<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Szkocja]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Sat, 18 Apr 2026 02:41:48 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[[20/09/72] Grzybobranie [aneks]]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5941</link>
			<pubDate>Thu, 09 Apr 2026 13:15:05 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=523">Helloise Rowle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5941</guid>
			<description><![CDATA[<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">— Uzupełnienie <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5608" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">tej sesji</a>. —</span></span></div>
<br />
Pierw odwędrował od nich umysł Helloise, później ciało. Do Carrbridge udała się z Jahnavi i Alexandrem, lecz w trakcie spaceru po okolicznym lasku czarownica stawała się coraz bardziej nieobecna. Jeśli spytano ją dokąd idzie, gdy oddalała się od towarzyszy coraz bardziej, rzuciła tylko enigmatyczne: <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">do Pani</span>. <br />
Nie kłamała. Nie od razu jęła wypatrywać między zaroślami kwiatu, który ściągnął ją do Szkocji tego dnia. Początkowo szła tylko w ciszy i samotności, bo tak łatwiej było usłyszeć oddech Bogini kłoniący trawy, które w ślad za Panią dogniatała do ziemi stopa Helloise. Samotna wędrówka sprzyjała zadumie — spokojnej zadumie religijnej zestrojonej z naturalnym rytmem ziemi, nie kowenowej pieśni skomponowanej ludzką ręką. Przyniosło to kobiecie wiele ukojenia, którego powinna była poszukać już dawno, lecz mieszkając pod nawiedzoną Knieją i oddychając jej atmosferą, nie dostrzegała nawet, w jak głębokim niepokoju żyła. <br />
Tego szkockiego lasu wiedźma nie znała, jego drzewa pozostawały na nią głuche, a każdą ścieżynę i zakątek odkrywała dopiero, mogła więc cieszyć się ich świeżością. Schodziła z udeptanych dróg, tak jak lubiła najbardziej. Wolała oglądać dziewicze dzieło natury niż ukształtowane przez pochód tłumu spacerowiczów wygodne szlaki. Ostre gałązki kłuły i drapały nogi czarownicy, czepiały się rąbka jej szaty, gdy stawiała stopy głęboko w gęste runo, w te krzaki i krzewinki. Nie spieszyła się. Kucała to tu, to tam, aby wziąć coś w ręce, czy stawała po prostu, aby słuchać. Spacerując, natrafiła na skupisko pięknych młodych paproci i tam spędziła trochę czasu, wykopując gołymi rękoma kilka co piękniejszych okazów, które złożyła w dużym koszyku.<br />
Naturalnie przeszła w toku tej wędrówki do rozglądania się za księżycową rosą, swoim faktycznym celem.<br />
<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">//</span> rzucam <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">percepcję (3)</span> na wypatrywanie <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">kwiatów księżycowej rosy</span></span></span><br />
<br />
[roll=Z]<br />
Nie ujrzała ich od razu. Nawet gdy mignął gdzieś wśród lasu jaki biały kwiat, to nie był to ów upragniony. Helloise zbliżyła się do krawędzi gaju — drzewa tam rosły rzadziej i zaczęła się niewielka polana. Mchy i krzewy przeszły w łąkę, gdzie polne kwiaty miały swoje skupiska. Czarownica brodziła w morzu zieleni haftowanej barwnymi płatkami, zwracając uwagę na wszystko, co miało białą główkę. I znalazła miejsce w tej łące, gdzie wzrastała spora połać księżycowej rosy. Czarownica uklękła wśród kwiecia i oglądała je chwilę. Kwiaty były piękne i delikatne, lecz choćby je tu zostawiła, nie żyłyby już długo i zmarnowałyby się wkrótce. Był to ostatni moment, by je zerwać, więc uczyniła to bez żalu. <br />
<br />
<div class="divek">Na mocy <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1376&amp;pid=79514#pid79514" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">rozporządzenia z dnia 13 listopada 2025 roku</a> pozyskuję kwiat księżycowej rosy w ilościach eventowo wystarczających.</div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">— Uzupełnienie <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5608" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">tej sesji</a>. —</span></span></div>
<br />
Pierw odwędrował od nich umysł Helloise, później ciało. Do Carrbridge udała się z Jahnavi i Alexandrem, lecz w trakcie spaceru po okolicznym lasku czarownica stawała się coraz bardziej nieobecna. Jeśli spytano ją dokąd idzie, gdy oddalała się od towarzyszy coraz bardziej, rzuciła tylko enigmatyczne: <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">do Pani</span>. <br />
Nie kłamała. Nie od razu jęła wypatrywać między zaroślami kwiatu, który ściągnął ją do Szkocji tego dnia. Początkowo szła tylko w ciszy i samotności, bo tak łatwiej było usłyszeć oddech Bogini kłoniący trawy, które w ślad za Panią dogniatała do ziemi stopa Helloise. Samotna wędrówka sprzyjała zadumie — spokojnej zadumie religijnej zestrojonej z naturalnym rytmem ziemi, nie kowenowej pieśni skomponowanej ludzką ręką. Przyniosło to kobiecie wiele ukojenia, którego powinna była poszukać już dawno, lecz mieszkając pod nawiedzoną Knieją i oddychając jej atmosferą, nie dostrzegała nawet, w jak głębokim niepokoju żyła. <br />
Tego szkockiego lasu wiedźma nie znała, jego drzewa pozostawały na nią głuche, a każdą ścieżynę i zakątek odkrywała dopiero, mogła więc cieszyć się ich świeżością. Schodziła z udeptanych dróg, tak jak lubiła najbardziej. Wolała oglądać dziewicze dzieło natury niż ukształtowane przez pochód tłumu spacerowiczów wygodne szlaki. Ostre gałązki kłuły i drapały nogi czarownicy, czepiały się rąbka jej szaty, gdy stawiała stopy głęboko w gęste runo, w te krzaki i krzewinki. Nie spieszyła się. Kucała to tu, to tam, aby wziąć coś w ręce, czy stawała po prostu, aby słuchać. Spacerując, natrafiła na skupisko pięknych młodych paproci i tam spędziła trochę czasu, wykopując gołymi rękoma kilka co piękniejszych okazów, które złożyła w dużym koszyku.<br />
Naturalnie przeszła w toku tej wędrówki do rozglądania się za księżycową rosą, swoim faktycznym celem.<br />
<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">//</span> rzucam <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">percepcję (3)</span> na wypatrywanie <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">kwiatów księżycowej rosy</span></span></span><br />
<br />
[roll=Z]<br />
Nie ujrzała ich od razu. Nawet gdy mignął gdzieś wśród lasu jaki biały kwiat, to nie był to ów upragniony. Helloise zbliżyła się do krawędzi gaju — drzewa tam rosły rzadziej i zaczęła się niewielka polana. Mchy i krzewy przeszły w łąkę, gdzie polne kwiaty miały swoje skupiska. Czarownica brodziła w morzu zieleni haftowanej barwnymi płatkami, zwracając uwagę na wszystko, co miało białą główkę. I znalazła miejsce w tej łące, gdzie wzrastała spora połać księżycowej rosy. Czarownica uklękła wśród kwiecia i oglądała je chwilę. Kwiaty były piękne i delikatne, lecz choćby je tu zostawiła, nie żyłyby już długo i zmarnowałyby się wkrótce. Był to ostatni moment, by je zerwać, więc uczyniła to bez żalu. <br />
<br />
<div class="divek">Na mocy <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1376&amp;pid=79514#pid79514" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">rozporządzenia z dnia 13 listopada 2025 roku</a> pozyskuję kwiat księżycowej rosy w ilościach eventowo wystarczających.</div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Szkocja]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5822</link>
			<pubDate>Fri, 13 Mar 2026 14:43:26 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=210">Strażnik Tajemnic</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5822</guid>
			<description><![CDATA[<div class="locka"><h4>Zaklęty Las Ollivanderów </h4><br />
W Szkocji, z dala od ludzkich oczu, leży magiczny las należący do rodu Ollivanderów. Otacza go potężna bariera, która uniemożliwia mugolom wstęp między drzewa, a także chroni przed intruzami. To niezwykłe miejsce, którego rodzina wytwórców różdżek strzeże z szacunkiem i miłością do znajdującej się tu fauny i flory. Same drzewa są pilnie strzeżone przez nieśmiałki oraz specjalne zaklęcia, które utrudniają wzniecenie pożaru lub dokonanie kradzieży. To stąd Ollivanderowie czerpią surowce do swoich słynnych różdżek. Zdarza się jednak, że traktują knieję jako miejsce, gdzie mogą chwilę odsapnąć. Według plotek, w samym sercu lasu znajduje się urokliwy staw, nad którym ponoć mieszkają jednorożce. Podobno właśnie w te okolice zapuszczają się członkowie rodziny, gdy szukają sierści tych szlachetnych stworzeń do magicznych rdzeni. </div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="locka"><h4>Zaklęty Las Ollivanderów </h4><br />
W Szkocji, z dala od ludzkich oczu, leży magiczny las należący do rodu Ollivanderów. Otacza go potężna bariera, która uniemożliwia mugolom wstęp między drzewa, a także chroni przed intruzami. To niezwykłe miejsce, którego rodzina wytwórców różdżek strzeże z szacunkiem i miłością do znajdującej się tu fauny i flory. Same drzewa są pilnie strzeżone przez nieśmiałki oraz specjalne zaklęcia, które utrudniają wzniecenie pożaru lub dokonanie kradzieży. To stąd Ollivanderowie czerpią surowce do swoich słynnych różdżek. Zdarza się jednak, że traktują knieję jako miejsce, gdzie mogą chwilę odsapnąć. Według plotek, w samym sercu lasu znajduje się urokliwy staw, nad którym ponoć mieszkają jednorożce. Podobno właśnie w te okolice zapuszczają się członkowie rodziny, gdy szukają sierści tych szlachetnych stworzeń do magicznych rdzeni. </div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[15.10.72, świt, Wyspa Posępna] Imiona ciemności]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5610</link>
			<pubDate>Thu, 15 Jan 2026 12:56:11 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=128">Bard Beedle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5610</guid>
			<description><![CDATA[Wieczór i noc wystarczyły, aby mogli stwierdzić ponad wszelką wątpliwość: przynajmniej jeden z mężczyzn, których szukali, musiał być w zamku przynajmniej dobę przed ich przybyciem. Teraz jednak w szkockim budynku objawiały się co najwyżej duchy, oszalałe i niekoniecznie zbyt przyjazne, a Cormac i Finn przepadli. Ich zapiski, mapy, nocna rozmowa Heather z duchami i wreszcie dziwna przygoda Dory i Thomasa naprowadzały jednak na dwa tropy. A rzucone tu i ówdzie uwagi sugerowały, że jeśli chcieli znaleźć kogoś żywego… musieli się spieszyć.<br />
Wyglądało na to, że gdy ostatni McClivertowie zdali sobie sprawę z tego, że nie pokonają kwintoped, część z nich umknęła z zamku i mogła szukać schronienia w latarni morskiej – i że Cormac mógł wyruszyć tam ich śladem.<br />
Drugą możliwością zaś były podziemia. Duch, zapętlony w chwilach tuż przed swoją śmiercią, odtwarzający je bez końca, może bo chciał, może bo musiał, sprawił, że Dora natknęła się na wejście, a Thomas mógł stwierdzić, że Cormac i Finn prawdopodobnie też tu dotarli. W notatniku, znalezionym w pracowni, znajdowały się zapiski, które w połączeniu z tym, co robił duch, sprawiały, że osoba wiedząca co nieco o runach miała możliwość otworzenia przejścia. <br />
Nie mieli czasu z wielu względów – na ląd wzywała ich praca i sprawy Zakonu, jedna kwintopeda już odkryła, że w zamku są ludzie i nie chcieli czekać, czy wkrótce inne będą podążać jej śladem, a Cormac i Finn, jeśli jeszcze żyli, mogli być w tarapatach. Pozostawało się rozdzielić: sprawdzić latarnię i podziemia. <br />
Wejście do, prawdopodobnie, laboratorium, znajdowało się na dolnej kondygnacji. W powietrzu unosiła się woń wilgoci i pleśni, na ziemi w jego pobliżu wciąż leżały szczątki kobiety, która szukała tu schronienia przed potworami. Po tak długim czasie pozostały po niej ledwo kości. Strzępy gobelinu, niegdyś wspaniałego, porzucono blisko ściany – nie dało się już zobaczyć, co przedstawiał, mogli jedynie zgadywać, że być może był to herb klanu i zawieszono go tu, by zasłaniał znaki, kiedyś pewnie dobrze widoczne na ścianie.<br />
Kamienie, naciśnięte w odpowiedni sposób, po uzupełnieniu kilku symboli za instrukcjami z notatnika, zapadały się, aż w końcu ujawniło się przejście.<br />
<br />
/odpisy do godziny 9.00, 19.01/]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Wieczór i noc wystarczyły, aby mogli stwierdzić ponad wszelką wątpliwość: przynajmniej jeden z mężczyzn, których szukali, musiał być w zamku przynajmniej dobę przed ich przybyciem. Teraz jednak w szkockim budynku objawiały się co najwyżej duchy, oszalałe i niekoniecznie zbyt przyjazne, a Cormac i Finn przepadli. Ich zapiski, mapy, nocna rozmowa Heather z duchami i wreszcie dziwna przygoda Dory i Thomasa naprowadzały jednak na dwa tropy. A rzucone tu i ówdzie uwagi sugerowały, że jeśli chcieli znaleźć kogoś żywego… musieli się spieszyć.<br />
Wyglądało na to, że gdy ostatni McClivertowie zdali sobie sprawę z tego, że nie pokonają kwintoped, część z nich umknęła z zamku i mogła szukać schronienia w latarni morskiej – i że Cormac mógł wyruszyć tam ich śladem.<br />
Drugą możliwością zaś były podziemia. Duch, zapętlony w chwilach tuż przed swoją śmiercią, odtwarzający je bez końca, może bo chciał, może bo musiał, sprawił, że Dora natknęła się na wejście, a Thomas mógł stwierdzić, że Cormac i Finn prawdopodobnie też tu dotarli. W notatniku, znalezionym w pracowni, znajdowały się zapiski, które w połączeniu z tym, co robił duch, sprawiały, że osoba wiedząca co nieco o runach miała możliwość otworzenia przejścia. <br />
Nie mieli czasu z wielu względów – na ląd wzywała ich praca i sprawy Zakonu, jedna kwintopeda już odkryła, że w zamku są ludzie i nie chcieli czekać, czy wkrótce inne będą podążać jej śladem, a Cormac i Finn, jeśli jeszcze żyli, mogli być w tarapatach. Pozostawało się rozdzielić: sprawdzić latarnię i podziemia. <br />
