, Jonathan Selwyn &amp; Anthony Shafiq</span><br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=OIAxK8L.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=OIAxK8L.png]" class="mycode_img" /><br />
<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Black roses, a thornless enigma,<br />
playing tricks in the light.<br />
Evanescent petals shine<br />
like droplets of sangria wine.</span></span></div>
</h1><br />
<br />
<div class="divek">
<div style="text-align: justify;" class="mycode_align">Październikowe powietrze chłodziło twarz w przyjemny sposób, nawet jeśli ta była nieprzerwanie skryta za maską. Inkrustowana powierzchnia lśniła w blasku magicznych latarni oświetlających przestrzenie zaklętego ogrodu, po którym niespiesznie przechadzały się grupki gości rodziny Lestrange.<br />
<br />
Pozostawili za sobą gwar sali balowej i atrakcje dedykowane czystokrwistej sociecie. Zamiast tego wybrali atrakcję, która dedykowała się im sama - tajemnicze czarne róże, które wyrosły niedługo przed spaloną nocą. Czy kwiaty wiedziały? Czy był to efekt przygotowywanego przez Lorda Voldemorta zaklęcia, które niedługo potem spopieliło pół znanego przez nich świata? A może był to przypadek, zrządzenie losu, podobne do lipcowego ataku, którego doświadczył w ogrodach Abbottów.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Jest w tym anturażu zaszyta zabawna dla mnie sytuacja. Zazwyczaj bowiem i tak widzę róże jako czarne. W ten małostkowy sposób, sprawia mi pewną satysfakcję fakt, że otaczające nas kwiaty są takie same dla oczu każdego kto na nie patrzy</span> – podjął swobodnie, kierując ich kroki w okolice wznoszącej się nad krzewami oranżerii. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Przyznam, że nie byłem tu wcześniej. Nigdyś dość często odwiedzałem Lestrangów, ten rok jednak... jest dość napięty w swoim grafiku. Słyszałem tylko, że raczej odradza się wchodzenie na teren ogrodu. Sądziłem, że będzie on zamknięty dla gości, ale teraz... cieszę się, że nie jest.</span> – Dodał, spoglądając z zaciekawieniem na dostojną Sowę, której strój przydawał jej siły i determinacji, podkreślając cechy, które przebijały przez ładną twarz podczas ich poprzedniej rozmowy. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Koncert zdawał się poruszyć w Pani wrażliwe struny. Czy będzie nietaktem z mojej strony spytać, jakie skojarzenia przywołała muzyka? Wspomnienie? Czy sama treść zadrgała wewnętrzną energią?</span> – Podzielał przed momentem jej poruszenie, choć powątpiewał aby okoliczności były zbliżone. Tymczasem musiał jakkolwiek wypełnić rozmową przestrzeń, skoro lada moment miał się z nimi zrównać właściciel bardzo specjalnych oczu, mogących prześwietlać wspomnianą duszę w sposób nieco przypominający wróżbiarstwo. Aura nie zdradzała całej prawdy na temat właściciela, ale można było znaleźć w niej pewien kierunek poznawania nowej w życiu osoby. Nie było okazji lepszej niż ta. Pozostawało mu mieć nadzieję, że skoro Selwyn zakopał wojenny topór z pewnym amatorem krwi i róż, otoczenie kwiatów nie będzie nazbyt go rozpraszało.</div></div>
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=AxwvLrV.jpeg[/inny avek]<br />
<br />
!Maida Vale]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1>—07/09/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Anglia, Londyn</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Ceolsige Burke, Jonathan Selwyn &amp; Anthony Shafiq</span><br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=OIAxK8L.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=OIAxK8L.png]" class="mycode_img" /><br />
<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Black roses, a thornless enigma,<br />
playing tricks in the light.<br />
Evanescent petals shine<br />
like droplets of sangria wine.</span></span></div>
</h1><br />
<br />
<div class="divek">
<div style="text-align: justify;" class="mycode_align">Październikowe powietrze chłodziło twarz w przyjemny sposób, nawet jeśli ta była nieprzerwanie skryta za maską. Inkrustowana powierzchnia lśniła w blasku magicznych latarni oświetlających przestrzenie zaklętego ogrodu, po którym niespiesznie przechadzały się grupki gości rodziny Lestrange.<br />
<br />
Pozostawili za sobą gwar sali balowej i atrakcje dedykowane czystokrwistej sociecie. Zamiast tego wybrali atrakcję, która dedykowała się im sama - tajemnicze czarne róże, które wyrosły niedługo przed spaloną nocą. Czy kwiaty wiedziały? Czy był to efekt przygotowywanego przez Lorda Voldemorta zaklęcia, które niedługo potem spopieliło pół znanego przez nich świata? A może był to przypadek, zrządzenie losu, podobne do lipcowego ataku, którego doświadczył w ogrodach Abbottów.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Jest w tym anturażu zaszyta zabawna dla mnie sytuacja. Zazwyczaj bowiem i tak widzę róże jako czarne. W ten małostkowy sposób, sprawia mi pewną satysfakcję fakt, że otaczające nas kwiaty są takie same dla oczu każdego kto na nie patrzy</span> – podjął swobodnie, kierując ich kroki w okolice wznoszącej się nad krzewami oranżerii. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Przyznam, że nie byłem tu wcześniej. Nigdyś dość często odwiedzałem Lestrangów, ten rok jednak... jest dość napięty w swoim grafiku. Słyszałem tylko, że raczej odradza się wchodzenie na teren ogrodu. Sądziłem, że będzie on zamknięty dla gości, ale teraz... cieszę się, że nie jest.</span> – Dodał, spoglądając z zaciekawieniem na dostojną Sowę, której strój przydawał jej siły i determinacji, podkreślając cechy, które przebijały przez ładną twarz podczas ich poprzedniej rozmowy. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Koncert zdawał się poruszyć w Pani wrażliwe struny. Czy będzie nietaktem z mojej strony spytać, jakie skojarzenia przywołała muzyka? Wspomnienie? Czy sama treść zadrgała wewnętrzną energią?</span> – Podzielał przed momentem jej poruszenie, choć powątpiewał aby okoliczności były zbliżone. Tymczasem musiał jakkolwiek wypełnić rozmową przestrzeń, skoro lada moment miał się z nimi zrównać właściciel bardzo specjalnych oczu, mogących prześwietlać wspomnianą duszę w sposób nieco przypominający wróżbiarstwo. Aura nie zdradzała całej prawdy na temat właściciela, ale można było znaleźć w niej pewien kierunek poznawania nowej w życiu osoby. Nie było okazji lepszej niż ta. Pozostawało mu mieć nadzieję, że skoro Selwyn zakopał wojenny topór z pewnym amatorem krwi i róż, otoczenie kwiatów nie będzie nazbyt go rozpraszało.</div></div>
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=AxwvLrV.jpeg[/inny avek]<br />
<br />
!Maida Vale]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[07.10.1972, Maida Vale] Co byś zrobił, gdyby...]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5671</link>
			<pubDate>Wed, 28 Jan 2026 20:09:15 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=177">Victoria Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5671</guid>
			<description><![CDATA[[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=3UQX4gf.png[/inny avek]<br />
