<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Walia]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Sat, 18 Apr 2026 02:41:48 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[[06.10.1972 Hannibal & Mona] Peckish]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5185</link>
			<pubDate>Wed, 01 Oct 2025 15:24:50 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=413">Hannibal Selwyn</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5185</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">06.10.1972, popołudnie<br />
Gellilydan, Walia</div>
<br />
Popołudniowe jesienne zimno i szarówka wisiały w powietrzu i miało się wrażenie, że wkradają się pod płaszcze, by ogrzać się ludzkim ciepłem albo całkiem bezinteresownie je odebrać, ale Mona była nieubłagana. Od pamiętnej wyprawy do lasu, nalegała na wspólne wyjścia na łono natury. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">“Przyda ci się świeże powietrze, a nie tylko wdychasz ten teatralny kurz!”, </span></span>mówiła. Dzisiaj zabrała go na pieszą wyprawę po chaszczach swego dzieciństwa. Snowdonia cieszyła się opinią miejsca romantycznego w swej surowej piękności i Hannibal byłby w stanie zrozumieć jego urok na kartach powieści albo w charakterze scenerii sztuki teatralnej. Na żywo jednak, choć faktycznie malownicza, była również wietrzna i pochmurna. <br />
<br />
Gdyby jeszcze wycieczka stanowiła okazję do przejażdżki motocyklem, młody Selwyn byłby całkiem zadowolony, ale podróż mugolskim środkiem transportu zajęłaby zdecydowanie zbyt długo, jak na piątkowe popołudnie. Teleportował się więc wraz z kuzynką, jak grzeczny chłopiec z porządnej czarodziejskiej rodziny. Nauczony doświadczeniami starszych kuzynów, zadbał o ubiór w ciemnych kolorach, ciepły szal i płaszcz, słusznie, jak się okazało, bo choć akurat w tym momencie nie padało, ziemia była wilgotna, a asfaltowa nawierzchnia mocno niekompletna. <br />
<br />
Wieś, w której kończyli trasę, okazała się dziurą zabitą dechami, gdzie unosił się zapach drobiu, a psy rozszczekały się, gdy weszli między zabudowania. Była zamieszkana przez mugoli i pozbawiona atrakcji, poza pubem i kościołem, bo pewnie na takim zadupiu nawet msze uchodziły za rozrywkę. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Nie rozumiem, czemu nie możemy tego świeżego powietrza i kontaktu z naturą zażywać chociażby w Maida Vale -</span> narzekał, wepchnąwszy ręce do kieszeni. Nie chciał wcale obrażać rodzinnych stron Mony, ale czy tu naprawdę musiało tak wiać? <br />
<br />
Jonathan pewnie powiedziałby, że zimne, mokre powietrze dobrze robi na cerę. Hannibal pocieszał się tą myślą, chociaż nie odmówił sobie złośliwego spostrzeżenia, że jakoś nie zauważył, by starszy kuzyn pasjami odwiedzał północne rejony Wielkiej Brytanii. <br />
Już miał zapytać, czy Jonathana i Roberta też tak ciąga po chaszczach, ale przyszło mu do głowy, że może jeżeli będzie miły, to Mona zlituje się nad nim i pozwoli im wcześniej wrócić do Dziurawego Kotła na grzane wino. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Spacerujemy i spacerujemy, a ty nie wspomniałaś nic o Icarusie, Mono -</span> zapytał więc uprzejmie, uważnie badając wyraz jej twarzy. Nie uśmiechał się, na wypadek, gdyby okazało się, że sprawy wcale nie idą tak, jakby sobie życzyła i należałoby wyrazić odpowiednio gorące oburzenie. Do własnego mieszkania wrócił dopiero po Mabon i od tamtej pory nie spotkał Prewetta na schodach, ale z drugiej strony, przed premierą “Ekstazy” wychodził i wracał do domu o tak dziwnych porach i nieraz tak zaaferowany lub wymęczony, że być może nawet, gdyby się minęli, nie zwróciłby uwagi. Kto wie, czy nadal mieszkali razem? A nawet, jeżeli nie, ile to tak naprawdę znaczyło?]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">06.10.1972, popołudnie<br />
Gellilydan, Walia</div>
<br />
Popołudniowe jesienne zimno i szarówka wisiały w powietrzu i miało się wrażenie, że wkradają się pod płaszcze, by ogrzać się ludzkim ciepłem albo całkiem bezinteresownie je odebrać, ale Mona była nieubłagana. Od pamiętnej wyprawy do lasu, nalegała na wspólne wyjścia na łono natury. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">“Przyda ci się świeże powietrze, a nie tylko wdychasz ten teatralny kurz!”, </span></span>mówiła. Dzisiaj zabrała go na pieszą wyprawę po chaszczach swego dzieciństwa. Snowdonia cieszyła się opinią miejsca romantycznego w swej surowej piękności i Hannibal byłby w stanie zrozumieć jego urok na kartach powieści albo w charakterze scenerii sztuki teatralnej. Na żywo jednak, choć faktycznie malownicza, była również wietrzna i pochmurna. <br />
<br />
Gdyby jeszcze wycieczka stanowiła okazję do przejażdżki motocyklem, młody Selwyn byłby całkiem zadowolony, ale podróż mugolskim środkiem transportu zajęłaby zdecydowanie zbyt długo, jak na piątkowe popołudnie. Teleportował się więc wraz z kuzynką, jak grzeczny chłopiec z porządnej czarodziejskiej rodziny. Nauczony doświadczeniami starszych kuzynów, zadbał o ubiór w ciemnych kolorach, ciepły szal i płaszcz, słusznie, jak się okazało, bo choć akurat w tym momencie nie padało, ziemia była wilgotna, a asfaltowa nawierzchnia mocno niekompletna. <br />
<br />
Wieś, w której kończyli trasę, okazała się dziurą zabitą dechami, gdzie unosił się zapach drobiu, a psy rozszczekały się, gdy weszli między zabudowania. Była zamieszkana przez mugoli i pozbawiona atrakcji, poza pubem i kościołem, bo pewnie na takim zadupiu nawet msze uchodziły za rozrywkę. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Nie rozumiem, czemu nie możemy tego świeżego powietrza i kontaktu z naturą zażywać chociażby w Maida Vale -</span> narzekał, wepchnąwszy ręce do kieszeni. Nie chciał wcale obrażać rodzinnych stron Mony, ale czy tu naprawdę musiało tak wiać? <br />
<br />
Jonathan pewnie powiedziałby, że zimne, mokre powietrze dobrze robi na cerę. Hannibal pocieszał się tą myślą, chociaż nie odmówił sobie złośliwego spostrzeżenia, że jakoś nie zauważył, by starszy kuzyn pasjami odwiedzał północne rejony Wielkiej Brytanii. <br />
Już miał zapytać, czy Jonathana i Roberta też tak ciąga po chaszczach, ale przyszło mu do głowy, że może jeżeli będzie miły, to Mona zlituje się nad nim i pozwoli im wcześniej wrócić do Dziurawego Kotła na grzane wino. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Spacerujemy i spacerujemy, a ty nie wspomniałaś nic o Icarusie, Mono -</span> zapytał więc uprzejmie, uważnie badając wyraz jej twarzy. Nie uśmiechał się, na wypadek, gdyby okazało się, że sprawy wcale nie idą tak, jakby sobie życzyła i należałoby wyrazić odpowiednio gorące oburzenie. Do własnego mieszkania wrócił dopiero po Mabon i od tamtej pory nie spotkał Prewetta na schodach, ale z drugiej strony, przed premierą “Ekstazy” wychodził i wracał do domu o tak dziwnych porach i nieraz tak zaaferowany lub wymęczony, że być może nawet, gdyby się minęli, nie zwróciłby uwagi. Kto wie, czy nadal mieszkali razem? A nawet, jeżeli nie, ile to tak naprawdę znaczyło?]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[01.09.1972] Po deszczu nad Walią]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4936</link>
			<pubDate>Wed, 25 Jun 2025 22:02:08 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=311">Guinevere McGonagall</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4936</guid>
			<description><![CDATA[<p>Nie była pewna ile czasu spędziła pochylona nad nieprzytomnym Liamem w namiocie, gdy już do niego dotarła. Deszcz zdążył już przestać wybijać miarowy rytm o płachtę namiotu, która była magicznie chroniona przed wodą z zewnątrz. Wokół panował bałagan, który nie był raczej podobny do raczej zorganizowanej Guinevere, po podłodze walały się zakrwawione chusty, czekające na uprzątnięcie i porządne ich wyczyszczenie, zresztą tak samo jak narzędzia. </p>
<p>Sam Liam wyglądał jakby spał na łóżku polowym, przykryty kocem. Jego oddech był miarowy, cokolwiek uzdrowicielka zrobiła, najwyraźniej była w stanie ustabilizować jego stan. Nie było to proste, jego noga była w opłakanym stanie, ale nie było to też nic, czego magia nie potrafiła naprawić – biorąc pod uwagę, że magimedycy potrafili przyszyć ucięte kończyny, albo odtworzyć usunięte kości… Rzecz jasna magia też miała swoje granice, ale chyba nie były postawione akurat tutaj. Na poplamionym krwią stole stał zresztą flakon w groteskowym kształcie kościotrupa i kilka innych buteleczek, a skrzyneczka Ginevere leżała na szafeczce obok, otwarta na oścież. Jej piękna, żłobiona w hieroglify różdżka znajdowała się zresztą tuż obok, a sama czarownica opierała się pośladkami o blat. Długie, ciemne, proste włosy, spięte niedbale na karku, wyglądały jakby chciały się uwolnić z tasiemki. Stała zresztą plecami do wejścia do namiotu, oczy miała zamknięte, przykryte przedramieniem. Dłoń drżała jej od niedawnego wysiłku. </p>
<p> <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jeden, dwa trzy.</span> Z początku liczyła uderzenia swojego serca, później przeszła do odmierzania oddechów, gdy uspokajała swoje ciało, ale też umysł. Takie operacje zawsze były stresujące. Musiała się spiąć, działać jak najszybciej i jak najbardziej dokładnie, nie było w tym miejsca na błędy – ale ten cały stres wychodził z człowieka później, gdy już było po wszystkim. </p>
<p>Tak jak teraz. </p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Nie była pewna ile czasu spędziła pochylona nad nieprzytomnym Liamem w namiocie, gdy już do niego dotarła. Deszcz zdążył już przestać wybijać miarowy rytm o płachtę namiotu, która była magicznie chroniona przed wodą z zewnątrz. Wokół panował bałagan, który nie był raczej podobny do raczej zorganizowanej Guinevere, po podłodze walały się zakrwawione chusty, czekające na uprzątnięcie i porządne ich wyczyszczenie, zresztą tak samo jak narzędzia. </p>
<p>Sam Liam wyglądał jakby spał na łóżku polowym, przykryty kocem. Jego oddech był miarowy, cokolwiek uzdrowicielka zrobiła, najwyraźniej była w stanie ustabilizować jego stan. Nie było to proste, jego noga była w opłakanym stanie, ale nie było to też nic, czego magia nie potrafiła naprawić – biorąc pod uwagę, że magimedycy potrafili przyszyć ucięte kończyny, albo odtworzyć usunięte kości… Rzecz jasna magia też miała swoje granice, ale chyba nie były postawione akurat tutaj. Na poplamionym krwią stole stał zresztą flakon w groteskowym kształcie kościotrupa i kilka innych buteleczek, a skrzyneczka Ginevere leżała na szafeczce obok, otwarta na oścież. Jej piękna, żłobiona w hieroglify różdżka znajdowała się zresztą tuż obok, a sama czarownica opierała się pośladkami o blat. Długie, ciemne, proste włosy, spięte niedbale na karku, wyglądały jakby chciały się uwolnić z tasiemki. Stała zresztą plecami do wejścia do namiotu, oczy miała zamknięte, przykryte przedramieniem. Dłoń drżała jej od niedawnego wysiłku. </p>
