<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Bliskie Okolice Londynu]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Fri, 17 Apr 2026 14:23:52 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[[03.10.72 | Avery Hall]  Umbrescence]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5855</link>
			<pubDate>Mon, 16 Mar 2026 04:00:12 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=332">Leviathan Rowle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5855</guid>
			<description><![CDATA[<p>Nie wyobrażał sobie jak to było obejść się bez swojego pupila tak długi czas, jak musiała to zrobić Astoria. Jakaś jego część mówiła, że to nie było to samo uczucie, które towarzyszyło mu kiedy musiał zostać bez towarzystwa smoczognika. W końcu nazwisko zobowiązywało i uświadczyć Rowle'a bez tego niewielkiego stworzenia, to było jak jakiś Avery nie będzie związany ze sztuką. Ale coś innego, ta głęboko ukryta sympatia i nić porozumienia, jaka wiązała go z Astorią, podpowiadała mu że martwiła się dokładnie tak samo, jak i on by się martwił. </p>
<p>Zabrał jej podopiecznego już jakiś czas temu, zapewniając mu dom i schronienie w Snowdonii. W pewien sposób jaszczurka wróciła do korzeni, bo jakby nie patrzeć to pochodziła przecież z jego hodowli. Szkoda tylko, że okoliczności tym razem okazały się o wiele bardziej przygnębiające i nakazujące ostrożne postępowanie. Podawane mu specyfiki, zadziałały jednak bez jakiegokolwiek problemu. Smoczognik przestał być osowiały, nabrał sił i z nową werwą wzbijał się w powietrze czy wzniecał iskry. Zawsze, kiedy stworzenia którymi się opiekował wracały do zdrowia, czuł że te wszystkie lata spędzone na zgłębianiu tajemnic świata fauny nie poszły na marne. Może nawet można było to nazwać dumą, która powoli rozlewała się przyjemnym ciepłem po całym ciele, pozwalając by skostniały w nim gad zamruczał z zadowoleniem.</p>
<p>Skoro stworzenie poczuło się lepiej, należało oddać je właścicielce. </p>
<p>Avery Hall i posiadłość Rowle'ów pewnie nie mogły się bardziej od siebie różnić. W jednym królowała sztuka, a drugim na każdym kroku dało się uświadczyć przypomnienia, że było to rodzina magizoologów. Stworzenia wyglądały zza każdego rogu i z obrazu. Uwiecznione na płótnach oczy śledziły niemo przechodniów, a rzeźby czy spreparowane okazy pozwalały się podziwiać. Pełno w tym było ciężkich brązów i zieleni, które dopełniały naturalistyczny klimat Snowdonii. </p>
<p>Avery Hall zawsze przypominało Leviathanowi jakieś klasycystyczne dzieło. Sztuka tutaj miała smak i była odpowiednio wywarzona. Rzeźby prezentowały sobą coś więcej, niż zaledwie bycie kolejnymi okazami, a zamknięte w ramy portrety i krajobrazy posiadały w sobie... to coś. Jakąś artystyczną iskrę, w której dało się wyczuć pasję autora i próbę przekazania większych emocji, niż zwykłego uwiecznienia widoku czy stworzenia. </p>
<p>Patrzył na te wszystkie dzieła sztuki z pewnym zastanowieniem, kiedy je mijał. Gdy zdarzało mu się podziwiać jakieś piękne widoki czy zamknięte w ramy obrazy, mimowolnie myślał czasem o Avery - o tym jak ona widziała świat oczami kogoś, kto z tego typu pięknem obcował na co dzień. Czy doceniałaby go w taki sam sposób jak on? A może z miejsca przechodziła do podchwytywania jakichś drobnych detali, które kryły się w światłocieniu lub oddziaływaniu barw. Kiedy nie uciekał myślami do niej, obracał je dookoła Laurenta, kolejnej osoby w jego życiu, która wciąż podtrzymywała jakąś jego wrażliwszą stronę. Która była sztuką samą w sobie.</p>
<p>- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Namalowałabyś mi coś?</span> - zapytał z pewnym zastanowieniem, odstawiając klatkę ze smoczognikiem na blat stołu, spojrzeniem jeszcze przez chwilę trzymając się dużego obrazu który zawieszono w centralnym punkcie pomieszczenia. Te, które go otaczały, zdawały się dobrane tak by w naturalny sposób stanowić jego uzupełnienie. </p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Nie wyobrażał sobie jak to było obejść się bez swojego pupila tak długi czas, jak musiała to zrobić Astoria. Jakaś jego część mówiła, że to nie było to samo uczucie, które towarzyszyło mu kiedy musiał zostać bez towarzystwa smoczognika. W końcu nazwisko zobowiązywało i uświadczyć Rowle'a bez tego niewielkiego stworzenia, to było jak jakiś Avery nie będzie związany ze sztuką. Ale coś innego, ta głęboko ukryta sympatia i nić porozumienia, jaka wiązała go z Astorią, podpowiadała mu że martwiła się dokładnie tak samo, jak i on by się martwił. </p>
<p>Zabrał jej podopiecznego już jakiś czas temu, zapewniając mu dom i schronienie w Snowdonii. W pewien sposób jaszczurka wróciła do korzeni, bo jakby nie patrzeć to pochodziła przecież z jego hodowli. Szkoda tylko, że okoliczności tym razem okazały się o wiele bardziej przygnębiające i nakazujące ostrożne postępowanie. Podawane mu specyfiki, zadziałały jednak bez jakiegokolwiek problemu. Smoczognik przestał być osowiały, nabrał sił i z nową werwą wzbijał się w powietrze czy wzniecał iskry. Zawsze, kiedy stworzenia którymi się opiekował wracały do zdrowia, czuł że te wszystkie lata spędzone na zgłębianiu tajemnic świata fauny nie poszły na marne. Może nawet można było to nazwać dumą, która powoli rozlewała się przyjemnym ciepłem po całym ciele, pozwalając by skostniały w nim gad zamruczał z zadowoleniem.</p>
<p>Skoro stworzenie poczuło się lepiej, należało oddać je właścicielce. </p>
<p>Avery Hall i posiadłość Rowle'ów pewnie nie mogły się bardziej od siebie różnić. W jednym królowała sztuka, a drugim na każdym kroku dało się uświadczyć przypomnienia, że było to rodzina magizoologów. Stworzenia wyglądały zza każdego rogu i z obrazu. Uwiecznione na płótnach oczy śledziły niemo przechodniów, a rzeźby czy spreparowane okazy pozwalały się podziwiać. Pełno w tym było ciężkich brązów i zieleni, które dopełniały naturalistyczny klimat Snowdonii. </p>
<p>Avery Hall zawsze przypominało Leviathanowi jakieś klasycystyczne dzieło. Sztuka tutaj miała smak i była odpowiednio wywarzona. Rzeźby prezentowały sobą coś więcej, niż zaledwie bycie kolejnymi okazami, a zamknięte w ramy portrety i krajobrazy posiadały w sobie... to coś. Jakąś artystyczną iskrę, w której dało się wyczuć pasję autora i próbę przekazania większych emocji, niż zwykłego uwiecznienia widoku czy stworzenia. </p>
<p>Patrzył na te wszystkie dzieła sztuki z pewnym zastanowieniem, kiedy je mijał. Gdy zdarzało mu się podziwiać jakieś piękne widoki czy zamknięte w ramy obrazy, mimowolnie myślał czasem o Avery - o tym jak ona widziała świat oczami kogoś, kto z tego typu pięknem obcował na co dzień. Czy doceniałaby go w taki sam sposób jak on? A może z miejsca przechodziła do podchwytywania jakichś drobnych detali, które kryły się w światłocieniu lub oddziaływaniu barw. Kiedy nie uciekał myślami do niej, obracał je dookoła Laurenta, kolejnej osoby w jego życiu, która wciąż podtrzymywała jakąś jego wrażliwszą stronę. Która była sztuką samą w sobie.</p>
<p>- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Namalowałabyś mi coś?</span> - zapytał z pewnym zastanowieniem, odstawiając klatkę ze smoczognikiem na blat stołu, spojrzeniem jeszcze przez chwilę trzymając się dużego obrazu który zawieszono w centralnym punkcie pomieszczenia. Te, które go otaczały, zdawały się dobrane tak by w naturalny sposób stanowić jego uzupełnienie. </p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[popołudnie, 30/09/1972] and we're running and we're hoping for love]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5380</link>
			<pubDate>Thu, 27 Nov 2025 20:37:28 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=468">Jessie Kelly</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5380</guid>
			<description><![CDATA[Nie, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">ani trochę</span> nie przejmował się tym, jaka karta została wczorajszego dnia wyciągnięta jako ostatnia podczas partyjki amatorskiego wróżenia z kart Tarota, która miała być zwykłą, wieczorną zabawą. Niczym poważnym ani zobowiązującym, bo przecież nie były to wróżby pochodzące od prawdziwego wróżbity. Jak niby miałyby mieć moc sprawczą?<br />
A jednak myśl o karcie wracała do niego zdecydowanie częściej, niż by tego chciał, przez co nie potrafił się w pełni skupić w pracy i ostatecznie dostał reprymendę, co było jeszcze bardziej irytujące. Kilkukrotnie musiał upominać sam siebie, że przecież nic to nie znaczyło, że karta nie została wyciągnięta dla wróżby o jakiś poważny związek, a poza tym, nieważne, co by ta karta powiedziała, Jessie i tak wiedział lepiej - powinien cieszyć się tym, co miał, zamiast sięgać po coś, co i tak było poza zasięgiem, ryzykując przy tym utratą czegoś cennego. Wciąż jednak kuła go w pierś świadomość, że nawet karty mówią mu dosadnie, że nie miał szans na nic więcej. Było w tym coś okrutnego.<br />
Po pracy nie wrócił do domu. Miał taki zamiar, ale po deportowaniu się z Pokątnej im bliżej był domu w Brighton, który Jonathan udostępnił im po pożarze, tym wyraźniejsza stawała się w jego głowie myśl, że w sumie nie miał ochoty jeszcze wracać. Oczywiście, były przecież jeszcze pozapracowe obowiązki - trzeba było przecież jeszcze wyprowadzić Benjiego, o ile Rita bądź Theo nie zrobili tego wcześniej - ale właściwie... raz chyba nic się nie stanie, jeśli wróci do domu później, prawda? O ile szczęście będzie mu sprzyjać, do następnego ataku nie dojdzie. Nie dziś. Może nie w najbliższej przyszłości.<br />
Obrót na pięcie był niemal automatyczny, podobnie jak kolejny ruch, poprzedzający deportację.<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align">*</div>
Popołudniowe powietrze było chłodne. Jeszcze nie tak chłodne, jak stanie się jeszcze bliżej zimy, ale dobrym pomysłem było podniesienie kołnierza i osłonięcie gardła. Wystarczającym utrapieniem było drapanie w gardle i sporadyczny kaszel, który wciąż męczył większość Londyńczyków od Spalonej Nocy. Nie potrzeba było jeszcze tego pogarszać, wystawiając gardło na zimne powietrze.<br />
Okolica była spokojna. Jeśli go pamięć nie myliła, była to okolica zamieszkana w większości lub jedynie przez mugoli, co jednocześnie ścisnęło mu coś w żołądku i napełniło jakimś spokojem.<br />
Nieświadomość mugoli była pewnym błogosławieństwem, którego Jessie wcale im nie zazdrościł. Z pewnością życie wydawało się o wiele przyjemniejsze (a przynajmniej łatwiejsze) bez ciążącego na barkach zagrożenia z różnych stron, czy to ze strony różnych maniaków władzy i ich naśladowców, czy ze strony magicznych stworzeń, krzywdzących przez wrodzoną agresję lub w samoobronie. Oni nie musieli obawiać się, że któregoś dnia ich niezwykłe umiejętności mogły zostać przypadkiem zauważone przez kogoś, kto nie powinien ich odkrywać, albo że brak kontroli lub wybuch emocji sprawi, że te zdolności wyrządzą komuś krzywdę. Było jeszcze kilka aspektów niemagicznego życia, których można było zazdrościć, ale...<br />
Życie bez magii wydawało się takie... nudne. I z całą pewnością takie było, jeżeli miało się do porównania życie wśród mugoli a życie w magicznej społeczności, z magią, księgami zaklęć, eliksirami, magicznymi roślinami i stworzeniami i wszystkim tym, co miało w sobie magię.<br />
Hogwart był wspaniały. Quidditch był wspaniały. Ludzie, z którymi przyszło mu spędzić te siedem lat w szkole byli mniej lub bardziej wspaniali, niektórych dało się jedynie tolerować i znaleźli się oczywiście tacy, których zniknięcie byłoby bardziej ulgą, niż faktycznie niepokojącym wydarzeniem. Biorąc pod uwagę to wszystko, a także niezliczone inne rzeczy, które wiązały się z życiem pośród magii, życie mugoli, chociaż łatwiejsze i spokojniejsze, było również nudnawe, chociaż mieli oni swoje ciekawe sposoby na umilanie sobie życia.<br />
Dziewczęce śmiechy i odgłosy zwierząt z jednego z pobliskich gospodarstw przerwały kojącą ciszę i Jessie odwrócił się z uniesionymi brwiami w kierunku, z którego dobywały się te dźwięki. Widział grupę roześmianych dziewcząt, goniące chyba gęś i zaśmiał się cicho, wracając do swoich myśli. Pomyślałby kto, że takie zabawy pasowały bardziej do dziewczynek lub nastolatek, ale czy ktokolwiek zabraniał wchodzącym w dorosłość dziewczętom bawić się, jak za dziecka?<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">-Hahaha... Oh nie. Uważaj!</span><br />
Gęsie skrzeki stawały się coraz bliższe, a kiedy dziewczęcy głos dotarł do niego i znowu się odwrócił, gąsior ze związanymi oczami był już przed nim, biegnąc na oślep i machając wściekle skrzydłami.<br />
Jessie krzyknął krótko, zaskoczony, odskakując od prawdopodobnie równie zaskoczonego zwierzaka, oślepionego przez opaskę, podczas gdy grupa dziewcząt biegła do nich.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">-Hihi! Gerard, wracaj tu!</span><br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Gerard?</span> - to coś ktoś nazwał? <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Auć!</span><br />
Kiedy jego uwaga została odwrócona przez dziewczynę, która możliwe, że była właścicielką gęsi imieniem Gerard, gąska postanowiło znowu zaatakować go na oślep, tym razem jednak nie ograniczając się jedynie do szturchania go dziobek i machania skrzydłami. Tym razem gęś po prostu ugryzła go w nogę.<br />
Gerard zwiał niemal natychmiast i dziewczęta pobiegły za nim, zaśmiewając się niemal do utraty tchu. Tylko jedna, ta, która zawołała ptaka po imieniu, została z nim, chichocząc, ale w jej oczach czaiło się zmartwienie, kiedy nawiązała z Jessiem kontakt wzrokowy.<br />
