<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Epping Forest]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Thu, 05 Nov 2026 16:02:54 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[[26.10.1972] Bo czasami trzeba się na chwilę zgubić]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6450</link>
			<pubDate>Sun, 20 Sep 2026 00:57:37 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=177">Victoria Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6450</guid>
			<description><![CDATA[[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Av03fUS.png[/inny avek]<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">26 IX 1972, późny ranek<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Suma przypadków: Znów te przeklęte dzieciaki! + Stanie Zoi</span></div>
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Ht3Ghex.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=Ht3Ghex.png]" class="mycode_img" /></div>
<br />
<p>Gdy tego ranka wstała, cicho licząc na to, że przez noc być może siła klątwy zelżeje, bardzo się rozczarowała. Najwyraźniej faktycznie musiała odczekać pełną dobę i tego dnia, gdziekolwiek się w domu nie udała, miała ze sobą zegarek – i to nie tylko taki na nadgarstku, ale też stojący, porcelanowy, który stawiała przed sobą, by mogła się wpatrywać w jego tarczę. A czas jakby irytująco zwolnił, bo teraz każda sekunda wydawała się trwać dwa razy dłużej niż normalnie, a przecież już dawno wyrosła z tego czasu, w którym jeden miesiąc dłużył się tak, jakby to był cały rok. Skoro jednak miała dzisiaj dzień wolny (bo wczoraj, gdy przytrafiło jej się to, co przytrafiło, oprócz zwolnienia się z pracy, przezornie wzięła jeszcze kolejny, nie wiedząc, o której dokładnie ta klątwa puści – na szczęście dyspozytorka Everlight nie robiła z tego problemu, widząc, w jakim aurorka jest stanie), to zeszła do swojej pracowni alchemicznej, którą już sobie tutaj urządziła, chcąc trochę poeksperymentować… Pogodziła się już z tym, że ciągle odczuwa zimno, ale chciała trochę zmodyfikować eliksir rozgrzewający, tak, by inni nie musieli się wzdrygać w jej obecności oraz aby wydłużyć jego działanie, żeby nie musiała zażywać go co godzinę. Miała podwaliny do tego typu projektu, chcąc zrobić taki eliksir „kamuflażu” dla wampirów, ale dla niej… przynajmniej z założenia… powinno być to trochę prostsze, bo chodziło jedynie o imitację ludzkiego ciepła przez kilka godzin. Tak, chodziło o Chrisa, a o kogo by innego… Zainspirował ją już przynajmniej drugi raz, by się o siebie zatroszczyła. </p>
<p>Kombinowała więc w swojej pracowni, co jakiś czas zerkając na ten cholerny zegarek, ustawiony centralnie tak, by ciągle go widzieć i… chyba to nawet trochę pomogło, bo czas jakoś trochę szybciej minął, z poranka zrobił się późniejszy ranek – nadal nie samo południe, ale już… już prawie. A ona ciągle była tą cholerną nastolatką! Przynajmniej eliksir skończył się warzyć, zanotowała ostatnie rzeczy w swoim notatniku, by w razie czego móc do tej receptury wrócić, po czym przyjęła solidną porcję…</p>
<br />
<span style="font-size: x-small;" class="mycode_size"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">//</span> <span style="color: #6d6d6d;" class="mycode_color">Wiedza przyrodnicza  ◉◉◉◉○</span></span><br />
[roll=PO]<br />
<p>Nie czuła różnicy. Ale nie ona powinna ją czuć. Cóż, przynajmniej nie wyrosły jej na czole żadne czółki… A chwilę później zjawiła się skrzatka, mówiąc, że panicz Rosier pukał do drzwi…</p>
<p>Victoria wyszła więc na górę, zdziwiona, że przyszedł tak wcześnie, ale jednocześnie… czuła jakąś dziwną ulgę, bo blondyn najwyraźniej nadal chciał się z nią spotykać… No chyba że przyszedł jej właśnie dać kosza, bo nadal wyglądała jak gówniara…? Na Matkę, oby to nie było to…</p>
<p>Bo niestety Victoria nadal nie miała dobrych wieści: ciągle wyglądała jak nastolatka. Ale… doba jeszcze nie minęła. </p>
<p> <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Dzień dobry, dobrze cię widzieć –</span> przywitała się i uśmiechnęła lekko. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Nic się niestety przez noc nie zmieniło, ale nie zrobiłam się jeszcze młodsza, to też dobrze… –</span> mruknęła, nieco tylko zakłopotana, a kiedy powiedział coś o gazecie na wycieraczce, to aż zmarszczyła brwi. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Gazeta? Jaka znowu gazeta. Dzisiejszego Proroka przyniosła mi sowa –</span> stwierdziła, gładko przechodząc przez przedpokój, by zamaszyście otworzyć drzwi. No… gazeta rzeczywiście tam leżała. </p>
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">***</span></div>
<p>Victoria nie umiała wytłumaczyć tej krótkiej serii wydarzeń, jaka właśnie miała miejsce. Bo w jednej chwili otwierała drzwi, Christopher był tuż za nią, w drugiej potknęła się, jednak nie dość dobrze panując nad tym ciałem, Rosier próbował ją chyba złapać, by nie wyrżnęła na twarz, zdążył pochwycić ją za dłoń, ona poleciała do przodu, dość niefortunnie drugą ręką dotknęła gazety i…</p>
<p>Chwilę później wylądowali… <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">gdzieś</span>. Wokół były drzewa, może niezbyt wysokie, ale nadal. I nigdzie nie było widać jej domu.</p>
<p> <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Co do… –</span> mruknęła, rozglądając się wokół. </p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Av03fUS.png[/inny avek]<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">26 IX 1972, późny ranek<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Suma przypadków: Znów te przeklęte dzieciaki! + Stanie Zoi</span></div>
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Ht3Ghex.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=Ht3Ghex.png]" class="mycode_img" /></div>
<br />
<p>Gdy tego ranka wstała, cicho licząc na to, że przez noc być może siła klątwy zelżeje, bardzo się rozczarowała. Najwyraźniej faktycznie musiała odczekać pełną dobę i tego dnia, gdziekolwiek się w domu nie udała, miała ze sobą zegarek – i to nie tylko taki na nadgarstku, ale też stojący, porcelanowy, który stawiała przed sobą, by mogła się wpatrywać w jego tarczę. A czas jakby irytująco zwolnił, bo teraz każda sekunda wydawała się trwać dwa razy dłużej niż normalnie, a przecież już dawno wyrosła z tego czasu, w którym jeden miesiąc dłużył się tak, jakby to był cały rok. Skoro jednak miała dzisiaj dzień wolny (bo wczoraj, gdy przytrafiło jej się to, co przytrafiło, oprócz zwolnienia się z pracy, przezornie wzięła jeszcze kolejny, nie wiedząc, o której dokładnie ta klątwa puści – na szczęście dyspozytorka Everlight nie robiła z tego problemu, widząc, w jakim aurorka jest stanie), to zeszła do swojej pracowni alchemicznej, którą już sobie tutaj urządziła, chcąc trochę poeksperymentować… Pogodziła się już z tym, że ciągle odczuwa zimno, ale chciała trochę zmodyfikować eliksir rozgrzewający, tak, by inni nie musieli się wzdrygać w jej obecności oraz aby wydłużyć jego działanie, żeby nie musiała zażywać go co godzinę. Miała podwaliny do tego typu projektu, chcąc zrobić taki eliksir „kamuflażu” dla wampirów, ale dla niej… przynajmniej z założenia… powinno być to trochę prostsze, bo chodziło jedynie o imitację ludzkiego ciepła przez kilka godzin. Tak, chodziło o Chrisa, a o kogo by innego… Zainspirował ją już przynajmniej drugi raz, by się o siebie zatroszczyła. </p>
<p>Kombinowała więc w swojej pracowni, co jakiś czas zerkając na ten cholerny zegarek, ustawiony centralnie tak, by ciągle go widzieć i… chyba to nawet trochę pomogło, bo czas jakoś trochę szybciej minął, z poranka zrobił się późniejszy ranek – nadal nie samo południe, ale już… już prawie. A ona ciągle była tą cholerną nastolatką! Przynajmniej eliksir skończył się warzyć, zanotowała ostatnie rzeczy w swoim notatniku, by w razie czego móc do tej receptury wrócić, po czym przyjęła solidną porcję…</p>
<br />
<span style="font-size: x-small;" class="mycode_size"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">//</span> <span style="color: #6d6d6d;" class="mycode_color">Wiedza przyrodnicza  ◉◉◉◉○</span></span><br />
[roll=PO]<br />
<p>Nie czuła różnicy. Ale nie ona powinna ją czuć. Cóż, przynajmniej nie wyrosły jej na czole żadne czółki… A chwilę później zjawiła się skrzatka, mówiąc, że panicz Rosier pukał do drzwi…</p>
<p>Victoria wyszła więc na górę, zdziwiona, że przyszedł tak wcześnie, ale jednocześnie… czuła jakąś dziwną ulgę, bo blondyn najwyraźniej nadal chciał się z nią spotykać… No chyba że przyszedł jej właśnie dać kosza, bo nadal wyglądała jak gówniara…? Na Matkę, oby to nie było to…</p>
<p>Bo niestety Victoria nadal nie miała dobrych wieści: ciągle wyglądała jak nastolatka. Ale… doba jeszcze nie minęła. </p>
<p> <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Dzień dobry, dobrze cię widzieć –</span> przywitała się i uśmiechnęła lekko. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Nic się niestety przez noc nie zmieniło, ale nie zrobiłam się jeszcze młodsza, to też dobrze… –</span> mruknęła, nieco tylko zakłopotana, a kiedy powiedział coś o gazecie na wycieraczce, to aż zmarszczyła brwi. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Gazeta? Jaka znowu gazeta. Dzisiejszego Proroka przyniosła mi sowa –</span> stwierdziła, gładko przechodząc przez przedpokój, by zamaszyście otworzyć drzwi. No… gazeta rzeczywiście tam leżała. </p>
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">***</span></div>
<p>Victoria nie umiała wytłumaczyć tej krótkiej serii wydarzeń, jaka właśnie miała miejsce. Bo w jednej chwili otwierała drzwi, Christopher był tuż za nią, w drugiej potknęła się, jednak nie dość dobrze panując nad tym ciałem, Rosier próbował ją chyba złapać, by nie wyrżnęła na twarz, zdążył pochwycić ją za dłoń, ona poleciała do przodu, dość niefortunnie drugą ręką dotknęła gazety i…</p>
<p>Chwilę później wylądowali… <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">gdzieś</span>. Wokół były drzewa, może niezbyt wysokie, ale nadal. I nigdzie nie było widać jej domu.</p>
<p> <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Co do… –</span> mruknęła, rozglądając się wokół. </p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[23.10.1972] Under copper branches (Edith Rookwood, Astoria Avery)]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6384</link>
			<pubDate>Thu, 10 Sep 2026 22:14:03 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=602">Astoria Avery</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6384</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">22.10.1972<br />
<a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6070&amp;pid=90808#pid90808" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url"><span style="font-size: small;" class="mycode_size">zbiórka drewna</span></a></div>
<br />
