<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Stadion Quidditcha]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Sat, 18 Apr 2026 08:15:48 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[[6.10.72] Hope they bury us in good shoes]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5882</link>
			<pubDate>Sat, 21 Mar 2026 23:18:39 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=222">Louvain Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5882</guid>
			<description><![CDATA[<p>Jesienna mgła wciskała się między rzędy ławek i osiadała na wszystkim cienką, wilgotną warstwą. Louvain siedział na jednej z nich, lekko pochylony, z jedną nogą opartą wyżej, kiedy zapinał skórzane ochraniacze. Ruchy miał pewne, niemal mechaniczne. Wyćwiczone, powtarzane tyle razy, że nie wymagały już uwagi. To dobrze. Bo uwaga była dziś zasobem, którym nie zamierzał szastać. Palce przesunęły się po sprzączce, zacisnęły ją mocniej, niż było to konieczne. Skóra skrzypnęła cicho. Louvain na moment zatrzymał dłoń, jakby sprawdzał, czy napięcie w materiale odpowiada temu, które czuł pod nim. Nie odpowiadało. Oparł łokcie o uda i przez chwilę patrzył przed siebie, w mleczną pustkę stadionu. Trybuny ginęły w mgle, rozmyte, odległe, jak coś, co już dawno przestało mieć znaczenie. Kiedyś ta przestrzeń żyła, pulsowała hałasem dla niego, napięciem i oczekiwaniem. Teraz była tylko tłem. Może to i lepiej. Cisza była łatwiejsza do zniesienia niż słowa. Ich spotkania już od jakiegoś czasu nie należały do lekkich. Szczególnie dla niego. Zbyt wiele rzeczy zdążyło się nagromadzić, zbyt wiele tematów czekało na moment, w którym ktoś w końcu je poruszy. A Louvain wiedział, jak to się skończy. Jedno zdanie za dużo, jeden ton nie taki jak trzeba, i napięcie, które dotąd tylko krążyło pod powierzchnią, nagle znajdowało ujście. Dlatego potrzebowali czegoś pomiędzy. Kart, które zajmowały ręce, alkoholu, który rozwiązywał język, albo wysiłku, który zagłuszał wszystko inne. Dziś wybór padł na to ostatnie.</p>
<p>Louvain sięgnął po drugi ochraniacz, przeciągnął go przez łydkę i zaczął zapinać paski, wolniej niż poprzednio. Świadomie. Jakby każdy ruch miał odsunąć w czasie moment, w którym nie da się już udawać, że chodzi tylko o trening. Louvain, co zdarzało mu się rzadziej, niż sam byłby skłonny przyznać, był spięty jeszcze zanim padło jakiekolwiek słowo. Napięcie nie wynikało z obecności obok, do niej był przyzwyczajony, lecz z powagi tematów które same cisnęły się do głowy. Każdy z nich był zbyt poważny, zbyt naładowany napięciem, by dało się je zbyć półuśmiechem albo rzuconym od niechcenia kwaśnym komentarzem. Tym razem nie było miejsca na jego zwyczajowe zagrania, na lekkość udawaną tak długo, aż stawała się niemal przekonująca. Zwykle potrafił to rozbroić. Sprowadzić rozmowę do poziomu, na którym wszystko brzmiało mniej groźnie, mniej ostatecznie. Nawet Spaloną Noc, temat, który dla wielu był niemal nietykalny, obracał w sarkazm, w coś na granicy niepokojącego rozbawienia i przesadzonego entuzjazmu. Ale to działało tylko w jedną stronę. Atreus widział zbyt wiele. Przeżył zbyt wiele, by pozwolić, żeby takie rzeczy przykryć żartem, nawet jeśli ten żart był wygodny. Przy nim ta maska zawsze pękała szybciej, niż Louvain by chciał. A nie chciał sprawiać mu przykrości. Dlatego tym razem nie próbował nawet po nią sięgać. Zamiast tego sięgnął po coś bezpieczniejszego, coś właściwie dość regularnego. Coś, co pozwalało mówić, nie rozbierając się od razu do kości. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Jak po Mabon?