<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Snowdonia]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Sat, 18 Apr 2026 04:09:46 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[[22/09/72, Mabon w domu Rowle] Dawno, dawno temu za smoczymi górami]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5889</link>
			<pubDate>Tue, 24 Mar 2026 18:32:56 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=523">Helloise Rowle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5889</guid>
			<description><![CDATA[<div class="poszukiwania"><div class="poszukiwania2">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=RpeVJnP.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=RpeVJnP.png]" class="mycode_img" /></div>
<h1>Dawno, dawno temu za smoczymi górami...</h1><br />
Posiadłość Rowle’ów wzniesiono z kamienia, który od wieków opierał się smokom; posiadłość stała nad jeziorem Llyn Llydaw i przeglądała się w jego czystej tafli. Dwór od ostrych górskich wiatrów chroniło zielone Yr Wyddfa i łańcuch skalistych wzgórz okalających basen. Wokół dziedzińca, w pewnym oddaleniu od głównego budynku, stały rzędy zabudowy gospodarczej — składnice wszelakich sprzętów i narzędzi, magazyny zapasów, niewielki warsztat — a także mniejsze domki dla pracowników rezerwatu. Wzrok najwięcej przyciągały woliery, za którymi sypały się iskry z hodowanych tam smoczogników. Gady można było podziwiać, przysiadłwszy na jednej z dwóch czy trzech kamiennych ław ustawionych na skraju podwórza.<br />
Dom rodu Rowle, choć ciężki i surowy, nie dawał się opisać słowem <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">mały</span> — wręcz przeciwnie: korytarze zdawały się nieco zbyt szerokie, sufity nieco zbyt wysokie, pokoje nieco zbyt przepastne. Gdyby smok jaki zapragnął dołączyć do uczty rodowej, zmieściłby się w podwójnych drzwiach rezydencji, bez problemu przekroczył długość hallu prowadzącą do głównej sali i znalazł w niej dla siebie miejsce. Przylegający do sali duży taras zawieszony był nad wodą i pozwalał przez masywne balustrady zaglądać w ciemną jeziorną toń. Rząd wysokich okien otwierał z tej jadalni przestronny widok na Llyn Llydaw. Przez szyby wpadało do wnętrza światło dnia, w którego promieniach grzały się zimne łuski smoka przedstawionego na reliefie ciągnącym się przez całą długość ściany z nagiego kamienia. Łeb olbrzymiej rzeźbionej bestii zwrócony był ku miejscu przeznaczonemu dla głowy rodu.<br />
Aby dotrzeć do prywatnych pokojów członków rodziny — sypialni i gabinetów — należało wejść na piętro, cały zaś parter przeznaczony był na część reprezentacyjną dworu. Znajdowały się tu salon, bawialnia, biblioteczka i kuchnia, lecz tego dnia wszyscy domownicy i goście zebrani byli w sali jadalnej. Przy długim stole siedziały już pierwsze osoby w odświętnych szatach; skupili się w niewielkich grupkach, w których toczyły się swobodne, pogodne rozmowy. Melodyjny podkład tym dyskusjom dawały tradycyjne walijskie utwory grane przy wygaszonym kominku przez kilka zaklętych instrumentów. Zebrali się więc w Snowdonii wujowie, ciotki, kuzyni — zjechali oni do rodzinnego gniazda, aby spojrzeć przy uroczystej kolacji w twarze krewnych, niektórych dawno niewidzianych. Wśród nich miejsce u szczytu stołu zajmował Lazarus Rowle z małżonką, obok państwa przeznaczono krzesła dla ich syna, Leviathana, oraz matki Lazarusa, Sofii. Była to spokojna pani, która zestarzała się z gracją czystokrwistej damy mogącej uchodzić za wzór rozwagi, kobiecej łagodności i kompromisu pomiędzy salonową klasą a życiową praktycznością.<br />
Pan domu, choć nieukazujący tego wylewnie, był w dobrym humorze. Włości Rowle’ów znajdowały się przecież z dala od pasma pożogi, nikt się tu przejąć żadnymi stratami materialnymi nie musiał. Wręcz przeciwnie — można by rzec, że wielu przy tym stole widziało w niedawnej tragedii powody do świętowania.<br />