Wejście do, prawdopodobnie, laboratorium, znajdowało się na dolnej kondygnacji. W powietrzu unosiła się woń wilgoci i pleśni, na ziemi w jego pobliżu wciąż leżały szczątki kobiety, która szukała tu schronienia przed potworami. Po tak długim czasie pozostały po niej ledwo kości. Strzępy gobelinu, niegdyś wspaniałego, porzucono blisko ściany – nie dało się już zobaczyć, co przedstawiał, mogli jedynie zgadywać, że być może był to herb klanu i zawieszono go tu, by zasłaniał znaki, kiedyś pewnie dobrze widoczne na ścianie.<br />
Kamienie, naciśnięte w odpowiedni sposób, po uzupełnieniu kilku symboli za instrukcjami z notatnika, zapadały się, aż w końcu ujawniło się przejście.<br />
<br />
/odpisy do godziny 9.00, 19.01/]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[20/09/72] Grzybobranie]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5608</link>
			<pubDate>Wed, 14 Jan 2026 16:23:26 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=523">Helloise Rowle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5608</guid>
			<description><![CDATA[<h1>Wyprawa w poszukiwaniu magicznych kwiatów i grzybów w szkockich lasach</h1><br />
<br />
Noc wciąż jeszcze kłębiła się nad śpiącą Doliną, gdy Helloise powróciła w progi kurzej chaty po spotkaniu z Gabrielem w Maida Vale. Upominało się o wiedźmę zmęczenie — nie zmrużyła od doby oka, a i poprzednie dni swoją nieregularnością rozstroiły jej wewnętrzne rytmy. Ostatni raz naprawdę wypoczęta była przed Spaloną Nocą i zaczynała to odczuwać.<br />
Umysł jednakże — choć zduszony tą ciężką mgłą, obolały niemal — nie potrafił znaleźć spokoju. Jak litanię kobieta powtarzała wykaz składników, które odkryła w miskturze z Maida Vale. Woda różana, kwiaty księżycowej rosy, krew. Nieskomplikowane na pierwszy rzut oka, lecz ileż wariantów należało rozważyć, szczególnie w związku z krwią. Helloise nie potrafiłaby zasnąć, gdyby nie zmapowała ścieżek prowadzących do poznania tej mikstury.<br />
Świt zastał wiedźmę przy migocącym płomieniu świecy, pochyloną nad kuchennym stołem. Rozwlekłym, pochyłym pismem sporządzała kolejne notatki: koncepty receptur, propozycje proporcji, warianty składników. Czy róże powinny być czarne, czy czerwone. Czy księżycową rosę ususzyć i sproszkować, czy z żywego kwiatu przygotowywać wywary. Krew zajęła najwięcej rozważań. Do lepkich blatów kuchennych kleiły się skórzane plecki ksiąg, w których chemiczka sprawdzała interakcje między składnikami, obliczała najlepszy sposób łączenia ich, próbowała przewidywać teoretyczne działanie mikstury. W leżącym przed Helloise atlasie botanicznym kobieta zaznaczyła obszary występowania księżycowej rosy — kilka połaci leśnych terenów w Szkocji otulonych małymi wsiami. Aby uczynić ze swojej teorii użytek, musiała bowiem pierw zdobyć składniki. Róż miała dostatek — zarówno wyniesionych z Maida Vale, jak i klasycznych. Wywróciła wcześniej spiżarnię do góry nogami, lecz nie znalazła ani pół słoiczka drugich kwiatów. Wiedziała, gdzie po nie iść. Wyszłaby od razu, lecz przez całą noc pałętały się wśród jej papierów listy otrzymane dzień wcześniej od Jahnavi. Zobowiązanie.<br />
Zmorzona kolejną falą senności czarownica uniosła karteczkę z skreśloną dłonią koleżanki wiadomością. Zanurzyła pióro w kałamarzu, aby odwołać się, choć czyniła to nie bez żalu, gdy myślała, że w sprawy wiary wprowadzi Pandit niewiadomy człowiek, którego ni intencji, ni kompetencji pewna być nie mogła. Skończoną wiadomość przekazała ptakowi, lecz ptaki Helloise — jak ich pani — bywały opieszałe, toteż kaczka z listem w dziobie krążyła bezcelowo po pomieszczeniu, podczas gdy czarownica pakowała torbę. I dobrze się stało, bowiem wkrótce wiedźma zorientowała się, że żadnej z wytypowanych lokalizacji nie zna na tyle dobrze, aby teleportować się tam bezpiecznie. Tknięta tym olśnieniem dorwała skubiącą spokojnie liść sałaty kaczkę pocztową, siłą odebrała jej list i <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4813&amp;pid=79517#pid79517" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">skreśliła nowy</a>. Nie pozwoliła tym razem ptaszysku lenić się i podjadać w nieskończoność; wyrzuciła krnąbrną kwokę za okno w szary mżysty poranek.<br />
Nie chciała zwlekać, lecz wiedziała, że nim ptak dostarczy list, a ów nienazwany człowiek wspomniany przez Navi zdobędzie odpowiedni świstoklik, minie chwila. Obiecała sobie, że wyjdzie przed dziesiątą, miała więc kilka godzin na odpoczynek. Wyzuta z sił i pomysłów, pozostawiona z bezczynnością Helloise zdecydowała się na drobną przyjemność. Kilka kropelek opium, żeby umilić sobie ten międzyczas, wypocząć lepiej. Wypocząć…<br />
Gdy wybudziła się z zamroczenia było południe. Za oknem wciąż drobnił deszcz, ogień w chacie przygasł, mokra kaczka drzemała w cieple ostatnich płomieni. Helloise zamknęła oczy. Nie potrafiła znaleźć w członkach sił, żeby zwlec się z kanapy. Znów spała na nierozłożonej kanapie, zamiast w łóżku. Od kurczenia się na niej bolał ją kręgosłup. Sen jedynie bardziej ją zmęczył. Między mrugnięciami powiek budzącej się do życia wiedźmy mijały całe kwadranse.<br />
Wstała po pierwszej. Ze zmiętej spódnicy wysypało się skruszałe błoto, które wyniosła z Maida Vale. Do Maida Vale należała również czarna ziemia wbita pod paznokcie. Szata kleiła się do ciała. Helloise wyglądała nędznie i równie nędznie się czuła.<br />
Kąpiel nie była przyjemna, mimo że wanna gorącej wody w chłodne jesienne dni zdawała się remedium na wszystkie troski. Czarownica była zbyt skupiona na tym, żeby nie pozwolić sobie znów odpłynąć. Wiedziała, co rozpędziłoby chmury dociążające głowę i skrystalizowałoby zmysły. Błędne około. Obeszła się smakiem. <br />
Również w wannie spędziła za dużo czasu, nim przebrała się wreszcie i sprytnie wczesała kołtuny w warkocz. W duchu odczuła ulgę, gdy trafiła na spakowaną wcześniej torbę i koszyki. Skupienie myśli na tym, aby teleportować się na to jedno podwórze w Little Hangleton, było bardziej absorbujące niż powinno być, lecz skończyło się sukcesem.<br />
Być może i Helloise kazała Jahnavi na siebie czekać, lecz bynajmniej nie zamierzała dawać po sobie poznać, że kryło się za tym cokolwiek innego niż jej własny kaprys. Przemierzyła podwórko wyprostowana, swobodnie snuła wzrokiem po zakamarkach działki. Na dłużej zatrzymała się przy gęsiach. Nieruchomo patrzyła na wędrówkę gęgających skrzekliwie ptaszysk, jakby wpadła w trans. Wtem jedna z gęsi uderzyła skrzydłami w powietrze, za nią zaś pozostałe rozłożyły białe skrzydła i przebiegły kawałek podwórza, z krzykiem wachlując piórami. Helloise drgnęła, jakby spłoszyło ją to nagłe poruszenie. <br />
Podążyła prosto do drzwi chaty, ciaśniej obciągając ramiona szalem. Do rozlatującego się domu Pandit weszła bez pukania, starannie zamykając za sobą drzwi. Nie baczyła na to, że na swoich kozakach z zadartymi czubami nanosi jej do środka mokrą ziemię.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Czy jesteś gotowa do drogi?</span> — zapytała od progu.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1>Wyprawa w poszukiwaniu magicznych kwiatów i grzybów w szkockich lasach</h1><br />
<br />
Noc wciąż jeszcze kłębiła się nad śpiącą Doliną, gdy Helloise powróciła w progi kurzej chaty po spotkaniu z Gabrielem w Maida Vale. Upominało się o wiedźmę zmęczenie — nie zmrużyła od doby oka, a i poprzednie dni swoją nieregularnością rozstroiły jej wewnętrzne rytmy. Ostatni raz naprawdę wypoczęta była przed Spaloną Nocą i zaczynała to odczuwać.<br />
Umysł jednakże — choć zduszony tą ciężką mgłą, obolały niemal — nie potrafił znaleźć spokoju. Jak litanię kobieta powtarzała wykaz składników, które odkryła w miskturze z Maida Vale. Woda różana, kwiaty księżycowej rosy, krew. Nieskomplikowane na pierwszy rzut oka, lecz ileż wariantów należało rozważyć, szczególnie w związku z krwią. Helloise nie potrafiłaby zasnąć, gdyby nie zmapowała ścieżek prowadzących do poznania tej mikstury.<br />
Świt zastał wiedźmę przy migocącym płomieniu świecy, pochyloną nad kuchennym stołem. Rozwlekłym, pochyłym pismem sporządzała kolejne notatki: koncepty receptur, propozycje proporcji, warianty składników. Czy róże powinny być czarne, czy czerwone. Czy księżycową rosę ususzyć i sproszkować, czy z żywego kwiatu przygotowywać wywary. Krew zajęła najwięcej rozważań. Do lepkich blatów kuchennych kleiły się skórzane plecki ksiąg, w których chemiczka sprawdzała interakcje między składnikami, obliczała najlepszy sposób łączenia ich, próbowała przewidywać teoretyczne działanie mikstury. W leżącym przed Helloise atlasie botanicznym kobieta zaznaczyła obszary występowania księżycowej rosy — kilka połaci leśnych terenów w Szkocji otulonych małymi wsiami. Aby uczynić ze swojej teorii użytek, musiała bowiem pierw zdobyć składniki. Róż miała dostatek — zarówno wyniesionych z Maida Vale, jak i klasycznych. Wywróciła wcześniej spiżarnię do góry nogami, lecz nie znalazła ani pół słoiczka drugich kwiatów. Wiedziała, gdzie po nie iść. Wyszłaby od razu, lecz przez całą noc pałętały się wśród jej papierów listy otrzymane dzień wcześniej od Jahnavi. Zobowiązanie.<br />
Zmorzona kolejną falą senności czarownica uniosła karteczkę z skreśloną dłonią koleżanki wiadomością. Zanurzyła pióro w kałamarzu, aby odwołać się, choć czyniła to nie bez żalu, gdy myślała, że w sprawy wiary wprowadzi Pandit niewiadomy człowiek, którego ni intencji, ni kompetencji pewna być nie mogła. Skończoną wiadomość przekazała ptakowi, lecz ptaki Helloise — jak ich pani — bywały opieszałe, toteż kaczka z listem w dziobie krążyła bezcelowo po pomieszczeniu, podczas gdy czarownica pakowała torbę. I dobrze się stało, bowiem wkrótce wiedźma zorientowała się, że żadnej z wytypowanych lokalizacji nie zna na tyle dobrze, aby teleportować się tam bezpiecznie. Tknięta tym olśnieniem dorwała skubiącą spokojnie liść sałaty kaczkę pocztową, siłą odebrała jej list i <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4813&amp;pid=79517#pid79517" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">skreśliła nowy</a>. Nie pozwoliła tym razem ptaszysku lenić się i podjadać w nieskończoność; wyrzuciła krnąbrną kwokę za okno w szary mżysty poranek.<br />
Nie chciała zwlekać, lecz wiedziała, że nim ptak dostarczy list, a ów nienazwany człowiek wspomniany przez Navi zdobędzie odpowiedni świstoklik, minie chwila. Obiecała sobie, że wyjdzie przed dziesiątą, miała więc kilka godzin na odpoczynek. Wyzuta z sił i pomysłów, pozostawiona z bezczynnością Helloise zdecydowała się na drobną przyjemność. Kilka kropelek opium, żeby umilić sobie ten międzyczas, wypocząć lepiej. Wypocząć…<br />
Gdy wybudziła się z zamroczenia było południe. Za oknem wciąż drobnił deszcz, ogień w chacie przygasł, mokra kaczka drzemała w cieple ostatnich płomieni. Helloise zamknęła oczy. Nie potrafiła znaleźć w członkach sił, żeby zwlec się z kanapy. Znów spała na nierozłożonej kanapie, zamiast w łóżku. Od kurczenia się na niej bolał ją kręgosłup. Sen jedynie bardziej ją zmęczył. Między mrugnięciami powiek budzącej się do życia wiedźmy mijały całe kwadranse.<br />
Wstała po pierwszej. Ze zmiętej spódnicy wysypało się skruszałe błoto, które wyniosła z Maida Vale. Do Maida Vale należała również czarna ziemia wbita pod paznokcie. Szata kleiła się do ciała. Helloise wyglądała nędznie i równie nędznie się czuła.<br />
Kąpiel nie była przyjemna, mimo że wanna gorącej wody w chłodne jesienne dni zdawała się remedium na wszystkie troski. Czarownica była zbyt skupiona na tym, żeby nie pozwolić sobie znów odpłynąć. Wiedziała, co rozpędziłoby chmury dociążające głowę i skrystalizowałoby zmysły. Błędne około. Obeszła się smakiem. <br />
Również w wannie spędziła za dużo czasu, nim przebrała się wreszcie i sprytnie wczesała kołtuny w warkocz. W duchu odczuła ulgę, gdy trafiła na spakowaną wcześniej torbę i koszyki. Skupienie myśli na tym, aby teleportować się na to jedno podwórze w Little Hangleton, było bardziej absorbujące niż powinno być, lecz skończyło się sukcesem.<br />
Być może i Helloise kazała Jahnavi na siebie czekać, lecz bynajmniej nie zamierzała dawać po sobie poznać, że kryło się za tym cokolwiek innego niż jej własny kaprys. Przemierzyła podwórko wyprostowana, swobodnie snuła wzrokiem po zakamarkach działki. Na dłużej zatrzymała się przy gęsiach. Nieruchomo patrzyła na wędrówkę gęgających skrzekliwie ptaszysk, jakby wpadła w trans. Wtem jedna z gęsi uderzyła skrzydłami w powietrze, za nią zaś pozostałe rozłożyły białe skrzydła i przebiegły kawałek podwórza, z krzykiem wachlując piórami. Helloise drgnęła, jakby spłoszyło ją to nagłe poruszenie. <br />
Podążyła prosto do drzwi chaty, ciaśniej obciągając ramiona szalem. Do rozlatującego się domu Pandit weszła bez pukania, starannie zamykając za sobą drzwi. Nie baczyła na to, że na swoich kozakach z zadartymi czubami nanosi jej do środka mokrą ziemię.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Czy jesteś gotowa do drogi?</span> — zapytała od progu.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[noc z 8 na 9.10.72, Szkocja] Smocze opowieści]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5602</link>
			<pubDate>Tue, 13 Jan 2026 10:03:16 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=24">Brenna Longbottom</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5602</guid>
			<description><![CDATA[Las spowijały ciemności, znacznie głębsze niż te, jakie znali mieszkańcy miast, a choć początkowo szli ścieżką, potem przyszło im przedzierać się już przez teren, którym zwykle nie chodzili ludzie, może poza najbardziej upartymi zielarzami. Oznaczało to przedarcie się przez krzaki, ostrożne zejście po stromym brzegu ku rzece, a potem wspięcie się z powrotem i uporanie się z paroma przeszkodami takimi jak podstępne pajęczyny czy mrowiska. Brenna miała pod tym względem najłatwiej: zmieniła się zwyczajnie w wilka, co ułatwiało poruszanie się po lesie. Apollo za to, przywykły raczej do miasta niż do wiejskich klimatów, zaklął ze trzy razy, a raz się wywalił. Młody Sadwick, o dziwo, radził sobie za to całkiem nieźle, mimo ograniczonej widoczności.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Dobra… to powinno być gdzieś tutaj</span> – oświadczyła Brenna, przemieniając się z powrotem w człowieka i wygrzebując sobie z włosów jakąś gałązkę. I faktycznie, ledwo zrobiła parę kroków, pomiędzy drzewami mogli dostrzec ciemny zarys budowli.<br />