<p>Victoria odchodziła w stronę łazienki w całkiem dobrym humorze i raczej nic nie zwiastowało, że wróci stamtąd w znacznie gorszym, bo co takiego mogło się w tej toalecie stać, że dama wróci emanując taką aurą, że… że hej? Ale wróciła, a jakże, zupełnie nie w tym czasie, w jakim poinformowała Christophera, że wróci. Czekał jednak… chyba na nią, bo na kogo innego, w umówionym miejscu, a Victoria, zauważywszy go pośród mnogości ludzkich ciał, strojów i masek, próbowała przywołać na twarz uśmiech, ten jednak był nieco nerwowy, aż w końcu spełzł, gdy się poddała. W łazience robiła dobrą minę do złej gry, choć nie wątpiła, że Brenna, która znała ją od ponad dwudziestu lat, doskonale wiedziała, że coś się w ciemnowłosej zagotowało. Nie przez Lyssę, nie. Przez <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Aidana</span>. </p>
<p>Wyminęła tańczących i kręcących się przy stołach bufetowych ludzi, podchodząc w końcu do Rosiera, któremu powinna dać znać, że to ona, by się nie zdziwił, że jakaś dama wyrosła jak spod ziemi tuż obok jego ramienia, zwłaszcza po tym, jak tamta niezrównoważona kobieta się na niego rzuciła, a jednak… stanęła obok niego jak duch. Jej wzrok prześlizgnął się po stole, na którym wyłożono przeróżne przekąski, a później skręcił na drinki i ogólnie alkohole, a w końcu chrząknęła. </p>
<p>Miała tylko nadzieję, że Chris nie pomyśli sobie, że jest na niego zła, choć mogło to w sumie tak wyglądać. Tylko za co by miała, prawda? Przecież nie natknęła się w kiblu na Cressidę, ani nie wiedziała, że Rosier dopiero co obgadywał z Bulstrodem jej byłego – a nawet gdyby to wiedziała, to… nie było to przecież coś, o co powinna być taka wściekła. </p>
<p> <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Mam nadzieję, że nie czekałeś za długo –</span> powiedziała w końcu i głośno wypuściła powietrze przez nos, co najmniej jakby była rozjuszonym na stadionie bykiem. Brakowało tylko nerwowego przebierania kopytem. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Masz coś przeciwko, żebym się napiła? Muszę… hmm –</span> a może powinna się zatkać owocami w czekoladzie, przynajmniej humor by się jej poprawił. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Uduszę go</span> –</span> wymamrotała jeszcze pod nosem, delikatnie ciągnąc Chrostophera za sobą, gdy nienachalnie wsunęła dłoń pod jego ramię. </p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=3UQX4gf.png[/inny avek]<br />
<p>Victoria odchodziła w stronę łazienki w całkiem dobrym humorze i raczej nic nie zwiastowało, że wróci stamtąd w znacznie gorszym, bo co takiego mogło się w tej toalecie stać, że dama wróci emanując taką aurą, że… że hej? Ale wróciła, a jakże, zupełnie nie w tym czasie, w jakim poinformowała Christophera, że wróci. Czekał jednak… chyba na nią, bo na kogo innego, w umówionym miejscu, a Victoria, zauważywszy go pośród mnogości ludzkich ciał, strojów i masek, próbowała przywołać na twarz uśmiech, ten jednak był nieco nerwowy, aż w końcu spełzł, gdy się poddała. W łazience robiła dobrą minę do złej gry, choć nie wątpiła, że Brenna, która znała ją od ponad dwudziestu lat, doskonale wiedziała, że coś się w ciemnowłosej zagotowało. Nie przez Lyssę, nie. Przez <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Aidana</span>. </p>
<p>Wyminęła tańczących i kręcących się przy stołach bufetowych ludzi, podchodząc w końcu do Rosiera, któremu powinna dać znać, że to ona, by się nie zdziwił, że jakaś dama wyrosła jak spod ziemi tuż obok jego ramienia, zwłaszcza po tym, jak tamta niezrównoważona kobieta się na niego rzuciła, a jednak… stanęła obok niego jak duch. Jej wzrok prześlizgnął się po stole, na którym wyłożono przeróżne przekąski, a później skręcił na drinki i ogólnie alkohole, a w końcu chrząknęła. </p>
<p>Miała tylko nadzieję, że Chris nie pomyśli sobie, że jest na niego zła, choć mogło to w sumie tak wyglądać. Tylko za co by miała, prawda? Przecież nie natknęła się w kiblu na Cressidę, ani nie wiedziała, że Rosier dopiero co obgadywał z Bulstrodem jej byłego – a nawet gdyby to wiedziała, to… nie było to przecież coś, o co powinna być taka wściekła. </p>
<p> <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Mam nadzieję, że nie czekałeś za długo –</span> powiedziała w końcu i głośno wypuściła powietrze przez nos, co najmniej jakby była rozjuszonym na stadionie bykiem. Brakowało tylko nerwowego przebierania kopytem. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Masz coś przeciwko, żebym się napiła? Muszę… hmm –</span> a może powinna się zatkać owocami w czekoladzie, przynajmniej humor by się jej poprawił. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Uduszę go</span> –</span> wymamrotała jeszcze pod nosem, delikatnie ciągnąc Chrostophera za sobą, gdy nienachalnie wsunęła dłoń pod jego ramię. </p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 1972, 15.10 Maida Vale | William & Gabriel] Rozważny i romantyczny]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5668</link>
			<pubDate>Tue, 27 Jan 2026 19:58:25 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=550">Gabriel Montbel</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5668</guid>
			<description><![CDATA[Uciekł.<br />
<br />
To było jedyne słuszne wyjście.<br />
<br />
Koszmary nigdy nie były tak plastyczne, tak dokładne, tak obezwładniająco <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">bolesne</span>, jak ten, który przyszedł od niego tego przeklętego dnia. <br />
<br />
To nie było tak, że o tym nie myślał, ale problem nie był aż tak dosadny jeszcze tydzień, dwa temu. Ba! Jeszcze gdy kładł się spać w przygotowanej dlań komnacie opactwa, nie wiedział, że sprawa jest AŻ TAKIM problemem.<br />
<br />
Teraz zaś wcisnął się pod krzak przeklętej róży, której gałęzie uginały się pod czernią kwiecia i trząsł się jak osika na wietrze, nie mogąc pojąć, cóż takiego się wydarzyło. <br />
<br />
Oczywiście mógł zawsze poddać się hipnozie, aby obmyć swe oniryczne ślepia i zapomnieć. Oczywiście mógł spróbować autohipnozy, o czym z resztą rozmyślał, nieco mimowolnie wyciągając z kieszeni zegarek kopertowy, który nerwowo obracał w palcach. <br />
<br />
Róża. Róża. Konstelacja róży.<br />
<br />
Nie był pewien, raczej takiej nie było, chociaż przecież była jeszcze przed chwilą, gdy sen dociążał mu powieki.<br />
<br />
Nie było jej tak samo, jak nie było pocałunku, jak nie było miękkich drobnych warg rozpłąszczających się na jego wargach, usta do ust, które nigdy nie miały się już z nikim całować, nie w taki sposób, wyzbyty z rządzy krwi, a pełen rządzy... drugiej osoby. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jak???</span><br />
<br />
Zadarł głowę w górę i przeklął momentalnie londyńską metropolię, która zdawała mu się ukazywać gwiazdy na złość. Wypatrzył te najjaśniejszą i bezmyślnie wyciągnął dłoń ku niebu, odwzorowując gest uczyniony przed chwilą.<br />
<br />
Uczyniony we śnie.<br />
<br />
Jak mógłby spojrzeć jej teraz w oczy? Nie żeby odpowiedź widmowej Lucienne jakkolwiek go dziwiła, powinien się spodziewać, NAWET jego podświadomość wie, że w tej relacji nie ma miejsca na wzniosłe słowa, na gesty wysycone martwą od dawna nadzieją. Prośbą. Lękiem przed odmową, którą właśnie usłyszał, choć ona nie była prawdziwa.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">To był tylko sen</span>.<br />
<br />
Powtarzał sobie i powtarzał, nie mogąc z oczywistych względów uchwycić blasku gwiazdy, otulić jej złotem i łzami za pytaniem, które nigdy nie powinno paść. Które szczęśliwie nigdy przecież nie padło. <br />
<br />