Sala nie była nadmiernie przyozdobiona. Jedyne dekoracje to drobne stroiki splecione z jesiennych darów natury ułożone tu i tam na stole, który lada chwila miał zostać bogato zastawiony półmiskami. Już docierał z kuchni pierwszy aromat soczystych, pieczonych mięsiw. Królować miały przepiórki nadziewane kasztanami i żurawiną, placki dyniowe o delikatnym, korzennym aromacie i chrupiące paszteciki z dziczyzną oraz leśnymi grzybami. Podano także dojrzewające przez lata wina, wzmacniane nalewki oraz gęste, słodkie miody pitne podawane w zdobionych kielichach.</div></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="poszukiwania"><div class="poszukiwania2">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=RpeVJnP.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=RpeVJnP.png]" class="mycode_img" /></div>
<h1>Dawno, dawno temu za smoczymi górami...</h1><br />
Posiadłość Rowle’ów wzniesiono z kamienia, który od wieków opierał się smokom; posiadłość stała nad jeziorem Llyn Llydaw i przeglądała się w jego czystej tafli. Dwór od ostrych górskich wiatrów chroniło zielone Yr Wyddfa i łańcuch skalistych wzgórz okalających basen. Wokół dziedzińca, w pewnym oddaleniu od głównego budynku, stały rzędy zabudowy gospodarczej — składnice wszelakich sprzętów i narzędzi, magazyny zapasów, niewielki warsztat — a także mniejsze domki dla pracowników rezerwatu. Wzrok najwięcej przyciągały woliery, za którymi sypały się iskry z hodowanych tam smoczogników. Gady można było podziwiać, przysiadłwszy na jednej z dwóch czy trzech kamiennych ław ustawionych na skraju podwórza.<br />
Dom rodu Rowle, choć ciężki i surowy, nie dawał się opisać słowem <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">mały</span> — wręcz przeciwnie: korytarze zdawały się nieco zbyt szerokie, sufity nieco zbyt wysokie, pokoje nieco zbyt przepastne. Gdyby smok jaki zapragnął dołączyć do uczty rodowej, zmieściłby się w podwójnych drzwiach rezydencji, bez problemu przekroczył długość hallu prowadzącą do głównej sali i znalazł w niej dla siebie miejsce. Przylegający do sali duży taras zawieszony był nad wodą i pozwalał przez masywne balustrady zaglądać w ciemną jeziorną toń. Rząd wysokich okien otwierał z tej jadalni przestronny widok na Llyn Llydaw. Przez szyby wpadało do wnętrza światło dnia, w którego promieniach grzały się zimne łuski smoka przedstawionego na reliefie ciągnącym się przez całą długość ściany z nagiego kamienia. Łeb olbrzymiej rzeźbionej bestii zwrócony był ku miejscu przeznaczonemu dla głowy rodu.<br />
Aby dotrzeć do prywatnych pokojów członków rodziny — sypialni i gabinetów — należało wejść na piętro, cały zaś parter przeznaczony był na część reprezentacyjną dworu. Znajdowały się tu salon, bawialnia, biblioteczka i kuchnia, lecz tego dnia wszyscy domownicy i goście zebrani byli w sali jadalnej. Przy długim stole siedziały już pierwsze osoby w odświętnych szatach; skupili się w niewielkich grupkach, w których toczyły się swobodne, pogodne rozmowy. Melodyjny podkład tym dyskusjom dawały tradycyjne walijskie utwory grane przy wygaszonym kominku przez kilka zaklętych instrumentów. Zebrali się więc w Snowdonii wujowie, ciotki, kuzyni — zjechali oni do rodzinnego gniazda, aby spojrzeć przy uroczystej kolacji w twarze krewnych, niektórych dawno niewidzianych. Wśród nich miejsce u szczytu stołu zajmował Lazarus Rowle z małżonką, obok państwa przeznaczono krzesła dla ich syna, Leviathana, oraz matki Lazarusa, Sofii. Była to spokojna pani, która zestarzała się z gracją czystokrwistej damy mogącej uchodzić za wzór rozwagi, kobiecej łagodności i kompromisu pomiędzy salonową klasą a życiową praktycznością.<br />