<p> <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jeden, dwa trzy.</span> Z początku liczyła uderzenia swojego serca, później przeszła do odmierzania oddechów, gdy uspokajała swoje ciało, ale też umysł. Takie operacje zawsze były stresujące. Musiała się spiąć, działać jak najszybciej i jak najbardziej dokładnie, nie było w tym miejsca na błędy – ale ten cały stres wychodził z człowieka później, gdy już było po wszystkim. </p>
<p>Tak jak teraz. </p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[01.09.72] Deszcz nad Walią]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4706</link>
			<pubDate>Wed, 09 Apr 2025 09:07:24 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=201">Cathal Shafiq</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4706</guid>
			<description><![CDATA[Zbierało się na deszcz.<br />
Nic nadzwyczajnego w Walii, a zabezpieczanie niektórych części wykopalisk przed warunkami pogodowymi stało się już swego rodzaju rutyną, ale teraz pogoda zmieniła się nagle, ledwo po tym jak ekipa, pracująca w części wioski wciąż pochłoniętej przez ziemię, dogrzebała się w pobliżu murów do czegoś potencjalnie obiecującego. Cathal został wyciągnięty z podziemnych pracowni Augustusa ze względu na zabezpieczające znalezisko pieczęcie, i gdy szedł przez wioskę, wytyczonym starannie za pomocą taśm szlakiem – wyznaczającym miejsca, na których nie było już na pewno pułapek, klątw i na których raczej nie zadeptasz przypadkiem jakiegoś szkieletu albo cennych znalezisk – trwała tam już gorączkowa krzątanina. Ktoś rzucał zaklęcia, ktoś rozwijał płachty, ktoś inny zabezpieczał brzegi rumowiska, powstałego świeżo podczas wykopków, by przypadkiem deszcz czegoś nie zmył i uszkodził znaleziska. <br />
Cathal powinien być podekscytowany, ale myślał głównie o tym, jak bardzo chce się mu palić. Nie mógł sięgać po tytoń na samym obszarze wioski, a ściągnęli go akurat, kiedy zamierzał zrobić sobie przerwę na papierosa. Poza tym w głowie wciąż i wciąż odtwarzał runy, które pokrywały jedną ze ścian w podziemiach, i ten obraz, pojawiający się pod jego powiekami ilekroć zamknął oczy, prawie doprowadzał go do szaleństwa.<br />
Nie miały żadnego sensu.<br />
Musiały mieć jakiś sens.<br />
Musiał odkryć, jaki mając sens.<br />
Niektóre z nich przypominały te, które znaleźli w wiosce, „wskazanej” przez Cassandrę…<br />
Myśli plątały się, niespokojne, tysiące run i pieczęci tańczyły Shafiqowi przed oczyma, tak że w pierwszej chwili nie zwrócił nawet uwagi na Timmy’ego Tima, który zajmował się głównie ostrożnym wydobywaniem fragmentów ruin spod piasku.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> – Ziemia do Shafiqa!</span> – zawołał, trącając go w ramię. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> – Na mój gust dobijamy się do miejsca, gdzie była brama w tych murach, a to znaczy, że może tam być coś paskudnego.</span><br />
<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czy coś się dzieje?</span><br />
1 – na razie nic<br />
2 – coś wybucha i robi krzywdę komuś z pracowników<br />
3 – któremuś pracownikowi odbija<br />
<br />
[roll=1d3]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Zbierało się na deszcz.<br />
Nic nadzwyczajnego w Walii, a zabezpieczanie niektórych części wykopalisk przed warunkami pogodowymi stało się już swego rodzaju rutyną, ale teraz pogoda zmieniła się nagle, ledwo po tym jak ekipa, pracująca w części wioski wciąż pochłoniętej przez ziemię, dogrzebała się w pobliżu murów do czegoś potencjalnie obiecującego. Cathal został wyciągnięty z podziemnych pracowni Augustusa ze względu na zabezpieczające znalezisko pieczęcie, i gdy szedł przez wioskę, wytyczonym starannie za pomocą taśm szlakiem – wyznaczającym miejsca, na których nie było już na pewno pułapek, klątw i na których raczej nie zadeptasz przypadkiem jakiegoś szkieletu albo cennych znalezisk – trwała tam już gorączkowa krzątanina. Ktoś rzucał zaklęcia, ktoś rozwijał płachty, ktoś inny zabezpieczał brzegi rumowiska, powstałego świeżo podczas wykopków, by przypadkiem deszcz czegoś nie zmył i uszkodził znaleziska. <br />
Cathal powinien być podekscytowany, ale myślał głównie o tym, jak bardzo chce się mu palić. Nie mógł sięgać po tytoń na samym obszarze wioski, a ściągnęli go akurat, kiedy zamierzał zrobić sobie przerwę na papierosa. Poza tym w głowie wciąż i wciąż odtwarzał runy, które pokrywały jedną ze ścian w podziemiach, i ten obraz, pojawiający się pod jego powiekami ilekroć zamknął oczy, prawie doprowadzał go do szaleństwa.<br />
Nie miały żadnego sensu.<br />
Musiały mieć jakiś sens.<br />
Musiał odkryć, jaki mając sens.<br />
Niektóre z nich przypominały te, które znaleźli w wiosce, „wskazanej” przez Cassandrę…<br />
Myśli plątały się, niespokojne, tysiące run i pieczęci tańczyły Shafiqowi przed oczyma, tak że w pierwszej chwili nie zwrócił nawet uwagi na Timmy’ego Tima, który zajmował się głównie ostrożnym wydobywaniem fragmentów ruin spod piasku.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> – Ziemia do Shafiqa!</span> – zawołał, trącając go w ramię. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> – Na mój gust dobijamy się do miejsca, gdzie była brama w tych murach, a to znaczy, że może tam być coś paskudnego.</span><br />
<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czy coś się dzieje?</span><br />
1 – na razie nic<br />
2 – coś wybucha i robi krzywdę komuś z pracowników<br />
3 – któremuś pracownikowi odbija<br />
<br />
[roll=1d3]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[5.09.1972] Ribcage | Cynthia, Rodolphus]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4329</link>
			<pubDate>Wed, 01 Jan 2025 15:29:48 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=369">Rodolphus Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4329</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">5 września 1972, południe<br />
Dom Rodolphusa -&gt; Walia, Aberystwyth</div>
<br />
<div class="ramka">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><a href="https://www.youtube.com/watch?v=l8Bhlg16d8E" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Used to be, I had light,<br />
I had fire in my chest,<br />
Oh but now I'm all out,<br />
And I've got nothing left.</a></div></div>
<br />
Czy czuł się źle z tym, że w liście podał Cynthii Flint najpierw swój własny adres, zamiast spotkać się z nią na miejscu? Być może gdzieś z tyłu mózgu gniotło go nieprzyjemne uczucie, podnoszące głosik, iż skoro zdecydował się zaufać blondynce kilka miesięcy temu, to nie powinien nakładać na ich spotkania dodatkowych środków ostrożności. Lecz jakże miał tego nie robić, skoro Robert nie żył, a to właśnie on polecił Cynthię do współpracy, i wszystko się posypało? W chwili, gdy Mulciberowi zaczęło odwalać, a jego paranoja pochłonęła doszczętnie jego <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">psyche</span>, Lestrange zwątpił. Zwątpił na tyle poważnie, że sam wpadł w tę pułapkę, z której Roberta uratowała jedynie śmierć. Czy i jego to czekało: tego nie wiedział. Mógł podążać wieloma ścieżkami, lecz kresu żadnej z nich nie widział. Wiedział jednak, że w przypadku zarówno Flint, jak i istnienia swojego laboratorium, musiał być bardziej niż ostrożny. Polecił ją Mulciber: należało więc upewnić się, że między nimi nic się nie zmieniło, że wspólne ustalenia zostały takie same. No i skoro powiedział A, wypadałoby powiedzieć B - skusił blondynkę obietnicą wnikliwych, nie do końca legalnych badań. Przyciągnął ją do siebie, kusząc czymś, czego nie mogło dać jej Ministerstwo. Czy to jednak wystarczy, by trzymała język za zębami? <br />
<br />
Adres, który Rodolphus podał Cynthii, znajdował się w Little Hangleton. Był to domek, całkiem urokliwy, nie do końca pasujący do aparycji ascetycznego Lestrange'a: to był niewielki, piętrowy budynek, wzniesiony w stylu klasycznym. Fasada budynku pokryta jest delikatnym, pastelowym tynkiem, a dach wykończono ciemniejszą dachówką. Okna ozdobione są białymi ramami, a w niektórych z nich można dostrzec puste doniczki. Z tyłu domku rozciąga się malowniczy ogródek, w którym rosną różnorodne kwiaty i krzewy, a także zioła. Jest to idealne miejsce do relaksu — znajduje się tu drewniany taras z meblami ogrodowymi. Ogród otoczony jest niskim płotem, co zapewnia prywatność i względny spokój. Widać, że dba o niego doświadczony ogrodnik, szczególnie jeżeli wziąć pod uwagę niechęć Lestrange'a do kwiatów. Po obu stronach drzwi znajdowały się kinkiety ze świecami, które rzucały przyjemnie miękkie, ciepłe światło na klamkę. We wrześniu noc zapadała dużo szybciej, niż w sierpniu, z tego też powodu płomień palił się już o tej porze.<br />
<br />
Było południe, w Little Hangleton panował spokój. Nikt nie kręcił się między domkami, psy nie szczekały ostrzegawczo, gdy Cynthia pojawiła się na ganku przed drzwiami Rodolphusa. Drewno nie skrzypnęło, gdy postawiła pierwszy krok na deskach. Zupełnie tak, jakby w środku nikogo nie było. Nie widziała mignięć cieni za firankami, nie widziała dymu unoszącego się z komina. Nie widziała nikogo na zewnątrz, lecz mimo tej tajemniczej pustki i ciszy: dom nie wydawał się upiorny i odstręczający. I to na pewno był adres, który podał jej Lestrange.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">5 września 1972, południe<br />
Dom Rodolphusa -&gt; Walia, Aberystwyth</div>
<br />
<div class="ramka">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><a href="https://www.youtube.com/watch?v=l8Bhlg16d8E" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Used to be, I had light,<br />
I had fire in my chest,<br />
Oh but now I'm all out,<br />
And I've got nothing left.</a></div></div>
<br />
Czy czuł się źle z tym, że w liście podał Cynthii Flint najpierw swój własny adres, zamiast spotkać się z nią na miejscu? Być może gdzieś z tyłu mózgu gniotło go nieprzyjemne uczucie, podnoszące głosik, iż skoro zdecydował się zaufać blondynce kilka miesięcy temu, to nie powinien nakładać na ich spotkania dodatkowych środków ostrożności. Lecz jakże miał tego nie robić, skoro Robert nie żył, a to właśnie on polecił Cynthię do współpracy, i wszystko się posypało? W chwili, gdy Mulciberowi zaczęło odwalać, a jego paranoja pochłonęła doszczętnie jego <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">psyche</span>, Lestrange zwątpił. Zwątpił na tyle poważnie, że sam wpadł w tę pułapkę, z której Roberta uratowała jedynie śmierć. Czy i jego to czekało: tego nie wiedział. Mógł podążać wieloma ścieżkami, lecz kresu żadnej z nich nie widział. Wiedział jednak, że w przypadku zarówno Flint, jak i istnienia swojego laboratorium, musiał być bardziej niż ostrożny. Polecił ją Mulciber: należało więc upewnić się, że między nimi nic się nie zmieniło, że wspólne ustalenia zostały takie same. No i skoro powiedział A, wypadałoby powiedzieć B - skusił blondynkę obietnicą wnikliwych, nie do końca legalnych badań. Przyciągnął ją do siebie, kusząc czymś, czego nie mogło dać jej Ministerstwo. Czy to jednak wystarczy, by trzymała język za zębami? <br />