Była całkiem ładna, z kręconymi, rudawo-brązowymi włosami, sarnimi niebieskimi oczami i kilkoma piegami na zadartym nosku.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">-Wybacz za Gerarda</span> - powiedziała powoli. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">-Wyskoczył za ogrodzenie, zanim zdążyłyśmy go złapać.</span><br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Heh, nic się nie stało</span> - odpowiedział Jessie, uśmiechając się delikatnie. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Chyba nie umrę od ugryzienia przez gąsiora, prawda?</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">-Oczywiście, że nie. Wiesz, jest nawet odwrotnie. Podobno, jeśli ugryzie cię gęś, oznacza to, że będziesz miał szczęście w miłości.</span><br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Szczęście w miłości?</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">-Yhym. Więc jeśli po dzisiejszym spotkaniu twój związek rozkwitnie, nie zapomnij tu wrócić i podziękować Gerardowi.</span><br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jeśli wejdę w jakiś związek i będę szczęśliwy, dziękowanie przypadkowemu gąsiorowi będzie ostatnią rzeczą, o której będę wtedy myślał.</span><br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Heh, zapamiętam to.</span><br />
Jedna z dziewcząt, goniących Gerarda, przewróciła się na ziemię, kiedy gęś wyskoczyła jej z ramion, i przekręciła się na plecy, łapiąc ze śmiechu za brzuch.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">-Wiesz</span> - właścicielka Gerarda złapała Jessiego za nadgarstek <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">-skoro Gerard cię ugryzł, to może pomógłbyś nam go złapać? Jeśli cię to bardziej przekona, to podobno złapanie gąsiora, który cię ugryzł, zwiększa twoje szanse na szczęście w związku.</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Akurat</span>, pomyślał Jessie, ale zgodził się i pozwolił dziewczynie zaciągnąć się do swoich koleżanek, wciąż goniących biegającego wkoło Gerarda. W sumie co mu szkodziło?<br />
Dłoń dziewczyny uwolniła jego nadgarstek i Jessie pobiegł za gąsiorem.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Rzut na Aktywność Fizyczną, próbuję złapać gęś</span><br />
[roll=Z]<br />
<br />
!Strach przed imieniem]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Nie, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">ani trochę</span> nie przejmował się tym, jaka karta została wczorajszego dnia wyciągnięta jako ostatnia podczas partyjki amatorskiego wróżenia z kart Tarota, która miała być zwykłą, wieczorną zabawą. Niczym poważnym ani zobowiązującym, bo przecież nie były to wróżby pochodzące od prawdziwego wróżbity. Jak niby miałyby mieć moc sprawczą?<br />
A jednak myśl o karcie wracała do niego zdecydowanie częściej, niż by tego chciał, przez co nie potrafił się w pełni skupić w pracy i ostatecznie dostał reprymendę, co było jeszcze bardziej irytujące. Kilkukrotnie musiał upominać sam siebie, że przecież nic to nie znaczyło, że karta nie została wyciągnięta dla wróżby o jakiś poważny związek, a poza tym, nieważne, co by ta karta powiedziała, Jessie i tak wiedział lepiej - powinien cieszyć się tym, co miał, zamiast sięgać po coś, co i tak było poza zasięgiem, ryzykując przy tym utratą czegoś cennego. Wciąż jednak kuła go w pierś świadomość, że nawet karty mówią mu dosadnie, że nie miał szans na nic więcej. Było w tym coś okrutnego.<br />
Po pracy nie wrócił do domu. Miał taki zamiar, ale po deportowaniu się z Pokątnej im bliżej był domu w Brighton, który Jonathan udostępnił im po pożarze, tym wyraźniejsza stawała się w jego głowie myśl, że w sumie nie miał ochoty jeszcze wracać. Oczywiście, były przecież jeszcze pozapracowe obowiązki - trzeba było przecież jeszcze wyprowadzić Benjiego, o ile Rita bądź Theo nie zrobili tego wcześniej - ale właściwie... raz chyba nic się nie stanie, jeśli wróci do domu później, prawda? O ile szczęście będzie mu sprzyjać, do następnego ataku nie dojdzie. Nie dziś. Może nie w najbliższej przyszłości.<br />
Obrót na pięcie był niemal automatyczny, podobnie jak kolejny ruch, poprzedzający deportację.<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align">*</div>
Popołudniowe powietrze było chłodne. Jeszcze nie tak chłodne, jak stanie się jeszcze bliżej zimy, ale dobrym pomysłem było podniesienie kołnierza i osłonięcie gardła. Wystarczającym utrapieniem było drapanie w gardle i sporadyczny kaszel, który wciąż męczył większość Londyńczyków od Spalonej Nocy. Nie potrzeba było jeszcze tego pogarszać, wystawiając gardło na zimne powietrze.<br />
Okolica była spokojna. Jeśli go pamięć nie myliła, była to okolica zamieszkana w większości lub jedynie przez mugoli, co jednocześnie ścisnęło mu coś w żołądku i napełniło jakimś spokojem.<br />
Nieświadomość mugoli była pewnym błogosławieństwem, którego Jessie wcale im nie zazdrościł. Z pewnością życie wydawało się o wiele przyjemniejsze (a przynajmniej łatwiejsze) bez ciążącego na barkach zagrożenia z różnych stron, czy to ze strony różnych maniaków władzy i ich naśladowców, czy ze strony magicznych stworzeń, krzywdzących przez wrodzoną agresję lub w samoobronie. Oni nie musieli obawiać się, że któregoś dnia ich niezwykłe umiejętności mogły zostać przypadkiem zauważone przez kogoś, kto nie powinien ich odkrywać, albo że brak kontroli lub wybuch emocji sprawi, że te zdolności wyrządzą komuś krzywdę. Było jeszcze kilka aspektów niemagicznego życia, których można było zazdrościć, ale...<br />
Życie bez magii wydawało się takie... nudne. I z całą pewnością takie było, jeżeli miało się do porównania życie wśród mugoli a życie w magicznej społeczności, z magią, księgami zaklęć, eliksirami, magicznymi roślinami i stworzeniami i wszystkim tym, co miało w sobie magię.<br />
Hogwart był wspaniały. Quidditch był wspaniały. Ludzie, z którymi przyszło mu spędzić te siedem lat w szkole byli mniej lub bardziej wspaniali, niektórych dało się jedynie tolerować i znaleźli się oczywiście tacy, których zniknięcie byłoby bardziej ulgą, niż faktycznie niepokojącym wydarzeniem. Biorąc pod uwagę to wszystko, a także niezliczone inne rzeczy, które wiązały się z życiem pośród magii, życie mugoli, chociaż łatwiejsze i spokojniejsze, było również nudnawe, chociaż mieli oni swoje ciekawe sposoby na umilanie sobie życia.<br />
Dziewczęce śmiechy i odgłosy zwierząt z jednego z pobliskich gospodarstw przerwały kojącą ciszę i Jessie odwrócił się z uniesionymi brwiami w kierunku, z którego dobywały się te dźwięki. Widział grupę roześmianych dziewcząt, goniące chyba gęś i zaśmiał się cicho, wracając do swoich myśli. Pomyślałby kto, że takie zabawy pasowały bardziej do dziewczynek lub nastolatek, ale czy ktokolwiek zabraniał wchodzącym w dorosłość dziewczętom bawić się, jak za dziecka?<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">-Hahaha... Oh nie. Uważaj!</span><br />
Gęsie skrzeki stawały się coraz bliższe, a kiedy dziewczęcy głos dotarł do niego i znowu się odwrócił, gąsior ze związanymi oczami był już przed nim, biegnąc na oślep i machając wściekle skrzydłami.<br />
Jessie krzyknął krótko, zaskoczony, odskakując od prawdopodobnie równie zaskoczonego zwierzaka, oślepionego przez opaskę, podczas gdy grupa dziewcząt biegła do nich.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">-Hihi! Gerard, wracaj tu!</span><br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Gerard?</span> - to coś ktoś nazwał? <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Auć!</span><br />
Kiedy jego uwaga została odwrócona przez dziewczynę, która możliwe, że była właścicielką gęsi imieniem Gerard, gąska postanowiło znowu zaatakować go na oślep, tym razem jednak nie ograniczając się jedynie do szturchania go dziobek i machania skrzydłami. Tym razem gęś po prostu ugryzła go w nogę.<br />
Gerard zwiał niemal natychmiast i dziewczęta pobiegły za nim, zaśmiewając się niemal do utraty tchu. Tylko jedna, ta, która zawołała ptaka po imieniu, została z nim, chichocząc, ale w jej oczach czaiło się zmartwienie, kiedy nawiązała z Jessiem kontakt wzrokowy.<br />
Była całkiem ładna, z kręconymi, rudawo-brązowymi włosami, sarnimi niebieskimi oczami i kilkoma piegami na zadartym nosku.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">-Wybacz za Gerarda</span> - powiedziała powoli. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">-Wyskoczył za ogrodzenie, zanim zdążyłyśmy go złapać.</span><br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Heh, nic się nie stało</span> - odpowiedział Jessie, uśmiechając się delikatnie. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Chyba nie umrę od ugryzienia przez gąsiora, prawda?</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">-Oczywiście, że nie. Wiesz, jest nawet odwrotnie. Podobno, jeśli ugryzie cię gęś, oznacza to, że będziesz miał szczęście w miłości.</span><br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Szczęście w miłości?</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">-Yhym. Więc jeśli po dzisiejszym spotkaniu twój związek rozkwitnie, nie zapomnij tu wrócić i podziękować Gerardowi.</span><br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jeśli wejdę w jakiś związek i będę szczęśliwy, dziękowanie przypadkowemu gąsiorowi będzie ostatnią rzeczą, o której będę wtedy myślał.</span><br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Heh, zapamiętam to.</span><br />
Jedna z dziewcząt, goniących Gerarda, przewróciła się na ziemię, kiedy gęś wyskoczyła jej z ramion, i przekręciła się na plecy, łapiąc ze śmiechu za brzuch.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">-Wiesz</span> - właścicielka Gerarda złapała Jessiego za nadgarstek <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">-skoro Gerard cię ugryzł, to może pomógłbyś nam go złapać? Jeśli cię to bardziej przekona, to podobno złapanie gąsiora, który cię ugryzł, zwiększa twoje szanse na szczęście w związku.</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Akurat</span>, pomyślał Jessie, ale zgodził się i pozwolił dziewczynie zaciągnąć się do swoich koleżanek, wciąż goniących biegającego wkoło Gerarda. W sumie co mu szkodziło?<br />
Dłoń dziewczyny uwolniła jego nadgarstek i Jessie pobiegł za gąsiorem.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Rzut na Aktywność Fizyczną, próbuję złapać gęś</span><br />
[roll=Z]<br />
<br />
!Strach przed imieniem]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[14.10.72, po zmroku] Sekrety McClivertów]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5378</link>
			<pubDate>Thu, 27 Nov 2025 09:52:56 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=128">Bard Beedle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5378</guid>
			<description><![CDATA[Pokój, który namierzyli z mioteł Erik i Heather, ewidentnie był miejscem, które Cormac Frasser przerobił na prowizoryczny gabinet. Wciąż stały tu wiekowe, drewniane meble, lekko nadgryzione przez ząb czasu, ale wyglądające tak, jakby ich właściciele wyszli stąd, z zamiarem rychłego powrotu. Grzyb powoli musiał wchodzić w ściany, bo wprawdzie nie był widoczny (być może Cormac go wypalił?), ale nieprzyjemny zapach przenikał wnętrze, podobnie jak przejmujący chłód. Na ten ostatni niewiele pomogły ani okiennice, zamontowane tu przez Cormaca, ani fakt, że niedawno musiał palić w kominku: ten został wyczyszczony i wciąż leżał w nim popiół, wskazujący na to, że niedawno tutaj grzebano. Na ścianie wisiał portret, przedstawiający czarodzieja w kilcie, wyblakły i powoli zaczynający na dole pleśnieć: pojawiły się tam zielono – czarne plamki.<br />
Po stole walały się notatki, przybory do pisania oraz – ułożone na papierze, pewnie z braku naczyń – sucharki oraz nadgryzione jabłko, zapewne prowiant, który Cormac zabrał ze sobą. <br />
<br />
<div class="spoiler_wrap"><div class="spoiler_header"><a href="javascript:void(0);" onclick="javascript:if(parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display=='block'){parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='none';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[+]&quot; alt=&quot;[+]&quot; src=&quot;/images/collapse_collapsed.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;Spoiler';}else {parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='block';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[-]&quot; alt=&quot;[-]&quot; src=&quot;/images/collapse.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;Spoiler';}"><img title="[+]" alt="[+]" src="/images/collapse_collapsed.png" class="expandspoiler" />Spoiler</a></div><div class="spoiler_body" style="display: none;">
Instrukcje dodatkowe:<br />
- poruszając się po zamku, aby dotrzeć do gabinetu, natykają się na szczątki – zapewne jednego z mieszkańców, zeżartego lata temu przez kwintopedę, na parterze zaglądając do pomieszczeń wcześniej mogli zauważyć, że niektóre wyglądają, jakby kiedyś stoczono tam walkę<br />
- w pomieszczeniu na wierzchu są notatki oraz niezbyt umiejętnie narysowane mapy wyspy: notatki są z gatunku tych urwanych, sporządzane ewidentnie dla siebie, dotyczącą McClivertów, na mapie oznaczono zamek McBoonów, latarnię morską oraz kilka charakterystycznych punktów wokół zamku<br />
- w pomieszczeniu jest jedzenie, które nie zdążyło się popsuć<br />
- po udanym rzucie na percepcję znajdują notatnik Cormaca: Thomas może zorientować się, że dotyczą czarnomagicznych klątw i możliwości ich łamania – zapisków nie ma wiele, ale najwyraźniej Frasser znalazł trochę materiałów w zamku i je studiował, w tym tę, która miała zamieniać ludzi w potwory<br />
- kiedy ogarniecie powyższe, możecie przeglądając rzeczy/grzebiąc w pokoju wykonać po rzucie na percepcję lub wos (w zależności od tego, co wam bardziej będzie pasowało do tego, co przeszukują) i w wypadku słabego sukcesu/sukcesu dorzucę kolejne informacje<br />
- postarajcie się rozegrać sesję może nie na speedzie, ale w miarę sprawnie, jeśli chcecie, by powyższe informacje wpłynęły na 3 etap</div></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Pokój, który namierzyli z mioteł Erik i Heather, ewidentnie był miejscem, które Cormac Frasser przerobił na prowizoryczny gabinet. Wciąż stały tu wiekowe, drewniane meble, lekko nadgryzione przez ząb czasu, ale wyglądające tak, jakby ich właściciele wyszli stąd, z zamiarem rychłego powrotu. Grzyb powoli musiał wchodzić w ściany, bo wprawdzie nie był widoczny (być może Cormac go wypalił?), ale nieprzyjemny zapach przenikał wnętrze, podobnie jak przejmujący chłód. Na ten ostatni niewiele pomogły ani okiennice, zamontowane tu przez Cormaca, ani fakt, że niedawno musiał palić w kominku: ten został wyczyszczony i wciąż leżał w nim popiół, wskazujący na to, że niedawno tutaj grzebano. Na ścianie wisiał portret, przedstawiający czarodzieja w kilcie, wyblakły i powoli zaczynający na dole pleśnieć: pojawiły się tam zielono – czarne plamki.<br />