Było to jedno z tych miejsc, które leżały w ruinie już dwa wieki temu, może pozostałość z czasów, gdy czarodzieje trzymali się z dala od mugoli i raczej unikali Londynu. A może jakaś mugolska budowla, potem obrzucona jakimiś zaklęciami? Była tak stara, że żadne z nich nie mogło być tego pewne. W mroku, z oddali, i gdy wysokie krzewy, wyrastające przy jednej ze ścian, przysłaniały widok, nie mogli zobaczyć za wiele, ale wydawało się, że kiedyś był to duży budynek, może nawet zamek. Jedna ze ścian runęła jednak, a choć widzieli wieżyczkę, trudno było powiedzieć, w jakim jest stanie.<br />
Brenna jednak nie przypatrywała się zamkowi, a osunęła na kolana i zaczęła powoli przesuwać do przodu, po mchu i trawie. Serce biło jej szaleńczo, gdy szukała tego, co w notatniku opisano jako: godzina 23.09, pułapka przy dwóch kolcolistach…<br />
Byłoby łatwiej, gdyby wiedziała, czym są kolcolisty. Chociaż nie powinna narzekać, gdyby dokładnie nie wskazano jej godziny i mniej więcej położenia, na pewno by po prostu w tę pułapkę wlazła: nie była w końcu żadną specjalistką.<br />
Syknęła, gdy coś błysnęło jej wreszcie pomiędzy dwoma krzewami, akurat w miejscu, przez które na pewno najłatwiej byłoby przejść. W porządku. Notatnik mówił prawdę. Potem będzie musiała się zastanowić, co z tym dalej zrobić.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Dobra, tu jest pułapka, więc ją musimy ominąć.</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> – Tam chyba się pali światło</span> – mruknął Sadwick, wskazując palcem na błysk, częściowo widoczny przy krzewach. <br />
Dwóch wartowników. Reszta śpi. Według notatki z… przeszłości albo przyszłości… przynajmniej. Brzmiało prawdopodobnie.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Okay, czyli faktycznie chyba dobrze trafiliśmy</span> – stwierdziła Brenna, siadając wprost na mchu i przez moment spoglądając w stronę światła. Istniała oczywiście nikła szansa, że natrafili na kogoś, kto robił biwak, ale… <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – I jeśli tak, to spodziewam się czterech lub pięciu osób, na pewno opiekuna dla tych smoków. Proponuję, że podejdę jako wilk i zorientuję się, czy na pewno nie napadniemy na Bogini ducha niewinnych ludzi. A potem dwoje z nas spróbuje ogarnąć wartowników, a dwójka od razu wpakuje się do środka, żeby nie dać czasu tym śpiącym na zwianie albo przyjście z pomocą. Ktoś ma inne pomysły?</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Las spowijały ciemności, znacznie głębsze niż te, jakie znali mieszkańcy miast, a choć początkowo szli ścieżką, potem przyszło im przedzierać się już przez teren, którym zwykle nie chodzili ludzie, może poza najbardziej upartymi zielarzami. Oznaczało to przedarcie się przez krzaki, ostrożne zejście po stromym brzegu ku rzece, a potem wspięcie się z powrotem i uporanie się z paroma przeszkodami takimi jak podstępne pajęczyny czy mrowiska. Brenna miała pod tym względem najłatwiej: zmieniła się zwyczajnie w wilka, co ułatwiało poruszanie się po lesie. Apollo za to, przywykły raczej do miasta niż do wiejskich klimatów, zaklął ze trzy razy, a raz się wywalił. Młody Sadwick, o dziwo, radził sobie za to całkiem nieźle, mimo ograniczonej widoczności.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Dobra… to powinno być gdzieś tutaj</span> – oświadczyła Brenna, przemieniając się z powrotem w człowieka i wygrzebując sobie z włosów jakąś gałązkę. I faktycznie, ledwo zrobiła parę kroków, pomiędzy drzewami mogli dostrzec ciemny zarys budowli.<br />
Było to jedno z tych miejsc, które leżały w ruinie już dwa wieki temu, może pozostałość z czasów, gdy czarodzieje trzymali się z dala od mugoli i raczej unikali Londynu. A może jakaś mugolska budowla, potem obrzucona jakimiś zaklęciami? Była tak stara, że żadne z nich nie mogło być tego pewne. W mroku, z oddali, i gdy wysokie krzewy, wyrastające przy jednej ze ścian, przysłaniały widok, nie mogli zobaczyć za wiele, ale wydawało się, że kiedyś był to duży budynek, może nawet zamek. Jedna ze ścian runęła jednak, a choć widzieli wieżyczkę, trudno było powiedzieć, w jakim jest stanie.<br />
Brenna jednak nie przypatrywała się zamkowi, a osunęła na kolana i zaczęła powoli przesuwać do przodu, po mchu i trawie. Serce biło jej szaleńczo, gdy szukała tego, co w notatniku opisano jako: godzina 23.09, pułapka przy dwóch kolcolistach…<br />
Byłoby łatwiej, gdyby wiedziała, czym są kolcolisty. Chociaż nie powinna narzekać, gdyby dokładnie nie wskazano jej godziny i mniej więcej położenia, na pewno by po prostu w tę pułapkę wlazła: nie była w końcu żadną specjalistką.<br />
Syknęła, gdy coś błysnęło jej wreszcie pomiędzy dwoma krzewami, akurat w miejscu, przez które na pewno najłatwiej byłoby przejść. W porządku. Notatnik mówił prawdę. Potem będzie musiała się zastanowić, co z tym dalej zrobić.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Dobra, tu jest pułapka, więc ją musimy ominąć.</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> – Tam chyba się pali światło</span> – mruknął Sadwick, wskazując palcem na błysk, częściowo widoczny przy krzewach. <br />
Dwóch wartowników. Reszta śpi. Według notatki z… przeszłości albo przyszłości… przynajmniej. Brzmiało prawdopodobnie.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Okay, czyli faktycznie chyba dobrze trafiliśmy</span> – stwierdziła Brenna, siadając wprost na mchu i przez moment spoglądając w stronę światła. Istniała oczywiście nikła szansa, że natrafili na kogoś, kto robił biwak, ale… <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – I jeśli tak, to spodziewam się czterech lub pięciu osób, na pewno opiekuna dla tych smoków. Proponuję, że podejdę jako wilk i zorientuję się, czy na pewno nie napadniemy na Bogini ducha niewinnych ludzi. A potem dwoje z nas spróbuje ogarnąć wartowników, a dwójka od razu wpakuje się do środka, żeby nie dać czasu tym śpiącym na zwianie albo przyjście z pomocą. Ktoś ma inne pomysły?</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[14.10.72, Wyspa Posępna] Nocne rozmowy z duchami]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5416</link>
			<pubDate>Fri, 05 Dec 2025 10:28:36 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=128">Bard Beedle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5416</guid>
			<description><![CDATA[<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Część fabuły ZF Posępnej Wyspy.</span><br />
<br />
Cormac i Finn przygotowali kilka pomieszczeń, które zabezpieczyli runami, a Thomas i Dora mogli dorzucić to i owo od siebie – więc przynajmniej w teorii tej nocy powinni być… może nie bezpieczni, ale istniała szansa, że nic ich nie zeżre. Poszukiwania mieli podjąć z powrotem o świecie, więc po północy pozostało im niewiele więcej, jak rozdzielić się wartami i spróbować złapać trochę snu.<br />
Thomas pełnił tę ostatnią, przed świtem, mając po prostu trzymać się w pobliżu wejść do pomieszczeń, w których spała część zespołu. Było ciemno, zimno, spokojnie, aż kątem oka wyłapał jakiś ruch.<br />
Czy mu się wydawało, że ktoś mignął mu w oddali, przebiegając na drugim końcu korytarza ku schodom?<br />
Mógłby przysiąc, że chłodny powiew zmierzwił mu włosy.<br />
Może przeciąg, nic nadzwyczajnego, w zrujnowanym, szkockim zamku...<br />
*<br />
<br />
Dora Crawley uciekała.<br />
Coś ścigało ją w ciemnościach, a do jej umysłu, oszalałego z przerażenia, nie do końca docierało, przed czym próbuje uciec. W jednej chwili sądziła, że tuż za nią, w mroku, czai się potwór, który chce ją rozerwać na strzępy, pożreć. Słyszała warkot, dźwięk pazurów, uderzających o posadzkę, czyjś krzyk, głos kogoś, kto kazał jej uciekać, a potem krzyczał już tylko w bólu: i wiedziała, że gdzieś tam, w zamku, właśnie zginął ktoś, kogo kochała. W kolejnej była pewna, że umyka przed własnym dziadkiem, i że słyszy za sobą jego głos – bardzo spokojny, niemal łagodny – przyrzekający, że już wkrótce będzie mogła spotkać matkę.<br />
A potem nagle uświadomiła sobie, że stoi sama w ciemnościach.<br />
Bosa, wciąż nie do końca rozbudzona, samotna w obcym miejscu – w korytarzu, który, jak sobie po chwili uświadomiła, musiał być częścią zamku McClivertów, do której dotąd nie zajrzeli, najbardziej zrujnowanej. Ziąb przenikał jej ciało prawie że do kości, trzęsła się z zimna: musiała być tutaj już od jakiegoś czasu.<br />
Najwyraźniej pod wpływem snu lunatykowała i nie była pewna, jak daleko zawędrowała.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Odpisy do ósmej rano 9.12</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Część fabuły ZF Posępnej Wyspy.</span><br />
<br />
Cormac i Finn przygotowali kilka pomieszczeń, które zabezpieczyli runami, a Thomas i Dora mogli dorzucić to i owo od siebie – więc przynajmniej w teorii tej nocy powinni być… może nie bezpieczni, ale istniała szansa, że nic ich nie zeżre. Poszukiwania mieli podjąć z powrotem o świecie, więc po północy pozostało im niewiele więcej, jak rozdzielić się wartami i spróbować złapać trochę snu.<br />
Thomas pełnił tę ostatnią, przed świtem, mając po prostu trzymać się w pobliżu wejść do pomieszczeń, w których spała część zespołu. Było ciemno, zimno, spokojnie, aż kątem oka wyłapał jakiś ruch.<br />
Czy mu się wydawało, że ktoś mignął mu w oddali, przebiegając na drugim końcu korytarza ku schodom?<br />
Mógłby przysiąc, że chłodny powiew zmierzwił mu włosy.<br />
Może przeciąg, nic nadzwyczajnego, w zrujnowanym, szkockim zamku...<br />
*<br />
<br />
Dora Crawley uciekała.<br />
Coś ścigało ją w ciemnościach, a do jej umysłu, oszalałego z przerażenia, nie do końca docierało, przed czym próbuje uciec. W jednej chwili sądziła, że tuż za nią, w mroku, czai się potwór, który chce ją rozerwać na strzępy, pożreć. Słyszała warkot, dźwięk pazurów, uderzających o posadzkę, czyjś krzyk, głos kogoś, kto kazał jej uciekać, a potem krzyczał już tylko w bólu: i wiedziała, że gdzieś tam, w zamku, właśnie zginął ktoś, kogo kochała. W kolejnej była pewna, że umyka przed własnym dziadkiem, i że słyszy za sobą jego głos – bardzo spokojny, niemal łagodny – przyrzekający, że już wkrótce będzie mogła spotkać matkę.<br />
A potem nagle uświadomiła sobie, że stoi sama w ciemnościach.<br />
Bosa, wciąż nie do końca rozbudzona, samotna w obcym miejscu – w korytarzu, który, jak sobie po chwili uświadomiła, musiał być częścią zamku McClivertów, do której dotąd nie zajrzeli, najbardziej zrujnowanej. Ziąb przenikał jej ciało prawie że do kości, trzęsła się z zimna: musiała być tutaj już od jakiegoś czasu.<br />
Najwyraźniej pod wpływem snu lunatykowała i nie była pewna, jak daleko zawędrowała.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Odpisy do ósmej rano 9.12</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[14.10.72, Wyspa Posępna] Duchy Posępnej Wyspy]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5414</link>
			<pubDate>Thu, 04 Dec 2025 09:40:19 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=24">Brenna Longbottom</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5414</guid>
			<description><![CDATA[<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Część fabuły ZFowej z Posępną Wyspą.</span><br />
<br />
Kap. Kap. Kap.<br />
Dźwięk kapiącej wody. Nic niezwykłego, prawda? Dachy tu na pewno przeciekały, wilgoć mogła zebrać się w wielu miejscach, nadmorska, szkocka pogoda nie należała do najlepszych…<br />
Stuk. Stuk. Stuk.<br />
Ciche stukanie, może drzwi lub okiennicy poruszanej przez zamkowe przeciągi…<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wszyscy umrzemy</span>, głos, tuż przy uchu, gdy umysł oscyluje na granicy snu i jawy – czy przyśnił się tylko Heather, gdy po swojej warcie padła przespać chociaż dwie godziny, czy faktycznie go słyszała? A potem…<br />
Potem, budząc się, mogłaby przysiąc, że słyszy krzyk: stłumiony, dobiegający gdzieś z oddali, ale wyraźny.<br />
*<br />
<br />
Brenna, skulona w tym samym pomieszczeniu, też próbowała spać – i udało się jej to nawet, ale osunęła się w sen niespokojny, pełen krwi, warkotów, krzyków, śmierci i krwi. Jeśli nawet usłyszała to samo, co Heather, zlało się to dla niej z wrzaskami z koszmarów. <br />
We śnie…<br />
We śnie na mur prysnęła krew, gdy ktoś, coś, schwyciło kobietę i zaczęło rozrywać ją na strzępy, a ona krzyczała i krzyczała, bo żyła, bogowie żyła, a Brenna nie mogła się ruszyć, nie mogła niczego zrobić i…<br />
Obudziła się, gwałtownie nabierając tchu i usiadła, a potem rozejrzała się, jakby pewna, że zobaczy potwory czające się w mroku. Ale w pomieszczeniu nie było żadnych stworów, tylko one i…<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Gdzie jest Dora?</span> – spytała, spoglądając najpierw na Heather, a potem na miejsce, gdzie powinna spać Crawleyówna: nie była jej kolejka na trzymanie warty, powinna spać tutaj z nimi, a został po niej tylko zwinięty koc. I Brenna, chociaż wciąż miała problem z otrząśnięciem się z resztek snu, który jakoś nie chciał wypuścić jej ze swoich szponów, choć umysł pracował jej jakoś dziwnie, a gdy mrugała, zdawało się jej, że obraz zmienia się przed oczyma, poderwała się teraz i ruszyła od razu do drzwi.<br />
Były lekko uchylone, chociaż przecież zamykały i je, a bariera mająca chronić ich podczas snu znikła.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Część fabuły ZFowej z Posępną Wyspą.</span><br />
<br />
Kap. Kap. Kap.<br />
Dźwięk kapiącej wody. Nic niezwykłego, prawda? Dachy tu na pewno przeciekały, wilgoć mogła zebrać się w wielu miejscach, nadmorska, szkocka pogoda nie należała do najlepszych…<br />