<br />
Adres, który Rodolphus podał Cynthii, znajdował się w Little Hangleton. Był to domek, całkiem urokliwy, nie do końca pasujący do aparycji ascetycznego Lestrange'a: to był niewielki, piętrowy budynek, wzniesiony w stylu klasycznym. Fasada budynku pokryta jest delikatnym, pastelowym tynkiem, a dach wykończono ciemniejszą dachówką. Okna ozdobione są białymi ramami, a w niektórych z nich można dostrzec puste doniczki. Z tyłu domku rozciąga się malowniczy ogródek, w którym rosną różnorodne kwiaty i krzewy, a także zioła. Jest to idealne miejsce do relaksu — znajduje się tu drewniany taras z meblami ogrodowymi. Ogród otoczony jest niskim płotem, co zapewnia prywatność i względny spokój. Widać, że dba o niego doświadczony ogrodnik, szczególnie jeżeli wziąć pod uwagę niechęć Lestrange'a do kwiatów. Po obu stronach drzwi znajdowały się kinkiety ze świecami, które rzucały przyjemnie miękkie, ciepłe światło na klamkę. We wrześniu noc zapadała dużo szybciej, niż w sierpniu, z tego też powodu płomień palił się już o tej porze.<br />
<br />
Było południe, w Little Hangleton panował spokój. Nikt nie kręcił się między domkami, psy nie szczekały ostrzegawczo, gdy Cynthia pojawiła się na ganku przed drzwiami Rodolphusa. Drewno nie skrzypnęło, gdy postawiła pierwszy krok na deskach. Zupełnie tak, jakby w środku nikogo nie było. Nie widziała mignięć cieni za firankami, nie widziała dymu unoszącego się z komina. Nie widziała nikogo na zewnątrz, lecz mimo tej tajemniczej pustki i ciszy: dom nie wydawał się upiorny i odstręczający. I to na pewno był adres, który podał jej Lestrange.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[10.08.72, Walia] Gdzie żyje krew Blackwoodów]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4128</link>
			<pubDate>Thu, 31 Oct 2024 13:02:48 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=201">Cathal Shafiq</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4128</guid>
			<description><![CDATA[<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zaczyna się od snu.<br />
Chodzisz po brzegu jeziora, otoczonego przez drzewa, rosnące tak gęsto, że ciężko byłoby się między nimi przedrzeć. Brzegi porastają rośliny, których nie rozpoznajesz, ale nie masz wątpliwości – przynajmniej niektóre z nich są magiczne, wilgotne od niedawnego deszczu.<br />
Księżyc odbija się w powietrzu jeziora.<br />
Odbija się w nim też twoja twarz.<br />
Tylko to już nie jest twoja twarz.<br />
Z wody spogląda na ciebie Cassandra Blackwood.</span><br />
*<br />
<br />
To był tylko sen.<br />
Wracał czasem, ilekroć Ginewra sypiała w obozie w pobliżu wykopalisk, i przypominała sobie o nim w niespodziewanych momentach – kiedy krążyła po wrzosowiskach, kiedy poddawali oględzinom przedmioty, znalezione w jednym z domów, gdy znaleźli ścianę, na której uwieczniono kiedyś drzewo genealogiczne Blackwoodów, tak zniszczone, że wymagało prac, aby w ogóle coś z niego odczytać. Utkwił w pamięci niby drzazga pod paznokciem. Kolejne szkice wyłaniały się pod ołówka, każdy kolejny coraz bardziej udany, przedstawiając miejsce – które przecież nie istniało, prawda? Nic dziwnego, że sprawa Cassandry poruszała wyobraźnię.<br />
Aż Thomas Figg, ściągnięty, by sprawdzić jeden z przedmiotów, znalezionych na wykopaliskach, pod kątem klątw, zauważył któryś ze szkiców i stwierdził, że znał to miejsce. Jezioro znajdowało się w lesie, w którym kiedyś zdejmował jakąś klątwę – w pobliżu znajdowała się wioska, obecnie mugolska, ale w pobliżu której żyło także paru czarodziejów.<br />
*<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Chcecie podpytać najpierw w wiosce i rozejrzeć się w pobliżu, czy od razu wchodzimy do lasu?</span> – spytał Cathal Shafiq, gdy Thomas teleportował ich na zalesione wzgórze, górujące nad wioską, gdzie nikt nie powinien zauważyć nagłego pojawienia się o świcie trzech postaci. Niemal natychmiast wyciągnął papierosa i odpalił go różdżką. Zaciągnął się dymem i spojrzał w dół, ku rozsianym po okolicy zabudowaniom – trochę domów, trochę budynków, które wyglądały na opuszczone i niszczejące, w oddali nieduży cmentarz, pewnie stary, sądząc po stanie ogrodzenia. Pogrążył się w zamyśleniu, przez moment skupiony tylko na tym widoku, zapisującym się w pamięci i na porównywaniu go z setkami innych, brytyjskich wsi.<br />
Cathal niezbyt wierzył w symbole, omeny i wróżbiarstwo. Jednocześnie jednak nie miał zamiaru przegapić niczego, co mogło odnosić się do Blackwoodów. Wolał to sprawdzić niż potem pluć sobie w brodę.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zaczyna się od snu.<br />
Chodzisz po brzegu jeziora, otoczonego przez drzewa, rosnące tak gęsto, że ciężko byłoby się między nimi przedrzeć. Brzegi porastają rośliny, których nie rozpoznajesz, ale nie masz wątpliwości – przynajmniej niektóre z nich są magiczne, wilgotne od niedawnego deszczu.<br />
Księżyc odbija się w powietrzu jeziora.<br />
Odbija się w nim też twoja twarz.<br />
Tylko to już nie jest twoja twarz.<br />
Z wody spogląda na ciebie Cassandra Blackwood.</span><br />
*<br />
<br />
To był tylko sen.<br />
Wracał czasem, ilekroć Ginewra sypiała w obozie w pobliżu wykopalisk, i przypominała sobie o nim w niespodziewanych momentach – kiedy krążyła po wrzosowiskach, kiedy poddawali oględzinom przedmioty, znalezione w jednym z domów, gdy znaleźli ścianę, na której uwieczniono kiedyś drzewo genealogiczne Blackwoodów, tak zniszczone, że wymagało prac, aby w ogóle coś z niego odczytać. Utkwił w pamięci niby drzazga pod paznokciem. Kolejne szkice wyłaniały się pod ołówka, każdy kolejny coraz bardziej udany, przedstawiając miejsce – które przecież nie istniało, prawda? Nic dziwnego, że sprawa Cassandry poruszała wyobraźnię.<br />
Aż Thomas Figg, ściągnięty, by sprawdzić jeden z przedmiotów, znalezionych na wykopaliskach, pod kątem klątw, zauważył któryś ze szkiców i stwierdził, że znał to miejsce. Jezioro znajdowało się w lesie, w którym kiedyś zdejmował jakąś klątwę – w pobliżu znajdowała się wioska, obecnie mugolska, ale w pobliżu której żyło także paru czarodziejów.<br />
*<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Chcecie podpytać najpierw w wiosce i rozejrzeć się w pobliżu, czy od razu wchodzimy do lasu?</span> – spytał Cathal Shafiq, gdy Thomas teleportował ich na zalesione wzgórze, górujące nad wioską, gdzie nikt nie powinien zauważyć nagłego pojawienia się o świcie trzech postaci. Niemal natychmiast wyciągnął papierosa i odpalił go różdżką. Zaciągnął się dymem i spojrzał w dół, ku rozsianym po okolicy zabudowaniom – trochę domów, trochę budynków, które wyglądały na opuszczone i niszczejące, w oddali nieduży cmentarz, pewnie stary, sądząc po stanie ogrodzenia. Pogrążył się w zamyśleniu, przez moment skupiony tylko na tym widoku, zapisującym się w pamięci i na porównywaniu go z setkami innych, brytyjskich wsi.<br />
Cathal niezbyt wierzył w symbole, omeny i wróżbiarstwo. Jednocześnie jednak nie miał zamiaru przegapić niczego, co mogło odnosić się do Blackwoodów. Wolał to sprawdzić niż potem pluć sobie w brodę.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[19.06.72, wykopaliska w Walii] Klątwa Blackwooda]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3715</link>
			<pubDate>Sat, 03 Aug 2024 16:47:17 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=201">Cathal Shafiq</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3715</guid>
			<description><![CDATA[Wykopaliska w Walii rozpoczęły się na dobre wiosną tego roku – po tym, jak teren przejęto od mugoli, którzy natknęli się na ruiny, a potem zaczęli wpadać w czarodziejskie pułapki i obrywać klątwami. Po kilku miesięcy udało się odsłonić większość ruin wioski, zasypanej pod ziemią dobre kilkaset lat temu, i skrywającej tajemnice mieszkającej tutaj czarodziejskiej społeczności, najwyraźniej odciętej od reszty magicznego świata.<br />
Po kilku miesiącach tych prac Cathal wiedział też, że tutejsze sekrety są dużo większe niż ktokolwiek – w tym on – się spodziewał. Intrygowało go to. Wprawiało niemalże w podekscytowanie, a Shafiq nie był człowiekiem łatwo ulegającemu emocjom, wręcz przeciwnie, miewał skłonności raczej do znudzenia, może po części przez swoją chorobę. I właśnie o wiosce rozmyślał, stojąc na jednym z wzgórz, które ją otaczały. Za jego plecami, w dolinie, za zrujnowanym murem znajdowały się resztki zabudowań. Na innym wzgórzu, na granicy lasu, rozłożono obozowisko pracowników. A z drugiej strony wzniesienia ciągnęły się wrzosowiska, o tej porze roku jeszcze nie rozkwitające.<br />
Przez wrzosowiska ciągnęły się zabezpieczenia, mające zagwarantować, że żaden mugol ani czarodziej nie wejdzie ot tak do wioski, niczego nie zniszczy i przy okazji sam się nie zabije.<br />
Gdzieś na wrzosowiskach znajdowało się i sześć filarów, otaczających wioskę.<br />
Cathal przymknął oczy i wydmuchał kłąb dymu. Kawa i papierosy, te dwa nałogi pomagały mu zapanować nad umysłem, nie zawsze posłusznym. Myśli płynęły leniwie, przetwarzając obrazy z wioski i odruchowo porównując je z treściami starych ksiąg, z tym wszystkim, co zobaczył podczas prac w innych krajach, z dźwiękiem słów wypowiadanych przez innych archeologów, z którymi rozmawiał w przeszłości i niedawno.<br />
Shafiq prawie zapomniał (prawie – bo zapomnieć nie mógł, ale po prostu wciągnięty we wspomnienia o tym teraz nie myślał, na chwilę tracąc poczucie teraźniejszości), że czekał na Figga. I że Aletha pewnie się zdenerwuje, że ściągnął tutaj innego klątwołamacza, ale naprawdę nie zamierzał niepotrzebnie ryzykować. Bywał człowiekiem porywczym, na pewno jednak nie nieostrożnym.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Wykopaliska w Walii rozpoczęły się na dobre wiosną tego roku – po tym, jak teren przejęto od mugoli, którzy natknęli się na ruiny, a potem zaczęli wpadać w czarodziejskie pułapki i obrywać klątwami. Po kilku miesięcy udało się odsłonić większość ruin wioski, zasypanej pod ziemią dobre kilkaset lat temu, i skrywającej tajemnice mieszkającej tutaj czarodziejskiej społeczności, najwyraźniej odciętej od reszty magicznego świata.<br />