Poczuł dojmujący żal zaciskający mu klatkę piersiową i zwiesił głowę, podkulając ciasno do siebie nogi, chowając się pod przeklętym krzakiem, który tak bardzo przypominał mu jego przeklęte krzaki. Próbował oddychać i to oddychać powoli i miarowo, nie z potrzeby spokoju, a mantry, którą można było, którą powinno się wypowiedzieć bez słów. Nic finalnie się nie stało, a jakby stało się wszystko. Czy gdzieś w odrębnej domenie, w lustrzanym odbiciu ich świata, czy gdzieś para wampirów razem gotowała, tańczyła na śniegu i całowała się pod setką jemioł przywiązanych do gałęzi drzew okalających opactwo? Czy było to wspomnienie kogoś, kto nie był nim? Nadzieja? Z pewnością nie przepowiednia.<br />
<br />
Wzdrygnął się i dźwignął z nóg. Zdawało mu się, że kogoś usłyszał, więc pochylony ruszył w głąb ogrodu, by chyłkiem uniknąć spotkania, chcąc by jedynym towarzyszem jego cierpienia były kwiaty, równie smutne co on.<br />
<br />
!Maida Vale]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Uciekł.<br />
<br />
To było jedyne słuszne wyjście.<br />
<br />
Koszmary nigdy nie były tak plastyczne, tak dokładne, tak obezwładniająco <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">bolesne</span>, jak ten, który przyszedł od niego tego przeklętego dnia. <br />
<br />
To nie było tak, że o tym nie myślał, ale problem nie był aż tak dosadny jeszcze tydzień, dwa temu. Ba! Jeszcze gdy kładł się spać w przygotowanej dlań komnacie opactwa, nie wiedział, że sprawa jest AŻ TAKIM problemem.<br />
<br />
Teraz zaś wcisnął się pod krzak przeklętej róży, której gałęzie uginały się pod czernią kwiecia i trząsł się jak osika na wietrze, nie mogąc pojąć, cóż takiego się wydarzyło. <br />
<br />
Oczywiście mógł zawsze poddać się hipnozie, aby obmyć swe oniryczne ślepia i zapomnieć. Oczywiście mógł spróbować autohipnozy, o czym z resztą rozmyślał, nieco mimowolnie wyciągając z kieszeni zegarek kopertowy, który nerwowo obracał w palcach. <br />
<br />
Róża. Róża. Konstelacja róży.<br />
<br />
Nie był pewien, raczej takiej nie było, chociaż przecież była jeszcze przed chwilą, gdy sen dociążał mu powieki.<br />
<br />
Nie było jej tak samo, jak nie było pocałunku, jak nie było miękkich drobnych warg rozpłąszczających się na jego wargach, usta do ust, które nigdy nie miały się już z nikim całować, nie w taki sposób, wyzbyty z rządzy krwi, a pełen rządzy... drugiej osoby. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jak???</span><br />
<br />
Zadarł głowę w górę i przeklął momentalnie londyńską metropolię, która zdawała mu się ukazywać gwiazdy na złość. Wypatrzył te najjaśniejszą i bezmyślnie wyciągnął dłoń ku niebu, odwzorowując gest uczyniony przed chwilą.<br />
<br />
Uczyniony we śnie.<br />
<br />
Jak mógłby spojrzeć jej teraz w oczy? Nie żeby odpowiedź widmowej Lucienne jakkolwiek go dziwiła, powinien się spodziewać, NAWET jego podświadomość wie, że w tej relacji nie ma miejsca na wzniosłe słowa, na gesty wysycone martwą od dawna nadzieją. Prośbą. Lękiem przed odmową, którą właśnie usłyszał, choć ona nie była prawdziwa.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">To był tylko sen</span>.<br />
<br />
Powtarzał sobie i powtarzał, nie mogąc z oczywistych względów uchwycić blasku gwiazdy, otulić jej złotem i łzami za pytaniem, które nigdy nie powinno paść. Które szczęśliwie nigdy przecież nie padło. <br />
<br />
Poczuł dojmujący żal zaciskający mu klatkę piersiową i zwiesił głowę, podkulając ciasno do siebie nogi, chowając się pod przeklętym krzakiem, który tak bardzo przypominał mu jego przeklęte krzaki. Próbował oddychać i to oddychać powoli i miarowo, nie z potrzeby spokoju, a mantry, którą można było, którą powinno się wypowiedzieć bez słów. Nic finalnie się nie stało, a jakby stało się wszystko. Czy gdzieś w odrębnej domenie, w lustrzanym odbiciu ich świata, czy gdzieś para wampirów razem gotowała, tańczyła na śniegu i całowała się pod setką jemioł przywiązanych do gałęzi drzew okalających opactwo? Czy było to wspomnienie kogoś, kto nie był nim? Nadzieja? Z pewnością nie przepowiednia.<br />
<br />
Wzdrygnął się i dźwignął z nóg. Zdawało mu się, że kogoś usłyszał, więc pochylony ruszył w głąb ogrodu, by chyłkiem uniknąć spotkania, chcąc by jedynym towarzyszem jego cierpienia były kwiaty, równie smutne co on.<br />
<br />
!Maida Vale]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[7.10.72, Maida Valen] "A garden is a friend you can visit any time."]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5654</link>
			<pubDate>Sat, 24 Jan 2026 03:13:20 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=138">Cynthia Flint</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5654</guid>
			<description><![CDATA[Musiała złapać oddech.<br />
Sala wypełniona po brzegi pełna była rozmów i mieszających się zapachów perfum, stukot obcasów nikł w roznoszącej się echem muzyce. Ludzie chyba potrzebowali takiego wydarzenia, klasycznego powrotu tradycyjnego balu maskowego. Zawsze je lubiła, a wręcz miała do nich słabość, co wiązało się chyba z tą niewielką ilością wspomnień, która została jej po matce. Zakończyła prowadzoną właśnie rozmowę, odkładając na jedną z tac do połowy pełen kieliszek po szampanie, a potem dostrzegając uchylone drzwi, zdecydowała się skorzystać z możliwości ucieczki. Maski zapewniały prywatność, ale jeśli kogoś się znało, nie trudno było rozpoznać go po ruchach lub gestach, po głosie. Wszystkie detale, które przez lata obserwowała i zapamiętywała, okazały się niezwykle przydatne dzisiejszego wieczoru.<br />
Odetchnęła głębiej, gdy chłód październikowego wiatru przemknął jej po karku i plecach, kołysząc materiałem srebrnej, delikatnie błyszczącej sukienki. Złapała za jej krańce, kierując się do schodów prowadzących w głąb ogrodów. Rozświetlające ścieżkę pochodnie odbijały się od kryształków przyszytych do gorsetu, tworzących wzór kwiatów. Nie było elegancko tak wychodzić bez pożegnania, a nie sądziła, że na bal jeszcze wróci, ale od samej ilości słodkich zapachów i tych niedorzecznych opowieści, kręciło się jej w głowie. Wyprostowała się, walcząc z chęcią rozpuszczenia włosów, które teraz tkwiły zebrane w koka, z którego kilka pasm uciekło, łaskocząc ją po odkrytych fragmentach skóry. Z zamyślenia wyrwał ją dźwięk, w którego kierunku powędrowało jej spojrzenie, prosto do jednej z ławek. Siedząca na niej postać z każdym krokiem wydawała się bardziej znajoma, nie była kimś obcym, chociaż w ostatnich miesiącach ciężko było jej na niego wpaść.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Uciekłeś przed stadem matek przypominających sępy, czy może Twoja urocza partnerka musi odetchnąć? </span>- zapytała go z zaskakującą swobodą i lekkością, unosząc dłonie do góry. Płynnym ruchem rozwiązała wstążkę z tyłu głowy, która przytrzymywała jej maskę i zacisnęła palce na delikatnym materiale, uważając, aby jej nie upuścić. Posłała mu krótki uśmiech, zajmując miejsce obok. Ułożyła przedmiot na kolanach, bawiąc się nim między palcami, które śledziły kształt maski, chociaż znała go już na pamięć. Zaskakująco dużo było masek w jej życiu. Cytnhia wyprostowała głowę, spoglądając gdzieś przed siebie, szukając jakiegoś punktu zaczepienia. Dużo się ostatnio działo, Levi o niczym nie wiedział i dowiedzieć się zwyczajnie nie mógł, bo mogło doprowadzić to do całej serii niefortunnych zdarzeń i katastrof. A tych miała pod dostatkiem. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dobrze się dziś bawisz? Sporo czasu minęło od ostatniego balu maskowego w towarzystwie.</span><br />