Pan domu, choć nieukazujący tego wylewnie, był w dobrym humorze. Włości Rowle’ów znajdowały się przecież z dala od pasma pożogi, nikt się tu przejąć żadnymi stratami materialnymi nie musiał. Wręcz przeciwnie — można by rzec, że wielu przy tym stole widziało w niedawnej tragedii powody do świętowania.<br />
Sala nie była nadmiernie przyozdobiona. Jedyne dekoracje to drobne stroiki splecione z jesiennych darów natury ułożone tu i tam na stole, który lada chwila miał zostać bogato zastawiony półmiskami. Już docierał z kuchni pierwszy aromat soczystych, pieczonych mięsiw. Królować miały przepiórki nadziewane kasztanami i żurawiną, placki dyniowe o delikatnym, korzennym aromacie i chrupiące paszteciki z dziczyzną oraz leśnymi grzybami. Podano także dojrzewające przez lata wina, wzmacniane nalewki oraz gęste, słodkie miody pitne podawane w zdobionych kielichach.</div></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Snowdonia]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5821</link>
			<pubDate>Fri, 13 Mar 2026 14:42:32 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=210">Strażnik Tajemnic</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5821</guid>
			<description><![CDATA[<div class="locka"><h4>Posiadłość rodu Rowle przy smoczym rezerwacie</h4><br />
Gdyby jakakolwiek rodzina czarodziejów w Wielkiej Brytanii miała otrzymać medal za ponadprzeciętne zasługi z dziedziny magizoologii, to zdecydowanie byłaby to rodzina Rowle. Na przestrzeni lat ród ten zdołał założyć kilka pokaźnych rezerwatów, które odpowiednio zabezpieczyli i zagospodarowali, aby utworzyć przyjazną i bezpieczną przestrzeń dla smoków i innych magicznych stworzeń. Najbliższy sercu rodziny rezerwat znajduje się w sąsiedztwie ich rodzinnej posiadłości. Przez sporą aktywność wyrośniętych smoków w okolicy oraz aktywną hodowlę smoczogników całe domostwo jest zabezpieczone zaklęciami ognioodpornymi, zarówno z zewnątrz, jak i w środku, co sprawia, że praktycznie cały dom włącznie z wyposażeniem jest niemożliwy do spalenia, czy to przy użyciu zwykłego, magicznego czy nawet smoczego ognia.</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="locka"><h4>Posiadłość rodu Rowle przy smoczym rezerwacie</h4><br />
Gdyby jakakolwiek rodzina czarodziejów w Wielkiej Brytanii miała otrzymać medal za ponadprzeciętne zasługi z dziedziny magizoologii, to zdecydowanie byłaby to rodzina Rowle. Na przestrzeni lat ród ten zdołał założyć kilka pokaźnych rezerwatów, które odpowiednio zabezpieczyli i zagospodarowali, aby utworzyć przyjazną i bezpieczną przestrzeń dla smoków i innych magicznych stworzeń. Najbliższy sercu rodziny rezerwat znajduje się w sąsiedztwie ich rodzinnej posiadłości. Przez sporą aktywność wyrośniętych smoków w okolicy oraz aktywną hodowlę smoczogników całe domostwo jest zabezpieczone zaklęciami ognioodpornymi, zarówno z zewnątrz, jak i w środku, co sprawia, że praktycznie cały dom włącznie z wyposażeniem jest niemożliwy do spalenia, czy to przy użyciu zwykłego, magicznego czy nawet smoczego ognia.</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[23.09.1972, Snowdonia] Na posąg grecki, o sen oparty]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5792</link>
			<pubDate>Mon, 02 Mar 2026 21:45:48 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=349">Alexander Mulciber</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5792</guid>
			<description><![CDATA[<div class="divek">...jak o kolumnę<br />
Kruchą, zwietrzałą,<br />
Strzaskany posąg, pęknięta urna<br />
Oto Twe ciało!<br />
Z uśmiechem patrzysz, jak mija wszystko<br />
I z falą płynie.<br />
I wiesz, że jedno tli się ognisko<br />
W wielkiej ruinie.<br />
Nas, rzeczy wszelkie, zioła, zwierzęta,<br />
Czasy uniosą.<br />
Zostanie tylko z torsem pękniętym<br />
Radosny posąg.</div>
<br />
