<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Irlandia Płn. i Płd.]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Sat, 18 Apr 2026 04:09:46 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[|13.09.72| Irlandia, Waterford | Rodolphus x Cynthia]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5309</link>
			<pubDate>Tue, 04 Nov 2025 23:42:20 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=138">Cynthia Flint</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5309</guid>
			<description><![CDATA[Była niespokojna, a to nie zdarzało się Cynthii często. Rozpraszały ją te wszystkie bodźce dookoła, które przypominały o wydarzeniach ze spalonej nocy, których do końca nie ułożyła w głowie. Najgorszy był jednak smród, którego nie umiała pozbyć się z nozdrzy – ogień trawiący domy i ciała. Odór palonego, ludzkiego mięsa był bardzo specyficzny. Mało spała, mało odpoczywała, praktycznie wychodziła z kostnicy lub ze szpitala, gdzie pomagała przy poparzeniach, tylko po to, aby się odświeżyć w domu lub zobaczyć, czy ze Stanleyem było lepiej, bo przecież nadal nie mógł ruszać się z mieszkania poczciwego barmana. I chyba dla samej ucieczki, nie tylko dla braku świadków, podała mu w tamtej chwili Irlandzki adres z instrukcją, gdzie znajdzie kluczyk. Bo nie wracała do rezydencji Flintów, gdy nie musiała. Ojciec zadawał niewygodne pytania. Niewielkie mieszkanie w Waterford było najlepszym, co miała po Edwardzie. Cichym i tajemniczym miejscem, które w żaden sposób nie mogło na nią naprowadzić. Owszem, nie było luksusowe, ale praktyczne i odcięte od Londynu.<br />
<br />
Za ciemnozielonymi drzwiami kryła się główna izba. Była duża, stworzona z niewielkiej kuchni i pokoju dziennego, chyba zbyt małego, aby nazwać go salonem. Zdominowały to miejsce regały pełne ksiąg, suszonych ziół, składników alchemicznych czy kryształowych fiolek, rulonów zwiniętych pergaminów. Na jeden ze ścian tkwił duży kominek z kamienia w odcieniach szarości, w którym leniwie trzaskał ogień, pochłaniając drewniane belki – potraktowany teraz czarem, który niwelował ich zapach. Przy oknach były ciężkie zasłony, a naprzeciw kominka była niewielka kanapa oraz fotel z głębokimi siedziskami i poduszkami. Przed nimi stał mały, okrągły stolik z leżącą na nim apteczką i bandażami, przyborami do szycia błyszczącymi z głębi puszki. Miękki dywan dawał ciepło pod nogami, gdy siedziało się w tym miejscu i jednocześnie był jedyną ozdobą drewnianej podłogi, starej i skrzypiącej, ale pięknej, dębowej. Wszystko utrzymane było w neutralnych kolorach – odcieniach beżu, zieleni i odrobiny szarości, co zdaniem Flint, pozytywnie wpływało na skupienie. W powietrzu unosił się zapach ksiąg, kawy i maści leczniczej. Od izby odchodziły jeszcze drzwi do łazienki, niewielkiej spiżarni oraz sypialni. Była też piwnica, ale nigdy z niej nie korzystała. Przez uchylone okna wpadały podmuchy chłodnego wiatru, szum wody i zgiełk tętniącego życiem, turystycznego miasta.<br />
<br />
Nie ustalili konkretnego terminu, ale w każdym wspomnianym dniu, była tu się przebrać i na chwilę usiąść, zanim wróciła do chaosu w Londynie. Dziś nie było inaczej, więc zupełnie nie zaskoczył jej dźwięk kluczyka w zamku, przekręcenia trybików i skrzypnięcie otwieranych drzwi. Jedyną osobą, która poza ich dwójką o tym miejscu wiedziała, był Borgin, a ten raczej nie był w stanie się teleportować. Spojrzała na swoje odbicie w łazienkowym lustrze, przecierając twarz ręcznikiem. Włosy miała mokre, opadały jej na plecy i ramiona, przylepiając się do odkrytych fragmentów skóry. Przesunęła po nich palcami, poprawiając cienkie ramiączko od czarnej koszulki, którą na sobie miała i odrzuciła materiał na bok, przewieszając go na drążku przy prysznicu. W pomieszczeniu wciąż było dużo pary, pachniało kwiatem pomarańczy i jaśminem. Całe szczęście zdążyła chociaż trochę zamaskować twarz delikatnym makijażem, ukryć cienie pod oczami i zmęczenie, spierzchnięte usta pod bezbarwnym balsamem. Z pewnością on lepiej znosił to wszystko i już miał wszystko ułożone, nie plątał się w chaosie.<br />
<br />
Podłoga zaskrzypiała, a Cynthia wyszła z łazienki, zamykając za sobą drzwi. Oparła się o nie, chowając dłonie za siebie i wyprostowała głowę, obdarzając mężczyznę przenikliwym spojrzeniem. Wiedziała przecież, kto krył się pod maską tamtej nocy, a jednak zobaczenie tu ciemnowłosego było wciąż drobnym zaskoczeniem, jakby zupełnie nie składało się jej w całość. Miała dużo pytań, ale nie mogła wybrać właściwego, zdecydować się na jedno.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- A więc jesteś. Nie dałeś się złapać. -</span> rzuciła w końcu, a w tonie jej głosu, zwykle chłodnym i spokojnym, pojawiła się nuta jakieś ulgi, że jednak jej posłuchał i wybrał inne ulice, aby zniknąć sprzed nosa Ministerstwa, kolejny raz nieudolnego, jak je nazywał. Poczuła, jak kropla wody spływa jej po szyi, robiąc następną, mokrą plamę na materiale ubrania. Spojrzała na chwilę gdzieś na bok, zanim wysunęła dłonie do przodu i rozluźniła je, walcząc z chęcią wsunięcia ich do kieszeni ciemnych spodni. Stopy miała bose, przez co była niższa, niż zwykle, gdy nosiła obcasy. Bo przecież Cynthia zawsze chodziła w obcasach.<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - To Twoje oczy. To przez nie.