Po stole walały się notatki, przybory do pisania oraz – ułożone na papierze, pewnie z braku naczyń – sucharki oraz nadgryzione jabłko, zapewne prowiant, który Cormac zabrał ze sobą. <br />
<br />
<div class="spoiler_wrap"><div class="spoiler_header"><a href="javascript:void(0);" onclick="javascript:if(parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display=='block'){parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='none';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[+]&quot; alt=&quot;[+]&quot; src=&quot;/images/collapse_collapsed.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;Spoiler';}else {parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='block';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[-]&quot; alt=&quot;[-]&quot; src=&quot;/images/collapse.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;Spoiler';}"><img title="[+]" alt="[+]" src="/images/collapse_collapsed.png" class="expandspoiler" />Spoiler</a></div><div class="spoiler_body" style="display: none;">
Instrukcje dodatkowe:<br />
- poruszając się po zamku, aby dotrzeć do gabinetu, natykają się na szczątki – zapewne jednego z mieszkańców, zeżartego lata temu przez kwintopedę, na parterze zaglądając do pomieszczeń wcześniej mogli zauważyć, że niektóre wyglądają, jakby kiedyś stoczono tam walkę<br />
- w pomieszczeniu na wierzchu są notatki oraz niezbyt umiejętnie narysowane mapy wyspy: notatki są z gatunku tych urwanych, sporządzane ewidentnie dla siebie, dotyczącą McClivertów, na mapie oznaczono zamek McBoonów, latarnię morską oraz kilka charakterystycznych punktów wokół zamku<br />
- w pomieszczeniu jest jedzenie, które nie zdążyło się popsuć<br />
- po udanym rzucie na percepcję znajdują notatnik Cormaca: Thomas może zorientować się, że dotyczą czarnomagicznych klątw i możliwości ich łamania – zapisków nie ma wiele, ale najwyraźniej Frasser znalazł trochę materiałów w zamku i je studiował, w tym tę, która miała zamieniać ludzi w potwory<br />
- kiedy ogarniecie powyższe, możecie przeglądając rzeczy/grzebiąc w pokoju wykonać po rzucie na percepcję lub wos (w zależności od tego, co wam bardziej będzie pasowało do tego, co przeszukują) i w wypadku słabego sukcesu/sukcesu dorzucę kolejne informacje<br />
- postarajcie się rozegrać sesję może nie na speedzie, ale w miarę sprawnie, jeśli chcecie, by powyższe informacje wpłynęły na 3 etap</div></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[07/09/72] Bajka o psie, który był majordomusem]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5352</link>
			<pubDate>Mon, 17 Nov 2025 15:52:28 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=451">Woody Tarpaulin</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5352</guid>
			<description><![CDATA[<h1>—07/09/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Suma "Ulewa" — Cathal &amp; Woody</span></h1><br />
<br />
To był ostatni raz, kiedy Woody Tarpaulin kupował świstokliki na Nokturnie. Wadliwe cholerstwo bez atestu. O dupę potłuc to badziewie — dupę potłuc całkiem dosłownie, bo — słodki Merlinie — jak ciężko chłopina sapnął, gdy go wywaliło bezceremonialnie na twardą ziemię podczas podróży. Byleby ta ziemia była tylko twarda — nie, na domiar złego była mokra, bo lał deszcz jak z cebra. Strugi takie, że ledwo noc dało się w nocy dojrzeć; jak okiem sięgnąć sama woda. <br />
Stary czarodziej wstał ociężale, wkurwiony całym zajściem niemiłosiernie, i rozejrzał się po ciemnym pustkowiu. Co za dziura, ściernisko i kilka drzewek. Nic to, trudno, chwyciwszy w ubłoconą dłoń różdżkę, Tarpaulin spróbował się teleportować. No i wielki chuj.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Pierdolone anomalie</span> — sarknął pod nosem sam do siebie.<br />
Spróbował raz jeszcze — znów nic. Wpadł w jakiś przeklęty Trójkąt Bermudzki, zagłębie antyteleportacyjne. Stary pokręcił chwilę w niedowierzaniu głową, pozłorzeczył, na czym świat stoi, po czym — zdrowo już przemoczony — wyczarował sobie parasol. <br />
Pozbawiony innego wyboru Woodrow ruszył ciemną drogą przed siebie. Ciężkie buciory tonęły przy każdym kroku w chlupoczącym błocie, lecz lazł niestrudzenie. Gdzieś się musiała ta martwa strefa kończyć, nie przewidywał długiego spaceru. I może miała się strefa skończyć, może nie, lecz nim dotarł do granicy, na horyzoncie pojawił się stary dworek otulony ciepłym blaskiem zza podniszczonych okien. Woody nie był w ciemię bity, umiał dodać dwa do dwóch. Nic tak nie krzyczy: <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">czarodzieje!</span> jak rudera pośrodku niczego. Tłumaczyło to również ów brak teleportacji: jakiś magiczny nadgorliwiec pociągnął sobie podwórko barierą. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ciekawe, czy rejestrowana</span> — pomyślał złośliwie Woody, który może i donosicielstwem się brzydził, lecz wciąż miał odruchy funkcjonariusza, który by tu nazajutrz przyszedł najchętniej z nakazem rozwiązania bariery godzącej w porządek publiczny.<br />
Policjantem już nie był. Teraz problemy mógł rozwiązywać inaczej, bez zamartwiania się nakazem sądowym i swoim wizerunkiem, gdy tym wizerunkiem był <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">oprych z Nokturnu</span>. Jak nie załomotał więc Woody w te stare drzwi, gotów dać panu domu nauczkę. Długo czekać nie musiał. Trzecie grzmotnięcie pięścią trafiło w pustkę — drewniane wrota, na pozór dość ciężkie, otworzyły się ze skrzypnięciem nienaoliwionych zawiasów. Za drzwiami zaś… czyżby nie było nikogo?<br />
Czarodziej znalazł się u progu sporej, acz przytulnej sieni. Jej wystrój nie odpowiadał być może obecnej modzie, lecz widać było na pierwszy rzut oka, że do kogokolwiek ów dworek należał, był to człowiek majętny. Płytki podłogi układały się w roślinną mozaikę utrzymaną w zgaszonych odcieniach umbry i szkarłatu. Sufity i boazerię wyrzeźbiono w ciemnym drewnie, przez co pomieszczenie składało się w elegancką, pełną przepychu całość. Wrażenia dopełniało bijące z wnętrza ciepło i zapachy jadła. Zdecydowanie gdzieś w głębi rezydencji podano pieczeń i Merlin jeden wie, jakie jeszcze frykasy.<br />
— <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mam zaszczyt powitać w Ochrowym Dworku, panie Tarpaulin.</span> — Intuicyjnie głos ten przypisałoby się starszemu dystyngowanemu mężczyźnie. —<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> Pan Binns z córkami oczekują już pana w sali jadalnej. Brakuje już tylko jednego gościa.</span><br />
Żadnego starszego eleganta jednak przed nim przecież nie było. Chociaż… głos dochodził z dołu. A tam, u ubłoconych stóp Woody’ego, stał czekoladowy jamnik w musztardowej musze.<br />
Gdy gość spojrzał na niego, piesek schylił łebek w niby ukłonie, po czym obrócił się i — machając miarowo ogonkiem — podreptał przez sień ku dwuskrzydłowym drzwiom naprzeciw wejścia głównego. Po obu ich stronach ustawiono wysokie kandelabry, a zapalone świece promieniowały ciepłym blaskiem na całą sień. Jeśli rzeczywiście znajdowała się za tamtymi drzwiami sala jadalna i gospodarze, to żadnych dźwięków biesiady na razie słychać bynajmniej nie było. Wręcz przeciwnie: nawet szum ulewy na zewnątrz ginął jakby w głuchej ciszy, która uwypuklała stukanie pazurków jamnika o płyty podłogi.<br />
Piesek przystanął pod jednym z kandelabrów, a drzwi jadalni się uchyliły. Lekko, nie zdradzając jeszcze całej swojej tajemnicy, zapraszając do tego, aby je popchnąć i samemu ją odkryć.<br />
Wedle słów jamnika, ktoś miał czekać tam na czarodzieja, ale trudno było opędzić się od wrażenia, że dworek jest pusty. Żadnych dźwięków, żadnej… obecności. Świece paliły się, lecz nie spływały woskiem. Podłogi lśniły czystością, nie było na nich choćby paproszka kurzu. Tę boazerię bez ryski ni otarcia wprawić mogli równie dobrze chwilę temu.<br />
Całość była jak ze snu, w którym nikt nie kłopotał się kreśleniem szczegółów.<br />
Coś tu śmierdziało.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">A co ty jesteś, psie?</span> — zapytał w końcu oschle Woody, marszcząc podejrzliwie brwi spod ronda kapelusza. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Animag?</span><br />
— <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Animag? Ależ skądże. Na imię mi Amadeusz i jestem majordomusem Ochrowego Dworku</span> — odparł żywo zaskoczony jego sugestią jamnik. Zupełnie jakby fakt, że dworki mają swoich psich zarządców, był najoczywistszym na świecie, a Tarpaulin zrobił z siebie tym pytaniem głuptasa. — <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Proszę wejść, proszę się częstować.</span><br />
Woody nie był w ciemię bity, jak już było mówione, dodawał dwa do dwóch. Jak cię obcy pies po imieniu zaprasza do dziwnego domu pośrodku niczego i zachęca do jedzenia, to wiedz, że coś się święci.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Panie Amadeuszu, ja nie jestem tu jeść, a w sprawie waszej bariery antyteleportacyjnej. Zdjęlibyśta to ustrojstwo, bo uczciwy człowiek się nie może przeprawić.</span> — Wcale nieprzekonany do uczty czarodziej nie ustępował, trzymając różdżkę w pogotowiu.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1>—07/09/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Suma "Ulewa" — Cathal &amp; Woody</span></h1><br />
<br />
To był ostatni raz, kiedy Woody Tarpaulin kupował świstokliki na Nokturnie. Wadliwe cholerstwo bez atestu. O dupę potłuc to badziewie — dupę potłuc całkiem dosłownie, bo — słodki Merlinie — jak ciężko chłopina sapnął, gdy go wywaliło bezceremonialnie na twardą ziemię podczas podróży. Byleby ta ziemia była tylko twarda — nie, na domiar złego była mokra, bo lał deszcz jak z cebra. Strugi takie, że ledwo noc dało się w nocy dojrzeć; jak okiem sięgnąć sama woda. <br />
Stary czarodziej wstał ociężale, wkurwiony całym zajściem niemiłosiernie, i rozejrzał się po ciemnym pustkowiu. Co za dziura, ściernisko i kilka drzewek. Nic to, trudno, chwyciwszy w ubłoconą dłoń różdżkę, Tarpaulin spróbował się teleportować. No i wielki chuj.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Pierdolone anomalie</span> — sarknął pod nosem sam do siebie.<br />
Spróbował raz jeszcze — znów nic. Wpadł w jakiś przeklęty Trójkąt Bermudzki, zagłębie antyteleportacyjne. Stary pokręcił chwilę w niedowierzaniu głową, pozłorzeczył, na czym świat stoi, po czym — zdrowo już przemoczony — wyczarował sobie parasol. <br />
Pozbawiony innego wyboru Woodrow ruszył ciemną drogą przed siebie. Ciężkie buciory tonęły przy każdym kroku w chlupoczącym błocie, lecz lazł niestrudzenie. Gdzieś się musiała ta martwa strefa kończyć, nie przewidywał długiego spaceru. I może miała się strefa skończyć, może nie, lecz nim dotarł do granicy, na horyzoncie pojawił się stary dworek otulony ciepłym blaskiem zza podniszczonych okien. Woody nie był w ciemię bity, umiał dodać dwa do dwóch. Nic tak nie krzyczy: <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">czarodzieje!</span> jak rudera pośrodku niczego. Tłumaczyło to również ów brak teleportacji: jakiś magiczny nadgorliwiec pociągnął sobie podwórko barierą. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ciekawe, czy rejestrowana</span> — pomyślał złośliwie Woody, który może i donosicielstwem się brzydził, lecz wciąż miał odruchy funkcjonariusza, który by tu nazajutrz przyszedł najchętniej z nakazem rozwiązania bariery godzącej w porządek publiczny.<br />
Policjantem już nie był. Teraz problemy mógł rozwiązywać inaczej, bez zamartwiania się nakazem sądowym i swoim wizerunkiem, gdy tym wizerunkiem był <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">oprych z Nokturnu</span>. Jak nie załomotał więc Woody w te stare drzwi, gotów dać panu domu nauczkę. Długo czekać nie musiał. Trzecie grzmotnięcie pięścią trafiło w pustkę — drewniane wrota, na pozór dość ciężkie, otworzyły się ze skrzypnięciem nienaoliwionych zawiasów. Za drzwiami zaś… czyżby nie było nikogo?<br />
Czarodziej znalazł się u progu sporej, acz przytulnej sieni. Jej wystrój nie odpowiadał być może obecnej modzie, lecz widać było na pierwszy rzut oka, że do kogokolwiek ów dworek należał, był to człowiek majętny. Płytki podłogi układały się w roślinną mozaikę utrzymaną w zgaszonych odcieniach umbry i szkarłatu. Sufity i boazerię wyrzeźbiono w ciemnym drewnie, przez co pomieszczenie składało się w elegancką, pełną przepychu całość. Wrażenia dopełniało bijące z wnętrza ciepło i zapachy jadła. Zdecydowanie gdzieś w głębi rezydencji podano pieczeń i Merlin jeden wie, jakie jeszcze frykasy.<br />
— <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mam zaszczyt powitać w Ochrowym Dworku, panie Tarpaulin.</span> — Intuicyjnie głos ten przypisałoby się starszemu dystyngowanemu mężczyźnie. —<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> Pan Binns z córkami oczekują już pana w sali jadalnej. Brakuje już tylko jednego gościa.</span><br />
Żadnego starszego eleganta jednak przed nim przecież nie było. Chociaż… głos dochodził z dołu. A tam, u ubłoconych stóp Woody’ego, stał czekoladowy jamnik w musztardowej musze.<br />
Gdy gość spojrzał na niego, piesek schylił łebek w niby ukłonie, po czym obrócił się i — machając miarowo ogonkiem — podreptał przez sień ku dwuskrzydłowym drzwiom naprzeciw wejścia głównego. Po obu ich stronach ustawiono wysokie kandelabry, a zapalone świece promieniowały ciepłym blaskiem na całą sień. Jeśli rzeczywiście znajdowała się za tamtymi drzwiami sala jadalna i gospodarze, to żadnych dźwięków biesiady na razie słychać bynajmniej nie było. Wręcz przeciwnie: nawet szum ulewy na zewnątrz ginął jakby w głuchej ciszy, która uwypuklała stukanie pazurków jamnika o płyty podłogi.<br />
Piesek przystanął pod jednym z kandelabrów, a drzwi jadalni się uchyliły. Lekko, nie zdradzając jeszcze całej swojej tajemnicy, zapraszając do tego, aby je popchnąć i samemu ją odkryć.<br />