Po kilku miesiącach tych prac Cathal wiedział też, że tutejsze sekrety są dużo większe niż ktokolwiek – w tym on – się spodziewał. Intrygowało go to. Wprawiało niemalże w podekscytowanie, a Shafiq nie był człowiekiem łatwo ulegającemu emocjom, wręcz przeciwnie, miewał skłonności raczej do znudzenia, może po części przez swoją chorobę. I właśnie o wiosce rozmyślał, stojąc na jednym z wzgórz, które ją otaczały. Za jego plecami, w dolinie, za zrujnowanym murem znajdowały się resztki zabudowań. Na innym wzgórzu, na granicy lasu, rozłożono obozowisko pracowników. A z drugiej strony wzniesienia ciągnęły się wrzosowiska, o tej porze roku jeszcze nie rozkwitające.<br />
Przez wrzosowiska ciągnęły się zabezpieczenia, mające zagwarantować, że żaden mugol ani czarodziej nie wejdzie ot tak do wioski, niczego nie zniszczy i przy okazji sam się nie zabije.<br />
Gdzieś na wrzosowiskach znajdowało się i sześć filarów, otaczających wioskę.<br />
Cathal przymknął oczy i wydmuchał kłąb dymu. Kawa i papierosy, te dwa nałogi pomagały mu zapanować nad umysłem, nie zawsze posłusznym. Myśli płynęły leniwie, przetwarzając obrazy z wioski i odruchowo porównując je z treściami starych ksiąg, z tym wszystkim, co zobaczył podczas prac w innych krajach, z dźwiękiem słów wypowiadanych przez innych archeologów, z którymi rozmawiał w przeszłości i niedawno.<br />
Shafiq prawie zapomniał (prawie – bo zapomnieć nie mógł, ale po prostu wciągnięty we wspomnienia o tym teraz nie myślał, na chwilę tracąc poczucie teraźniejszości), że czekał na Figga. I że Aletha pewnie się zdenerwuje, że ściągnął tutaj innego klątwołamacza, ale naprawdę nie zamierzał niepotrzebnie ryzykować. Bywał człowiekiem porywczym, na pewno jednak nie nieostrożnym.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[26.06.1972] Walia, Wyrndrobwllllantysi. "Złudzenie kolekcjonera" - Guinevere i Isaac]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3055</link>
			<pubDate>Fri, 05 Apr 2024 23:15:26 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=424">Isaac Bagshot</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3055</guid>
			<description><![CDATA[W niewielkiej walijskiej wiosce “Wyrndrobwllllantysi”, mieszkał stary czarodziej imieniem Steven Morris. Pomimo przeżytych wielu wiosen, poczciwy staruszek był bardzo naiwny. Nazywał się kolekcjonerem magicznych artefaktów, więc jego niewielki domek przepełniony był zakurzonymi bibelotami o wątpliwej wartości, oraz wątpliwym pochodzeniu. Steven wierzył jednak, że każdy artefakt który miał w posiadaniu, opowiadał jakaś epicką historię. Jego kolekcja obejmowała dziesięciolecia sumiennych poszukiwań, dziesiątki godzin targowania się, oraz tysiące zwiedzonych targowisk. Staruszek bowiem wszystkie swoje bibeloty odkupywał od dzielnych poszukiwaczy czarodziejskich skarbów, lub sprzedawców zaopatrujących się u takowych. Nie wiedział jednak, że w większości przypadków padał ofiarą bezdusznych oszustów. Nie inaczej było tym razem… <br />
Kilka tygodni temu niedaleko “Wyrndrobwllllantysi”, swój kram rozstawił obwoźny handlarz o imieniu Łajzuch. <br />
Łajzuch był goblinem o kaprawych oczkach i nieczystym sercu. Był również artystą! A przynajmniej tak lubił o sobie myśleć. Inni nazwaliby go po prostu fałszerzem, i to cholernie dobrym, ponieważ potrafił oszukać niejednego znawcę magicznych antyków. Wyczuwając więc naiwność poczciwego Steven’a, postanowił wcisnął mu skrzynię pełna artefaktów arturiańskich! Tak! Kielich należący niegdyś do Merlina, miecz samego króla Artura, noga od Okrągłego Stołu, buteleczka po napoju miłosnym Tristana i Izoldy, oraz wiele, wiele innych! Brzmi zachęcająco, prawda? Tak samo pomyślał Steven. Ufając więc Łajzuchowi, przepłacił za artefakty i już po paru minutach skrzynia pełna skrapu znalazła się w jego domu. Pół biedy, że przedmioty były fałszywe. Były one również zaklęte! Kiedy staruszek napił się z merlińskiego kielicha, dostał okropnej opryszczki. Miecz arturiański, nagle zaczynał lewitować i walić go po głowie, noga od stołu w losowych momentach zaczynała skakać po całym domu przez co nie mógł spać, i tak dalej…<br />
<br />
Dzień później, w Horyzontach Magii pojawiło się takie oto ogłoszenie:<br />
<br />
<div class="koperta">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">POSZUKIWANY: Biegły historyk magii do badania arturiańskich artefaktów!</span></span></div>
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><br />
Nazywam się Steven Morris i jestem kolekcjonerem magicznych artefaktów z wieloletnim doświadczeniem. Nabyłem kilka magicznych przedmiotów o niepewnym pochodzeniu, którym przydałaby się profesjonalna ekspertyza. Wynagrodzenie do ustalenia na miejscu. Pilne! <br />
</span><br />
<div style="text-align: right;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Steven Morris</span></span></div>
</div>
<br />
Isaac odpowiedział na ogłoszenie. Przez ostatnie tygodnie zajmował się głównie czytaniem starych wydań Proroka Codziennego, oraz wąchaniem pasztetu z kanapek Boba w biurze Ministerstwa. Uznał, że jakakolwiek odmiana będzie odświeżająca! Piętnaście minut przed umówionym spotkaniem, stał więc niedaleko domu staruszka w wiosce o nazwie: “Wyrndrobwllllantysi”, i palił papierosa. W dłoni trzymał nowe wydanie Czarownicy i wyglądał na zaczytanego.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[W niewielkiej walijskiej wiosce “Wyrndrobwllllantysi”, mieszkał stary czarodziej imieniem Steven Morris. Pomimo przeżytych wielu wiosen, poczciwy staruszek był bardzo naiwny. Nazywał się kolekcjonerem magicznych artefaktów, więc jego niewielki domek przepełniony był zakurzonymi bibelotami o wątpliwej wartości, oraz wątpliwym pochodzeniu. Steven wierzył jednak, że każdy artefakt który miał w posiadaniu, opowiadał jakaś epicką historię. Jego kolekcja obejmowała dziesięciolecia sumiennych poszukiwań, dziesiątki godzin targowania się, oraz tysiące zwiedzonych targowisk. Staruszek bowiem wszystkie swoje bibeloty odkupywał od dzielnych poszukiwaczy czarodziejskich skarbów, lub sprzedawców zaopatrujących się u takowych. Nie wiedział jednak, że w większości przypadków padał ofiarą bezdusznych oszustów. Nie inaczej było tym razem… <br />
Kilka tygodni temu niedaleko “Wyrndrobwllllantysi”, swój kram rozstawił obwoźny handlarz o imieniu Łajzuch. <br />
Łajzuch był goblinem o kaprawych oczkach i nieczystym sercu. Był również artystą! A przynajmniej tak lubił o sobie myśleć. Inni nazwaliby go po prostu fałszerzem, i to cholernie dobrym, ponieważ potrafił oszukać niejednego znawcę magicznych antyków. Wyczuwając więc naiwność poczciwego Steven’a, postanowił wcisnął mu skrzynię pełna artefaktów arturiańskich! Tak! Kielich należący niegdyś do Merlina, miecz samego króla Artura, noga od Okrągłego Stołu, buteleczka po napoju miłosnym Tristana i Izoldy, oraz wiele, wiele innych! Brzmi zachęcająco, prawda? Tak samo pomyślał Steven. Ufając więc Łajzuchowi, przepłacił za artefakty i już po paru minutach skrzynia pełna skrapu znalazła się w jego domu. Pół biedy, że przedmioty były fałszywe. Były one również zaklęte! Kiedy staruszek napił się z merlińskiego kielicha, dostał okropnej opryszczki. Miecz arturiański, nagle zaczynał lewitować i walić go po głowie, noga od stołu w losowych momentach zaczynała skakać po całym domu przez co nie mógł spać, i tak dalej…<br />
<br />
Dzień później, w Horyzontach Magii pojawiło się takie oto ogłoszenie:<br />
<br />
<div class="koperta">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">POSZUKIWANY: Biegły historyk magii do badania arturiańskich artefaktów!</span></span></div>
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><br />
Nazywam się Steven Morris i jestem kolekcjonerem magicznych artefaktów z wieloletnim doświadczeniem. Nabyłem kilka magicznych przedmiotów o niepewnym pochodzeniu, którym przydałaby się profesjonalna ekspertyza. Wynagrodzenie do ustalenia na miejscu. Pilne! <br />
</span><br />
<div style="text-align: right;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Steven Morris</span></span></div>
</div>
<br />
Isaac odpowiedział na ogłoszenie. Przez ostatnie tygodnie zajmował się głównie czytaniem starych wydań Proroka Codziennego, oraz wąchaniem pasztetu z kanapek Boba w biurze Ministerstwa. Uznał, że jakakolwiek odmiana będzie odświeżająca! Piętnaście minut przed umówionym spotkaniem, stał więc niedaleko domu staruszka w wiosce o nazwie: “Wyrndrobwllllantysi”, i palił papierosa. W dłoni trzymał nowe wydanie Czarownicy i wyglądał na zaczytanego.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[10.07.72. Wykopaliska] Nie lubię, gdy inni się wtrącają]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3045</link>
			<pubDate>Thu, 04 Apr 2024 16:28:50 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=201">Cathal Shafiq</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3045</guid>
			<description><![CDATA[Cathal Shafiq nie był może najbardziej nerwowym człowiekiem na świecie, i nie dało się nazwać go nadmiernie porywczym, ale na pewno nie należał też do tych wyjątkowo cierpliwych i nigdy nie ulegającym nerwom. Tak jak on zirytował Nell Bagshot, tak i Nell zirytowała jego. W dodatku tego dnia ciężko mu było się skupić, a nowe runy, znalezione w wiosce, zaprzątały jego głowę i sprawiały, że niezbyt potrafił myśleć o czymkolwiek innym. Nim słońce zaszło, przechadzał się więc po wzgórzach w pobliżu obozu, z papierosem w ręku, a przed jego oczyma wciąż przewijały się runiczne znaki, obejrzane parę godzin tematu. Nie widział nawet wrzosowisk ani ruin, ciągnących się wokół. Jego myśli całkowicie pochłaniały te napisy, wariacja na temat run, których uczono w Hogwarcie. Lokalne modyfikacje? Czy niosły ze sobą jakieś specjalne znaczenie? <br />
Asystent znalazł go w chwili, gdy wracał na teren obozu.<br />
Chłopak nie był w stanie wyjaśnić, co dokładnie się stało, a Cathal zdecydowanie nie mógł się tego domyśleć. Wspomnienie o plamie krwi, wzywaniu pomocy i że Ginewra kazała go znaleźć, sprawiły jednak, że Shafiq porzucił papierosa i ruszył w stronę źródła zamieszania szybkim krokiem. Gdyby ktoś umierał, chaos byłby większy, niekoniecznie więc musiał biec, ale powinien ewidentnie postarać się dotrzeć na miejsce szybkim krokiem.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Co się dzieje?</span> - spytał, zbliżając się do McGonagall. Jego uwadze nie uszła ani ta odrobiną krwi na zdeptanej trawie, ani to, że znajdowali się teraz przed największym namiotem, najlepiej zresztą zabezpieczonym i w środku znacznie większym niż mogłoby się wydawać z zewnątrz. Nie czekając nawet na odpowiedź Shafiq ruszył ku niemu i odchylił płachtę, by zajrzeć do środka. Na całe szczęście szybkie rozejrzenie się wykazało, że wszystko wyglądało dokładnie tak, jak pamiętał, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Skrzynki, papiery, pudełka, wszystko stało na swoich miejscach, szafki i szuflady pozostawały pozamykane, rzeczy na blacie też wyglądały tak, jak godzinę temu, gdy stąd wychodził...<br />
