<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Szkocja]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Fri, 06 Nov 2026 00:46:41 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[[24.10.1972] Karta przetargowa]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6430</link>
			<pubDate>Wed, 16 Sep 2026 13:55:12 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=282">Nicholas Travers</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6430</guid>
			<description><![CDATA[<div class="divek"><div id="dataa" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">24 października 1972r.<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Szkocja / Rezydencja Traversów</span></span></div>
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Cisza przed Burzą II - Zadanie od Czarnego Pana<br />
Kontynuacja sesji z <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6339&amp;pid=94640#pid94640" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">23.09.1972 - Little Hangleton</a></span></span></div>
<br />
<p>Minął miesiąc, odkąd tutaj był ostatnim razem. Była to kolacja Mabon. Nie myślał, że ponownie tutaj wróci. Nie planował tego, tak szybko. Sprawa jaką miał się zająć, wymagała jednak zebrania informacji w tym miejscu. W rodzinnych stronach. </p>
<p>Z pomocą świtoklika, Nicholas pojawił się przed braną rezydencji swojej rodziny. Na pewno jego obecność ich zaskoczy. Izolował się, aby nikogo nie mieszać do tego, w jakim kierunku podąża w swojej karierze i poza nią. Potrzebował dodatkowej wiedzy i przygotowania, w sprawie tego jednego archeologa. Musiał to rozegrać tak, aby było korzystne dla wszystkich zainteresowanych.</p>
<p>Poprawił kołnierz swojego czarnego płaszcza, czując na swojej twarzy mżący deszcz. Klimat okolicy jak na jesień, wyglądał ponuro. Pochmurne niebo a większość liści opadła z gałęzi drzew. Było dwa dni po pełni księżyca. Część członków rodziny, skażona likantropią, nie powinna być już pod jej wpływem. Wielokrotnie Nicholasa zastanawiało, jak to jest być wilkołakiem. A bardziej, jak wampirem. Czy zostanie jednym z nich, przedłużyłoby jego życie? Czy zabiło, z powodu choroby genetycznej? </p>
<p>Otworzył bramę i przekroczył jej próg, wchodząc na dziedziniec posiadłości. Brama za nim zamknęła się. Doszedł do drzwi wejściowych rezydencji, przed którymi stanął. Uniósł dłoń, aby pochwycić obręcz trzymaną przez kołatkę w postaci wilczego pyska. Zawahał się przez moment. Po co ma pukać, skoro może wejść? To wciąż też jego dom. </p>
<p>Przeniósł dłoń na mosiężną klamkę i nacisnął, wchodząc do środka. Wszelkie materiały zdobione czy użytkowe, były wykonywane z każdego materiału, który nie był srebrem. Wchodząc do środka, nie odzywał się. Nie zaalarmował swojego wejścia. Nie musiał. Zamykając drzwi za sobą, zmaterializował się przy nim skrzat domowy. </p>
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Panicz Nicholas. Witamy w Posiadłości. </span><br />
Skrzat ukłonił się przed nim, tym samym zdradzając jego obecność w domu. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Jest ktoś z rodziny? </span><br />
Żadnego przywitania, tylko pytanie ogólne zadał Nicholas. Jakby liczył na to, że nikogo nie będzie. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Pana rodzina kończy właśnie śniadanie. </span><br />
Odpowiedział skrzat. Co znaczyło, że ktoś jednak był. <br />
Matka raczej nie opuszczała tego domu, ze względu na pogarszający się stan zdrowia. I Nicholas przeczuwał, że mógł tę chorobę po niej odziedziczyć. Z kolei ojciec, stryj i babka, bywali poza domem w sprawach zawodowych. Bo przecież musieli. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Nie będę im przeszkadzał. Pójdę do biblioteki. </span><br />
Zakomunikował, wzrokiem spoglądając w przejście, kierujące prosto do jadalni. Nie zamierzał jednak pokazywać się rodzinie. Znów słuchać uwag babki, gdzie będzie zmuszała go do jedzenia. Nie czekał też na reakcję skrzata. Po prostu skierował swoje kroki w stronę schodów na pierwsze piętro, gdzie znajdowała się biblioteka, z przeważającymi zbiorami i artefaktami archeologicznymi. <br />
<p>Wszedł do pomieszczenia, nie zastając nikogo. Przynajmniej tak myślał, że jest tutaj sam. Zamknął drzwi za sobą, rozglądając się po wnętrzu dawno nieodwiedzanego przez siebie pomieszczenia. Na środkowych stołach, stały mniejsze ekspozycje, wykopaliskowe jego rodziny, będące w trakcie analizy i badań. Pod ścianami znajdowały się obszerne regały z różnymi przedmiotami, które wykopali, zakupili lub otrzymali. W głębi Sali, pod jedną ze ścian, ustawione były regały z książkami. Półki nie wszystkie były zapełnione. Zawierały nie tylko podręczniki, księgi ale i zapiski oraz mapy różnych autorów. Zeszyty i pergaminy, większości należące do jego rodziny. Była też jedna część pomieszczenia, ta mniej bezpieczna i zabezpieczona. Szczególnie przed nim. Bo już jako dziecko, padał ofiarą przeklętych przedmiotów i musieli go ratować. W tym roku też nie oparł się pokusie. Gdyby nie interwencja matki, pewnie klątwa zabiłaby go. </p>
<p>Nicholas stanął po środku pomieszczenia, spojrzawszy pierw w kierunku jednej części biblioteki z księgami, po czym spojrzał w drugą stronę, na przeklęte przedmioty. Na pewno znalazłby tutaj coś, czym mógłby kupić uwagę Frasera. Przedmiot, czy wiedza? Czego mógłby pragnąć bardziej? Nie musiało być nawet coś przeklętego. Mogło być czyste od czarnej magii, ale cenne w galeonach. </p>
<p>Rozglądają się, upewnił, że nie ma tutaj żadnej obecności dziadka Fergusa. Nie potrzebował się tłumaczyć i nie chciał teraz tracić czasu na rodzinne wspomnienia czy inne dyskusje. Skierował swoje kroki w stronę regałów z zapiskami i księgami. Przeglądał kolejno napisy na grzbietach. Wyraźne i te mniej, których czas wytrwałości tuszu przemijał. Sporo badań jego rodzina miała przeprowadzone na wyspach Brytyjskich, sięgając aż po Skandynawię, badając wybrane miejsca w europie. Gdy biznes rodzinny się poszerzył a kontakty zwiększyły, mogli sobie pozwolić na wykopaliska poza Europę. Choćby tego lata, Egipt. </p>
<p>Od czego powinien zacząć? Od wiedzy na temat miejsc w Jugosławii, aby mieć temat zaczepny do rozmowy? Zagłębić wiedzę o innym miejscu, które mógłby sprzedać mężczyźnie jako cena za usługi? Coś, gdzie jeszcze nie był. Potrzebował zlecenia. Mógł potrzebować. </p>
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Potrzebujesz czegoś Nicholasie?</span><br />
Usłyszał znajomy głos ojca. Nicholas odwrócił głowę, dostrzegając jego obecność. Będąc w zamyśleniu, widocznie nie usłyszał, jak Nevan wszedł. Upierdliwy skrzat, szybko doniósł o jego obecności. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Informacji. </span><br />
Odpowiedział krótko, nie chcąc już na dzień dobry mówić o szczegółach. <br />
Nevan zmarszczył brwi.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Nie przywitawszy się z rodziną? </span><br />
Zarzucił mu Nevan. <br />
Nicholas milczał. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Zauważyłem, że zmieniłeś się przez ostatnie miesiące. Nie sądziłem jednak, że od ostatniego spotkania, aż tak bardzo. Zapominając o drobnych uprzejmościach, synu. </span><br />
Upomniał, co jednak Nicholasa nie ruszało za bardzo. Ale sprawa dla Czarnego Pana, przesłoniła mu widocznie podstawowe sprawy rodzinne, skoro już tutaj się pojawił.  <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Wybacz, ojcze. </span><br />
Wypowiedział te słowa bez okazywania emocji, jakby mówił poważnie i przepraszał za swoje zachowanie, nie widząc winy w tym, że wszedł nie witając się z domownikami.  <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Zejdźmy i przywitaj się chociaż. Zanim moja matka zrobi Ci znów kazanie. </span><br />
Zasugerował Nevan, wskazując Nicholasowi kierunek do wyjścia z biblioteki. Sprawa w której przyszedł dla siebie, musiała poczekać. Opuścił bibliotekę, udając się z ojcem na dół, aby dołączyć do matki i babki. Ku przewidzeniu, jedna się ucieszyła, druga go skarciła. <br />
<br />
<p>Gdy w końcu przyszła pora, aby rozejść się do swoich zaplanowanych spraw tego dnia, Nicholas z ojcem przemierzali korytarz pierwszego piętra posiadłości.</p>
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Jakich informacji poszukujesz? </span><br />
Zapytał ojciec. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Czy Delilah ma jakieś zlecenia archeologiczne?  </span><br />
Odpowiedział Nicholas pytaniem. Przechodząc właściwie do sedna sprawy. Nevan uśmiechnął się pokręciwszy głową, jakby syn go rozbawił. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- I szukałeś tego w bibliotece? </span><br />
Przypomniał synowi, gdzie go dwie godziny temu zastał. Takie sprawy, to znaleźć można w gabinecie Delilah lub u niego.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Nie. W bibliotece… Chciałem spojrzeć na całokształt naszej rodzinnej pracy w tym kierunku. </span><br />
Wytłumaczył się Nicholas bez zawahania i zdradzania po sobie innego lub dodatkowego celu swojej tutejszej obecności. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Przejdźmy może do mojego gabinetu. </span><br />
Zasugerował Nevan, kierując się od razu prosto do swojego domowego biura na piętrze. Nicholas wszedł za nim, stając przed biurkiem ojca, gdy ten stanął zanim i zaczął przeglądać swoje rozłożone papiery, szukając czegoś. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Po co Ci potrzebne te zlecenia? Tak jak Theon potrzebujesz wyjechać? </span><br />
Zapytał syna, odszukując swój obszernie rozpisany notes kalendarzowy. Z którego wyjął dwie koperty. W nich mogło znajdować się to, co potrzebował młody Travers.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- To sprawa zawodowa. Ze względu na swoją pozycję, nie mogę za wiele powiedzieć. Zapewniam Cię, że zlecenie dostanie archeolog w swoim stażu doświadczony. </span><br />
Nicholas starał się być przekonujący, okłamując częściowo swojego rodzica. Wykorzystując swoją pozycję zawodową Niewymownego. Sam do końca nie poznał tego archeologa i ogarnął, że powinien pierw zebrać o nim potrzebne informacje, a dopiero szukać sposobu, na jego przekonanie do słusznej sprawy. <br />
Nevan nie wyglądał na do końca przekonanego. Nie po tym, co odwalał Theon. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Wiem, że się zmieniłem. Ale nie zapominam o wartościach rodziny. Za Twoją prośbą, zgodziłem się pomagać Faye. Ogarnąłem jej nawet nowy dom w Londynie. Utrzymuję kontakt z Theonem. Proszę cię o jedno zlecenie dla człowieka, który mógłby coś pomóc i też trochę zarobić. Jeżeli odmówi, zwrócę Ci papiery. Nigdy nie robiłem niczego na niekorzyść rodziny. </span><br />
Po tych słowach Nicholasa, można było odnieść wrażenie, że jego słowa dotarły do Nevana. Syn go nie zawiódł. A Faye pozytywnie odnosiła się do braterskiej opieki. <br />
<p>Pan Travers otworzył jedną z kopert i wyjął papiery spoglądając na ich treść, aby zachwalę złożyć i schować, odkładając na bok. Sięgnął po drugą kopertę i przejrzał jej zawartość. To powinno wystarczyć. Złożył papiery i schował do koperty.</p>
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Belintasz w Bułgarii. Mamy pozwolenie na badania w swoim zakresie w sanktuarium. Niedawno dostałem list od kuzyna, że potrzebują kogoś jeszcze, bo dokonali odkrycia. </span><br />
Przedstawił Nevan, co częściowo znajdowało się w kopercie, jaką wyciągnął w kierunku Nicholasa. Przekazał mu zlecenie. Nicholas odebrał, zadając przy okazji pytanie.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Do kiedy trwają tam prace?</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- To zależy od warunków pogodowych w Bułgarii. I jaka przyjdzie zima. Jeżeli uniemożliwi prace, będzie wstrzymanie ich do wiosny. </span><br />
Odpowiedział Nevan. <br />
Nicholas podziękował ojcu i po tej rozmowie, opuścił gabinet. Wrócił sam do biblioteki, z której pożyczył kilka potrzebnych dla siebie książek i zapisków. Pożegnawszy się z rodziną, za pomocą świstoklika wrócił do siebie, do Little Hangleton.<br />
<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Przewagi: Kłamstwo I – okłamywanie ojca</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Kontynuacja sesji w następnym wątku.</span><br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="divek"><div id="dataa" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">24 października 1972r.<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Szkocja / Rezydencja Traversów</span></span></div>
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Cisza przed Burzą II - Zadanie od Czarnego Pana<br />
Kontynuacja sesji z <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6339&amp;pid=94640#pid94640" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">23.09.1972 - Little Hangleton</a></span></span></div>
<br />
<p>Minął miesiąc, odkąd tutaj był ostatnim razem. Była to kolacja Mabon. Nie myślał, że ponownie tutaj wróci. Nie planował tego, tak szybko. Sprawa jaką miał się zająć, wymagała jednak zebrania informacji w tym miejscu. W rodzinnych stronach. </p>
<p>Z pomocą świtoklika, Nicholas pojawił się przed braną rezydencji swojej rodziny. Na pewno jego obecność ich zaskoczy. Izolował się, aby nikogo nie mieszać do tego, w jakim kierunku podąża w swojej karierze i poza nią. Potrzebował dodatkowej wiedzy i przygotowania, w sprawie tego jednego archeologa. Musiał to rozegrać tak, aby było korzystne dla wszystkich zainteresowanych.</p>
<p>Poprawił kołnierz swojego czarnego płaszcza, czując na swojej twarzy mżący deszcz. Klimat okolicy jak na jesień, wyglądał ponuro. Pochmurne niebo a większość liści opadła z gałęzi drzew. Było dwa dni po pełni księżyca. Część członków rodziny, skażona likantropią, nie powinna być już pod jej wpływem. Wielokrotnie Nicholasa zastanawiało, jak to jest być wilkołakiem. A bardziej, jak wampirem. Czy zostanie jednym z nich, przedłużyłoby jego życie? Czy zabiło, z powodu choroby genetycznej? </p>
<p>Otworzył bramę i przekroczył jej próg, wchodząc na dziedziniec posiadłości. Brama za nim zamknęła się. Doszedł do drzwi wejściowych rezydencji, przed którymi stanął. Uniósł dłoń, aby pochwycić obręcz trzymaną przez kołatkę w postaci wilczego pyska. Zawahał się przez moment. Po co ma pukać, skoro może wejść? To wciąż też jego dom. </p>
<p>Przeniósł dłoń na mosiężną klamkę i nacisnął, wchodząc do środka. Wszelkie materiały zdobione czy użytkowe, były wykonywane z każdego materiału, który nie był srebrem. Wchodząc do środka, nie odzywał się. Nie zaalarmował swojego wejścia. Nie musiał. Zamykając drzwi za sobą, zmaterializował się przy nim skrzat domowy. </p>
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Panicz Nicholas. Witamy w Posiadłości. </span><br />
Skrzat ukłonił się przed nim, tym samym zdradzając jego obecność w domu. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Jest ktoś z rodziny? </span><br />
Żadnego przywitania, tylko pytanie ogólne zadał Nicholas. Jakby liczył na to, że nikogo nie będzie. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Pana rodzina kończy właśnie śniadanie. </span><br />
Odpowiedział skrzat. Co znaczyło, że ktoś jednak był. <br />