Wedle słów jamnika, ktoś miał czekać tam na czarodzieja, ale trudno było opędzić się od wrażenia, że dworek jest pusty. Żadnych dźwięków, żadnej… obecności. Świece paliły się, lecz nie spływały woskiem. Podłogi lśniły czystością, nie było na nich choćby paproszka kurzu. Tę boazerię bez ryski ni otarcia wprawić mogli równie dobrze chwilę temu.<br />
Całość była jak ze snu, w którym nikt nie kłopotał się kreśleniem szczegółów.<br />
Coś tu śmierdziało.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">A co ty jesteś, psie?</span> — zapytał w końcu oschle Woody, marszcząc podejrzliwie brwi spod ronda kapelusza. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Animag?</span><br />
— <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Animag? Ależ skądże. Na imię mi Amadeusz i jestem majordomusem Ochrowego Dworku</span> — odparł żywo zaskoczony jego sugestią jamnik. Zupełnie jakby fakt, że dworki mają swoich psich zarządców, był najoczywistszym na świecie, a Tarpaulin zrobił z siebie tym pytaniem głuptasa. — <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Proszę wejść, proszę się częstować.</span><br />
Woody nie był w ciemię bity, jak już było mówione, dodawał dwa do dwóch. Jak cię obcy pies po imieniu zaprasza do dziwnego domu pośrodku niczego i zachęca do jedzenia, to wiedz, że coś się święci.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Panie Amadeuszu, ja nie jestem tu jeść, a w sprawie waszej bariery antyteleportacyjnej. Zdjęlibyśta to ustrojstwo, bo uczciwy człowiek się nie może przeprawić.</span> — Wcale nieprzekonany do uczty czarodziej nie ustępował, trzymając różdżkę w pogotowiu.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[29/09/1972, wieczór] Let me consult my cards!]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5320</link>
			<pubDate>Sun, 09 Nov 2025 22:43:31 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=468">Jessie Kelly</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5320</guid>
			<description><![CDATA[Benji zaczął szczekać pod drzwiami i tuptać nerwowo, pośpieszając swojego pana, gdy ten otwierał drzwi. Wieczór był dość chłodny, a spacer dłuższy, niż ostatnie, na które zabierał go Jessie, więc obaj chcieli jak najszybciej znaleźć się już w domu, gdzie mogli się ogrzać, odpocząć i upewnić się, że z pozostałymi wszystko było w porządku i nie doszło do kolejnego ataku.<br />
Wieczory były niespokojne. I nie chodziło o to, że dochodziło do jakichś sprzeczek, bójek czy innych napaści na ulicach, przez które wieczorne spacery stały się niebezpieczne. Wieczory były niespokojne, bo nad Londynem wciąż wisiała czerń po pożarze, ludzie spoglądali na siebie nawzajem spod byka, przez co każdy mógł się poczuć, jak cel ataku, który mógł nadejść lub nie. Wieczory były niespokojne, bo nikt nie wiedział, czy po tamtym ataku nie dojdzie do następnego.<br />
Jessie zamknął za sobą drzwi i odetchnął, kiedy otoczyło go ciepło wnętrza domu. Zdjął płaszcz, odpiął smycz Benjiego i odwiesił schludnie rzeczy, zanim sięgnął po odłożony przy drzwiach kawałek materiału, którym przetarł grzbiet, brzuch i łapy psa. Za oknem deszcz uderzał o parapety, może nie intensywny, ale wystarczający, by włosy zaczęły się puszyć, nieochronione parasolem ubrania przemakały, a ziemia zmieniła się w błoto, którego Jessie nie chciał nanieść do domu. Swoje buty również oczyścił i odstawił, po czym skierował się do kuchni, a Benji otrzepał się i podreptał za nim.<br />
Dzień, szczególnie ten chłodny, najlepiej było kończyć z kubkiem gorącej herbaty, ewentualnie też z jakąś dobrą książką, ale Jessie planował pozostać przy herbacie. Dobry sposób na rozgrzanie i poradzenie sobie z drapaniem w gardle, które wymuszało kaszel. Posiedzieć jeszcze trochę z filiżanką herbaty i z psem, zanim trzeba będzie się ogarnąć i iść spać - taki był plan na resztę wieczoru.<br />
Woda grzała się już powoli, kiedy Benji odwrócił głowę i zaczął szybciej merdać ogonem na widok kogoś znajomego. Jessie odwrócił się.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Hej</span> - powiedział, kiedy zauważył Hannibala, i wyciągnął dwie filiżanki. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Mam nadzieję, że szczekanie Benjiego ci w niczym nie przeszkodziło. Napijesz się herbaty?</span><br />
<br />
!Strach przed imieniem]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Benji zaczął szczekać pod drzwiami i tuptać nerwowo, pośpieszając swojego pana, gdy ten otwierał drzwi. Wieczór był dość chłodny, a spacer dłuższy, niż ostatnie, na które zabierał go Jessie, więc obaj chcieli jak najszybciej znaleźć się już w domu, gdzie mogli się ogrzać, odpocząć i upewnić się, że z pozostałymi wszystko było w porządku i nie doszło do kolejnego ataku.<br />
Wieczory były niespokojne. I nie chodziło o to, że dochodziło do jakichś sprzeczek, bójek czy innych napaści na ulicach, przez które wieczorne spacery stały się niebezpieczne. Wieczory były niespokojne, bo nad Londynem wciąż wisiała czerń po pożarze, ludzie spoglądali na siebie nawzajem spod byka, przez co każdy mógł się poczuć, jak cel ataku, który mógł nadejść lub nie. Wieczory były niespokojne, bo nikt nie wiedział, czy po tamtym ataku nie dojdzie do następnego.<br />
Jessie zamknął za sobą drzwi i odetchnął, kiedy otoczyło go ciepło wnętrza domu. Zdjął płaszcz, odpiął smycz Benjiego i odwiesił schludnie rzeczy, zanim sięgnął po odłożony przy drzwiach kawałek materiału, którym przetarł grzbiet, brzuch i łapy psa. Za oknem deszcz uderzał o parapety, może nie intensywny, ale wystarczający, by włosy zaczęły się puszyć, nieochronione parasolem ubrania przemakały, a ziemia zmieniła się w błoto, którego Jessie nie chciał nanieść do domu. Swoje buty również oczyścił i odstawił, po czym skierował się do kuchni, a Benji otrzepał się i podreptał za nim.<br />
Dzień, szczególnie ten chłodny, najlepiej było kończyć z kubkiem gorącej herbaty, ewentualnie też z jakąś dobrą książką, ale Jessie planował pozostać przy herbacie. Dobry sposób na rozgrzanie i poradzenie sobie z drapaniem w gardle, które wymuszało kaszel. Posiedzieć jeszcze trochę z filiżanką herbaty i z psem, zanim trzeba będzie się ogarnąć i iść spać - taki był plan na resztę wieczoru.<br />
Woda grzała się już powoli, kiedy Benji odwrócił głowę i zaczął szybciej merdać ogonem na widok kogoś znajomego. Jessie odwrócił się.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Hej</span> - powiedział, kiedy zauważył Hannibala, i wyciągnął dwie filiżanki. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Mam nadzieję, że szczekanie Benjiego ci w niczym nie przeszkodziło. Napijesz się herbaty?</span><br />
<br />
!Strach przed imieniem]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[25.09.1972] Kiedy zapiał kur]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5259</link>
			<pubDate>Sun, 19 Oct 2025 22:43:59 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=38">Atreus Bulstrode</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5259</guid>
			<description><![CDATA[Kiedy zapiał kur, rąbało go w głowie jak nigdy wcześniej w życiu. Było mu twardo i niewygodnie, ale to dopiero skonstatował po chwili jakiegoś dziwacznego zawieszenia, jakby ciało z opóźnieniem zrozumiało że już nie śpi i nagle uderzyło w rzeczywistość. Przez moment też zastanawiał się kim jest i gdzie się znajduje - to pierwsze przyszło szybko i łatwo, ale drugie? Jebało jak w oborze, wszystko dookoła było sklecone z dech, no i ten piekielny kogut, który rozdarł po raz już kolejny, popędzając do pobudki.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wypierdalaj</span> - chciał krzyknąć, ale było to raczej wymęczone mruknięcie, ograniczone dodatkowo nieprzyjemną suchością w gardle. Spionizował się jednak, oczywiście z trudem, siadając na początek i przecierając oczy. Zgubił gdzieś wierzch szaty, w której bawił się poprzedniego dnia, zostając w koszuli i spodniach. Trudno, bo interesowało go teraz zupełnie co innego - ręce zaczęły oklepywać spodnie w poszukiwaniu różdżki i papierosów. Obie te rzeczy znalazł, bardzo szybko przechodząc do zapalenia i odetchnięcia. Od razu mu się lepiej myślało.<br />
<br />
Cokolwiek stało się poprzedniej nocy, nie było niczym dobrym. Nic takim być nie mogło, skoro jak się okazywało, faktycznie znajdował się w jakiejś stodole czy innej oborze. Nie był nawet do końca pewien jaka nazwa była właściwa, bo tego ty chyba nawet nie uczyli na opiece nad magicznymi stworzeniami. Wiedział jednak, że towarzyszyło mu jakieś poruszone chrumkanie, a kiedy się rozejrzał - również zwłoki Brenny. Przez moment siedział, zaciągając się papierosem i przyglądając rozłożonej na oborniku kobiecie, myśląc że to się nie działo naprawdę i że to dalej był sen. Całkiem popierdolony sen, warto było dodać. Ale w snach tak okropnie nie bolała głowa. Chyba.<br />
<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Brenna, chyba umarliśmy.</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Kiedy zapiał kur, rąbało go w głowie jak nigdy wcześniej w życiu. Było mu twardo i niewygodnie, ale to dopiero skonstatował po chwili jakiegoś dziwacznego zawieszenia, jakby ciało z opóźnieniem zrozumiało że już nie śpi i nagle uderzyło w rzeczywistość. Przez moment też zastanawiał się kim jest i gdzie się znajduje - to pierwsze przyszło szybko i łatwo, ale drugie? Jebało jak w oborze, wszystko dookoła było sklecone z dech, no i ten piekielny kogut, który rozdarł po raz już kolejny, popędzając do pobudki.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wypierdalaj</span> - chciał krzyknąć, ale było to raczej wymęczone mruknięcie, ograniczone dodatkowo nieprzyjemną suchością w gardle. Spionizował się jednak, oczywiście z trudem, siadając na początek i przecierając oczy. Zgubił gdzieś wierzch szaty, w której bawił się poprzedniego dnia, zostając w koszuli i spodniach. Trudno, bo interesowało go teraz zupełnie co innego - ręce zaczęły oklepywać spodnie w poszukiwaniu różdżki i papierosów. Obie te rzeczy znalazł, bardzo szybko przechodząc do zapalenia i odetchnięcia. Od razu mu się lepiej myślało.<br />
<br />
Cokolwiek stało się poprzedniej nocy, nie było niczym dobrym. Nic takim być nie mogło, skoro jak się okazywało, faktycznie znajdował się w jakiejś stodole czy innej oborze. Nie był nawet do końca pewien jaka nazwa była właściwa, bo tego ty chyba nawet nie uczyli na opiece nad magicznymi stworzeniami. Wiedział jednak, że towarzyszyło mu jakieś poruszone chrumkanie, a kiedy się rozejrzał - również zwłoki Brenny. Przez moment siedział, zaciągając się papierosem i przyglądając rozłożonej na oborniku kobiecie, myśląc że to się nie działo naprawdę i że to dalej był sen. Całkiem popierdolony sen, warto było dodać. Ale w snach tak okropnie nie bolała głowa. Chyba.<br />
<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Brenna, chyba umarliśmy.</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[25/09/72] Incydent drobiowy]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5116</link>
			<pubDate>Fri, 12 Sep 2025 01:05:06 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=451">Woody Tarpaulin</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5116</guid>
			<description><![CDATA[<h1>Woody i Jonathan zwiedzają mugolską wieś</h1><br />
<br />
Dni mijały, a Woody wciąż nie mógł przełknąć serii porażek, które dotknęły go podczas porządkowania piwnicy Rejwachu. Co za wstyd! Jaka kompromitacja. Aby odbudować utracony wizerunek, zaciągnął Jonathana do Księżycowego Stawu, aby udowodnić mu, że <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">potrafi robić remont</span>. To wtedy był zwykły pech, najzwyklejszy. <br />
Coś tam więc owego dnia porządkowali, coś tam przesuwali, być może pokłócili się o tapetę, ale dzień był — powiedzmy — dość owocny. Nagrodą za owe trudy był spacer po okolicznym wypizdowie. Musieli ujść kawałek, zanim dotarli ze Stawu do cywilizacji (Woody bardzo uważnie patrzył Jonathanowi na koszulę, czy aby Selwyn nie spoci się od spacerku; w końcu był pracownikiem biurowym, a więc z definicji niedołężnym). <br />
Krajobraz, w który trafili, był śliczny i na wskroś wiejski. Koniki srały pod siebie na mijanych wybiegach i zewsząd woniło łajnem, kurki gdakały, kotki buszowały w polach za gryzoniami, jakiś wieśniak z wozem drabiniastym przejechał im przed nosem, chlapiąc na około błotem. Wsi spokojna, wsi wesoła, a wśród niej — kowboj (oczywiście w odpowiednim do pory roku prochowcu i stylowym kapeluszu) oraz wymuskany elegancik.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Uważaj, Johnny, nie dostań zawału od nadmiaru rześkiego powietrza</span> — chichrał się Woody, który całą drogę rzucał jedną żenującą docinkę za drugą.<br />
Sam on ze wsią też na dobrą sprawę nie miał wiele wspólnego, ale nie przeszkadzało mu to w poczuwaniu się do bycia bardziej wieśniackim niż Jonathan Selwyn, który śmierdział miastem i drogą perfumerią z daleka.<br />
Może i byłaby już wkrótce pora z owej wycieczki zawracać, może faktycznie trzeba się zaraz rozchodzić, bo słońce coraz niżej na horyzoncie — ale! Wtedy na scenę wskakuje on: olbrzymia kaczucha bijąca skrzydłami z siłą wzniecającą piach nad wiejską drożynę. <br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">No i gdzie?</span> — parsknął Woody, nie przestając iść w stronę gąsiora. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Siedź.</span> — Zaśmiał się głupawo, łapą chwytając ptaka za karczek w próbie uziemienia go. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ale fajny gąsior.</span> — Chwile przed tragedią. Zachwyt był jednostronny. Gąsior wyrwał się bez trudu rozbawionemu facetowi i dziabnął go zaskakująco silnym dziobkiem w nogę. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Łaa. Aaa. Kurwa. Gryzie.</span> — Kto by podejrzewał, że Woody Tarpaulin potrafi wydać z siebie takie wysokie tony.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1>Woody i Jonathan zwiedzają mugolską wieś</h1><br />
<br />