Stuk. Stuk. Stuk.<br />
Ciche stukanie, może drzwi lub okiennicy poruszanej przez zamkowe przeciągi…<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wszyscy umrzemy</span>, głos, tuż przy uchu, gdy umysł oscyluje na granicy snu i jawy – czy przyśnił się tylko Heather, gdy po swojej warcie padła przespać chociaż dwie godziny, czy faktycznie go słyszała? A potem…<br />
Potem, budząc się, mogłaby przysiąc, że słyszy krzyk: stłumiony, dobiegający gdzieś z oddali, ale wyraźny.<br />
*<br />
<br />
Brenna, skulona w tym samym pomieszczeniu, też próbowała spać – i udało się jej to nawet, ale osunęła się w sen niespokojny, pełen krwi, warkotów, krzyków, śmierci i krwi. Jeśli nawet usłyszała to samo, co Heather, zlało się to dla niej z wrzaskami z koszmarów. <br />
We śnie…<br />
We śnie na mur prysnęła krew, gdy ktoś, coś, schwyciło kobietę i zaczęło rozrywać ją na strzępy, a ona krzyczała i krzyczała, bo żyła, bogowie żyła, a Brenna nie mogła się ruszyć, nie mogła niczego zrobić i…<br />
Obudziła się, gwałtownie nabierając tchu i usiadła, a potem rozejrzała się, jakby pewna, że zobaczy potwory czające się w mroku. Ale w pomieszczeniu nie było żadnych stworów, tylko one i…<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Gdzie jest Dora?</span> – spytała, spoglądając najpierw na Heather, a potem na miejsce, gdzie powinna spać Crawleyówna: nie była jej kolejka na trzymanie warty, powinna spać tutaj z nimi, a został po niej tylko zwinięty koc. I Brenna, chociaż wciąż miała problem z otrząśnięciem się z resztek snu, który jakoś nie chciał wypuścić jej ze swoich szponów, choć umysł pracował jej jakoś dziwnie, a gdy mrugała, zdawało się jej, że obraz zmienia się przed oczyma, poderwała się teraz i ruszyła od razu do drzwi.<br />
Były lekko uchylone, chociaż przecież zamykały i je, a bariera mająca chronić ich podczas snu znikła.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[14.10.72, noc, Wyspa Posępna] Gdzie grasują kwintopedy]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5401</link>
			<pubDate>Tue, 02 Dec 2025 08:54:31 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=128">Bard Beedle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5401</guid>
			<description><![CDATA[Fragment fabuły ZF z Wyspą Posępną<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Kwintoped to bardzo niebezpieczne zwierzę mięsożerne, które wyjątkowo rozsmakowało się w ludziach. Jego nisko zawieszony tułów, podobnie jak pięć nóg, z których każda była zakończona zdeformowaną stopą, porośnięty był grubą, czerwonobrązową sierścią. Kwintoped występuje wyłącznie na Posępnej Wyspie, najdalej wysuniętym na północ punkcie w Szkocji.</span><br />
<br />
<div style="text-align: right;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć</span></div>
<br />
Chociaż dokładniejsze przeszukania zamku i ewentualne ruszenie tropem Cormaca - który najwyraźniej opuścił zamek - musiały poczekać do świtu, tej nocy niewiele mieli zaznać snu... i na pewno nie wszyscy na raz. Erik i Heather objęli jedną z wart. Mogli równie dobrze pełnić ją na nogach, jak na miotłach: to już zależało od nich, ale musieli sprawdzić najpierw okolicę pomieszczeń, w których została reszta, a potem upewnić się, że nic nie wlezie na dziedziniec.<br />
W zamku McClivertów panowała cisza, a sama budowla, tu i ówdzie się sypiąca, wciąż pełna obgryzionych kości, pozostałych po dawnych panach tego miejsca, sprawiała upiorne wrażenie. Człowiek wręcz spodziewał się, że zaraz natknie się na jakiegoś ducha albo potwora…<br />
…właśnie. Potwora.<br />
To one były tutaj potencjalnie największym zagrożeniem, a choć nie natknęli się na nie dotychczas w zamku, kwestią czasu pozostawało, aż któraś z bestii odkryje, że „największy przysmak” dla kwintoped, czyli nie mniej, nie więcej, a ludzie, dotarł na Posępną Wyspę. Starali się przed tym zabezpieczyć – runy Thomasa i Dory, jak się okazało pułapka, którą pewnie zostawił na dziedzińcu Cormac, na wypadek, gdyby któreś z monstrów tu przywędrowało (uruchamiająca się pod wpływem ciężaru i chwytająca tego, kto tam wszedł), opuszczona krata, warty, najpierw sprawdzenie zamku…<br />
Podczas swojej warty Erik i Heather wypatrzyli jednak coś, co wcześniej uszło ich uwagi – nic specjalnie niezwykłego, bo przybyli tu o zmierzchu, a zamek był wielki i pełen zakamarków – mur w jednym miejscu był uszkodzony. I wyglądało na to, że przez szczelinę, widoczną tylko, jeśli popatrzeć na nią pod jednym kątem, coś mogło na upartego się przecisnąć…<br />
<br />
<br />
<div class="spoiler_wrap"><div class="spoiler_header"><a href="javascript:void(0);" onclick="javascript:if(parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display=='block'){parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='none';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[+]&quot; alt=&quot;[+]&quot; src=&quot;/images/collapse_collapsed.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;Spoiler';}else {parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='block';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[-]&quot; alt=&quot;[-]&quot; src=&quot;/images/collapse.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;Spoiler';}"><img title="[+]" alt="[+]" src="/images/collapse_collapsed.png" class="expandspoiler" />Spoiler</a></div><div class="spoiler_body" style="display: none;">
- zgodnie z waszym wyborem w kwestii prowadzenia dostajecie tutaj instrukcje - gdybyście potrzebowali barda, wołajcie<br />
- na teren zamku dostała się jedna kwintopeda - przeszła przez uszkodzone miejsce w murze, znajdujecie świadczące o tym ślady<br />
- wasze zadanie to odnalezienie jej (rzut na percepcję 1 udany na pójście za nią)<br />
- w chwili sukcesu rzućcie k4 - przy wyniku 1 kwintopeda węszy na dziedzińcu, przy wyniku 2 próbuje dostać się do wnętrza, przy wyniku 3 nie zauważacie go, póki nie zaatakuje jednego z was (rzućcie które), przy wyniku 4 - kwintoped na wasz widok próbuje uciec, być może by ściągnąć kolegów<br />
- ataki kwintopedy i obrona są wyprowadzane z AF IV<br />
- możecie pozwolić jej uciec, spróbować ją uwięzić - na parterze jest sporo pomieszczeń ku temu, wciągnąć ją w pułapkę (na dziedzińcu jest taka, którą prawdopodobnie zostawił Cormac) albo zabić<br />
<br />
W razie pytań albo potrzeby pomocy - wołajcie</div></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Fragment fabuły ZF z Wyspą Posępną<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Kwintoped to bardzo niebezpieczne zwierzę mięsożerne, które wyjątkowo rozsmakowało się w ludziach. Jego nisko zawieszony tułów, podobnie jak pięć nóg, z których każda była zakończona zdeformowaną stopą, porośnięty był grubą, czerwonobrązową sierścią. Kwintoped występuje wyłącznie na Posępnej Wyspie, najdalej wysuniętym na północ punkcie w Szkocji.</span><br />
<br />
<div style="text-align: right;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć</span></div>
<br />
Chociaż dokładniejsze przeszukania zamku i ewentualne ruszenie tropem Cormaca - który najwyraźniej opuścił zamek - musiały poczekać do świtu, tej nocy niewiele mieli zaznać snu... i na pewno nie wszyscy na raz. Erik i Heather objęli jedną z wart. Mogli równie dobrze pełnić ją na nogach, jak na miotłach: to już zależało od nich, ale musieli sprawdzić najpierw okolicę pomieszczeń, w których została reszta, a potem upewnić się, że nic nie wlezie na dziedziniec.<br />
W zamku McClivertów panowała cisza, a sama budowla, tu i ówdzie się sypiąca, wciąż pełna obgryzionych kości, pozostałych po dawnych panach tego miejsca, sprawiała upiorne wrażenie. Człowiek wręcz spodziewał się, że zaraz natknie się na jakiegoś ducha albo potwora…<br />
…właśnie. Potwora.<br />
To one były tutaj potencjalnie największym zagrożeniem, a choć nie natknęli się na nie dotychczas w zamku, kwestią czasu pozostawało, aż któraś z bestii odkryje, że „największy przysmak” dla kwintoped, czyli nie mniej, nie więcej, a ludzie, dotarł na Posępną Wyspę. Starali się przed tym zabezpieczyć – runy Thomasa i Dory, jak się okazało pułapka, którą pewnie zostawił na dziedzińcu Cormac, na wypadek, gdyby któreś z monstrów tu przywędrowało (uruchamiająca się pod wpływem ciężaru i chwytająca tego, kto tam wszedł), opuszczona krata, warty, najpierw sprawdzenie zamku…<br />
Podczas swojej warty Erik i Heather wypatrzyli jednak coś, co wcześniej uszło ich uwagi – nic specjalnie niezwykłego, bo przybyli tu o zmierzchu, a zamek był wielki i pełen zakamarków – mur w jednym miejscu był uszkodzony. I wyglądało na to, że przez szczelinę, widoczną tylko, jeśli popatrzeć na nią pod jednym kątem, coś mogło na upartego się przecisnąć…<br />
<br />
<br />
<div class="spoiler_wrap"><div class="spoiler_header"><a href="javascript:void(0);" onclick="javascript:if(parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display=='block'){parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='none';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[+]&quot; alt=&quot;[+]&quot; src=&quot;/images/collapse_collapsed.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;Spoiler';}else {parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='block';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[-]&quot; alt=&quot;[-]&quot; src=&quot;/images/collapse.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;Spoiler';}"><img title="[+]" alt="[+]" src="/images/collapse_collapsed.png" class="expandspoiler" />Spoiler</a></div><div class="spoiler_body" style="display: none;">
- zgodnie z waszym wyborem w kwestii prowadzenia dostajecie tutaj instrukcje - gdybyście potrzebowali barda, wołajcie<br />
- na teren zamku dostała się jedna kwintopeda - przeszła przez uszkodzone miejsce w murze, znajdujecie świadczące o tym ślady<br />
- wasze zadanie to odnalezienie jej (rzut na percepcję 1 udany na pójście za nią)<br />
- w chwili sukcesu rzućcie k4 - przy wyniku 1 kwintopeda węszy na dziedzińcu, przy wyniku 2 próbuje dostać się do wnętrza, przy wyniku 3 nie zauważacie go, póki nie zaatakuje jednego z was (rzućcie które), przy wyniku 4 - kwintoped na wasz widok próbuje uciec, być może by ściągnąć kolegów<br />
- ataki kwintopedy i obrona są wyprowadzane z AF IV<br />
- możecie pozwolić jej uciec, spróbować ją uwięzić - na parterze jest sporo pomieszczeń ku temu, wciągnąć ją w pułapkę (na dziedzińcu jest taka, którą prawdopodobnie zostawił Cormac) albo zabić<br />
<br />
W razie pytań albo potrzeby pomocy - wołajcie</div></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[17.09.1972, Guinevere & Lazarus] Gimme shelter]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5394</link>
			<pubDate>Sun, 30 Nov 2025 21:04:38 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=572">Lazarus Lovegood</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5394</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">17.09.1972, późne popołudnie<br />
gdzieś w Szkocji</div>
<br />
Wrzosy kładły się niemal płasko na ziemi w narastającym wietrze. Drzewa w okalającym wrzosowisko od wschodu iglastym lesie szumiały. W ciemnych, wiszących nisko chmurach coś błysnęło - nie biało, jak przystało na porządny piorun, ale jakby fioletowo. Zbyt krótko, by ludzkie oko zdołało dobrze przyjrzeć się kolorowi, zanim stał się jedynie powidokiem na siatkówce albo wspomnieniem wrażenia zmysłowego.<br />
Powietrze nad biegnącą przez wrzosowisko ścieżką zadrgało konwulsyjnie, a potem wypluło z siebie wysokią, szczupłą postać w czarnym płaszczu narzuconym na ministerialną szatę. Wiatr zaatakował ją momentalnie, załopotał ubraniem i rozwiał krótkie rude włosy.  <br />
<br />
Lazarus skrzywił się, na chwilę oślepiony podmuchem. Raczej nie miewał problemów z teleportacją, ale tym razem faktycznie stało się coś dziwnego. Zrobił wszystko jak należy, oczywiście, skupiony i w spokojnym miejscu, ale typowe dla magicznego przemieszczania się szarpnięcie było dziwnie brutalne i przez jedną krótką chwilę klątwołamacz zastanawiał się, czy nie ulegnie rozszczepieniu. Zmaterializował się jednak na tyle szybko, że nie zdążył się wystraszyć i na tyle kompletny, by nie dało się zauważyć żadnych braków. Tyle, że miejsce, w jakim to się stało zdecydowanie nie było tym, do którego planował się udać. Zamiast bowiem domagających się remontu wnętrz budynku Biura Celnego, jego oczom ukazał się pejzaż co prawda dość znajomy, ale jednak niespodziewany w poniedziałkowe popołudnie. <br />
Czarodziej rozejrzał się w szarówce spowodowanej tyleż zbliżającym się wieczorem, co ewidentnie nadchodzącą burzą - magiczną, sądząc po charakterystycznym zapachu w powietrzu i kolorze wyładowań. Ucieszył się w duchu, że odłożył odwiedziny w Celnym na sam koniec dnia i prosto stamtąd zamierzał iść do domu, bo po pierwsze dzięki temu miał na sobie płaszcz, a po drugie ewentualne komplikacje związane z powrotem nie sprawią, że cały plan dnia rozsypie się jak domek z kart. <br />
<br />
Okolica budziła wspomnienia i poczuł w piersi ukłucie tęsknoty, ale miał zadanie do wykonania. Odetchnął zatem, skupił się na celu swojej teleportacji, obrócił się na pięcie i spróbował się deportować. <br />
Nic się nie stało. <br />
Nie zdziwił się szczególnie, magiczne zawirowania miały to do siebie, że potrafiły uniemożliwiać teleportację. Kolejne próby w coraz silniejszym wietrze i pewnie coraz silniejszym polu magicznej anomalii mogły być ryzykowne. Lazarus zmarszczył brwi, przeczesał palcami i tak już zmierzwione wiatrem włosy i spojrzał w niebo. Nie miał pojęcia, gdzie jest, ale jedno było pewne - jeżeli czegoś nie zrobi, wkrótce będzie nie tylko zagubiony, ale i mokry. Wyciągnął różdżkę i spróbował transmutować swój płaszcz w przeciwdeszczowy, licząc na to, że dość proste w gruncie rzeczy zaklęcie uda się mimo pogody. <br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Transmutacja - zwykły jesienny płaszcz w przeciwdeszczowy<br />