Wypił nie za dużo, nie za mało, ale wystarczyło, aby na twarzy wystąpił mu lekki rumieniec. Ugasił pragnienie winem, uspokoił oddech, szybko bowiem zacinały skrzypce, a jeszcze przed chwilą obracał w tańcu Helloise, którą teraz odstąpił jej kuzynkom. Zaśmiał się, gdy ją porwały. Zostawiły mu Dziewczynę z Kniei, porwały natomiast Helloise Rowle, która tańczyła w kręgu wokół jednego z ognisk, pochwyciwszy je za ręce. Przyjemnie było patrzeć jak tańczy, uświadomił sobie. Jak wirują jej suknie, jak kolejne blond kosmyki wymykają się z misternego uczesania. Jak rumieniec barwi policzki, a pierś wznosi się i opada w rytmie jej oddechów. Alexander stał z boku, i wodził za nią wzrokiem, dokładnie tak, jak robiła Helloise, wychodząc ze swego ciała. Wiedziała, że na nią patrzy, tak jak on wiedział, że znikną stąd zanim nadejdzie poranek, a jednak oboje zdawali się przedłużać chwilę odejścia. Alexander nie spieszył się. Po prostu patrzył. Przyjemnym było wiedzieć, że nie tylko złoszcząc ją swoim cynizmem umiał zabarwić jej policzki czerwienią. Taką samą czerwienią, którą pobarwiła i jego dłonie, pozostawiwszy na nich smugi farby. <br />
<br />
Nie musieli uciekać. Nie, dzisiejszej nocy nie musieli przed niczym uciekać. Nawet przed samymi sobą. Może dlatego Alexander Mulciber nie uciekł wzrokiem, gdy dojrzał w tłumie Mildred Moody. <br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dawno o tobie nie śniłem</span> – zauważył, zacisnąwszy drżące palce na oparciu krzesła, aż pobielały powykrzywiane knykcie. Wyjątkowo nie gościły na nich ciężkie pierścienie poznaczone cygańskimi symbolami. Tylko sygnet ojca błyszczał mu wciąż na ręce. Czemuż Alexander Mulciber pozbył się nagle swej zbroi? Pierścieni, które traktował jako atrybuty wróżbity? To wiedzieć mogła jedynie dziewczyna z odmętów jeziora. Może dlatego w monotonnym głosie jasnowidza nie słychać było zwyczajowej kpiny, bo pieszczotliwie obrócił w myślach wspomnienie jej zatroskanej twarzy. Gdy jednak skupił wzrok na stojącej obok kobiecie, w jasnych jego ślepiach nie było choćby krzty uczucia. Alexander Mulciber miał już dla świata tylko obojętność. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ani o Mildred Moody, ani o Melpomene Longbottom</span> – dodał jakby z zadumą. Odwrócił wzrok, na powrót zapatrzywszy się na tańczącą Helloise. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Myślałem, że zginęłaś. A jednak. Ja też nie zginąłem.</span> <br />
<br />
Zakołysał trzymanym w dłoni kielichem z winem, jak gdyby wypatrywał na jego dnie wróżby.<br />
<br />
[roll=Symbol]<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Może powinniśmy przestać. Życzyć sobie śmierci, mam na myśli. Mildred. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Melpomene.</span> Czy jak tam mam cię dzisiaj nazywać. </span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="divek">...jak o kolumnę<br />
Kruchą, zwietrzałą,<br />
Strzaskany posąg, pęknięta urna<br />
Oto Twe ciało!<br />
Z uśmiechem patrzysz, jak mija wszystko<br />
I z falą płynie.<br />
I wiesz, że jedno tli się ognisko<br />
W wielkiej ruinie.<br />
Nas, rzeczy wszelkie, zioła, zwierzęta,<br />
Czasy uniosą.<br />
Zostanie tylko z torsem pękniętym<br />
Radosny posąg.</div>
<br />
Wypił nie za dużo, nie za mało, ale wystarczyło, aby na twarzy wystąpił mu lekki rumieniec. Ugasił pragnienie winem, uspokoił oddech, szybko bowiem zacinały skrzypce, a jeszcze przed chwilą obracał w tańcu Helloise, którą teraz odstąpił jej kuzynkom. Zaśmiał się, gdy ją porwały. Zostawiły mu Dziewczynę z Kniei, porwały natomiast Helloise Rowle, która tańczyła w kręgu wokół jednego z ognisk, pochwyciwszy je za ręce. Przyjemnie było patrzeć jak tańczy, uświadomił sobie. Jak wirują jej suknie, jak kolejne blond kosmyki wymykają się z misternego uczesania. Jak rumieniec barwi policzki, a pierś wznosi się i opada w rytmie jej oddechów. Alexander stał z boku, i wodził za nią wzrokiem, dokładnie tak, jak robiła Helloise, wychodząc ze swego ciała. Wiedziała, że na nią patrzy, tak jak on wiedział, że znikną stąd zanim nadejdzie poranek, a jednak oboje zdawali się przedłużać chwilę odejścia. Alexander nie spieszył się. Po prostu patrzył. Przyjemnym było wiedzieć, że nie tylko złoszcząc ją swoim cynizmem umiał zabarwić jej policzki czerwienią. Taką samą czerwienią, którą pobarwiła i jego dłonie, pozostawiwszy na nich smugi farby. <br />