Matka raczej nie opuszczała tego domu, ze względu na pogarszający się stan zdrowia. I Nicholas przeczuwał, że mógł tę chorobę po niej odziedziczyć. Z kolei ojciec, stryj i babka, bywali poza domem w sprawach zawodowych. Bo przecież musieli. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Nie będę im przeszkadzał. Pójdę do biblioteki. </span><br />
Zakomunikował, wzrokiem spoglądając w przejście, kierujące prosto do jadalni. Nie zamierzał jednak pokazywać się rodzinie. Znów słuchać uwag babki, gdzie będzie zmuszała go do jedzenia. Nie czekał też na reakcję skrzata. Po prostu skierował swoje kroki w stronę schodów na pierwsze piętro, gdzie znajdowała się biblioteka, z przeważającymi zbiorami i artefaktami archeologicznymi. <br />
<p>Wszedł do pomieszczenia, nie zastając nikogo. Przynajmniej tak myślał, że jest tutaj sam. Zamknął drzwi za sobą, rozglądając się po wnętrzu dawno nieodwiedzanego przez siebie pomieszczenia. Na środkowych stołach, stały mniejsze ekspozycje, wykopaliskowe jego rodziny, będące w trakcie analizy i badań. Pod ścianami znajdowały się obszerne regały z różnymi przedmiotami, które wykopali, zakupili lub otrzymali. W głębi Sali, pod jedną ze ścian, ustawione były regały z książkami. Półki nie wszystkie były zapełnione. Zawierały nie tylko podręczniki, księgi ale i zapiski oraz mapy różnych autorów. Zeszyty i pergaminy, większości należące do jego rodziny. Była też jedna część pomieszczenia, ta mniej bezpieczna i zabezpieczona. Szczególnie przed nim. Bo już jako dziecko, padał ofiarą przeklętych przedmiotów i musieli go ratować. W tym roku też nie oparł się pokusie. Gdyby nie interwencja matki, pewnie klątwa zabiłaby go. </p>
<p>Nicholas stanął po środku pomieszczenia, spojrzawszy pierw w kierunku jednej części biblioteki z księgami, po czym spojrzał w drugą stronę, na przeklęte przedmioty. Na pewno znalazłby tutaj coś, czym mógłby kupić uwagę Frasera. Przedmiot, czy wiedza? Czego mógłby pragnąć bardziej? Nie musiało być nawet coś przeklętego. Mogło być czyste od czarnej magii, ale cenne w galeonach. </p>
<p>Rozglądają się, upewnił, że nie ma tutaj żadnej obecności dziadka Fergusa. Nie potrzebował się tłumaczyć i nie chciał teraz tracić czasu na rodzinne wspomnienia czy inne dyskusje. Skierował swoje kroki w stronę regałów z zapiskami i księgami. Przeglądał kolejno napisy na grzbietach. Wyraźne i te mniej, których czas wytrwałości tuszu przemijał. Sporo badań jego rodzina miała przeprowadzone na wyspach Brytyjskich, sięgając aż po Skandynawię, badając wybrane miejsca w europie. Gdy biznes rodzinny się poszerzył a kontakty zwiększyły, mogli sobie pozwolić na wykopaliska poza Europę. Choćby tego lata, Egipt. </p>
<p>Od czego powinien zacząć? Od wiedzy na temat miejsc w Jugosławii, aby mieć temat zaczepny do rozmowy? Zagłębić wiedzę o innym miejscu, które mógłby sprzedać mężczyźnie jako cena za usługi? Coś, gdzie jeszcze nie był. Potrzebował zlecenia. Mógł potrzebować. </p>
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Potrzebujesz czegoś Nicholasie?</span><br />
Usłyszał znajomy głos ojca. Nicholas odwrócił głowę, dostrzegając jego obecność. Będąc w zamyśleniu, widocznie nie usłyszał, jak Nevan wszedł. Upierdliwy skrzat, szybko doniósł o jego obecności. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Informacji. </span><br />
Odpowiedział krótko, nie chcąc już na dzień dobry mówić o szczegółach. <br />
Nevan zmarszczył brwi.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Nie przywitawszy się z rodziną? </span><br />
Zarzucił mu Nevan. <br />
Nicholas milczał. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Zauważyłem, że zmieniłeś się przez ostatnie miesiące. Nie sądziłem jednak, że od ostatniego spotkania, aż tak bardzo. Zapominając o drobnych uprzejmościach, synu. </span><br />
Upomniał, co jednak Nicholasa nie ruszało za bardzo. Ale sprawa dla Czarnego Pana, przesłoniła mu widocznie podstawowe sprawy rodzinne, skoro już tutaj się pojawił.  <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Wybacz, ojcze. </span><br />
Wypowiedział te słowa bez okazywania emocji, jakby mówił poważnie i przepraszał za swoje zachowanie, nie widząc winy w tym, że wszedł nie witając się z domownikami.  <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Zejdźmy i przywitaj się chociaż. Zanim moja matka zrobi Ci znów kazanie. </span><br />
Zasugerował Nevan, wskazując Nicholasowi kierunek do wyjścia z biblioteki. Sprawa w której przyszedł dla siebie, musiała poczekać. Opuścił bibliotekę, udając się z ojcem na dół, aby dołączyć do matki i babki. Ku przewidzeniu, jedna się ucieszyła, druga go skarciła. <br />
<br />
<p>Gdy w końcu przyszła pora, aby rozejść się do swoich zaplanowanych spraw tego dnia, Nicholas z ojcem przemierzali korytarz pierwszego piętra posiadłości.</p>
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Jakich informacji poszukujesz? </span><br />
Zapytał ojciec. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Czy Delilah ma jakieś zlecenia archeologiczne?  </span><br />
Odpowiedział Nicholas pytaniem. Przechodząc właściwie do sedna sprawy. Nevan uśmiechnął się pokręciwszy głową, jakby syn go rozbawił. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- I szukałeś tego w bibliotece? </span><br />
Przypomniał synowi, gdzie go dwie godziny temu zastał. Takie sprawy, to znaleźć można w gabinecie Delilah lub u niego.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Nie. W bibliotece… Chciałem spojrzeć na całokształt naszej rodzinnej pracy w tym kierunku. </span><br />
Wytłumaczył się Nicholas bez zawahania i zdradzania po sobie innego lub dodatkowego celu swojej tutejszej obecności. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Przejdźmy może do mojego gabinetu. </span><br />
Zasugerował Nevan, kierując się od razu prosto do swojego domowego biura na piętrze. Nicholas wszedł za nim, stając przed biurkiem ojca, gdy ten stanął zanim i zaczął przeglądać swoje rozłożone papiery, szukając czegoś. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Po co Ci potrzebne te zlecenia? Tak jak Theon potrzebujesz wyjechać? </span><br />
Zapytał syna, odszukując swój obszernie rozpisany notes kalendarzowy. Z którego wyjął dwie koperty. W nich mogło znajdować się to, co potrzebował młody Travers.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- To sprawa zawodowa. Ze względu na swoją pozycję, nie mogę za wiele powiedzieć. Zapewniam Cię, że zlecenie dostanie archeolog w swoim stażu doświadczony. </span><br />
Nicholas starał się być przekonujący, okłamując częściowo swojego rodzica. Wykorzystując swoją pozycję zawodową Niewymownego. Sam do końca nie poznał tego archeologa i ogarnął, że powinien pierw zebrać o nim potrzebne informacje, a dopiero szukać sposobu, na jego przekonanie do słusznej sprawy. <br />
Nevan nie wyglądał na do końca przekonanego. Nie po tym, co odwalał Theon. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Wiem, że się zmieniłem. Ale nie zapominam o wartościach rodziny. Za Twoją prośbą, zgodziłem się pomagać Faye. Ogarnąłem jej nawet nowy dom w Londynie. Utrzymuję kontakt z Theonem. Proszę cię o jedno zlecenie dla człowieka, który mógłby coś pomóc i też trochę zarobić. Jeżeli odmówi, zwrócę Ci papiery. Nigdy nie robiłem niczego na niekorzyść rodziny. </span><br />
Po tych słowach Nicholasa, można było odnieść wrażenie, że jego słowa dotarły do Nevana. Syn go nie zawiódł. A Faye pozytywnie odnosiła się do braterskiej opieki. <br />
<p>Pan Travers otworzył jedną z kopert i wyjął papiery spoglądając na ich treść, aby zachwalę złożyć i schować, odkładając na bok. Sięgnął po drugą kopertę i przejrzał jej zawartość. To powinno wystarczyć. Złożył papiery i schował do koperty.</p>
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Belintasz w Bułgarii. Mamy pozwolenie na badania w swoim zakresie w sanktuarium. Niedawno dostałem list od kuzyna, że potrzebują kogoś jeszcze, bo dokonali odkrycia. </span><br />
Przedstawił Nevan, co częściowo znajdowało się w kopercie, jaką wyciągnął w kierunku Nicholasa. Przekazał mu zlecenie. Nicholas odebrał, zadając przy okazji pytanie.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Do kiedy trwają tam prace?</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- To zależy od warunków pogodowych w Bułgarii. I jaka przyjdzie zima. Jeżeli uniemożliwi prace, będzie wstrzymanie ich do wiosny. </span><br />
Odpowiedział Nevan. <br />
Nicholas podziękował ojcu i po tej rozmowie, opuścił gabinet. Wrócił sam do biblioteki, z której pożyczył kilka potrzebnych dla siebie książek i zapisków. Pożegnawszy się z rodziną, za pomocą świstoklika wrócił do siebie, do Little Hangleton.<br />
<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Przewagi: Kłamstwo I – okłamywanie ojca</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Kontynuacja sesji w następnym wątku.</span><br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 72, 19.09] Most Overtoun [Adrian & Robert]]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6213</link>
			<pubDate>Thu, 16 Jul 2026 09:55:38 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=546">Robert Albert Crouch</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6213</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">19 września 1972<br />
Overtoun, Szkocja</div>
<br />
To był mglisty, wilgotny dzień. Szkocka pogoda dawała się we znaki, szczególnie w tej wiosce tak bliskiej malowniczym, ale i przerażającym klifom. Dało się usłyszeć fale uderzające o wysoki morski brzeg. Żywioł łomotał z całych sił, jakby chciał wciągnąć ląd w swe mroczne odmęty. Szatę idącego ścieżynką sędziego, sięgającą niemal do ziemi, na dolnym brzegu pokryły kropelki rosy z pobliskich traw, przez co płaszcz wydawał się cięższy niż zazwyczaj.<br />
<br />
Robert i Adrian wracali właśnie z pobliskiego zamczyska. Pewien czystokrwisty dżentelmen zażądał porady prawnej od nikogo innego jak sędzia Wizengamotu. Chodziło o sprawę z zakresu prawa spadkowego, kompletnie niezwiązaną ze Spaloną Nocą. Z jednej strony dobrze było się oderwać od obowiązków, a z drugiej Crouch czuł się, jakby zawracano mu głowę. Tym samym na tę wycieczkę wziął ze sobą asystenta, który załatwił całą sprawę, podczas gdy Robert emanował sędziowską aurą.<br />
<br />
Musieli wrócić do świstoklika, który znajdował się za wsią Overtoun. Miejsce wydawało się niemal wyludnione, a nieliczni mieszkańcy – ospali lub raczej silnie czymś przytłoczeni.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Pomyśleć, że jestem w takim stanie, że wolę miasteczko widmo od Ministerstwa – </span>rzucił Robert, by trochę podnieść na duchu zarówno siebie, jak i swojego asystenta.<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Świeże powietrze, brak makulatury. Nie ma co narzekać. </span><br />
<br />
Zaraz jednak przystanął. Do jego uszu dotarł cichy dźwięk, poniekąd znajomy ostatnimi czasy. Regularne stukanie o kamienną ścieżkę.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Chyba ktoś za nami idzie –</span> powiedział tajemniczo. Odwrócił się i ujrzał to, czego się spodziewał. Podążał za nimi średniej wielkości kundelek. Miał podpalane futerko, odrobinę jamnikowatą posturę i długi pyszczek. Robert uśmiechnął się, uklęknął na ziemi, unosząc lekko dół szaty, by jeszcze bardziej się nie zabrudził. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Hej, mały! –</span> zawołał i zacmokał ustami.<br />
<br />
Pies jednak nie zwrócił na niego uwagi. Minął mężczyzn i podążył w stronę mostu, nawet nie zwracając na nich zbytniej uwagi. Tak jakby byli dla niego niewidzialni. Nawet się nie zląkł, nie zainteresował. Wydało się to Robertowi nieco dziwne. Po kilku dnia bycia właścicielem psa nauczył się, że to bardzo ciekawskie stworzenia. I świadome swojego otoczenia. Ten zaś wydawał się wręcz zahipnotyzowany.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">19 września 1972<br />
Overtoun, Szkocja</div>
<br />
To był mglisty, wilgotny dzień. Szkocka pogoda dawała się we znaki, szczególnie w tej wiosce tak bliskiej malowniczym, ale i przerażającym klifom. Dało się usłyszeć fale uderzające o wysoki morski brzeg. Żywioł łomotał z całych sił, jakby chciał wciągnąć ląd w swe mroczne odmęty. Szatę idącego ścieżynką sędziego, sięgającą niemal do ziemi, na dolnym brzegu pokryły kropelki rosy z pobliskich traw, przez co płaszcz wydawał się cięższy niż zazwyczaj.<br />
<br />
Robert i Adrian wracali właśnie z pobliskiego zamczyska. Pewien czystokrwisty dżentelmen zażądał porady prawnej od nikogo innego jak sędzia Wizengamotu. Chodziło o sprawę z zakresu prawa spadkowego, kompletnie niezwiązaną ze Spaloną Nocą. Z jednej strony dobrze było się oderwać od obowiązków, a z drugiej Crouch czuł się, jakby zawracano mu głowę. Tym samym na tę wycieczkę wziął ze sobą asystenta, który załatwił całą sprawę, podczas gdy Robert emanował sędziowską aurą.<br />
<br />
Musieli wrócić do świstoklika, który znajdował się za wsią Overtoun. Miejsce wydawało się niemal wyludnione, a nieliczni mieszkańcy – ospali lub raczej silnie czymś przytłoczeni.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Pomyśleć, że jestem w takim stanie, że wolę miasteczko widmo od Ministerstwa – </span>rzucił Robert, by trochę podnieść na duchu zarówno siebie, jak i swojego asystenta.<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Świeże powietrze, brak makulatury. Nie ma co narzekać. </span><br />
<br />
Zaraz jednak przystanął. Do jego uszu dotarł cichy dźwięk, poniekąd znajomy ostatnimi czasy. Regularne stukanie o kamienną ścieżkę.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Chyba ktoś za nami idzie –</span> powiedział tajemniczo. Odwrócił się i ujrzał to, czego się spodziewał. Podążał za nimi średniej wielkości kundelek. Miał podpalane futerko, odrobinę jamnikowatą posturę i długi pyszczek. Robert uśmiechnął się, uklęknął na ziemi, unosząc lekko dół szaty, by jeszcze bardziej się nie zabrudził. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Hej, mały! –</span> zawołał i zacmokał ustami.<br />
<br />
Pies jednak nie zwrócił na niego uwagi. Minął mężczyzn i podążył w stronę mostu, nawet nie zwracając na nich zbytniej uwagi. Tak jakby byli dla niego niewidzialni. Nawet się nie zląkł, nie zainteresował. Wydało się to Robertowi nieco dziwne. Po kilku dnia bycia właścicielem psa nauczył się, że to bardzo ciekawskie stworzenia. I świadome swojego otoczenia. Ten zaś wydawał się wręcz zahipnotyzowany.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[30.09] Bad, worse, the Louvain]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6203</link>
			<pubDate>Sun, 12 Jul 2026 22:04:28 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=222">Louvain Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6203</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">
Archipelag St. Kilda<br />
<br />
<img src="https://i.pinimg.com/736x/1c/d7/ee/1cd7eeb817cf78925d8837599d1a934b.jpg" loading="lazy"  width="200" height="200" alt="[Obrazek: 1cd7eeb817cf78925d8837599d1a934b.jpg]" class="mycode_img" /><img src="https://i.pinimg.com/736x/5d/de/c2/5ddec2d31b98b4c436f9477867460498.jpg" loading="lazy"  width="200" height="200" alt="[Obrazek: 5ddec2d31b98b4c436f9477867460498.jpg]" class="mycode_img" /><img src="https://i.pinimg.com/1200x/d4/4d/b8/d44db8fe1c5227f75188af3d9c421755.jpg" loading="lazy"  width="200" height="200" alt="[Obrazek: d44db8fe1c5227f75188af3d9c421755.jpg]" class="mycode_img" /><br />
</div>
<br />