</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Była niespokojna, a to nie zdarzało się Cynthii często. Rozpraszały ją te wszystkie bodźce dookoła, które przypominały o wydarzeniach ze spalonej nocy, których do końca nie ułożyła w głowie. Najgorszy był jednak smród, którego nie umiała pozbyć się z nozdrzy – ogień trawiący domy i ciała. Odór palonego, ludzkiego mięsa był bardzo specyficzny. Mało spała, mało odpoczywała, praktycznie wychodziła z kostnicy lub ze szpitala, gdzie pomagała przy poparzeniach, tylko po to, aby się odświeżyć w domu lub zobaczyć, czy ze Stanleyem było lepiej, bo przecież nadal nie mógł ruszać się z mieszkania poczciwego barmana. I chyba dla samej ucieczki, nie tylko dla braku świadków, podała mu w tamtej chwili Irlandzki adres z instrukcją, gdzie znajdzie kluczyk. Bo nie wracała do rezydencji Flintów, gdy nie musiała. Ojciec zadawał niewygodne pytania. Niewielkie mieszkanie w Waterford było najlepszym, co miała po Edwardzie. Cichym i tajemniczym miejscem, które w żaden sposób nie mogło na nią naprowadzić. Owszem, nie było luksusowe, ale praktyczne i odcięte od Londynu.<br />
<br />
Za ciemnozielonymi drzwiami kryła się główna izba. Była duża, stworzona z niewielkiej kuchni i pokoju dziennego, chyba zbyt małego, aby nazwać go salonem. Zdominowały to miejsce regały pełne ksiąg, suszonych ziół, składników alchemicznych czy kryształowych fiolek, rulonów zwiniętych pergaminów. Na jeden ze ścian tkwił duży kominek z kamienia w odcieniach szarości, w którym leniwie trzaskał ogień, pochłaniając drewniane belki – potraktowany teraz czarem, który niwelował ich zapach. Przy oknach były ciężkie zasłony, a naprzeciw kominka była niewielka kanapa oraz fotel z głębokimi siedziskami i poduszkami. Przed nimi stał mały, okrągły stolik z leżącą na nim apteczką i bandażami, przyborami do szycia błyszczącymi z głębi puszki. Miękki dywan dawał ciepło pod nogami, gdy siedziało się w tym miejscu i jednocześnie był jedyną ozdobą drewnianej podłogi, starej i skrzypiącej, ale pięknej, dębowej. Wszystko utrzymane było w neutralnych kolorach – odcieniach beżu, zieleni i odrobiny szarości, co zdaniem Flint, pozytywnie wpływało na skupienie. W powietrzu unosił się zapach ksiąg, kawy i maści leczniczej. Od izby odchodziły jeszcze drzwi do łazienki, niewielkiej spiżarni oraz sypialni. Była też piwnica, ale nigdy z niej nie korzystała. Przez uchylone okna wpadały podmuchy chłodnego wiatru, szum wody i zgiełk tętniącego życiem, turystycznego miasta.<br />
<br />
Nie ustalili konkretnego terminu, ale w każdym wspomnianym dniu, była tu się przebrać i na chwilę usiąść, zanim wróciła do chaosu w Londynie. Dziś nie było inaczej, więc zupełnie nie zaskoczył jej dźwięk kluczyka w zamku, przekręcenia trybików i skrzypnięcie otwieranych drzwi. Jedyną osobą, która poza ich dwójką o tym miejscu wiedziała, był Borgin, a ten raczej nie był w stanie się teleportować. Spojrzała na swoje odbicie w łazienkowym lustrze, przecierając twarz ręcznikiem. Włosy miała mokre, opadały jej na plecy i ramiona, przylepiając się do odkrytych fragmentów skóry. Przesunęła po nich palcami, poprawiając cienkie ramiączko od czarnej koszulki, którą na sobie miała i odrzuciła materiał na bok, przewieszając go na drążku przy prysznicu. W pomieszczeniu wciąż było dużo pary, pachniało kwiatem pomarańczy i jaśminem. Całe szczęście zdążyła chociaż trochę zamaskować twarz delikatnym makijażem, ukryć cienie pod oczami i zmęczenie, spierzchnięte usta pod bezbarwnym balsamem. Z pewnością on lepiej znosił to wszystko i już miał wszystko ułożone, nie plątał się w chaosie.<br />
<br />
Podłoga zaskrzypiała, a Cynthia wyszła z łazienki, zamykając za sobą drzwi. Oparła się o nie, chowając dłonie za siebie i wyprostowała głowę, obdarzając mężczyznę przenikliwym spojrzeniem. Wiedziała przecież, kto krył się pod maską tamtej nocy, a jednak zobaczenie tu ciemnowłosego było wciąż drobnym zaskoczeniem, jakby zupełnie nie składało się jej w całość. Miała dużo pytań, ale nie mogła wybrać właściwego, zdecydować się na jedno.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- A więc jesteś. Nie dałeś się złapać. -</span> rzuciła w końcu, a w tonie jej głosu, zwykle chłodnym i spokojnym, pojawiła się nuta jakieś ulgi, że jednak jej posłuchał i wybrał inne ulice, aby zniknąć sprzed nosa Ministerstwa, kolejny raz nieudolnego, jak je nazywał. Poczuła, jak kropla wody spływa jej po szyi, robiąc następną, mokrą plamę na materiale ubrania. Spojrzała na chwilę gdzieś na bok, zanim wysunęła dłonie do przodu i rozluźniła je, walcząc z chęcią wsunięcia ich do kieszeni ciemnych spodni. Stopy miała bose, przez co była niższa, niż zwykle, gdy nosiła obcasy. Bo przecież Cynthia zawsze chodziła w obcasach.<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - To Twoje oczy. To przez nie.</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[21.07.1972] Big boom]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3432</link>
			<pubDate>Mon, 17 Jun 2024 09:50:43 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=457">Mirabella Plunkett</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3432</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Rodolphus Lestrange - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Bajarz I</span></div></div>
<br />