 [roll=Z]</span></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">17.09.1972, późne popołudnie<br />
gdzieś w Szkocji</div>
<br />
Wrzosy kładły się niemal płasko na ziemi w narastającym wietrze. Drzewa w okalającym wrzosowisko od wschodu iglastym lesie szumiały. W ciemnych, wiszących nisko chmurach coś błysnęło - nie biało, jak przystało na porządny piorun, ale jakby fioletowo. Zbyt krótko, by ludzkie oko zdołało dobrze przyjrzeć się kolorowi, zanim stał się jedynie powidokiem na siatkówce albo wspomnieniem wrażenia zmysłowego.<br />
Powietrze nad biegnącą przez wrzosowisko ścieżką zadrgało konwulsyjnie, a potem wypluło z siebie wysokią, szczupłą postać w czarnym płaszczu narzuconym na ministerialną szatę. Wiatr zaatakował ją momentalnie, załopotał ubraniem i rozwiał krótkie rude włosy.  <br />
<br />
Lazarus skrzywił się, na chwilę oślepiony podmuchem. Raczej nie miewał problemów z teleportacją, ale tym razem faktycznie stało się coś dziwnego. Zrobił wszystko jak należy, oczywiście, skupiony i w spokojnym miejscu, ale typowe dla magicznego przemieszczania się szarpnięcie było dziwnie brutalne i przez jedną krótką chwilę klątwołamacz zastanawiał się, czy nie ulegnie rozszczepieniu. Zmaterializował się jednak na tyle szybko, że nie zdążył się wystraszyć i na tyle kompletny, by nie dało się zauważyć żadnych braków. Tyle, że miejsce, w jakim to się stało zdecydowanie nie było tym, do którego planował się udać. Zamiast bowiem domagających się remontu wnętrz budynku Biura Celnego, jego oczom ukazał się pejzaż co prawda dość znajomy, ale jednak niespodziewany w poniedziałkowe popołudnie. <br />
Czarodziej rozejrzał się w szarówce spowodowanej tyleż zbliżającym się wieczorem, co ewidentnie nadchodzącą burzą - magiczną, sądząc po charakterystycznym zapachu w powietrzu i kolorze wyładowań. Ucieszył się w duchu, że odłożył odwiedziny w Celnym na sam koniec dnia i prosto stamtąd zamierzał iść do domu, bo po pierwsze dzięki temu miał na sobie płaszcz, a po drugie ewentualne komplikacje związane z powrotem nie sprawią, że cały plan dnia rozsypie się jak domek z kart. <br />
<br />
Okolica budziła wspomnienia i poczuł w piersi ukłucie tęsknoty, ale miał zadanie do wykonania. Odetchnął zatem, skupił się na celu swojej teleportacji, obrócił się na pięcie i spróbował się deportować. <br />
Nic się nie stało. <br />
Nie zdziwił się szczególnie, magiczne zawirowania miały to do siebie, że potrafiły uniemożliwiać teleportację. Kolejne próby w coraz silniejszym wietrze i pewnie coraz silniejszym polu magicznej anomalii mogły być ryzykowne. Lazarus zmarszczył brwi, przeczesał palcami i tak już zmierzwione wiatrem włosy i spojrzał w niebo. Nie miał pojęcia, gdzie jest, ale jedno było pewne - jeżeli czegoś nie zrobi, wkrótce będzie nie tylko zagubiony, ale i mokry. Wyciągnął różdżkę i spróbował transmutować swój płaszcz w przeciwdeszczowy, licząc na to, że dość proste w gruncie rzeczy zaklęcie uda się mimo pogody. <br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Transmutacja - zwykły jesienny płaszcz w przeciwdeszczowy<br />
 [roll=Z]</span></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[14.10.72, po zmroku, Wyspa Posępna] Światło, które nie zgasło]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5381</link>
			<pubDate>Fri, 28 Nov 2025 12:12:19 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=128">Bard Beedle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5381</guid>
			<description><![CDATA[<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Część fabuły posępnej wyspy ZFu.</span><br />
<br />
To nie była gra świateł.<br />
Jonathan wcześniej dostrzegł błyśnięcie w jednej z wież, niedługo po zmierzchu – jak się potem okazało dość mocno zniszczonej, z częściowo zawalonym dachem. Wiodące do niej schody były w oczywisty sposób niestabilne, nikt nie odpowiadał na wołania, a na górze znajdowały się stare, solidne drzwi. Dawno temu zapewne je zaklęto, może wykonali je magiczni rzemieślnicy, bo do tej pory nie dało się tam dostać – ale też nie znaleźli żadnych śladów świadczących o tym, że Finn albo Cormac mogą być po drugiej stronie, a w zamku było kilka innych tak niedostępnych punktów, próba dostania się akurat tutaj niekoniecznie stanowiła bezwzględny priorytet.<br />
Ale…<br />
Kiedy Selwyn wyjrzał nocą przez jedno z okien ponownie dostrzegł blask. I tym razem był już pewny tego, co widzi, zwłaszcza że ten wygasł, a potem znów się pojawił. I po prawdzie, zważywszy na to, gdzie byli… wyglądało to na magiczne światło.<br />
Czy któryś z mężczyzn mógł tam jednak pójść, pomimo pajęczyn i kurzu, które zdawały się świadczyć o tym, że miejsce pozostało nienaruszone? Utknął tam, i nie mógł albo nie chciał odpowiedzieć, kiedy spróbowali przy ogólnym sprawdzaniu nawoływać przy schodach…?<br />
*<br />
<br />
Schody wiodące do wieży były strome, bardzo wąskie, wymuszające ostrożne poruszanie się i podpieranie o ściany, w dodatku popękały w niektórych miejscach. Im wyżej się wchodziło, tym zimniej było: chłód wniknął głęboko w mury zamku McClivertów, a teraz wchodzili w górę jesiennej nocy. <br />
Na ich górze czekały drzwi, które musieli sforsować.<br />
<br />
<br />
<div class="spoiler_wrap"><div class="spoiler_header"><a href="javascript:void(0);" onclick="javascript:if(parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display=='block'){parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='none';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[+]&quot; alt=&quot;[+]&quot; src=&quot;/images/collapse_collapsed.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;Spoiler';}else {parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='block';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[-]&quot; alt=&quot;[-]&quot; src=&quot;/images/collapse.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;Spoiler';}"><img title="[+]" alt="[+]" src="/images/collapse_collapsed.png" class="expandspoiler" />Spoiler</a></div><div class="spoiler_body" style="display: none;">
Tak jak rozmawialiśmy, ze względu na mieszane preferencje odnośnie prowadzenia:<br />
- zaczynacie sami – odegrajcie jak idą sprawdzić wieżę (możecie być już pod nią, może Jonathan was tam zgarnąć), forsują drzwi (dowolne dziedziny magii – trzeba je sforsować przynajmniej dwoma udanymi zaklęciami, chyba że wymyślicie inny sposób dotarcia na górę)<br />
- za drzwiami znajduje się przejście do wieży: dwa piętra, na górną wiodą zniszczone, drewniane schody, potrzeba magii, by tam wejść. Wygląda na to, że kiedyś na pierwszym istniało laboratorium, być może eliksirów. Dora wie, że trzeba zachować ostrożność – wciąż są tu składniki, fiolki, ubrudzone kociołki, a po tak wielu latach trudno powiedzieć, czy nie zatrują albo nie wybuchną<br />
- gdy się z tym uporacie, podkreślcie w ostatnich postach podejmowane działania i oznaczcie mnie, wkroczę wtedy jako bard.<br />
Proponuję wam 4 dni na odpis, czyli teraz do 2 grudnia. Będę wam przypominała o tej sesji co jakiś czas <img src="https://secretsoflondon.pl/images/smilies/hepi.gif" alt="Szeroki uśmiech" title="Szeroki uśmiech" class="smilie smilie_4" /></div></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Część fabuły posępnej wyspy ZFu.</span><br />
<br />
To nie była gra świateł.<br />
Jonathan wcześniej dostrzegł błyśnięcie w jednej z wież, niedługo po zmierzchu – jak się potem okazało dość mocno zniszczonej, z częściowo zawalonym dachem. Wiodące do niej schody były w oczywisty sposób niestabilne, nikt nie odpowiadał na wołania, a na górze znajdowały się stare, solidne drzwi. Dawno temu zapewne je zaklęto, może wykonali je magiczni rzemieślnicy, bo do tej pory nie dało się tam dostać – ale też nie znaleźli żadnych śladów świadczących o tym, że Finn albo Cormac mogą być po drugiej stronie, a w zamku było kilka innych tak niedostępnych punktów, próba dostania się akurat tutaj niekoniecznie stanowiła bezwzględny priorytet.<br />
Ale…<br />
Kiedy Selwyn wyjrzał nocą przez jedno z okien ponownie dostrzegł blask. I tym razem był już pewny tego, co widzi, zwłaszcza że ten wygasł, a potem znów się pojawił. I po prawdzie, zważywszy na to, gdzie byli… wyglądało to na magiczne światło.<br />
Czy któryś z mężczyzn mógł tam jednak pójść, pomimo pajęczyn i kurzu, które zdawały się świadczyć o tym, że miejsce pozostało nienaruszone? Utknął tam, i nie mógł albo nie chciał odpowiedzieć, kiedy spróbowali przy ogólnym sprawdzaniu nawoływać przy schodach…?<br />
*<br />
<br />
Schody wiodące do wieży były strome, bardzo wąskie, wymuszające ostrożne poruszanie się i podpieranie o ściany, w dodatku popękały w niektórych miejscach. Im wyżej się wchodziło, tym zimniej było: chłód wniknął głęboko w mury zamku McClivertów, a teraz wchodzili w górę jesiennej nocy. <br />
Na ich górze czekały drzwi, które musieli sforsować.<br />
<br />
<br />
<div class="spoiler_wrap"><div class="spoiler_header"><a href="javascript:void(0);" onclick="javascript:if(parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display=='block'){parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='none';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[+]&quot; alt=&quot;[+]&quot; src=&quot;/images/collapse_collapsed.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;Spoiler';}else {parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='block';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[-]&quot; alt=&quot;[-]&quot; src=&quot;/images/collapse.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;Spoiler';}"><img title="[+]" alt="[+]" src="/images/collapse_collapsed.png" class="expandspoiler" />Spoiler</a></div><div class="spoiler_body" style="display: none;">
Tak jak rozmawialiśmy, ze względu na mieszane preferencje odnośnie prowadzenia:<br />
- zaczynacie sami – odegrajcie jak idą sprawdzić wieżę (możecie być już pod nią, może Jonathan was tam zgarnąć), forsują drzwi (dowolne dziedziny magii – trzeba je sforsować przynajmniej dwoma udanymi zaklęciami, chyba że wymyślicie inny sposób dotarcia na górę)<br />
- za drzwiami znajduje się przejście do wieży: dwa piętra, na górną wiodą zniszczone, drewniane schody, potrzeba magii, by tam wejść. Wygląda na to, że kiedyś na pierwszym istniało laboratorium, być może eliksirów. Dora wie, że trzeba zachować ostrożność – wciąż są tu składniki, fiolki, ubrudzone kociołki, a po tak wielu latach trudno powiedzieć, czy nie zatrują albo nie wybuchną<br />
- gdy się z tym uporacie, podkreślcie w ostatnich postach podejmowane działania i oznaczcie mnie, wkroczę wtedy jako bard.<br />
Proponuję wam 4 dni na odpis, czyli teraz do 2 grudnia. Będę wam przypominała o tej sesji co jakiś czas <img src="https://secretsoflondon.pl/images/smilies/hepi.gif" alt="Szeroki uśmiech" title="Szeroki uśmiech" class="smilie smilie_4" /></div></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[26.09.1972] Addicted to the end | Rodolphus, Astoria]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5340</link>
			<pubDate>Thu, 13 Nov 2025 22:01:46 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=369">Rodolphus Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5340</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">26.09.1972, wieczór<br />
Szkocja</div>
<br />
<div class="ramka">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><a href="https://www.youtube.com/watch?v=iChqL0GvYR8" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">I'm addicted to the end,<br />
I can't stop now, <br />
I can't stop now</a></div></div>
<br />
Niewielka rezydencja rodziny Urquart stała ukryta na obrzeżach lasu, niedaleko Aberdeenshire. Nie była to imponująca, rozległa posiadłość, a raczej solidny, niski budynek z szarego granitu, doskonale wtapiający się w surowy, ale piękny krajobraz Szkocji. Ogród był odzwierciedleniem szkockiej natury i minimalnej ingerencji właścicieli. Nie było tu równo przystrzyżonych trawników i fantazyjnych, równiutkich drzew, lecz dzika łąka usiana kępami wrzosu i kaskadami paproci, które sięgały do kostek. Żywopłoty z twardego, ciemnozielonego cisowca otaczały posiadłość, zapewniając intymność i osłonę przed porywistym wiatrem. Przy tylnej ścianie domu, na kamiennej pergoli, agresywnie wspinały się dzikie róże i bluszcz, których pędy wdzierały się w każdą szczelinę. W rogu ogrodu, pod starym, rozłożystym dębem, znajdowała się mała, okrągła studnia z omszałego kamienia, nad którą wisiał zardzewiały żelazny czerpak. Zapach wilgotnej ziemi i świeżej sosnowej żywicy unosił się w powietrzu. Przez ogród prowadziła kamienna ścieżka, po bokach której wetknięto długie pochodnie. Wiła się między trawą i wrzosami, które zachwycały swoją barwą nawet wieczorem. Prowadziła do masywnych drzwi, które otwierały się gdy tylko kolejni goście zbliżali się do domostwa.<br />
<br />
Wnętrze rezydencji było ciepłe i przytulne, witało przybyłych surową elegancją i czerwonymi, długimi dywanami. Wchodząc do środka, goście natychmiast czuli ciepło bijące od dużego kominka w salonie, gdzie stale palił się torf. Ściany były wyłożone boazerią z ciemnego, postarzałego dębu, a w przestronnym salonie brakowało kanapy i foteli - została zastąpiona kilkoma okrągłymi stolikami, przykrytymi obrusami, oraz pojedynczymi krzesłami, ustawionymi w kątach pokoju. Fotele znajdowały się w bibliotece, w której ustawiono także stół do ruletki. <br />
<br />
Dla gości pozostał otwarty także jeden pokój - bardziej kameralny, będący przedsionkiem salonu. Meble były ciężkie i solidne: skórzana sofa o głębokich siedziskach, masywny stół z rzeźbionymi nogami oraz barek, na którym postawiono różne butelki z alkoholami. Aczkolwiek alkohol można było znaleźć nie tylko tam: stoliki uginały się pod nim, a służba uwijała się, podając na tacach kolejne kieliszki wina, szampana, whisky i kolorowych koktajli. Nie było tu skrzatów, te pracowały w kuchni, przyrządzając wykwitne przekąski, które potem ludzka służba roznosiła wśród gości. <br />