</span></p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Jesienna mgła wciskała się między rzędy ławek i osiadała na wszystkim cienką, wilgotną warstwą. Louvain siedział na jednej z nich, lekko pochylony, z jedną nogą opartą wyżej, kiedy zapinał skórzane ochraniacze. Ruchy miał pewne, niemal mechaniczne. Wyćwiczone, powtarzane tyle razy, że nie wymagały już uwagi. To dobrze. Bo uwaga była dziś zasobem, którym nie zamierzał szastać. Palce przesunęły się po sprzączce, zacisnęły ją mocniej, niż było to konieczne. Skóra skrzypnęła cicho. Louvain na moment zatrzymał dłoń, jakby sprawdzał, czy napięcie w materiale odpowiada temu, które czuł pod nim. Nie odpowiadało. Oparł łokcie o uda i przez chwilę patrzył przed siebie, w mleczną pustkę stadionu. Trybuny ginęły w mgle, rozmyte, odległe, jak coś, co już dawno przestało mieć znaczenie. Kiedyś ta przestrzeń żyła, pulsowała hałasem dla niego, napięciem i oczekiwaniem. Teraz była tylko tłem. Może to i lepiej. Cisza była łatwiejsza do zniesienia niż słowa. Ich spotkania już od jakiegoś czasu nie należały do lekkich. Szczególnie dla niego. Zbyt wiele rzeczy zdążyło się nagromadzić, zbyt wiele tematów czekało na moment, w którym ktoś w końcu je poruszy. A Louvain wiedział, jak to się skończy. Jedno zdanie za dużo, jeden ton nie taki jak trzeba, i napięcie, które dotąd tylko krążyło pod powierzchnią, nagle znajdowało ujście. Dlatego potrzebowali czegoś pomiędzy. Kart, które zajmowały ręce, alkoholu, który rozwiązywał język, albo wysiłku, który zagłuszał wszystko inne. Dziś wybór padł na to ostatnie.</p>
<p>Louvain sięgnął po drugi ochraniacz, przeciągnął go przez łydkę i zaczął zapinać paski, wolniej niż poprzednio. Świadomie. Jakby każdy ruch miał odsunąć w czasie moment, w którym nie da się już udawać, że chodzi tylko o trening. Louvain, co zdarzało mu się rzadziej, niż sam byłby skłonny przyznać, był spięty jeszcze zanim padło jakiekolwiek słowo. Napięcie nie wynikało z obecności obok, do niej był przyzwyczajony, lecz z powagi tematów które same cisnęły się do głowy. Każdy z nich był zbyt poważny, zbyt naładowany napięciem, by dało się je zbyć półuśmiechem albo rzuconym od niechcenia kwaśnym komentarzem. Tym razem nie było miejsca na jego zwyczajowe zagrania, na lekkość udawaną tak długo, aż stawała się niemal przekonująca. Zwykle potrafił to rozbroić. Sprowadzić rozmowę do poziomu, na którym wszystko brzmiało mniej groźnie, mniej ostatecznie. Nawet Spaloną Noc, temat, który dla wielu był niemal nietykalny, obracał w sarkazm, w coś na granicy niepokojącego rozbawienia i przesadzonego entuzjazmu. Ale to działało tylko w jedną stronę. Atreus widział zbyt wiele. Przeżył zbyt wiele, by pozwolić, żeby takie rzeczy przykryć żartem, nawet jeśli ten żart był wygodny. Przy nim ta maska zawsze pękała szybciej, niż Louvain by chciał. A nie chciał sprawiać mu przykrości. Dlatego tym razem nie próbował nawet po nią sięgać. Zamiast tego sięgnął po coś bezpieczniejszego, coś właściwie dość regularnego. Coś, co pozwalało mówić, nie rozbierając się od razu do kości. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Jak po Mabon?</span></p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Stadion Quidditcha]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5839</link>
			<pubDate>Fri, 13 Mar 2026 19:41:50 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=210">Strażnik Tajemnic</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5839</guid>
			<description><![CDATA[<div class="locka"><h4>Stadion quidditcha</h4><br />