Astoria Avery zupełnie nie wyglądała na osobę, która przyszła do lasu po drewno. Miała na sobie elegancką, ciemną szatę o prostym, dopracowanym kroju, na którą narzuciła długi jesienny płaszcz. Materiał miękko układał się wokół jej sylwetki, a wysokie, skórzane buty pozostawały niemal nieskazitelne mimo grząskiego podłoża. Włosy miała starannie ułożone, a dłonie chroniły cienkie rękawiczki. Całość bardziej przypominała strój na spacer po posiadłości któregoś z arystokratycznych rodów niż wyprawę po opał. Tyle że czarownica nie zamierzała sama niczego dźwigać. Tuż za nią dreptał Deek, rodzinny skrzat, który ewidentnie został przydzielony do najcięższej części zadania. Kiedy tylko Astoria wskazywała różdżką odpowiedni fragment drewna, skrzat zajmował się resztą. Kolejne kawałki drewna unosiły się nad ziemią i ustawiały w równym szeregu za nimi, podążając powoli ścieżką niczym osobliwa, lewitująca kolumna opału. Czarownica poruszała się niespiesznie. Nie rozglądała się bez celu. Obserwowała las z taką samą uwagą, z jaką oglądała dzieła sztuki przed przyjęciem ich do galerii. Oceniła kilka powalonych konarów, jeden odrzuciła niemal natychmiast, inny wskazała po krótkim namyśle. Interesowało ją przede wszystkim suche drewno, odpowiednio twarde i pozbawione oznak gnicia. Miało trafić do organizatorów sabatu w Little Hangleton, więc nie zamierzała pozwolić, żeby Deek znosił przypadkowe gałęzie tylko po to, by zwiększyć stertę. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Ojciec mnie poprosił, wiesz? Mam przygotować stragan z ikonami świętych na sabat w Little Hangleton, więc przy okazji mam też nazbierać chrustu -</span> westchnęła ciężko, bo choć nie było to żmudne zajęcie, tak kolejna cegiełka dołożona do jej rozbudowanych obowiązków, powodowała dodatkowe oznaki zmęczenia organizmu. Obróciła głowę do kobiety, która maszerowała obok. Obecność kuzynki sprawiała, że cała wyprawa miała mniej charakter obowiązku, a bardziej jesiennego spaceru. Edith należała do osób, przy których Astoria nie musiała bezustannie pilnować każdego gestu. Deek tymczasem pracował bez wytchnienia. Każdy wskazany przez kobietę konar unosił się w powietrze z cichym szelestem liści, dołączając do pozostałych. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Udało ci się przemówić Matt'iemu do rozsądku? - </span>zagaiła z ciekawością w głosie. Miała szczerą nadzieję, że chłopakowi minęło to fatalne zauroczenie i nic przykrego nie spotkało jego rodziny. <br />
Zrobiła kilka kroków poza ścieżkę, żeby wskazać kolejne gałęzie. Las zdawał się zupełnie nie pasować do jej świata. W powietrzu mieszał się zapach mokrej ziemi, kory, grzybów i gnijących liści. A jednak Astoria poruszała się między drzewami z tą samą pewnością i gracją, z jaką przemierzała sale swojej galerii.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">22.10.1972<br />
<a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6070&amp;pid=90808#pid90808" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url"><span style="font-size: small;" class="mycode_size">zbiórka drewna</span></a></div>
<br />
Astoria Avery zupełnie nie wyglądała na osobę, która przyszła do lasu po drewno. Miała na sobie elegancką, ciemną szatę o prostym, dopracowanym kroju, na którą narzuciła długi jesienny płaszcz. Materiał miękko układał się wokół jej sylwetki, a wysokie, skórzane buty pozostawały niemal nieskazitelne mimo grząskiego podłoża. Włosy miała starannie ułożone, a dłonie chroniły cienkie rękawiczki. Całość bardziej przypominała strój na spacer po posiadłości któregoś z arystokratycznych rodów niż wyprawę po opał. Tyle że czarownica nie zamierzała sama niczego dźwigać. Tuż za nią dreptał Deek, rodzinny skrzat, który ewidentnie został przydzielony do najcięższej części zadania. Kiedy tylko Astoria wskazywała różdżką odpowiedni fragment drewna, skrzat zajmował się resztą. Kolejne kawałki drewna unosiły się nad ziemią i ustawiały w równym szeregu za nimi, podążając powoli ścieżką niczym osobliwa, lewitująca kolumna opału. Czarownica poruszała się niespiesznie. Nie rozglądała się bez celu. Obserwowała las z taką samą uwagą, z jaką oglądała dzieła sztuki przed przyjęciem ich do galerii. Oceniła kilka powalonych konarów, jeden odrzuciła niemal natychmiast, inny wskazała po krótkim namyśle. Interesowało ją przede wszystkim suche drewno, odpowiednio twarde i pozbawione oznak gnicia. Miało trafić do organizatorów sabatu w Little Hangleton, więc nie zamierzała pozwolić, żeby Deek znosił przypadkowe gałęzie tylko po to, by zwiększyć stertę. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Ojciec mnie poprosił, wiesz? Mam przygotować stragan z ikonami świętych na sabat w Little Hangleton, więc przy okazji mam też nazbierać chrustu -</span> westchnęła ciężko, bo choć nie było to żmudne zajęcie, tak kolejna cegiełka dołożona do jej rozbudowanych obowiązków, powodowała dodatkowe oznaki zmęczenia organizmu. Obróciła głowę do kobiety, która maszerowała obok. Obecność kuzynki sprawiała, że cała wyprawa miała mniej charakter obowiązku, a bardziej jesiennego spaceru. Edith należała do osób, przy których Astoria nie musiała bezustannie pilnować każdego gestu. Deek tymczasem pracował bez wytchnienia. Każdy wskazany przez kobietę konar unosił się w powietrze z cichym szelestem liści, dołączając do pozostałych. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Udało ci się przemówić Matt'iemu do rozsądku? - </span>zagaiła z ciekawością w głosie. Miała szczerą nadzieję, że chłopakowi minęło to fatalne zauroczenie i nic przykrego nie spotkało jego rodziny. <br />
Zrobiła kilka kroków poza ścieżkę, żeby wskazać kolejne gałęzie. Las zdawał się zupełnie nie pasować do jej świata. W powietrzu mieszał się zapach mokrej ziemi, kory, grzybów i gnijących liści. A jednak Astoria poruszała się między drzewami z tą samą pewnością i gracją, z jaką przemierzała sale swojej galerii.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[26.10.1972] In the woods somewhere | Guinevere & Zelena]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6247</link>
			<pubDate>Sat, 01 Aug 2026 21:56:45 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=311">Guinevere McGonagall</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6247</guid>
			<description><![CDATA[<p>Było późnopaździernikowe popołudnie, a w powietrzu unosił się zapach drzew. Było w tym coś kojącego, gdy przechadzało się ścieżkami pod wiekowymi drzewami, a liście szeleściły tak pod stopami, jak i nad głową, na tych gałęziach, z których nie zdążyły jeszcze opaść.</p>
<p>Guinevere bardzo potrzebowała się dzisiaj wyrwać z domu. Atmosfera była tam nieco napięta i przygnębiająca przed jutrzejszym pogrzebem pradziadka, poza tym ciągle nie wiedzieli nawet, czy rodzinie Guinevere przybędą na uroczystość, czy nie. Istniała duża szansa, że pojawią się dzisiejszej nocy, o ile w ogóle udali się w podróż, gdy nie wiedzieli nawet kiedy ma się ten pogrzeb odbyć, a dziadkowie celowo ustawili go najpóźniej jak się da, ale jeszcze przed Samhain, by dać im szansę… Prawda była też taka, że obudzone trzecie oko wdawało się Ginny we znaki. W pewnym sensie przyjęła to już do wiadomości, ale do pogodzenia się z tym było jeszcze daleko. Chyba faktycznie potrzebowała na ten temat z kimś porozmawiać, z kimś, kto miał doświadczenie z trzecim okiem, kto być może sam doświadczał tego, co ona teraz, gdy była tak przebodźcowana i zaczęła jakoś częściej zerkać na zegarek, by upewnić się, że ciągle jest <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">tutaj</span>, a nie… gdzieś indziej.</p>
<p>Sabat Samhain był już za rogiem i Ginny zamierzała udać się do Little Hangleton na obchody. Miała już zresztą zakupione gwoździe, które, jak czuła jakoś wewnętrznie, niewytłumaczalnym przeczuciem, mogły się przydać w pozbyciu się dziwacznej, znikającej runy, jaką mieli w Ostoi dla zwierząt, a w przypływie tej potrzeby, by wyrwać się z domu, pomyślała, że może nazbiera drewna, które było potrzebne organizatorom sabatu…</p>
<p>I tak oto wybrała się  do Epping Forest, a teraz zboczyła nieco ze ścieżki, którą dotychczas szła, widząc jakieś obiecujące miejsce, w którym mogłaby nazbierać tego chrustu. Schyliła się, żeby podnieść jedną gałązkę i już miała zrobić kolejny krok, wtem chyba w ostatniej chwili dostrzegła, że pod liśćmi skryta jest dziura, do której o mało co wpadła, zupełnie na to nie gotowa. Przeszła więc obok i przez chwilę jeszcze rozglądała się za odpowiednimi kawałkami drewna, gdy usłyszała szelest liści, odwróciła  więc głowę.. Wtedy właśnie dostrzegła śliczną blondyneczkę, która chyba robiła to samo co ona… Nie miała co prawda pewności, nie wiedziała nawet, czy to czarownica, czy mugola, ale na pewno spacerowała właśnie po lesie i szła prosto na te skrytą pod liśćmi dziurę…</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Uważaj! –</span> rzuciła do nieznajomej. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Tam jest dziura pod tymi liśćmi –</span> mówiła płynnie, ale z wyraźnym, nieco egzotycznym akcentem, korespondującym zresztą z jej urodą i ciemniejszym odcieniem skóry. Ale poza tym wyglądała dość normalnie – ubrana była w płaszcz, na szyi miała przewiązaną wzorzystą chustę, a długie proste włosy rozpuszczone.</p>
<br />
<div style="text-align: right;" class="mycode_align"><span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">//</span> <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2808&amp;pid=93485#pid93485" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">rzut</a></span></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Było późnopaździernikowe popołudnie, a w powietrzu unosił się zapach drzew. Było w tym coś kojącego, gdy przechadzało się ścieżkami pod wiekowymi drzewami, a liście szeleściły tak pod stopami, jak i nad głową, na tych gałęziach, z których nie zdążyły jeszcze opaść.</p>
<p>Guinevere bardzo potrzebowała się dzisiaj wyrwać z domu. Atmosfera była tam nieco napięta i przygnębiająca przed jutrzejszym pogrzebem pradziadka, poza tym ciągle nie wiedzieli nawet, czy rodzinie Guinevere przybędą na uroczystość, czy nie. Istniała duża szansa, że pojawią się dzisiejszej nocy, o ile w ogóle udali się w podróż, gdy nie wiedzieli nawet kiedy ma się ten pogrzeb odbyć, a dziadkowie celowo ustawili go najpóźniej jak się da, ale jeszcze przed Samhain, by dać im szansę… Prawda była też taka, że obudzone trzecie oko wdawało się Ginny we znaki. W pewnym sensie przyjęła to już do wiadomości, ale do pogodzenia się z tym było jeszcze daleko. Chyba faktycznie potrzebowała na ten temat z kimś porozmawiać, z kimś, kto miał doświadczenie z trzecim okiem, kto być może sam doświadczał tego, co ona teraz, gdy była tak przebodźcowana i zaczęła jakoś częściej zerkać na zegarek, by upewnić się, że ciągle jest <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">tutaj</span>, a nie… gdzieś indziej.</p>
<p>Sabat Samhain był już za rogiem i Ginny zamierzała udać się do Little Hangleton na obchody. Miała już zresztą zakupione gwoździe, które, jak czuła jakoś wewnętrznie, niewytłumaczalnym przeczuciem, mogły się przydać w pozbyciu się dziwacznej, znikającej runy, jaką mieli w Ostoi dla zwierząt, a w przypływie tej potrzeby, by wyrwać się z domu, pomyślała, że może nazbiera drewna, które było potrzebne organizatorom sabatu…</p>