Razem z Cainem udali się do Belfastu przy pomocy świstoklików. Szybko i nagle, bez zbędnego mitrężenia się. W tej sprawie było tak wiele wątków i tak wiele pośpiechu, że nie byli w stanie ogarnąć nawet szczoteczek do zębów czy pary gaci na zmianę. Dostali krótki, prosty rozkaz - sprawdźcie, czy Voldemort nie maczał w tym swoich wstrętnych paluchów. Zadanie proste jak drut, prawda? Prawda... Jednak prawda zawsze leży pośrodku i czasem ciężko się do niej dokopać.<br />
<br />
W obliczu ostatnich wydarzeń wśród magicznej i niemagicznej społeczności Ministerstwo Magii zdawało się być jeszcze ostrożniejsze - niektórzy mogliby stwierdzić, że to co stało się w Belfaście nie powinno zaprzątać głowy Ministry Magii, lecz przecież nikt nie miał pewności, że to były mugolskie porachunki. To był moment, w którym incognito wkraczało Biuro Aurorów. By się upewnić, by odkryć to, co być może ktoś próbował zatuszować. Przecież tak działali Śmierciożercy, prawda? Tworzyli chaos i niekoniecznie zawsze się pod nim podpisywali, a przynajmniej nie od razu. Ten chaos właśnie trwał, teraz, w tej chwili. Może nie zdążyli? A może ich wcale tam nie było? A może postacie w maskach i czerni siały właśnie rozpierdol wśród mugoli, chociaż oficjalnie nikt nie doniósł Ministrze o tym, by ktokolwiek widział podobne postacie. Atreus jednak doskonale wiedział, że nie zawsze informacje przepływały tak szybko, jak można by tego chcieć. Być może ktoś zauważył coś niepokojącego, lecz nie zdążył nikogo poinformować, bo właśnie leżał na ziemi i wydawał ostatnie tchnienie?<br />
<br />
Świstoklik przeniósł Atreusa w pobliże miasta - w miejsce, gdzie nagłe pojawienie się mężczyzny nie wzbudziłoby podejrzeń. Bulstrode miał okazję zerknąć na mapę z zaznaczonym miejscem wydarzenia. Mógł się przygotować, mógł się zatrzymać, mógł przemyśleć swoje kolejne kroki. Mógł <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">prawie wszystko</span>.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Rodolphus Lestrange - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Bajarz I</span></div></div>
<br />
Razem z Cainem udali się do Belfastu przy pomocy świstoklików. Szybko i nagle, bez zbędnego mitrężenia się. W tej sprawie było tak wiele wątków i tak wiele pośpiechu, że nie byli w stanie ogarnąć nawet szczoteczek do zębów czy pary gaci na zmianę. Dostali krótki, prosty rozkaz - sprawdźcie, czy Voldemort nie maczał w tym swoich wstrętnych paluchów. Zadanie proste jak drut, prawda? Prawda... Jednak prawda zawsze leży pośrodku i czasem ciężko się do niej dokopać.<br />
<br />
W obliczu ostatnich wydarzeń wśród magicznej i niemagicznej społeczności Ministerstwo Magii zdawało się być jeszcze ostrożniejsze - niektórzy mogliby stwierdzić, że to co stało się w Belfaście nie powinno zaprzątać głowy Ministry Magii, lecz przecież nikt nie miał pewności, że to były mugolskie porachunki. To był moment, w którym incognito wkraczało Biuro Aurorów. By się upewnić, by odkryć to, co być może ktoś próbował zatuszować. Przecież tak działali Śmierciożercy, prawda? Tworzyli chaos i niekoniecznie zawsze się pod nim podpisywali, a przynajmniej nie od razu. Ten chaos właśnie trwał, teraz, w tej chwili. Może nie zdążyli? A może ich wcale tam nie było? A może postacie w maskach i czerni siały właśnie rozpierdol wśród mugoli, chociaż oficjalnie nikt nie doniósł Ministrze o tym, by ktokolwiek widział podobne postacie. Atreus jednak doskonale wiedział, że nie zawsze informacje przepływały tak szybko, jak można by tego chcieć. Być może ktoś zauważył coś niepokojącego, lecz nie zdążył nikogo poinformować, bo właśnie leżał na ziemi i wydawał ostatnie tchnienie?<br />
<br />
Świstoklik przeniósł Atreusa w pobliże miasta - w miejsce, gdzie nagłe pojawienie się mężczyzny nie wzbudziłoby podejrzeń. Bulstrode miał okazję zerknąć na mapę z zaznaczonym miejscem wydarzenia. Mógł się przygotować, mógł się zatrzymać, mógł przemyśleć swoje kolejne kroki. Mógł <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">prawie wszystko</span>.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[21.07.1972] Make it out alive]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2660</link>
			<pubDate>Thu, 08 Feb 2024 19:27:47 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=357">Cain Bletchley</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2660</guid>
			<description><![CDATA[<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><a href="https://www.youtube.com/watch?v=68mL-gP67WA" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Tell me what you see<br />
Do the flowers grow?<br />
Or are they ghosts in a world we once called our home?</a></div>
<br />
<p>Wyjazd dalej niż do Doliny Godryka normalnie wiązałby się z bardzo wieloma konsekwencjami. Przygotowanie się, rozeznanie dokąd jedziesz, nawet głupie spakowanie wymagałoby chociaż chwili. Przynajmniej Bletchley nie musiał się martwić tym, że zapomni szczoteczki do zębów. Strach i trwoga rządziła sercami Irlandczyków, a jego głowa produkowała tak nędzne żarty, jak zawsze. Jeśli życie człowieka było coś warte, to zanikało w obliczu tragedii. Krew, ciała i pytania "dlaczego". Przeciętnemu człowiekowi wydawało się, że najgorsze co go czeka to ta trwoga przebiegająca londyńskimi dzielnicami. Ta o Śmierciożercach i o tym, że mugole nie mogli czuć się bezpieczni. Nie spoglądali jednak dalej. Nie śledzili wszystkich wydarzeń. Największą reakcją byłoby gwałtowne nabranie tchu, pokręcenie głową, powiedzenie: biedni ludzie... Ano, biedni. I co dalej? Empatia umierała wraz z dorosłością. Im dłużej żyłeś tym bardziej niedołężniałeś emocjonalnie. Stawałeś się obojętny, bo świat i ludzie wokół ciebie byli obojętni. </p>