Jeden z kilku stadionów quidditcha na terenie Anglii, ulokowany na obrzeżach Londynu. Odbywają się na nim mecze Ligi, a także te mecze eliminacyjne Mistrzostw Świata, które mają miejsce w Wielkiej Brytanii. Narodowa drużyna quidditcha ma tutaj często organizowane treningi mające na celu przygotować ich zespół do nadchodzących zawodów. Zdarza się, że stadion służy także jako miejsce, w którym odbywają się ogólnokrajowe wydarzenia kulturowe pokroju wielkich koncertów zarówno rodzimych, jak i zagranicznych artystów.<br />
<br />
Placówka jest chroniona przed wzrokiem mugoli za pomocą niebywale wydajnych zaklęć maskujących i zwodzących; każda osoba niemagiczna, która się do niego zbliża, przypomina sobie, że powinna udać się gdzieś indziej. Poza samym boiskiem znajdują się tu także cztery wysokie trybuny mogące pomieścić do tysiąca widzów, szatnie zawodników, centrum konferencyjne oraz punkt Sieci Fiuu. </div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="locka"><h4>Stadion quidditcha</h4><br />
Jeden z kilku stadionów quidditcha na terenie Anglii, ulokowany na obrzeżach Londynu. Odbywają się na nim mecze Ligi, a także te mecze eliminacyjne Mistrzostw Świata, które mają miejsce w Wielkiej Brytanii. Narodowa drużyna quidditcha ma tutaj często organizowane treningi mające na celu przygotować ich zespół do nadchodzących zawodów. Zdarza się, że stadion służy także jako miejsce, w którym odbywają się ogólnokrajowe wydarzenia kulturowe pokroju wielkich koncertów zarówno rodzimych, jak i zagranicznych artystów.<br />
<br />
Placówka jest chroniona przed wzrokiem mugoli za pomocą niebywale wydajnych zaklęć maskujących i zwodzących; każda osoba niemagiczna, która się do niego zbliża, przypomina sobie, że powinna udać się gdzieś indziej. Poza samym boiskiem znajdują się tu także cztery wysokie trybuny mogące pomieścić do tysiąca widzów, szatnie zawodników, centrum konferencyjne oraz punkt Sieci Fiuu. </div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[18.09.1972] Arka Gdynia kurw... a nie, to chyba nie to.]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5827</link>
			<pubDate>Fri, 13 Mar 2026 18:21:56 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=442">Lorien Mulciber</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5827</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">18-09-1972 - pod wieczór, mecz Zjednoczonych z Puddlemere z Gargulcami z Gródka</div>
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://i.ibb.co/C3nHsW8R/obraz.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: obraz.png]" class="mycode_img" /></div>
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">To nie jest randka.</span><br />
Powtarzała w myślach pani Mulciber, a jej własne odbicie w lustrze uniosło kpiąco brwi. Oszukiwać to my, nie nas - chciała sobie samej odpowiedzieć, ale powstrzymała się. Zamiast tego wsmarowała w skórę pod żuchwą odrobinę więcej swoich jaśminowych perfum. Odbicie przewróciło oczami, ale odwróciła już wzrok. Ostatnimi czasy coraz trudniej jej było spojrzeć w lustro. Coraz częściej to coś czaiło się w kąciku oka, pojawiało na peryferiach widzenia. Zignorowała narastający niepokój - not today satan. Not today.<br />
Kot rozwalony na łóżku, miauczeniem zażądał jej uwagi, więc wzięła go na ręce. Wtuliła na moment policzek w miękkie futerko swojego pieszczocha. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">To nie jest randka, wiesz?</span>- Mruknęła cicho. Wiedział. Miauknął, po czym dziabnął ją w czubek nosa, bo kto to widział niewolić kota, który wcale nie chciał być podnoszony i tak naprawdę to od teraz wcale nie lubił głaskania. Wypuściła sierściucha z objęć. Co za niewdzięczny bydlak. Le Chat prychnął na nią w odpowiedzi, z pewnością doskonale słysząc co jego Pani sobie myśli.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">To nie jest randka.</span><br />