Rzuciła po krótkiej chwili milczenia, czując, jak kolejny podmuch kołysze pasmami jej włosów. Coraz więcej uciekało z tego upięcia, ale wyjątkowo, nie zawracała sobie tym głowy. Obróciła twarz tak, aby na niego spojrzeć — był z rodziny jej matki, znali się od zawsze i o dziwo, zawsze umieli ze sobą funkcjonować, odważyłaby się nawet rzucić stwierdzeniem, że w wielu aspektach byli do siebie po prostu podobni. Czuła się więc całkiem swobodnie, na tyle, aby przestać nosić jedną ze swojego wachlarza masek, nawet zrzucić odrobinę lodowej zbroi, tworzącej dystans i pozorny chłód, których tak mocno w ostatnich latach się trzymała. Teraz jednak na jej fakturze pojawiały się rysy, ale Rowle nie mógł o tym wiedzieć.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Musiała złapać oddech.<br />
Sala wypełniona po brzegi pełna była rozmów i mieszających się zapachów perfum, stukot obcasów nikł w roznoszącej się echem muzyce. Ludzie chyba potrzebowali takiego wydarzenia, klasycznego powrotu tradycyjnego balu maskowego. Zawsze je lubiła, a wręcz miała do nich słabość, co wiązało się chyba z tą niewielką ilością wspomnień, która została jej po matce. Zakończyła prowadzoną właśnie rozmowę, odkładając na jedną z tac do połowy pełen kieliszek po szampanie, a potem dostrzegając uchylone drzwi, zdecydowała się skorzystać z możliwości ucieczki. Maski zapewniały prywatność, ale jeśli kogoś się znało, nie trudno było rozpoznać go po ruchach lub gestach, po głosie. Wszystkie detale, które przez lata obserwowała i zapamiętywała, okazały się niezwykle przydatne dzisiejszego wieczoru.<br />
Odetchnęła głębiej, gdy chłód październikowego wiatru przemknął jej po karku i plecach, kołysząc materiałem srebrnej, delikatnie błyszczącej sukienki. Złapała za jej krańce, kierując się do schodów prowadzących w głąb ogrodów. Rozświetlające ścieżkę pochodnie odbijały się od kryształków przyszytych do gorsetu, tworzących wzór kwiatów. Nie było elegancko tak wychodzić bez pożegnania, a nie sądziła, że na bal jeszcze wróci, ale od samej ilości słodkich zapachów i tych niedorzecznych opowieści, kręciło się jej w głowie. Wyprostowała się, walcząc z chęcią rozpuszczenia włosów, które teraz tkwiły zebrane w koka, z którego kilka pasm uciekło, łaskocząc ją po odkrytych fragmentach skóry. Z zamyślenia wyrwał ją dźwięk, w którego kierunku powędrowało jej spojrzenie, prosto do jednej z ławek. Siedząca na niej postać z każdym krokiem wydawała się bardziej znajoma, nie była kimś obcym, chociaż w ostatnich miesiącach ciężko było jej na niego wpaść.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Uciekłeś przed stadem matek przypominających sępy, czy może Twoja urocza partnerka musi odetchnąć? </span>- zapytała go z zaskakującą swobodą i lekkością, unosząc dłonie do góry. Płynnym ruchem rozwiązała wstążkę z tyłu głowy, która przytrzymywała jej maskę i zacisnęła palce na delikatnym materiale, uważając, aby jej nie upuścić. Posłała mu krótki uśmiech, zajmując miejsce obok. Ułożyła przedmiot na kolanach, bawiąc się nim między palcami, które śledziły kształt maski, chociaż znała go już na pamięć. Zaskakująco dużo było masek w jej życiu. Cytnhia wyprostowała głowę, spoglądając gdzieś przed siebie, szukając jakiegoś punktu zaczepienia. Dużo się ostatnio działo, Levi o niczym nie wiedział i dowiedzieć się zwyczajnie nie mógł, bo mogło doprowadzić to do całej serii niefortunnych zdarzeń i katastrof. A tych miała pod dostatkiem. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dobrze się dziś bawisz? Sporo czasu minęło od ostatniego balu maskowego w towarzystwie.</span><br />
Rzuciła po krótkiej chwili milczenia, czując, jak kolejny podmuch kołysze pasmami jej włosów. Coraz więcej uciekało z tego upięcia, ale wyjątkowo, nie zawracała sobie tym głowy. Obróciła twarz tak, aby na niego spojrzeć — był z rodziny jej matki, znali się od zawsze i o dziwo, zawsze umieli ze sobą funkcjonować, odważyłaby się nawet rzucić stwierdzeniem, że w wielu aspektach byli do siebie po prostu podobni. Czuła się więc całkiem swobodnie, na tyle, aby przestać nosić jedną ze swojego wachlarza masek, nawet zrzucić odrobinę lodowej zbroi, tworzącej dystans i pozorny chłód, których tak mocno w ostatnich latach się trzymała. Teraz jednak na jej fakturze pojawiały się rysy, ale Rowle nie mógł o tym wiedzieć.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[7.10.72, Maida Valen] Dancing is a dangerous game.]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5637</link>
			<pubDate>Tue, 20 Jan 2026 00:22:23 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=304">Anthony Ian Borgin</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5637</guid>
			<description><![CDATA[<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">“Can I have this dance?” </span></div>
<br />
Anthony westchnął, gasząc papierosa i raz jeszcze spoglądając na niebo z jednego tarasów rezydencji Lestrange, pomyślał, że kiedyś te bale były zabawniejsze. Roslyn nie mogła się dziś zjawić, ale nie zwalniało to go z obowiązków przyszłej głowy rodu i musiał odpowiedzieć na zaproszenie. Jesienny wiatr porwał resztki żaru, sprawiając, że zniknęły w powietrzu w mgnieniu oka i wdarł mu się pod materiał koszuli, zostawiając dreszcz. Był nieprzyzwoicie elegancki, garnitur w kolorze butelkowej zieleni szyty był na miarę, a śnieżnobiała koszula wykonana z mieszanki kaszmiru i bawełny. Pod szyją miał pasującą do maski muchę, nosił zegarek i sygnet, który podarował mu dziadek, a pantofle wykonane były z miękkiej, drogiej skóry. Prezentował się tak, jak Borgin powinien, nawet doprowadził burzę niesfornych, brązowych włosów do porządku i się ogolił, wybierając do tego papierosy bez zapachu. Co byłoby większym poświęceniem, niż to? A jednak, Anthony się nudził, pomimo przechadzania się między ludźmi, prowadząc krótkie i tajemnicze rozmowy. Oczywiście powstrzymywał swój niewyparzony język, był grzeczny i kulturalny, ale nie było tu niczego, co zwróciło jego uwagę na dłużej. Z Różyczką z pewnością byłoby dużo zabawniej, ale nie miała nastroju do spotkań towarzyskich na taką skalę. <br />
Wszedł do środka z wysuniętymi w kieszenie rękoma i nawet chciał kierować się do wyjścia, ale coś przykuło jego uwagę. Właściwie to ktoś, wyróżniający się na tle całej tej sali. Ktoś, kogo poznałby zawsze i kto promieniował, sprawiając, że cień uśmiechu przebiegł po jego wargach. I kurwa, wiedział, że nie powinien i wiedział, że Brenna była tutaj z Atreusem, ale nie mógł sobie tego odmówić, nawet jeśli miał zostawić ją w porządku. Chciał się tylko upewnić, że jakoś się trzyma, że ostatnie wydarzenia nie odebrały jej nadziei i uśmiechu. Zerknął w stronę orkiestry, która przygotowywała się do rozpoczęcia kolejnej piosenki. Poprawił marynarkę, wyprostował się i podszedł do kobiety w sukni, skłaniając się grzecznie i wyciągając w jej stronę dłoń, bez słowa, zapraszając do tańca. Półmrok i maska robiły swoje, chociaż gdyby bliżej się przyjrzała, mogłaby dostrzec znajome tęczówki. <br />