<br />
Co on właściwie tu robił? Nie miał pojęcia, ale zadawał sobie w kółko to samo pytanie, gdy tylko przekroczył próg posiadłości, a jeden z mężczyzn natychmiast odebrał jego płaszcz. Z reguły unikał tego typu spotkań towarzyskich, ale dzisiaj... Dzisiaj nie mógł. Ojciec wyraził się jasno - to było kameralne przyjęcie, ale musiał w nim wziąć udział. Jako dodatek do prezentu, który Reynard posłał wcześniej. Bo tym właśnie był młody Lestrange: dodatkiem, który uśmiechnie się do gospodarza, pokiwa kilka razy głową i po dwóch godzinach wróci do siebie. Przybył trochę spóźniony ze względu na pewne problemy po drodze, lecz gdy tylko dostrzegł Arthura Urquart, wiedział że ten nie będzie mu miał tego za złe. Nie dlatego, że był uprzejmy: ale dlatego, że był kompletnie pijany.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Młody Lestrange, jak miło cię widzieć! </span>- mimo iż był nie pierwszej świeżości, mówił jeszcze całkiem wyraźnie, chociaż nie tylko przeciągał kolejne sylaby, ale i źle je akcentował. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Masz, napij się.</span><br />
Niemal od razu w dłoni Rodolphusa znalazł się kieliszek szampana. Nie chcąc urazić gospodarza umoczył w trunku usta, powstrzymując się przed skrętem żołądka. Jeżeli ktokolwiek jeszcze zastanawiał się, czy warto było pić alkohol - mieli przed sobą żywy dowód w postaci Artura, że absolutnie kurwa nie warto.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">26.09.1972, wieczór<br />
Szkocja</div>
<br />
<div class="ramka">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><a href="https://www.youtube.com/watch?v=iChqL0GvYR8" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">I'm addicted to the end,<br />
I can't stop now, <br />
I can't stop now</a></div></div>
<br />
Niewielka rezydencja rodziny Urquart stała ukryta na obrzeżach lasu, niedaleko Aberdeenshire. Nie była to imponująca, rozległa posiadłość, a raczej solidny, niski budynek z szarego granitu, doskonale wtapiający się w surowy, ale piękny krajobraz Szkocji. Ogród był odzwierciedleniem szkockiej natury i minimalnej ingerencji właścicieli. Nie było tu równo przystrzyżonych trawników i fantazyjnych, równiutkich drzew, lecz dzika łąka usiana kępami wrzosu i kaskadami paproci, które sięgały do kostek. Żywopłoty z twardego, ciemnozielonego cisowca otaczały posiadłość, zapewniając intymność i osłonę przed porywistym wiatrem. Przy tylnej ścianie domu, na kamiennej pergoli, agresywnie wspinały się dzikie róże i bluszcz, których pędy wdzierały się w każdą szczelinę. W rogu ogrodu, pod starym, rozłożystym dębem, znajdowała się mała, okrągła studnia z omszałego kamienia, nad którą wisiał zardzewiały żelazny czerpak. Zapach wilgotnej ziemi i świeżej sosnowej żywicy unosił się w powietrzu. Przez ogród prowadziła kamienna ścieżka, po bokach której wetknięto długie pochodnie. Wiła się między trawą i wrzosami, które zachwycały swoją barwą nawet wieczorem. Prowadziła do masywnych drzwi, które otwierały się gdy tylko kolejni goście zbliżali się do domostwa.<br />
<br />
Wnętrze rezydencji było ciepłe i przytulne, witało przybyłych surową elegancją i czerwonymi, długimi dywanami. Wchodząc do środka, goście natychmiast czuli ciepło bijące od dużego kominka w salonie, gdzie stale palił się torf. Ściany były wyłożone boazerią z ciemnego, postarzałego dębu, a w przestronnym salonie brakowało kanapy i foteli - została zastąpiona kilkoma okrągłymi stolikami, przykrytymi obrusami, oraz pojedynczymi krzesłami, ustawionymi w kątach pokoju. Fotele znajdowały się w bibliotece, w której ustawiono także stół do ruletki. <br />
<br />
Dla gości pozostał otwarty także jeden pokój - bardziej kameralny, będący przedsionkiem salonu. Meble były ciężkie i solidne: skórzana sofa o głębokich siedziskach, masywny stół z rzeźbionymi nogami oraz barek, na którym postawiono różne butelki z alkoholami. Aczkolwiek alkohol można było znaleźć nie tylko tam: stoliki uginały się pod nim, a służba uwijała się, podając na tacach kolejne kieliszki wina, szampana, whisky i kolorowych koktajli. Nie było tu skrzatów, te pracowały w kuchni, przyrządzając wykwitne przekąski, które potem ludzka służba roznosiła wśród gości. <br />
<br />
Co on właściwie tu robił? Nie miał pojęcia, ale zadawał sobie w kółko to samo pytanie, gdy tylko przekroczył próg posiadłości, a jeden z mężczyzn natychmiast odebrał jego płaszcz. Z reguły unikał tego typu spotkań towarzyskich, ale dzisiaj... Dzisiaj nie mógł. Ojciec wyraził się jasno - to było kameralne przyjęcie, ale musiał w nim wziąć udział. Jako dodatek do prezentu, który Reynard posłał wcześniej. Bo tym właśnie był młody Lestrange: dodatkiem, który uśmiechnie się do gospodarza, pokiwa kilka razy głową i po dwóch godzinach wróci do siebie. Przybył trochę spóźniony ze względu na pewne problemy po drodze, lecz gdy tylko dostrzegł Arthura Urquart, wiedział że ten nie będzie mu miał tego za złe. Nie dlatego, że był uprzejmy: ale dlatego, że był kompletnie pijany.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Młody Lestrange, jak miło cię widzieć! </span>- mimo iż był nie pierwszej świeżości, mówił jeszcze całkiem wyraźnie, chociaż nie tylko przeciągał kolejne sylaby, ale i źle je akcentował. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Masz, napij się.</span><br />
Niemal od razu w dłoni Rodolphusa znalazł się kieliszek szampana. Nie chcąc urazić gospodarza umoczył w trunku usta, powstrzymując się przed skrętem żołądka. Jeżeli ktokolwiek jeszcze zastanawiał się, czy warto było pić alkohol - mieli przed sobą żywy dowód w postaci Artura, że absolutnie kurwa nie warto.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[14.10.72, Wyspa Posępna] Gdzie umilkły głosy McClivertów]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5332</link>
			<pubDate>Wed, 12 Nov 2025 10:36:06 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=24">Brenna Longbottom</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5332</guid>
			<description><![CDATA[Zamkowe wieże odcinały się na tle nieba, powoli blednącego, w miarę jak nadciągał zmierzch. Zamek wzniesiono na klifie, z ciemnego kamienia, który teraz, wiele lat po tym, jak budowlę opuszczono, w wielu miejscach pokrył się mchem i bluszczem, a w innych zaczął kruszeć. Główna brama dawno temu została zniszczona – być może wtedy, gdy wymordowano ostatnich właścicieli tego miejsca – ale zamek wciąż stał i patrząc na niego z dołu, z morskiego brzegu, można by prawie uwierzyć, że wszystko tutaj jest w porządku.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– No cóż…</span> – powiedziała Brenna, gdy dotarli na brzeg wyspy. Nienanoszalnej, ukrytej przed oczami mugoli, by przypadkiem w mugolskiej prasie ktoś nie napisał o miejscu wypełnionym krwiożerczymi potworami bądź o wielu zaginionych marynarzach. A jeśli szło o czarodziejów? Ci rozsądniejsi doskonale wiedzieli, by się tu nie zbliżać. Ale Cormac Frasser był człowiekiem genialnym, niekoniecznie zaś rozsądnym. A oni też nie zawsze rozsądkiem mogli się kierować. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Przynajmniej jest blisko wody, więc jakby co łatwiej zwiewać. Jeśli ktoś zobaczy w pobliżu wielkie potwory – kanibali, które chcą nas zeżreć, niech krzyczy?</span><br />
*<br />
<br />
Wiadomość od Cormaca Frassera, poszarpana i dostarczona przez wyczerpaną sowę, nadeszła nad ranem. Niezależnie jednak od tego, jak bardzo chcieliby ruszyć na pomoc uczonemu, który utknął na Posępnej Wyspie, i jak bardzo chcieliby zdobyć informacje, które tam ponoć znalazł – o klątwach, runach i magii, po którą tak chętnie sięgali czarnoksiężnicy, i o sposobach walczenia z tą – nie mogli zrobić tego ot tak, w pięć minut. Brenna wiedziała, że dyżury w pracy należało dokończyć, choćby po to, by nie zwrócić nadmiernej uwagi, kilku ludzi zebrać, podobnie jak zasoby i informacje. Rozesłała więc wiadomości, z pytaniami, kto akurat jutro nie musi być w pracy i będzie gotów zaryzykować: bo wyprawa do miejsca pełnego kwintoped właśnie tym była. Ryzykiem. Wartym podjęcia, skoro Cormac znalazł jakieś informacje klanu, który badał klątwy i sposoby ich zdejmowania, i skoro na Wyspie utknęły dwie osoby do uratowania, ale wciąż ryzykiem. Innych poprosiła o naszykowanie zasobów, zgarnięcie z biblioteki map i zapisków. Sama w przerwie obiadowej zamiast jeść lunch sprawdzała w archiwum zgłoszenia, a tuż przed wyruszeniem teleportowała się pod dom Carmaca, aby przeszukać notatki, które po sobie zostawił. Brata i Heather poprosiła o zabranie mioteł, bo nie wiedziała wiele o kwintopedach, ale zakładała, że te nie latają, Jonathana, czy zdąży zrobić podstawowe zakupy, Thomasa, aby sprawdził w swoich księgach informacje o domniemanej klątwie, rzuconej przez McClivertów, a Dorę o przetrząśnięcie książek w Stawie, by sprawdzić, czy nie będzie tam czegoś o McClivertach i o kwintopedach.<br />
Trudno było uznać, że byli naprawdę dobrze przygotowani, ale nie mogli szykować się tygodniami, a jak na tak krótki czas – zrobili co mogli, zanim wieczorem trafili na owianą złą sławą Wyspę Posępną, w pobliżu zamku McClivertów.<br />
*<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Według Cormaca McClivertowie rzucili klątwę na sąsiedni klan, w zemście za śmierć swojego przywódcy. Zamienili ich wszystkich w potwory, ale nie przewidzieli jednego: że nie będą w stanie sobie z nimi poradzić. McBoonowie jako stwory, które teraz nazywamy kwintopedami, wymordowali ich, zanim McClivertowie zdołali znaleźć sposób na odczarowanie ich… Ministerstwo próbowało złapać kwintopedę, aby spróbować ją zbadać i zdjąć klątwę, ale to się nigdy nie udało, Wyspę więc w końcu zaczęto ignorować. Cormac i jego współpracownik wierzą, że wśród McClivertów byli specjaliści od klątw. I że na wyspie mogła przetrwać ich wiedza. Po Spalonej Nocy zdecydowali się to sprawdzić, ale najwyraźniej wpadli w kłopoty. Frasser nie podał szczegół, zakładam jednak, że te kłopoty mogą być krwiożercze i włochate.<br />
Ich bazą był zamek McClivertów. W sumie można by to uznać za dziwne, ale jakby się zastanowić, po co kwintopedy miałyby na nim siedzieć, skoro wszystkich mieszkańców zeżarły dawno temu… <br />
Sprawdzimy więc, czy Cormac i Finn tam są. I czy damy radę zabezpieczyć dla siebie kryjówkę. Jeśli natkniemy się na stado kanibali, wycofujemy się, w porządku?</span><br />
*<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Heather, Erik, co wy na to, żeby zacząć od waszego rekonesansu z góry? Z zaklęciem kameleona najlepiej, cholera wie, czy te kwintopedy was zauważą, czy nie. Nie lądujcie, proszę. Jeśli wszystko będzie w porządku, pokonamy ten kawałek do zamku i rozejrzymy się po budynku tak ogólnie, czy możemy z niego startować z poszukiwaniami… chociaż chciałabym, żeby Cormac po prostu czekał na nas w progu. Ktoś ma jakieś inne pomysły albo sugestie?</span> – spytała Brenna, kiedy opuścili plażę i z klifów mogli rozejrzeć się za stworami. Na razie nie widzieli ani potworów, ani żadnych ich śladów: jedynie zielone klify, malownicze wybrzeże, wolne od ingerencji człowieka i wreszcie sam zamek, kilkanaście minut drogi piechotą pod górę. Ciszę zakłócały jedynie wiatr i szum fal, rozbijających się o klify.<br />
<br />
<img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=YjXFoSk.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=YjXFoSk.png]" class="mycode_img" /><br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Proszę was o odpisy do 9 rano 16.11.</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Zamkowe wieże odcinały się na tle nieba, powoli blednącego, w miarę jak nadciągał zmierzch. Zamek wzniesiono na klifie, z ciemnego kamienia, który teraz, wiele lat po tym, jak budowlę opuszczono, w wielu miejscach pokrył się mchem i bluszczem, a w innych zaczął kruszeć. Główna brama dawno temu została zniszczona – być może wtedy, gdy wymordowano ostatnich właścicieli tego miejsca – ale zamek wciąż stał i patrząc na niego z dołu, z morskiego brzegu, można by prawie uwierzyć, że wszystko tutaj jest w porządku.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– No cóż…</span> – powiedziała Brenna, gdy dotarli na brzeg wyspy. Nienanoszalnej, ukrytej przed oczami mugoli, by przypadkiem w mugolskiej prasie ktoś nie napisał o miejscu wypełnionym krwiożerczymi potworami bądź o wielu zaginionych marynarzach. A jeśli szło o czarodziejów? Ci rozsądniejsi doskonale wiedzieli, by się tu nie zbliżać. Ale Cormac Frasser był człowiekiem genialnym, niekoniecznie zaś rozsądnym. A oni też nie zawsze rozsądkiem mogli się kierować. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Przynajmniej jest blisko wody, więc jakby co łatwiej zwiewać. Jeśli ktoś zobaczy w pobliżu wielkie potwory – kanibali, które chcą nas zeżreć, niech krzyczy?</span><br />
*<br />
<br />
Wiadomość od Cormaca Frassera, poszarpana i dostarczona przez wyczerpaną sowę, nadeszła nad ranem. Niezależnie jednak od tego, jak bardzo chcieliby ruszyć na pomoc uczonemu, który utknął na Posępnej Wyspie, i jak bardzo chcieliby zdobyć informacje, które tam ponoć znalazł – o klątwach, runach i magii, po którą tak chętnie sięgali czarnoksiężnicy, i o sposobach walczenia z tą – nie mogli zrobić tego ot tak, w pięć minut. Brenna wiedziała, że dyżury w pracy należało dokończyć, choćby po to, by nie zwrócić nadmiernej uwagi, kilku ludzi zebrać, podobnie jak zasoby i informacje. Rozesłała więc wiadomości, z pytaniami, kto akurat jutro nie musi być w pracy i będzie gotów zaryzykować: bo wyprawa do miejsca pełnego kwintoped właśnie tym była. Ryzykiem. Wartym podjęcia, skoro Cormac znalazł jakieś informacje klanu, który badał klątwy i sposoby ich zdejmowania, i skoro na Wyspie utknęły dwie osoby do uratowania, ale wciąż ryzykiem. Innych poprosiła o naszykowanie zasobów, zgarnięcie z biblioteki map i zapisków. Sama w przerwie obiadowej zamiast jeść lunch sprawdzała w archiwum zgłoszenia, a tuż przed wyruszeniem teleportowała się pod dom Carmaca, aby przeszukać notatki, które po sobie zostawił. Brata i Heather poprosiła o zabranie mioteł, bo nie wiedziała wiele o kwintopedach, ale zakładała, że te nie latają, Jonathana, czy zdąży zrobić podstawowe zakupy, Thomasa, aby sprawdził w swoich księgach informacje o domniemanej klątwie, rzuconej przez McClivertów, a Dorę o przetrząśnięcie książek w Stawie, by sprawdzić, czy nie będzie tam czegoś o McClivertach i o kwintopedach.<br />