<p>Było coś dobrego w tym, że Atreus z nim jechał. Coś, bo nie wszystko. Bo dlaczego akurat on, a nie na ten przykład Victoria, która była bardzo dobra w zaklęcia osłaniające? Nie kwestionował jednak kuzynki, ciotki, czy jakkolwiek określić ich relację. Jego i Harper. Nie interesowało go do końca, z kim się tam znajdzie, dopóki nie była to osoba obca. Inna sprawa, że nie wiedział do końca, czy Atreusowi można ufać ze względu na ludzi, przy których się kręcił. Cała śmietanka podejrzanego towarzystwa. Nie winił go za to, ale paranoja, kiedy miałeś wrogów wszędzie, robiła swoje. Mimo to - cieszył się. Bo strach, widzisz, musiałby być wryty w przeświadczenie, że oberwanie nożem w plecy byłoby czymś strasznym. Dla Caina byłoby to tylko jego niedopatrzenie ludzkiego zachowania. Jego wielka wina. Śmierć jak śmierć - każda była beznadziejnie bezsensowna, a zawsze sądził, że to właśnie taką umrze. Nie jak bohater w bitwie, tylko ześlizgując się z piątego piętra na balkonie, albo z kosą w plecach w jakiejś zatęchłej uliczce. Gdyby dostał nią w mieszkaniu to pewnie stara sąsiadka zdążyłaby się poskarżyć dopiero policji, że chyba ktoś tu uprawia za dużo orientalnej kuchni i to dlatego tak cuchnie na całej klatce schodowej. </p>
<p>Wziął ze sobą tylko plecak z najbardziej potrzebnymi rzeczami. Potrzebował paru rzeczy tak oczywistych, jak nie rzucanie się w oczy i unikanie wszystkiego, co chce cię zabić. Czyli potencjalnie całego Belfastu, a jednak to właśnie w jego serce miał wkroczyć. Czy to naprawdę robota Czarnego Pana? Jeśli tak, to mogliby to zostawić Irlandzkiemu wywiadowi, bo w samym Londynie mieli więcej problemów, nie musieli się angażować tutaj. Łatwo mówić, bo przecież Ministerstwo odpowiadało za wyspy i każdą część tego grajdołka. Byłoby bardzo nieprzyjemnym na niego trafić i wplątać się w jeszcze jakąś większą intrygę. Tak czy siak narzekanie było częścią życia, chociaż Cain niekoniecznie lubił narzekać na głos. Lepiej rodzić takie lekkie myśli, bo wcale, tak naprawdę, nie chciał tego zostawiać w pizdu. Nie tam, gdzie zagrożone było ludzkie życie. I chociaż ktoś, kto  by na niego spojrzał powiedziałby, że podchodzi do tego nieprofesjonalnie, zbyt lekko, to jeśli chodziło o Śmierciożerców, a nawet podejrzenie ich wystąpienia - nigdy nie przyjmował postawy ignorancji wobec przeciwnika.</p>
<p>Przygotowany świstoklik przeniósł go na miejsce - w okolice miasta, gdzie pojawienie się kogoś rzeczywiście nie rzucało się w oczy. Belfast nie był brzydkim miastem. Nie był nim, nim ktoś popierdolony postanowił wysadzić tutaj kilka bomb. Za swoje szczęście uważał życie wśród mugoli - poruszanie się po ich świecie nie było przez to takie straszne. Tak samo jak wiedza o tym, że karabin maszynowy i bomby mogą ci zrobić prawdziwą krzywdę i pod żadnym pozorem nie chcesz się z nimi spotkać. O ile poruszanie się w naturze było tragiczne, tak po mieście - wcale. Szczególnie, że w swojej głowie miał zapamiętaną całą mapę tego miejsca, a i aktualnie spoczywała (złożona) w jego dłoni. Bo bardziej ufał temu papierowi niż temu, że zetnie go ból głowy, kiedy będzie ją za bardzo przeciążał.</p>
<p>Idąc w kierunku miasta zawiązał lekką chustę na nosie i ustach, żeby niekoniecznie być wszem i wobec od razu rozpoznawalny, a dym nie gryzł tak w nos. Buchnięcia dymu z ogniem co jakiś czas podkreślały, że nie ma bardziej niebezpiecznego miejsca, w jakie można się udać, niż właśnie to. Zgodnie z posiadanymi informacjami udał się prosto na miejsca zdarzenia, żeby tam zacząć sprawę. </p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><a href="https://www.youtube.com/watch?v=68mL-gP67WA" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Tell me what you see<br />
Do the flowers grow?<br />
Or are they ghosts in a world we once called our home?</a></div>
<br />
<p>Wyjazd dalej niż do Doliny Godryka normalnie wiązałby się z bardzo wieloma konsekwencjami. Przygotowanie się, rozeznanie dokąd jedziesz, nawet głupie spakowanie wymagałoby chociaż chwili. Przynajmniej Bletchley nie musiał się martwić tym, że zapomni szczoteczki do zębów. Strach i trwoga rządziła sercami Irlandczyków, a jego głowa produkowała tak nędzne żarty, jak zawsze. Jeśli życie człowieka było coś warte, to zanikało w obliczu tragedii. Krew, ciała i pytania "dlaczego". Przeciętnemu człowiekowi wydawało się, że najgorsze co go czeka to ta trwoga przebiegająca londyńskimi dzielnicami. Ta o Śmierciożercach i o tym, że mugole nie mogli czuć się bezpieczni. Nie spoglądali jednak dalej. Nie śledzili wszystkich wydarzeń. Największą reakcją byłoby gwałtowne nabranie tchu, pokręcenie głową, powiedzenie: biedni ludzie... Ano, biedni. I co dalej? Empatia umierała wraz z dorosłością. Im dłużej żyłeś tym bardziej niedołężniałeś emocjonalnie. Stawałeś się obojętny, bo świat i ludzie wokół ciebie byli obojętni. </p>