Gdy ujęła jego dłoń, ucałował jej wierzch i zaprowadził ją na parkiet, przybierając odpowiednią pozycję do tańca. Był grzeczny, jego dłonie trzymały się sztywno granic wyznaczonych przez towarzystwo, chociaż wyglądała naprawdę ślicznie. Uśmiechnął się w ten charakterystyczny dla siebie, zadziorny sposób - pozbawiony złośliwości, pozbawiony jakiejkolwiek emocji, którą mogłaby odebrać jako złą. Bo przecież Anthony nigdy by jej nie skrzywdził i nie obraził, niezależnie od tego, co Longbottom myślała o nim i o innych, którzy tkwili z nim w tym konflikcie, który tak okropnie się przeciągał.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Przepięknie wyglądasz. Zjawiskowo. -</span> odezwał się, gdy muzyka rozbrzmiała i zaczął taniec, nie spuszczając z niej wzroku. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Mam nadzieję, że Atreus nie będzie miał nic przeciwko. Dobrze się bawisz? Nie wiem, czy próbowałaś, ale koreczki są k.. Wyborne. - </span>chrząknął, powstrzymując przekleństwo. Miał być perfekcyjnym gentlemanem.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">“Can I have this dance?” </span></div>
<br />
Anthony westchnął, gasząc papierosa i raz jeszcze spoglądając na niebo z jednego tarasów rezydencji Lestrange, pomyślał, że kiedyś te bale były zabawniejsze. Roslyn nie mogła się dziś zjawić, ale nie zwalniało to go z obowiązków przyszłej głowy rodu i musiał odpowiedzieć na zaproszenie. Jesienny wiatr porwał resztki żaru, sprawiając, że zniknęły w powietrzu w mgnieniu oka i wdarł mu się pod materiał koszuli, zostawiając dreszcz. Był nieprzyzwoicie elegancki, garnitur w kolorze butelkowej zieleni szyty był na miarę, a śnieżnobiała koszula wykonana z mieszanki kaszmiru i bawełny. Pod szyją miał pasującą do maski muchę, nosił zegarek i sygnet, który podarował mu dziadek, a pantofle wykonane były z miękkiej, drogiej skóry. Prezentował się tak, jak Borgin powinien, nawet doprowadził burzę niesfornych, brązowych włosów do porządku i się ogolił, wybierając do tego papierosy bez zapachu. Co byłoby większym poświęceniem, niż to? A jednak, Anthony się nudził, pomimo przechadzania się między ludźmi, prowadząc krótkie i tajemnicze rozmowy. Oczywiście powstrzymywał swój niewyparzony język, był grzeczny i kulturalny, ale nie było tu niczego, co zwróciło jego uwagę na dłużej. Z Różyczką z pewnością byłoby dużo zabawniej, ale nie miała nastroju do spotkań towarzyskich na taką skalę. <br />
Wszedł do środka z wysuniętymi w kieszenie rękoma i nawet chciał kierować się do wyjścia, ale coś przykuło jego uwagę. Właściwie to ktoś, wyróżniający się na tle całej tej sali. Ktoś, kogo poznałby zawsze i kto promieniował, sprawiając, że cień uśmiechu przebiegł po jego wargach. I kurwa, wiedział, że nie powinien i wiedział, że Brenna była tutaj z Atreusem, ale nie mógł sobie tego odmówić, nawet jeśli miał zostawić ją w porządku. Chciał się tylko upewnić, że jakoś się trzyma, że ostatnie wydarzenia nie odebrały jej nadziei i uśmiechu. Zerknął w stronę orkiestry, która przygotowywała się do rozpoczęcia kolejnej piosenki. Poprawił marynarkę, wyprostował się i podszedł do kobiety w sukni, skłaniając się grzecznie i wyciągając w jej stronę dłoń, bez słowa, zapraszając do tańca. Półmrok i maska robiły swoje, chociaż gdyby bliżej się przyjrzała, mogłaby dostrzec znajome tęczówki. <br />
Gdy ujęła jego dłoń, ucałował jej wierzch i zaprowadził ją na parkiet, przybierając odpowiednią pozycję do tańca. Był grzeczny, jego dłonie trzymały się sztywno granic wyznaczonych przez towarzystwo, chociaż wyglądała naprawdę ślicznie. Uśmiechnął się w ten charakterystyczny dla siebie, zadziorny sposób - pozbawiony złośliwości, pozbawiony jakiejkolwiek emocji, którą mogłaby odebrać jako złą. Bo przecież Anthony nigdy by jej nie skrzywdził i nie obraził, niezależnie od tego, co Longbottom myślała o nim i o innych, którzy tkwili z nim w tym konflikcie, który tak okropnie się przeciągał.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Przepięknie wyglądasz. Zjawiskowo. -</span> odezwał się, gdy muzyka rozbrzmiała i zaczął taniec, nie spuszczając z niej wzroku. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Mam nadzieję, że Atreus nie będzie miał nic przeciwko. Dobrze się bawisz? Nie wiem, czy próbowałaś, ale koreczki są k.. Wyborne. - </span>chrząknął, powstrzymując przekleństwo. Miał być perfekcyjnym gentlemanem.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[7.10.72, Maida Valen] Porozmawiajmy o... facetach]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5632</link>
			<pubDate>Mon, 19 Jan 2026 14:25:56 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=313">Christopher Rosier</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5632</guid>
			<description><![CDATA[[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/c2/c6/d9/c2c6d9862c4228d9eed4f12c9913269b.jpg[/inny avek]<br />
<br />
Victoria postanowiła pójść do łazienki, by przypudrować nosek, obgadać z koleżankami panów albo odprawiać jakieś tajemnicze rytuały, które kobiety odprawiają za zamkniętymi drzwiami łazienek podczas przyjęć (jak podejrzewał Christopher, bo chyba z kimś dawała sobie jakieś znaki). Mieli się potem znaleźć przy drinkach, w teorii za kwadrans, choć zdaniem Christophera mogło to potrwać nawet do godziny, on już znał te dziewczyńskie wizyty w łazienkach. Rosier jednak wyjątkowo nie miał nic przeciwko (choć psuło to nieco jego plany przetańczenia całej nocy, ale od świtu było jeszcze kilka godzin), ponieważ gdy odchodziła wypatrzył w tłumie bawiących się Atreusa, w dodatku chwilowo samotnego.<br />
Ktoś mógłby pomyśleć, że Christopher Rosier planował iść z nim pić (co mógł zrobić, ale nie było to kluczowe). Albo że chce porozmawiać z nim kobietach. W tym drugim jednak nie dałoby się bardziej pomylić.<br />
Christopher Rosier zamierzał pogadać z nim o facetach.<br />
Zwłaszcza jednym facecie.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Bulstrode, chodź zapalić</span> – zażądał, klepiąc go po ramieniu, bo wprawdzie sam palił bardzo rzadko, ale znał trochę Atreusa i sądził, że taka propozycja może go skusić. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Bardzo ładnie proszę</span> – dodał jeszcze, chociaż ton nie był proszący. Tak czy inaczej chwilę później znaleźli się w ogrodach Maida Valen.<br />
Gdy tańczył tu z Victorią, uważał scenerię za całkiem romantyczną, ale w tej chwili przysięgałby, że to po prostu ciemne podwórko.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Co wiesz o Saurielu Rookwoodzie?</span> – wystrzelił z miejsca, ledwo stanęli nieopodal przejścia do sali balowej. Rookwood nie był kimś, kogo Christopher dobrze znał: kojarzył, jasne, ich rodziny czasem robiły interesy, słyszał mnóstwo plotek, ale raczej nie mieli wiele wspólnego. Ale zdaje się, że jakiś czas Rookwood kręcił się po Ministerstwie, a i pod pewnymi względami – zamiłowania do mordobicia choćby – przypominał Atreusa, ten może mógł mu wspomnieć to i owo. Inne możliwe źródła informacji sprawiały, że coś skręcało się w żołądku Rosiera, bo przecież nie napisze do ojca Rookwooda. Primrose? Była we Francji. Przyjaciółki Victorii? Cynthia pewnie urwałaby mu głowę.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/c2/c6/d9/c2c6d9862c4228d9eed4f12c9913269b.jpg[/inny avek]<br />
<br />
Victoria postanowiła pójść do łazienki, by przypudrować nosek, obgadać z koleżankami panów albo odprawiać jakieś tajemnicze rytuały, które kobiety odprawiają za zamkniętymi drzwiami łazienek podczas przyjęć (jak podejrzewał Christopher, bo chyba z kimś dawała sobie jakieś znaki). Mieli się potem znaleźć przy drinkach, w teorii za kwadrans, choć zdaniem Christophera mogło to potrwać nawet do godziny, on już znał te dziewczyńskie wizyty w łazienkach. Rosier jednak wyjątkowo nie miał nic przeciwko (choć psuło to nieco jego plany przetańczenia całej nocy, ale od świtu było jeszcze kilka godzin), ponieważ gdy odchodziła wypatrzył w tłumie bawiących się Atreusa, w dodatku chwilowo samotnego.<br />