Pomyślała dobitnie, przebierając w szafie i próbując znaleźć coś, co jednocześnie pozwoli jej zniknąć w tłumie “kibiców” - zwłaszcza tych sezonowych, którzy przyszli się tylko pokazać z dobrej strony; a mimo wszystko… sprawi, że pan Moody zawiesi wzrok na niej odrobinę <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">dłużej</span>. Ale przecież to nie randka! <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">No weźże się kobieto w garść.</span> Ofuknęła się w myślach. To było… nawet nie biznesowe, a po prostu <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">koleżeńskie</span>… nie, nie koleżeńskie, przecież nie chciała się z nim kolegować… chyba, żeby przyjąć, że z definicji kolegowanie zakłada pójście po szalenie zapewne nudnym meczu do jakiejś małej knajpki, gdzie wypiliby jednego albo dwa drinki, nie więcej naprawdę, a potem… No może w drodze koleżeńskiego wyjątku pozwoliłaby się zaprosić do jego mieszkania, gdzie mógłby jej wytłumaczyć te wszystkie nudne różnice między manewrami w Quidditchu i system punktowy, albo czym jest karny rzut kaflem. No może i nawet by chwilę słuchała, póki znudzona nie zapytałaby czy ma trochę wina. Po winie podejmowało się przecież najlepsze decyzje. No i wtedy  może rzeczywiście mogliby się trochę zakolegować… Poznać odrobinę <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">bliżej</span>. Dużo bliżej. Wyciągnęła z szafy kolejną sukienkę - tą samą, którą miała ostatnio na spotkaniu z Hatim. Przypominała sobie, że wygląda w niej na wyjątkowo <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">wyemancypowanego elfa.</span> Nie. Nie ma mowy. Odrzuciła ją.<br />
Zrezygnowana wyrzuciła następnie z szafy szatę z dalece niestosownym gorsetem i dekoltem. No nie. Zbyt seksownie. Koszulę? Nie! To nie posiedzenie w Wizengamocie. Obcisła spódnica? Też odpadała. Nie chciała, żeby patrzył się na nią cały czas. Jeszcze by przegapił jakiś super ważny rzut i by musiała oglądać na omnikularach powtórkę. Albo nie daj Bogom tłumaczyć co kto komu podał i gość z którym numerem wrzucił piłkę przez obręcz. Zupełnie jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. Punkty to punkty, po co drążyć temat. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">To nie jest randka.</span><br />
Oświadczyła raz a dobrze do wszelkich swoich wyobrażeń, pojawiając się w umówionym miejscu i czasie -<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u"> to znaczy przy punkcie sieci fiuu na podlondyńskim stadionie dokładnie na dwadzieścia minut przed rozpoczęciem meczu.</span> Tak było… po prostu łatwiej. <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Spotkać się na miejscu</span> bez obaw, że jakiś zbyt wścibski służący zainteresuje się z kim pani Mulciber opuszcza posiadłość. Nie chciała żeby to brzmiało jak jakaś tajna schadzka, bo przecież to było zwykłe <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">spotkanie koleżeńskie.</span><br />
<br />