<br />
Nie musieli uciekać. Nie, dzisiejszej nocy nie musieli przed niczym uciekać. Nawet przed samymi sobą. Może dlatego Alexander Mulciber nie uciekł wzrokiem, gdy dojrzał w tłumie Mildred Moody. <br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dawno o tobie nie śniłem</span> – zauważył, zacisnąwszy drżące palce na oparciu krzesła, aż pobielały powykrzywiane knykcie. Wyjątkowo nie gościły na nich ciężkie pierścienie poznaczone cygańskimi symbolami. Tylko sygnet ojca błyszczał mu wciąż na ręce. Czemuż Alexander Mulciber pozbył się nagle swej zbroi? Pierścieni, które traktował jako atrybuty wróżbity? To wiedzieć mogła jedynie dziewczyna z odmętów jeziora. Może dlatego w monotonnym głosie jasnowidza nie słychać było zwyczajowej kpiny, bo pieszczotliwie obrócił w myślach wspomnienie jej zatroskanej twarzy. Gdy jednak skupił wzrok na stojącej obok kobiecie, w jasnych jego ślepiach nie było choćby krzty uczucia. Alexander Mulciber miał już dla świata tylko obojętność. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ani o Mildred Moody, ani o Melpomene Longbottom</span> – dodał jakby z zadumą. Odwrócił wzrok, na powrót zapatrzywszy się na tańczącą Helloise. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Myślałem, że zginęłaś. A jednak. Ja też nie zginąłem.</span> <br />
<br />
Zakołysał trzymanym w dłoni kielichem z winem, jak gdyby wypatrywał na jego dnie wróżby.<br />
<br />
[roll=Symbol]<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Może powinniśmy przestać. Życzyć sobie śmierci, mam na myśli. Mildred. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Melpomene.</span> Czy jak tam mam cię dzisiaj nazywać. </span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 72 24.09, Snowdonia | Erik & Anthony] Noc wyciąga łapę]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5786</link>
			<pubDate>Sat, 28 Feb 2026 13:03:50 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=435">Anthony Shafiq</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5786</guid>
			<description><![CDATA[<h1>—24/09/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Anglia, Snowdonia</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Erik Longbottom &amp; Anthony Shafiq</span><br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=K63PecU.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=K63PecU.png]" class="mycode_img" /><br />
<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Noc wyciąga łapę<br />
Gwiazdy lecą z wora<br />
To najlepsza pora<br />
By się z czymś uporać<br />
<br />
Wiatr latarnie drapie<br />
Śmierć zatacza koło<br />
Będzie niewesoło<br />
Gdy wróci jak gołąb</span></span></div>
</h1><br />
<br />
<div class="divek">
<div style="text-align: justify;" class="mycode_align">Wesel trawało kolejny dzień, Anthony czuł rozrastające się w piersi zmęczenie całym tym spędem. Z jednej strony czystokrwista impreza, która w pełni oddawała się pachnącej kurzem, czy w tym momencie trawą, pieczystym i alkoholem, tradycji. Z drugiej strony plener pod koniec września, otoczenie pełne zwierząt i robactwa... Czy nie wystarczył fakt, że przez całą zabawę towarzyszyło mu pytanie, który z gości podczas spalonej nocy założył złowróżbną maskę i palił to na co pracowali pozostali? <br />
<br />