I nie było tu ani jednego trupa.<br />
Tak, wiele o nim mówiło, że widząc tę krew na trawie zaczął się zastanawiać, czy w namiocie nie mają jakichś zwłok.<br />
Obrócił się ku Ginewrze, lustrując ją uważnym spojrzeniem, ale nie wyglądało na to, aby krew na ziemi mogła należeć do niej.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Cathal Shafiq nie był może najbardziej nerwowym człowiekiem na świecie, i nie dało się nazwać go nadmiernie porywczym, ale na pewno nie należał też do tych wyjątkowo cierpliwych i nigdy nie ulegającym nerwom. Tak jak on zirytował Nell Bagshot, tak i Nell zirytowała jego. W dodatku tego dnia ciężko mu było się skupić, a nowe runy, znalezione w wiosce, zaprzątały jego głowę i sprawiały, że niezbyt potrafił myśleć o czymkolwiek innym. Nim słońce zaszło, przechadzał się więc po wzgórzach w pobliżu obozu, z papierosem w ręku, a przed jego oczyma wciąż przewijały się runiczne znaki, obejrzane parę godzin tematu. Nie widział nawet wrzosowisk ani ruin, ciągnących się wokół. Jego myśli całkowicie pochłaniały te napisy, wariacja na temat run, których uczono w Hogwarcie. Lokalne modyfikacje? Czy niosły ze sobą jakieś specjalne znaczenie? <br />
Asystent znalazł go w chwili, gdy wracał na teren obozu.<br />
Chłopak nie był w stanie wyjaśnić, co dokładnie się stało, a Cathal zdecydowanie nie mógł się tego domyśleć. Wspomnienie o plamie krwi, wzywaniu pomocy i że Ginewra kazała go znaleźć, sprawiły jednak, że Shafiq porzucił papierosa i ruszył w stronę źródła zamieszania szybkim krokiem. Gdyby ktoś umierał, chaos byłby większy, niekoniecznie więc musiał biec, ale powinien ewidentnie postarać się dotrzeć na miejsce szybkim krokiem.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Co się dzieje?</span> - spytał, zbliżając się do McGonagall. Jego uwadze nie uszła ani ta odrobiną krwi na zdeptanej trawie, ani to, że znajdowali się teraz przed największym namiotem, najlepiej zresztą zabezpieczonym i w środku znacznie większym niż mogłoby się wydawać z zewnątrz. Nie czekając nawet na odpowiedź Shafiq ruszył ku niemu i odchylił płachtę, by zajrzeć do środka. Na całe szczęście szybkie rozejrzenie się wykazało, że wszystko wyglądało dokładnie tak, jak pamiętał, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Skrzynki, papiery, pudełka, wszystko stało na swoich miejscach, szafki i szuflady pozostawały pozamykane, rzeczy na blacie też wyglądały tak, jak godzinę temu, gdy stąd wychodził...<br />
I nie było tu ani jednego trupa.<br />
Tak, wiele o nim mówiło, że widząc tę krew na trawie zaczął się zastanawiać, czy w namiocie nie mają jakichś zwłok.<br />
Obrócił się ku Ginewrze, lustrując ją uważnym spojrzeniem, ale nie wyglądało na to, aby krew na ziemi mogła należeć do niej.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[10.07.72] Sobowtóry]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2870</link>
			<pubDate>Fri, 08 Mar 2024 16:36:06 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=128">Bard Beedle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2870</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Bajarz V</span></div></div>
<br />
<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content">Sesję prowadzi Brenna L.</div></div></div>
<br />
Słońce zachodziło, malując niebo czerwienią i złotem.<br />
Jak zwykle – prace w wiosce skończono już godzinę temu, a Cathal zadbał o to, aby nikt nie kręcił się tam, gdy nadchodził zmierzch. Może było to dmuchanie na zimne, ale Shafiq, choć tak sceptyczny wobec wszystkich wróżb i proroctw, w tym wypadku potraktował sprawę poważnie i dbał o to, aby w centrum mocy filarów nikogo nie było, kiedy zachodziło słońce. Pracownicy rozeszli się: te parę osób, które pracowały tu na stałe, znikło w większości w namiotach, a inni teleportowali się do Londynu.<br />
Nell Bagshot tuż przed zmierzchem oświadczyła Ginny z powagą, że jeśli będzie musiała znosić Cathala jeszcze przez chwilę, to absolutnie oszaleje, a poza tym ma bardzo dużą ochotę zamordować Jamila, to znaczy zawsze ma ochotę zamordować Jamila, ale teraz tak bardziej niż zwykle, i może się nie powstrzymać. W związku z tym potrzebowała teraz, już, natychmiast, skoczyć do Hogsmeade i zaopatrzyć się w parę czekolad z Miodowego Królestwa, a najlepiej to napić się kremowego piwa, tak dla ukojenia nerwów. Ubrana w niebieską sukienkę, w którą przebrała się po pracy, znikła z cichym pyknięciem, teleportując się pewnie do Hogsmeade.<br />
W jakieś pięć minut później Ginewra zobaczyła tę samą Nell, w spodniach i koszul, która szła w stronę obozowiska od strony wrzosowisk, rozglądając się, z trochę niepewną miną.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Bajarz V</span></div></div>
<br />
<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content">Sesję prowadzi Brenna L.</div></div></div>
<br />
Słońce zachodziło, malując niebo czerwienią i złotem.<br />
Jak zwykle – prace w wiosce skończono już godzinę temu, a Cathal zadbał o to, aby nikt nie kręcił się tam, gdy nadchodził zmierzch. Może było to dmuchanie na zimne, ale Shafiq, choć tak sceptyczny wobec wszystkich wróżb i proroctw, w tym wypadku potraktował sprawę poważnie i dbał o to, aby w centrum mocy filarów nikogo nie było, kiedy zachodziło słońce. Pracownicy rozeszli się: te parę osób, które pracowały tu na stałe, znikło w większości w namiotach, a inni teleportowali się do Londynu.<br />
Nell Bagshot tuż przed zmierzchem oświadczyła Ginny z powagą, że jeśli będzie musiała znosić Cathala jeszcze przez chwilę, to absolutnie oszaleje, a poza tym ma bardzo dużą ochotę zamordować Jamila, to znaczy zawsze ma ochotę zamordować Jamila, ale teraz tak bardziej niż zwykle, i może się nie powstrzymać. W związku z tym potrzebowała teraz, już, natychmiast, skoczyć do Hogsmeade i zaopatrzyć się w parę czekolad z Miodowego Królestwa, a najlepiej to napić się kremowego piwa, tak dla ukojenia nerwów. Ubrana w niebieską sukienkę, w którą przebrała się po pracy, znikła z cichym pyknięciem, teleportując się pewnie do Hogsmeade.<br />
W jakieś pięć minut później Ginewra zobaczyła tę samą Nell, w spodniach i koszul, która szła w stronę obozowiska od strony wrzosowisk, rozglądając się, z trochę niepewną miną.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[03.06.72] Niedokończone sprawy]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2515</link>
			<pubDate>Tue, 02 Jan 2024 14:47:46 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=201">Cathal Shafiq</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2515</guid>
			<description><![CDATA[Cathal rozumiał ciekawość.<br />
Bycie ciekawym stanowiło jedną z osi napędowych w jego życiu, i splatało się nierozerwalnie z pragnieniem poszukiwania nowych rzeczy, wrażeń, doznań, pchając go do podróży, miesięcy spędzanych nad starymi cmentarzystkami i lat w pustynnym obozie. Nie protestował więc, kiedy Ginny wspomniała, że chciałaby zobaczyć dworek Cape. Sam, chociaż wiedział, czego się spodziewać, był do pewnego stopnia ciekawy.<br />
Fiona Cape.<br />
Dziedziczka dworku Cape.<br />
Na miejsce przybyli za dnia, bo mimo wszystko Cathal wolał nie pojawiać się nocą gdzieś, gdzie ciągnęła ich jakaś dziewczynka, rozmywająca się potem w niebycie. W ostrym, letnim słońcu, dało się bez problemu rozejrzeć po ogrodach i przyjrzeć budynkowi.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Jest w pobliżu kilka takich ruin i opuszczonych budowli, może o jakichś nie słyszałem i też mają taką samą nazwę… ale to na pewno kiedyś był dwór Cape</span> – powiedział, odpalając papierosa, kiedy dotarli na miejsce. Dziedziniec zachował się w zadziwiająco dobrym stanie: kostka brukowa wciąż była równa, niemal cała, niezarośnięta, na środku stała fontanna, nieczynna wprawdzie, ale z daleka wyglądająca całkiem przyzwoicie. Kamienna budowla jednak nosiła znamiona upadku, upływu lat, dekad, jeżeli nie wieków porzucenia i zaniedbana. Wciąż dało się wejść do dolnych kondygnacji, ale w słońcu dnia wyraźnie było widać, że jedna z wieżyczek częściowo się zawaliła. Nie miała już dachu, kawałek muru runął, przy okazji niszcząc i parter. Z pewnością nikt nie mógł tutaj mieszkać, a jeżeli istnieli jacyś dziedzice tego miejsca, nie było to dziedzictwo, którym warto by się chwalić.<br />
Świadectwo dawnej świetności. Pełne ech bogactwa, życia, które istniało tutaj niegdyś, a teraz nic po sobie nie pozostawiło. Oboje widzieli takich miejsc już wiele.<br />
Shafiq wydmuchał kłąb dymu i zadarł głowę, marszcząc lekko jasne brwi. Czy mu się zdawało, czy gdzieś tam, prawie na samej górze, w części budowli, w której kawałek muru odpadł, widział posąg dużej żaby…?<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Kompletnie nie wyglądała na ducha. Dzieci zresztą chyba rzadko nimi zostają? Widziałem dotąd… może dwie zjawy nastolatek</span> – stwierdził w zamyśleniu, przypominając sobie Jęcząca Martę i jej zawodzenia, niosące się regularnie po drugim piętrze.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Cathal rozumiał ciekawość.<br />
Bycie ciekawym stanowiło jedną z osi napędowych w jego życiu, i splatało się nierozerwalnie z pragnieniem poszukiwania nowych rzeczy, wrażeń, doznań, pchając go do podróży, miesięcy spędzanych nad starymi cmentarzystkami i lat w pustynnym obozie. Nie protestował więc, kiedy Ginny wspomniała, że chciałaby zobaczyć dworek Cape. Sam, chociaż wiedział, czego się spodziewać, był do pewnego stopnia ciekawy.<br />
Fiona Cape.<br />
Dziedziczka dworku Cape.<br />
Na miejsce przybyli za dnia, bo mimo wszystko Cathal wolał nie pojawiać się nocą gdzieś, gdzie ciągnęła ich jakaś dziewczynka, rozmywająca się potem w niebycie. W ostrym, letnim słońcu, dało się bez problemu rozejrzeć po ogrodach i przyjrzeć budynkowi.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Jest w pobliżu kilka takich ruin i opuszczonych budowli, może o jakichś nie słyszałem i też mają taką samą nazwę… ale to na pewno kiedyś był dwór Cape</span> – powiedział, odpalając papierosa, kiedy dotarli na miejsce. Dziedziniec zachował się w zadziwiająco dobrym stanie: kostka brukowa wciąż była równa, niemal cała, niezarośnięta, na środku stała fontanna, nieczynna wprawdzie, ale z daleka wyglądająca całkiem przyzwoicie. Kamienna budowla jednak nosiła znamiona upadku, upływu lat, dekad, jeżeli nie wieków porzucenia i zaniedbana. Wciąż dało się wejść do dolnych kondygnacji, ale w słońcu dnia wyraźnie było widać, że jedna z wieżyczek częściowo się zawaliła. Nie miała już dachu, kawałek muru runął, przy okazji niszcząc i parter. Z pewnością nikt nie mógł tutaj mieszkać, a jeżeli istnieli jacyś dziedzice tego miejsca, nie było to dziedzictwo, którym warto by się chwalić.<br />