<p>I tak oto wybrała się  do Epping Forest, a teraz zboczyła nieco ze ścieżki, którą dotychczas szła, widząc jakieś obiecujące miejsce, w którym mogłaby nazbierać tego chrustu. Schyliła się, żeby podnieść jedną gałązkę i już miała zrobić kolejny krok, wtem chyba w ostatniej chwili dostrzegła, że pod liśćmi skryta jest dziura, do której o mało co wpadła, zupełnie na to nie gotowa. Przeszła więc obok i przez chwilę jeszcze rozglądała się za odpowiednimi kawałkami drewna, gdy usłyszała szelest liści, odwróciła  więc głowę.. Wtedy właśnie dostrzegła śliczną blondyneczkę, która chyba robiła to samo co ona… Nie miała co prawda pewności, nie wiedziała nawet, czy to czarownica, czy mugola, ale na pewno spacerowała właśnie po lesie i szła prosto na te skrytą pod liśćmi dziurę…</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Uważaj! –</span> rzuciła do nieznajomej. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Tam jest dziura pod tymi liśćmi –</span> mówiła płynnie, ale z wyraźnym, nieco egzotycznym akcentem, korespondującym zresztą z jej urodą i ciemniejszym odcieniem skóry. Ale poza tym wyglądała dość normalnie – ubrana była w płaszcz, na szyi miała przewiązaną wzorzystą chustę, a długie proste włosy rozpuszczone.</p>
<br />
<div style="text-align: right;" class="mycode_align"><span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">//</span> <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2808&amp;pid=93485#pid93485" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">rzut</a></span></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[25.10.72] Złota baśń boru | Samuel i Septima]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6162</link>
			<pubDate>Thu, 25 Jun 2026 02:48:24 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=331">Septima Ollivander</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6162</guid>
			<description><![CDATA[Było popołudnie, ale niebo powoli zastygało już w brunatnym półmroku. Oboje z Samem tego dnia pracowali i nie byli w stanie umówić się o porze bardziej przyzwoitej — choć trudno powiedzieć, czy pod koniec października wciąż obowiązywały stare zasady przypisujące półmrokowi nikczemność, albo złe intencje.<br />
Po wczorajszej przechadzce z Savašem, nie sądziła, że w Epping Forest zagości jeszcze kolejnego dnia. Umawiając się z Samem na leśny „spacer”, nie wiedziała czego się dokładnie spodziewać. Poza warsztatem, nie spędzali razem czasu. Miała wrażenie, że oboje tkwili w niezręcznej próżni, łagodnych zejściach z zajmowanej wcześniej drogi, kołtunie słów, które chciały wybrzmieć, a które nie mogły przedrzeć się przez zaciśnięte gardło. Septima potrafiła konwersować z ludźmi wpisanymi w konkretny schemat, z ludźmi, którzy jej początkową nieśmiałość potrafili obejść naokoło, nawet jeśli z czystej grzeczności — to inni decydowali o tym jak przełamywane były pierwsze lody. Skorupa lodowej tafli pękała potem sama, nawet jeśli nie całkowicie, nie do końca, to to szczelina wystarczała, żeby przez moment uwierzyć, że pod spodem zawsze była tylko… woda.<br />
Samuela zaś, nie potrafiła odczytać. Samuel nie wpisał się do żadnego znanego jej schematu — widziała za to jaką troską obarczył mężczyznę jej własny ojciec. Widziała również, że to co między nimi się formowało, niczym nie przypominało relacji Garricka z jego dotychczasowymi uczniami. Być może powinna czuć nieprzyjemne ukłucie pod żebrami na samą myśl o nowym, przyszywanym potomku męskiej płci, który miałby ją kiedyś zastąpić, ale <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">jeszcze</span> to uczucie nie nadeszło. Być może dlatego, że wciąż nie wiedziała z kim ma do czynienia.<br />
<br />
W swoich wypolerowanych kaloszach (których nierozsądnie wczoraj na sobie nie miała) szła krokiem nieco sztywnym, jak gdyby coś faktycznie ograniczało jej mobilność poza sztywnym gumiakiem; z lewą nogą przestawianą do przodu zawsze o sekundę za późno, co nadawało jej szczupłej sylwetce, nieco pokracznego charakteru. Miała nadzieje, że mężczyzna tego nie zauważył. Zatrzymała się, nieco chwiejnie, przy pierwszym rzędzie dębów.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">— Wiesz gdzie chcesz iść? Znam ten las całkiem dobrze. Mogę nas poprowadzić. </span><br />
Figlarny wiatr poruszył materiałem jej płaszcza, wdarł się pod nieroztropnie rozpięte poły, uderzając w nią niespodziewanym, jesiennym chłodem. Przeszył ją nieprzyjemny dreszcz.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Było popołudnie, ale niebo powoli zastygało już w brunatnym półmroku. Oboje z Samem tego dnia pracowali i nie byli w stanie umówić się o porze bardziej przyzwoitej — choć trudno powiedzieć, czy pod koniec października wciąż obowiązywały stare zasady przypisujące półmrokowi nikczemność, albo złe intencje.<br />
Po wczorajszej przechadzce z Savašem, nie sądziła, że w Epping Forest zagości jeszcze kolejnego dnia. Umawiając się z Samem na leśny „spacer”, nie wiedziała czego się dokładnie spodziewać. Poza warsztatem, nie spędzali razem czasu. Miała wrażenie, że oboje tkwili w niezręcznej próżni, łagodnych zejściach z zajmowanej wcześniej drogi, kołtunie słów, które chciały wybrzmieć, a które nie mogły przedrzeć się przez zaciśnięte gardło. Septima potrafiła konwersować z ludźmi wpisanymi w konkretny schemat, z ludźmi, którzy jej początkową nieśmiałość potrafili obejść naokoło, nawet jeśli z czystej grzeczności — to inni decydowali o tym jak przełamywane były pierwsze lody. Skorupa lodowej tafli pękała potem sama, nawet jeśli nie całkowicie, nie do końca, to to szczelina wystarczała, żeby przez moment uwierzyć, że pod spodem zawsze była tylko… woda.<br />
Samuela zaś, nie potrafiła odczytać. Samuel nie wpisał się do żadnego znanego jej schematu — widziała za to jaką troską obarczył mężczyznę jej własny ojciec. Widziała również, że to co między nimi się formowało, niczym nie przypominało relacji Garricka z jego dotychczasowymi uczniami. Być może powinna czuć nieprzyjemne ukłucie pod żebrami na samą myśl o nowym, przyszywanym potomku męskiej płci, który miałby ją kiedyś zastąpić, ale <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">jeszcze</span> to uczucie nie nadeszło. Być może dlatego, że wciąż nie wiedziała z kim ma do czynienia.<br />
<br />
W swoich wypolerowanych kaloszach (których nierozsądnie wczoraj na sobie nie miała) szła krokiem nieco sztywnym, jak gdyby coś faktycznie ograniczało jej mobilność poza sztywnym gumiakiem; z lewą nogą przestawianą do przodu zawsze o sekundę za późno, co nadawało jej szczupłej sylwetce, nieco pokracznego charakteru. Miała nadzieje, że mężczyzna tego nie zauważył. Zatrzymała się, nieco chwiejnie, przy pierwszym rzędzie dębów.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">— Wiesz gdzie chcesz iść? Znam ten las całkiem dobrze. Mogę nas poprowadzić. </span><br />
Figlarny wiatr poruszył materiałem jej płaszcza, wdarł się pod nieroztropnie rozpięte poły, uderzając w nią niespodziewanym, jesiennym chłodem. Przeszył ją nieprzyjemny dreszcz.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[24.10.72] O dwójce takich co zbierali chrust | Savaš i Septima]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6097</link>
			<pubDate>Mon, 01 Jun 2026 15:46:02 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=331">Septima Ollivander</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6097</guid>
			<description><![CDATA[[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=7TlMA5X.jpeg[/inny avek]<br />
<br />
Późny październik zamienił Epping Forest w miejsce rodem z wiktoriańskich wizji szampańskiej zabawy — takich, które z niewiadomych przyczyn zawsze kończyły się lunatykowaniem pośród mgły, nadmierną wilgocią, wróżeniem z czaszek, błotem po kostki i czyjąś przedwczesną śmiercią na gruźlicę. <br />
Znaczna część liści straciła już większość lisiego kolorytu i zalegała pod nogami brzuchatymi, przegnitymi na wskroś grubymi warstwami; ogołocone gałęzie wyglądały na obrażone własnym istnieniem, a powietrze było chłodne w ten nieprzyjemnie brytyjski sposób, który nie tyle marznie na skórze i wtapia się w mięśnie, co powoli, zdradliwie osiada w kościach.<br />
Timmy zaś, w lesie, o tej konkretnej porze, z boleśnie dziewczęcym koszyczkiem na grzyby i różdżką gotową do machania w kierunku sabatowego chrustu, znalazła się <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">całkowicie przypadkiem.</span> I wyglądało na to, że nie tylko ona.<br />
Zanim udało jej się skupić wzrok na konkretnej osobie, była już nieomal świadoma, że postać znalazła się w polu jej widzenia. Mimo to zamrugała nerwowo na widok chłopaka przechodzącego wzdłuż szpaleru dziko rosnących dębów, tak jakby nie była do końca pewna czy aby to na pewno był on. A nie bagienny stwór, który miał ją porwać, zedrzeć ze skóry i przeżuwać niespiesznie jak najwyższej klasy biltong.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">— Och, cóż to za niespodzianka. </span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zbieg okoliczności</span> był tak niewiarygodnie mało subtelny, że nie warto było go komentować. <br />
Oboje nie dyskutowali również wcześniej dlaczego właściwie zbierali chrust na Sabat. Z reguły młodzież (o ile Ollivander jeszcze do protekcjonalnego określenia "młodzieży" można jeszcze było zakwalifikować) nie garnęła się do tego typu zajęć, na pewno nie z własnej woli. <br />
Septima odbywała rodzinny obowiązek względem Witchcroft. Ale Gregorovitcha o jego własny powód nie zapytała z obawy o niekomfortową rozmowę o wierze i religii.   <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">— Masz tu jakichś znajomych? —</span> zapytała niewinnie po kilku minutach machania różdżką. Epping Forest miał bowiem renomę lasu nie tyle przeklętego, co zdecydowanie opętanego. Według legend, po jego złowrogich ziemiach krążyło tyle różnych pokrak, że Savaš najpewniej był tutaj najmniej zaskakującą istotą.<br />
Zamiast machnąć różdżką, kolejną suchą gałąź schyliła się sama, przyglądając jej się krytycznie.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">— Jak coś zacznie do ciebie szeptać, proszę, odłóż. Wolałabym nie być świadkiem nawiązywania stosunków dyplomatycznych z czarnomagicznymi stworami.</span><br />
Przez chwilę szli dalej pośród melodii jesiennego lasu, od czasu do czasu szturchając butami pijaną od nocnego deszczu ściółkę albo odciągając na bok niższe konary.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=7TlMA5X.jpeg[/inny avek]<br />
<br />
Późny październik zamienił Epping Forest w miejsce rodem z wiktoriańskich wizji szampańskiej zabawy — takich, które z niewiadomych przyczyn zawsze kończyły się lunatykowaniem pośród mgły, nadmierną wilgocią, wróżeniem z czaszek, błotem po kostki i czyjąś przedwczesną śmiercią na gruźlicę. <br />