<p> Jednego nie mógł jednak odmówić. Przyspieszyła wszystko. Gdyby los pozostawił go w spokoju, być może takim człowiekiem stałby się dopiero za dziesięć lat. Miałby więcej czasu na udawanie przed światem i przed sobą, że jest jeszcze kimś innym. Ale służba Czarnemu Panu była jak rozcięcie skóry nad ropiejącą raną. Nie stworzyła tej choroby, ale pozwoliła jej wreszcie oddychać. Wszystko, co dotąd ukrywał pod dobrymi manierami, salonowym uśmiechem i francuskim akcentem, wypełzło na powierzchnię z zadziwiającą łatwością. Jakby od zawsze tylko czekało, aż ktoś przestanie je powstrzymywać.</p>
<p> Świat rozdarł się gwałtownym szarpnięciem, by po ułamku sekundy złożyć się na nowo w miejscu, które zdawało się należeć bardziej do koszmaru niż rzeczywistości. Zimno uderzyło ich natychmiast, ostre i przenikliwe, niosąc ze sobą ciężki zapach soli oraz mokrego kamienia. Wilgoć osiadła na skórze, zanim którekolwiek zdazyło zaczerpnąć pierwszego oddechu. Wzburzony ocean ryczał gdzieś pod nimi z taką siłą, jakby próbował wyrwać z fundamentów całe skalne urwisko. Spienione fale roztrzaskiwały się o czarne formacje wystające samotnie pośrodku morza, rozrzucając drobne krople słonej wody, które niczym zimna mżawka nieustannie smagały ich twarze. Było absurdalnie ciemno. Niebo i ocean zlały się w jedną, bezdenną czerń, w której ginęła granica między wodą a przepaścią. Jedynym źródłem światła pozostawał bladobiały blask końca różdżki Louvaina. Drżał na wietrze, odsłaniając jedynie najbliższy fragment skały. Poszarpany, śliski i tak wąski, że bardziej przypominała wystający z morza ząb niż miejsce, na którym mogliby stanąć dwoje ludzi. Drugą rękę zacisnął wokół jej talii niemal odruchowo, przyciągając Cynthię do siebie z siłą, która nie pozostawiała miejsca na sprzeciw. Ich ciała zetknęły się ciasno, a materiał przemoczonego płaszcza i sukni łopotał gwałtownie pod naporem wiatru. Skalny występ kończył się zaledwie kilka cali od ich stóp. Trudno byłoby znaleźć miejsce choćby na jeszcze jedną stopę, a każdy nieostrożny ruch groził utratą równowagi. Pod nimi nie było nic poza czernią i hukiem rozbijającego się oceanu.</p>
<p> Gwałtownie odwrócił ku niej głowę. W onyksowych oczach nie było już szyderstwa. Każde kolejne słowo Cynthii dolewało oliwy do ognia, który od dawna nie mieścił się już w jego wnętrzu. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Co ci daję? Wszystko, czego nie powinien nikomu dawać. Znasz mnie bardziej niż ktokolwiek żyjący. Wiesz, kim jestem i wiesz, co zrobiłem. Znasz wszystkie moje słabości.</span> Zrobił pół kroku, nieświadomie jeszcze bardziej zmniejszając dzielącą ich odległość. Pod ich stopami kilka drobnych kamieni osunęło się w przepaść, a głuchy plusk zniknął natychmiast pod kolejnym rykiem fal. Mięśnie jego ramion spięły się odruchowo, a dłoń na jej talii zacisnęła się jeszcze mocniej. Nie potrafił stwierdzić, czy bardziej chciał utrzymać przy sobie ją, czy samego siebie. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Nawet nie masz pojęcia, ile mnie to kosztuje!</span> Zdanie opuściło jego usta głośniej niż poprzednie. Niemal zachrypnięte. Jakby wypowiedzenie go wymagało od niego większego wysiłku niż wszystkie wcześniejsze złośliwości razem wzięte.</p>
<p> Palce wciąż miał zaciśnięte na jej talii zdecydowanie mocniej, niż powinien. Z czułości, z desperackiej potrzeby zatrzymania jej przy sobie na tej przeklętej skale ze wszystkich sił. Oddychał coraz szybciej.  Od złości. Z własnego strachu przed wielką wodą. Pozostało jedynie coś surowego, pierwotnego i do bólu egoistycznego. Potrzeba, której nie potrafił ani nazwać, ani okiełznać. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Nie rozumiesz…</span> Urwał, nabierając gwałtownie powietrza. Pokręcił głową powoli, z niedowierzaniem, jakby to właśnie ona wypowiadała rzeczy niemożliwe do pojęcia. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Jesteś moja.</span> Nie wypowiedział tych słów z czułością. Brzmiały raczej jak wyrok niż wyznanie. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- I tylko do mnie należysz.</span> Nie było w tym logiki ani sprawiedliwości. Sam doskonale wiedział, jak to brzmiało. Nie próbował nawet ubierać tej myśli w elegantsze słowa. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Możesz mnie nienawidzić. Możesz próbować odejść.  Ale jeśli cały ten świat któregoś dnia spłonie, jeśli zostanie z niego tylko popiół i ruiny…</span> Pochylił się nieznacznie, nie odrywając od niej wzroku. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- …i tak po ciebie przyjdę.</span> Na moment zamilkł. Huk oceanu rozbił się o skały gdzieś pod nimi. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Nieważne, kto stanie mi na drodze. Nieważne, po której stronie będziesz wtedy stała. Nieważne, ile lat minie. Upomnę się o ciebie.</span> </p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">
Archipelag St. Kilda<br />
<br />
<img src="https://i.pinimg.com/736x/1c/d7/ee/1cd7eeb817cf78925d8837599d1a934b.jpg" loading="lazy"  width="200" height="200" alt="[Obrazek: 1cd7eeb817cf78925d8837599d1a934b.jpg]" class="mycode_img" /><img src="https://i.pinimg.com/736x/5d/de/c2/5ddec2d31b98b4c436f9477867460498.jpg" loading="lazy"  width="200" height="200" alt="[Obrazek: 5ddec2d31b98b4c436f9477867460498.jpg]" class="mycode_img" /><img src="https://i.pinimg.com/1200x/d4/4d/b8/d44db8fe1c5227f75188af3d9c421755.jpg" loading="lazy"  width="200" height="200" alt="[Obrazek: d44db8fe1c5227f75188af3d9c421755.jpg]" class="mycode_img" /><br />
</div>
<br />
<p> Jednego nie mógł jednak odmówić. Przyspieszyła wszystko. Gdyby los pozostawił go w spokoju, być może takim człowiekiem stałby się dopiero za dziesięć lat. Miałby więcej czasu na udawanie przed światem i przed sobą, że jest jeszcze kimś innym. Ale służba Czarnemu Panu była jak rozcięcie skóry nad ropiejącą raną. Nie stworzyła tej choroby, ale pozwoliła jej wreszcie oddychać. Wszystko, co dotąd ukrywał pod dobrymi manierami, salonowym uśmiechem i francuskim akcentem, wypełzło na powierzchnię z zadziwiającą łatwością. Jakby od zawsze tylko czekało, aż ktoś przestanie je powstrzymywać.</p>
<p> Świat rozdarł się gwałtownym szarpnięciem, by po ułamku sekundy złożyć się na nowo w miejscu, które zdawało się należeć bardziej do koszmaru niż rzeczywistości. Zimno uderzyło ich natychmiast, ostre i przenikliwe, niosąc ze sobą ciężki zapach soli oraz mokrego kamienia. Wilgoć osiadła na skórze, zanim którekolwiek zdazyło zaczerpnąć pierwszego oddechu. Wzburzony ocean ryczał gdzieś pod nimi z taką siłą, jakby próbował wyrwać z fundamentów całe skalne urwisko. Spienione fale roztrzaskiwały się o czarne formacje wystające samotnie pośrodku morza, rozrzucając drobne krople słonej wody, które niczym zimna mżawka nieustannie smagały ich twarze. Było absurdalnie ciemno. Niebo i ocean zlały się w jedną, bezdenną czerń, w której ginęła granica między wodą a przepaścią. Jedynym źródłem światła pozostawał bladobiały blask końca różdżki Louvaina. Drżał na wietrze, odsłaniając jedynie najbliższy fragment skały. Poszarpany, śliski i tak wąski, że bardziej przypominała wystający z morza ząb niż miejsce, na którym mogliby stanąć dwoje ludzi. Drugą rękę zacisnął wokół jej talii niemal odruchowo, przyciągając Cynthię do siebie z siłą, która nie pozostawiała miejsca na sprzeciw. Ich ciała zetknęły się ciasno, a materiał przemoczonego płaszcza i sukni łopotał gwałtownie pod naporem wiatru. Skalny występ kończył się zaledwie kilka cali od ich stóp. Trudno byłoby znaleźć miejsce choćby na jeszcze jedną stopę, a każdy nieostrożny ruch groził utratą równowagi. Pod nimi nie było nic poza czernią i hukiem rozbijającego się oceanu.</p>
<p> Gwałtownie odwrócił ku niej głowę. W onyksowych oczach nie było już szyderstwa. Każde kolejne słowo Cynthii dolewało oliwy do ognia, który od dawna nie mieścił się już w jego wnętrzu. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Co ci daję? Wszystko, czego nie powinien nikomu dawać. Znasz mnie bardziej niż ktokolwiek żyjący. Wiesz, kim jestem i wiesz, co zrobiłem. Znasz wszystkie moje słabości.</span> Zrobił pół kroku, nieświadomie jeszcze bardziej zmniejszając dzielącą ich odległość. Pod ich stopami kilka drobnych kamieni osunęło się w przepaść, a głuchy plusk zniknął natychmiast pod kolejnym rykiem fal. Mięśnie jego ramion spięły się odruchowo, a dłoń na jej talii zacisnęła się jeszcze mocniej. Nie potrafił stwierdzić, czy bardziej chciał utrzymać przy sobie ją, czy samego siebie. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Nawet nie masz pojęcia, ile mnie to kosztuje!</span> Zdanie opuściło jego usta głośniej niż poprzednie. Niemal zachrypnięte. Jakby wypowiedzenie go wymagało od niego większego wysiłku niż wszystkie wcześniejsze złośliwości razem wzięte.</p>
<p> Palce wciąż miał zaciśnięte na jej talii zdecydowanie mocniej, niż powinien. Z czułości, z desperackiej potrzeby zatrzymania jej przy sobie na tej przeklętej skale ze wszystkich sił. Oddychał coraz szybciej.  Od złości. Z własnego strachu przed wielką wodą. Pozostało jedynie coś surowego, pierwotnego i do bólu egoistycznego. Potrzeba, której nie potrafił ani nazwać, ani okiełznać. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Nie rozumiesz…</span> Urwał, nabierając gwałtownie powietrza. Pokręcił głową powoli, z niedowierzaniem, jakby to właśnie ona wypowiadała rzeczy niemożliwe do pojęcia. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Jesteś moja.</span> Nie wypowiedział tych słów z czułością. Brzmiały raczej jak wyrok niż wyznanie. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- I tylko do mnie należysz.</span> Nie było w tym logiki ani sprawiedliwości. Sam doskonale wiedział, jak to brzmiało. Nie próbował nawet ubierać tej myśli w elegantsze słowa. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Możesz mnie nienawidzić. Możesz próbować odejść.  Ale jeśli cały ten świat któregoś dnia spłonie, jeśli zostanie z niego tylko popiół i ruiny…</span> Pochylił się nieznacznie, nie odrywając od niej wzroku. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- …i tak po ciebie przyjdę.</span> Na moment zamilkł. Huk oceanu rozbił się o skały gdzieś pod nimi. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Nieważne, kto stanie mi na drodze. Nieważne, po której stronie będziesz wtedy stała. Nieważne, ile lat minie. Upomnę się o ciebie.</span> </p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[28.09.1972] Decyzje ostateczne | Richard & Sophie]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6165</link>
			<pubDate>Mon, 29 Jun 2026 12:32:52 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=371">Richard Mulciber</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6165</guid>
			<description><![CDATA[<div class="divek"><div id="dataa" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">28 września 1972 - Szkocja <br />
<span style="font-size: medium;" class="mycode_size">Posiadłość rodzinna Ethel Avery, obecnie Sophie Mulciber</span></span></div>
<br />
<p>Od śmierci Roberta, Richard utrzymywał kontakt z Sophie na tyle często, aby wiedzieć jak sobie radzi i ewentualnie pomóc jej z remontem rodzinnego domu jego matki, który zgodnie z tradycją w ich rodzinie i Ethel, został przekazany w spadku Sophie. Również z woli Roberta. Sama posiadłość do ogromnych nie należała, ale była wystarczająca na zamieszkanie jednej dużej rodziny, bądź dwóch mniejszych. Wymagała remontu i uporządkowania kilku pomieszczeń, aby były zdatne do użytkowania. Richard z bratem często spędzali w tej posiadłości młodzieńcze wakacje. Ze śmiercią rodzicielki, budynek stał jedynie jako pusta własność, odwiedzana bardzo rzadko. Jedynie w chwilach oderwania się od monotonii Angielskiej społeczności. Bądź jako azyl kontrolny dla Lorien, którą tutaj pilnowali. </p>
<br />
<p>Z Sophie, Richard spotkał się już na początku września, aby unormować sprawy spadkowe, oraz wręczyć jej list od Roberta, w którym została jej wspomniana kwestia posiadania starszego brata. Tutaj Richard musiał jej dokładnie wyjaśnić sytuację związaną ze Stanleyem, aby zachowała to dla siebie i nikomu nie rozpowiadała o tej informacji. Dla dobra jej brata. Przedstawił jej także treść testamentu Roberta, w którym zaznaczono, że po zamążpójściu przepisana ma jej zostać kamienica rodzinna, z zastrzeżeniem, że Richard miał wciąż prawa w niej mieszkać. W tym punkcie Sophie go nieco zaskoczyła, oświadczając, że tej kamienicy nie chce. Nie przekonywał jej za bardzo. Ale dał czas do zastanowienia się. W międzyczasie, do następnych odwiedzin, przyjdzie z innymi papierami. </p>
<p>Otrzymanie zaproszeń na Mabon do Mulciber Manor, było zaskakujące dla tej części gałęzi rodzinnej Mulciber. Nieobecność Sophie wyjaśnił żałobą i brakiem nastroju na duże rodzinne spotkania. Mogły być temu również inne przyczyny. Nie próbował jej nawet do tego zachęcać, aby się pokazała. Podobnie swoich chłopców, mimo iż zaproszenia wysyłała Scarlett. Pojawił się w rodzinnej rezydencji jako on sam, delegacja swojej rodziny. </p>
<br />
<p>Dzisiejszego dnia, postanowił odwiedzić Sophie, aby ostatecznie porozmawiać o jej decyzjach. Miał przygotowane odpowiednie dokumenty, w których mogła podjąć decyzję o zrzekaniu się praw do kamienicy rodzinnej i przepisaniu jej w całości Richardowi. Z pomocą ich znajomego urzędnika, wszystkie potrzebne papiery zostały przygotowane, uwzględniając sprawy testamentu Roberta. </p>
<p>Odziany w czarny płaszcz, golf, spodnie i obuwie, Richard z pomocą świstoklika zjawił się na terenie posiadłości rodzinnej Avery, należącej do jego matki. A obecnie do bratanicy. Rzucił spojrzenie na ogród, pokryty stertą liści, ledwie uporządkowany, jakby komuś mało co chciało się w nim robić. Możliwe że pogoda nie zawsze sprzyjała, albo Sophie miała inne zadania dla Selar. Richard wyznaczył skrzatkę do pomocy Sophie w posiadłości. Od lat służyła w ich rodzinie, odkąd nabył ją ich ojciec. Do teraz, kiedy z decyzji Richarda, ma pozostać przy Sophie. </p>
<p>Podchodząc do drzwi, nie pukał. Otworzył je, jeżeli były otwarte. Wszedł do środka, w jednej dłoni trzymając aktówkę z dokumentami. </p>
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Sophie? Jesteś w domu? </span><br />
Zawołał, rozglądając się po korytarzu, zatrzymując wzrok na swoje odbicie w lustrze. Gładko ogolony. Kropla w kroplę przypominał swojego bliźniaka. I choć Robert nie żył, Richard wciąż będzie z wyglądu i głosu go przypominał. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Pan Richard.</span><br />
Usłyszał głos skrzatki Selar, na którą przeniósł spojrzenie. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Panienka Sophie jest w swojej pracowni. Selar przekaże, że Pan przyszedł. </span><br />
Oznajmiła skrzatka od razu i zniknęła mu z oczu. Richard w tym momencie zamknął drzwi za sobą i skierował się do salonu, oceniając jego stan. Posprzątane, czyste i odświeżone pomieszczenie po remoncie. Nie miało już tych starych barw, które jeszcze pamiętał, a których Robert nie chciał zmieniać. To nie był już ich dom. To był dom Sophie. Miała prawo wprowadzić w nim zmiany. To miejsce miało prawo ożyć. Nie to co ich kamienica, upaść do ostatniej cegły. Ze starymi meblami po ojcu, odchodzącymi w niektórych miejscach tapetami od ścian. A teraz, pokryte wszystko sadzą i napiętnowane klątwą. Ich kamienica, wymagała także remontu. Część oszczędności jednak przekazał Sophie, aby pomóc jej się tutaj odbudować. Zacząć własne życie od nowa. Pochwalił nawet jej decyzję o wybraniu ścieżki krawcowej. Lepsze to, niż przynoszący problemy bimber. Czy naprawdę, Robert musiał umrzeć, żeby ich dzieciaki poszły po rozum go głowy i na poważnie zaczęły myśleć o dorosłości? Zamiast bawić się w bimber i chujowe świeczki? <br />