Świadectwo dawnej świetności. Pełne ech bogactwa, życia, które istniało tutaj niegdyś, a teraz nic po sobie nie pozostawiło. Oboje widzieli takich miejsc już wiele.<br />
Shafiq wydmuchał kłąb dymu i zadarł głowę, marszcząc lekko jasne brwi. Czy mu się zdawało, czy gdzieś tam, prawie na samej górze, w części budowli, w której kawałek muru odpadł, widział posąg dużej żaby…?<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Kompletnie nie wyglądała na ducha. Dzieci zresztą chyba rzadko nimi zostają? Widziałem dotąd… może dwie zjawy nastolatek</span> – stwierdził w zamyśleniu, przypominając sobie Jęcząca Martę i jej zawodzenia, niosące się regularnie po drugim piętrze.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[10.07.72, pod wieczór] Łuski i szpony]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2457</link>
			<pubDate>Sun, 17 Dec 2023 21:11:07 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=24">Brenna Longbottom</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2457</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic III</div></div>
<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic I</span></div></div>
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- ...totalnie mogli tutaj polować tylko na kozice. One podobno potrafią włazić nawet po pionowych powierzchniach. Dajesz radę czy potrzebna pomocna dłoń?</span><br />
Na całe szczęście, nie wspinali się po pionowej ścianie - ale i tak było stromo, na tyle, że niekiedy trzeba było podeprzeć się nie tylko nogami, ale i rękami. I kamieniście. Kilka kamyków uciekło spod ciężkiego, chroniącego kostkę buta Brenny, kiedy ta obróciła się, spoglądając za Victorią i Apollem.<br />
Wiele o niej mówiło, że nawet podczas takiego włażenia, wciąż gadała.<br />
Jeszcze więcej, że odruchowo wysforowywała na przód, zanim sobie przypominała, że nie powinna zostawiać reszty towarzystwa za bardzo z tyłu.<br />
Również na szczęście, nie musieli pokonywać całej drogi pod górkę. Teleportowali się dość wysoko, na skarpę, w pobliżu obozowiska kłusowników, jak wiele wskazywało świeżo opuszczonego, ale i tak koniecznego do sprawdzenia, którego lokalizację udało się określić dzięki aresztowaniom, jakich dokonały w ostatnim czasie. Niestety, w samych jaskiniach, oznaczonych na mapie, teleportować się nie dało, a nie byli też pewni w której z trzech - leżących dość blisko siebie i wszystkich na znalezionej mapie zakreślonych - znajdowało się rzeczone obozowisko. To oznaczało, że kilkaset ostatnich metrów musieli pokonać mugolskim sposobem.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Chyba że mają tutaj jakieś gniazda hipogryfy i w ogóle... O, chyba dotarliśmy</span> - oświadczyła Brenna, wdrapując się na skalną półkę. Przysiadła na niej, obracając się ku wejściu do jaskini.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Brenna?</span> - wydyszał Apollo, opadając na ziemię, gdy wspiął się na miejsce. Brygadzista był mistrzem translokacji, znał nie tylko teleportację, ale też teleportację łączoną, a co za tym szło: wykorzystywał je często, chętnie, niekiedy teleportował się z własnej sypialni do własnej kuchni i nie przywykł do takich spacerów.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Aha?</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Gdybym miał siłę, to zepchnąłbym cię w dół. I miałbym ogromną satysfakcję patrząc, jak się staczasz.</span><br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Maruda</span> - odparła Brenna, ani trochę nieprzejęta groźbą. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Sprawdzisz, czy na wejściu nie postawili czegoś paskudnego?</span> - spytała Victorii, wyciągając z niewielkiego plecaka manierkę z wodą.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic III</div></div>
<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic I</span></div></div>
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- ...totalnie mogli tutaj polować tylko na kozice. One podobno potrafią włazić nawet po pionowych powierzchniach. Dajesz radę czy potrzebna pomocna dłoń?</span><br />
Na całe szczęście, nie wspinali się po pionowej ścianie - ale i tak było stromo, na tyle, że niekiedy trzeba było podeprzeć się nie tylko nogami, ale i rękami. I kamieniście. Kilka kamyków uciekło spod ciężkiego, chroniącego kostkę buta Brenny, kiedy ta obróciła się, spoglądając za Victorią i Apollem.<br />
Wiele o niej mówiło, że nawet podczas takiego włażenia, wciąż gadała.<br />
Jeszcze więcej, że odruchowo wysforowywała na przód, zanim sobie przypominała, że nie powinna zostawiać reszty towarzystwa za bardzo z tyłu.<br />
Również na szczęście, nie musieli pokonywać całej drogi pod górkę. Teleportowali się dość wysoko, na skarpę, w pobliżu obozowiska kłusowników, jak wiele wskazywało świeżo opuszczonego, ale i tak koniecznego do sprawdzenia, którego lokalizację udało się określić dzięki aresztowaniom, jakich dokonały w ostatnim czasie. Niestety, w samych jaskiniach, oznaczonych na mapie, teleportować się nie dało, a nie byli też pewni w której z trzech - leżących dość blisko siebie i wszystkich na znalezionej mapie zakreślonych - znajdowało się rzeczone obozowisko. To oznaczało, że kilkaset ostatnich metrów musieli pokonać mugolskim sposobem.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Chyba że mają tutaj jakieś gniazda hipogryfy i w ogóle... O, chyba dotarliśmy</span> - oświadczyła Brenna, wdrapując się na skalną półkę. Przysiadła na niej, obracając się ku wejściu do jaskini.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Brenna?</span> - wydyszał Apollo, opadając na ziemię, gdy wspiął się na miejsce. Brygadzista był mistrzem translokacji, znał nie tylko teleportację, ale też teleportację łączoną, a co za tym szło: wykorzystywał je często, chętnie, niekiedy teleportował się z własnej sypialni do własnej kuchni i nie przywykł do takich spacerów.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Aha?</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Gdybym miał siłę, to zepchnąłbym cię w dół. I miałbym ogromną satysfakcję patrząc, jak się staczasz.</span><br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Maruda</span> - odparła Brenna, ani trochę nieprzejęta groźbą. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Sprawdzisz, czy na wejściu nie postawili czegoś paskudnego?</span> - spytała Victorii, wyciągając z niewielkiego plecaka manierkę z wodą.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[05.06.72, wykopaliska w Walii] Musi być ich siedem]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2396</link>
			<pubDate>Sat, 09 Dec 2023 23:01:45 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=201">Cathal Shafiq</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2396</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono w <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span>, Guinevere McGonagall.</div></div>
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Cześć większej fabuły wykopalisk.</span><br />
<br />
To, co kryje się w zablokowanej części podziemi, do których wpadli wiosną, Alethea Crouch w niematerialnej formie odkryła już w nocy dziewiętnastego maja. Nie mogli jednak od razu ruszyć badać tajemnic tuneli. Po pierwsze – przecież oficjalnie nigdy jej tam nie było, a to co knuli z Cathalem i Nell przyciszonymi głosami w jednym z namiotów, nie miało trafić do żadnego z dokumentów. Po drugie – drogę należało odblokować. To zaś trzeba było zrobić ostrożnie, aby upewnić się, że nic nie zostanie zawalone ani uszkodzone. <br />
Ostatecznie bezpieczne przejście udało się wytyczyć na początku czerwca.<br />
Zeszli w dół, z budynku, należącego niegdyś zapewne do Augustusa Blackwooda, do jego podziemnej pracowni. Jeden z obrazów, które ją zdobiły, był jak zwykle pusty – chociaż Leta wiedziała, że nie było tak zawsze i że jeden z Blackwoodów wciąż składał tutaj niekiedy wizyty.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Drzwi już udało się otworzyć, chroniła ich również zagadka numerologiczna, pułapkę na początku korytarza rozbrojono, w teorii więc nie powinniśmy natknąć się na żadne kolejne niespodzianki, ale musimy pozbyć się diabelskich sideł, które zagradzają ostatnie przejście, zanim pójdziemy dalej…</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">– Zostaw to mnie. Żadne diabelskie sidła nie mają ze mną szans. Już są martwe, mogą od razu same siebie udusić, zanim ja się do nich zbliżę</span> – zapowiedziała Nell niemalże radośnie, grzebiąc po kieszeniach i upewniając się, że ma ze sobą wszystko, czego potrzebowała. Cathal zabierał ze sobą i ją, i Ginny, bo wiedział, że w środku są trupy – a obie panie ze swoim wykształceniem mogły najwięcej orzec.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Od razu za nimi powinna być główna część podziemi. Na razie chcemy się tylko rozejrzeć</span> – podjął Cathal, jakby w ogóle nie usłyszał tego, co mówiła Bagshot. Archeolog miał ze sobą plecak, z najpotrzebniejszym sprzętem, i ubrał się typowo do takiej wyprawy: w ciężkie buty, chroniące kostki, długie, materiałowe spodnie, kryjącą ciało koszulę. Jasne włosy były zmierzwione, trochę już za długie, i wymagające podcięcia, a twarz pokrywał mu zarost, świadczący o tym, że w ostatnich dniach nie znalazł czasu na golenie się. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Jeżeli ktokolwiek zauważy coś podejrzanego, wycofujemy się, nie ma pośpiechu. Patrząc po mapach miejsce, do którego idziemy, będzie dokładnie centralnym punktem wokół którego okrąg tworzą filary leżące w okolicach wioski. W środku prawdopodobnie będzie więc centrum całego układu. Jakieś pytania, zanim skierujemy się dalej?</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono w <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span>, Guinevere McGonagall.</div></div>
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Cześć większej fabuły wykopalisk.</span><br />
<br />
To, co kryje się w zablokowanej części podziemi, do których wpadli wiosną, Alethea Crouch w niematerialnej formie odkryła już w nocy dziewiętnastego maja. Nie mogli jednak od razu ruszyć badać tajemnic tuneli. Po pierwsze – przecież oficjalnie nigdy jej tam nie było, a to co knuli z Cathalem i Nell przyciszonymi głosami w jednym z namiotów, nie miało trafić do żadnego z dokumentów. Po drugie – drogę należało odblokować. To zaś trzeba było zrobić ostrożnie, aby upewnić się, że nic nie zostanie zawalone ani uszkodzone. <br />