<p>Było coś dobrego w tym, że Atreus z nim jechał. Coś, bo nie wszystko. Bo dlaczego akurat on, a nie na ten przykład Victoria, która była bardzo dobra w zaklęcia osłaniające? Nie kwestionował jednak kuzynki, ciotki, czy jakkolwiek określić ich relację. Jego i Harper. Nie interesowało go do końca, z kim się tam znajdzie, dopóki nie była to osoba obca. Inna sprawa, że nie wiedział do końca, czy Atreusowi można ufać ze względu na ludzi, przy których się kręcił. Cała śmietanka podejrzanego towarzystwa. Nie winił go za to, ale paranoja, kiedy miałeś wrogów wszędzie, robiła swoje. Mimo to - cieszył się. Bo strach, widzisz, musiałby być wryty w przeświadczenie, że oberwanie nożem w plecy byłoby czymś strasznym. Dla Caina byłoby to tylko jego niedopatrzenie ludzkiego zachowania. Jego wielka wina. Śmierć jak śmierć - każda była beznadziejnie bezsensowna, a zawsze sądził, że to właśnie taką umrze. Nie jak bohater w bitwie, tylko ześlizgując się z piątego piętra na balkonie, albo z kosą w plecach w jakiejś zatęchłej uliczce. Gdyby dostał nią w mieszkaniu to pewnie stara sąsiadka zdążyłaby się poskarżyć dopiero policji, że chyba ktoś tu uprawia za dużo orientalnej kuchni i to dlatego tak cuchnie na całej klatce schodowej. </p>
<p>Wziął ze sobą tylko plecak z najbardziej potrzebnymi rzeczami. Potrzebował paru rzeczy tak oczywistych, jak nie rzucanie się w oczy i unikanie wszystkiego, co chce cię zabić. Czyli potencjalnie całego Belfastu, a jednak to właśnie w jego serce miał wkroczyć. Czy to naprawdę robota Czarnego Pana? Jeśli tak, to mogliby to zostawić Irlandzkiemu wywiadowi, bo w samym Londynie mieli więcej problemów, nie musieli się angażować tutaj. Łatwo mówić, bo przecież Ministerstwo odpowiadało za wyspy i każdą część tego grajdołka. Byłoby bardzo nieprzyjemnym na niego trafić i wplątać się w jeszcze jakąś większą intrygę. Tak czy siak narzekanie było częścią życia, chociaż Cain niekoniecznie lubił narzekać na głos. Lepiej rodzić takie lekkie myśli, bo wcale, tak naprawdę, nie chciał tego zostawiać w pizdu. Nie tam, gdzie zagrożone było ludzkie życie. I chociaż ktoś, kto  by na niego spojrzał powiedziałby, że podchodzi do tego nieprofesjonalnie, zbyt lekko, to jeśli chodziło o Śmierciożerców, a nawet podejrzenie ich wystąpienia - nigdy nie przyjmował postawy ignorancji wobec przeciwnika.</p>
<p>Przygotowany świstoklik przeniósł go na miejsce - w okolice miasta, gdzie pojawienie się kogoś rzeczywiście nie rzucało się w oczy. Belfast nie był brzydkim miastem. Nie był nim, nim ktoś popierdolony postanowił wysadzić tutaj kilka bomb. Za swoje szczęście uważał życie wśród mugoli - poruszanie się po ich świecie nie było przez to takie straszne. Tak samo jak wiedza o tym, że karabin maszynowy i bomby mogą ci zrobić prawdziwą krzywdę i pod żadnym pozorem nie chcesz się z nimi spotkać. O ile poruszanie się w naturze było tragiczne, tak po mieście - wcale. Szczególnie, że w swojej głowie miał zapamiętaną całą mapę tego miejsca, a i aktualnie spoczywała (złożona) w jego dłoni. Bo bardziej ufał temu papierowi niż temu, że zetnie go ból głowy, kiedy będzie ją za bardzo przeciążał.</p>
<p>Idąc w kierunku miasta zawiązał lekką chustę na nosie i ustach, żeby niekoniecznie być wszem i wobec od razu rozpoznawalny, a dym nie gryzł tak w nos. Buchnięcia dymu z ogniem co jakiś czas podkreślały, że nie ma bardziej niebezpiecznego miejsca, w jakie można się udać, niż właśnie to. Zgodnie z posiadanymi informacjami udał się prosto na miejsca zdarzenia, żeby tam zacząć sprawę. </p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[11.06.1972, Irlandia] Mózg w przyszłości | Rodolphus, Morpheus]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2529</link>
			<pubDate>Fri, 05 Jan 2024 12:05:45 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=369">Rodolphus Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2529</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Rodolphus Lestrange - osiągnięcie Piszę, więc jestem<br />
Rozliczono - Morpheus Longbottom - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span></div></div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">11 czerwca 1972<br />
Irlandia</div>
<br />
Nieczęsto zdarzało się, żeby Rodolphus był wysyłany "w teren". Zwykle jego praca ograniczała się do prowadzenia dokumentacji i przeprowadzania badań na terenie Ministerstwa, lecz zdarzało się niezwykle rzadko, tak jak teraz, że <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">coś</span> wzbudzało w Departamencie Tajemnic tyle uwagi, by niezwłocznie posłać w dane miejsce na świecie jednego z Niewymownych. W przypadku tej sprawy - wysłano dwóch.<br />
<br />
Morpheus widział... <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">coś</span>. Coś, co mroziło krew w żyłach. Przepowiednię, wróżbę, która sprawiła, że jego przełożeni podjęli decyzję o niezwłocznym zbadaniu sprawy. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dorosła kobieta w średnim wieku stała z różdżką nad sparaliżowanym mężczyzną. Leżał nieruchomo, z rękoma wzdłuż ciała, i patrzył z przerażeniem, jak czarownica nachyla się z obłąkańczym uśmiechem, by powoli, mozolnie zacząć przy pomocy zaklęcia zacząć rozcinać skórę głowy. Zaczęła od skroni. W tle widać było regał ze słoikami, w których znajdowały się mózgi. Mniejsze, większe - część była najpewniej zwierzęca, lecz wszystko wskazywało na to, że nie wszystkie. Widzieli chatę na uboczu, niedaleko klifu i lasu. Nie paliło się w niej światło.</span><br />
<br />
Dlaczego nie wysłano Aurorów? Czemu nie zajął się tym BUM? To były dobre pytania, lecz nikt ich nie zadał. Być może kompetencje obu wydziałów zbytnio się nałożyły, ale to Departament Tajemnic miał powód, by wysłać swoich ludzi do Irlandii? A być może to było... Przeczucie? Wróżba, coś niepewnego. Najpierw wypadałoby to sprawdzić, zanim wyśle się prośbę o wsparcie. Bo przecież nie każda wizja była prawdziwa, być może nie dopuszczą do ataku. Być może się mylą. A być może przybędą, gdy będzie za późno? Wtedy oddadzą sprawę do BUMu. Możliwości było wiele.<br />