<p>Czekając na Sophie, Richard swój płaszcz starannie ułożył na oparciu kanapy. Rozejrzał się, jakby sprawdzał stan pomieszczenia i ewentualnie poprawiał coś na półce, gdy stało krzywo. </p></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="divek"><div id="dataa" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">28 września 1972 - Szkocja <br />
<span style="font-size: medium;" class="mycode_size">Posiadłość rodzinna Ethel Avery, obecnie Sophie Mulciber</span></span></div>
<br />
<p>Od śmierci Roberta, Richard utrzymywał kontakt z Sophie na tyle często, aby wiedzieć jak sobie radzi i ewentualnie pomóc jej z remontem rodzinnego domu jego matki, który zgodnie z tradycją w ich rodzinie i Ethel, został przekazany w spadku Sophie. Również z woli Roberta. Sama posiadłość do ogromnych nie należała, ale była wystarczająca na zamieszkanie jednej dużej rodziny, bądź dwóch mniejszych. Wymagała remontu i uporządkowania kilku pomieszczeń, aby były zdatne do użytkowania. Richard z bratem często spędzali w tej posiadłości młodzieńcze wakacje. Ze śmiercią rodzicielki, budynek stał jedynie jako pusta własność, odwiedzana bardzo rzadko. Jedynie w chwilach oderwania się od monotonii Angielskiej społeczności. Bądź jako azyl kontrolny dla Lorien, którą tutaj pilnowali. </p>
<br />
<p>Z Sophie, Richard spotkał się już na początku września, aby unormować sprawy spadkowe, oraz wręczyć jej list od Roberta, w którym została jej wspomniana kwestia posiadania starszego brata. Tutaj Richard musiał jej dokładnie wyjaśnić sytuację związaną ze Stanleyem, aby zachowała to dla siebie i nikomu nie rozpowiadała o tej informacji. Dla dobra jej brata. Przedstawił jej także treść testamentu Roberta, w którym zaznaczono, że po zamążpójściu przepisana ma jej zostać kamienica rodzinna, z zastrzeżeniem, że Richard miał wciąż prawa w niej mieszkać. W tym punkcie Sophie go nieco zaskoczyła, oświadczając, że tej kamienicy nie chce. Nie przekonywał jej za bardzo. Ale dał czas do zastanowienia się. W międzyczasie, do następnych odwiedzin, przyjdzie z innymi papierami. </p>
<p>Otrzymanie zaproszeń na Mabon do Mulciber Manor, było zaskakujące dla tej części gałęzi rodzinnej Mulciber. Nieobecność Sophie wyjaśnił żałobą i brakiem nastroju na duże rodzinne spotkania. Mogły być temu również inne przyczyny. Nie próbował jej nawet do tego zachęcać, aby się pokazała. Podobnie swoich chłopców, mimo iż zaproszenia wysyłała Scarlett. Pojawił się w rodzinnej rezydencji jako on sam, delegacja swojej rodziny. </p>
<br />
<p>Dzisiejszego dnia, postanowił odwiedzić Sophie, aby ostatecznie porozmawiać o jej decyzjach. Miał przygotowane odpowiednie dokumenty, w których mogła podjąć decyzję o zrzekaniu się praw do kamienicy rodzinnej i przepisaniu jej w całości Richardowi. Z pomocą ich znajomego urzędnika, wszystkie potrzebne papiery zostały przygotowane, uwzględniając sprawy testamentu Roberta. </p>
<p>Odziany w czarny płaszcz, golf, spodnie i obuwie, Richard z pomocą świstoklika zjawił się na terenie posiadłości rodzinnej Avery, należącej do jego matki. A obecnie do bratanicy. Rzucił spojrzenie na ogród, pokryty stertą liści, ledwie uporządkowany, jakby komuś mało co chciało się w nim robić. Możliwe że pogoda nie zawsze sprzyjała, albo Sophie miała inne zadania dla Selar. Richard wyznaczył skrzatkę do pomocy Sophie w posiadłości. Od lat służyła w ich rodzinie, odkąd nabył ją ich ojciec. Do teraz, kiedy z decyzji Richarda, ma pozostać przy Sophie. </p>
<p>Podchodząc do drzwi, nie pukał. Otworzył je, jeżeli były otwarte. Wszedł do środka, w jednej dłoni trzymając aktówkę z dokumentami. </p>
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Sophie? Jesteś w domu? </span><br />
Zawołał, rozglądając się po korytarzu, zatrzymując wzrok na swoje odbicie w lustrze. Gładko ogolony. Kropla w kroplę przypominał swojego bliźniaka. I choć Robert nie żył, Richard wciąż będzie z wyglądu i głosu go przypominał. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Pan Richard.</span><br />
Usłyszał głos skrzatki Selar, na którą przeniósł spojrzenie. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Panienka Sophie jest w swojej pracowni. Selar przekaże, że Pan przyszedł. </span><br />
Oznajmiła skrzatka od razu i zniknęła mu z oczu. Richard w tym momencie zamknął drzwi za sobą i skierował się do salonu, oceniając jego stan. Posprzątane, czyste i odświeżone pomieszczenie po remoncie. Nie miało już tych starych barw, które jeszcze pamiętał, a których Robert nie chciał zmieniać. To nie był już ich dom. To był dom Sophie. Miała prawo wprowadzić w nim zmiany. To miejsce miało prawo ożyć. Nie to co ich kamienica, upaść do ostatniej cegły. Ze starymi meblami po ojcu, odchodzącymi w niektórych miejscach tapetami od ścian. A teraz, pokryte wszystko sadzą i napiętnowane klątwą. Ich kamienica, wymagała także remontu. Część oszczędności jednak przekazał Sophie, aby pomóc jej się tutaj odbudować. Zacząć własne życie od nowa. Pochwalił nawet jej decyzję o wybraniu ścieżki krawcowej. Lepsze to, niż przynoszący problemy bimber. Czy naprawdę, Robert musiał umrzeć, żeby ich dzieciaki poszły po rozum go głowy i na poważnie zaczęły myśleć o dorosłości? Zamiast bawić się w bimber i chujowe świeczki? <br />
<p>Czekając na Sophie, Richard swój płaszcz starannie ułożył na oparciu kanapy. Rozejrzał się, jakby sprawdzał stan pomieszczenia i ewentualnie poprawiał coś na półce, gdy stało krzywo. </p></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[27.09.1972 r.] Niechaj księżyc brocząc w srebrze po niebie kroczy [Lana&Gustave]]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6100</link>
			<pubDate>Mon, 01 Jun 2026 21:29:51 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=630">Gustave Delacour</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6100</guid>
			<description><![CDATA[Świat nigdy nie cierpiał na niedostatek ludzi obdarzonych rozumem. Dane mu było spotykać uczonych zdolnych przywoływać z pamięci całe tomy traktatów, czarodziejów, których talent budził zazdrość oraz uzasadniony podziw. Jednocześnie Gustaw sądził, że wiedza pozostawała odrębnym królestwem, a prawdziwa ciekawość należała do cnót rzadkich.<br />
<br />
Co więcej, niewielu posiadało dość pokory, aby pokochać same pytania. Nie wspominając już ambicji, która stopniowo wypierała zachwyt. Pytania ustępowały miejsca odpowiedziom, odpowiedzi zaś przeobrażały się w dogmaty. <br />
<br />
Po dwóch stuleciach istnienia niezwykle rzadko napotykał człowieka, któremu miałby jeszcze ochotę coś przekazać. Panna Dolohov stanowiła pod tym względem wyjątek. <br />
<br />
Wampirze monstrum podejrzewało, że gdyby pozwolono jej postępować zgodnie z własną naturą, zamieszkała pośród bibliotecznych regałów, żywiąc się herbatą, kurzem starych woluminów oraz niewyczerpaną rozkoszą odnajdywania przypisów, o których istnieniu zapomnieli nawet ich autorzy.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">— Musisz wybaczyć mi, moja droga. Ostatnie tygodnie były wyjątkowo chaotyczne</span> — wskazał dłonią fotel stojący naprzeciw kominka. A zmęczony wielce nieśmiertelny byt cierpiał ogromnie. Jego piękny zamek budowany cegiełka po cegiełce… Nic z niego nie pozostało. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Proszę, usiądź. W moim wieku człowiek zaczyna szczególnie cenić tych gości, którzy pojawiają się bez pozwu sądowego, katastrofy politycznej lub rodzinnego skandalu ciągnącego się… i ciągnącego się…</span> — urwał i westchnął głęboko. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">— Powiedz mi, jak sobie radzisz? Proszę, nie odpowiadaj od razu, że jesteś zajęta badaniami. Tutaj nie mam najmniejszych wątpliwości. Pytam o ciebie.</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Świat nigdy nie cierpiał na niedostatek ludzi obdarzonych rozumem. Dane mu było spotykać uczonych zdolnych przywoływać z pamięci całe tomy traktatów, czarodziejów, których talent budził zazdrość oraz uzasadniony podziw. Jednocześnie Gustaw sądził, że wiedza pozostawała odrębnym królestwem, a prawdziwa ciekawość należała do cnót rzadkich.<br />
<br />
Co więcej, niewielu posiadało dość pokory, aby pokochać same pytania. Nie wspominając już ambicji, która stopniowo wypierała zachwyt. Pytania ustępowały miejsca odpowiedziom, odpowiedzi zaś przeobrażały się w dogmaty. <br />
<br />
Po dwóch stuleciach istnienia niezwykle rzadko napotykał człowieka, któremu miałby jeszcze ochotę coś przekazać. Panna Dolohov stanowiła pod tym względem wyjątek. <br />
<br />
Wampirze monstrum podejrzewało, że gdyby pozwolono jej postępować zgodnie z własną naturą, zamieszkała pośród bibliotecznych regałów, żywiąc się herbatą, kurzem starych woluminów oraz niewyczerpaną rozkoszą odnajdywania przypisów, o których istnieniu zapomnieli nawet ich autorzy.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">— Musisz wybaczyć mi, moja droga. Ostatnie tygodnie były wyjątkowo chaotyczne</span> — wskazał dłonią fotel stojący naprzeciw kominka. A zmęczony wielce nieśmiertelny byt cierpiał ogromnie. Jego piękny zamek budowany cegiełka po cegiełce… Nic z niego nie pozostało. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Proszę, usiądź. W moim wieku człowiek zaczyna szczególnie cenić tych gości, którzy pojawiają się bez pozwu sądowego, katastrofy politycznej lub rodzinnego skandalu ciągnącego się… i ciągnącego się…</span> — urwał i westchnął głęboko. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">— Powiedz mi, jak sobie radzisz? Proszę, nie odpowiadaj od razu, że jesteś zajęta badaniami. Tutaj nie mam najmniejszych wątpliwości. Pytam o ciebie.</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[20/09/72] Grzybobranie [aneks]]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5941</link>
			<pubDate>Thu, 09 Apr 2026 13:15:05 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=523">Helloise Rowle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5941</guid>
			<description><![CDATA[<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">— Uzupełnienie <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5608" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">tej sesji</a>. —</span></span></div>
<br />
Pierw odwędrował od nich umysł Helloise, później ciało. Do Carrbridge udała się z Jahnavi i Alexandrem, lecz w trakcie spaceru po okolicznym lasku czarownica stawała się coraz bardziej nieobecna. Jeśli spytano ją dokąd idzie, gdy oddalała się od towarzyszy coraz bardziej, rzuciła tylko enigmatyczne: <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">do Pani</span>. <br />
Nie kłamała. Nie od razu jęła wypatrywać między zaroślami kwiatu, który ściągnął ją do Szkocji tego dnia. Początkowo szła tylko w ciszy i samotności, bo tak łatwiej było usłyszeć oddech Bogini kłoniący trawy, które w ślad za Panią dogniatała do ziemi stopa Helloise. Samotna wędrówka sprzyjała zadumie — spokojnej zadumie religijnej zestrojonej z naturalnym rytmem ziemi, nie kowenowej pieśni skomponowanej ludzką ręką. Przyniosło to kobiecie wiele ukojenia, którego powinna była poszukać już dawno, lecz mieszkając pod nawiedzoną Knieją i oddychając jej atmosferą, nie dostrzegała nawet, w jak głębokim niepokoju żyła. <br />
Tego szkockiego lasu wiedźma nie znała, jego drzewa pozostawały na nią głuche, a każdą ścieżynę i zakątek odkrywała dopiero, mogła więc cieszyć się ich świeżością. Schodziła z udeptanych dróg, tak jak lubiła najbardziej. Wolała oglądać dziewicze dzieło natury niż ukształtowane przez pochód tłumu spacerowiczów wygodne szlaki. Ostre gałązki kłuły i drapały nogi czarownicy, czepiały się rąbka jej szaty, gdy stawiała stopy głęboko w gęste runo, w te krzaki i krzewinki. Nie spieszyła się. Kucała to tu, to tam, aby wziąć coś w ręce, czy stawała po prostu, aby słuchać. Spacerując, natrafiła na skupisko pięknych młodych paproci i tam spędziła trochę czasu, wykopując gołymi rękoma kilka co piękniejszych okazów, które złożyła w dużym koszyku.<br />
Naturalnie przeszła w toku tej wędrówki do rozglądania się za księżycową rosą, swoim faktycznym celem.<br />
<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">//</span> rzucam <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">percepcję (3)</span> na wypatrywanie <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">kwiatów księżycowej rosy</span></span></span><br />
<br />
[roll=Z]<br />
Nie ujrzała ich od razu. Nawet gdy mignął gdzieś wśród lasu jaki biały kwiat, to nie był to ów upragniony. Helloise zbliżyła się do krawędzi gaju — drzewa tam rosły rzadziej i zaczęła się niewielka polana. Mchy i krzewy przeszły w łąkę, gdzie polne kwiaty miały swoje skupiska. Czarownica brodziła w morzu zieleni haftowanej barwnymi płatkami, zwracając uwagę na wszystko, co miało białą główkę. I znalazła miejsce w tej łące, gdzie wzrastała spora połać księżycowej rosy. Czarownica uklękła wśród kwiecia i oglądała je chwilę. Kwiaty były piękne i delikatne, lecz choćby je tu zostawiła, nie żyłyby już długo i zmarnowałyby się wkrótce. Był to ostatni moment, by je zerwać, więc uczyniła to bez żalu. <br />
<br />
<div class="divek">Na mocy <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1376&amp;pid=79514#pid79514" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">rozporządzenia z dnia 13 listopada 2025 roku</a> pozyskuję kwiat księżycowej rosy w ilościach eventowo wystarczających.</div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">— Uzupełnienie <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5608" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">tej sesji</a>. —</span></span></div>
<br />
Pierw odwędrował od nich umysł Helloise, później ciało. Do Carrbridge udała się z Jahnavi i Alexandrem, lecz w trakcie spaceru po okolicznym lasku czarownica stawała się coraz bardziej nieobecna. Jeśli spytano ją dokąd idzie, gdy oddalała się od towarzyszy coraz bardziej, rzuciła tylko enigmatyczne: <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">do Pani</span>. <br />
Nie kłamała. Nie od razu jęła wypatrywać między zaroślami kwiatu, który ściągnął ją do Szkocji tego dnia. Początkowo szła tylko w ciszy i samotności, bo tak łatwiej było usłyszeć oddech Bogini kłoniący trawy, które w ślad za Panią dogniatała do ziemi stopa Helloise. Samotna wędrówka sprzyjała zadumie — spokojnej zadumie religijnej zestrojonej z naturalnym rytmem ziemi, nie kowenowej pieśni skomponowanej ludzką ręką. Przyniosło to kobiecie wiele ukojenia, którego powinna była poszukać już dawno, lecz mieszkając pod nawiedzoną Knieją i oddychając jej atmosferą, nie dostrzegała nawet, w jak głębokim niepokoju żyła. <br />