Dni mijały, a Woody wciąż nie mógł przełknąć serii porażek, które dotknęły go podczas porządkowania piwnicy Rejwachu. Co za wstyd! Jaka kompromitacja. Aby odbudować utracony wizerunek, zaciągnął Jonathana do Księżycowego Stawu, aby udowodnić mu, że <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">potrafi robić remont</span>. To wtedy był zwykły pech, najzwyklejszy. <br />
Coś tam więc owego dnia porządkowali, coś tam przesuwali, być może pokłócili się o tapetę, ale dzień był — powiedzmy — dość owocny. Nagrodą za owe trudy był spacer po okolicznym wypizdowie. Musieli ujść kawałek, zanim dotarli ze Stawu do cywilizacji (Woody bardzo uważnie patrzył Jonathanowi na koszulę, czy aby Selwyn nie spoci się od spacerku; w końcu był pracownikiem biurowym, a więc z definicji niedołężnym). <br />
Krajobraz, w który trafili, był śliczny i na wskroś wiejski. Koniki srały pod siebie na mijanych wybiegach i zewsząd woniło łajnem, kurki gdakały, kotki buszowały w polach za gryzoniami, jakiś wieśniak z wozem drabiniastym przejechał im przed nosem, chlapiąc na około błotem. Wsi spokojna, wsi wesoła, a wśród niej — kowboj (oczywiście w odpowiednim do pory roku prochowcu i stylowym kapeluszu) oraz wymuskany elegancik.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Uważaj, Johnny, nie dostań zawału od nadmiaru rześkiego powietrza</span> — chichrał się Woody, który całą drogę rzucał jedną żenującą docinkę za drugą.<br />
Sam on ze wsią też na dobrą sprawę nie miał wiele wspólnego, ale nie przeszkadzało mu to w poczuwaniu się do bycia bardziej wieśniackim niż Jonathan Selwyn, który śmierdział miastem i drogą perfumerią z daleka.<br />
Może i byłaby już wkrótce pora z owej wycieczki zawracać, może faktycznie trzeba się zaraz rozchodzić, bo słońce coraz niżej na horyzoncie — ale! Wtedy na scenę wskakuje on: olbrzymia kaczucha bijąca skrzydłami z siłą wzniecającą piach nad wiejską drożynę. <br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">No i gdzie?</span> — parsknął Woody, nie przestając iść w stronę gąsiora. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Siedź.</span> — Zaśmiał się głupawo, łapą chwytając ptaka za karczek w próbie uziemienia go. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ale fajny gąsior.</span> — Chwile przed tragedią. Zachwyt był jednostronny. Gąsior wyrwał się bez trudu rozbawionemu facetowi i dziabnął go zaskakująco silnym dziobkiem w nogę. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Łaa. Aaa. Kurwa. Gryzie.</span> — Kto by podejrzewał, że Woody Tarpaulin potrafi wydać z siebie takie wysokie tony.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[01.09.1972] Ostatni peron | Leopold&Mathilda]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5115</link>
			<pubDate>Thu, 11 Sep 2025 19:56:51 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=581">Mathilda Quirrell</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5115</guid>
			<description><![CDATA[<div class="ramka"><img src="https://i.pinimg.com/736x/ef/6f/51/ef6f51752c3b274e83a46aaf88d1a0b6.jpg" loading="lazy"  alt="[Obrazek: ef6f51752c3b274e83a46aaf88d1a0b6.jpg]" class="mycode_img" /></div>
<div class="ramka">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align">Nie ma takiego życia,<br />
 które by choć przez chwilę <br />
nie było nieśmiertelne. <br />
Śmierć zawsze o te chwilę przybywa<br />
 spóźniona.</div></div>
<br />
Początkowo siedziała w przedziale, starając się nie rzucać w oczy, czując natarczywe spojrzenia pasażerów, którym przyszło dzielić wraz z nią tą niezbyt wielką przestrzeń.<br />
Powinna się już przyzwyczaić... Powinna. A jednak każdy wypad pociągiem w pojedynkę przyprawiał ją o zimny, nieprzyjemny w swej naturze dreszcz. <br />
Starała się wtopić w kanapę, ciut zbyt mocno dociskając plecy do fotela, gdy jeden z pasażerów usiadł nieprzyzwoicie blisko, wlepiając w nią nachalnie spojrzenie. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">-Panienka Quirrell?</span> - Zwróciła twarz ku ścianie, jakoby to miało jakkolwiek pomóc. Jakby nieznajomy miał zwyczajnie sobie pójść, zniknąć, przepaść. <br />
A jednak jej modły nie zostały wysłuchane i z każdą kolejną chwilą było coraz gorzej - w dodatku pozostali pasażerowie, których dotychczas powstrzymywał wstyd i resztki przyzwoitości, najwidoczniej poczuli się skutecznie zachęceni, aby teraz wlepiać w nią bezczelnie spojrzenia.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Ja... Przepraszam na chwilę - </span>mruknęła w końcu, zrywając się z siedzenia, chcąc wyjść z przedziału. Zatrzymało ją gwałtowne szarpniecie, gdy nieznajomy pochwycił jej rękę. Czując narastającą panikę, wyrwała swą dłoń z niechcianego uścisku, czym prędzej ewakuując się na korytarz. <br />
Słyszała energiczne kroki tuż za nią, a jednak nie śmiała się obejrzeć, pędząc wzdłuż korytarza - w pośpiechu zmieniając wagony, łudząc się naiwnie, że gdzieś po drodze zgubi natręta. <br />
<br />
W pewnym momencie dostrzegła przedział, którego szyby przyozdobione były szmaragdowymi zasłonkami. Nie zwróciła uwagi, że był to najprawdopodobniej kaszmir. Nie zwróciła również uwagi na tabliczkę informującą o tym, że przedział ten był prywatny. <br />
Niemalże z hukiem wparowała do niewielkiego pomieszczenia, zatrzaskując za sobą rozsuwane drzwi. Obróciła się na pięcie, zasłaniając okienka i przeszklone częściowo drzwi - dopiero wtedy poczuła, że materiał zasłonki jest niezwykle przyjemny, zbyt przyjemny jak na zwykły przedział. Zastygła w bezruchu, czując narastającą panikę. Wzięła cichy, acz głęboki wdech, powoli obracając się przodem do... <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Leopold Barker... ze wszystkich gwiazd na świecie, ja musiałam trafić akurat na Ciebie</span><br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Najmocniej przepraszam, Panie Barker... - </span>wymruczała ze stoickim spokojem, mimo że serce biło jej jak oszalałe. Czy ją kojarzył? Być może. Jej kariera przez ostatnie lata poszybowała. Być może zdążył poznać jej twarz - Ona zaś pamiętała go bardzo dobrze. Co prawda nie znała się na sporcie, nie znała większości zawodników, ale jego owszem.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Namolny fan... -</span> wyjaśniła z błagalnym uśmiechem, mając nadzieje, że ten nie wyrzuci jej z przedziału. <br />
Cierpiąca na chorobę milforda Quirrell pamiętała każdy raz, gdy przypadkiem minęli się na szkolnym korytarzu.<br />
Pamiętała dźwięk jego głosu, gdy brylował wśród innych uczniów, melodyjny śmiech. Pamiętała każdy jego mecz na który siłą wyciągnęły ją koleżanki, zanim stał się wielką gwiazdą. <br />
Pamiętała rzeczy, których przeciętny człowiek nie byłby w stanie pamiętać, bo i po co? Byli sobie obcy.<br />
Pamiętała plotki, ciche szepty uczniów, które niemym echem przemierzały szkolne korytarze.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="ramka"><img src="https://i.pinimg.com/736x/ef/6f/51/ef6f51752c3b274e83a46aaf88d1a0b6.jpg" loading="lazy"  alt="[Obrazek: ef6f51752c3b274e83a46aaf88d1a0b6.jpg]" class="mycode_img" /></div>
<div class="ramka">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align">Nie ma takiego życia,<br />
 które by choć przez chwilę <br />
nie było nieśmiertelne. <br />
Śmierć zawsze o te chwilę przybywa<br />
 spóźniona.</div></div>
<br />
Początkowo siedziała w przedziale, starając się nie rzucać w oczy, czując natarczywe spojrzenia pasażerów, którym przyszło dzielić wraz z nią tą niezbyt wielką przestrzeń.<br />
Powinna się już przyzwyczaić... Powinna. A jednak każdy wypad pociągiem w pojedynkę przyprawiał ją o zimny, nieprzyjemny w swej naturze dreszcz. <br />
Starała się wtopić w kanapę, ciut zbyt mocno dociskając plecy do fotela, gdy jeden z pasażerów usiadł nieprzyzwoicie blisko, wlepiając w nią nachalnie spojrzenie. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">-Panienka Quirrell?</span> - Zwróciła twarz ku ścianie, jakoby to miało jakkolwiek pomóc. Jakby nieznajomy miał zwyczajnie sobie pójść, zniknąć, przepaść. <br />
A jednak jej modły nie zostały wysłuchane i z każdą kolejną chwilą było coraz gorzej - w dodatku pozostali pasażerowie, których dotychczas powstrzymywał wstyd i resztki przyzwoitości, najwidoczniej poczuli się skutecznie zachęceni, aby teraz wlepiać w nią bezczelnie spojrzenia.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Ja... Przepraszam na chwilę - </span>mruknęła w końcu, zrywając się z siedzenia, chcąc wyjść z przedziału. Zatrzymało ją gwałtowne szarpniecie, gdy nieznajomy pochwycił jej rękę. Czując narastającą panikę, wyrwała swą dłoń z niechcianego uścisku, czym prędzej ewakuując się na korytarz. <br />
Słyszała energiczne kroki tuż za nią, a jednak nie śmiała się obejrzeć, pędząc wzdłuż korytarza - w pośpiechu zmieniając wagony, łudząc się naiwnie, że gdzieś po drodze zgubi natręta. <br />
<br />
W pewnym momencie dostrzegła przedział, którego szyby przyozdobione były szmaragdowymi zasłonkami. Nie zwróciła uwagi, że był to najprawdopodobniej kaszmir. Nie zwróciła również uwagi na tabliczkę informującą o tym, że przedział ten był prywatny. <br />
Niemalże z hukiem wparowała do niewielkiego pomieszczenia, zatrzaskując za sobą rozsuwane drzwi. Obróciła się na pięcie, zasłaniając okienka i przeszklone częściowo drzwi - dopiero wtedy poczuła, że materiał zasłonki jest niezwykle przyjemny, zbyt przyjemny jak na zwykły przedział. Zastygła w bezruchu, czując narastającą panikę. Wzięła cichy, acz głęboki wdech, powoli obracając się przodem do... <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Leopold Barker... ze wszystkich gwiazd na świecie, ja musiałam trafić akurat na Ciebie</span><br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Najmocniej przepraszam, Panie Barker... - </span>wymruczała ze stoickim spokojem, mimo że serce biło jej jak oszalałe. Czy ją kojarzył? Być może. Jej kariera przez ostatnie lata poszybowała. Być może zdążył poznać jej twarz - Ona zaś pamiętała go bardzo dobrze. Co prawda nie znała się na sporcie, nie znała większości zawodników, ale jego owszem.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Namolny fan... -</span> wyjaśniła z błagalnym uśmiechem, mając nadzieje, że ten nie wyrzuci jej z przedziału. <br />
Cierpiąca na chorobę milforda Quirrell pamiętała każdy raz, gdy przypadkiem minęli się na szkolnym korytarzu.<br />
Pamiętała dźwięk jego głosu, gdy brylował wśród innych uczniów, melodyjny śmiech. Pamiętała każdy jego mecz na który siłą wyciągnęły ją koleżanki, zanim stał się wielką gwiazdą. <br />
Pamiętała rzeczy, których przeciętny człowiek nie byłby w stanie pamiętać, bo i po co? Byli sobie obcy.<br />
Pamiętała plotki, ciche szepty uczniów, które niemym echem przemierzały szkolne korytarze.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[15.09.72]  Hestia & Brynja | Under The Sea]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5096</link>
			<pubDate>Sun, 31 Aug 2025 09:38:06 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=525">Hestia Bletchley</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5096</guid>
			<description><![CDATA[Hestia uwielbiał chodzić nad morze od małego, a w szczególności tę najbliżej od Doliny Godryka. Czasem pływała, a czasem po prostu rozkładała się na przyniesionym kocu i rysowała. Teraz co prawda to zadanie stawało się powoli coraz trudniejsze nie tylko ze względu na ochładzającą się pogodę, ale też fakt, że obecnie ich rodzinny dom nie był do końca dysponowany. Dzisiaj jednak miała wrażenie, że cały świat krzyczał, a ona potrzebowała chwili samotności z ołówkiem w ręku. Nie że coś się działo właśnie teraz. Było całkiem spokojnie po prostu… Po prostu wspomnienie pożaru było wciąż silne, w pracy rozmawiała z wdową po ofierze tej katastrofy i nagle całe miasto była za głośne, zbyt duszące, a ludzie… Za bardzo.<br />
<br />
Dlatego też w wolną sobotę wzięła najpotrzebniejsze rzeczy i już chwilę później siedziała na różowym kocu na drewnianym molo ze szkicownikiem w ręku i nogami dyndającymi nad wodą. Miło było chociaż przez chwilę udawać, że nic się nie działo, a ta jsszcze-nie-jesienna sobota nie wymagała od niej oderwania się od rzeczywistości aby być przyjemną. Tylko ona, ołówek, morze i spokój.<br />
<br />
Najwyraźniej jednak los miał inne plany.<br />
Hestia w pewnym momencie uniosła głowę znad szkicownika słysząc…<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Śpiew.</span><br />
I to nie byle jaki śpiew. Oj nie. To był śpiew inny od wszystkich, które do tej pory znała. Śpiew, który wydobywał się z ust przepięknej istoty o długich, jasnych włosach i androgynicznej urodzie. Hestia nigdy wcześniej nie rozumiała jak bardzo muzyka może działać na ludzi, aż do teraz. Bo teraz ta melodia ją przyciągała, kazała rzucić wszystko i podążyć za nią w ramiona tej istoty. Kiedy znalazła się wodzie? Kiedy w ogóle podjęła decyzję, aby rzucić się do morza i oddać pocałunki oferowane jej przez tę istotę?<br />
Nie była pewna. Jedyne co pamiętała to moment, gdy zaczęło do niej docierać, że jest właśnie topiona. Szybko próbowała się wyszarpnąć. Istota nie dawała za wygraną. Hestia nie dawała za wygraną. Szarpanina w wodzie trwała, chociaż młoda Bletchley była niestety na razie w nie tak korzystnej sytuacji.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Hestia uwielbiał chodzić nad morze od małego, a w szczególności tę najbliżej od Doliny Godryka. Czasem pływała, a czasem po prostu rozkładała się na przyniesionym kocu i rysowała. Teraz co prawda to zadanie stawało się powoli coraz trudniejsze nie tylko ze względu na ochładzającą się pogodę, ale też fakt, że obecnie ich rodzinny dom nie był do końca dysponowany. Dzisiaj jednak miała wrażenie, że cały świat krzyczał, a ona potrzebowała chwili samotności z ołówkiem w ręku. Nie że coś się działo właśnie teraz. Było całkiem spokojnie po prostu… Po prostu wspomnienie pożaru było wciąż silne, w pracy rozmawiała z wdową po ofierze tej katastrofy i nagle całe miasto była za głośne, zbyt duszące, a ludzie… Za bardzo.<br />
<br />