Porzuciła swój przepisowy urzędniczy mundurek na rzecz prostej, dość długiej sukienki. Skoro to nie była randka, to nie musiała się stroić prawda? Ale zadbała, żeby założyć pelerynkę ze złotym haftem pełnym roślinnych motywów. Na pewno znalazło się wśród nich sitowie czy tam pałki wodne, które jak rozumiała były emblematem Zjednoczonych z Puddlemere. We włosy wpięła… bardzo starą pamiątkę - złoty znicz, którego pewnego razu wykradł dla niej krukoński szukający. Jak mu tam było? Wood? Wright? Było w tym coś seksownego, gdy tak podleciał po meczu do trybun i dał złotą piłeczkę właśnie jej. I chociaż gość spał na każdej historii magii to chyba nawet przez krótki czas pozwoliła mu się adorować. Chyba. Nieważne. Nie mogła znicza nosić w szkole, ale teraz? Idealna okazja, żeby pokazać się z najlepszej strony jako bardzo zaangażowany kibic. Unieruchomiony w jej gęstych lokach przytrzymywał misterną fryzurę. Na nos nasunęła duże, ciemne okulary, żeby choć przez moment udawać, że jest tu “incognito”. <br />
<br />
Na stadionie panował… pewnie typowy dla tego typu miejsc harmider. Handlarze z budek z jedzeniem się przekrzykiwali, ktoś sprzedawał szaliki w jednym kolorze, ktoś inny szaliki w innym kolorze. Ludzie przepychali się do wejścia, machali biletami, szukali swoich znajomych pośród bezimiennej masy. <br />
Ktoś się zatrzymał.<br />
Przywitał. <br />
No i diabli wzięli jej przykrywkę. Skinęła głową, wymieniając parę uprzejmości (“Pani Mulciber, pani prywatnie czy będzie nam sędziował Wizengamot?” “Och nie, gdzieżbym śmiała, panie Travers! Prywatnie.”). <br />
Poszedł sobie. I dobrze. <br />
Człowiek się ukrywał, a tu go zaraz wszyscy demaskowali. <br />
Odetchnęła, po czym jeszcze raz spojrzała na swój srebrny kieszonkowy zegarek.<br />
No dobrze, zaraz tu pan Moody przyjdzie (chyba, że się rozmyślił. Oczywiście, że mógł się rozmyślić. Ale czy wystawiłby ją jak nastolatkę na randce? To nie była randka. No ale wystawiłby???), zajmą miejsce w loży. Z tego co się zorientowała mieli całkiem dobre bilety, co oznaczało, że mieli nieco więcej… prywatności. Nie żeby była im potrzebna, w końcu to tylko KOLEŻEŃSKIE WYJŚCIE NA MECZ. Nie randka. Żadna randka. Tak, dokładnie to sobie postanowiła - przeżyje to wszystko, bo nie takie rzeczy się przeżywało, a potem będzie można iść się napić, bo ich drużyna (komu kibicowali? Już zapomniała.) wygrała. Albo zalać smutek jeśli przegra. Plan bez wad.<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u"> Jeszcze będąc w domu wypisała czek - na kwotę wysoką. Odpowiednio wysoką, bo przecież chodziło o cele charytatywne.</span> A nuż się okaże, że dla największego darczyńcy będą dożywotnie bilety albo inne benefity? Mogłaby taki ofiarować wówczas panu Moody’emu w ramach kolejnego prezentu.<br />
<br />
Jej uwagę przykuło małe stoisko bukmacherskie. No może… W sumie nie zaszkodziło jeszcze obstawić jakiegoś wyniku, prawda? Nie znała się na tyle, żeby przewidywać dokładnie najbardziej opłacalne strategie, ale nawet stąd widziała swojego dalekiego kuzyna Prewetta, który leniwie liczył tokeny. Przygryzła delikatnie dolną wargę. Ostatecznie - zrezygnowała. Jeszcze sobie pan Moody pomyśli, że jest jakąś zapaloną hazardzistką!]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">18-09-1972 - pod wieczór, mecz Zjednoczonych z Puddlemere z Gargulcami z Gródka</div>
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://i.ibb.co/C3nHsW8R/obraz.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: obraz.png]" class="mycode_img" /></div>
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">To nie jest randka.</span><br />
Powtarzała w myślach pani Mulciber, a jej własne odbicie w lustrze uniosło kpiąco brwi. Oszukiwać to my, nie nas - chciała sobie samej odpowiedzieć, ale powstrzymała się. Zamiast tego wsmarowała w skórę pod żuchwą odrobinę więcej swoich jaśminowych perfum. Odbicie przewróciło oczami, ale odwróciła już wzrok. Ostatnimi czasy coraz trudniej jej było spojrzeć w lustro. Coraz częściej to coś czaiło się w kąciku oka, pojawiało na peryferiach widzenia. Zignorowała narastający niepokój - not today satan. Not today.<br />