Znaczna część liści straciła już większość lisiego kolorytu i zalegała pod nogami brzuchatymi, przegnitymi na wskroś grubymi warstwami; ogołocone gałęzie wyglądały na obrażone własnym istnieniem, a powietrze było chłodne w ten nieprzyjemnie brytyjski sposób, który nie tyle marznie na skórze i wtapia się w mięśnie, co powoli, zdradliwie osiada w kościach.<br />
Timmy zaś, w lesie, o tej konkretnej porze, z boleśnie dziewczęcym koszyczkiem na grzyby i różdżką gotową do machania w kierunku sabatowego chrustu, znalazła się <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">całkowicie przypadkiem.</span> I wyglądało na to, że nie tylko ona.<br />
Zanim udało jej się skupić wzrok na konkretnej osobie, była już nieomal świadoma, że postać znalazła się w polu jej widzenia. Mimo to zamrugała nerwowo na widok chłopaka przechodzącego wzdłuż szpaleru dziko rosnących dębów, tak jakby nie była do końca pewna czy aby to na pewno był on. A nie bagienny stwór, który miał ją porwać, zedrzeć ze skóry i przeżuwać niespiesznie jak najwyższej klasy biltong.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">— Och, cóż to za niespodzianka. </span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zbieg okoliczności</span> był tak niewiarygodnie mało subtelny, że nie warto było go komentować. <br />
Oboje nie dyskutowali również wcześniej dlaczego właściwie zbierali chrust na Sabat. Z reguły młodzież (o ile Ollivander jeszcze do protekcjonalnego określenia "młodzieży" można jeszcze było zakwalifikować) nie garnęła się do tego typu zajęć, na pewno nie z własnej woli. <br />
Septima odbywała rodzinny obowiązek względem Witchcroft. Ale Gregorovitcha o jego własny powód nie zapytała z obawy o niekomfortową rozmowę o wierze i religii.   <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">— Masz tu jakichś znajomych? —</span> zapytała niewinnie po kilku minutach machania różdżką. Epping Forest miał bowiem renomę lasu nie tyle przeklętego, co zdecydowanie opętanego. Według legend, po jego złowrogich ziemiach krążyło tyle różnych pokrak, że Savaš najpewniej był tutaj najmniej zaskakującą istotą.<br />
Zamiast machnąć różdżką, kolejną suchą gałąź schyliła się sama, przyglądając jej się krytycznie.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">— Jak coś zacznie do ciebie szeptać, proszę, odłóż. Wolałabym nie być świadkiem nawiązywania stosunków dyplomatycznych z czarnomagicznymi stworami.</span><br />
Przez chwilę szli dalej pośród melodii jesiennego lasu, od czasu do czasu szturchając butami pijaną od nocnego deszczu ściółkę albo odciągając na bok niższe konary.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[07.10.72 — Don't Blink]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6059</link>
			<pubDate>Sun, 24 May 2026 22:16:03 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=415">Dægberht Flint</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6059</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">7 października 1972<br />
Epping Forest</div>
<br />
Dla Dægberhta Flinta nie istniało coś takiego jak zwyczajny spacer po lesie – bo nawet kiedy się na to silił, przydarzały mu się rzeczy niezwykłe. Dzisiaj na przykład, najwyraźniej trafił na jeden z posągów, o których czytał niegdyś w starych tomiszczach przechowywanych w kairskiej bibliotece.<br />
<br />
Był niemalże pewien, że stojący przed nim posąg był żywy. Oh, z każdą sekundą utwierdzał się w tym coraz mocniej – bo to przecież niemożliwe, żeby w samym sercu Epping natrafić na takie arcydzieło. Kobieta zaklęta w tym kamieniu wyglądała tak, jakby biegła. Sukienkę miała podwiniętą, materiał wyglądał na miękki, jakby mógł zatopić w nim palce. Włosy – rozwiane, posklejane od potu i wiatru. Jeśli się mylił i jego umysł poety zwiódł go na manowce, to niech go zapoznają z mistrzem, co to stworzył, bo mógłby się od niego uczyć sam Bernini i powinni go w Anglii pasować na rycerza. A jeśli miał rację, to… cóż, jeszcze długo się z tego miejsca nie ruszy.<br />
<br />
Czytał przecież o takich posągach i wiedział, że nie było warto ryzykować odejścia bez patrzenia na ich skamieniałe oblicze. Najlepiej, gdyby tutaj przyszedł ktoś, kogo będzie można nastraszyć na równi z tym, jak go nastraszyli w tym Kairze. Wtedy Flint się sprytnie ulotni, porzucając pechowca sam na sam z potencjalnym posągiem-mordercą i pomodli się w Whitecroft za jego ucieczkę lub własną pomyłkę. Ewentualnie za pamięć nad jego biedną, umęczoną duszą.<br />
<br />
Tylko, no cóż… niewielu wybierało się w głębię lasu tak wcześnie rano, a jak się już ktoś trafił, to nie bez powodu unikał towarzystwa. Gdyby chciał zagadywać obcych, to by się udał na targ, a nie do Epping Forest. Dægberht stał tak więc już drugą godzinę, wpatrując się w Zoię i myśląc o tym, jak wysokie musiało być ryzyko rozszczepienia, kiedy się próbowało teleportować spomiędzy tylu drzew.<br />
<br />
Ah, gdyby miał odrobinę więcej szczęścia i skręcił w lewo, siedziałby teraz w cyrku Bellów, zamiast sterczeć tu jak słup soli. Na szczęście o tym nie wiedział, więc żałował obranej ścieżki jedynie z powodu wpadnięcia w pułapkę.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">7 października 1972<br />
Epping Forest</div>
<br />
Dla Dægberhta Flinta nie istniało coś takiego jak zwyczajny spacer po lesie – bo nawet kiedy się na to silił, przydarzały mu się rzeczy niezwykłe. Dzisiaj na przykład, najwyraźniej trafił na jeden z posągów, o których czytał niegdyś w starych tomiszczach przechowywanych w kairskiej bibliotece.<br />
<br />
Był niemalże pewien, że stojący przed nim posąg był żywy. Oh, z każdą sekundą utwierdzał się w tym coraz mocniej – bo to przecież niemożliwe, żeby w samym sercu Epping natrafić na takie arcydzieło. Kobieta zaklęta w tym kamieniu wyglądała tak, jakby biegła. Sukienkę miała podwiniętą, materiał wyglądał na miękki, jakby mógł zatopić w nim palce. Włosy – rozwiane, posklejane od potu i wiatru. Jeśli się mylił i jego umysł poety zwiódł go na manowce, to niech go zapoznają z mistrzem, co to stworzył, bo mógłby się od niego uczyć sam Bernini i powinni go w Anglii pasować na rycerza. A jeśli miał rację, to… cóż, jeszcze długo się z tego miejsca nie ruszy.<br />
<br />
Czytał przecież o takich posągach i wiedział, że nie było warto ryzykować odejścia bez patrzenia na ich skamieniałe oblicze. Najlepiej, gdyby tutaj przyszedł ktoś, kogo będzie można nastraszyć na równi z tym, jak go nastraszyli w tym Kairze. Wtedy Flint się sprytnie ulotni, porzucając pechowca sam na sam z potencjalnym posągiem-mordercą i pomodli się w Whitecroft za jego ucieczkę lub własną pomyłkę. Ewentualnie za pamięć nad jego biedną, umęczoną duszą.<br />
<br />
Tylko, no cóż… niewielu wybierało się w głębię lasu tak wcześnie rano, a jak się już ktoś trafił, to nie bez powodu unikał towarzystwa. Gdyby chciał zagadywać obcych, to by się udał na targ, a nie do Epping Forest. Dægberht stał tak więc już drugą godzinę, wpatrując się w Zoię i myśląc o tym, jak wysokie musiało być ryzyko rozszczepienia, kiedy się próbowało teleportować spomiędzy tylu drzew.<br />
<br />
Ah, gdyby miał odrobinę więcej szczęścia i skręcił w lewo, siedziałby teraz w cyrku Bellów, zamiast sterczeć tu jak słup soli. Na szczęście o tym nie wiedział, więc żałował obranej ścieżki jedynie z powodu wpadnięcia w pułapkę.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[1.09.1972, Epping Forest] Stay alive | Faye, William]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4258</link>
			<pubDate>Thu, 05 Dec 2024 14:06:14 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=493">Faye Travers</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4258</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">1 września 1972, południe<br />
Epping Forest</div>
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ach, Epping Forest, Epping Forest. Kto lepiej mnie zrozumie, niż Ty? </span></div>
<br />
Ostatnie tygodnie były dla Faye trudne, chociaż ona sama zastanawiała się, czy słowo "trudne" nie było eufemizmem. Dość powiedzieć, że uznano ją za ofiarę jednej z anomalii, która krążyła po Dolinie Godryka, a potem maglowano ją w Ministerstwie, bo przecież złamała co najmniej trzy zakazy pod koniec sierpnia. Jej praca w teorii nie wisiała na włosku, nikt nigdy nie dał jej do zrozumienia, że to, co się stało pod koniec miesiąca, jakkolwiek wpłynie na jej współpracę z Ministerstwem Magii. Lecz mimo zapewnień, czuła ogromny niepokój.<br />
<br />
Nie rozumiała, co się stało - nikt tego nie rozumiał. Nie była w stanie przekazać innym tego, co czuła. Wiedziała jednak jedno: zawiodła. Zawiodła brata, zawiodła Lazarusa, zawiodła sąsiadów, zawiodła rodziców i zawiodła samą siebie. Do tej pory mogła poszczycić się wyjątkowym darem, pozwalającym jej na zachowanie świadomości podczas przemiany w <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">jej drugie ja</span>, ale to, co stało się w sierpniu, całkowicie zachwiało jej pewnością siebie. Nie miała pewności, że to się nie powtórzy. Zaczynała obawiać się, że może stanowić zagrożenie - a ostatnim, co Faye by chciała, to kogokolwiek skrzywdzić. Świadomie nie zrobiłaby nikomu krzywdy i do tej pory myślała, że nieświadomie również. Że w przeciwieństwie do niektórych osób ona była tą, która była z natury dobra. Ale może jednak się myliła? Może to nie klątwa likantropii nad nią ciążyła, lecz klątwa rodziny Travers? Bracia i rodzice ostrzegali ją, że tak może być. Że kiedyś <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">zrozumie, co znaczy ich nazwisko</span>. Czyżby ten moment właśnie nadszedł?<br />
<br />
Faye kopnęła kamyk, który przypałętał się pod jej ciężki, podkuty but. Była jesień, odmawiała uznawania września za część lata. Nie mogła doczekać się jesieni z wielu powodów, a jednym z nich była pogoda. Chłód, który wkradał się pod kurtki i płaszcze, targał włosy i przynosił woń mokrej, leśnej ściółki oraz świeżo opadniętych liści. Tego potrzebowała, żeby ukoić zszargane nerwy.<br />
<br />
Była w środku lasu - podążała własną, wyłącznie sobie znaną ścieżką. Poruszała się wolno, ślimaczo wręcz, wcale się nie spiesząc. Wiedziała, gdzie znaleźć purpurowe ropuchy i miała do ich leża jeszcze kawałek. Mogła wykorzystać ten czas, by chłonąć las całą sobą. Przez ramię przewieszoną miała plecak, w którym znajdowały się niezbędne przyrządy do tego, by zebrać ich kijanki. Nie planowała łapać dorosłych okazów - głównie dlatego, że były zbyt duże, by przetransportować je bez większego problemu. Ale kijanki? To zupełnie inna para kaloszy. Robiła to już nie raz i nie dwa, więc nie obawiała się, że coś pójdzie nie tak. Mogła więc pogrążyć się w swoich rozmyślaniach, prąc do przodu powolutku. Krok za krokiem, nie spodziewając się, że może tu kogoś spotkać. Kto normalny z własnej woli pchał się bowiem na bagna, które właśnie przekraczała?]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">1 września 1972, południe<br />