Trudno było uznać, że byli naprawdę dobrze przygotowani, ale nie mogli szykować się tygodniami, a jak na tak krótki czas – zrobili co mogli, zanim wieczorem trafili na owianą złą sławą Wyspę Posępną, w pobliżu zamku McClivertów.<br />
*<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Według Cormaca McClivertowie rzucili klątwę na sąsiedni klan, w zemście za śmierć swojego przywódcy. Zamienili ich wszystkich w potwory, ale nie przewidzieli jednego: że nie będą w stanie sobie z nimi poradzić. McBoonowie jako stwory, które teraz nazywamy kwintopedami, wymordowali ich, zanim McClivertowie zdołali znaleźć sposób na odczarowanie ich… Ministerstwo próbowało złapać kwintopedę, aby spróbować ją zbadać i zdjąć klątwę, ale to się nigdy nie udało, Wyspę więc w końcu zaczęto ignorować. Cormac i jego współpracownik wierzą, że wśród McClivertów byli specjaliści od klątw. I że na wyspie mogła przetrwać ich wiedza. Po Spalonej Nocy zdecydowali się to sprawdzić, ale najwyraźniej wpadli w kłopoty. Frasser nie podał szczegół, zakładam jednak, że te kłopoty mogą być krwiożercze i włochate.<br />
Ich bazą był zamek McClivertów. W sumie można by to uznać za dziwne, ale jakby się zastanowić, po co kwintopedy miałyby na nim siedzieć, skoro wszystkich mieszkańców zeżarły dawno temu… <br />
Sprawdzimy więc, czy Cormac i Finn tam są. I czy damy radę zabezpieczyć dla siebie kryjówkę. Jeśli natkniemy się na stado kanibali, wycofujemy się, w porządku?</span><br />
*<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Heather, Erik, co wy na to, żeby zacząć od waszego rekonesansu z góry? Z zaklęciem kameleona najlepiej, cholera wie, czy te kwintopedy was zauważą, czy nie. Nie lądujcie, proszę. Jeśli wszystko będzie w porządku, pokonamy ten kawałek do zamku i rozejrzymy się po budynku tak ogólnie, czy możemy z niego startować z poszukiwaniami… chociaż chciałabym, żeby Cormac po prostu czekał na nas w progu. Ktoś ma jakieś inne pomysły albo sugestie?</span> – spytała Brenna, kiedy opuścili plażę i z klifów mogli rozejrzeć się za stworami. Na razie nie widzieli ani potworów, ani żadnych ich śladów: jedynie zielone klify, malownicze wybrzeże, wolne od ingerencji człowieka i wreszcie sam zamek, kilkanaście minut drogi piechotą pod górę. Ciszę zakłócały jedynie wiatr i szum fal, rozbijających się o klify.<br />
<br />
<img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=YjXFoSk.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=YjXFoSk.png]" class="mycode_img" /><br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Proszę was o odpisy do 9 rano 16.11.</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[22-24.09.1972r.] Mabon i Pełnia – Travers]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5326</link>
			<pubDate>Tue, 11 Nov 2025 00:24:33 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=282">Nicholas Travers</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5326</guid>
			<description><![CDATA[<div class="divek"><div id="dataa" class="mycode_b"><h2> 22-24 września 1972r.  </h2><br />
Rodzinna Posiadłość Travers <br />
Dolina Glen Affric / Szkocja</div>
<br />
<p>Wyjątkowo na ten dzień, Delilah zdecydowała, że zostanie przygotowana uroczysta kolacja dla ich rodziny. Nie chciała czekać do zimowego Yule. Rozważała tę decyzję jeszcze kilka dni po tragicznych wydarzeniach, jakie spotkały stolicę Anglii. Informacje te dotarły także do ich posiadłości. Nevan wierzył, że ich dzieciom nic się nie stało. Gdyby było inaczej, dostaliby list. </p>
<p>Kiedy Delilah podjęła decyzję, zleciła swojemu starszemu synowi rozesłanie zaproszeń. Uroczysta, rodzinna kolacja w Mabon, ma się odbyć. Nevan na polecenie matki, wysłał listy do swoich dzieci oraz rodzeństwa. Jednakże, nie wszystkie listy wróciły z jakąkolwiek odpowiedzią. </p>
<p>Rezydencja jak zawsze, była zadbana. Służbę tego miejsca, stanowiły skrzaty. Nie zatrudniali nikogo ludzkiego, zważając na swoją rodzinną klątwę, przechodzącą genetycznie na kolejne ich pokolenia. Nie chcieli za bardzo ryzykować. </p>
<p>Seniorka Rodu osobiście dopilnowała, aby wszystko było jak najlepiej przygotowane. Dyktując polecenia skrzatowi, co ma poprawić, co zmienić, co przygotować. Kiedy pozostałe, zajmowały się przygotowaniem jedzenia. Przebywała właśnie w jadalni, przyglądając się dużemu stołowi, przykrytemu granatowym obrusem ze złotymi wykończeniami. Położonej zastawie do kolacji. Była już ubrana w swoją ciemno butelkową suknię. Włosy mając upięte wysoko w kok. Na sobie mając jeden z kompletów rzadko spotykanej biżuterii, która otrzymała od swojego męża. Jego duch, wciąż pozostawał w tej rezydencji, w bibliotece. </p>
<p>Do Delilah, dołączył Nevan, poprawiający mankiety od swojej białej koszuli. W połowie gotowy do uroczystości. Nie spieszył się, gdyż mieli jeszcze spory zapas czasu. Mężczyzna stanął obok swojej rodzicielki, rzuciwszy okiem na przygotowania. </p>
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Faye potwierdziła, że przybędzie. Sebastian nie da rady dotrzeć. Obiecał, że postara się być na Yule. Nie mam jeszcze odpowiedzi od Very. </span><br />
Zakomunikował matce, uprzedzając jej pytania. Wiedział, że nie będzie z tej informacji zadowolona.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- A Theon i Nicholas?</span><br />
Zapytała, nie chcąc usłyszeć to, czego najpewniej mogła się spodziewać. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Nie odpisali. Od Faye wiemy, że z Nicholasem jest dobrze. </span><br />
Odparł zgodnie z prawdą. Delilah pokręciła głową niezadowolona z takiego raportu. Mogła wziąć na siebie wysyłanie listów. Czy może wyjców? Ostatni na Nicholasa bardzo podziałał. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Pomogę przygotować się Tarah. </span><br />
Oświadczył Nevan, zawracając do głównych schodów. Delilah nie zatrzymywała go. Wiedziała, że synowa zmagała się z problemami zdrowotnymi. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Nie tutaj. Ten wazon postaw na tamtym stoliku.</span><br />
Zwróciła uwagę skrzatowi, który chciał wazon z kwiatami postawić na głównym stole. Mógłby tylko przeszkadzać. Wolała go mieć dalej od potraw. Jeszcze jakiś płatek spadnie na pieczeń i cały smak się zmieni. <br />
<br />
<p>Słońce zachodziło, do kolacji było coraz bliżej. Stół został już odpowiednio przygotowany i zastawiony potrawami. dla każdego było przygotowane odpowiednie miejsce. Szczytowe, po swoim zmarłym małżonku, zajmowała Delilah. Po jej prawej stronie, miał zasiąść starszy syn - Nevan. Zaś obok niego, Tarah, jego zona. Jako że Sebastian, nie stawi się na kolacji, jego miejsce miał zająć Nicholas, po lewej stronie Delilah. Obok niego, były przygotowane miejsca dla Theona i Faye. Najwyraźniej Delilah nie uznawała odmowy, więc liczyła na ich przybycie, nawet jeżeli nie odpisali na zaproszenia. Tak samo było przygotowane miejsce dla jej córki, tuż obok Tarah. </p>
<p>Nevan pomógł przygotować się do wieczoru swojej żonie, jak choćby w ubiorem sukni, prostej, ciemnoniebieskiej. Makijaż kobieta nałożyła sobie sama. Delikatny, wystarczający. Nevan poprawił swoją koszulę i przewiązał elegancki krawat w kolorze sukni swojej małżonki. Na koszulę, ubrał ciemną marynarkę, będącą szatą wyjściową. Poprawił jeszcze swoje uczesanie i kiedy oboje byli gotowi, zeszli na dół, aby w salonie poczekać na pozostałych gości. W tym swoich dzieci. W między czasie, skrzat podszedł do niego.</p>
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Panie Nevan. List do Pana.</span><br />
Skrzat wyciągnął dłoń z listem, jaki odebrany został od sowy. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Dziękuję. </span><br />
Od razu otworzył i przeczytał. Dostając spóźnione potwierdzenie, że jego siostra, także nie zjawi się na kolacji. W takim razie, wraz z żoną, czekali na przybycie swoich dzieci. Czy się zjawią? <br />
<br />
<br />
<div style="text-align: right;" class="mycode_align"> <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=493" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Faye Travers</a> </div></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="divek"><div id="dataa" class="mycode_b"><h2> 22-24 września 1972r.  </h2><br />
Rodzinna Posiadłość Travers <br />
Dolina Glen Affric / Szkocja</div>
<br />
<p>Wyjątkowo na ten dzień, Delilah zdecydowała, że zostanie przygotowana uroczysta kolacja dla ich rodziny. Nie chciała czekać do zimowego Yule. Rozważała tę decyzję jeszcze kilka dni po tragicznych wydarzeniach, jakie spotkały stolicę Anglii. Informacje te dotarły także do ich posiadłości. Nevan wierzył, że ich dzieciom nic się nie stało. Gdyby było inaczej, dostaliby list. </p>
<p>Kiedy Delilah podjęła decyzję, zleciła swojemu starszemu synowi rozesłanie zaproszeń. Uroczysta, rodzinna kolacja w Mabon, ma się odbyć. Nevan na polecenie matki, wysłał listy do swoich dzieci oraz rodzeństwa. Jednakże, nie wszystkie listy wróciły z jakąkolwiek odpowiedzią. </p>
<p>Rezydencja jak zawsze, była zadbana. Służbę tego miejsca, stanowiły skrzaty. Nie zatrudniali nikogo ludzkiego, zważając na swoją rodzinną klątwę, przechodzącą genetycznie na kolejne ich pokolenia. Nie chcieli za bardzo ryzykować. </p>
<p>Seniorka Rodu osobiście dopilnowała, aby wszystko było jak najlepiej przygotowane. Dyktując polecenia skrzatowi, co ma poprawić, co zmienić, co przygotować. Kiedy pozostałe, zajmowały się przygotowaniem jedzenia. Przebywała właśnie w jadalni, przyglądając się dużemu stołowi, przykrytemu granatowym obrusem ze złotymi wykończeniami. Położonej zastawie do kolacji. Była już ubrana w swoją ciemno butelkową suknię. Włosy mając upięte wysoko w kok. Na sobie mając jeden z kompletów rzadko spotykanej biżuterii, która otrzymała od swojego męża. Jego duch, wciąż pozostawał w tej rezydencji, w bibliotece. </p>
<p>Do Delilah, dołączył Nevan, poprawiający mankiety od swojej białej koszuli. W połowie gotowy do uroczystości. Nie spieszył się, gdyż mieli jeszcze spory zapas czasu. Mężczyzna stanął obok swojej rodzicielki, rzuciwszy okiem na przygotowania. </p>
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Faye potwierdziła, że przybędzie. Sebastian nie da rady dotrzeć. Obiecał, że postara się być na Yule. Nie mam jeszcze odpowiedzi od Very. </span><br />
Zakomunikował matce, uprzedzając jej pytania. Wiedział, że nie będzie z tej informacji zadowolona.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- A Theon i Nicholas?</span><br />
Zapytała, nie chcąc usłyszeć to, czego najpewniej mogła się spodziewać. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Nie odpisali. Od Faye wiemy, że z Nicholasem jest dobrze. </span><br />
Odparł zgodnie z prawdą. Delilah pokręciła głową niezadowolona z takiego raportu. Mogła wziąć na siebie wysyłanie listów. Czy może wyjców? Ostatni na Nicholasa bardzo podziałał. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Pomogę przygotować się Tarah. </span><br />
Oświadczył Nevan, zawracając do głównych schodów. Delilah nie zatrzymywała go. Wiedziała, że synowa zmagała się z problemami zdrowotnymi. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Nie tutaj. Ten wazon postaw na tamtym stoliku.</span><br />
Zwróciła uwagę skrzatowi, który chciał wazon z kwiatami postawić na głównym stole. Mógłby tylko przeszkadzać. Wolała go mieć dalej od potraw. Jeszcze jakiś płatek spadnie na pieczeń i cały smak się zmieni. <br />
<br />
<p>Słońce zachodziło, do kolacji było coraz bliżej. Stół został już odpowiednio przygotowany i zastawiony potrawami. dla każdego było przygotowane odpowiednie miejsce. Szczytowe, po swoim zmarłym małżonku, zajmowała Delilah. Po jej prawej stronie, miał zasiąść starszy syn - Nevan. Zaś obok niego, Tarah, jego zona. Jako że Sebastian, nie stawi się na kolacji, jego miejsce miał zająć Nicholas, po lewej stronie Delilah. Obok niego, były przygotowane miejsca dla Theona i Faye. Najwyraźniej Delilah nie uznawała odmowy, więc liczyła na ich przybycie, nawet jeżeli nie odpisali na zaproszenia. Tak samo było przygotowane miejsce dla jej córki, tuż obok Tarah. </p>
<p>Nevan pomógł przygotować się do wieczoru swojej żonie, jak choćby w ubiorem sukni, prostej, ciemnoniebieskiej. Makijaż kobieta nałożyła sobie sama. Delikatny, wystarczający. Nevan poprawił swoją koszulę i przewiązał elegancki krawat w kolorze sukni swojej małżonki. Na koszulę, ubrał ciemną marynarkę, będącą szatą wyjściową. Poprawił jeszcze swoje uczesanie i kiedy oboje byli gotowi, zeszli na dół, aby w salonie poczekać na pozostałych gości. W tym swoich dzieci. W między czasie, skrzat podszedł do niego.</p>
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Panie Nevan. List do Pana.</span><br />
Skrzat wyciągnął dłoń z listem, jaki odebrany został od sowy. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Dziękuję. </span><br />
Od razu otworzył i przeczytał. Dostając spóźnione potwierdzenie, że jego siostra, także nie zjawi się na kolacji. W takim razie, wraz z żoną, czekali na przybycie swoich dzieci. Czy się zjawią? <br />
<br />
<br />
<div style="text-align: right;" class="mycode_align"> <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=493" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Faye Travers</a> </div></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[11.09.1972 | Malfoy Malfoyowi Malfoyem | Lorraine & Elliott]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4954</link>