Tego szkockiego lasu wiedźma nie znała, jego drzewa pozostawały na nią głuche, a każdą ścieżynę i zakątek odkrywała dopiero, mogła więc cieszyć się ich świeżością. Schodziła z udeptanych dróg, tak jak lubiła najbardziej. Wolała oglądać dziewicze dzieło natury niż ukształtowane przez pochód tłumu spacerowiczów wygodne szlaki. Ostre gałązki kłuły i drapały nogi czarownicy, czepiały się rąbka jej szaty, gdy stawiała stopy głęboko w gęste runo, w te krzaki i krzewinki. Nie spieszyła się. Kucała to tu, to tam, aby wziąć coś w ręce, czy stawała po prostu, aby słuchać. Spacerując, natrafiła na skupisko pięknych młodych paproci i tam spędziła trochę czasu, wykopując gołymi rękoma kilka co piękniejszych okazów, które złożyła w dużym koszyku.<br />
Naturalnie przeszła w toku tej wędrówki do rozglądania się za księżycową rosą, swoim faktycznym celem.<br />
<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">//</span> rzucam <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">percepcję (3)</span> na wypatrywanie <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">kwiatów księżycowej rosy</span></span></span><br />
<br />
[roll=Z]<br />
Nie ujrzała ich od razu. Nawet gdy mignął gdzieś wśród lasu jaki biały kwiat, to nie był to ów upragniony. Helloise zbliżyła się do krawędzi gaju — drzewa tam rosły rzadziej i zaczęła się niewielka polana. Mchy i krzewy przeszły w łąkę, gdzie polne kwiaty miały swoje skupiska. Czarownica brodziła w morzu zieleni haftowanej barwnymi płatkami, zwracając uwagę na wszystko, co miało białą główkę. I znalazła miejsce w tej łące, gdzie wzrastała spora połać księżycowej rosy. Czarownica uklękła wśród kwiecia i oglądała je chwilę. Kwiaty były piękne i delikatne, lecz choćby je tu zostawiła, nie żyłyby już długo i zmarnowałyby się wkrótce. Był to ostatni moment, by je zerwać, więc uczyniła to bez żalu. <br />
<br />
<div class="divek">Na mocy <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1376&amp;pid=79514#pid79514" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">rozporządzenia z dnia 13 listopada 2025 roku</a> pozyskuję kwiat księżycowej rosy w ilościach eventowo wystarczających.</div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Szkocja]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5822</link>
			<pubDate>Fri, 13 Mar 2026 14:43:26 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=210">Strażnik Tajemnic</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5822</guid>
			<description><![CDATA[<div class="locka"><h4>Zaklęty Las Ollivanderów </h4><br />
W Szkocji, z dala od ludzkich oczu, leży magiczny las należący do rodu Ollivanderów. Otacza go potężna bariera, która uniemożliwia mugolom wstęp między drzewa, a także chroni przed intruzami. To niezwykłe miejsce, którego rodzina wytwórców różdżek strzeże z szacunkiem i miłością do znajdującej się tu fauny i flory. Same drzewa są pilnie strzeżone przez nieśmiałki oraz specjalne zaklęcia, które utrudniają wzniecenie pożaru lub dokonanie kradzieży. To stąd Ollivanderowie czerpią surowce do swoich słynnych różdżek. Zdarza się jednak, że traktują knieję jako miejsce, gdzie mogą chwilę odsapnąć. Według plotek, w samym sercu lasu znajduje się urokliwy staw, nad którym ponoć mieszkają jednorożce. Podobno właśnie w te okolice zapuszczają się członkowie rodziny, gdy szukają sierści tych szlachetnych stworzeń do magicznych rdzeni. </div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="locka"><h4>Zaklęty Las Ollivanderów </h4><br />
W Szkocji, z dala od ludzkich oczu, leży magiczny las należący do rodu Ollivanderów. Otacza go potężna bariera, która uniemożliwia mugolom wstęp między drzewa, a także chroni przed intruzami. To niezwykłe miejsce, którego rodzina wytwórców różdżek strzeże z szacunkiem i miłością do znajdującej się tu fauny i flory. Same drzewa są pilnie strzeżone przez nieśmiałki oraz specjalne zaklęcia, które utrudniają wzniecenie pożaru lub dokonanie kradzieży. To stąd Ollivanderowie czerpią surowce do swoich słynnych różdżek. Zdarza się jednak, że traktują knieję jako miejsce, gdzie mogą chwilę odsapnąć. Według plotek, w samym sercu lasu znajduje się urokliwy staw, nad którym ponoć mieszkają jednorożce. Podobno właśnie w te okolice zapuszczają się członkowie rodziny, gdy szukają sierści tych szlachetnych stworzeń do magicznych rdzeni. </div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[15.10.72, świt, Wyspa Posępna] Imiona ciemności]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5610</link>
			<pubDate>Thu, 15 Jan 2026 12:56:11 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=128">Bard Beedle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5610</guid>
			<description><![CDATA[Wieczór i noc wystarczyły, aby mogli stwierdzić ponad wszelką wątpliwość: przynajmniej jeden z mężczyzn, których szukali, musiał być w zamku przynajmniej dobę przed ich przybyciem. Teraz jednak w szkockim budynku objawiały się co najwyżej duchy, oszalałe i niekoniecznie zbyt przyjazne, a Cormac i Finn przepadli. Ich zapiski, mapy, nocna rozmowa Heather z duchami i wreszcie dziwna przygoda Dory i Thomasa naprowadzały jednak na dwa tropy. A rzucone tu i ówdzie uwagi sugerowały, że jeśli chcieli znaleźć kogoś żywego… musieli się spieszyć.<br />
Wyglądało na to, że gdy ostatni McClivertowie zdali sobie sprawę z tego, że nie pokonają kwintoped, część z nich umknęła z zamku i mogła szukać schronienia w latarni morskiej – i że Cormac mógł wyruszyć tam ich śladem.<br />
Drugą możliwością zaś były podziemia. Duch, zapętlony w chwilach tuż przed swoją śmiercią, odtwarzający je bez końca, może bo chciał, może bo musiał, sprawił, że Dora natknęła się na wejście, a Thomas mógł stwierdzić, że Cormac i Finn prawdopodobnie też tu dotarli. W notatniku, znalezionym w pracowni, znajdowały się zapiski, które w połączeniu z tym, co robił duch, sprawiały, że osoba wiedząca co nieco o runach miała możliwość otworzenia przejścia. <br />
Nie mieli czasu z wielu względów – na ląd wzywała ich praca i sprawy Zakonu, jedna kwintopeda już odkryła, że w zamku są ludzie i nie chcieli czekać, czy wkrótce inne będą podążać jej śladem, a Cormac i Finn, jeśli jeszcze żyli, mogli być w tarapatach. Pozostawało się rozdzielić: sprawdzić latarnię i podziemia. <br />
Wejście do, prawdopodobnie, laboratorium, znajdowało się na dolnej kondygnacji. W powietrzu unosiła się woń wilgoci i pleśni, na ziemi w jego pobliżu wciąż leżały szczątki kobiety, która szukała tu schronienia przed potworami. Po tak długim czasie pozostały po niej ledwo kości. Strzępy gobelinu, niegdyś wspaniałego, porzucono blisko ściany – nie dało się już zobaczyć, co przedstawiał, mogli jedynie zgadywać, że być może był to herb klanu i zawieszono go tu, by zasłaniał znaki, kiedyś pewnie dobrze widoczne na ścianie.<br />
Kamienie, naciśnięte w odpowiedni sposób, po uzupełnieniu kilku symboli za instrukcjami z notatnika, zapadały się, aż w końcu ujawniło się przejście.<br />
<br />
/odpisy do godziny 9.00, 19.01/]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Wieczór i noc wystarczyły, aby mogli stwierdzić ponad wszelką wątpliwość: przynajmniej jeden z mężczyzn, których szukali, musiał być w zamku przynajmniej dobę przed ich przybyciem. Teraz jednak w szkockim budynku objawiały się co najwyżej duchy, oszalałe i niekoniecznie zbyt przyjazne, a Cormac i Finn przepadli. Ich zapiski, mapy, nocna rozmowa Heather z duchami i wreszcie dziwna przygoda Dory i Thomasa naprowadzały jednak na dwa tropy. A rzucone tu i ówdzie uwagi sugerowały, że jeśli chcieli znaleźć kogoś żywego… musieli się spieszyć.<br />
Wyglądało na to, że gdy ostatni McClivertowie zdali sobie sprawę z tego, że nie pokonają kwintoped, część z nich umknęła z zamku i mogła szukać schronienia w latarni morskiej – i że Cormac mógł wyruszyć tam ich śladem.<br />
Drugą możliwością zaś były podziemia. Duch, zapętlony w chwilach tuż przed swoją śmiercią, odtwarzający je bez końca, może bo chciał, może bo musiał, sprawił, że Dora natknęła się na wejście, a Thomas mógł stwierdzić, że Cormac i Finn prawdopodobnie też tu dotarli. W notatniku, znalezionym w pracowni, znajdowały się zapiski, które w połączeniu z tym, co robił duch, sprawiały, że osoba wiedząca co nieco o runach miała możliwość otworzenia przejścia. <br />
Nie mieli czasu z wielu względów – na ląd wzywała ich praca i sprawy Zakonu, jedna kwintopeda już odkryła, że w zamku są ludzie i nie chcieli czekać, czy wkrótce inne będą podążać jej śladem, a Cormac i Finn, jeśli jeszcze żyli, mogli być w tarapatach. Pozostawało się rozdzielić: sprawdzić latarnię i podziemia. <br />
Wejście do, prawdopodobnie, laboratorium, znajdowało się na dolnej kondygnacji. W powietrzu unosiła się woń wilgoci i pleśni, na ziemi w jego pobliżu wciąż leżały szczątki kobiety, która szukała tu schronienia przed potworami. Po tak długim czasie pozostały po niej ledwo kości. Strzępy gobelinu, niegdyś wspaniałego, porzucono blisko ściany – nie dało się już zobaczyć, co przedstawiał, mogli jedynie zgadywać, że być może był to herb klanu i zawieszono go tu, by zasłaniał znaki, kiedyś pewnie dobrze widoczne na ścianie.<br />
Kamienie, naciśnięte w odpowiedni sposób, po uzupełnieniu kilku symboli za instrukcjami z notatnika, zapadały się, aż w końcu ujawniło się przejście.<br />
<br />
/odpisy do godziny 9.00, 19.01/]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[20/09/72] Grzybobranie]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5608</link>
			<pubDate>Wed, 14 Jan 2026 16:23:26 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=523">Helloise Rowle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5608</guid>
			<description><![CDATA[<h1>Wyprawa w poszukiwaniu magicznych kwiatów i grzybów w szkockich lasach</h1><br />
<br />
Noc wciąż jeszcze kłębiła się nad śpiącą Doliną, gdy Helloise powróciła w progi kurzej chaty po spotkaniu z Gabrielem w Maida Vale. Upominało się o wiedźmę zmęczenie — nie zmrużyła od doby oka, a i poprzednie dni swoją nieregularnością rozstroiły jej wewnętrzne rytmy. Ostatni raz naprawdę wypoczęta była przed Spaloną Nocą i zaczynała to odczuwać.<br />
Umysł jednakże — choć zduszony tą ciężką mgłą, obolały niemal — nie potrafił znaleźć spokoju. Jak litanię kobieta powtarzała wykaz składników, które odkryła w miskturze z Maida Vale. Woda różana, kwiaty księżycowej rosy, krew. Nieskomplikowane na pierwszy rzut oka, lecz ileż wariantów należało rozważyć, szczególnie w związku z krwią. Helloise nie potrafiłaby zasnąć, gdyby nie zmapowała ścieżek prowadzących do poznania tej mikstury.<br />
Świt zastał wiedźmę przy migocącym płomieniu świecy, pochyloną nad kuchennym stołem. Rozwlekłym, pochyłym pismem sporządzała kolejne notatki: koncepty receptur, propozycje proporcji, warianty składników. Czy róże powinny być czarne, czy czerwone. Czy księżycową rosę ususzyć i sproszkować, czy z żywego kwiatu przygotowywać wywary. Krew zajęła najwięcej rozważań. Do lepkich blatów kuchennych kleiły się skórzane plecki ksiąg, w których chemiczka sprawdzała interakcje między składnikami, obliczała najlepszy sposób łączenia ich, próbowała przewidywać teoretyczne działanie mikstury. W leżącym przed Helloise atlasie botanicznym kobieta zaznaczyła obszary występowania księżycowej rosy — kilka połaci leśnych terenów w Szkocji otulonych małymi wsiami. Aby uczynić ze swojej teorii użytek, musiała bowiem pierw zdobyć składniki. Róż miała dostatek — zarówno wyniesionych z Maida Vale, jak i klasycznych. Wywróciła wcześniej spiżarnię do góry nogami, lecz nie znalazła ani pół słoiczka drugich kwiatów. Wiedziała, gdzie po nie iść. Wyszłaby od razu, lecz przez całą noc pałętały się wśród jej papierów listy otrzymane dzień wcześniej od Jahnavi. Zobowiązanie.<br />
Zmorzona kolejną falą senności czarownica uniosła karteczkę z skreśloną dłonią koleżanki wiadomością. Zanurzyła pióro w kałamarzu, aby odwołać się, choć czyniła to nie bez żalu, gdy myślała, że w sprawy wiary wprowadzi Pandit niewiadomy człowiek, którego ni intencji, ni kompetencji pewna być nie mogła. Skończoną wiadomość przekazała ptakowi, lecz ptaki Helloise — jak ich pani — bywały opieszałe, toteż kaczka z listem w dziobie krążyła bezcelowo po pomieszczeniu, podczas gdy czarownica pakowała torbę. I dobrze się stało, bowiem wkrótce wiedźma zorientowała się, że żadnej z wytypowanych lokalizacji nie zna na tyle dobrze, aby teleportować się tam bezpiecznie. Tknięta tym olśnieniem dorwała skubiącą spokojnie liść sałaty kaczkę pocztową, siłą odebrała jej list i <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4813&amp;pid=79517#pid79517" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">skreśliła nowy</a>. Nie pozwoliła tym razem ptaszysku lenić się i podjadać w nieskończoność; wyrzuciła krnąbrną kwokę za okno w szary mżysty poranek.<br />
Nie chciała zwlekać, lecz wiedziała, że nim ptak dostarczy list, a ów nienazwany człowiek wspomniany przez Navi zdobędzie odpowiedni świstoklik, minie chwila. Obiecała sobie, że wyjdzie przed dziesiątą, miała więc kilka godzin na odpoczynek. Wyzuta z sił i pomysłów, pozostawiona z bezczynnością Helloise zdecydowała się na drobną przyjemność. Kilka kropelek opium, żeby umilić sobie ten międzyczas, wypocząć lepiej. Wypocząć…<br />
Gdy wybudziła się z zamroczenia było południe. Za oknem wciąż drobnił deszcz, ogień w chacie przygasł, mokra kaczka drzemała w cieple ostatnich płomieni. Helloise zamknęła oczy. Nie potrafiła znaleźć w członkach sił, żeby zwlec się z kanapy. Znów spała na nierozłożonej kanapie, zamiast w łóżku. Od kurczenia się na niej bolał ją kręgosłup. Sen jedynie bardziej ją zmęczył. Między mrugnięciami powiek budzącej się do życia wiedźmy mijały całe kwadranse.<br />
Wstała po pierwszej. Ze zmiętej spódnicy wysypało się skruszałe błoto, które wyniosła z Maida Vale. Do Maida Vale należała również czarna ziemia wbita pod paznokcie. Szata kleiła się do ciała. Helloise wyglądała nędznie i równie nędznie się czuła.<br />
Kąpiel nie była przyjemna, mimo że wanna gorącej wody w chłodne jesienne dni zdawała się remedium na wszystkie troski. Czarownica była zbyt skupiona na tym, żeby nie pozwolić sobie znów odpłynąć. Wiedziała, co rozpędziłoby chmury dociążające głowę i skrystalizowałoby zmysły. Błędne około. Obeszła się smakiem. <br />
Również w wannie spędziła za dużo czasu, nim przebrała się wreszcie i sprytnie wczesała kołtuny w warkocz. W duchu odczuła ulgę, gdy trafiła na spakowaną wcześniej torbę i koszyki. Skupienie myśli na tym, aby teleportować się na to jedno podwórze w Little Hangleton, było bardziej absorbujące niż powinno być, lecz skończyło się sukcesem.<br />
Być może i Helloise kazała Jahnavi na siebie czekać, lecz bynajmniej nie zamierzała dawać po sobie poznać, że kryło się za tym cokolwiek innego niż jej własny kaprys. Przemierzyła podwórko wyprostowana, swobodnie snuła wzrokiem po zakamarkach działki. Na dłużej zatrzymała się przy gęsiach. Nieruchomo patrzyła na wędrówkę gęgających skrzekliwie ptaszysk, jakby wpadła w trans. Wtem jedna z gęsi uderzyła skrzydłami w powietrze, za nią zaś pozostałe rozłożyły białe skrzydła i przebiegły kawałek podwórza, z krzykiem wachlując piórami. Helloise drgnęła, jakby spłoszyło ją to nagłe poruszenie. <br />
Podążyła prosto do drzwi chaty, ciaśniej obciągając ramiona szalem. Do rozlatującego się domu Pandit weszła bez pukania, starannie zamykając za sobą drzwi. Nie baczyła na to, że na swoich kozakach z zadartymi czubami nanosi jej do środka mokrą ziemię.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Czy jesteś gotowa do drogi?</span> — zapytała od progu.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1>Wyprawa w poszukiwaniu magicznych kwiatów i grzybów w szkockich lasach</h1><br />