Epping Forest</div>
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ach, Epping Forest, Epping Forest. Kto lepiej mnie zrozumie, niż Ty? </span></div>
<br />
Ostatnie tygodnie były dla Faye trudne, chociaż ona sama zastanawiała się, czy słowo "trudne" nie było eufemizmem. Dość powiedzieć, że uznano ją za ofiarę jednej z anomalii, która krążyła po Dolinie Godryka, a potem maglowano ją w Ministerstwie, bo przecież złamała co najmniej trzy zakazy pod koniec sierpnia. Jej praca w teorii nie wisiała na włosku, nikt nigdy nie dał jej do zrozumienia, że to, co się stało pod koniec miesiąca, jakkolwiek wpłynie na jej współpracę z Ministerstwem Magii. Lecz mimo zapewnień, czuła ogromny niepokój.<br />
<br />
Nie rozumiała, co się stało - nikt tego nie rozumiał. Nie była w stanie przekazać innym tego, co czuła. Wiedziała jednak jedno: zawiodła. Zawiodła brata, zawiodła Lazarusa, zawiodła sąsiadów, zawiodła rodziców i zawiodła samą siebie. Do tej pory mogła poszczycić się wyjątkowym darem, pozwalającym jej na zachowanie świadomości podczas przemiany w <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">jej drugie ja</span>, ale to, co stało się w sierpniu, całkowicie zachwiało jej pewnością siebie. Nie miała pewności, że to się nie powtórzy. Zaczynała obawiać się, że może stanowić zagrożenie - a ostatnim, co Faye by chciała, to kogokolwiek skrzywdzić. Świadomie nie zrobiłaby nikomu krzywdy i do tej pory myślała, że nieświadomie również. Że w przeciwieństwie do niektórych osób ona była tą, która była z natury dobra. Ale może jednak się myliła? Może to nie klątwa likantropii nad nią ciążyła, lecz klątwa rodziny Travers? Bracia i rodzice ostrzegali ją, że tak może być. Że kiedyś <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">zrozumie, co znaczy ich nazwisko</span>. Czyżby ten moment właśnie nadszedł?<br />
<br />
Faye kopnęła kamyk, który przypałętał się pod jej ciężki, podkuty but. Była jesień, odmawiała uznawania września za część lata. Nie mogła doczekać się jesieni z wielu powodów, a jednym z nich była pogoda. Chłód, który wkradał się pod kurtki i płaszcze, targał włosy i przynosił woń mokrej, leśnej ściółki oraz świeżo opadniętych liści. Tego potrzebowała, żeby ukoić zszargane nerwy.<br />
<br />
Była w środku lasu - podążała własną, wyłącznie sobie znaną ścieżką. Poruszała się wolno, ślimaczo wręcz, wcale się nie spiesząc. Wiedziała, gdzie znaleźć purpurowe ropuchy i miała do ich leża jeszcze kawałek. Mogła wykorzystać ten czas, by chłonąć las całą sobą. Przez ramię przewieszoną miała plecak, w którym znajdowały się niezbędne przyrządy do tego, by zebrać ich kijanki. Nie planowała łapać dorosłych okazów - głównie dlatego, że były zbyt duże, by przetransportować je bez większego problemu. Ale kijanki? To zupełnie inna para kaloszy. Robiła to już nie raz i nie dwa, więc nie obawiała się, że coś pójdzie nie tak. Mogła więc pogrążyć się w swoich rozmyślaniach, prąc do przodu powolutku. Krok za krokiem, nie spodziewając się, że może tu kogoś spotkać. Kto normalny z własnej woli pchał się bowiem na bagna, które właśnie przekraczała?]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[10.7.72, Epping Forest] Miłości Żar]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3850</link>
			<pubDate>Fri, 06 Sep 2024 23:30:20 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=489">Maddox Greyback</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3850</guid>
			<description><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono - Faye Travers - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span></div></div>
<br />
<p>Konkurencja może i była dobra dla zdrowej kondycji przepływu dóbr i usług, ale nie dla czarnego rynku. Ojcu Maddoxa, Fenrisowi, zapewne śnił się po nocach obrazek jak z laurki kiedy miał monopol na cały nielegalny obrót eliksirami w Podziemnych Ścieżkach. Cała klientela o niezwykle elastycznym kręgosłupie moralnym wyłącznie dla niego, tak by mógł swobodnie i bez żadnych obiekcji mógł według własnego uznania dyktować nie tylko ceny, ale i całą podaż. Niestety stary Greyback nie był jedynym liczącym się graczem na tej scenie i musiał akceptować współistnienie innych "podmiotów gospodarczych" obok siebie. Taki swoisty Pax Achemical".</p>
<p>Na całe szczęście zasady te kompletnie nie dotyczyły małych graczy. Cały ten sezonowy plankton sezonowych cwaniaczków, którzy może nie byli zbyt bystrzy jako całokształt, ale na tyle zorientowani by samemu potrafić uwarzyć spory kocioł silnych eliksirów miłosnych. Takich okazjonalnych "alchemików" nie chronił żaden układ, więc nikt po nich nie zapłacze jeśli któregoś zabraknie prawda? Prawda.</p>
<p>No i kiedy tylko szef Sfory dowiedział się, że grupa takich sytuacyjnych dorobkiewiczów planuje pod Londynem rozbić obóz w środku Epping Forest i przez kilka dni na zmianę mieszać w kotłach i walić podłą berbeluchę do odcinki, czym prędzej posłał tam swojego syna, by ten przejął całe przedsięwzięcie. Maddoxowi niespecjalnie się to podobało, bo wiedział, że podążanie ich śladem i całe tropienie może potrwać nawet kilka dni. A przecież już dzisiaj miało dojść do całkowitego zaćmienia słońca, a Maddy bardzo chciał być tego świadkiem.</p>
<p>Ta wielka kula ognia, buchająca promieniowaniem na naszą malutką planetę. Piekielny pożar, który nie gasł od milionów lat i jeszcze tak prędko nie zgaśnie, na moment, krótką chwilę, przyćmiony innym, malutkim obiektem. Było w tym coś pociągającego, zobaczyć jak nawet te wściekle żarzące się kurwisko musiało chociaż raz na jakiś czas ustąpić wobec znacznie mniejszego od siebie. Widział w tym wiele alegorii do wszystkich swoich politologicznych teorii, a to sprawiało, że podkręcał się jeszcze bardziej.</p>
<p>Dlatego Mad będzie w cholerę MAD, jeśli z powodu jakiś śmierdzących ochlejmord przegapi najpiękniejszy widok tej dekady. Szedł ich tropem całą noc, pewnie byłoby łatwiej gdyby wcześniej mógł zasmakować choć kszty kropli krwi któregoś z nich, ale tak nie było, więc musiał posiłkować się tylko tym co sam znalazł.</p>
<p>I kiedy wpadł już na trop czyjejś obecności, czyli pozostałości po naprawdę niewielkim obozowisku na początku ucieszył się podekscytowany, że w końcu coś miał. Jednak coś mu tu nie grało, bo ślady sugerowały obecność tylko jednej osoby, w dodatku raczej niewielkich rozmiarów sądząc po śladzie buta. Mimo wszystko nie zamierzał tego zignorować, zaciekawiony też tym dlaczego ktoś, właściwie tuż przed świtem, zaserwował sobie śniadanie wyłącznie z mięsnych dodatków. I nie żeby był tutaj oceniający, on też nie pogardziłby kilkoma serdelkami, kanapką z szarpaną wołowiną, ale zastanawiał się co za boskie stworzenie było tak małe i tak kochało białko zwierzęce.</p>
<p>Odpowiedź przyszła szybko i choć nie powinna go wcale szokować, to był zdziwiony tak spontanicznym spotkaniem ze znajomą mu buźką. Na początku zachował dystans kiedy wpatrywał się co właściwie robi tu Fajka i czego szuka w tej okolicy. Po kilku minutach obserwacji zrozumiał i właściwie wszystko złożyło się w super jasną całość. Te drobne rzezimieszki koczowały tu od kilku dni i pichciły te swoje nielegalne substancje, a przy okazji magiczny płomień pod ich kociołkami nie na moment nie gasł. Idealne wręcz środowisko do życia dla Popiołków. Upici idioci pewnie nawet nie wiedzieli, że tuż obok ich namiotów jaja składają te magiczne, ogniolubne węże. Za to Faye zapewne wiedziała bardzo dobrze i to pewnie one były powodem, dlaczego niedługo przed pierwszymi promieniami poranku czaiła się w krzakach.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Walisz gorzej, niż jama trolla...</span> - zwrócił się w końcu do niej, szeptem. Zbliżył się i przyklęknął tuż za roślinną zasłoną obok niej. Delikatnie rozbawiony uniósł dłonie lekko do góry, w ironicznym geście poddania się, gdyby pani Travers zamierzała wycelować mu w pysk za takie podkradanie się od tyłu. Mówił oczywiście o mięsnej nutce zapachowej, którą za sobą zostawiała i pewnie gdyby nie to, że miał podobne smaki co ona nie zauważył by tego, aż tak. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- No co, zgubiłaś się Małgosiu? </span>- rzucił, dalej zwracając się do niej szeptem. Tym razem nieco bardziej pieszczotliwie, ale nieco uszczypliwie, wyszczerzył bielutkie kiełki w zadziornym uśmiechu. </p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono - Faye Travers - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span></div></div>
<br />
<p>Konkurencja może i była dobra dla zdrowej kondycji przepływu dóbr i usług, ale nie dla czarnego rynku. Ojcu Maddoxa, Fenrisowi, zapewne śnił się po nocach obrazek jak z laurki kiedy miał monopol na cały nielegalny obrót eliksirami w Podziemnych Ścieżkach. Cała klientela o niezwykle elastycznym kręgosłupie moralnym wyłącznie dla niego, tak by mógł swobodnie i bez żadnych obiekcji mógł według własnego uznania dyktować nie tylko ceny, ale i całą podaż. Niestety stary Greyback nie był jedynym liczącym się graczem na tej scenie i musiał akceptować współistnienie innych "podmiotów gospodarczych" obok siebie. Taki swoisty Pax Achemical".</p>
<p>Na całe szczęście zasady te kompletnie nie dotyczyły małych graczy. Cały ten sezonowy plankton sezonowych cwaniaczków, którzy może nie byli zbyt bystrzy jako całokształt, ale na tyle zorientowani by samemu potrafić uwarzyć spory kocioł silnych eliksirów miłosnych. Takich okazjonalnych "alchemików" nie chronił żaden układ, więc nikt po nich nie zapłacze jeśli któregoś zabraknie prawda? Prawda.</p>
<p>No i kiedy tylko szef Sfory dowiedział się, że grupa takich sytuacyjnych dorobkiewiczów planuje pod Londynem rozbić obóz w środku Epping Forest i przez kilka dni na zmianę mieszać w kotłach i walić podłą berbeluchę do odcinki, czym prędzej posłał tam swojego syna, by ten przejął całe przedsięwzięcie. Maddoxowi niespecjalnie się to podobało, bo wiedział, że podążanie ich śladem i całe tropienie może potrwać nawet kilka dni. A przecież już dzisiaj miało dojść do całkowitego zaćmienia słońca, a Maddy bardzo chciał być tego świadkiem.</p>
<p>Ta wielka kula ognia, buchająca promieniowaniem na naszą malutką planetę. Piekielny pożar, który nie gasł od milionów lat i jeszcze tak prędko nie zgaśnie, na moment, krótką chwilę, przyćmiony innym, malutkim obiektem. Było w tym coś pociągającego, zobaczyć jak nawet te wściekle żarzące się kurwisko musiało chociaż raz na jakiś czas ustąpić wobec znacznie mniejszego od siebie. Widział w tym wiele alegorii do wszystkich swoich politologicznych teorii, a to sprawiało, że podkręcał się jeszcze bardziej.</p>
<p>Dlatego Mad będzie w cholerę MAD, jeśli z powodu jakiś śmierdzących ochlejmord przegapi najpiękniejszy widok tej dekady. Szedł ich tropem całą noc, pewnie byłoby łatwiej gdyby wcześniej mógł zasmakować choć kszty kropli krwi któregoś z nich, ale tak nie było, więc musiał posiłkować się tylko tym co sam znalazł.</p>