Dlatego też w wolną sobotę wzięła najpotrzebniejsze rzeczy i już chwilę później siedziała na różowym kocu na drewnianym molo ze szkicownikiem w ręku i nogami dyndającymi nad wodą. Miło było chociaż przez chwilę udawać, że nic się nie działo, a ta jsszcze-nie-jesienna sobota nie wymagała od niej oderwania się od rzeczywistości aby być przyjemną. Tylko ona, ołówek, morze i spokój.<br />
<br />
Najwyraźniej jednak los miał inne plany.<br />
Hestia w pewnym momencie uniosła głowę znad szkicownika słysząc…<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Śpiew.</span><br />
I to nie byle jaki śpiew. Oj nie. To był śpiew inny od wszystkich, które do tej pory znała. Śpiew, który wydobywał się z ust przepięknej istoty o długich, jasnych włosach i androgynicznej urodzie. Hestia nigdy wcześniej nie rozumiała jak bardzo muzyka może działać na ludzi, aż do teraz. Bo teraz ta melodia ją przyciągała, kazała rzucić wszystko i podążyć za nią w ramiona tej istoty. Kiedy znalazła się wodzie? Kiedy w ogóle podjęła decyzję, aby rzucić się do morza i oddać pocałunki oferowane jej przez tę istotę?<br />
Nie była pewna. Jedyne co pamiętała to moment, gdy zaczęło do niej docierać, że jest właśnie topiona. Szybko próbowała się wyszarpnąć. Istota nie dawała za wygraną. Hestia nie dawała za wygraną. Szarpanina w wodzie trwała, chociaż młoda Bletchley była niestety na razie w nie tak korzystnej sytuacji.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 72, 06.09 Ceolsige, Lucy & Keyleth] Lew, czarownica i...]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5084</link>
			<pubDate>Fri, 22 Aug 2025 17:52:55 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=526">Keyleth Nico Yako</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5084</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">06.09<br />
rodowa posiadłość pana Whittakera</div>
<br />
To wszystko miało swój IDEALNY plan.<br />
<br />
To wszystko miało swój IDEALNY początek.<br />
<br />
To wszystko miało swój IDEALNY przebieg.<br />
<br />
A potem... <br />
<br />
A potem oczywiście musiało się wszystko zjebać.<br />
<br />
Keyleth nie lubiła przeklinać, w szkole uczyli ją pięknej, akademickiej angielszczyzny i później nawet gdy pływała tu i tam z angielskimi żeglarzami po morzach i ocenach, to niestety (albo stety) nie nasiąkła wulgaryzmami.<br />
<br />
Nie zmieniało to postaci rzeczy, że nie udało im się popisowo.<br />
<br />
Rzecz była banalna do ogarnięcia. Wejść do gabinetu. Zabrać szkatułkę. Wyjść z gabinetu.<br />
<br />
Szły we trójkę, bo pani Rosewood znała się na tym która to dokładnie szkatułka i gdzie leży, pani Burke znała się dokładnie na tym jak wchodzić i wychodzić tak, żeby nikt nie widział, a ona sama znała się... na niczym zbytnio tak do końca, ale umiała kilka sztuczek i to miało wystarczyć. <br />
<br />
A teraz te sztuczki okazały się wcale nie przydatne i zbawienne, tylko najgorsze na świecie. I to nie była na prawdę nie była jej wina.<br />
<br />
Nie jej wina, że naszyjnik który leżał obok szkatułki pośród wielu, wielu, wielu innych naszyjników, wyglądał tak pięknie i tak niewinnie i kto normalny by zauważył, że jedna rzecz zniknęła, skoro była otoczona takim mrowiem wspaniałości? <br />
<br />
Sprawy podziały się szybko.<br />
<br />
Pierwsza była taka, że się okazało, że naszyjnika wcale tam nie było ani szkatułki, bo była to jakaś iluzja. Iluzja która ożywiła zbroję z halabardą.<br />
<br />
Pani Burke powiedziała pod nosem coś, czego Keyleth bardzo nie chciała słyszeć, szczególnie, że wypadło jej spomiędzy warg stłumione ups, co było gorsze niż przyznanie się do winy. Dziewczyna chcąc na prędce odkupić swoje winy, zamieniła się we fretkę i wskoczyła do ożywionej zbroi, żeby tam przemienić się na powrót w człowieka i zmusić żelastwo do posłuszeństwa.<br />
<br />
Normalne! Każdy by przecież tak zrobił! <br />
<br />
Zbroja zaś jak na zawołanie, gdy tylko pojawiła się w niej w ludzkiej formie... zbroja stanęła w miejscu, a wlot przez hełm nagle zatrzasnął się kraciastym kawałkiem blachy, czyniąc z tego okrutne więzienie.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Błagam nie zostawiajcie mnie... </span>- zaskomlała Keyleth ze środka, czując że grunt osuwa jej się spod nóg, choć chyba by nie zemdlała, bo magiczne ustrojstwo trzymało ją skutecznie w pionie. <br />
<br />
Pana domu nie było. Na dole ponoć spał gdzieś stróż. Pani Burke mówiła, że muszą zdążyć przed świtem, a została im tylko godzina "żeby było bezpiecznie" jak słyszała w planie, choć nie była pewna czemu świtanie było aż takie ważne. Być może wtedy z zabawy wracał pan Whittaker.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Ja na prawdę nie chciałam...</span> - skamlała zduszonym głosem, czując że treść kolacji podchodzi jej pod gardło z nerwów.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">06.09<br />
rodowa posiadłość pana Whittakera</div>
<br />
To wszystko miało swój IDEALNY plan.<br />
<br />
To wszystko miało swój IDEALNY początek.<br />
<br />
To wszystko miało swój IDEALNY przebieg.<br />
<br />
A potem... <br />
<br />
A potem oczywiście musiało się wszystko zjebać.<br />
<br />
Keyleth nie lubiła przeklinać, w szkole uczyli ją pięknej, akademickiej angielszczyzny i później nawet gdy pływała tu i tam z angielskimi żeglarzami po morzach i ocenach, to niestety (albo stety) nie nasiąkła wulgaryzmami.<br />
<br />
Nie zmieniało to postaci rzeczy, że nie udało im się popisowo.<br />
<br />
Rzecz była banalna do ogarnięcia. Wejść do gabinetu. Zabrać szkatułkę. Wyjść z gabinetu.<br />
<br />
Szły we trójkę, bo pani Rosewood znała się na tym która to dokładnie szkatułka i gdzie leży, pani Burke znała się dokładnie na tym jak wchodzić i wychodzić tak, żeby nikt nie widział, a ona sama znała się... na niczym zbytnio tak do końca, ale umiała kilka sztuczek i to miało wystarczyć. <br />
<br />
A teraz te sztuczki okazały się wcale nie przydatne i zbawienne, tylko najgorsze na świecie. I to nie była na prawdę nie była jej wina.<br />
<br />
Nie jej wina, że naszyjnik który leżał obok szkatułki pośród wielu, wielu, wielu innych naszyjników, wyglądał tak pięknie i tak niewinnie i kto normalny by zauważył, że jedna rzecz zniknęła, skoro była otoczona takim mrowiem wspaniałości? <br />
<br />
Sprawy podziały się szybko.<br />
<br />
Pierwsza była taka, że się okazało, że naszyjnika wcale tam nie było ani szkatułki, bo była to jakaś iluzja. Iluzja która ożywiła zbroję z halabardą.<br />
<br />
Pani Burke powiedziała pod nosem coś, czego Keyleth bardzo nie chciała słyszeć, szczególnie, że wypadło jej spomiędzy warg stłumione ups, co było gorsze niż przyznanie się do winy. Dziewczyna chcąc na prędce odkupić swoje winy, zamieniła się we fretkę i wskoczyła do ożywionej zbroi, żeby tam przemienić się na powrót w człowieka i zmusić żelastwo do posłuszeństwa.<br />
<br />
Normalne! Każdy by przecież tak zrobił! <br />
<br />
Zbroja zaś jak na zawołanie, gdy tylko pojawiła się w niej w ludzkiej formie... zbroja stanęła w miejscu, a wlot przez hełm nagle zatrzasnął się kraciastym kawałkiem blachy, czyniąc z tego okrutne więzienie.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Błagam nie zostawiajcie mnie... </span>- zaskomlała Keyleth ze środka, czując że grunt osuwa jej się spod nóg, choć chyba by nie zemdlała, bo magiczne ustrojstwo trzymało ją skutecznie w pionie. <br />
<br />
Pana domu nie było. Na dole ponoć spał gdzieś stróż. Pani Burke mówiła, że muszą zdążyć przed świtem, a została im tylko godzina "żeby było bezpiecznie" jak słyszała w planie, choć nie była pewna czemu świtanie było aż takie ważne. Być może wtedy z zabawy wracał pan Whittaker.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Ja na prawdę nie chciałam...</span> - skamlała zduszonym głosem, czując że treść kolacji podchodzi jej pod gardło z nerwów.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[17.09.72] Golfowy zawrót głowy [Gabriel & Robert]]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4987</link>
			<pubDate>Fri, 18 Jul 2025 20:24:41 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=546">Robert Albert Crouch</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4987</guid>
			<description><![CDATA[[inny avek]https://i.imgur.com/VFBz2wg.jpeg[/inny avek]<br />
<br />
<span style="font-family: Libre Caslon Text;" class="mycode_font">17 września '72, Okolice Newcastle upon Tyne</span><br />
<br />
W świecie mugoli granie w golfa było uznawane za oznakę snobizmu. Bogaci panowie przychodzili na gigantyczne zielone pole, jeździli śmiesznymi autkami i uderzali kijkami w piłeczkę, by wpadła do dołka. Był to sport tak wykwintny w swej prostocie, że aż budzący rozbawienie wśród mniej zamożnych niemagicznych.<br />
<br />
Dla świata czarodziejów był on czymś podobnym, tyle że ze cztery razy bardziej. Nie było większego zbytku niż granie w mugolską grę dla bogaczy jako czarodziej. Przecież prawdziwy mag to sobie polata na drewnianym kiju, unikając tłuczka i przerzucając kafel między sobą, i będzie zadowolony. Niektórzy jednak przepadali za sportową dywersyfikacją. Można było czasem zrobić co innego niż to, co normalnie. Szczególnie, gdy miało się finansowe możliwości. Czasem lepiej było uderzyć kijem w piłeczkę niż dostać piłeczką po twarzy na wysokości pięćdziesięciu metrów nad ziemią.<br />
<br />
Kiedy Robert dostał propozycję gry w golfa z Anthonym Shafiqiem, nie mógł odmówić. Wiedział, że odrobina towarzyskiej gry dobrze mu zrobi. Przy golfie ponoć mugolskie elity dyskutowały o ważkich sprawach, więc tym bardziej był to doskonały pomysł. W imię dyskrecji, Shafiq zaprosił go na godzinę jedenastą w nocy. Wtedy pole golfowe było puste, a Prorokowe pismaki spały. Doskonała okazja na relaks dla ministerialnych oficjeli...<br />
<br />
Czekał na Shafiqa przy stoliku niedaleko pierwszego dołka. Sport ten w dużej mierze polegał na siedzeniu i sączeniu martini. O ile zwykle Robert lubił dyscypliny wymagające więcej ruchu, w obecnej sytuacji politycznej, wolał odrobinę się zrelaksować. Może, gdy ten cały bałagan ze Spaloną Nocą się posprząta, zabierze Anthony'ego na tenisa? Albo Jonathana? Może nawet Julian Bletchley by się skusił? Na Lazarusa nie liczył, go by trzeba siłą wyciągać na takie rozrywki, a Robert nie miał serca, by mu to robić...<br />
<br />
Zobaczył Anthony'ego zmierzającego do niego przez cienie. Wyglądał trochę, jakby się przez nie przemykał... Pewnie też miał słaby czas w pracy... Szczególnie, że Spalona Noc też nie była dla niego łaskawa. Może dlatego wyglądał tak blado?]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[[inny avek]https://i.imgur.com/VFBz2wg.jpeg[/inny avek]<br />
<br />
<span style="font-family: Libre Caslon Text;" class="mycode_font">17 września '72, Okolice Newcastle upon Tyne</span><br />
<br />
W świecie mugoli granie w golfa było uznawane za oznakę snobizmu. Bogaci panowie przychodzili na gigantyczne zielone pole, jeździli śmiesznymi autkami i uderzali kijkami w piłeczkę, by wpadła do dołka. Był to sport tak wykwintny w swej prostocie, że aż budzący rozbawienie wśród mniej zamożnych niemagicznych.<br />
<br />
Dla świata czarodziejów był on czymś podobnym, tyle że ze cztery razy bardziej. Nie było większego zbytku niż granie w mugolską grę dla bogaczy jako czarodziej. Przecież prawdziwy mag to sobie polata na drewnianym kiju, unikając tłuczka i przerzucając kafel między sobą, i będzie zadowolony. Niektórzy jednak przepadali za sportową dywersyfikacją. Można było czasem zrobić co innego niż to, co normalnie. Szczególnie, gdy miało się finansowe możliwości. Czasem lepiej było uderzyć kijem w piłeczkę niż dostać piłeczką po twarzy na wysokości pięćdziesięciu metrów nad ziemią.<br />
<br />
Kiedy Robert dostał propozycję gry w golfa z Anthonym Shafiqiem, nie mógł odmówić. Wiedział, że odrobina towarzyskiej gry dobrze mu zrobi. Przy golfie ponoć mugolskie elity dyskutowały o ważkich sprawach, więc tym bardziej był to doskonały pomysł. W imię dyskrecji, Shafiq zaprosił go na godzinę jedenastą w nocy. Wtedy pole golfowe było puste, a Prorokowe pismaki spały. Doskonała okazja na relaks dla ministerialnych oficjeli...<br />
<br />
Czekał na Shafiqa przy stoliku niedaleko pierwszego dołka. Sport ten w dużej mierze polegał na siedzeniu i sączeniu martini. O ile zwykle Robert lubił dyscypliny wymagające więcej ruchu, w obecnej sytuacji politycznej, wolał odrobinę się zrelaksować. Może, gdy ten cały bałagan ze Spaloną Nocą się posprząta, zabierze Anthony'ego na tenisa? Albo Jonathana? Może nawet Julian Bletchley by się skusił? Na Lazarusa nie liczył, go by trzeba siłą wyciągać na takie rozrywki, a Robert nie miał serca, by mu to robić...<br />
<br />
Zobaczył Anthony'ego zmierzającego do niego przez cienie. Wyglądał trochę, jakby się przez nie przemykał... Pewnie też miał słaby czas w pracy... Szczególnie, że Spalona Noc też nie była dla niego łaskawa. Może dlatego wyglądał tak blado?]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[10.09. 1972] Mud In the Water | Jonathan & Mona & Robert]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4953</link>
			<pubDate>Thu, 03 Jul 2025 22:10:06 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=448">Jonathan Selwyn</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4953</guid>
			<description><![CDATA[[inny avek]https://64.media.tumblr.com/ff44fa7de7ae6be0906d6c81fffa667d/a71a00d823348b5e-3d/s500x750/eaf7db8683b0695ee6ab6de6d5923a9c2231a6fb.pnj[/inny avek]<br />
Jonathan wychodził z założenia że domy nie powinny być  w pobliżu rezerwatów smoków. Bo oczywiście rodzina Mony z jednej strony mówiła, że to było bezpieczne, a ich domostwu nic nigdy się nie stało, ale z jakiegoś <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">dziwnego</span> powodu, jednak ta posiadłość była obłożona ze wszystkich stron zaklęciami ognioodpornymi. Bardzo wymowne.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Szkoda, że nie mogło tak padać w Londynie gdy wszystko płonęło</span> – mruknął pod nosem, gdy razem z dwójką kuzynów wyszli przejść się po okolicy. Razem z Robertem uznali, że wypadałoby zajrzeć po tym wszystkim do rodziców Mony, a że Mona też z oczywistych względów planowała się tam wybrać, to po prostu zdecydowali, że po pracy wszyscy się tam udadzą. Początkowo było całkiem sympatycznie, zwłaszcza że na całe szczęście tutaj nikomu nic się nie stało.  <br />