Ktoś mógłby pomyśleć, że Christopher Rosier planował iść z nim pić (co mógł zrobić, ale nie było to kluczowe). Albo że chce porozmawiać z nim kobietach. W tym drugim jednak nie dałoby się bardziej pomylić.<br />
Christopher Rosier zamierzał pogadać z nim o facetach.<br />
Zwłaszcza jednym facecie.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Bulstrode, chodź zapalić</span> – zażądał, klepiąc go po ramieniu, bo wprawdzie sam palił bardzo rzadko, ale znał trochę Atreusa i sądził, że taka propozycja może go skusić. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Bardzo ładnie proszę</span> – dodał jeszcze, chociaż ton nie był proszący. Tak czy inaczej chwilę później znaleźli się w ogrodach Maida Valen.<br />
Gdy tańczył tu z Victorią, uważał scenerię za całkiem romantyczną, ale w tej chwili przysięgałby, że to po prostu ciemne podwórko.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Co wiesz o Saurielu Rookwoodzie?</span> – wystrzelił z miejsca, ledwo stanęli nieopodal przejścia do sali balowej. Rookwood nie był kimś, kogo Christopher dobrze znał: kojarzył, jasne, ich rodziny czasem robiły interesy, słyszał mnóstwo plotek, ale raczej nie mieli wiele wspólnego. Ale zdaje się, że jakiś czas Rookwood kręcił się po Ministerstwie, a i pod pewnymi względami – zamiłowania do mordobicia choćby – przypominał Atreusa, ten może mógł mu wspomnieć to i owo. Inne możliwe źródła informacji sprawiały, że coś skręcało się w żołądku Rosiera, bo przecież nie napisze do ojca Rookwooda. Primrose? Była we Francji. Przyjaciółki Victorii? Cynthia pewnie urwałaby mu głowę.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[07.10.72] Get your pride out of your mouth]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5609</link>
			<pubDate>Thu, 15 Jan 2026 03:36:49 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=222">Louvain Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5609</guid>
			<description><![CDATA[<p>Upłynęło kilka lat, a jednak pewne rzeczy wciąż działały na niego jak dobrze naoliwiony mechanizm. Bal maskowy w rodowej posiadłości Lestrangów w Maida Vale był jedną z nich. Jednym z tych wieczorów w roku, na które Louvain czekał z niekłamaną, niemal chłopięcą ekscytacją, choć dawno już przestał być chłopcem. Było w tym wydarzeniu wszystko, co karmiło jego naturę: przepych, gra pozorów, subtelna rywalizacja i fakt, że wszystko odbywało się na jego terenie. Własny grunt zawsze dodawał mu pewności siebie. Arogancji, jeśli ktoś wolałby użyć mniej łaskawego słowa. Znał tę rezydencję od poszewki. Wiedział, które schody skrzypią, gdzie echo zdradza obecność gości, a które korytarze pozwalają zniknąć bez świadków. Umiał omijać zatłoczone hole z wprawą i równie dobrze wiedział, gdzie znaleźć ustronne zakamarki, balkony ukryte za kotarami i pokoje, o których większość zaproszonych nie miała pojęcia. A możliwe, że taka potrzeba zajdzie całkiem niedługo.</p>
<p>Maski… Ach, maski. Były czymś więcej niż ozdobą. Owszem, jego twarz od zawsze była listą niekończących się atutów i nigdy nie udawał fałszywej skromności w tej kwestii. Ale anonimowość, choćby na jeden wieczór, otwierała zupełnie nowe możliwości. Pozwalała być bardziej bezpośrednim, śmielszym, ostrzejszym w słowach i spojrzeniach. Piękne damy krygowały się mniej, chętniej ulegały grze, a Louvain nie zamierzał oszukiwać, ani siebie, ani nikogo innego że chodziło tu o coś głębszego niż zawieranie nowych, bliższych kontaktów. Bal maskowy był poligonem doświadczalnym, sceną, na której flirt stawał się sztuką, a niedopowiedzenie walutą o wysokim kursie. Maska była dla Louvaina kluczowym elementem wieczoru, ważniejszym niż szata czy biżuteria. Z pozoru była prosta, nieskomplokowania. Pod jej powierzchnią kryła się jednak złożona sieć uroków i subtelnych transmutacji. Po założeniu górna część jego twarzy, od ust w górę, rozpadała się w ulotny czarny dym. Dym nie był gwałtowny, raczej spokojny i nieustannie w ruchu. Kontury zmieniały się tak, że twarz przestawała być twarzą, a stawała się zjawiskiem. Przed balem długo wahał się nad wyborem maski. Kusiła go forma przypominająca te noszone przez Śmierciożerców. Odrzucił ten pomysł jako zbyt dosłowną prowokację. Nie potrzebował dziś krzyku ani otwartej deklaracji. Zamiast tego wybrał dym jako zasłonę tożsamości. Był to ten sam sposób znikania, którego używał podczas Spalonej Nocy. Maska formalnie nie odnosiła się do żadnego symbolu ani frakcji. Była tylko dymem, czystą abstrakcją. A jednak Louvain wiedział, że dla wielu gości obraz ten będzie niepokojąco znajomy. Czarny dym mógł przywołać poranki po straszliwej nocy i powietrze ciężkie od popiołu. To skojarzenie było ukrytym celem tej kreacji. Louvain zawsze wolał działać poprzez niedopowiedzenie. Tej nocy zamierzał być dokładnie tym, czym była jego maska: obecnością, która zostaje.</p>
<p>A jednak, jakkolwiek łatwo było go potępić, Louvain kierował się zasadami. Swoistym kodeksem, którego nigdy nie spisał, ale którego przestrzegał z niemal akademicką precyzją. Był finezyjny i uważny. Liczył się z obecnością innych, z atmosferą wieczoru, z nastrojem sali i ze zdaniem gości, nawet jeśli sprawiał wrażenie kogoś, kogo cudze opinie niewiele obchodzą. On po prostu… dużo liczył. Jak profesor matematyki, który z pozoru gubi się w abstrakcyjnych wzorach, a w rzeczywistości ma wszystko pod kontrolą. Tyle że Louvain rzadko liczył uczciwe zmienne. Częściej liczył cale. W talii, w biodrach, w odległości dzielącej go od kolejnego spojrzenia rzuconego spod maski. Był w tym tak doskonały, tak wyczulony na linie, proporcje i to, jak materiał układa się na ciele, że z powodzeniem mógłby znaleźć zatrudnienie jako projektant w domu mody Rosierów. On widział w tym wszystkim coś więcej niż tylko szykowne, nieprzyzwoicie drogie suknie wieczorowe. Widział narrację. Charakter. Obietnicę. I napięcie ukryte w szwach. </p>
<p>W procesie rozpoznawczym Louvain zawsze ufał pierwszemu impulsowi. W pewnym momencie, niemal niezauważalnie, na onyksowych tęczówkach „wypalił mu się” metr krawiecki, ten sam, którego używał od lat, mierząc świat pod kątem przyjemności i możliwości. Jedno spojrzenie wystarczyło. Szczupła sylwetka, precyzyjna linia talii, sposób, w jaki szmaragdowa suknia układała się na biodrach bez najmniejszego fałszu. To nie była kreacja, która wybaczała przypadek. Ona wiedziała, kim jest, a materiał posłusznie to potwierdzał. Rozmawiała z kimś. Być może z mężczyzną. Louvain odnotował ten fakt bez najmniejszego drgnięcia. Towarzystwo bywało okolicznością, rzadko przeszkodą. Czasem wręcz zaproszeniem. Minął ich z tą charakterystyczną nonszalancją, jakby przestrzeń naturalnie ustępowała mu miejsca. Zatrzymał się przy niej tylko na ułamek sekundy, wystarczająco długo, by zakłócić rytm rozmowy, zbyt krótko, by wyglądało to na zaplanowane.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Skarbie, dwa limoncello na balkon</span> - rzucił swobodnie, tonem kogoś, kto nie ma w zwyczaju sprawdzać, czy zostanie dobrze zrozumiany. Wsunął banknot w jej dłoń ruchem tak naturalnym, jakby robił to od lat, po czym ruszył dalej, już w stronę wyjścia na zewnętrzny balkon.<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Mogą być z pomarańczą</span> - dorzucił jeszcze przez ramię, nie oglądając się ani na nią, ani na jej rozmówcę. Było w tym geście coś, co domagało się reakcji. Zawieszenie między oburzeniem a potrzebą sprostowania oczywistej pomyłki. Między chęcią zatrzymania go a impulsem, by pójść za nim tylko po to, by powiedzieć mu, jak bardzo się myli. Louvain znał ten moment doskonale, tę krótką ciszę, w której ktoś decyduje, czy pozwolić mu odejść bez słowa. A on już wtedy wiedział, że jeśli ruszy w jego ślad, choćby tylko po to, by przywrócić właściwy porządek rzeczy, balkon przestanie być zwykłym balkonem, a rozmowa dopiero się zacznie.</p>