<p>I kiedy wpadł już na trop czyjejś obecności, czyli pozostałości po naprawdę niewielkim obozowisku na początku ucieszył się podekscytowany, że w końcu coś miał. Jednak coś mu tu nie grało, bo ślady sugerowały obecność tylko jednej osoby, w dodatku raczej niewielkich rozmiarów sądząc po śladzie buta. Mimo wszystko nie zamierzał tego zignorować, zaciekawiony też tym dlaczego ktoś, właściwie tuż przed świtem, zaserwował sobie śniadanie wyłącznie z mięsnych dodatków. I nie żeby był tutaj oceniający, on też nie pogardziłby kilkoma serdelkami, kanapką z szarpaną wołowiną, ale zastanawiał się co za boskie stworzenie było tak małe i tak kochało białko zwierzęce.</p>
<p>Odpowiedź przyszła szybko i choć nie powinna go wcale szokować, to był zdziwiony tak spontanicznym spotkaniem ze znajomą mu buźką. Na początku zachował dystans kiedy wpatrywał się co właściwie robi tu Fajka i czego szuka w tej okolicy. Po kilku minutach obserwacji zrozumiał i właściwie wszystko złożyło się w super jasną całość. Te drobne rzezimieszki koczowały tu od kilku dni i pichciły te swoje nielegalne substancje, a przy okazji magiczny płomień pod ich kociołkami nie na moment nie gasł. Idealne wręcz środowisko do życia dla Popiołków. Upici idioci pewnie nawet nie wiedzieli, że tuż obok ich namiotów jaja składają te magiczne, ogniolubne węże. Za to Faye zapewne wiedziała bardzo dobrze i to pewnie one były powodem, dlaczego niedługo przed pierwszymi promieniami poranku czaiła się w krzakach.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Walisz gorzej, niż jama trolla...</span> - zwrócił się w końcu do niej, szeptem. Zbliżył się i przyklęknął tuż za roślinną zasłoną obok niej. Delikatnie rozbawiony uniósł dłonie lekko do góry, w ironicznym geście poddania się, gdyby pani Travers zamierzała wycelować mu w pysk za takie podkradanie się od tyłu. Mówił oczywiście o mięsnej nutce zapachowej, którą za sobą zostawiała i pewnie gdyby nie to, że miał podobne smaki co ona nie zauważył by tego, aż tak. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- No co, zgubiłaś się Małgosiu? </span>- rzucił, dalej zwracając się do niej szeptem. Tym razem nieco bardziej pieszczotliwie, ale nieco uszczypliwie, wyszczerzył bielutkie kiełki w zadziornym uśmiechu. </p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[24.06.72] Każdą klątwę da się złamać?]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2497</link>
			<pubDate>Sun, 31 Dec 2023 09:49:10 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=57">Florence Bulstrode</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2497</guid>
			<description><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono - Florence Bulstrode - osiągnięcie Badacz Tajemnic<br />
Rozliczono - Morpheus Longbottom - osiągnięcie Pierwsze koty za płoty</div></div>
<br />
<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content">Stanie Zoi: scenariusz Morpheusa</div></div></div>
<br />
Florence Bulstrode wielokrotnie zalecała pacjentom spacery dla zdrowotności, ale sama na takie spacery udawała się bardzo, bardzo rzadko. Zwłaszcza do lasów. Lasy miały to do siebie, że teren w nich był nierówny, owady brzęczały koło ucha, pajęczyny lubiły wplątywać się we włosy i łatwo było rozedrzeć pończochy o jakąś gałąź albo, o zgrozo, kolce jeżyn czy dzikich malin. Nie cierpiała takich rzeczy. A jednak zgodziła się udać do pobliskiego punktu Fiuu i przejść po lesie.<br />
Z ciekawości.<br />
Opowieści o tajemniczej rzeźbie, która krwawi i niekiedy ożywa, obiły się jej już wcześniej o uszy za sprawą braci. Kiedy okazało się, że szeptano o niej także w Departamencie Tajemnic, i że sekret zainteresował Morpheusa na tyle, że chciał znaleźć posąg, o czym wspomniał, gdy wpadła na niego przynosząc ojcu zapomniane dokumenty, zgodziła się pójść z nim obejrzeć posąg niewiele nad tym myśląc.<br />
Była klątwołamaczką nie tylko z zawodu, ale także ze szczerej pasji. Jeżeli na rzeźbie ciążyła jakaś klątwa, Florence chciała przekonać się o tym osobiście. Sprawdzić, co to za przekleństwo i przekonać się, czy faktycznie klątwy nie da się złamać.<br />
Bo przecież szczerze wierzyła, że każdą da się zdjąć.<br />
Czasem brakowało tylko wiedzy i umiejętności – jak przyznawała z bólem również niej – aby udało się tego dokonać.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– No proszę…</span> – mruknęła przystając, kiedy pomiędzy drzewami faktycznie dostrzegli posąg. Bez wątpienia z kamienia, a jednak: wyglądał jak dzieło geniusza, bo każdy szczegół, od rysów twarzy, przez fałdy ubrania, po wrażenie ruchu, oddano idealnie. Uniesiona noga, ręka wyciągnięta do przodu, usta, otwarte jakby do krzyku. W półmroku lasu, patrząc pod odpowiednim kątem, zdawało się, że kobieta naprawdę zaraz pobiegnie. <br />
Florence, nieco zafascynowana, ruszyła do przodu, wyciągając różdżkę. Nie, nie po to, by wypróbować od razu zaklęcia rozpraszające. Ot… na wszelki wypadek. Klątwy w końcu bywały bardzo podstępne.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Widywałam już klątwy, przez które człowiek zaczynał kamienieć, ale nigdy kogoś w całości zamienionego w kamień</span> – powiedziała, powoli obchodząc dziewczynę.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono - Florence Bulstrode - osiągnięcie Badacz Tajemnic<br />
Rozliczono - Morpheus Longbottom - osiągnięcie Pierwsze koty za płoty</div></div>
<br />
<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content">Stanie Zoi: scenariusz Morpheusa</div></div></div>
<br />
Florence Bulstrode wielokrotnie zalecała pacjentom spacery dla zdrowotności, ale sama na takie spacery udawała się bardzo, bardzo rzadko. Zwłaszcza do lasów. Lasy miały to do siebie, że teren w nich był nierówny, owady brzęczały koło ucha, pajęczyny lubiły wplątywać się we włosy i łatwo było rozedrzeć pończochy o jakąś gałąź albo, o zgrozo, kolce jeżyn czy dzikich malin. Nie cierpiała takich rzeczy. A jednak zgodziła się udać do pobliskiego punktu Fiuu i przejść po lesie.<br />
Z ciekawości.<br />
Opowieści o tajemniczej rzeźbie, która krwawi i niekiedy ożywa, obiły się jej już wcześniej o uszy za sprawą braci. Kiedy okazało się, że szeptano o niej także w Departamencie Tajemnic, i że sekret zainteresował Morpheusa na tyle, że chciał znaleźć posąg, o czym wspomniał, gdy wpadła na niego przynosząc ojcu zapomniane dokumenty, zgodziła się pójść z nim obejrzeć posąg niewiele nad tym myśląc.<br />
Była klątwołamaczką nie tylko z zawodu, ale także ze szczerej pasji. Jeżeli na rzeźbie ciążyła jakaś klątwa, Florence chciała przekonać się o tym osobiście. Sprawdzić, co to za przekleństwo i przekonać się, czy faktycznie klątwy nie da się złamać.<br />
Bo przecież szczerze wierzyła, że każdą da się zdjąć.<br />
Czasem brakowało tylko wiedzy i umiejętności – jak przyznawała z bólem również niej – aby udało się tego dokonać.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– No proszę…</span> – mruknęła przystając, kiedy pomiędzy drzewami faktycznie dostrzegli posąg. Bez wątpienia z kamienia, a jednak: wyglądał jak dzieło geniusza, bo każdy szczegół, od rysów twarzy, przez fałdy ubrania, po wrażenie ruchu, oddano idealnie. Uniesiona noga, ręka wyciągnięta do przodu, usta, otwarte jakby do krzyku. W półmroku lasu, patrząc pod odpowiednim kątem, zdawało się, że kobieta naprawdę zaraz pobiegnie. <br />
Florence, nieco zafascynowana, ruszyła do przodu, wyciągając różdżkę. Nie, nie po to, by wypróbować od razu zaklęcia rozpraszające. Ot… na wszelki wypadek. Klątwy w końcu bywały bardzo podstępne.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Widywałam już klątwy, przez które człowiek zaczynał kamienieć, ale nigdy kogoś w całości zamienionego w kamień</span> – powiedziała, powoli obchodząc dziewczynę.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[30 Maj 1972, Las nieopodal Londynu]  Stanie Zoi || Lief & Sebastian]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2013</link>
			<pubDate>Tue, 17 Oct 2023 01:38:45 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=286">Sebastian Travers</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2013</guid>
			<description><![CDATA[<p>Sebastian otrzymał od swojego znajomego będącego leśniczym informację o dziwnej... rzeczy w środku lasu znajdującego się nieopodal Londynu. Znajomy zapewnił go, że to powinno go zainteresować przez wzgląd, że to dotyczy wykonywanej przez niego pracy i że z tego względu tego nie pożałuje, jeśli się tam wybierze. Według słów swojego znajomego nie byłby pierwszym klątwołamaczem, który próbował zbadać to zjawisko. Postanowił tego nie zignorować i udać się we wskazane przez tego mężczyznę miejsce. Nie wyruszył jednak sam, zabierając ze sobą młodego klątwołamacza, Liefa. Miało to dla niego stanowić dodatkową praktykę zawodową.</p>
<p>Po dotarciu na miejscu, w którym znajdował się ten... obiekt, Sebastian postanowił go obejrzeć. Posąg wyglądał znacząco inaczej od wszystkich rzeźb, które widział do tej pory. Przede wszystkim była to najlepsza rzeźba, jaką kiedykolwiek widział. Las to zdecydowanie osobliwe dziwne miejsce na stawianie rzeźb, zwłaszcza tak doskonale oddających wszystkie detale kobiecego ciała. Jeszcze bardziej zastanawiające albo nawet niepokojące było to, że postać wydawała się przed czymś uciekać, nawet dostrzegał w jej oczach przerażenie. Bez odpowiedzi pozostawało pytanie, co właściwie tutaj się stało.</p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Las to dość osobliwe miejsce na postawienie tutaj rzeźby, zwłaszcza tak doskonale odwzorowującej wszystkie detale.</span> — Zwrócił się do towarzyszącego mu Liefa, podczas obchodzenia tego posągu. Spojrzał w następnej chwili na młodszego mężczyznę, jakby chcąc poznać jego opinię na ten temat. Młody mógł mieć coś ciekawego do powiedzenia. Głupi przecież nie był.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Sebastian otrzymał od swojego znajomego będącego leśniczym informację o dziwnej... rzeczy w środku lasu znajdującego się nieopodal Londynu. Znajomy zapewnił go, że to powinno go zainteresować przez wzgląd, że to dotyczy wykonywanej przez niego pracy i że z tego względu tego nie pożałuje, jeśli się tam wybierze. Według słów swojego znajomego nie byłby pierwszym klątwołamaczem, który próbował zbadać to zjawisko. Postanowił tego nie zignorować i udać się we wskazane przez tego mężczyznę miejsce. Nie wyruszył jednak sam, zabierając ze sobą młodego klątwołamacza, Liefa. Miało to dla niego stanowić dodatkową praktykę zawodową.</p>