Niestety Jonathan naprawdę nie miał pojęcia jak to wyszło, że ktoś zasugerował spacer po okolicy akurat na chwilę po deszczu. A co więcej, nie miał pojęcia czemu się na niego zgodził, kiedy akurat lrzyszedł tutaj w niedawno zakupionych białych ubraniach. Ale w sumie na dobrą sprawę chętnie skorzystałby z rozmowy z kuzynostwem z dala od uszu pozostałych członków rodziny Rowle.<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ale naprawdę. Mam szczerą nadzieję, że nikt nie postanowi machnąć na to ręką. Tyle szkód. Tyle zniszczeń. Tyle strat. Nie wyobrażam sobie, aby Jenkins po prostu nic nie zrobiła.</span> – Stawiał kroki dość uważnie, jednocześnie próbując nie dać po sobie poznać, że przeszkadza mu błoto. Walia była ogólnie szalenie malownicza. Tylko nie dzisiaj. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jak w ogóle wasze mieszkania. Wyobrażacie sobie, że straciłem wszystkie okna? A tak lubiłem ten witraż w bibliotece. I moje nowe meble na pewno ucierpiały. Cieszę się tylko, że nie zrobiłem generalnego remontu.</span><br />
Cieszył się oczywiscie z wielu innych rzeczy. Na przykład, że zarówno Mona, jak i Robert bylo calu i zdrowi i mogli iść wspólnie przez to przeklęte błoto.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[[inny avek]https://64.media.tumblr.com/ff44fa7de7ae6be0906d6c81fffa667d/a71a00d823348b5e-3d/s500x750/eaf7db8683b0695ee6ab6de6d5923a9c2231a6fb.pnj[/inny avek]<br />
Jonathan wychodził z założenia że domy nie powinny być  w pobliżu rezerwatów smoków. Bo oczywiście rodzina Mony z jednej strony mówiła, że to było bezpieczne, a ich domostwu nic nigdy się nie stało, ale z jakiegoś <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">dziwnego</span> powodu, jednak ta posiadłość była obłożona ze wszystkich stron zaklęciami ognioodpornymi. Bardzo wymowne.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Szkoda, że nie mogło tak padać w Londynie gdy wszystko płonęło</span> – mruknął pod nosem, gdy razem z dwójką kuzynów wyszli przejść się po okolicy. Razem z Robertem uznali, że wypadałoby zajrzeć po tym wszystkim do rodziców Mony, a że Mona też z oczywistych względów planowała się tam wybrać, to po prostu zdecydowali, że po pracy wszyscy się tam udadzą. Początkowo było całkiem sympatycznie, zwłaszcza że na całe szczęście tutaj nikomu nic się nie stało.  <br />
Niestety Jonathan naprawdę nie miał pojęcia jak to wyszło, że ktoś zasugerował spacer po okolicy akurat na chwilę po deszczu. A co więcej, nie miał pojęcia czemu się na niego zgodził, kiedy akurat lrzyszedł tutaj w niedawno zakupionych białych ubraniach. Ale w sumie na dobrą sprawę chętnie skorzystałby z rozmowy z kuzynostwem z dala od uszu pozostałych członków rodziny Rowle.<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ale naprawdę. Mam szczerą nadzieję, że nikt nie postanowi machnąć na to ręką. Tyle szkód. Tyle zniszczeń. Tyle strat. Nie wyobrażam sobie, aby Jenkins po prostu nic nie zrobiła.</span> – Stawiał kroki dość uważnie, jednocześnie próbując nie dać po sobie poznać, że przeszkadza mu błoto. Walia była ogólnie szalenie malownicza. Tylko nie dzisiaj. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jak w ogóle wasze mieszkania. Wyobrażacie sobie, że straciłem wszystkie okna? A tak lubiłem ten witraż w bibliotece. I moje nowe meble na pewno ucierpiały. Cieszę się tylko, że nie zrobiłem generalnego remontu.</span><br />
Cieszył się oczywiscie z wielu innych rzeczy. Na przykład, że zarówno Mona, jak i Robert bylo calu i zdrowi i mogli iść wspólnie przez to przeklęte błoto.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[23.08.1972] Jaki koń jest każdy widzi, tylko najpierw trzeba go znaleźć]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4722</link>
			<pubDate>Wed, 16 Apr 2025 19:35:46 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=332">Leviathan Rowle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4722</guid>
			<description><![CDATA[Pierwsze co przyszło mu do głowy, kiedy przeczytał list nadesłany przez Laurenta, to że był to jakiś opóźniony atak Śmierciożerców, albo któryś z nich chciał sobie odbić swoją wcześniejszą nieudolność. Nawet niespecjalnie by go to zdziwiło, bo niestety chyba dla Czarnego Pana - pośród jego sług kryło się bardzo wiele elementów, które były raczej wątpliwej jakości i równie miernych umiejętności, o czym dobitnie świadczyło to, jakim fiaskiem skończyły się wcześniej przez niego proponowane posunięcia.<br />
<br />
Teraz jednak, miesiąc po ostatnich zdarzeniach, Rowle wcale nie miał ochoty czytać o tym, że któryś z podopiecznych Prewetta ucierpiał w tym, co dotknęło New Forest. Nie chciał, bo wbrew pozorom darzył mężczyznę daleko idącą sympatią i jego wcześniejszy zryw, by udzielić mu należytej lekcji pokory, niewiele zmieniał w jego życiu i stracił już termin przydatności.<br />
<br />
Dlatego napisał do Faye, prosząc ją o pomoc. No dobrze, prośba była tutaj słowem raczej na wyrost, bo Rowle zwyczajnie zażądał jej obecności, ale niemniej jednak podchodziło do sprawy na tyle poważnie by zaangażować w to kogoś, kogo zawodem było łapanie magicznych stworzeń. I nawet nie chodziło o to, że nie wierzył w swoje czy Prewetta umiejętności, bo tego było mu zwyczajnie zbyt daleko, ale zawsze dobrze było mieć dodatkową parę rąk, jeśli chodziło o łapanie spłoszonych i pewnie równie obrażonych abraksanów. <br />
<br />
Kiedy więc Traversówna mu odpowiedziała, umówił się razem z nią w Londynie, by następnie przenieść ich do New Forest, uprzednio informując Laurenta o tym, kiedy pojawią się u niego, by nie musiał się zanadto martwić. <br />
<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Tak mi przykro </span>- jego słowa wybrzmiewały współczuciem, kiedy wyciągnął do blondyna ręce, zamykając go w krótkim uścisku. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie wyobrażam sobie jak musiałeś się czuć, kiedy to wszystko się działo. Wiem, że to niewielkie pocieszenie, ale... dobrze, że tylko jeden z nich ucierpiał, a reszta zdążyła uciec</span> - poklepał go, odsuwając się zaraz i odwracając bokiem, tak że mógł wskazać na towarzysząca mu kobietę. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">To Faye. Jest magiłowcą, więc stwierdziłem że poproszenie jej o pomoc nie będzie złym pomysłem. Faye, to Laurent.</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Pierwsze co przyszło mu do głowy, kiedy przeczytał list nadesłany przez Laurenta, to że był to jakiś opóźniony atak Śmierciożerców, albo któryś z nich chciał sobie odbić swoją wcześniejszą nieudolność. Nawet niespecjalnie by go to zdziwiło, bo niestety chyba dla Czarnego Pana - pośród jego sług kryło się bardzo wiele elementów, które były raczej wątpliwej jakości i równie miernych umiejętności, o czym dobitnie świadczyło to, jakim fiaskiem skończyły się wcześniej przez niego proponowane posunięcia.<br />
<br />
Teraz jednak, miesiąc po ostatnich zdarzeniach, Rowle wcale nie miał ochoty czytać o tym, że któryś z podopiecznych Prewetta ucierpiał w tym, co dotknęło New Forest. Nie chciał, bo wbrew pozorom darzył mężczyznę daleko idącą sympatią i jego wcześniejszy zryw, by udzielić mu należytej lekcji pokory, niewiele zmieniał w jego życiu i stracił już termin przydatności.<br />
<br />
Dlatego napisał do Faye, prosząc ją o pomoc. No dobrze, prośba była tutaj słowem raczej na wyrost, bo Rowle zwyczajnie zażądał jej obecności, ale niemniej jednak podchodziło do sprawy na tyle poważnie by zaangażować w to kogoś, kogo zawodem było łapanie magicznych stworzeń. I nawet nie chodziło o to, że nie wierzył w swoje czy Prewetta umiejętności, bo tego było mu zwyczajnie zbyt daleko, ale zawsze dobrze było mieć dodatkową parę rąk, jeśli chodziło o łapanie spłoszonych i pewnie równie obrażonych abraksanów. <br />
<br />
Kiedy więc Traversówna mu odpowiedziała, umówił się razem z nią w Londynie, by następnie przenieść ich do New Forest, uprzednio informując Laurenta o tym, kiedy pojawią się u niego, by nie musiał się zanadto martwić. <br />
<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Tak mi przykro </span>- jego słowa wybrzmiewały współczuciem, kiedy wyciągnął do blondyna ręce, zamykając go w krótkim uścisku. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie wyobrażam sobie jak musiałeś się czuć, kiedy to wszystko się działo. Wiem, że to niewielkie pocieszenie, ale... dobrze, że tylko jeden z nich ucierpiał, a reszta zdążyła uciec</span> - poklepał go, odsuwając się zaraz i odwracając bokiem, tak że mógł wskazać na towarzysząca mu kobietę. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">To Faye. Jest magiłowcą, więc stwierdziłem że poproszenie jej o pomoc nie będzie złym pomysłem. Faye, to Laurent.</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[04.09.1972 | Cruel Summer | Anthony & Emrys]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4462</link>
			<pubDate>Sun, 09 Feb 2025 21:51:33 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=304">Anthony Ian Borgin</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4462</guid>
			<description><![CDATA[Odetchnął cicho, gdy gwar rozmów i muzyka ucichła, a on usiadł na jednej z ławek zaszytych gdzieś w odmętach dużych ogrodów rodziny Borgin, które otaczały Szkocką posiadłość. Na horyzoncie pozostała już tylko cienka linia pomarańczowo-wrzosowego koloru, a niebo zakryła granatowa płachta. Odchylił głowę do tyłu, spoglądając do góry i pomimo znacznie chłodniejszego podmuchu górskiego wiatru, który wdarł mu się pod cienką marynarkę i koszulę. Był to chyba najprzyjemniejszy moment ostatniego tygodnia. Dawno nie miał tak beznadziejnych miesięcy wakacyjnych. Ciągłe zakazy, nakazy, monologi, które miały na celu go czegoś nauczyć i ta lista oczekiwań, która zdawała się nie mieć końca. Musiał się na to zgadzać, musiał to zrobić dla swojej rodziny, ale prawda była taka, że Anthony był ostatnią osobą, którą widział w roli głowy rodu. Starał się to traktować poważnie, ale jego serce — zagubione i chaotyczne, szukało czegoś innego. Był pewien, że nagłe zaręczyny z Rosie — która swoją drogą na pewno była na niego wściekła, dadzą mu trochę spokoju, ale nie. Było gorzej.<br />
Zaskakującym plusem tego wszystkiego była Szkocja. Bo chociaż tkwił w tym zamku, otoczy ludźmi pełnymi dobrych rad i mówiącymi mu, która droga dla Borginów będzie najlepsza, to dziewicze tereny i niekończące się drogi dawały mu możliwość ucieczki. Spędzał każdą wolną chwilę poza domem, głównie podróżując motorem i badając okolice. Łapał oddech, pił, czasem też sięgał po mocniejsze używki, niż jego papierosy i starał się po prostu przetrwać. Stanleya tu nie było, a nawet jeśli by tu tkwił, również kazałby mu słuchać dziadka. Wszystko kręciło się dookoła tego, że musiał słuchać wszystkich, tylko nie siebie, a jeśli siebie już chciał posłuchać, to nie miał pojęcia co zrobić. Na szczęście jeszcze tylko dwa dni i będzie mógł wrócić do Londynu. Pójść do swojego biura, odwiedzić swój ukochany bar, przespać się we własnym mieszkaniu, upewnić się, że Brenna jest bezpieczna i zobaczyć się z Rose. Przetarł dłonią oczy, zaciskając usta mocno, aby przypadkiem nie wydostało się z nich przekleństwo. Nigdy nie wiadomo, czy nie wyskoczy zza donicy jakaś ciotka. Drugą dłonią ściskał wyniesioną przez siebie butelkę z barku w gabinecie, bezczelnie ukradzioną — bo takie zwykle trzymali na specjalne okazje. Był już trochę nietrzeźwy, o czym mogły świadczyć pojawiające się na jego polikach rumieńce.<br />
Oparł się wygodniej, pociągnął łyka i spojrzał na bok — wtedy właśnie się zakrztusił, podskakując w miejscu.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Ja pierdole. Znowu? -</span> wychrypiał, czując, jak alkohol dostał mu się w niewłaściwą dziurkę. Przetarł oczy raz jeszcze wolną ręką, odsuwając się na kraniec ławki, jakby zobaczył ducha. Bo trochę tak było. Wariował? Popsuli mu głowę? Konsternacja na twarzy Antka przybrała komicznego rozmiaru, gdy chłopak nieco zbladł i przywarł plecami do desek, a w oczach wymalowało się zrezygnowanie. Może faktycznie za dużo ostatnio pił. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ile to już lat minęło stary? Gdzie byłeś przez cały ten czas, gdy potrzebowałem sumienia i wskazówek? -</span> zapylał z wyrzutem, zerkając w stronę swoich halucynacji. Nic się nie zmienił przez cały ten czas, tym bardziej młody Borgin był pewien, że tylko obraz podsyłany przez jego umysł, gdy nagromadziło się zbyt wiele emocji i zbyt wiele oczekiwań. Nie miał chyba nowej traumy? A może o tym jeszcze nie wiedział? Westchnął, prychając i roześmiał się zaraz, znów spoglądając w niebo.<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Myślałem, że odkąd Ojciec wącha kwiatki od spodu, to już nie zwariuje i nie wrócisz. Życie jest pełne kurwa niespodzianek. To znaczy, że jestem samotny? Zaproponowałbym Ci Burbona, jest naprawdę dobry... Czy wyrzuty sumienia w ludzkiej postaci i poczucie porażki, pije alkohol?</span><br />
Jego pytanie brzmiało całkiem poważnie, pomimo rozbawionego tonu głosu. Zawsze było lepiej śmiać się niż płakać, a przecież nie raz słyszał, że do niczego w życiu nie dojdzie i pochłonie go jakaś cholera. Halucynacje mogły być formą tej właśnie cholery.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Odetchnął cicho, gdy gwar rozmów i muzyka ucichła, a on usiadł na jednej z ławek zaszytych gdzieś w odmętach dużych ogrodów rodziny Borgin, które otaczały Szkocką posiadłość. Na horyzoncie pozostała już tylko cienka linia pomarańczowo-wrzosowego koloru, a niebo zakryła granatowa płachta. Odchylił głowę do tyłu, spoglądając do góry i pomimo znacznie chłodniejszego podmuchu górskiego wiatru, który wdarł mu się pod cienką marynarkę i koszulę. Był to chyba najprzyjemniejszy moment ostatniego tygodnia. Dawno nie miał tak beznadziejnych miesięcy wakacyjnych. Ciągłe zakazy, nakazy, monologi, które miały na celu go czegoś nauczyć i ta lista oczekiwań, która zdawała się nie mieć końca. Musiał się na to zgadzać, musiał to zrobić dla swojej rodziny, ale prawda była taka, że Anthony był ostatnią osobą, którą widział w roli głowy rodu. Starał się to traktować poważnie, ale jego serce — zagubione i chaotyczne, szukało czegoś innego. Był pewien, że nagłe zaręczyny z Rosie — która swoją drogą na pewno była na niego wściekła, dadzą mu trochę spokoju, ale nie. Było gorzej.<br />