<br />
Noc wciąż jeszcze kłębiła się nad śpiącą Doliną, gdy Helloise powróciła w progi kurzej chaty po spotkaniu z Gabrielem w Maida Vale. Upominało się o wiedźmę zmęczenie — nie zmrużyła od doby oka, a i poprzednie dni swoją nieregularnością rozstroiły jej wewnętrzne rytmy. Ostatni raz naprawdę wypoczęta była przed Spaloną Nocą i zaczynała to odczuwać.<br />
Umysł jednakże — choć zduszony tą ciężką mgłą, obolały niemal — nie potrafił znaleźć spokoju. Jak litanię kobieta powtarzała wykaz składników, które odkryła w miskturze z Maida Vale. Woda różana, kwiaty księżycowej rosy, krew. Nieskomplikowane na pierwszy rzut oka, lecz ileż wariantów należało rozważyć, szczególnie w związku z krwią. Helloise nie potrafiłaby zasnąć, gdyby nie zmapowała ścieżek prowadzących do poznania tej mikstury.<br />
Świt zastał wiedźmę przy migocącym płomieniu świecy, pochyloną nad kuchennym stołem. Rozwlekłym, pochyłym pismem sporządzała kolejne notatki: koncepty receptur, propozycje proporcji, warianty składników. Czy róże powinny być czarne, czy czerwone. Czy księżycową rosę ususzyć i sproszkować, czy z żywego kwiatu przygotowywać wywary. Krew zajęła najwięcej rozważań. Do lepkich blatów kuchennych kleiły się skórzane plecki ksiąg, w których chemiczka sprawdzała interakcje między składnikami, obliczała najlepszy sposób łączenia ich, próbowała przewidywać teoretyczne działanie mikstury. W leżącym przed Helloise atlasie botanicznym kobieta zaznaczyła obszary występowania księżycowej rosy — kilka połaci leśnych terenów w Szkocji otulonych małymi wsiami. Aby uczynić ze swojej teorii użytek, musiała bowiem pierw zdobyć składniki. Róż miała dostatek — zarówno wyniesionych z Maida Vale, jak i klasycznych. Wywróciła wcześniej spiżarnię do góry nogami, lecz nie znalazła ani pół słoiczka drugich kwiatów. Wiedziała, gdzie po nie iść. Wyszłaby od razu, lecz przez całą noc pałętały się wśród jej papierów listy otrzymane dzień wcześniej od Jahnavi. Zobowiązanie.<br />
Zmorzona kolejną falą senności czarownica uniosła karteczkę z skreśloną dłonią koleżanki wiadomością. Zanurzyła pióro w kałamarzu, aby odwołać się, choć czyniła to nie bez żalu, gdy myślała, że w sprawy wiary wprowadzi Pandit niewiadomy człowiek, którego ni intencji, ni kompetencji pewna być nie mogła. Skończoną wiadomość przekazała ptakowi, lecz ptaki Helloise — jak ich pani — bywały opieszałe, toteż kaczka z listem w dziobie krążyła bezcelowo po pomieszczeniu, podczas gdy czarownica pakowała torbę. I dobrze się stało, bowiem wkrótce wiedźma zorientowała się, że żadnej z wytypowanych lokalizacji nie zna na tyle dobrze, aby teleportować się tam bezpiecznie. Tknięta tym olśnieniem dorwała skubiącą spokojnie liść sałaty kaczkę pocztową, siłą odebrała jej list i <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4813&amp;pid=79517#pid79517" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">skreśliła nowy</a>. Nie pozwoliła tym razem ptaszysku lenić się i podjadać w nieskończoność; wyrzuciła krnąbrną kwokę za okno w szary mżysty poranek.<br />
Nie chciała zwlekać, lecz wiedziała, że nim ptak dostarczy list, a ów nienazwany człowiek wspomniany przez Navi zdobędzie odpowiedni świstoklik, minie chwila. Obiecała sobie, że wyjdzie przed dziesiątą, miała więc kilka godzin na odpoczynek. Wyzuta z sił i pomysłów, pozostawiona z bezczynnością Helloise zdecydowała się na drobną przyjemność. Kilka kropelek opium, żeby umilić sobie ten międzyczas, wypocząć lepiej. Wypocząć…<br />
Gdy wybudziła się z zamroczenia było południe. Za oknem wciąż drobnił deszcz, ogień w chacie przygasł, mokra kaczka drzemała w cieple ostatnich płomieni. Helloise zamknęła oczy. Nie potrafiła znaleźć w członkach sił, żeby zwlec się z kanapy. Znów spała na nierozłożonej kanapie, zamiast w łóżku. Od kurczenia się na niej bolał ją kręgosłup. Sen jedynie bardziej ją zmęczył. Między mrugnięciami powiek budzącej się do życia wiedźmy mijały całe kwadranse.<br />
Wstała po pierwszej. Ze zmiętej spódnicy wysypało się skruszałe błoto, które wyniosła z Maida Vale. Do Maida Vale należała również czarna ziemia wbita pod paznokcie. Szata kleiła się do ciała. Helloise wyglądała nędznie i równie nędznie się czuła.<br />
Kąpiel nie była przyjemna, mimo że wanna gorącej wody w chłodne jesienne dni zdawała się remedium na wszystkie troski. Czarownica była zbyt skupiona na tym, żeby nie pozwolić sobie znów odpłynąć. Wiedziała, co rozpędziłoby chmury dociążające głowę i skrystalizowałoby zmysły. Błędne około. Obeszła się smakiem. <br />
Również w wannie spędziła za dużo czasu, nim przebrała się wreszcie i sprytnie wczesała kołtuny w warkocz. W duchu odczuła ulgę, gdy trafiła na spakowaną wcześniej torbę i koszyki. Skupienie myśli na tym, aby teleportować się na to jedno podwórze w Little Hangleton, było bardziej absorbujące niż powinno być, lecz skończyło się sukcesem.<br />
Być może i Helloise kazała Jahnavi na siebie czekać, lecz bynajmniej nie zamierzała dawać po sobie poznać, że kryło się za tym cokolwiek innego niż jej własny kaprys. Przemierzyła podwórko wyprostowana, swobodnie snuła wzrokiem po zakamarkach działki. Na dłużej zatrzymała się przy gęsiach. Nieruchomo patrzyła na wędrówkę gęgających skrzekliwie ptaszysk, jakby wpadła w trans. Wtem jedna z gęsi uderzyła skrzydłami w powietrze, za nią zaś pozostałe rozłożyły białe skrzydła i przebiegły kawałek podwórza, z krzykiem wachlując piórami. Helloise drgnęła, jakby spłoszyło ją to nagłe poruszenie. <br />
Podążyła prosto do drzwi chaty, ciaśniej obciągając ramiona szalem. Do rozlatującego się domu Pandit weszła bez pukania, starannie zamykając za sobą drzwi. Nie baczyła na to, że na swoich kozakach z zadartymi czubami nanosi jej do środka mokrą ziemię.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Czy jesteś gotowa do drogi?</span> — zapytała od progu.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[noc z 8 na 9.10.72, Szkocja] Smocze opowieści]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5602</link>
			<pubDate>Tue, 13 Jan 2026 10:03:16 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=24">Brenna Longbottom</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5602</guid>
			<description><![CDATA[Las spowijały ciemności, znacznie głębsze niż te, jakie znali mieszkańcy miast, a choć początkowo szli ścieżką, potem przyszło im przedzierać się już przez teren, którym zwykle nie chodzili ludzie, może poza najbardziej upartymi zielarzami. Oznaczało to przedarcie się przez krzaki, ostrożne zejście po stromym brzegu ku rzece, a potem wspięcie się z powrotem i uporanie się z paroma przeszkodami takimi jak podstępne pajęczyny czy mrowiska. Brenna miała pod tym względem najłatwiej: zmieniła się zwyczajnie w wilka, co ułatwiało poruszanie się po lesie. Apollo za to, przywykły raczej do miasta niż do wiejskich klimatów, zaklął ze trzy razy, a raz się wywalił. Młody Sadwick, o dziwo, radził sobie za to całkiem nieźle, mimo ograniczonej widoczności.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Dobra… to powinno być gdzieś tutaj</span> – oświadczyła Brenna, przemieniając się z powrotem w człowieka i wygrzebując sobie z włosów jakąś gałązkę. I faktycznie, ledwo zrobiła parę kroków, pomiędzy drzewami mogli dostrzec ciemny zarys budowli.<br />
Było to jedno z tych miejsc, które leżały w ruinie już dwa wieki temu, może pozostałość z czasów, gdy czarodzieje trzymali się z dala od mugoli i raczej unikali Londynu. A może jakaś mugolska budowla, potem obrzucona jakimiś zaklęciami? Była tak stara, że żadne z nich nie mogło być tego pewne. W mroku, z oddali, i gdy wysokie krzewy, wyrastające przy jednej ze ścian, przysłaniały widok, nie mogli zobaczyć za wiele, ale wydawało się, że kiedyś był to duży budynek, może nawet zamek. Jedna ze ścian runęła jednak, a choć widzieli wieżyczkę, trudno było powiedzieć, w jakim jest stanie.<br />
Brenna jednak nie przypatrywała się zamkowi, a osunęła na kolana i zaczęła powoli przesuwać do przodu, po mchu i trawie. Serce biło jej szaleńczo, gdy szukała tego, co w notatniku opisano jako: godzina 23.09, pułapka przy dwóch kolcolistach…<br />
Byłoby łatwiej, gdyby wiedziała, czym są kolcolisty. Chociaż nie powinna narzekać, gdyby dokładnie nie wskazano jej godziny i mniej więcej położenia, na pewno by po prostu w tę pułapkę wlazła: nie była w końcu żadną specjalistką.<br />
Syknęła, gdy coś błysnęło jej wreszcie pomiędzy dwoma krzewami, akurat w miejscu, przez które na pewno najłatwiej byłoby przejść. W porządku. Notatnik mówił prawdę. Potem będzie musiała się zastanowić, co z tym dalej zrobić.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Dobra, tu jest pułapka, więc ją musimy ominąć.</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> – Tam chyba się pali światło</span> – mruknął Sadwick, wskazując palcem na błysk, częściowo widoczny przy krzewach. <br />
Dwóch wartowników. Reszta śpi. Według notatki z… przeszłości albo przyszłości… przynajmniej. Brzmiało prawdopodobnie.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Okay, czyli faktycznie chyba dobrze trafiliśmy</span> – stwierdziła Brenna, siadając wprost na mchu i przez moment spoglądając w stronę światła. Istniała oczywiście nikła szansa, że natrafili na kogoś, kto robił biwak, ale… <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – I jeśli tak, to spodziewam się czterech lub pięciu osób, na pewno opiekuna dla tych smoków. Proponuję, że podejdę jako wilk i zorientuję się, czy na pewno nie napadniemy na Bogini ducha niewinnych ludzi. A potem dwoje z nas spróbuje ogarnąć wartowników, a dwójka od razu wpakuje się do środka, żeby nie dać czasu tym śpiącym na zwianie albo przyjście z pomocą. Ktoś ma inne pomysły?</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Las spowijały ciemności, znacznie głębsze niż te, jakie znali mieszkańcy miast, a choć początkowo szli ścieżką, potem przyszło im przedzierać się już przez teren, którym zwykle nie chodzili ludzie, może poza najbardziej upartymi zielarzami. Oznaczało to przedarcie się przez krzaki, ostrożne zejście po stromym brzegu ku rzece, a potem wspięcie się z powrotem i uporanie się z paroma przeszkodami takimi jak podstępne pajęczyny czy mrowiska. Brenna miała pod tym względem najłatwiej: zmieniła się zwyczajnie w wilka, co ułatwiało poruszanie się po lesie. Apollo za to, przywykły raczej do miasta niż do wiejskich klimatów, zaklął ze trzy razy, a raz się wywalił. Młody Sadwick, o dziwo, radził sobie za to całkiem nieźle, mimo ograniczonej widoczności.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Dobra… to powinno być gdzieś tutaj</span> – oświadczyła Brenna, przemieniając się z powrotem w człowieka i wygrzebując sobie z włosów jakąś gałązkę. I faktycznie, ledwo zrobiła parę kroków, pomiędzy drzewami mogli dostrzec ciemny zarys budowli.<br />
Było to jedno z tych miejsc, które leżały w ruinie już dwa wieki temu, może pozostałość z czasów, gdy czarodzieje trzymali się z dala od mugoli i raczej unikali Londynu. A może jakaś mugolska budowla, potem obrzucona jakimiś zaklęciami? Była tak stara, że żadne z nich nie mogło być tego pewne. W mroku, z oddali, i gdy wysokie krzewy, wyrastające przy jednej ze ścian, przysłaniały widok, nie mogli zobaczyć za wiele, ale wydawało się, że kiedyś był to duży budynek, może nawet zamek. Jedna ze ścian runęła jednak, a choć widzieli wieżyczkę, trudno było powiedzieć, w jakim jest stanie.<br />
Brenna jednak nie przypatrywała się zamkowi, a osunęła na kolana i zaczęła powoli przesuwać do przodu, po mchu i trawie. Serce biło jej szaleńczo, gdy szukała tego, co w notatniku opisano jako: godzina 23.09, pułapka przy dwóch kolcolistach…<br />
Byłoby łatwiej, gdyby wiedziała, czym są kolcolisty. Chociaż nie powinna narzekać, gdyby dokładnie nie wskazano jej godziny i mniej więcej położenia, na pewno by po prostu w tę pułapkę wlazła: nie była w końcu żadną specjalistką.<br />
Syknęła, gdy coś błysnęło jej wreszcie pomiędzy dwoma krzewami, akurat w miejscu, przez które na pewno najłatwiej byłoby przejść. W porządku. Notatnik mówił prawdę. Potem będzie musiała się zastanowić, co z tym dalej zrobić.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Dobra, tu jest pułapka, więc ją musimy ominąć.</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> – Tam chyba się pali światło</span> – mruknął Sadwick, wskazując palcem na błysk, częściowo widoczny przy krzewach. <br />
Dwóch wartowników. Reszta śpi. Według notatki z… przeszłości albo przyszłości… przynajmniej. Brzmiało prawdopodobnie.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Okay, czyli faktycznie chyba dobrze trafiliśmy</span> – stwierdziła Brenna, siadając wprost na mchu i przez moment spoglądając w stronę światła. Istniała oczywiście nikła szansa, że natrafili na kogoś, kto robił biwak, ale… <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – I jeśli tak, to spodziewam się czterech lub pięciu osób, na pewno opiekuna dla tych smoków. Proponuję, że podejdę jako wilk i zorientuję się, czy na pewno nie napadniemy na Bogini ducha niewinnych ludzi. A potem dwoje z nas spróbuje ogarnąć wartowników, a dwójka od razu wpakuje się do środka, żeby nie dać czasu tym śpiącym na zwianie albo przyjście z pomocą. Ktoś ma inne pomysły?</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[14.10.72, Wyspa Posępna] Nocne rozmowy z duchami]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5416</link>
			<pubDate>Fri, 05 Dec 2025 10:28:36 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=128">Bard Beedle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5416</guid>
			<description><![CDATA[<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Część fabuły ZF Posępnej Wyspy.</span><br />
<br />
Cormac i Finn przygotowali kilka pomieszczeń, które zabezpieczyli runami, a Thomas i Dora mogli dorzucić to i owo od siebie – więc przynajmniej w teorii tej nocy powinni być… może nie bezpieczni, ale istniała szansa, że nic ich nie zeżre. Poszukiwania mieli podjąć z powrotem o świecie, więc po północy pozostało im niewiele więcej, jak rozdzielić się wartami i spróbować złapać trochę snu.<br />
Thomas pełnił tę ostatnią, przed świtem, mając po prostu trzymać się w pobliżu wejść do pomieszczeń, w których spała część zespołu. Było ciemno, zimno, spokojnie, aż kątem oka wyłapał jakiś ruch.<br />
Czy mu się wydawało, że ktoś mignął mu w oddali, przebiegając na drugim końcu korytarza ku schodom?<br />
Mógłby przysiąc, że chłodny powiew zmierzwił mu włosy.<br />
Może przeciąg, nic nadzwyczajnego, w zrujnowanym, szkockim zamku...<br />
*<br />
<br />
Dora Crawley uciekała.<br />
Coś ścigało ją w ciemnościach, a do jej umysłu, oszalałego z przerażenia, nie do końca docierało, przed czym próbuje uciec. W jednej chwili sądziła, że tuż za nią, w mroku, czai się potwór, który chce ją rozerwać na strzępy, pożreć. Słyszała warkot, dźwięk pazurów, uderzających o posadzkę, czyjś krzyk, głos kogoś, kto kazał jej uciekać, a potem krzyczał już tylko w bólu: i wiedziała, że gdzieś tam, w zamku, właśnie zginął ktoś, kogo kochała. W kolejnej była pewna, że umyka przed własnym dziadkiem, i że słyszy za sobą jego głos – bardzo spokojny, niemal łagodny – przyrzekający, że już wkrótce będzie mogła spotkać matkę.<br />