<p>Po dotarciu na miejscu, w którym znajdował się ten... obiekt, Sebastian postanowił go obejrzeć. Posąg wyglądał znacząco inaczej od wszystkich rzeźb, które widział do tej pory. Przede wszystkim była to najlepsza rzeźba, jaką kiedykolwiek widział. Las to zdecydowanie osobliwe dziwne miejsce na stawianie rzeźb, zwłaszcza tak doskonale oddających wszystkie detale kobiecego ciała. Jeszcze bardziej zastanawiające albo nawet niepokojące było to, że postać wydawała się przed czymś uciekać, nawet dostrzegał w jej oczach przerażenie. Bez odpowiedzi pozostawało pytanie, co właściwie tutaj się stało.</p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Las to dość osobliwe miejsce na postawienie tutaj rzeźby, zwłaszcza tak doskonale odwzorowującej wszystkie detale.</span> — Zwrócił się do towarzyszącego mu Liefa, podczas obchodzenia tego posągu. Spojrzał w następnej chwili na młodszego mężczyznę, jakby chcąc poznać jego opinię na ten temat. Młody mógł mieć coś ciekawego do powiedzenia. Głupi przecież nie był.</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[1972/wiosna/kwiecień/9 - Stanie Zoi]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1666</link>
			<pubDate>Sat, 29 Jul 2023 17:31:25 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=10">Mavelle Bones</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1666</guid>
			<description><![CDATA[<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content">W lesie nieopodal Londynu natrafiasz na naprawdę dziwną... rzecz? Czy to na pewno rzecz? Czy to na pewno posąg? Jeżeli tak, to najlepsza rzeźba, jaką kiedykolwiek widziałeś. Skamieniała postać wyglądająca tak, jakby przed czymś uciekała. W jej oczach widać prawdziwe przerażenie. Postać uderzona ostrą rzeczą krwawi, ale nie daje się w żaden sposób przesunąć z miejsca na stałe. Najwyraźniej będzie tkwiła w tym lesie przez wieczność.</div></div></div>
<br />
Las często skrywał wiele ciekawych rzeczy.<br />
  Tyle że najczęściej sprowadzało się to do odkrycia ładnej roślinki, młodych zwierząt, ptaków, które widziało się pierwszy raz w życiu, grzybów i tak dalej, i tak dalej, wymieniać można było długo. W końcu w takich gęstwinach naprawdę kryło się sporo rzeczy, również i takich, co nieszczególnie chciały ujrzeć światło dnia.<br />
  I o ile dla Mavelle las jako taki nie był czymś obcym – bo przecież dość często zapuszczała się w gęstwiny na spacery, zwłaszcza ze czworonogiem u boku, tak w tym przypadku, daleko była od przechadzek w celach odprężenia się, odetchnięcia od wszystkiego czy też najzwyczajniej w świecie – w celach przebieżki i utrzymania formy.<br />
  Zwłaszcza że zazwyczaj nie zapuszczała się do podlondyńskich lasów, a przynajmniej nie ostatnimi czasy, chyba że… służbowo. Tak. I tak też właśnie było tym razem; dotarło do biura zgłoszenie, że ktoś widział coś wybitnie podejrzanego w lesie. A raczej kogoś. Że niby to był jeden z poszukiwanych przez Ministerstwo gagatków – cóż, niektórym może łatwiej było ukryć się w ostępach aniżeli w miejskiej dżungli, zwłaszcza że w lasach nie było tylu tłumów, co na londyńskich ulicach. I owszem, nie każdy miał odwagę, żeby zbadać dokładniej sprawę – oczywiście nie należało mieć tego za złe. Bo właśnie od tego były ministerialne służby, prawda? Od sprawdzania i łapania; zwykli czarodzieje mieli swoje życie, którym mieli jak najbardziej prawo spokojnie żyć, a nie wplątywać się w mało bezpieczne sprawy.<br />
  Stąd też trafiła tutaj, próbując natknąć się na trop, i to całkiem dosłownie – nos Bonesów słynął ze swojej czułości, niczym u psów. Z tą różnicą, iż z członkiem rodu Bones zdecydowanie łatwiej było się porozumieć niż z czworonogiem, choćby był najprzyjaźniejszym psem na świecie. Mimo wszystko, futrzasty język mocno różnił się od tego używanego przez ludzi, więc… to nie było jednak takie proste, jak się mogłoby wydawać.<br />
  Szła spokojnie, z różdżką w dłoni, starając się mieć oczy szeroko otwarte, a najlepiej to mieć je najzwyczajniej w świecie dookoła głowy. I węszyła. Jak na razie, nie natrafiała na żadne wonie, które nie wpisywałyby się w to, co zwykle wyczuwa się w lesie, czyli przeważnie igliwie, a w przypadku Bones również i takie subtelności, jak zwierzyna czy charakterystyczne wonie roślin.<br />
  Cisza. Spokój. Ani widu, ani słychu delikwenta, ale za to w końcu natrafiła na… rzeźbę?<br />
  - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ki pieron...</span> – mruknęła pod nosem, zaciskając mocniej palce na różdżce. Zaczęła obchodzić ten dziwaczny posąg. I nie, nie znała się na sztuce rzeźbiarstwa, ale coś podpowiadało, że aż takie szczegóły nie powinny być możliwe. Chyba że twórca posągu był największym mistrzem, jakiego znał świat (tylko… co do cholery robił w środku lasu, kiedy powinien być na widoku?!) lub…<br />
  … może to nie posąg?<br />
  Cofnęła się o parę kroków i machnęła różdżką. Bez większego przekonania, ale lepiej dmuchać na zimne i po prostu sprawdzić.<br />
<br />
Rozproszenie<br />
[roll=Z]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content">W lesie nieopodal Londynu natrafiasz na naprawdę dziwną... rzecz? Czy to na pewno rzecz? Czy to na pewno posąg? Jeżeli tak, to najlepsza rzeźba, jaką kiedykolwiek widziałeś. Skamieniała postać wyglądająca tak, jakby przed czymś uciekała. W jej oczach widać prawdziwe przerażenie. Postać uderzona ostrą rzeczą krwawi, ale nie daje się w żaden sposób przesunąć z miejsca na stałe. Najwyraźniej będzie tkwiła w tym lesie przez wieczność.</div></div></div>
<br />
Las często skrywał wiele ciekawych rzeczy.<br />
  Tyle że najczęściej sprowadzało się to do odkrycia ładnej roślinki, młodych zwierząt, ptaków, które widziało się pierwszy raz w życiu, grzybów i tak dalej, i tak dalej, wymieniać można było długo. W końcu w takich gęstwinach naprawdę kryło się sporo rzeczy, również i takich, co nieszczególnie chciały ujrzeć światło dnia.<br />
  I o ile dla Mavelle las jako taki nie był czymś obcym – bo przecież dość często zapuszczała się w gęstwiny na spacery, zwłaszcza ze czworonogiem u boku, tak w tym przypadku, daleko była od przechadzek w celach odprężenia się, odetchnięcia od wszystkiego czy też najzwyczajniej w świecie – w celach przebieżki i utrzymania formy.<br />
  Zwłaszcza że zazwyczaj nie zapuszczała się do podlondyńskich lasów, a przynajmniej nie ostatnimi czasy, chyba że… służbowo. Tak. I tak też właśnie było tym razem; dotarło do biura zgłoszenie, że ktoś widział coś wybitnie podejrzanego w lesie. A raczej kogoś. Że niby to był jeden z poszukiwanych przez Ministerstwo gagatków – cóż, niektórym może łatwiej było ukryć się w ostępach aniżeli w miejskiej dżungli, zwłaszcza że w lasach nie było tylu tłumów, co na londyńskich ulicach. I owszem, nie każdy miał odwagę, żeby zbadać dokładniej sprawę – oczywiście nie należało mieć tego za złe. Bo właśnie od tego były ministerialne służby, prawda? Od sprawdzania i łapania; zwykli czarodzieje mieli swoje życie, którym mieli jak najbardziej prawo spokojnie żyć, a nie wplątywać się w mało bezpieczne sprawy.<br />
  Stąd też trafiła tutaj, próbując natknąć się na trop, i to całkiem dosłownie – nos Bonesów słynął ze swojej czułości, niczym u psów. Z tą różnicą, iż z członkiem rodu Bones zdecydowanie łatwiej było się porozumieć niż z czworonogiem, choćby był najprzyjaźniejszym psem na świecie. Mimo wszystko, futrzasty język mocno różnił się od tego używanego przez ludzi, więc… to nie było jednak takie proste, jak się mogłoby wydawać.<br />
  Szła spokojnie, z różdżką w dłoni, starając się mieć oczy szeroko otwarte, a najlepiej to mieć je najzwyczajniej w świecie dookoła głowy. I węszyła. Jak na razie, nie natrafiała na żadne wonie, które nie wpisywałyby się w to, co zwykle wyczuwa się w lesie, czyli przeważnie igliwie, a w przypadku Bones również i takie subtelności, jak zwierzyna czy charakterystyczne wonie roślin.<br />
  Cisza. Spokój. Ani widu, ani słychu delikwenta, ale za to w końcu natrafiła na… rzeźbę?<br />
  - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ki pieron...</span> – mruknęła pod nosem, zaciskając mocniej palce na różdżce. Zaczęła obchodzić ten dziwaczny posąg. I nie, nie znała się na sztuce rzeźbiarstwa, ale coś podpowiadało, że aż takie szczegóły nie powinny być możliwe. Chyba że twórca posągu był największym mistrzem, jakiego znał świat (tylko… co do cholery robił w środku lasu, kiedy powinien być na widoku?!) lub…<br />
  … może to nie posąg?<br />
  Cofnęła się o parę kroków i machnęła różdżką. Bez większego przekonania, ale lepiej dmuchać na zimne i po prostu sprawdzić.<br />
<br />
Rozproszenie<br />
[roll=Z]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[25.03.72, noc, las pod Londynem] Porozmawiajmy o przeklętych posągach]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1268</link>
			<pubDate>Sat, 08 Apr 2023 19:37:36 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=201">Cathal Shafiq</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1268</guid>
			<description><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono - Cathal Shafiq - osiągnięcie Pierwsze koty za płoty</div></div>
<br />
Musieli wyglądać dość dziwnie, gdy za pomocą kominka przemieścili się do punktu Fiuu w jednej z podlondyńskich miejscowości. Przynajmniej w oczach podpitego mugola, którego minęli po drodze do lasu. On, w eleganckim stroju i płaszczu, nieco przybrudzonym sadzą, ona w sukience, swoim okryciu (Shafiq zadbał, aby skrzat je dostarczył) i w kaloszach, absolutnie do tego stroju nie pasujących. Stroje te zresztą nie pasowały też do leśnej ścieżki i lasu, w który się zagłębili. Otaczały im ciemności, tym większe, że po niebie przesuwały się chmury, co rusz przysłaniając księżyc i gwiazdy. Gdy Cathal był pewny, że znikli już między drzewami i nie dostrzeże ich żaden mugol, wyciągnął różdżkę i oświetlił drogę lumos. Drugie ramię zaoferował Cynthii, może już trochę z przyzwyczajenia, może chcąc jej pomóc w nocnej wędrówce pośród leśnych chaszczy. <br />
Zasadniczo, ten spacer był skrajnie głupi i nieodpowiedzialny. Trudno powiedzieć, ze strony którego z nich bardziej – jej, bo weszła do podlondyńskiego lasu w środku nocy, z obcym mężczyzną, nie mówiąc nikomu, dokąd i z kim się wybiera, czy z jego, bo był starszy i w teorii powinien być mądrzejszy.<br />
Cathal jednak był tym człowiekiem, który wpakował się do podobno przeklętej świątyni, a w egipiskiej piramidzie został porwany przez ruchomą podłogę. Mały spacer po lesie przy takich rzeczach nie był niczym niezwykłym.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- No proszę, Ravi jednak nie okazał się wierutnym kłamcą. Dobrze, bo przy okazji i ja nie wyszedłem na mitomana. Gdybyś niczego nie znaleźli, prawdopodobnie pozostałoby mi spalić się ze wstydu </span>– stwierdził Shafiq, kiedy drzewa zaczęły się przerzedzać i ich oczom ukazała się polana. Świeża trawa dopiero zaczynała ją porastać. Tu i ówdzie pomiędzy nią dało się wciąż dostrzec zbutwiałe liście, pamiątki po zeszłorocznej jesieni. W jednym krańcu polany leżało obalone drzewo, pokryte mchem. W drugim natomiast… Chmury, z dużym wyczuciem dramatyzmu, przesunęły się, odsłaniając księżyc, a jego blade światło padło prosto na posąg dziewczyny, zastygłej w biegu. Jedną dłoń wyciągała przed siebie, jakby chcąc czegoś sięgnąć, druga pozostawała lekko ugięta w łokciu. Prawa stopa oparta na ziemi, lewa noga uniesiona, oba kolana lekko ugięte. Kamienne ubrania i włosy, poruszane przez pęd.<br />