<br />
[inny avek]https://i.pinimg.com/1200x/ae/25/2f/ae252f14d8838af5da9ec9a2c5a01bf4.jpg[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Upłynęło kilka lat, a jednak pewne rzeczy wciąż działały na niego jak dobrze naoliwiony mechanizm. Bal maskowy w rodowej posiadłości Lestrangów w Maida Vale był jedną z nich. Jednym z tych wieczorów w roku, na które Louvain czekał z niekłamaną, niemal chłopięcą ekscytacją, choć dawno już przestał być chłopcem. Było w tym wydarzeniu wszystko, co karmiło jego naturę: przepych, gra pozorów, subtelna rywalizacja i fakt, że wszystko odbywało się na jego terenie. Własny grunt zawsze dodawał mu pewności siebie. Arogancji, jeśli ktoś wolałby użyć mniej łaskawego słowa. Znał tę rezydencję od poszewki. Wiedział, które schody skrzypią, gdzie echo zdradza obecność gości, a które korytarze pozwalają zniknąć bez świadków. Umiał omijać zatłoczone hole z wprawą i równie dobrze wiedział, gdzie znaleźć ustronne zakamarki, balkony ukryte za kotarami i pokoje, o których większość zaproszonych nie miała pojęcia. A możliwe, że taka potrzeba zajdzie całkiem niedługo.</p>
<p>Maski… Ach, maski. Były czymś więcej niż ozdobą. Owszem, jego twarz od zawsze była listą niekończących się atutów i nigdy nie udawał fałszywej skromności w tej kwestii. Ale anonimowość, choćby na jeden wieczór, otwierała zupełnie nowe możliwości. Pozwalała być bardziej bezpośrednim, śmielszym, ostrzejszym w słowach i spojrzeniach. Piękne damy krygowały się mniej, chętniej ulegały grze, a Louvain nie zamierzał oszukiwać, ani siebie, ani nikogo innego że chodziło tu o coś głębszego niż zawieranie nowych, bliższych kontaktów. Bal maskowy był poligonem doświadczalnym, sceną, na której flirt stawał się sztuką, a niedopowiedzenie walutą o wysokim kursie. Maska była dla Louvaina kluczowym elementem wieczoru, ważniejszym niż szata czy biżuteria. Z pozoru była prosta, nieskomplokowania. Pod jej powierzchnią kryła się jednak złożona sieć uroków i subtelnych transmutacji. Po założeniu górna część jego twarzy, od ust w górę, rozpadała się w ulotny czarny dym. Dym nie był gwałtowny, raczej spokojny i nieustannie w ruchu. Kontury zmieniały się tak, że twarz przestawała być twarzą, a stawała się zjawiskiem. Przed balem długo wahał się nad wyborem maski. Kusiła go forma przypominająca te noszone przez Śmierciożerców. Odrzucił ten pomysł jako zbyt dosłowną prowokację. Nie potrzebował dziś krzyku ani otwartej deklaracji. Zamiast tego wybrał dym jako zasłonę tożsamości. Był to ten sam sposób znikania, którego używał podczas Spalonej Nocy. Maska formalnie nie odnosiła się do żadnego symbolu ani frakcji. Była tylko dymem, czystą abstrakcją. A jednak Louvain wiedział, że dla wielu gości obraz ten będzie niepokojąco znajomy. Czarny dym mógł przywołać poranki po straszliwej nocy i powietrze ciężkie od popiołu. To skojarzenie było ukrytym celem tej kreacji. Louvain zawsze wolał działać poprzez niedopowiedzenie. Tej nocy zamierzał być dokładnie tym, czym była jego maska: obecnością, która zostaje.</p>
<p>A jednak, jakkolwiek łatwo było go potępić, Louvain kierował się zasadami. Swoistym kodeksem, którego nigdy nie spisał, ale którego przestrzegał z niemal akademicką precyzją. Był finezyjny i uważny. Liczył się z obecnością innych, z atmosferą wieczoru, z nastrojem sali i ze zdaniem gości, nawet jeśli sprawiał wrażenie kogoś, kogo cudze opinie niewiele obchodzą. On po prostu… dużo liczył. Jak profesor matematyki, który z pozoru gubi się w abstrakcyjnych wzorach, a w rzeczywistości ma wszystko pod kontrolą. Tyle że Louvain rzadko liczył uczciwe zmienne. Częściej liczył cale. W talii, w biodrach, w odległości dzielącej go od kolejnego spojrzenia rzuconego spod maski. Był w tym tak doskonały, tak wyczulony na linie, proporcje i to, jak materiał układa się na ciele, że z powodzeniem mógłby znaleźć zatrudnienie jako projektant w domu mody Rosierów. On widział w tym wszystkim coś więcej niż tylko szykowne, nieprzyzwoicie drogie suknie wieczorowe. Widział narrację. Charakter. Obietnicę. I napięcie ukryte w szwach. </p>
<p>W procesie rozpoznawczym Louvain zawsze ufał pierwszemu impulsowi. W pewnym momencie, niemal niezauważalnie, na onyksowych tęczówkach „wypalił mu się” metr krawiecki, ten sam, którego używał od lat, mierząc świat pod kątem przyjemności i możliwości. Jedno spojrzenie wystarczyło. Szczupła sylwetka, precyzyjna linia talii, sposób, w jaki szmaragdowa suknia układała się na biodrach bez najmniejszego fałszu. To nie była kreacja, która wybaczała przypadek. Ona wiedziała, kim jest, a materiał posłusznie to potwierdzał. Rozmawiała z kimś. Być może z mężczyzną. Louvain odnotował ten fakt bez najmniejszego drgnięcia. Towarzystwo bywało okolicznością, rzadko przeszkodą. Czasem wręcz zaproszeniem. Minął ich z tą charakterystyczną nonszalancją, jakby przestrzeń naturalnie ustępowała mu miejsca. Zatrzymał się przy niej tylko na ułamek sekundy, wystarczająco długo, by zakłócić rytm rozmowy, zbyt krótko, by wyglądało to na zaplanowane.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Skarbie, dwa limoncello na balkon</span> - rzucił swobodnie, tonem kogoś, kto nie ma w zwyczaju sprawdzać, czy zostanie dobrze zrozumiany. Wsunął banknot w jej dłoń ruchem tak naturalnym, jakby robił to od lat, po czym ruszył dalej, już w stronę wyjścia na zewnętrzny balkon.<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Mogą być z pomarańczą</span> - dorzucił jeszcze przez ramię, nie oglądając się ani na nią, ani na jej rozmówcę. Było w tym geście coś, co domagało się reakcji. Zawieszenie między oburzeniem a potrzebą sprostowania oczywistej pomyłki. Między chęcią zatrzymania go a impulsem, by pójść za nim tylko po to, by powiedzieć mu, jak bardzo się myli. Louvain znał ten moment doskonale, tę krótką ciszę, w której ktoś decyduje, czy pozwolić mu odejść bez słowa. A on już wtedy wiedział, że jeśli ruszy w jego ślad, choćby tylko po to, by przywrócić właściwy porządek rzeczy, balkon przestanie być zwykłym balkonem, a rozmowa dopiero się zacznie.</p>
<br />
[inny avek]https://i.pinimg.com/1200x/ae/25/2f/ae252f14d8838af5da9ec9a2c5a01bf4.jpg[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 72, 7.10 Maida Vale | Robert & Urd]]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5607</link>
			<pubDate>Wed, 14 Jan 2026 15:11:22 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=598">Urd Nordgesim</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5607</guid>
			<description><![CDATA[<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">– Też o nich słyszałem – spojrzał na otaczające ich czarne róże. Ich obecność rzeczywiście zdawała się nasycać powietrze dziwaczną energią. – Mógłbym się założyć, że prędzej czy później ktoś pijany lub popisujący się nieporadnie przed piękną kobietą dotknie któregoś z kwiatów. Ale czy w tych kręgach nie byłby to kolejny skandal, który zniknąłby wraz z pojawieniem się kolejnego? Takie kuszenie losu. – Wraz z tymi słowami uniósł wolną rękę nad płatkami jednej z róż. – Chciałaby pani kiedyś taką dostać? Róże, której płatki przesiąkły tym, o czym ludziom nie będzie dane się nigdy dowiedzieć?</span><br />