A potem nagle uświadomiła sobie, że stoi sama w ciemnościach.<br />
Bosa, wciąż nie do końca rozbudzona, samotna w obcym miejscu – w korytarzu, który, jak sobie po chwili uświadomiła, musiał być częścią zamku McClivertów, do której dotąd nie zajrzeli, najbardziej zrujnowanej. Ziąb przenikał jej ciało prawie że do kości, trzęsła się z zimna: musiała być tutaj już od jakiegoś czasu.<br />
Najwyraźniej pod wpływem snu lunatykowała i nie była pewna, jak daleko zawędrowała.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Odpisy do ósmej rano 9.12</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Część fabuły ZF Posępnej Wyspy.</span><br />
<br />
Cormac i Finn przygotowali kilka pomieszczeń, które zabezpieczyli runami, a Thomas i Dora mogli dorzucić to i owo od siebie – więc przynajmniej w teorii tej nocy powinni być… może nie bezpieczni, ale istniała szansa, że nic ich nie zeżre. Poszukiwania mieli podjąć z powrotem o świecie, więc po północy pozostało im niewiele więcej, jak rozdzielić się wartami i spróbować złapać trochę snu.<br />
Thomas pełnił tę ostatnią, przed świtem, mając po prostu trzymać się w pobliżu wejść do pomieszczeń, w których spała część zespołu. Było ciemno, zimno, spokojnie, aż kątem oka wyłapał jakiś ruch.<br />
Czy mu się wydawało, że ktoś mignął mu w oddali, przebiegając na drugim końcu korytarza ku schodom?<br />
Mógłby przysiąc, że chłodny powiew zmierzwił mu włosy.<br />
Może przeciąg, nic nadzwyczajnego, w zrujnowanym, szkockim zamku...<br />
*<br />
<br />
Dora Crawley uciekała.<br />
Coś ścigało ją w ciemnościach, a do jej umysłu, oszalałego z przerażenia, nie do końca docierało, przed czym próbuje uciec. W jednej chwili sądziła, że tuż za nią, w mroku, czai się potwór, który chce ją rozerwać na strzępy, pożreć. Słyszała warkot, dźwięk pazurów, uderzających o posadzkę, czyjś krzyk, głos kogoś, kto kazał jej uciekać, a potem krzyczał już tylko w bólu: i wiedziała, że gdzieś tam, w zamku, właśnie zginął ktoś, kogo kochała. W kolejnej była pewna, że umyka przed własnym dziadkiem, i że słyszy za sobą jego głos – bardzo spokojny, niemal łagodny – przyrzekający, że już wkrótce będzie mogła spotkać matkę.<br />
A potem nagle uświadomiła sobie, że stoi sama w ciemnościach.<br />
Bosa, wciąż nie do końca rozbudzona, samotna w obcym miejscu – w korytarzu, który, jak sobie po chwili uświadomiła, musiał być częścią zamku McClivertów, do której dotąd nie zajrzeli, najbardziej zrujnowanej. Ziąb przenikał jej ciało prawie że do kości, trzęsła się z zimna: musiała być tutaj już od jakiegoś czasu.<br />
Najwyraźniej pod wpływem snu lunatykowała i nie była pewna, jak daleko zawędrowała.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Odpisy do ósmej rano 9.12</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[14.10.72, Wyspa Posępna] Duchy Posępnej Wyspy]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5414</link>
			<pubDate>Thu, 04 Dec 2025 09:40:19 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=24">Brenna Longbottom</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5414</guid>
			<description><![CDATA[<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Część fabuły ZFowej z Posępną Wyspą.</span><br />
<br />
Kap. Kap. Kap.<br />
Dźwięk kapiącej wody. Nic niezwykłego, prawda? Dachy tu na pewno przeciekały, wilgoć mogła zebrać się w wielu miejscach, nadmorska, szkocka pogoda nie należała do najlepszych…<br />
Stuk. Stuk. Stuk.<br />
Ciche stukanie, może drzwi lub okiennicy poruszanej przez zamkowe przeciągi…<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wszyscy umrzemy</span>, głos, tuż przy uchu, gdy umysł oscyluje na granicy snu i jawy – czy przyśnił się tylko Heather, gdy po swojej warcie padła przespać chociaż dwie godziny, czy faktycznie go słyszała? A potem…<br />
Potem, budząc się, mogłaby przysiąc, że słyszy krzyk: stłumiony, dobiegający gdzieś z oddali, ale wyraźny.<br />
*<br />
<br />
Brenna, skulona w tym samym pomieszczeniu, też próbowała spać – i udało się jej to nawet, ale osunęła się w sen niespokojny, pełen krwi, warkotów, krzyków, śmierci i krwi. Jeśli nawet usłyszała to samo, co Heather, zlało się to dla niej z wrzaskami z koszmarów. <br />
We śnie…<br />
We śnie na mur prysnęła krew, gdy ktoś, coś, schwyciło kobietę i zaczęło rozrywać ją na strzępy, a ona krzyczała i krzyczała, bo żyła, bogowie żyła, a Brenna nie mogła się ruszyć, nie mogła niczego zrobić i…<br />
Obudziła się, gwałtownie nabierając tchu i usiadła, a potem rozejrzała się, jakby pewna, że zobaczy potwory czające się w mroku. Ale w pomieszczeniu nie było żadnych stworów, tylko one i…<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Gdzie jest Dora?</span> – spytała, spoglądając najpierw na Heather, a potem na miejsce, gdzie powinna spać Crawleyówna: nie była jej kolejka na trzymanie warty, powinna spać tutaj z nimi, a został po niej tylko zwinięty koc. I Brenna, chociaż wciąż miała problem z otrząśnięciem się z resztek snu, który jakoś nie chciał wypuścić jej ze swoich szponów, choć umysł pracował jej jakoś dziwnie, a gdy mrugała, zdawało się jej, że obraz zmienia się przed oczyma, poderwała się teraz i ruszyła od razu do drzwi.<br />
Były lekko uchylone, chociaż przecież zamykały i je, a bariera mająca chronić ich podczas snu znikła.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Część fabuły ZFowej z Posępną Wyspą.</span><br />
<br />
Kap. Kap. Kap.<br />
Dźwięk kapiącej wody. Nic niezwykłego, prawda? Dachy tu na pewno przeciekały, wilgoć mogła zebrać się w wielu miejscach, nadmorska, szkocka pogoda nie należała do najlepszych…<br />
Stuk. Stuk. Stuk.<br />
Ciche stukanie, może drzwi lub okiennicy poruszanej przez zamkowe przeciągi…<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wszyscy umrzemy</span>, głos, tuż przy uchu, gdy umysł oscyluje na granicy snu i jawy – czy przyśnił się tylko Heather, gdy po swojej warcie padła przespać chociaż dwie godziny, czy faktycznie go słyszała? A potem…<br />
Potem, budząc się, mogłaby przysiąc, że słyszy krzyk: stłumiony, dobiegający gdzieś z oddali, ale wyraźny.<br />
*<br />
<br />
Brenna, skulona w tym samym pomieszczeniu, też próbowała spać – i udało się jej to nawet, ale osunęła się w sen niespokojny, pełen krwi, warkotów, krzyków, śmierci i krwi. Jeśli nawet usłyszała to samo, co Heather, zlało się to dla niej z wrzaskami z koszmarów. <br />
We śnie…<br />
We śnie na mur prysnęła krew, gdy ktoś, coś, schwyciło kobietę i zaczęło rozrywać ją na strzępy, a ona krzyczała i krzyczała, bo żyła, bogowie żyła, a Brenna nie mogła się ruszyć, nie mogła niczego zrobić i…<br />
Obudziła się, gwałtownie nabierając tchu i usiadła, a potem rozejrzała się, jakby pewna, że zobaczy potwory czające się w mroku. Ale w pomieszczeniu nie było żadnych stworów, tylko one i…<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Gdzie jest Dora?</span> – spytała, spoglądając najpierw na Heather, a potem na miejsce, gdzie powinna spać Crawleyówna: nie była jej kolejka na trzymanie warty, powinna spać tutaj z nimi, a został po niej tylko zwinięty koc. I Brenna, chociaż wciąż miała problem z otrząśnięciem się z resztek snu, który jakoś nie chciał wypuścić jej ze swoich szponów, choć umysł pracował jej jakoś dziwnie, a gdy mrugała, zdawało się jej, że obraz zmienia się przed oczyma, poderwała się teraz i ruszyła od razu do drzwi.<br />
Były lekko uchylone, chociaż przecież zamykały i je, a bariera mająca chronić ich podczas snu znikła.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[14.10.72, noc, Wyspa Posępna] Gdzie grasują kwintopedy]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5401</link>
			<pubDate>Tue, 02 Dec 2025 08:54:31 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=128">Bard Beedle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5401</guid>
			<description><![CDATA[Fragment fabuły ZF z Wyspą Posępną<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Kwintoped to bardzo niebezpieczne zwierzę mięsożerne, które wyjątkowo rozsmakowało się w ludziach. Jego nisko zawieszony tułów, podobnie jak pięć nóg, z których każda była zakończona zdeformowaną stopą, porośnięty był grubą, czerwonobrązową sierścią. Kwintoped występuje wyłącznie na Posępnej Wyspie, najdalej wysuniętym na północ punkcie w Szkocji.</span><br />
<br />
<div style="text-align: right;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć</span></div>
<br />
Chociaż dokładniejsze przeszukania zamku i ewentualne ruszenie tropem Cormaca - który najwyraźniej opuścił zamek - musiały poczekać do świtu, tej nocy niewiele mieli zaznać snu... i na pewno nie wszyscy na raz. Erik i Heather objęli jedną z wart. Mogli równie dobrze pełnić ją na nogach, jak na miotłach: to już zależało od nich, ale musieli sprawdzić najpierw okolicę pomieszczeń, w których została reszta, a potem upewnić się, że nic nie wlezie na dziedziniec.<br />
W zamku McClivertów panowała cisza, a sama budowla, tu i ówdzie się sypiąca, wciąż pełna obgryzionych kości, pozostałych po dawnych panach tego miejsca, sprawiała upiorne wrażenie. Człowiek wręcz spodziewał się, że zaraz natknie się na jakiegoś ducha albo potwora…<br />
…właśnie. Potwora.<br />
To one były tutaj potencjalnie największym zagrożeniem, a choć nie natknęli się na nie dotychczas w zamku, kwestią czasu pozostawało, aż któraś z bestii odkryje, że „największy przysmak” dla kwintoped, czyli nie mniej, nie więcej, a ludzie, dotarł na Posępną Wyspę. Starali się przed tym zabezpieczyć – runy Thomasa i Dory, jak się okazało pułapka, którą pewnie zostawił na dziedzińcu Cormac, na wypadek, gdyby któreś z monstrów tu przywędrowało (uruchamiająca się pod wpływem ciężaru i chwytająca tego, kto tam wszedł), opuszczona krata, warty, najpierw sprawdzenie zamku…<br />
Podczas swojej warty Erik i Heather wypatrzyli jednak coś, co wcześniej uszło ich uwagi – nic specjalnie niezwykłego, bo przybyli tu o zmierzchu, a zamek był wielki i pełen zakamarków – mur w jednym miejscu był uszkodzony. I wyglądało na to, że przez szczelinę, widoczną tylko, jeśli popatrzeć na nią pod jednym kątem, coś mogło na upartego się przecisnąć…<br />
<br />
<br />
<div class="spoiler_wrap"><div class="spoiler_header"><a href="javascript:void(0);" onclick="javascript:if(parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display=='block'){parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='none';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[+]&quot; alt=&quot;[+]&quot; src=&quot;/images/collapse_collapsed.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;Spoiler';}else {parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='block';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[-]&quot; alt=&quot;[-]&quot; src=&quot;/images/collapse.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;Spoiler';}"><img title="[+]" alt="[+]" src="/images/collapse_collapsed.png" class="expandspoiler" />Spoiler</a></div><div class="spoiler_body" style="display: none;">
- zgodnie z waszym wyborem w kwestii prowadzenia dostajecie tutaj instrukcje - gdybyście potrzebowali barda, wołajcie<br />
- na teren zamku dostała się jedna kwintopeda - przeszła przez uszkodzone miejsce w murze, znajdujecie świadczące o tym ślady<br />
- wasze zadanie to odnalezienie jej (rzut na percepcję 1 udany na pójście za nią)<br />
- w chwili sukcesu rzućcie k4 - przy wyniku 1 kwintopeda węszy na dziedzińcu, przy wyniku 2 próbuje dostać się do wnętrza, przy wyniku 3 nie zauważacie go, póki nie zaatakuje jednego z was (rzućcie które), przy wyniku 4 - kwintoped na wasz widok próbuje uciec, być może by ściągnąć kolegów<br />
- ataki kwintopedy i obrona są wyprowadzane z AF IV<br />
- możecie pozwolić jej uciec, spróbować ją uwięzić - na parterze jest sporo pomieszczeń ku temu, wciągnąć ją w pułapkę (na dziedzińcu jest taka, którą prawdopodobnie zostawił Cormac) albo zabić<br />
<br />
W razie pytań albo potrzeby pomocy - wołajcie</div></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Fragment fabuły ZF z Wyspą Posępną<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Kwintoped to bardzo niebezpieczne zwierzę mięsożerne, które wyjątkowo rozsmakowało się w ludziach. Jego nisko zawieszony tułów, podobnie jak pięć nóg, z których każda była zakończona zdeformowaną stopą, porośnięty był grubą, czerwonobrązową sierścią. Kwintoped występuje wyłącznie na Posępnej Wyspie, najdalej wysuniętym na północ punkcie w Szkocji.</span><br />
<br />
<div style="text-align: right;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć</span></div>
<br />
Chociaż dokładniejsze przeszukania zamku i ewentualne ruszenie tropem Cormaca - który najwyraźniej opuścił zamek - musiały poczekać do świtu, tej nocy niewiele mieli zaznać snu... i na pewno nie wszyscy na raz. Erik i Heather objęli jedną z wart. Mogli równie dobrze pełnić ją na nogach, jak na miotłach: to już zależało od nich, ale musieli sprawdzić najpierw okolicę pomieszczeń, w których została reszta, a potem upewnić się, że nic nie wlezie na dziedziniec.<br />
W zamku McClivertów panowała cisza, a sama budowla, tu i ówdzie się sypiąca, wciąż pełna obgryzionych kości, pozostałych po dawnych panach tego miejsca, sprawiała upiorne wrażenie. Człowiek wręcz spodziewał się, że zaraz natknie się na jakiegoś ducha albo potwora…<br />
…właśnie. Potwora.<br />
To one były tutaj potencjalnie największym zagrożeniem, a choć nie natknęli się na nie dotychczas w zamku, kwestią czasu pozostawało, aż któraś z bestii odkryje, że „największy przysmak” dla kwintoped, czyli nie mniej, nie więcej, a ludzie, dotarł na Posępną Wyspę. Starali się przed tym zabezpieczyć – runy Thomasa i Dory, jak się okazało pułapka, którą pewnie zostawił na dziedzińcu Cormac, na wypadek, gdyby któreś z monstrów tu przywędrowało (uruchamiająca się pod wpływem ciężaru i chwytająca tego, kto tam wszedł), opuszczona krata, warty, najpierw sprawdzenie zamku…<br />
Podczas swojej warty Erik i Heather wypatrzyli jednak coś, co wcześniej uszło ich uwagi – nic specjalnie niezwykłego, bo przybyli tu o zmierzchu, a zamek był wielki i pełen zakamarków – mur w jednym miejscu był uszkodzony. I wyglądało na to, że przez szczelinę, widoczną tylko, jeśli popatrzeć na nią pod jednym kątem, coś mogło na upartego się przecisnąć…<br />
<br />
<br />
<div class="spoiler_wrap"><div class="spoiler_header"><a href="javascript:void(0);" onclick="javascript:if(parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display=='block'){parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='none';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[+]&quot; alt=&quot;[+]&quot; src=&quot;/images/collapse_collapsed.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;Spoiler';}else {parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='block';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[-]&quot; alt=&quot;[-]&quot; src=&quot;/images/collapse.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;Spoiler';}"><img title="[+]" alt="[+]" src="/images/collapse_collapsed.png" class="expandspoiler" />Spoiler</a></div><div class="spoiler_body" style="display: none;">
- zgodnie z waszym wyborem w kwestii prowadzenia dostajecie tutaj instrukcje - gdybyście potrzebowali barda, wołajcie<br />
- na teren zamku dostała się jedna kwintopeda - przeszła przez uszkodzone miejsce w murze, znajdujecie świadczące o tym ślady<br />