<br />
Rodolphus i Morpheus teleportowali się do wioski, którą udało im się dopasować do wizji z Departamentu. Wszystko wskazywało na to, że to tutaj dochodziło do... No właśnie, czego? Abominacji, morderstw? Badań poza okiem Ministerstwa? Nikt nie rozpoznawał czarownicy z wizji, możliwe więc że była poza całkowitą kontrolą magiczną z Londynu. Podczas wizji nie mówiła, ale jej wygląd sugerował, że nie pochodzi stąd. Może z innej szkoły magicznej? Zdecydowanie było tu zbyt dużo pytań i zbyt mało odpowiedzi.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Pamiętasz, który to był dom?</span> - wioska, obok której wylądowali, była niewielka, ale na tyle spora, że zaglądanie w okna mieszkańcom nie wchodziło w grę, bo było tylko marnotrawieniem czasu. Rodolphus nie widział przepowiedni, musiał polegać na Morpheusie. Młody Lestrange nie lubił być zależny od innych osób, lecz w tej sytuacji nie miał wyjścia. On potrzebował Morpheusa, a Morpheus - jego. By ocenić zagrożenie, straty i całą sytuację.<br />
<br />
Rodolphus ubrany był tak, jak zawsze. Longbottom nie widział go chyba w żadnym innym wydaniu, niż w wygodnym garniturze, ze śnieżnobiałą koszulą i robioną na wymiar marynarką oraz kamizelką. Czasem miał też płaszcz. Wyglądało na to, że albo chłopak chodził notorycznie w tych samych ubraniach, albo stawiał na prosty, nieskomplikowany ubiór i miał kilka takich kompletów w mieszkaniu. Rodolphus mało też o sobie mówił. W ogóle mało mówił, gdy się mijali na korytarzach Ministerstwa. I to nie tylko do niego się nie odzywał - nie utrzymywał stosunków praktycznie z nikim z Ministerstwa. Poza oczywiście tymi niezbędnymi do pracy. Młody mężczyzna był wysoki, miał prawie 190 cm wzrostu. Zawsze był gładko ogolony i dzisiejszy dzień nie był wyjątkiem. Poza tym miał zaczesane do tyłu, czarne jak smoła włosy i dość bladą cerę, jakby w jego naturze leżało unikanie słońca. Jedyną charakterystyczną rzeczą z wyglądu były oczy, jasnoszare, przenikliwe i mocno kontrastujące z czarnymi rzęsami. Miał niemal zawsze zwężone źrenice, przez co gdy patrzył na rozmówcę, mógł wprowadzać go w pewien rodzaj dyskomfortu. Te oczy były dziwne, zimne, jakby Lestrange już za młodu został wyprany z emocji. Ale Morpheus wiedział, że to tylko pozory. Każdy wiedział, że jest zaręczony z panną Black, za którą gotów był zrobić niemal wszystko. Jak ktoś, kto tak kochał, mógłby nie posiadać emocji?]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Rodolphus Lestrange - osiągnięcie Piszę, więc jestem<br />
Rozliczono - Morpheus Longbottom - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span></div></div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">11 czerwca 1972<br />
Irlandia</div>
<br />
Nieczęsto zdarzało się, żeby Rodolphus był wysyłany "w teren". Zwykle jego praca ograniczała się do prowadzenia dokumentacji i przeprowadzania badań na terenie Ministerstwa, lecz zdarzało się niezwykle rzadko, tak jak teraz, że <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">coś</span> wzbudzało w Departamencie Tajemnic tyle uwagi, by niezwłocznie posłać w dane miejsce na świecie jednego z Niewymownych. W przypadku tej sprawy - wysłano dwóch.<br />
<br />
Morpheus widział... <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">coś</span>. Coś, co mroziło krew w żyłach. Przepowiednię, wróżbę, która sprawiła, że jego przełożeni podjęli decyzję o niezwłocznym zbadaniu sprawy. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dorosła kobieta w średnim wieku stała z różdżką nad sparaliżowanym mężczyzną. Leżał nieruchomo, z rękoma wzdłuż ciała, i patrzył z przerażeniem, jak czarownica nachyla się z obłąkańczym uśmiechem, by powoli, mozolnie zacząć przy pomocy zaklęcia zacząć rozcinać skórę głowy. Zaczęła od skroni. W tle widać było regał ze słoikami, w których znajdowały się mózgi. Mniejsze, większe - część była najpewniej zwierzęca, lecz wszystko wskazywało na to, że nie wszystkie. Widzieli chatę na uboczu, niedaleko klifu i lasu. Nie paliło się w niej światło.</span><br />
<br />
Dlaczego nie wysłano Aurorów? Czemu nie zajął się tym BUM? To były dobre pytania, lecz nikt ich nie zadał. Być może kompetencje obu wydziałów zbytnio się nałożyły, ale to Departament Tajemnic miał powód, by wysłać swoich ludzi do Irlandii? A być może to było... Przeczucie? Wróżba, coś niepewnego. Najpierw wypadałoby to sprawdzić, zanim wyśle się prośbę o wsparcie. Bo przecież nie każda wizja była prawdziwa, być może nie dopuszczą do ataku. Być może się mylą. A być może przybędą, gdy będzie za późno? Wtedy oddadzą sprawę do BUMu. Możliwości było wiele.<br />
<br />
Rodolphus i Morpheus teleportowali się do wioski, którą udało im się dopasować do wizji z Departamentu. Wszystko wskazywało na to, że to tutaj dochodziło do... No właśnie, czego? Abominacji, morderstw? Badań poza okiem Ministerstwa? Nikt nie rozpoznawał czarownicy z wizji, możliwe więc że była poza całkowitą kontrolą magiczną z Londynu. Podczas wizji nie mówiła, ale jej wygląd sugerował, że nie pochodzi stąd. Może z innej szkoły magicznej? Zdecydowanie było tu zbyt dużo pytań i zbyt mało odpowiedzi.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Pamiętasz, który to był dom?</span> - wioska, obok której wylądowali, była niewielka, ale na tyle spora, że zaglądanie w okna mieszkańcom nie wchodziło w grę, bo było tylko marnotrawieniem czasu. Rodolphus nie widział przepowiedni, musiał polegać na Morpheusie. Młody Lestrange nie lubił być zależny od innych osób, lecz w tej sytuacji nie miał wyjścia. On potrzebował Morpheusa, a Morpheus - jego. By ocenić zagrożenie, straty i całą sytuację.<br />