<br />
<a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5408&amp;pid=84307#pid84307" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Zamaskowany mężczyzna w czerni</a> okazał się być tak rozkosznie zabawny, a <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5408&amp;pid=84016#pid84016" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">drink, który przed momentem wypiła</a> utrzymywał jej iście szampański nastrój... Zaśmiała się wesoło, potykając nieco o własne nogi, niczym ucieleśnienie samospełniającej się przepowiedni, w której pijani czystokrwiści balowicze nawiedzają Maida Vale i ostentacyjnie panoszą się po ogrodzie. <br />
<br />
Gdy w nim w końcu stanęli zamilkła na moment, a potem zachichotała raz jeszcze, tłumiąc ten śmiech w jego ramieniu, zdając się białym motylem, który łaskawie przysiadł na nim, by odpocząć. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Fascynujące...</span> – westchnęła <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Świat pełen jest skandali, trzeba to przyznać i przyjąć za dobrą monetę. Fortuna jej kołem się toczy, a kto zbyt długo pochyla głowę nad porażką, ten traci całą zabawę z obrotu swojej sytuacji.</span> – Melodyjny głos wygłaszał swoje życiowe credo bez większej krępacji czy zawstydzenia. Żyła tak zawsze i dobrze jej z tym było. Bez korzeni, bez nici trwalszych niż babie lato. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Och... dobrze widzę? Czy tam jest oranżeria? Chodźmy tam! Ciekawe czy w jej wnętrzu kwiaty są też takie czarne</span> – pociągnęła go łagodnie ku przeszklonej konstrukcji, rozglądając się ciekawie, choć trzymając bardzo blisko tajemniczego gentelmana, o którym musiała wiedzieć tylko tyle, że jest nią zainteresowany i nie pachnie tanio. Oranżeria... ustronne miejsce. Czy warto było tak szarżować? Cóż, odpuściła sobie licytację, a przecież trzeba mieć coś z życia! I korzystać, że spora część ferajny została w środku patrzeć na skarby rodowe Lestrangów. Ona mogła sobie popatrzeć na inne skarby w tym czasie.<br />
 <br />
<div class="spoiler_wrap"><div class="spoiler_header"><a href="javascript:void(0);" onclick="javascript:if(parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display=='block'){parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='none';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[+]&quot; alt=&quot;[+]&quot; src=&quot;/images/collapse_collapsed.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;sukienka poglądowo';}else {parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='block';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[-]&quot; alt=&quot;[-]&quot; src=&quot;/images/collapse.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;sukienka poglądowo';}"><img title="[+]" alt="[+]" src="/images/collapse_collapsed.png" class="expandspoiler" />sukienka poglądowo</a></div><div class="spoiler_body" style="display: none;">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://i.pinimg.com/1200x/d3/39/b9/d339b9145232391de07864fc3dcac520.jpg" loading="lazy"  alt="[Obrazek: d339b9145232391de07864fc3dcac520.jpg]" class="mycode_img" /></div></div></div>[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=YjBD34W.jpeg[/inny avek]<br />
!Maida Vale]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">– Też o nich słyszałem – spojrzał na otaczające ich czarne róże. Ich obecność rzeczywiście zdawała się nasycać powietrze dziwaczną energią. – Mógłbym się założyć, że prędzej czy później ktoś pijany lub popisujący się nieporadnie przed piękną kobietą dotknie któregoś z kwiatów. Ale czy w tych kręgach nie byłby to kolejny skandal, który zniknąłby wraz z pojawieniem się kolejnego? Takie kuszenie losu. – Wraz z tymi słowami uniósł wolną rękę nad płatkami jednej z róż. – Chciałaby pani kiedyś taką dostać? Róże, której płatki przesiąkły tym, o czym ludziom nie będzie dane się nigdy dowiedzieć?</span><br />
<br />
<a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5408&amp;pid=84307#pid84307" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Zamaskowany mężczyzna w czerni</a> okazał się być tak rozkosznie zabawny, a <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5408&amp;pid=84016#pid84016" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">drink, który przed momentem wypiła</a> utrzymywał jej iście szampański nastrój... Zaśmiała się wesoło, potykając nieco o własne nogi, niczym ucieleśnienie samospełniającej się przepowiedni, w której pijani czystokrwiści balowicze nawiedzają Maida Vale i ostentacyjnie panoszą się po ogrodzie. <br />
<br />
Gdy w nim w końcu stanęli zamilkła na moment, a potem zachichotała raz jeszcze, tłumiąc ten śmiech w jego ramieniu, zdając się białym motylem, który łaskawie przysiadł na nim, by odpocząć. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Fascynujące...</span> – westchnęła <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Świat pełen jest skandali, trzeba to przyznać i przyjąć za dobrą monetę. Fortuna jej kołem się toczy, a kto zbyt długo pochyla głowę nad porażką, ten traci całą zabawę z obrotu swojej sytuacji.</span> – Melodyjny głos wygłaszał swoje życiowe credo bez większej krępacji czy zawstydzenia. Żyła tak zawsze i dobrze jej z tym było. Bez korzeni, bez nici trwalszych niż babie lato. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Och... dobrze widzę? Czy tam jest oranżeria? Chodźmy tam! Ciekawe czy w jej wnętrzu kwiaty są też takie czarne</span> – pociągnęła go łagodnie ku przeszklonej konstrukcji, rozglądając się ciekawie, choć trzymając bardzo blisko tajemniczego gentelmana, o którym musiała wiedzieć tylko tyle, że jest nią zainteresowany i nie pachnie tanio. Oranżeria... ustronne miejsce. Czy warto było tak szarżować? Cóż, odpuściła sobie licytację, a przecież trzeba mieć coś z życia! I korzystać, że spora część ferajny została w środku patrzeć na skarby rodowe Lestrangów. Ona mogła sobie popatrzeć na inne skarby w tym czasie.<br />
 <br />
<div class="spoiler_wrap"><div class="spoiler_header"><a href="javascript:void(0);" onclick="javascript:if(parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display=='block'){parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='none';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[+]&quot; alt=&quot;[+]&quot; src=&quot;/images/collapse_collapsed.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;sukienka poglądowo';}else {parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='block';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[-]&quot; alt=&quot;[-]&quot; src=&quot;/images/collapse.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;sukienka poglądowo';}"><img title="[+]" alt="[+]" src="/images/collapse_collapsed.png" class="expandspoiler" />sukienka poglądowo</a></div><div class="spoiler_body" style="display: none;">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://i.pinimg.com/1200x/d3/39/b9/d339b9145232391de07864fc3dcac520.jpg" loading="lazy"  alt="[Obrazek: d339b9145232391de07864fc3dcac520.jpg]" class="mycode_img" /></div></div></div>[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=YjBD34W.jpeg[/inny avek]<br />
!Maida Vale]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>