Właściwie, z daleka, przez chwilę wydawało się, że to żadna rzeźba, żaden kamień – tylko zwykła dziewczyna, która z jakichś powodów znieruchomiała podczas biegu.<br />
Cathal ruszył w jej stronę, zafascynowany. Z bliska dało się już dostrzec, że owszem, to kamienny posąg, ale bez wątpienia dzieło mistrza. Rysy twarzy, wykrzywionej w przerażeniu, oddano z precyzją, jakiej nie powstydziłby się sam Michał Anioł.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Zdaje się, że zaraz ożyje i ruszy do biegu.</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono - Cathal Shafiq - osiągnięcie Pierwsze koty za płoty</div></div>
<br />
Musieli wyglądać dość dziwnie, gdy za pomocą kominka przemieścili się do punktu Fiuu w jednej z podlondyńskich miejscowości. Przynajmniej w oczach podpitego mugola, którego minęli po drodze do lasu. On, w eleganckim stroju i płaszczu, nieco przybrudzonym sadzą, ona w sukience, swoim okryciu (Shafiq zadbał, aby skrzat je dostarczył) i w kaloszach, absolutnie do tego stroju nie pasujących. Stroje te zresztą nie pasowały też do leśnej ścieżki i lasu, w który się zagłębili. Otaczały im ciemności, tym większe, że po niebie przesuwały się chmury, co rusz przysłaniając księżyc i gwiazdy. Gdy Cathal był pewny, że znikli już między drzewami i nie dostrzeże ich żaden mugol, wyciągnął różdżkę i oświetlił drogę lumos. Drugie ramię zaoferował Cynthii, może już trochę z przyzwyczajenia, może chcąc jej pomóc w nocnej wędrówce pośród leśnych chaszczy. <br />
Zasadniczo, ten spacer był skrajnie głupi i nieodpowiedzialny. Trudno powiedzieć, ze strony którego z nich bardziej – jej, bo weszła do podlondyńskiego lasu w środku nocy, z obcym mężczyzną, nie mówiąc nikomu, dokąd i z kim się wybiera, czy z jego, bo był starszy i w teorii powinien być mądrzejszy.<br />
Cathal jednak był tym człowiekiem, który wpakował się do podobno przeklętej świątyni, a w egipiskiej piramidzie został porwany przez ruchomą podłogę. Mały spacer po lesie przy takich rzeczach nie był niczym niezwykłym.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- No proszę, Ravi jednak nie okazał się wierutnym kłamcą. Dobrze, bo przy okazji i ja nie wyszedłem na mitomana. Gdybyś niczego nie znaleźli, prawdopodobnie pozostałoby mi spalić się ze wstydu </span>– stwierdził Shafiq, kiedy drzewa zaczęły się przerzedzać i ich oczom ukazała się polana. Świeża trawa dopiero zaczynała ją porastać. Tu i ówdzie pomiędzy nią dało się wciąż dostrzec zbutwiałe liście, pamiątki po zeszłorocznej jesieni. W jednym krańcu polany leżało obalone drzewo, pokryte mchem. W drugim natomiast… Chmury, z dużym wyczuciem dramatyzmu, przesunęły się, odsłaniając księżyc, a jego blade światło padło prosto na posąg dziewczyny, zastygłej w biegu. Jedną dłoń wyciągała przed siebie, jakby chcąc czegoś sięgnąć, druga pozostawała lekko ugięta w łokciu. Prawa stopa oparta na ziemi, lewa noga uniesiona, oba kolana lekko ugięte. Kamienne ubrania i włosy, poruszane przez pęd.<br />
Właściwie, z daleka, przez chwilę wydawało się, że to żadna rzeźba, żaden kamień – tylko zwykła dziewczyna, która z jakichś powodów znieruchomiała podczas biegu.<br />
Cathal ruszył w jej stronę, zafascynowany. Z bliska dało się już dostrzec, że owszem, to kamienny posąg, ale bez wątpienia dzieło mistrza. Rysy twarzy, wykrzywionej w przerażeniu, oddano z precyzją, jakiej nie powstydziłby się sam Michał Anioł.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Zdaje się, że zaraz ożyje i ruszy do biegu.</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[08.04.1972] Stanie Zoi || Samuel i Brenna]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1072</link>
			<pubDate>Mon, 06 Mar 2023 13:37:30 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=151">Samuel Carrow</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1072</guid>
			<description><![CDATA[<div style="text-align: right;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Rozliczono - Brenna Longbottom - Pierwsze koty za płoty</span></div>
<br />
<h1>las w okolicach Londynu</h1><br />
<br />
<p>Miał to być całkiem zwyczajny dzień. Jeden z wielu podobnych do siebie. Zachęcony wiosenną pogodą postanowił wyrwać się z warsztatu, w końcu i jemu należało się coś od życia. Miał ochotę złapać oddech i zaczerpnąć świeżego powietrza, na moment uciec z Londynu.</p>
<p>Postanowił się teleportować do lasu, który znajdował się niedaleko Londynu. Był tu częstym gościem, nikt naprawdę nie zdaje sobie sprawy ile skarbów można znaleźć w lesie. Ludzie wyrzucali tutaj naprawdę dziwne rzeczy. Nie wiedział dlaczego wybierali akurat las i zaśmiecali przy tym środowisko, ale korzystał z tej okoliczności.</p>
<p>Dzień był naprawdę całkiem przyjemny. Promienie słońca przebijały się przez gałęzie drzew, nie było to takie trudne, bo liście dopiero się zaczęły na nich pojawiać. Smauel szedł głębiej, sam właściwie nie wiedział czego szuka, jednak coś mu mówiło, żeby szedł dalej.</p>
<p>Sięgnął po mały, okrągły kamień, który znalazł się pod jego stopami. Był tak idealnie okrągły, że nie mógł się powstrzymać od sięgnięcia pod niego. Szedł dalej, podśpiewując sobie pod nosem i podrzucając ten kamyk w ręce. Zdecydowanie humor mu dopisywał.</p>
<p>Nagle coś przykuło jego uwagę. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- W mordę Merlina, ależ skarb.</span>- Ucieszył się ogromnie, gdy zobaczył posąg. W końcu nie zdarza się to zbyt często. Czyżby to był jego szczęśliwy dzień? Na pewno znajdzie się ktoś, kto zechce kupić taką rzeźbę. Była naprawdę realistycznie zrobiona, chyba nigdy w swoim życiu nie widział czegoś podobnego. Podszedł bliżej, aby przyjrzeć się jej z bliska.</p>
<p>Miał wrażenie, że ona się na niego patrzy. Jakby jej wzrok go przeszywał, poczuł się trochę nieswojo. Podrapał się po głowie i przeczesał palcami swoje jasne włosy. -<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Co to jest.</span>- Powiedział do siebie, miał bowiem wrażenie, że jednak nie jest to zwykła rzeźba. Miał przy sobie scyzoryk. Postanowił wyciągnąć go z kieszeni, przejechał ostrzem po posągu, jakby chciał z niego zdrapać pierwszą warstwę. Pojawiła się krew, na szczęście wybrał kawałek dłoni, a nie zaczął grzebać scyzorykiem w mniej odpowiednim miejscu. -<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> O chuj chodzi.</span>- Nadal gadał do siebie, nie do końca wiedział właściwie o co w tym wszystkim chodzi.</p>
<p>Odsunął się na kilka kroków, wziął do ręki różdżkę, może magia miała z tym wszystkim coś wspólnego? Machnął nią i burknął pod nosem zaklęcie.</p>
[roll=N]<br />
<p>Wtedy usłyszał krzyk. Odskoczył na moment, jednak posąg znowu był w miejscu. -<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> JA PIERDOOOOLE</span>- Krzyknął głośno. Czy miał już omamy? Czy te pierwsze promienie słońca za bardzo mu przygrzały, o co w tym wszystkim chodziło. Wiedział jednak jedno, że tak łatwo nie odpuści. Cofnął się o kilka kroków i rozbiegł, kopnął w posąg, jednak nic się nie wydarzyło poza tym, że zcząła go boleć stopa. -<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Kurwa jego mać.</span> Wtedy usłyszał jednak jakiś ruch, odwrócił się na pięcie i albo mu się wydawało, albo widział kobietę. -<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Nic nie robię, tylko tu stoję!</span>- Krzyknął w eter, chociaż właściwie nie wiedział dlaczego się tłumaczy.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="text-align: right;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Rozliczono - Brenna Longbottom - Pierwsze koty za płoty</span></div>
<br />
<h1>las w okolicach Londynu</h1><br />
<br />
<p>Miał to być całkiem zwyczajny dzień. Jeden z wielu podobnych do siebie. Zachęcony wiosenną pogodą postanowił wyrwać się z warsztatu, w końcu i jemu należało się coś od życia. Miał ochotę złapać oddech i zaczerpnąć świeżego powietrza, na moment uciec z Londynu.</p>
<p>Postanowił się teleportować do lasu, który znajdował się niedaleko Londynu. Był tu częstym gościem, nikt naprawdę nie zdaje sobie sprawy ile skarbów można znaleźć w lesie. Ludzie wyrzucali tutaj naprawdę dziwne rzeczy. Nie wiedział dlaczego wybierali akurat las i zaśmiecali przy tym środowisko, ale korzystał z tej okoliczności.</p>
<p>Dzień był naprawdę całkiem przyjemny. Promienie słońca przebijały się przez gałęzie drzew, nie było to takie trudne, bo liście dopiero się zaczęły na nich pojawiać. Smauel szedł głębiej, sam właściwie nie wiedział czego szuka, jednak coś mu mówiło, żeby szedł dalej.</p>
<p>Sięgnął po mały, okrągły kamień, który znalazł się pod jego stopami. Był tak idealnie okrągły, że nie mógł się powstrzymać od sięgnięcia pod niego. Szedł dalej, podśpiewując sobie pod nosem i podrzucając ten kamyk w ręce. Zdecydowanie humor mu dopisywał.</p>
<p>Nagle coś przykuło jego uwagę. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- W mordę Merlina, ależ skarb.</span>- Ucieszył się ogromnie, gdy zobaczył posąg. W końcu nie zdarza się to zbyt często. Czyżby to był jego szczęśliwy dzień? Na pewno znajdzie się ktoś, kto zechce kupić taką rzeźbę. Była naprawdę realistycznie zrobiona, chyba nigdy w swoim życiu nie widział czegoś podobnego. Podszedł bliżej, aby przyjrzeć się jej z bliska.</p>
<p>Miał wrażenie, że ona się na niego patrzy. Jakby jej wzrok go przeszywał, poczuł się trochę nieswojo. Podrapał się po głowie i przeczesał palcami swoje jasne włosy. -<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Co to jest.</span>- Powiedział do siebie, miał bowiem wrażenie, że jednak nie jest to zwykła rzeźba. Miał przy sobie scyzoryk. Postanowił wyciągnąć go z kieszeni, przejechał ostrzem po posągu, jakby chciał z niego zdrapać pierwszą warstwę. Pojawiła się krew, na szczęście wybrał kawałek dłoni, a nie zaczął grzebać scyzorykiem w mniej odpowiednim miejscu. -<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> O chuj chodzi.</span>- Nadal gadał do siebie, nie do końca wiedział właściwie o co w tym wszystkim chodzi.</p>
<p>Odsunął się na kilka kroków, wziął do ręki różdżkę, może magia miała z tym wszystkim coś wspólnego? Machnął nią i burknął pod nosem zaklęcie.</p>
[roll=N]<br />
<p>Wtedy usłyszał krzyk. Odskoczył na moment, jednak posąg znowu był w miejscu. -<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> JA PIERDOOOOLE</span>- Krzyknął głośno. Czy miał już omamy? Czy te pierwsze promienie słońca za bardzo mu przygrzały, o co w tym wszystkim chodziło. Wiedział jednak jedno, że tak łatwo nie odpuści. Cofnął się o kilka kroków i rozbiegł, kopnął w posąg, jednak nic się nie wydarzyło poza tym, że zcząła go boleć stopa. -<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Kurwa jego mać.</span> Wtedy usłyszał jednak jakiś ruch, odwrócił się na pięcie i albo mu się wydawało, albo widział kobietę. -<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Nic nie robię, tylko tu stoję!</span>- Krzyknął w eter, chociaż właściwie nie wiedział dlaczego się tłumaczy.</p>]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>