Kot rozwalony na łóżku, miauczeniem zażądał jej uwagi, więc wzięła go na ręce. Wtuliła na moment policzek w miękkie futerko swojego pieszczocha. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">To nie jest randka, wiesz?</span>- Mruknęła cicho. Wiedział. Miauknął, po czym dziabnął ją w czubek nosa, bo kto to widział niewolić kota, który wcale nie chciał być podnoszony i tak naprawdę to od teraz wcale nie lubił głaskania. Wypuściła sierściucha z objęć. Co za niewdzięczny bydlak. Le Chat prychnął na nią w odpowiedzi, z pewnością doskonale słysząc co jego Pani sobie myśli.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">To nie jest randka.</span><br />
Pomyślała dobitnie, przebierając w szafie i próbując znaleźć coś, co jednocześnie pozwoli jej zniknąć w tłumie “kibiców” - zwłaszcza tych sezonowych, którzy przyszli się tylko pokazać z dobrej strony; a mimo wszystko… sprawi, że pan Moody zawiesi wzrok na niej odrobinę <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">dłużej</span>. Ale przecież to nie randka! <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">No weźże się kobieto w garść.</span> Ofuknęła się w myślach. To było… nawet nie biznesowe, a po prostu <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">koleżeńskie</span>… nie, nie koleżeńskie, przecież nie chciała się z nim kolegować… chyba, żeby przyjąć, że z definicji kolegowanie zakłada pójście po szalenie zapewne nudnym meczu do jakiejś małej knajpki, gdzie wypiliby jednego albo dwa drinki, nie więcej naprawdę, a potem… No może w drodze koleżeńskiego wyjątku pozwoliłaby się zaprosić do jego mieszkania, gdzie mógłby jej wytłumaczyć te wszystkie nudne różnice między manewrami w Quidditchu i system punktowy, albo czym jest karny rzut kaflem. No może i nawet by chwilę słuchała, póki znudzona nie zapytałaby czy ma trochę wina. Po winie podejmowało się przecież najlepsze decyzje. No i wtedy  może rzeczywiście mogliby się trochę zakolegować… Poznać odrobinę <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">bliżej</span>. Dużo bliżej. Wyciągnęła z szafy kolejną sukienkę - tą samą, którą miała ostatnio na spotkaniu z Hatim. Przypominała sobie, że wygląda w niej na wyjątkowo <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">wyemancypowanego elfa.</span> Nie. Nie ma mowy. Odrzuciła ją.<br />
Zrezygnowana wyrzuciła następnie z szafy szatę z dalece niestosownym gorsetem i dekoltem. No nie. Zbyt seksownie. Koszulę? Nie! To nie posiedzenie w Wizengamocie. Obcisła spódnica? Też odpadała. Nie chciała, żeby patrzył się na nią cały czas. Jeszcze by przegapił jakiś super ważny rzut i by musiała oglądać na omnikularach powtórkę. Albo nie daj Bogom tłumaczyć co kto komu podał i gość z którym numerem wrzucił piłkę przez obręcz. Zupełnie jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. Punkty to punkty, po co drążyć temat. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">To nie jest randka.</span><br />
Oświadczyła raz a dobrze do wszelkich swoich wyobrażeń, pojawiając się w umówionym miejscu i czasie -<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u"> to znaczy przy punkcie sieci fiuu na podlondyńskim stadionie dokładnie na dwadzieścia minut przed rozpoczęciem meczu.</span> Tak było… po prostu łatwiej. <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Spotkać się na miejscu</span> bez obaw, że jakiś zbyt wścibski służący zainteresuje się z kim pani Mulciber opuszcza posiadłość. Nie chciała żeby to brzmiało jak jakaś tajna schadzka, bo przecież to było zwykłe <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">spotkanie koleżeńskie.</span><br />