			<pubDate>Thu, 03 Jul 2025 23:03:57 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=37">Elliott Malfoy</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4954</guid>
			<description><![CDATA[<h1> Dom otoczony górami, Szkocja, jesień 1972</h1><br />
<br />
Zmierzchało. Świeżość górskiego powietrza przelewała się po grzbietach Highlandów, mieszała z wilgocią okolicznych jezior. Kiedy Anglia płonęła, jej północny sąsiad pławił się w deszczu, zupełnie jakby wszechświat chciał takimi zjawiskami atmosferycznymi podprogowo przekazać wiadomość. Tymże razem gorąco południa nie wzięło się jednak z błagalnych stęków matki natury, a różdżek zionących nie tylko płomieniami, ale też nienawiścią.<br />
<br />
Wciąż miał w pamięci nakreślone dłonią Longbottoma słowa o Warowni. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Przedostali się przez ich zabezpieczenia, czymże jest moje ukrywanie się na górskich szlakach?</span> pomyślał, tragicznie rozbawiony swoimi desperackimi próbami trzymania się burty statku pod banderą Fortinbrasa; sztorm rozbujał kadłub, żagle się zrywały, a sam kapitan knuł pod pokładem. <br />
<br />
Pokój w którym dziadek Elliotta trzymał mugolską literaturę wydawał się młodemu Malfoyowi najbezpieczniejszym pokojem na świecie dopóki nie przekroczył progu posiadłości Longbottomów. Ciężar zabezpieczeń nałożonych na dom w Dolinie Godryka osadzał się na duszy ostrzegającymi iskierkami, otulał, gdy byłeś w środku, mamił i odbijał, gdy zbliżałeś się nieproszony - choć tego ostatniego scenariusza nigdy nie doświadczył, sama energia zaklęć ochronnych była wystarczająco sugestywna. <br />
<br />
Pomimo czystego nieba, coś wydawało się wisieć w powietrzu. Chmura problemów nadciągająca z samej stolicy rozpostarła swe ramiona nad całym krajem i choć górskie zacisze wydawało się być na uboczu, Elliott wiedział, że musi trzymać się na baczności. Nie marnował czasu, gdy tylko Lorraine potwierdziła mu, że jest w dobrym zdrowiu, zaaranżował odpowiednie miejsce, w którym świstoklik miał ją przenieść na szkockie szczyty, wewnątrz ochronnej bariery, ale przed drzwi.<br />
<br />
Jego paranoja dostała swojej paranoi. Chciał odsunąć się od tej wojny domowej wpierw uciekając do tego domu, później do Włoch. Nic to, nie wytrzymał, wysłał listy, zamieszał się w tę sytuację, bo dotyczyła go bezpośrednio - jego i rodziny, której głową miał zostać, nieistotne co ojciec o tym myślał.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Lorraine, droga kuzynko - </span>odezwał się do kobiety czekającej na progu domu tymi samymi słowami, które zawarł w swoim pierwszym liście. Jej rozświetlone blaskiem upadającego słońca włosy odznaczały się na ciemnej, drewnianej ramie drzwi; jasne kosmyki były komfortem, były nienawiścią i przygniatającą skałą niedopowiedzeń, palącym ikarze skrzydła słońcem, chłodem skutej lodem sadzawki, błędnym ogniem w blasku księżyca i ochroną, tarczą i rozpoznaniem, skinieniem głowy, kontaktem wzrokowym, zaciskającym się na szyi sznurem i opaską na oczy.<br />
<br />
Zaprosił ją do środka, a gdy otworzył przed nimi drzwi na niewielki hol, lampka pod schodami ogarnęła pomieszczenie ciepłym światłem. Drewno zamknęło się za nimi z cichym kliknięciem, oddzielając nozdrza od świeżego zapachu roślin, otulając ramiona wonią skóry, drewna i świec. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Pozwól, że oprowadzę cię po najważniejszych pomieszczeniach zanim wpłyniemy na głębokie wody - </span>przeszedł do rzeczy jak zwykle stawiając na brak bezpośredniości. Pomógł jej z płaszczem, jeżeli takowy ze sobą miała i odwiesił go, wraz ze swoją szorstką, wełnianą marynarką na skromny stojak na odzienie wierzchnie; jakby się przyjrzeć można było dostrzec dokładne grawerowania na całej jego linii oraz wykonane z cięższego surowca nóżki. Po ściągnięciu tego, co miał na siebie narzucone, jego strój pasował do cieplejszego klimatu - biała koszula z zakasanymi rękawami sugerowała, że wyszedł z domu w pośpiechu i nie planował tego ukrywać, lniane spodnie kontrastowały, wręcz kłóciły się z odwieszoną przed chwilą marynarką, a skórzane półbuty nie nadawały się na szkockie szklaki. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Tak jak wspominałem, jeżeli będziesz potrzebowała miejsca do zatrzymania, ten dom jest wystarczająco na uboczu, aby nikt cię nie niepokoił. Niestety, wolałbym, abyś nie proponowała tego rozwiązania nikomu innemu - </span>to mówiąc, wyciągnął różdżkę i dotknął drewnianych paneli pod schodami w odpowiednim rytmie. Z podłogi zaczęły wyrastać pnącza, które ukształtowały się w niskie, ale solidne drzwi. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Dziadek był niski - </span>skomentował, nim puścił ją przodem.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1> Dom otoczony górami, Szkocja, jesień 1972</h1><br />
<br />
Zmierzchało. Świeżość górskiego powietrza przelewała się po grzbietach Highlandów, mieszała z wilgocią okolicznych jezior. Kiedy Anglia płonęła, jej północny sąsiad pławił się w deszczu, zupełnie jakby wszechświat chciał takimi zjawiskami atmosferycznymi podprogowo przekazać wiadomość. Tymże razem gorąco południa nie wzięło się jednak z błagalnych stęków matki natury, a różdżek zionących nie tylko płomieniami, ale też nienawiścią.<br />
<br />
Wciąż miał w pamięci nakreślone dłonią Longbottoma słowa o Warowni. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Przedostali się przez ich zabezpieczenia, czymże jest moje ukrywanie się na górskich szlakach?</span> pomyślał, tragicznie rozbawiony swoimi desperackimi próbami trzymania się burty statku pod banderą Fortinbrasa; sztorm rozbujał kadłub, żagle się zrywały, a sam kapitan knuł pod pokładem. <br />
<br />
Pokój w którym dziadek Elliotta trzymał mugolską literaturę wydawał się młodemu Malfoyowi najbezpieczniejszym pokojem na świecie dopóki nie przekroczył progu posiadłości Longbottomów. Ciężar zabezpieczeń nałożonych na dom w Dolinie Godryka osadzał się na duszy ostrzegającymi iskierkami, otulał, gdy byłeś w środku, mamił i odbijał, gdy zbliżałeś się nieproszony - choć tego ostatniego scenariusza nigdy nie doświadczył, sama energia zaklęć ochronnych była wystarczająco sugestywna. <br />
<br />
Pomimo czystego nieba, coś wydawało się wisieć w powietrzu. Chmura problemów nadciągająca z samej stolicy rozpostarła swe ramiona nad całym krajem i choć górskie zacisze wydawało się być na uboczu, Elliott wiedział, że musi trzymać się na baczności. Nie marnował czasu, gdy tylko Lorraine potwierdziła mu, że jest w dobrym zdrowiu, zaaranżował odpowiednie miejsce, w którym świstoklik miał ją przenieść na szkockie szczyty, wewnątrz ochronnej bariery, ale przed drzwi.<br />
<br />
Jego paranoja dostała swojej paranoi. Chciał odsunąć się od tej wojny domowej wpierw uciekając do tego domu, później do Włoch. Nic to, nie wytrzymał, wysłał listy, zamieszał się w tę sytuację, bo dotyczyła go bezpośrednio - jego i rodziny, której głową miał zostać, nieistotne co ojciec o tym myślał.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Lorraine, droga kuzynko - </span>odezwał się do kobiety czekającej na progu domu tymi samymi słowami, które zawarł w swoim pierwszym liście. Jej rozświetlone blaskiem upadającego słońca włosy odznaczały się na ciemnej, drewnianej ramie drzwi; jasne kosmyki były komfortem, były nienawiścią i przygniatającą skałą niedopowiedzeń, palącym ikarze skrzydła słońcem, chłodem skutej lodem sadzawki, błędnym ogniem w blasku księżyca i ochroną, tarczą i rozpoznaniem, skinieniem głowy, kontaktem wzrokowym, zaciskającym się na szyi sznurem i opaską na oczy.<br />
<br />
Zaprosił ją do środka, a gdy otworzył przed nimi drzwi na niewielki hol, lampka pod schodami ogarnęła pomieszczenie ciepłym światłem. Drewno zamknęło się za nimi z cichym kliknięciem, oddzielając nozdrza od świeżego zapachu roślin, otulając ramiona wonią skóry, drewna i świec. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Pozwól, że oprowadzę cię po najważniejszych pomieszczeniach zanim wpłyniemy na głębokie wody - </span>przeszedł do rzeczy jak zwykle stawiając na brak bezpośredniości. Pomógł jej z płaszczem, jeżeli takowy ze sobą miała i odwiesił go, wraz ze swoją szorstką, wełnianą marynarką na skromny stojak na odzienie wierzchnie; jakby się przyjrzeć można było dostrzec dokładne grawerowania na całej jego linii oraz wykonane z cięższego surowca nóżki. Po ściągnięciu tego, co miał na siebie narzucone, jego strój pasował do cieplejszego klimatu - biała koszula z zakasanymi rękawami sugerowała, że wyszedł z domu w pośpiechu i nie planował tego ukrywać, lniane spodnie kontrastowały, wręcz kłóciły się z odwieszoną przed chwilą marynarką, a skórzane półbuty nie nadawały się na szkockie szklaki. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Tak jak wspominałem, jeżeli będziesz potrzebowała miejsca do zatrzymania, ten dom jest wystarczająco na uboczu, aby nikt cię nie niepokoił. Niestety, wolałbym, abyś nie proponowała tego rozwiązania nikomu innemu - </span>to mówiąc, wyciągnął różdżkę i dotknął drewnianych paneli pod schodami w odpowiednim rytmie. Z podłogi zaczęły wyrastać pnącza, które ukształtowały się w niskie, ale solidne drzwi. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Dziadek był niski - </span>skomentował, nim puścił ją przodem.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[1.09.1972, Glenfinnan] Speak, friend, and enter]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4630</link>
			<pubDate>Sun, 23 Mar 2025 12:09:06 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=3">Albus Dumbledore</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4630</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">1 września 1972<br />
Glenfinnan, knajpa Szczeżuja</div>
<br />
To był wyjątkowo uroczy, słoneczny acz rześki poranek. Glenfinnan, w języku gaelickim zwane Gleann Fhionnainn, było niewielką miejscowością w Szkocji, znajdującą się przy północnym krańcu jeziora Loch Shiel. Mniej więcej 15 kilometrów na zachód od Fort William. Lecz nie to czyniło je wyjątkowym. Glenfinnan było czymś w rodzaju żywego pomnika, znane z ostatniego powstania Jakobitów. Było żywą historią - przechadzając się po ulicach tego miasteczka można było chłonąć nie tylko wspaniałe, świeże powietrze, doprawione wonią ogromnego jeziora, znajdującego się obok, ale także historię powstania Szkotów. Gdzieś niedaleko tuż przy jeziorze pięła się dumnie ku górze wieża, wzniesiona w 1815 roku, upamiętniająca biorących udział w powstaniu Szkotów. Każda cząsteczka powietrza zdawała się krzyczeć, że to miejsce historyczne, pamiętliwe, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">wyjątkowe</span>. Że to tutaj się coś rozpoczęło, że to tutaj została rozpalona iskra, wzniecająca ogień buntu. Być może to miejsce zostało wybrane nieprzypadkowo - a być może po prostu Dumbledore lubił smażone ryby, o których krzyczały standy i tablice, rozstawione co dwa kroki.<br />
<br />
Krzyk ptactwa znad jeziora był jeszcze niemrawy: było dość wcześnie, ulice dopiero budziły się do życia. Szczeżuja była, w istocie, malowniczą parterową knajpką, która wyglądała jednak na zamkniętą. Na drzwiach baru ktoś przybił tabliczkę: DZISIAJ NIECZYNNE. Czyżby Dumbledore się pomylił w wyznaczeniu miejsca? A może źle napisał datę? Okna gospody miały zasłonięte okiennice, ze środka nie wydobywał się żaden dźwięk świadczący o tym, że w Szczeżui ktoś jest. Jakby ten budynek oraz jego lokatorzy spali słodkim snem, tuląc się nawzajem w - o ironio - objęciach Morfeusza.<br />
<br />
<div class="mg">MG: Mirabella Plunkett</div>
<br />
<a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=393" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Morpheus Longbottom</a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">1 września 1972<br />
Glenfinnan, knajpa Szczeżuja</div>
<br />
To był wyjątkowo uroczy, słoneczny acz rześki poranek. Glenfinnan, w języku gaelickim zwane Gleann Fhionnainn, było niewielką miejscowością w Szkocji, znajdującą się przy północnym krańcu jeziora Loch Shiel. Mniej więcej 15 kilometrów na zachód od Fort William. Lecz nie to czyniło je wyjątkowym. Glenfinnan było czymś w rodzaju żywego pomnika, znane z ostatniego powstania Jakobitów. Było żywą historią - przechadzając się po ulicach tego miasteczka można było chłonąć nie tylko wspaniałe, świeże powietrze, doprawione wonią ogromnego jeziora, znajdującego się obok, ale także historię powstania Szkotów. Gdzieś niedaleko tuż przy jeziorze pięła się dumnie ku górze wieża, wzniesiona w 1815 roku, upamiętniająca biorących udział w powstaniu Szkotów. Każda cząsteczka powietrza zdawała się krzyczeć, że to miejsce historyczne, pamiętliwe, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">wyjątkowe</span>. Że to tutaj się coś rozpoczęło, że to tutaj została rozpalona iskra, wzniecająca ogień buntu. Być może to miejsce zostało wybrane nieprzypadkowo - a być może po prostu Dumbledore lubił smażone ryby, o których krzyczały standy i tablice, rozstawione co dwa kroki.<br />
<br />
Krzyk ptactwa znad jeziora był jeszcze niemrawy: było dość wcześnie, ulice dopiero budziły się do życia. Szczeżuja była, w istocie, malowniczą parterową knajpką, która wyglądała jednak na zamkniętą. Na drzwiach baru ktoś przybił tabliczkę: DZISIAJ NIECZYNNE. Czyżby Dumbledore się pomylił w wyznaczeniu miejsca? A może źle napisał datę? Okna gospody miały zasłonięte okiennice, ze środka nie wydobywał się żaden dźwięk świadczący o tym, że w Szczeżui ktoś jest. Jakby ten budynek oraz jego lokatorzy spali słodkim snem, tuląc się nawzajem w - o ironio - objęciach Morfeusza.<br />
<br />
<div class="mg">MG: Mirabella Plunkett</div>
<br />
<a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=393" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Morpheus Longbottom</a>]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>