<br />
Rodolphus ubrany był tak, jak zawsze. Longbottom nie widział go chyba w żadnym innym wydaniu, niż w wygodnym garniturze, ze śnieżnobiałą koszulą i robioną na wymiar marynarką oraz kamizelką. Czasem miał też płaszcz. Wyglądało na to, że albo chłopak chodził notorycznie w tych samych ubraniach, albo stawiał na prosty, nieskomplikowany ubiór i miał kilka takich kompletów w mieszkaniu. Rodolphus mało też o sobie mówił. W ogóle mało mówił, gdy się mijali na korytarzach Ministerstwa. I to nie tylko do niego się nie odzywał - nie utrzymywał stosunków praktycznie z nikim z Ministerstwa. Poza oczywiście tymi niezbędnymi do pracy. Młody mężczyzna był wysoki, miał prawie 190 cm wzrostu. Zawsze był gładko ogolony i dzisiejszy dzień nie był wyjątkiem. Poza tym miał zaczesane do tyłu, czarne jak smoła włosy i dość bladą cerę, jakby w jego naturze leżało unikanie słońca. Jedyną charakterystyczną rzeczą z wyglądu były oczy, jasnoszare, przenikliwe i mocno kontrastujące z czarnymi rzęsami. Miał niemal zawsze zwężone źrenice, przez co gdy patrzył na rozmówcę, mógł wprowadzać go w pewien rodzaj dyskomfortu. Te oczy były dziwne, zimne, jakby Lestrange już za młodu został wyprany z emocji. Ale Morpheus wiedział, że to tylko pozory. Każdy wiedział, że jest zaręczony z panną Black, za którą gotów był zrobić niemal wszystko. Jak ktoś, kto tak kochał, mógłby nie posiadać emocji?]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[8-9- Maj 1972 | Irlandia, Waterford | Cynthia & Stanley]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2189</link>
			<pubDate>Thu, 02 Nov 2023 01:40:31 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=138">Cynthia Flint</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2189</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">
Rozliczono - Stanley Borgin - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz tajemnic I</span></div></div>
<br />
<div class="divek">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-size: large;" class="mycode_size">Grzyb z grzybem się nie zejdzie, ale grzybiarz z grzybiarzem zawsze</span></span></span></div></div>
<br />
Teleportacja nigdy nie była przyjemna. Wprowadzała zamęt, świat wirował i barwy zlewały się szarą breję, dlatego preferowała zamykać oczy. Nie trwało to długo, a jednak sekundy wlekły się w nieskończoność. Dwie sylwetki zjawiły się znikąd, stopami przywierając do brukowanej uliczki, nie wzbudzając niczyich podejrzeń. Wiatr był nieco chłodniejszy, niż na Pokątnej, pachniał trochę wodą, a w powietrzu skrzeczały mewy. Gdyby dookoła nie panował taki pośpiech, nie przejeżdżałyby samochody lub nawet powozy, których drewniane koła stukały w akompaniamencie końskich kopyt o kostkę, dałoby się usłyszeć szum. Nie byli już w Wielkiej Brytanii. Wyprostowała się, unosząc powieki i omiotła wzrokiem przestrzeń dookoła, łapiąc głębszy oddech. Wciąż czuła uścisk na żołądku, drobne zawroty głowy, ale było to zbyt mało, aby powstrzymało ją to przed ruszeniem przed siebie. Zerknęła na niego tylko przelotnie, prowadząc go bez słowa za sobą i skręcając w prawo, gdzie szli dobre pięć minut, aż dotarli do starej kamienicy. Miasteczko wydawało się popularne, mógł dostrzec mnóstwo turystów, którzy mówili w wielu językach świata. Mieszkanie, które się tu znajdowało, było prezentem — jedynym przydatnym, nie licząc schowanego w jej szkatułce pierścionka — od nieboszczyka Edwarda. I nawet ojciec o tym nie wiedział, nie widniało pod jej nazwiskiem. Zabezpieczone było tak, że bez konkretnego adresu i świadomości, że było właśnie w tym budynku, znalezienie go zdawało się niemożliwe. Nie weszli jednak do klatki, drzwi pojawiły się nagle, ciemnozielone o złotej klamce. Wyjęła z kieszeni płaszcza kluczyk, otwierając zamek i wpuszczając go do środka, zamknęła za nimi, uciszając panujący na zewnątrz harmider. Dopiero tu go puściła, pozwalając sobie na zsunięcie płaszcza i rzucenie go razem z torebką na krzesło stojące nieco głębiej we wnętrzu dość dużego pomieszczenia. Łączyło ono ze sobą malutką kuchnię i salon, chociaż znaczną część zajmowały regały uginające się od ksiąg, składników czy fiolek. Dominował też duży kominek, wykonany z kamieni w odcieniach szarości, który zresztą Cynhia rozpaliła zaraz za pomocą prostego zaklęcia. Był wieczór, a ciężkie zasłony skutecznie uniemożliwiały wyjrzenie przez okno, które znajdowało się za stołem. Wpatrywała się chwile w ogień, który leniwie pochłaniał drewno, skwiercząc leniwie. Przed kominkiem znajdował się fotel, mała kanapa o głębokim siedzisku oraz mały, okrągły stolik — tkwiło to wszystko na dywanie, jedynej ozdobie drewnianej, starej podłogi. Dominowały tu neutralne kolory, zieleń razem z beżem oraz odcieniami szarości, wszystko stonowane i pomagające utrzymać skupienie. Wszystko było trochę zakurzone, jednak w powietrzu nie było czuć stęchlizny, a delikatny zapach kwiatu pomarańczy oraz pergaminów, których stos leżał porzucony na stole. Odłożyła różdżkę, odwracając się przodem do swojego gościa i omiotła go spojrzeniem, zatrzymując się na oczach Stanleya i unosząc brwi. Skrzyżowała ręce pod biustem, zadając mu nieme pytanie, jakby oczekiwała, że mężczyzna się domyśli, o co jej chodzi. I faktycznie, nie powinno to stanowić dla niego absolutnie żadnego problemu. Zrobiła krok w jego stronę, a potem następny, zatrzymując się tak, że musiała nieco odchylić głowę, aby na niego spojrzeć — pomimo obcasów, które chwilę wcześniej przerwały ciszę panującą w mieszkaniu. Stuknęła palcami o swoje ramiona, a na pasmach jasnych włosów zatańczyły refleksy kominkowego ognia. Nigdy nie była dobra w rozmówki, chociaż spojrzenie miała bardzo wymowne, ale o tym Stanley też wiedział. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Jesteś mi winien przysługę za ten atlas. A więc chcę, żebyś zrzucił maskę, bo wtedy i ja będę mogła to zrobić.  -</span> oznajmiła mu cicho, chociaż i tak nie zamierzała nigdzie na niego donosić lub też wykorzystywać go w załatwianiu spraw, które mógł ją podejrzewać.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">
Rozliczono - Stanley Borgin - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz tajemnic I</span></div></div>
<br />
<div class="divek">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-size: large;" class="mycode_size">Grzyb z grzybem się nie zejdzie, ale grzybiarz z grzybiarzem zawsze</span></span></span></div></div>
<br />
Teleportacja nigdy nie była przyjemna. Wprowadzała zamęt, świat wirował i barwy zlewały się szarą breję, dlatego preferowała zamykać oczy. Nie trwało to długo, a jednak sekundy wlekły się w nieskończoność. Dwie sylwetki zjawiły się znikąd, stopami przywierając do brukowanej uliczki, nie wzbudzając niczyich podejrzeń. Wiatr był nieco chłodniejszy, niż na Pokątnej, pachniał trochę wodą, a w powietrzu skrzeczały mewy. Gdyby dookoła nie panował taki pośpiech, nie przejeżdżałyby samochody lub nawet powozy, których drewniane koła stukały w akompaniamencie końskich kopyt o kostkę, dałoby się usłyszeć szum. Nie byli już w Wielkiej Brytanii. Wyprostowała się, unosząc powieki i omiotła wzrokiem przestrzeń dookoła, łapiąc głębszy oddech. Wciąż czuła uścisk na żołądku, drobne zawroty głowy, ale było to zbyt mało, aby powstrzymało ją to przed ruszeniem przed siebie. Zerknęła na niego tylko przelotnie, prowadząc go bez słowa za sobą i skręcając w prawo, gdzie szli dobre pięć minut, aż dotarli do starej kamienicy. Miasteczko wydawało się popularne, mógł dostrzec mnóstwo turystów, którzy mówili w wielu językach świata. Mieszkanie, które się tu znajdowało, było prezentem — jedynym przydatnym, nie licząc schowanego w jej szkatułce pierścionka — od nieboszczyka Edwarda. I nawet ojciec o tym nie wiedział, nie widniało pod jej nazwiskiem. Zabezpieczone było tak, że bez konkretnego adresu i świadomości, że było właśnie w tym budynku, znalezienie go zdawało się niemożliwe. Nie weszli jednak do klatki, drzwi pojawiły się nagle, ciemnozielone o złotej klamce. Wyjęła z kieszeni płaszcza kluczyk, otwierając zamek i wpuszczając go do środka, zamknęła za nimi, uciszając panujący na zewnątrz harmider. Dopiero tu go puściła, pozwalając sobie na zsunięcie płaszcza i rzucenie go razem z torebką na krzesło stojące nieco głębiej we wnętrzu dość dużego pomieszczenia. Łączyło ono ze sobą malutką kuchnię i salon, chociaż znaczną część zajmowały regały uginające się od ksiąg, składników czy fiolek. Dominował też duży kominek, wykonany z kamieni w odcieniach szarości, który zresztą Cynhia rozpaliła zaraz za pomocą prostego zaklęcia. Był wieczór, a ciężkie zasłony skutecznie uniemożliwiały wyjrzenie przez okno, które znajdowało się za stołem. Wpatrywała się chwile w ogień, który leniwie pochłaniał drewno, skwiercząc leniwie. Przed kominkiem znajdował się fotel, mała kanapa o głębokim siedzisku oraz mały, okrągły stolik — tkwiło to wszystko na dywanie, jedynej ozdobie drewnianej, starej podłogi. Dominowały tu neutralne kolory, zieleń razem z beżem oraz odcieniami szarości, wszystko stonowane i pomagające utrzymać skupienie. Wszystko było trochę zakurzone, jednak w powietrzu nie było czuć stęchlizny, a delikatny zapach kwiatu pomarańczy oraz pergaminów, których stos leżał porzucony na stole. Odłożyła różdżkę, odwracając się przodem do swojego gościa i omiotła go spojrzeniem, zatrzymując się na oczach Stanleya i unosząc brwi. Skrzyżowała ręce pod biustem, zadając mu nieme pytanie, jakby oczekiwała, że mężczyzna się domyśli, o co jej chodzi. I faktycznie, nie powinno to stanowić dla niego absolutnie żadnego problemu. Zrobiła krok w jego stronę, a potem następny, zatrzymując się tak, że musiała nieco odchylić głowę, aby na niego spojrzeć — pomimo obcasów, które chwilę wcześniej przerwały ciszę panującą w mieszkaniu. Stuknęła palcami o swoje ramiona, a na pasmach jasnych włosów zatańczyły refleksy kominkowego ognia. Nigdy nie była dobra w rozmówki, chociaż spojrzenie miała bardzo wymowne, ale o tym Stanley też wiedział. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Jesteś mi winien przysługę za ten atlas. A więc chcę, żebyś zrzucił maskę, bo wtedy i ja będę mogła to zrobić.  -</span> oznajmiła mu cicho, chociaż i tak nie zamierzała nigdzie na niego donosić lub też wykorzystywać go w załatwianiu spraw, które mógł ją podejrzewać.]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>