- wasze zadanie to odnalezienie jej (rzut na percepcję 1 udany na pójście za nią)<br />
- w chwili sukcesu rzućcie k4 - przy wyniku 1 kwintopeda węszy na dziedzińcu, przy wyniku 2 próbuje dostać się do wnętrza, przy wyniku 3 nie zauważacie go, póki nie zaatakuje jednego z was (rzućcie które), przy wyniku 4 - kwintoped na wasz widok próbuje uciec, być może by ściągnąć kolegów<br />
- ataki kwintopedy i obrona są wyprowadzane z AF IV<br />
- możecie pozwolić jej uciec, spróbować ją uwięzić - na parterze jest sporo pomieszczeń ku temu, wciągnąć ją w pułapkę (na dziedzińcu jest taka, którą prawdopodobnie zostawił Cormac) albo zabić<br />
<br />
W razie pytań albo potrzeby pomocy - wołajcie</div></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[17.09.1972, Guinevere & Lazarus] Gimme shelter]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5394</link>
			<pubDate>Sun, 30 Nov 2025 21:04:38 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=572">Lazarus Lovegood</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5394</guid>
			<description><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono - Guinevere McGonagall - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Pierwsze koty za płoty</span></div></div><div id="dataa" class="mycode_b">17.09.1972, późne popołudnie<br />
gdzieś w Szkocji</div>
<br />
Wrzosy kładły się niemal płasko na ziemi w narastającym wietrze. Drzewa w okalającym wrzosowisko od wschodu iglastym lesie szumiały. W ciemnych, wiszących nisko chmurach coś błysnęło - nie biało, jak przystało na porządny piorun, ale jakby fioletowo. Zbyt krótko, by ludzkie oko zdołało dobrze przyjrzeć się kolorowi, zanim stał się jedynie powidokiem na siatkówce albo wspomnieniem wrażenia zmysłowego.<br />
Powietrze nad biegnącą przez wrzosowisko ścieżką zadrgało konwulsyjnie, a potem wypluło z siebie wysokią, szczupłą postać w czarnym płaszczu narzuconym na ministerialną szatę. Wiatr zaatakował ją momentalnie, załopotał ubraniem i rozwiał krótkie rude włosy.  <br />
<br />
Lazarus skrzywił się, na chwilę oślepiony podmuchem. Raczej nie miewał problemów z teleportacją, ale tym razem faktycznie stało się coś dziwnego. Zrobił wszystko jak należy, oczywiście, skupiony i w spokojnym miejscu, ale typowe dla magicznego przemieszczania się szarpnięcie było dziwnie brutalne i przez jedną krótką chwilę klątwołamacz zastanawiał się, czy nie ulegnie rozszczepieniu. Zmaterializował się jednak na tyle szybko, że nie zdążył się wystraszyć i na tyle kompletny, by nie dało się zauważyć żadnych braków. Tyle, że miejsce, w jakim to się stało zdecydowanie nie było tym, do którego planował się udać. Zamiast bowiem domagających się remontu wnętrz budynku Biura Celnego, jego oczom ukazał się pejzaż co prawda dość znajomy, ale jednak niespodziewany w poniedziałkowe popołudnie. <br />
Czarodziej rozejrzał się w szarówce spowodowanej tyleż zbliżającym się wieczorem, co ewidentnie nadchodzącą burzą - magiczną, sądząc po charakterystycznym zapachu w powietrzu i kolorze wyładowań. Ucieszył się w duchu, że odłożył odwiedziny w Celnym na sam koniec dnia i prosto stamtąd zamierzał iść do domu, bo po pierwsze dzięki temu miał na sobie płaszcz, a po drugie ewentualne komplikacje związane z powrotem nie sprawią, że cały plan dnia rozsypie się jak domek z kart. <br />
<br />
Okolica budziła wspomnienia i poczuł w piersi ukłucie tęsknoty, ale miał zadanie do wykonania. Odetchnął zatem, skupił się na celu swojej teleportacji, obrócił się na pięcie i spróbował się deportować. <br />
Nic się nie stało. <br />
Nie zdziwił się szczególnie, magiczne zawirowania miały to do siebie, że potrafiły uniemożliwiać teleportację. Kolejne próby w coraz silniejszym wietrze i pewnie coraz silniejszym polu magicznej anomalii mogły być ryzykowne. Lazarus zmarszczył brwi, przeczesał palcami i tak już zmierzwione wiatrem włosy i spojrzał w niebo. Nie miał pojęcia, gdzie jest, ale jedno było pewne - jeżeli czegoś nie zrobi, wkrótce będzie nie tylko zagubiony, ale i mokry. Wyciągnął różdżkę i spróbował transmutować swój płaszcz w przeciwdeszczowy, licząc na to, że dość proste w gruncie rzeczy zaklęcie uda się mimo pogody. <br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Transmutacja - zwykły jesienny płaszcz w przeciwdeszczowy<br />
 [roll=Z]</span></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono - Guinevere McGonagall - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Pierwsze koty za płoty</span></div></div><div id="dataa" class="mycode_b">17.09.1972, późne popołudnie<br />
gdzieś w Szkocji</div>
<br />
Wrzosy kładły się niemal płasko na ziemi w narastającym wietrze. Drzewa w okalającym wrzosowisko od wschodu iglastym lesie szumiały. W ciemnych, wiszących nisko chmurach coś błysnęło - nie biało, jak przystało na porządny piorun, ale jakby fioletowo. Zbyt krótko, by ludzkie oko zdołało dobrze przyjrzeć się kolorowi, zanim stał się jedynie powidokiem na siatkówce albo wspomnieniem wrażenia zmysłowego.<br />
Powietrze nad biegnącą przez wrzosowisko ścieżką zadrgało konwulsyjnie, a potem wypluło z siebie wysokią, szczupłą postać w czarnym płaszczu narzuconym na ministerialną szatę. Wiatr zaatakował ją momentalnie, załopotał ubraniem i rozwiał krótkie rude włosy.  <br />
<br />
Lazarus skrzywił się, na chwilę oślepiony podmuchem. Raczej nie miewał problemów z teleportacją, ale tym razem faktycznie stało się coś dziwnego. Zrobił wszystko jak należy, oczywiście, skupiony i w spokojnym miejscu, ale typowe dla magicznego przemieszczania się szarpnięcie było dziwnie brutalne i przez jedną krótką chwilę klątwołamacz zastanawiał się, czy nie ulegnie rozszczepieniu. Zmaterializował się jednak na tyle szybko, że nie zdążył się wystraszyć i na tyle kompletny, by nie dało się zauważyć żadnych braków. Tyle, że miejsce, w jakim to się stało zdecydowanie nie było tym, do którego planował się udać. Zamiast bowiem domagających się remontu wnętrz budynku Biura Celnego, jego oczom ukazał się pejzaż co prawda dość znajomy, ale jednak niespodziewany w poniedziałkowe popołudnie. <br />
Czarodziej rozejrzał się w szarówce spowodowanej tyleż zbliżającym się wieczorem, co ewidentnie nadchodzącą burzą - magiczną, sądząc po charakterystycznym zapachu w powietrzu i kolorze wyładowań. Ucieszył się w duchu, że odłożył odwiedziny w Celnym na sam koniec dnia i prosto stamtąd zamierzał iść do domu, bo po pierwsze dzięki temu miał na sobie płaszcz, a po drugie ewentualne komplikacje związane z powrotem nie sprawią, że cały plan dnia rozsypie się jak domek z kart. <br />
<br />
Okolica budziła wspomnienia i poczuł w piersi ukłucie tęsknoty, ale miał zadanie do wykonania. Odetchnął zatem, skupił się na celu swojej teleportacji, obrócił się na pięcie i spróbował się deportować. <br />
Nic się nie stało. <br />
Nie zdziwił się szczególnie, magiczne zawirowania miały to do siebie, że potrafiły uniemożliwiać teleportację. Kolejne próby w coraz silniejszym wietrze i pewnie coraz silniejszym polu magicznej anomalii mogły być ryzykowne. Lazarus zmarszczył brwi, przeczesał palcami i tak już zmierzwione wiatrem włosy i spojrzał w niebo. Nie miał pojęcia, gdzie jest, ale jedno było pewne - jeżeli czegoś nie zrobi, wkrótce będzie nie tylko zagubiony, ale i mokry. Wyciągnął różdżkę i spróbował transmutować swój płaszcz w przeciwdeszczowy, licząc na to, że dość proste w gruncie rzeczy zaklęcie uda się mimo pogody. <br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Transmutacja - zwykły jesienny płaszcz w przeciwdeszczowy<br />
 [roll=Z]</span></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[14.10.72, po zmroku, Wyspa Posępna] Światło, które nie zgasło]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5381</link>
			<pubDate>Fri, 28 Nov 2025 12:12:19 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=128">Bard Beedle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5381</guid>
			<description><![CDATA[<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Część fabuły posępnej wyspy ZFu.</span><br />
<br />
To nie była gra świateł.<br />
Jonathan wcześniej dostrzegł błyśnięcie w jednej z wież, niedługo po zmierzchu – jak się potem okazało dość mocno zniszczonej, z częściowo zawalonym dachem. Wiodące do niej schody były w oczywisty sposób niestabilne, nikt nie odpowiadał na wołania, a na górze znajdowały się stare, solidne drzwi. Dawno temu zapewne je zaklęto, może wykonali je magiczni rzemieślnicy, bo do tej pory nie dało się tam dostać – ale też nie znaleźli żadnych śladów świadczących o tym, że Finn albo Cormac mogą być po drugiej stronie, a w zamku było kilka innych tak niedostępnych punktów, próba dostania się akurat tutaj niekoniecznie stanowiła bezwzględny priorytet.<br />
Ale…<br />
Kiedy Selwyn wyjrzał nocą przez jedno z okien ponownie dostrzegł blask. I tym razem był już pewny tego, co widzi, zwłaszcza że ten wygasł, a potem znów się pojawił. I po prawdzie, zważywszy na to, gdzie byli… wyglądało to na magiczne światło.<br />
Czy któryś z mężczyzn mógł tam jednak pójść, pomimo pajęczyn i kurzu, które zdawały się świadczyć o tym, że miejsce pozostało nienaruszone? Utknął tam, i nie mógł albo nie chciał odpowiedzieć, kiedy spróbowali przy ogólnym sprawdzaniu nawoływać przy schodach…?<br />
*<br />
<br />
Schody wiodące do wieży były strome, bardzo wąskie, wymuszające ostrożne poruszanie się i podpieranie o ściany, w dodatku popękały w niektórych miejscach. Im wyżej się wchodziło, tym zimniej było: chłód wniknął głęboko w mury zamku McClivertów, a teraz wchodzili w górę jesiennej nocy. <br />
Na ich górze czekały drzwi, które musieli sforsować.<br />
<br />
<br />
<div class="spoiler_wrap"><div class="spoiler_header"><a href="javascript:void(0);" onclick="javascript:if(parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display=='block'){parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='none';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[+]&quot; alt=&quot;[+]&quot; src=&quot;/images/collapse_collapsed.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;Spoiler';}else {parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='block';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[-]&quot; alt=&quot;[-]&quot; src=&quot;/images/collapse.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;Spoiler';}"><img title="[+]" alt="[+]" src="/images/collapse_collapsed.png" class="expandspoiler" />Spoiler</a></div><div class="spoiler_body" style="display: none;">
Tak jak rozmawialiśmy, ze względu na mieszane preferencje odnośnie prowadzenia:<br />
- zaczynacie sami – odegrajcie jak idą sprawdzić wieżę (możecie być już pod nią, może Jonathan was tam zgarnąć), forsują drzwi (dowolne dziedziny magii – trzeba je sforsować przynajmniej dwoma udanymi zaklęciami, chyba że wymyślicie inny sposób dotarcia na górę)<br />
- za drzwiami znajduje się przejście do wieży: dwa piętra, na górną wiodą zniszczone, drewniane schody, potrzeba magii, by tam wejść. Wygląda na to, że kiedyś na pierwszym istniało laboratorium, być może eliksirów. Dora wie, że trzeba zachować ostrożność – wciąż są tu składniki, fiolki, ubrudzone kociołki, a po tak wielu latach trudno powiedzieć, czy nie zatrują albo nie wybuchną<br />
- gdy się z tym uporacie, podkreślcie w ostatnich postach podejmowane działania i oznaczcie mnie, wkroczę wtedy jako bard.<br />
Proponuję wam 4 dni na odpis, czyli teraz do 2 grudnia. Będę wam przypominała o tej sesji co jakiś czas <img src="https://secretsoflondon.pl/images/smilies/hepi.gif" alt="Szeroki uśmiech" title="Szeroki uśmiech" class="smilie smilie_4" /></div></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Część fabuły posępnej wyspy ZFu.</span><br />
<br />
To nie była gra świateł.<br />
Jonathan wcześniej dostrzegł błyśnięcie w jednej z wież, niedługo po zmierzchu – jak się potem okazało dość mocno zniszczonej, z częściowo zawalonym dachem. Wiodące do niej schody były w oczywisty sposób niestabilne, nikt nie odpowiadał na wołania, a na górze znajdowały się stare, solidne drzwi. Dawno temu zapewne je zaklęto, może wykonali je magiczni rzemieślnicy, bo do tej pory nie dało się tam dostać – ale też nie znaleźli żadnych śladów świadczących o tym, że Finn albo Cormac mogą być po drugiej stronie, a w zamku było kilka innych tak niedostępnych punktów, próba dostania się akurat tutaj niekoniecznie stanowiła bezwzględny priorytet.<br />
Ale…<br />
Kiedy Selwyn wyjrzał nocą przez jedno z okien ponownie dostrzegł blask. I tym razem był już pewny tego, co widzi, zwłaszcza że ten wygasł, a potem znów się pojawił. I po prawdzie, zważywszy na to, gdzie byli… wyglądało to na magiczne światło.<br />
Czy któryś z mężczyzn mógł tam jednak pójść, pomimo pajęczyn i kurzu, które zdawały się świadczyć o tym, że miejsce pozostało nienaruszone? Utknął tam, i nie mógł albo nie chciał odpowiedzieć, kiedy spróbowali przy ogólnym sprawdzaniu nawoływać przy schodach…?<br />
*<br />
<br />
Schody wiodące do wieży były strome, bardzo wąskie, wymuszające ostrożne poruszanie się i podpieranie o ściany, w dodatku popękały w niektórych miejscach. Im wyżej się wchodziło, tym zimniej było: chłód wniknął głęboko w mury zamku McClivertów, a teraz wchodzili w górę jesiennej nocy. <br />
Na ich górze czekały drzwi, które musieli sforsować.<br />
<br />
<br />
<div class="spoiler_wrap"><div class="spoiler_header"><a href="javascript:void(0);" onclick="javascript:if(parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display=='block'){parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='none';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[+]&quot; alt=&quot;[+]&quot; src=&quot;/images/collapse_collapsed.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;Spoiler';}else {parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='block';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[-]&quot; alt=&quot;[-]&quot; src=&quot;/images/collapse.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;Spoiler';}"><img title="[+]" alt="[+]" src="/images/collapse_collapsed.png" class="expandspoiler" />Spoiler</a></div><div class="spoiler_body" style="display: none;">
Tak jak rozmawialiśmy, ze względu na mieszane preferencje odnośnie prowadzenia:<br />
- zaczynacie sami – odegrajcie jak idą sprawdzić wieżę (możecie być już pod nią, może Jonathan was tam zgarnąć), forsują drzwi (dowolne dziedziny magii – trzeba je sforsować przynajmniej dwoma udanymi zaklęciami, chyba że wymyślicie inny sposób dotarcia na górę)<br />
- za drzwiami znajduje się przejście do wieży: dwa piętra, na górną wiodą zniszczone, drewniane schody, potrzeba magii, by tam wejść. Wygląda na to, że kiedyś na pierwszym istniało laboratorium, być może eliksirów. Dora wie, że trzeba zachować ostrożność – wciąż są tu składniki, fiolki, ubrudzone kociołki, a po tak wielu latach trudno powiedzieć, czy nie zatrują albo nie wybuchną<br />
- gdy się z tym uporacie, podkreślcie w ostatnich postach podejmowane działania i oznaczcie mnie, wkroczę wtedy jako bard.<br />
Proponuję wam 4 dni na odpis, czyli teraz do 2 grudnia. Będę wam przypominała o tej sesji co jakiś czas <img src="https://secretsoflondon.pl/images/smilies/hepi.gif" alt="Szeroki uśmiech" title="Szeroki uśmiech" class="smilie smilie_4" /></div></div>]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>