<br />
Porzuciła swój przepisowy urzędniczy mundurek na rzecz prostej, dość długiej sukienki. Skoro to nie była randka, to nie musiała się stroić prawda? Ale zadbała, żeby założyć pelerynkę ze złotym haftem pełnym roślinnych motywów. Na pewno znalazło się wśród nich sitowie czy tam pałki wodne, które jak rozumiała były emblematem Zjednoczonych z Puddlemere. We włosy wpięła… bardzo starą pamiątkę - złoty znicz, którego pewnego razu wykradł dla niej krukoński szukający. Jak mu tam było? Wood? Wright? Było w tym coś seksownego, gdy tak podleciał po meczu do trybun i dał złotą piłeczkę właśnie jej. I chociaż gość spał na każdej historii magii to chyba nawet przez krótki czas pozwoliła mu się adorować. Chyba. Nieważne. Nie mogła znicza nosić w szkole, ale teraz? Idealna okazja, żeby pokazać się z najlepszej strony jako bardzo zaangażowany kibic. Unieruchomiony w jej gęstych lokach przytrzymywał misterną fryzurę. Na nos nasunęła duże, ciemne okulary, żeby choć przez moment udawać, że jest tu “incognito”. <br />
<br />
Na stadionie panował… pewnie typowy dla tego typu miejsc harmider. Handlarze z budek z jedzeniem się przekrzykiwali, ktoś sprzedawał szaliki w jednym kolorze, ktoś inny szaliki w innym kolorze. Ludzie przepychali się do wejścia, machali biletami, szukali swoich znajomych pośród bezimiennej masy. <br />
Ktoś się zatrzymał.<br />
Przywitał. <br />
No i diabli wzięli jej przykrywkę. Skinęła głową, wymieniając parę uprzejmości (“Pani Mulciber, pani prywatnie czy będzie nam sędziował Wizengamot?” “Och nie, gdzieżbym śmiała, panie Travers! Prywatnie.”). <br />
Poszedł sobie. I dobrze. <br />
Człowiek się ukrywał, a tu go zaraz wszyscy demaskowali. <br />
Odetchnęła, po czym jeszcze raz spojrzała na swój srebrny kieszonkowy zegarek.<br />
No dobrze, zaraz tu pan Moody przyjdzie (chyba, że się rozmyślił. Oczywiście, że mógł się rozmyślić. Ale czy wystawiłby ją jak nastolatkę na randce? To nie była randka. No ale wystawiłby???), zajmą miejsce w loży. Z tego co się zorientowała mieli całkiem dobre bilety, co oznaczało, że mieli nieco więcej… prywatności. Nie żeby była im potrzebna, w końcu to tylko KOLEŻEŃSKIE WYJŚCIE NA MECZ. Nie randka. Żadna randka. Tak, dokładnie to sobie postanowiła - przeżyje to wszystko, bo nie takie rzeczy się przeżywało, a potem będzie można iść się napić, bo ich drużyna (komu kibicowali? Już zapomniała.) wygrała. Albo zalać smutek jeśli przegra. Plan bez wad.<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u"> Jeszcze będąc w domu wypisała czek - na kwotę wysoką. Odpowiednio wysoką, bo przecież chodziło o cele charytatywne.</span> A nuż się okaże, że dla największego darczyńcy będą dożywotnie bilety albo inne benefity? Mogłaby taki ofiarować wówczas panu Moody’emu w ramach kolejnego prezentu.<br />
<br />
Jej uwagę przykuło małe stoisko bukmacherskie. No może… W sumie nie zaszkodziło jeszcze obstawić jakiegoś wyniku, prawda? Nie znała się na tyle, żeby przewidywać dokładnie najbardziej opłacalne strategie, ale nawet stąd widziała swojego dalekiego kuzyna Prewetta, który leniwie liczył tokeny. Przygryzła delikatnie dolną wargę. Ostatecznie - zrezygnowała. Jeszcze sobie pan Moody pomyśli, że jest jakąś zapaloną hazardzistką!]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>