Widok Erika, bardzo świeżego w stosunku do gości, którzy eliksirami zaleczali zmęczenie minionego wieczoru, przywołał łagodny uśmiech na eleganckiej twarzy. Nie był to uśmiech pozbawiony smutku, żałoby za relacją, której nogi na angielskiej ziemi okazały się zbyt krótkie, ale i ulgi, że pan detektyw ósmego września nie wyzionął ducha wśród gruzowiska miasta, czy rodowej rezydencji. <br />
<br />
Przez lata udawali na tego typu imprezach, że nie znają się zbyt dobrze. <br />
<br />
Teraz jednak Shafiqowi łatwo przyszła decyzja o tym, żeby z kieliszkiem wina podejść do rozglądającego się po otoczeniu mężczyzny.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Dobrze Cię widzieć,</span> – zaczął nieco niezręcznie, bo nie widzieli się od czasu <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">tej rozmowy</span>, która przekreśliła podejmowanie kolejnych prób. Nie spodziewał się go zobaczyć ubiegłej nocy, przez wzgląd na oczywistą niedogodność terminu i pełni lśniącej podczas ślubu nad ich głowami. Z drugiej strony nie był pewien jak układało się Erikowi i już nie pannie Yaxley, skoro tak właśnie dobrała datę, żeby Erika nie mogło na niej być. Może to było celowe działanie, by nie podsycać plotek? By nie odwracać uwagi.<br />
<br />
Fakt, że podejrzewał ich o planiowanie ślubu wydawał mu się obecnie nieśmiesznym żartem.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Jak samopoczucie?</span> – zapytał upijając czarne wino ze swojego kieliszka, śledząc uważnie twarz rozmówcy, z przykrością odnajdując ciężar ostatnich dni w przystojnej twarzy. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Rozpoczęliście już remont Warowni? Gdzie się teraz podziewasz?</span> – kolejne pytania. Zaproponował pomoc, ale została ta propozycja uprzejmie odrzucona. Właściwie nie dziwił się temu. Sytuacja była delikatna, nawet jeśli w obu - jak przypuszczał - pozostało mniej rozgoryczenia, a więcej życzenia szczęścia temu drugiemu. Zbudowanie jednak nici przyjaźni i jakiegokolwiek zaufania w tej materii wymagało czasu i wysiłku. Czy dysponowali tym wobec wszechogarniającego kryzysu? </div></div>
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=b2qK8f7.png[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1>—24/09/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Anglia, Snowdonia</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Erik Longbottom &amp; Anthony Shafiq</span><br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=K63PecU.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=K63PecU.png]" class="mycode_img" /><br />
<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Noc wyciąga łapę<br />
Gwiazdy lecą z wora<br />
To najlepsza pora<br />
By się z czymś uporać<br />
<br />
Wiatr latarnie drapie<br />
Śmierć zatacza koło<br />
Będzie niewesoło<br />
Gdy wróci jak gołąb</span></span></div>
</h1><br />
<br />
<div class="divek">
<div style="text-align: justify;" class="mycode_align">Wesel trawało kolejny dzień, Anthony czuł rozrastające się w piersi zmęczenie całym tym spędem. Z jednej strony czystokrwista impreza, która w pełni oddawała się pachnącej kurzem, czy w tym momencie trawą, pieczystym i alkoholem, tradycji. Z drugiej strony plener pod koniec września, otoczenie pełne zwierząt i robactwa... Czy nie wystarczył fakt, że przez całą zabawę towarzyszyło mu pytanie, który z gości podczas spalonej nocy założył złowróżbną maskę i palił to na co pracowali pozostali? <br />
<br />
Widok Erika, bardzo świeżego w stosunku do gości, którzy eliksirami zaleczali zmęczenie minionego wieczoru, przywołał łagodny uśmiech na eleganckiej twarzy. Nie był to uśmiech pozbawiony smutku, żałoby za relacją, której nogi na angielskiej ziemi okazały się zbyt krótkie, ale i ulgi, że pan detektyw ósmego września nie wyzionął ducha wśród gruzowiska miasta, czy rodowej rezydencji. <br />
<br />
Przez lata udawali na tego typu imprezach, że nie znają się zbyt dobrze. <br />