Ostatecznie bezpieczne przejście udało się wytyczyć na początku czerwca.<br />
Zeszli w dół, z budynku, należącego niegdyś zapewne do Augustusa Blackwooda, do jego podziemnej pracowni. Jeden z obrazów, które ją zdobiły, był jak zwykle pusty – chociaż Leta wiedziała, że nie było tak zawsze i że jeden z Blackwoodów wciąż składał tutaj niekiedy wizyty.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Drzwi już udało się otworzyć, chroniła ich również zagadka numerologiczna, pułapkę na początku korytarza rozbrojono, w teorii więc nie powinniśmy natknąć się na żadne kolejne niespodzianki, ale musimy pozbyć się diabelskich sideł, które zagradzają ostatnie przejście, zanim pójdziemy dalej…</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">– Zostaw to mnie. Żadne diabelskie sidła nie mają ze mną szans. Już są martwe, mogą od razu same siebie udusić, zanim ja się do nich zbliżę</span> – zapowiedziała Nell niemalże radośnie, grzebiąc po kieszeniach i upewniając się, że ma ze sobą wszystko, czego potrzebowała. Cathal zabierał ze sobą i ją, i Ginny, bo wiedział, że w środku są trupy – a obie panie ze swoim wykształceniem mogły najwięcej orzec.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Od razu za nimi powinna być główna część podziemi. Na razie chcemy się tylko rozejrzeć</span> – podjął Cathal, jakby w ogóle nie usłyszał tego, co mówiła Bagshot. Archeolog miał ze sobą plecak, z najpotrzebniejszym sprzętem, i ubrał się typowo do takiej wyprawy: w ciężkie buty, chroniące kostki, długie, materiałowe spodnie, kryjącą ciało koszulę. Jasne włosy były zmierzwione, trochę już za długie, i wymagające podcięcia, a twarz pokrywał mu zarost, świadczący o tym, że w ostatnich dniach nie znalazł czasu na golenie się. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Jeżeli ktokolwiek zauważy coś podejrzanego, wycofujemy się, nie ma pośpiechu. Patrząc po mapach miejsce, do którego idziemy, będzie dokładnie centralnym punktem wokół którego okrąg tworzą filary leżące w okolicach wioski. W środku prawdopodobnie będzie więc centrum całego układu. Jakieś pytania, zanim skierujemy się dalej?</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[09.06.1972] Walia | Tylko nie z moją kuzynką!]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2048</link>
			<pubDate>Thu, 12 Oct 2023 15:09:59 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=331">Septima Ollivander</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2048</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Leviathan Rowle - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span></div></div>
<br />
Timmy długo wpatrywała się w otrzymany od przyjaciela list. Trochę dopatrywała się w nim ukrytego w głoskach żartu. Trochę doszukiwała się wskazówek krzyczących na nią zrozpaczone „przyjaciółko w niedoli, mrugam dwa razy! Porwano mnie i wpędzono do niewoli, ratuj!”<br />
Właściwie, wszystkie te elementy w liście znalazła. Ale żaden nie odkręcał postawionego przed nią faktu – Leviemu przypisano narzeczoną. Levi miał się żenić i to nie był (najprawdopodobniej) żart. Nie odkryła jeszcze przed samą sobą rodzaju ani kalibru emocji, które zaczęły w niej kiełkować. Powoli i niespiesznie, bo z trawieniem uczuć od zawsze radziła sobie nadzwyczaj opornie. <br />
Pocieszała się, iż to jak najbardziej normalne być bardziej zgaszonym niż radosnym, przecież sam mężczyzna musiał być w podobnym nastroju, a kto jak nie najlepsza przyjaciółka zrezonuje to co w tobie najgłębiej siedzi. Ale z każdym krokiem stawianym w kierunku kominka, przestawała tracić pewność siebie. Pewność, że go starannie pocieszy i wypłucze z rodzących się obaw. Bo na pewno je posiadał, prawda?<br />
Ze wszystkich sił chciała żyć teraźniejszością. Może i jej ulotnością, może kruchością, ale i namacalnością. To co działo się teraz było stałe, konkretne i realne. Przyszłość zaś miała nieść wszystko co dobre i elektryzujące. Haczyk tkwił w tym, że we wszystkich tych planach, nawet ich najmniejszych zakamarkach, zawsze był Levi. Ten sam, niezmieniony, nawet dwadzieścia lat do przodu o tym samym szerokim uśmiechu i migoczącym spojrzeniu. Był jej rodziną, a rodzina, tak jak na portrecie, powinna zostawać taka sama.  <br />
Ale teraz miał zakładać swoją własną, a ona miała go przekonać, że to dobry pomysł. Tak przynajmniej planowała, bo o ile wyjątkowo lubowała się w planowaniu przyszłości, to nie potrafiła w niej czytać.<br />
Może to i dobrze.<br />
Ku jej uciesze, po drugiej stronie kominka powitał ją skrzat Leviego. Uciesze, jako że dało jej to czas na przepracowanie i skrojenie gratulacji na takie, które brzmią prawdziwie oraz przekonująco. <br />
Ze zdenerwowania i kluski zasiadającej na dnie żołądka, zaczęła obgryzać paznokcie.<br />
Poprowadził ją na zewnątrz, po czym zniknął prędko jak zjawa, którą w gruncie rzeczy mógł być. Nie przeszkadzało jej czekanie - na pewno nie w asyście tak pięknego widoku, jaki się właśnie przed nią rozpościerał. W Snowdonii góry wznosiły się jak tytani, ich szczyty całowały bajkowe chmury, a krystaliczne jeziora odbijały ich bezmiar. Słońce, już czerwcowe i natarczywe, delikatnie muskało jej odkryte ramiona; wiatr, dużo chłodniejszy niż ten przemykający po rozgrzanych ulicach Londynu, ostudzał je przy bardziej gwałtownym porywie. Na pewno nie ostudzał jej myśli, ale na to nie było niestety żadnego znanego lekarstwa.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Leviathan Rowle - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span></div></div>
<br />
Timmy długo wpatrywała się w otrzymany od przyjaciela list. Trochę dopatrywała się w nim ukrytego w głoskach żartu. Trochę doszukiwała się wskazówek krzyczących na nią zrozpaczone „przyjaciółko w niedoli, mrugam dwa razy! Porwano mnie i wpędzono do niewoli, ratuj!”<br />
Właściwie, wszystkie te elementy w liście znalazła. Ale żaden nie odkręcał postawionego przed nią faktu – Leviemu przypisano narzeczoną. Levi miał się żenić i to nie był (najprawdopodobniej) żart. Nie odkryła jeszcze przed samą sobą rodzaju ani kalibru emocji, które zaczęły w niej kiełkować. Powoli i niespiesznie, bo z trawieniem uczuć od zawsze radziła sobie nadzwyczaj opornie. <br />
Pocieszała się, iż to jak najbardziej normalne być bardziej zgaszonym niż radosnym, przecież sam mężczyzna musiał być w podobnym nastroju, a kto jak nie najlepsza przyjaciółka zrezonuje to co w tobie najgłębiej siedzi. Ale z każdym krokiem stawianym w kierunku kominka, przestawała tracić pewność siebie. Pewność, że go starannie pocieszy i wypłucze z rodzących się obaw. Bo na pewno je posiadał, prawda?<br />
Ze wszystkich sił chciała żyć teraźniejszością. Może i jej ulotnością, może kruchością, ale i namacalnością. To co działo się teraz było stałe, konkretne i realne. Przyszłość zaś miała nieść wszystko co dobre i elektryzujące. Haczyk tkwił w tym, że we wszystkich tych planach, nawet ich najmniejszych zakamarkach, zawsze był Levi. Ten sam, niezmieniony, nawet dwadzieścia lat do przodu o tym samym szerokim uśmiechu i migoczącym spojrzeniu. Był jej rodziną, a rodzina, tak jak na portrecie, powinna zostawać taka sama.  <br />
Ale teraz miał zakładać swoją własną, a ona miała go przekonać, że to dobry pomysł. Tak przynajmniej planowała, bo o ile wyjątkowo lubowała się w planowaniu przyszłości, to nie potrafiła w niej czytać.<br />
Może to i dobrze.<br />
Ku jej uciesze, po drugiej stronie kominka powitał ją skrzat Leviego. Uciesze, jako że dało jej to czas na przepracowanie i skrojenie gratulacji na takie, które brzmią prawdziwie oraz przekonująco. <br />
Ze zdenerwowania i kluski zasiadającej na dnie żołądka, zaczęła obgryzać paznokcie.<br />
Poprowadził ją na zewnątrz, po czym zniknął prędko jak zjawa, którą w gruncie rzeczy mógł być. Nie przeszkadzało jej czekanie - na pewno nie w asyście tak pięknego widoku, jaki się właśnie przed nią rozpościerał. W Snowdonii góry wznosiły się jak tytani, ich szczyty całowały bajkowe chmury, a krystaliczne jeziora odbijały ich bezmiar. Słońce, już czerwcowe i natarczywe, delikatnie muskało jej odkryte ramiona; wiatr, dużo chłodniejszy niż ten przemykający po rozgrzanych ulicach Londynu, ostudzał je przy bardziej gwałtownym porywie. Na pewno nie ostudzał jej myśli, ale na to nie było niestety żadnego znanego lekarstwa.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[12.06.1972] Walia || The death of a bachelor]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2027</link>
			<pubDate>Mon, 09 Oct 2023 01:45:09 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=332">Leviathan Rowle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2027</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Leviathan Rowle - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span></div></div>
<br />
Jeśli miał być szczery, to sam nie wiedział co miał myśleć. Przez wiele lat czuł się zwyczajnie bezpieczny. Kwestia jego ożenku wypływała co jakiś czas w rodzinnych rozmowach, ale raczej nie były ku temu robione jakieś poważniejsze kroki, a na pewno nie z jego strony. Bo było mu zwyczajnie dobrze; dobrze z samotnością i wolnością, która przysługiwała mu z okazji bycia kawalerem. Nie musiał udawać, że wraca do domu do żony, tak samo jak nie musiał się martwić o zdanie czy samopoczucie małżonki tylko dlatego, że mu wypadało. Nie musiał grać na pokaz, by wszyscy zainteresowani życiem czystokrwistych rodów mieli o nich dobre zdanie. Jeśli czuł się samotnie duchowo, zawsze mógł napisać list do Timmy i albo zaprosić ją do Snowdonii, albo samemu zawitać do Londynu, żeby się z nią spotkać. Mogli też równie dobrze zaplanować wspólną wycieczkę i wszyscy byliby szczęśliwi, a przez wszystkich miał na myśli oczywiście siebie samego i ją samą, bo po co miał się przejmować kimkolwiek innym. Jeśli natomiast czułby się samotny cieleśnie, na to też miał całkiem sprawdzone sposoby. Wszystko było na miejscu.<br />
Przynajmniej do momentu otrzymania od ojca listu.<br />
Ten jeszcze nie był aż tak gorzki, jak mógł się spodziewać. Oczywiście, pozostawiał pewien posmak, ale ten nieco osłodzony został pokaźnym zastrzykiem gotówki, który ustawiał prace Leviego na długi okres czasu i to w obiecującej perspektywie. Słowa zawarte w liście też jakoś niekoniecznie uświadamiały mu powagę sytuacji. Jasne, miał się spotkać z przyszłą narzeczoną i jej rodziną, ale brzmiało to jak zwykła formalność, raczej obdarta z personalnych elementów czy zgłębiania zawiłości własnych charakterów.<br />
Potem jednak dostał list od samej dziewczyny i już było mu znacznie gorzej.<br />