Zaskakującym plusem tego wszystkiego była Szkocja. Bo chociaż tkwił w tym zamku, otoczy ludźmi pełnymi dobrych rad i mówiącymi mu, która droga dla Borginów będzie najlepsza, to dziewicze tereny i niekończące się drogi dawały mu możliwość ucieczki. Spędzał każdą wolną chwilę poza domem, głównie podróżując motorem i badając okolice. Łapał oddech, pił, czasem też sięgał po mocniejsze używki, niż jego papierosy i starał się po prostu przetrwać. Stanleya tu nie było, a nawet jeśli by tu tkwił, również kazałby mu słuchać dziadka. Wszystko kręciło się dookoła tego, że musiał słuchać wszystkich, tylko nie siebie, a jeśli siebie już chciał posłuchać, to nie miał pojęcia co zrobić. Na szczęście jeszcze tylko dwa dni i będzie mógł wrócić do Londynu. Pójść do swojego biura, odwiedzić swój ukochany bar, przespać się we własnym mieszkaniu, upewnić się, że Brenna jest bezpieczna i zobaczyć się z Rose. Przetarł dłonią oczy, zaciskając usta mocno, aby przypadkiem nie wydostało się z nich przekleństwo. Nigdy nie wiadomo, czy nie wyskoczy zza donicy jakaś ciotka. Drugą dłonią ściskał wyniesioną przez siebie butelkę z barku w gabinecie, bezczelnie ukradzioną — bo takie zwykle trzymali na specjalne okazje. Był już trochę nietrzeźwy, o czym mogły świadczyć pojawiające się na jego polikach rumieńce.<br />
Oparł się wygodniej, pociągnął łyka i spojrzał na bok — wtedy właśnie się zakrztusił, podskakując w miejscu.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Ja pierdole. Znowu? -</span> wychrypiał, czując, jak alkohol dostał mu się w niewłaściwą dziurkę. Przetarł oczy raz jeszcze wolną ręką, odsuwając się na kraniec ławki, jakby zobaczył ducha. Bo trochę tak było. Wariował? Popsuli mu głowę? Konsternacja na twarzy Antka przybrała komicznego rozmiaru, gdy chłopak nieco zbladł i przywarł plecami do desek, a w oczach wymalowało się zrezygnowanie. Może faktycznie za dużo ostatnio pił. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ile to już lat minęło stary? Gdzie byłeś przez cały ten czas, gdy potrzebowałem sumienia i wskazówek? -</span> zapylał z wyrzutem, zerkając w stronę swoich halucynacji. Nic się nie zmienił przez cały ten czas, tym bardziej młody Borgin był pewien, że tylko obraz podsyłany przez jego umysł, gdy nagromadziło się zbyt wiele emocji i zbyt wiele oczekiwań. Nie miał chyba nowej traumy? A może o tym jeszcze nie wiedział? Westchnął, prychając i roześmiał się zaraz, znów spoglądając w niebo.<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Myślałem, że odkąd Ojciec wącha kwiatki od spodu, to już nie zwariuje i nie wrócisz. Życie jest pełne kurwa niespodzianek. To znaczy, że jestem samotny? Zaproponowałbym Ci Burbona, jest naprawdę dobry... Czy wyrzuty sumienia w ludzkiej postaci i poczucie porażki, pije alkohol?</span><br />
Jego pytanie brzmiało całkiem poważnie, pomimo rozbawionego tonu głosu. Zawsze było lepiej śmiać się niż płakać, a przecież nie raz słyszał, że do niczego w życiu nie dojdzie i pochłonie go jakaś cholera. Halucynacje mogły być formą tej właśnie cholery.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[4 IX 1972] O czym szumi las? | Stanley & Cynthia]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4370</link>
			<pubDate>Sun, 12 Jan 2025 01:34:54 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=216">Stanley Andrew Borgin</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4370</guid>
			<description><![CDATA[[inny avek]https://i.imgur.com/ZkEBF6G.png[/inny avek]<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">4 września 1972 - popołudnie, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">bliżej nieokreślony las na północ od Londynu</span><br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Stanley Andrew Borgin &amp; Cynthia Flint</span></div>
<br />
<p>Słońce leniwie o sobie przypominało, przebijając się przez gęstwiny zagajnika, ustępując jednak pojedynczym powiewom, informującym o tym, że lato ustąpi jesieni lada dzień. Ptaki śpiewały swoje serenady, a jezioro pluskało dźwięcznie w rytm swoich wodnych mieszkańców. Wszystko toczyło się według zasad ustalonych przed laty, a natura nie zdawała się przejmować dwójką na pomoście, ale i vice versa, bo oni też nie zdawali się przykuwać do niej zbyt dużej uwagi.</p>
<p>Szum drzew czy odgłosy natury były tylko tłem, które można było wymienić na cokolwiek innego - restaurację, pub czy ściany mieszkania. Las w całym swoim majestacie miał do siebie to, że uspokajał. Pozwolił odetchnąć z ulgą oraz nabrać świeżego powietrza do płuc czy też przemyśleć swoje zachowanie. Był też niemym słuchaczem, który występował jako świadek wydarzeń. Rozumiał i nie oceniał. Nie pytał. Nie kwestionował. Nie wchodził w polemikę.</p>
<p>Być może właśnie to było powodem, a nawet całą ich listą, że Stanley zdecydował się na takie miejsce. Ubrany w kurtkę, która była miłą odmianą od płaszcza z którym się nie rozstawał. Stwierdził, że na potrzeby wizyty w tej kniei, jego codzienny ubiór byłby przerostem formy nad treścią, a dodatkowo mógłby zostać prościej rozpoznany, co oczywiście nie było mu na rękę. Poza odzieniem wierzchnim, nie zmieniło się nic innego... no może on sam co najwyżej.</p>
<p>Kładka czy też małe molo, które pełniło rolę miejsca do spoczynku, miało za sobą swoje najlepsze lata. Miejscami brakowało desek, a sama konstrukcja była dosyć niepewna, więc trzeba było się odrobinę nagimnastykować, aby dotrzeć do samego krańca. Nie mniej jednak było czuć satysfakcję z tego, że udało się pokonać przeszkody losu - przynajmniej w jedną stronę.</p>
<p>Samo miejsce było otoczone zgiełkiem drzew i roślin, czyniąc całe miejsce skrytym i nieco intymnym z dala od oczu gapiów. Nie było też jednolitej ścieżki, która mogłaby tu prowadzić, więc aby odnaleźć to miejsce, trzeba było postępować wedle wcześniej przekazanych instrukcji. Kiedyś, w latach świetności, pewnie była jakaś ścieżyna ale ta musiała zostać zapomniana przed laty jak i całe to miejsce, które zostało zwrócone matce naturze. Chociaż czy to nie ona sama je odebrała i ponownie zaczęła wprowadzać swoje rządy?</p>
<p>Jezioro nie zachęcało do ewentualnych kąpieli, ponieważ było zarośnięte wszelkiej maści pałkami czy wysokimi trawami. W dodatku nie było wiadomo co kryje się pod taflą wody, więc dla własnego bezpieczeństwa, lepiej było tego unikać za wszelką cenę.</p>
<p>Borgin siedział na skraju tego pomostu, a nogi zwisały mu w kierunku stawu w lekkim bezwładzie. Opierał się plecami o Cynthię, która już zdążyła dotrzeć i usiąść podobnie do niego, chociaż sam nie był pewien ile dokładnie czasu minęło odkąd się tutaj zjawiła. Przekazał jej krótką instrukcję, aby bez trudu mogła odnaleźć miejsce o którym wspomniał, a ona po prostu tutaj się znalazła. Nie było tutaj nic zjawiskowego czy zawierającego dech w piersiach, więc siedzieli w ciszy, nie przeszkadzając koncertowi ptaków, który odbył by się i tak, bez gawiedzi w postaci ich dwójki. A i obędzie się bez gromkich oklasków na stojąco dla śpiewaków.</p>
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Akurat lubię milczeć z Tobą</span>. Było to prawdą ale nie mogli przecież tak przesiedzieć całe popołudnia, wpatrując się w powierzchnię wody ze swoich stron.</p>
<p> - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Thia...</span> - zabrał głos, przerywając niemal głuchą ciszę, pozbawioną ludzkiej mowy -<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Co czułaś gdy umarła Twoja matka...</span> - zaczął, starając się jak najlepiej uformować pytanie na które chciał poznać odpowiedzieć. Stanley wiedział, że Flint była bardzo młoda jak jej rodzicielka odeszła z tego świata, ale nie było nigdy okazji aby o tym porozmawiać - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Albo jak się dowiedziałaś, że nie żyje...</span> - próbował ją jakoś naprowadzić czy ubrać pytanie w taki sposób, aby mogła się do tego klarownie odnieść - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Albo jak zrozumiałaś, że nie żyje?</span> - zakończył. Miał nadzieję, że wyraził się wystarczająco jasno. Pytanie samo w sobie było proste. Odpowiedź na nie była dużo gorsza i trudniejsza. Nawet jeżeli Cynthia nie chciała o tym rozmawiać, cóż... średnio miała wybór, bo Borgin miał odrobinę grobowy nastrój, co również dało się dostrzec, zwłaszcza kiedy ktoś znał go chociaż odrobinę lepiej, niż "kolegę".  Kto jak kto, ale Flint mogła to wyczytać bez żadnego trudu. Gdyby grali w pokera - dokładnie by wiedziała jak poszło mu rozdanie i jakie karty ma na dłoni w tej partii.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[[inny avek]https://i.imgur.com/ZkEBF6G.png[/inny avek]<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">4 września 1972 - popołudnie, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">bliżej nieokreślony las na północ od Londynu</span><br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Stanley Andrew Borgin &amp; Cynthia Flint</span></div>
<br />
<p>Słońce leniwie o sobie przypominało, przebijając się przez gęstwiny zagajnika, ustępując jednak pojedynczym powiewom, informującym o tym, że lato ustąpi jesieni lada dzień. Ptaki śpiewały swoje serenady, a jezioro pluskało dźwięcznie w rytm swoich wodnych mieszkańców. Wszystko toczyło się według zasad ustalonych przed laty, a natura nie zdawała się przejmować dwójką na pomoście, ale i vice versa, bo oni też nie zdawali się przykuwać do niej zbyt dużej uwagi.</p>
<p>Szum drzew czy odgłosy natury były tylko tłem, które można było wymienić na cokolwiek innego - restaurację, pub czy ściany mieszkania. Las w całym swoim majestacie miał do siebie to, że uspokajał. Pozwolił odetchnąć z ulgą oraz nabrać świeżego powietrza do płuc czy też przemyśleć swoje zachowanie. Był też niemym słuchaczem, który występował jako świadek wydarzeń. Rozumiał i nie oceniał. Nie pytał. Nie kwestionował. Nie wchodził w polemikę.</p>
<p>Być może właśnie to było powodem, a nawet całą ich listą, że Stanley zdecydował się na takie miejsce. Ubrany w kurtkę, która była miłą odmianą od płaszcza z którym się nie rozstawał. Stwierdził, że na potrzeby wizyty w tej kniei, jego codzienny ubiór byłby przerostem formy nad treścią, a dodatkowo mógłby zostać prościej rozpoznany, co oczywiście nie było mu na rękę. Poza odzieniem wierzchnim, nie zmieniło się nic innego... no może on sam co najwyżej.</p>
<p>Kładka czy też małe molo, które pełniło rolę miejsca do spoczynku, miało za sobą swoje najlepsze lata. Miejscami brakowało desek, a sama konstrukcja była dosyć niepewna, więc trzeba było się odrobinę nagimnastykować, aby dotrzeć do samego krańca. Nie mniej jednak było czuć satysfakcję z tego, że udało się pokonać przeszkody losu - przynajmniej w jedną stronę.</p>
<p>Samo miejsce było otoczone zgiełkiem drzew i roślin, czyniąc całe miejsce skrytym i nieco intymnym z dala od oczu gapiów. Nie było też jednolitej ścieżki, która mogłaby tu prowadzić, więc aby odnaleźć to miejsce, trzeba było postępować wedle wcześniej przekazanych instrukcji. Kiedyś, w latach świetności, pewnie była jakaś ścieżyna ale ta musiała zostać zapomniana przed laty jak i całe to miejsce, które zostało zwrócone matce naturze. Chociaż czy to nie ona sama je odebrała i ponownie zaczęła wprowadzać swoje rządy?</p>
<p>Jezioro nie zachęcało do ewentualnych kąpieli, ponieważ było zarośnięte wszelkiej maści pałkami czy wysokimi trawami. W dodatku nie było wiadomo co kryje się pod taflą wody, więc dla własnego bezpieczeństwa, lepiej było tego unikać za wszelką cenę.</p>
<p>Borgin siedział na skraju tego pomostu, a nogi zwisały mu w kierunku stawu w lekkim bezwładzie. Opierał się plecami o Cynthię, która już zdążyła dotrzeć i usiąść podobnie do niego, chociaż sam nie był pewien ile dokładnie czasu minęło odkąd się tutaj zjawiła. Przekazał jej krótką instrukcję, aby bez trudu mogła odnaleźć miejsce o którym wspomniał, a ona po prostu tutaj się znalazła. Nie było tutaj nic zjawiskowego czy zawierającego dech w piersiach, więc siedzieli w ciszy, nie przeszkadzając koncertowi ptaków, który odbył by się i tak, bez gawiedzi w postaci ich dwójki. A i obędzie się bez gromkich oklasków na stojąco dla śpiewaków.</p>
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Akurat lubię milczeć z Tobą</span>. Było to prawdą ale nie mogli przecież tak przesiedzieć całe popołudnia, wpatrując się w powierzchnię wody ze swoich stron.</p>
<p> - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Thia...</span> - zabrał głos, przerywając niemal głuchą ciszę, pozbawioną ludzkiej mowy -<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Co czułaś gdy umarła Twoja matka...</span> - zaczął, starając się jak najlepiej uformować pytanie na które chciał poznać odpowiedzieć. Stanley wiedział, że Flint była bardzo młoda jak jej rodzicielka odeszła z tego świata, ale nie było nigdy okazji aby o tym porozmawiać - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Albo jak się dowiedziałaś, że nie żyje...</span> - próbował ją jakoś naprowadzić czy ubrać pytanie w taki sposób, aby mogła się do tego klarownie odnieść - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Albo jak zrozumiałaś, że nie żyje?</span> - zakończył. Miał nadzieję, że wyraził się wystarczająco jasno. Pytanie samo w sobie było proste. Odpowiedź na nie była dużo gorsza i trudniejsza. Nawet jeżeli Cynthia nie chciała o tym rozmawiać, cóż... średnio miała wybór, bo Borgin miał odrobinę grobowy nastrój, co również dało się dostrzec, zwłaszcza kiedy ktoś znał go chociaż odrobinę lepiej, niż "kolegę".  Kto jak kto, ale Flint mogła to wyczytać bez żadnego trudu. Gdyby grali w pokera - dokładnie by wiedziała jak poszło mu rozdanie i jakie karty ma na dłoni w tej partii.</p>]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>