Jej własne zainteresowanie wprawiło go w pewnego rodzaju zakłopotanie, chyba tylko dlatego, że doskonale zdawał sobie sprawę, że nie miał zamiaru odwzajemniać się tym samym. Nie zależało mu na poznaniu jej w jakiś głębszy sposób, tak samo jak i robieniu tego w cztery oczy. Było też w tym liście od niej coś, co go przerastało. To, jak o nich pisała. O ich przyszłości. Jak to było? Najpewniej długa, wspólna droga. Było w tym coś nieuniknionego i uświadamiającego mu dobitnie, że oto został skazany na dożywocie.<br />
Dlatego też w pierwszej kolejności zrobił jedyną logiczną rzecz, czyli napisał do Septimy, zapraszając ją do siebie w trybie natychmiastowym. Dopiero kiedy opuściła rezerwat, a on poukładał sobie w głowie wszystko o czym rozmawiali i co przeczytał w listach od ojca i Sary, zgodził się na wizytę. Zrobił to jednak tylko przed samym sobą, nie kwapiąc się do odpisywania na korespondencje, zwyczajnie dając sobie jeszcze furtkę do zignorowania jej całkowicie. Nie był tchórzem i nigdy tak o sobie nie myślał, bo przecież zajmował się smokami, jednymi z najgroźniejszych bestii, a mimo to jakoś czuł, że rozmowa z tą dziewczyną będzie należeć do takich, których nigdy nie chciał przeprowadzać. Ani nawet przy nich stać. <br />
Ani o nich myśleć.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Niech to się już skończy.</span> Pomyślał tylko, zanim energicznie zapukał do drzwi domku, który wymieniła w wysłanym do niego liście.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Leviathan Rowle - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span></div></div>
<br />
Jeśli miał być szczery, to sam nie wiedział co miał myśleć. Przez wiele lat czuł się zwyczajnie bezpieczny. Kwestia jego ożenku wypływała co jakiś czas w rodzinnych rozmowach, ale raczej nie były ku temu robione jakieś poważniejsze kroki, a na pewno nie z jego strony. Bo było mu zwyczajnie dobrze; dobrze z samotnością i wolnością, która przysługiwała mu z okazji bycia kawalerem. Nie musiał udawać, że wraca do domu do żony, tak samo jak nie musiał się martwić o zdanie czy samopoczucie małżonki tylko dlatego, że mu wypadało. Nie musiał grać na pokaz, by wszyscy zainteresowani życiem czystokrwistych rodów mieli o nich dobre zdanie. Jeśli czuł się samotnie duchowo, zawsze mógł napisać list do Timmy i albo zaprosić ją do Snowdonii, albo samemu zawitać do Londynu, żeby się z nią spotkać. Mogli też równie dobrze zaplanować wspólną wycieczkę i wszyscy byliby szczęśliwi, a przez wszystkich miał na myśli oczywiście siebie samego i ją samą, bo po co miał się przejmować kimkolwiek innym. Jeśli natomiast czułby się samotny cieleśnie, na to też miał całkiem sprawdzone sposoby. Wszystko było na miejscu.<br />
Przynajmniej do momentu otrzymania od ojca listu.<br />
Ten jeszcze nie był aż tak gorzki, jak mógł się spodziewać. Oczywiście, pozostawiał pewien posmak, ale ten nieco osłodzony został pokaźnym zastrzykiem gotówki, który ustawiał prace Leviego na długi okres czasu i to w obiecującej perspektywie. Słowa zawarte w liście też jakoś niekoniecznie uświadamiały mu powagę sytuacji. Jasne, miał się spotkać z przyszłą narzeczoną i jej rodziną, ale brzmiało to jak zwykła formalność, raczej obdarta z personalnych elementów czy zgłębiania zawiłości własnych charakterów.<br />
Potem jednak dostał list od samej dziewczyny i już było mu znacznie gorzej.<br />
Jej własne zainteresowanie wprawiło go w pewnego rodzaju zakłopotanie, chyba tylko dlatego, że doskonale zdawał sobie sprawę, że nie miał zamiaru odwzajemniać się tym samym. Nie zależało mu na poznaniu jej w jakiś głębszy sposób, tak samo jak i robieniu tego w cztery oczy. Było też w tym liście od niej coś, co go przerastało. To, jak o nich pisała. O ich przyszłości. Jak to było? Najpewniej długa, wspólna droga. Było w tym coś nieuniknionego i uświadamiającego mu dobitnie, że oto został skazany na dożywocie.<br />
Dlatego też w pierwszej kolejności zrobił jedyną logiczną rzecz, czyli napisał do Septimy, zapraszając ją do siebie w trybie natychmiastowym. Dopiero kiedy opuściła rezerwat, a on poukładał sobie w głowie wszystko o czym rozmawiali i co przeczytał w listach od ojca i Sary, zgodził się na wizytę. Zrobił to jednak tylko przed samym sobą, nie kwapiąc się do odpisywania na korespondencje, zwyczajnie dając sobie jeszcze furtkę do zignorowania jej całkowicie. Nie był tchórzem i nigdy tak o sobie nie myślał, bo przecież zajmował się smokami, jednymi z najgroźniejszych bestii, a mimo to jakoś czuł, że rozmowa z tą dziewczyną będzie należeć do takich, których nigdy nie chciał przeprowadzać. Ani nawet przy nich stać. <br />
Ani o nich myśleć.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Niech to się już skończy.</span> Pomyślał tylko, zanim energicznie zapukał do drzwi domku, który wymieniła w wysłanym do niego liście.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[21.05.72, wykopaliska w Walii] Wiatr znad wrzosowisk]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1974</link>
			<pubDate>Sat, 30 Sep 2023 12:02:48 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=201">Cathal Shafiq</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1974</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono w <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span>, Guinevere McGonagall.</div></div>
<br />
Wiatr poruszał wrzosami, pośród których wędrowali, targał włosy, bawił się zieloną spódnicą Nell. Wrzosowisko ciągnęło się aż po horyzont, chociaż nie wyglądało teraz tak, jak w wizji Ginny: rośliny nie kwitły, nie malowały wszystkiego fioletem, a świat nie tonął w promieniach zachodzącego słońca, które barwiły niebo na czerwono i złoto. Ale to było prawdopodobnie to samo miejsce. Guinevere po prostu tak czuła, nawet jeśli brakowało punktów charakterystycznych, które mogłaby rozpoznać.<br />
Cathal szedł pierwszy, z dłońmi skrytymi w kieszeniach cienkiej szaty, z uwagi na wiatr narzuconej na roboczy strój: znoszoną koszulę i jeszcze bardziej znoszone, przybrudzone ziemią spodnie. Wspomnienie ciepła Egiptu, na zawsze już obecne w głowie, dopiero ulatniało się z ciała i chłód angielskiej wiosny może mu nie doskwierał, ale nie dawał się lekceważyć. Ciężkie buty deptały wrzosy i inne rośliny, a jasne oczy utkwione były w ledwo widocznym zarysie skały, dobre kilkadziesiąt metrów przed nimi.<br />
O ile to była skała...?<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Pewne badania wskazują na to, że siódmy z tych filarów znajduje się pod wioską. W odciętej jeszcze części podziemi</span> - powiedział Shafiq. Pewne badania to była oczywiście Leta i jej zdolność wędrowania we śnie, ale Cathal nie zamierzał opowiadać o nekromantycznych zapędach przyjaciółki na prawo i lewo. O tym wiedzieli tylko on i Nell, przynajmniej na razie. Ledwo dwa dni temu wspominał, że filarów powinni być siedem... I cóż. Najwyraźniej się nie mylił. Czerpał z tego faktu pewną wewnętrzną satysfakcję. Podobnie jak z tego, że walijskie ruiny kryły w sobie znacznie więcej tajemnic niż ośmieliłby się choćby marzyć na początku prac. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Jeśli go tam znajdziemy, być może faktycznie to uaktywniona przez nie magia doprowadziła do zagłady wioski.</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Cal?</span><br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Aha?</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Nie doprowadzaj do zagłady wioski. Ładnie proszę. A przynajmniej nie w chwili, w której w niej będziemy.</span><br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Nie interesuje mnie doprowadzanie do zagłady. Bardziej chciałbym wiedzieć, dlaczego to miejsce wybudowano akurat w sercu pomiędzy filarami. Sama wioska jest od nich młodsza...</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> - Ale oboje widzimy, że to co pod nią, może być starsze. Ginny, poznajesz okolicę?</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono w <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span>, Guinevere McGonagall.</div></div>
<br />
Wiatr poruszał wrzosami, pośród których wędrowali, targał włosy, bawił się zieloną spódnicą Nell. Wrzosowisko ciągnęło się aż po horyzont, chociaż nie wyglądało teraz tak, jak w wizji Ginny: rośliny nie kwitły, nie malowały wszystkiego fioletem, a świat nie tonął w promieniach zachodzącego słońca, które barwiły niebo na czerwono i złoto. Ale to było prawdopodobnie to samo miejsce. Guinevere po prostu tak czuła, nawet jeśli brakowało punktów charakterystycznych, które mogłaby rozpoznać.<br />
Cathal szedł pierwszy, z dłońmi skrytymi w kieszeniach cienkiej szaty, z uwagi na wiatr narzuconej na roboczy strój: znoszoną koszulę i jeszcze bardziej znoszone, przybrudzone ziemią spodnie. Wspomnienie ciepła Egiptu, na zawsze już obecne w głowie, dopiero ulatniało się z ciała i chłód angielskiej wiosny może mu nie doskwierał, ale nie dawał się lekceważyć. Ciężkie buty deptały wrzosy i inne rośliny, a jasne oczy utkwione były w ledwo widocznym zarysie skały, dobre kilkadziesiąt metrów przed nimi.<br />
O ile to była skała...?<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Pewne badania wskazują na to, że siódmy z tych filarów znajduje się pod wioską. W odciętej jeszcze części podziemi</span> - powiedział Shafiq. Pewne badania to była oczywiście Leta i jej zdolność wędrowania we śnie, ale Cathal nie zamierzał opowiadać o nekromantycznych zapędach przyjaciółki na prawo i lewo. O tym wiedzieli tylko on i Nell, przynajmniej na razie. Ledwo dwa dni temu wspominał, że filarów powinni być siedem... I cóż. Najwyraźniej się nie mylił. Czerpał z tego faktu pewną wewnętrzną satysfakcję. Podobnie jak z tego, że walijskie ruiny kryły w sobie znacznie więcej tajemnic niż ośmieliłby się choćby marzyć na początku prac. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Jeśli go tam znajdziemy, być może faktycznie to uaktywniona przez nie magia doprowadziła do zagłady wioski.</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Cal?</span><br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Aha?</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Nie doprowadzaj do zagłady wioski. Ładnie proszę. A przynajmniej nie w chwili, w której w niej będziemy.</span><br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Nie interesuje mnie doprowadzanie do zagłady. Bardziej chciałbym wiedzieć, dlaczego to miejsce wybudowano akurat w sercu pomiędzy filarami. Sama wioska jest od nich młodsza...</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> - Ale oboje widzimy, że to co pod nią, może być starsze. Ginny, poznajesz okolicę?</span>]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>