<br />
Teraz jednak Shafiqowi łatwo przyszła decyzja o tym, żeby z kieliszkiem wina podejść do rozglądającego się po otoczeniu mężczyzny.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Dobrze Cię widzieć,</span> – zaczął nieco niezręcznie, bo nie widzieli się od czasu <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">tej rozmowy</span>, która przekreśliła podejmowanie kolejnych prób. Nie spodziewał się go zobaczyć ubiegłej nocy, przez wzgląd na oczywistą niedogodność terminu i pełni lśniącej podczas ślubu nad ich głowami. Z drugiej strony nie był pewien jak układało się Erikowi i już nie pannie Yaxley, skoro tak właśnie dobrała datę, żeby Erika nie mogło na niej być. Może to było celowe działanie, by nie podsycać plotek? By nie odwracać uwagi.<br />
<br />
Fakt, że podejrzewał ich o planiowanie ślubu wydawał mu się obecnie nieśmiesznym żartem.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Jak samopoczucie?</span> – zapytał upijając czarne wino ze swojego kieliszka, śledząc uważnie twarz rozmówcy, z przykrością odnajdując ciężar ostatnich dni w przystojnej twarzy. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Rozpoczęliście już remont Warowni? Gdzie się teraz podziewasz?</span> – kolejne pytania. Zaproponował pomoc, ale została ta propozycja uprzejmie odrzucona. Właściwie nie dziwił się temu. Sytuacja była delikatna, nawet jeśli w obu - jak przypuszczał - pozostało mniej rozgoryczenia, a więcej życzenia szczęścia temu drugiemu. Zbudowanie jednak nici przyjaźni i jakiegokolwiek zaufania w tej materii wymagało czasu i wysiłku. Czy dysponowali tym wobec wszechogarniającego kryzysu? </div></div>
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=b2qK8f7.png[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[27.09.72 | Snowdonia] Mogshade | Leviathan & Helloise]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5694</link>
			<pubDate>Tue, 10 Feb 2026 07:31:20 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=332">Leviathan Rowle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5694</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Helloise Rowle - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span></div></div>
<br />
<p>Pierwszy miesiąc jesieni powoli chylił się ku końcowi, nosząc ze sobą żółcienie, pomarańcze i czerwienie, które porastały powykrzywiane sylwetki drzew. Snowdonia wyglądała zwyczajnie ładnie, o wschodach i zachodach słońca trochę tak, jakby stawała w bezpiecznym ogniu, pogłębiając tylko grę świateł. Ale mimo ładnych widoków, wolał jednak lato. Upały, ciepłe jeziora i delikatne powiewy wiatru, jakby budziła się w nim jakaś zimnokrwista przypadłość, która o wiele bardziej doceniała wyższe temperatury.</p>
<p>Przyglądał się przez dłuższą chwilę Helloise, która stała przed szopą, w której on jeszcze przed chwilą zaciekle grzebał. Czasem aż dziwne było, jak prozaiczne mogły być narzędzia, które potrzebne były do pracy ze zwierzętami, a teraz między nimi stało metalowe wiadro, szpadel i worek pieprzu, tak na wszelki wypadek. No i mieli jeszcze rękawice, ale te akurat były jednym z bardziej standardowych elementów ubioru każdego pracownika Snowdonii. </p>
<p>- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Będziemy je przesadzać </span>- poinformował ją, wskazując na wiadro. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Bliżej domu, żeby było wygodniej, nie mówiąc już o tym że zbliża się zima i tym sposobem lepiej będzie je mieć na oku</span> - mniejsze ryzyko, że coś podczas zimy by im się stało, a przez to i szlak trafił całe gniazdo z którego się wykluwały. Szpadlem oczywiście, miał zamiar wykopać magiczny ogień, a pieprz wziął dla bezpieczeństwa, gdyby któraś wyglądała słabiej i wymagała dokarmienia. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Gniazdo nie jest aż tak daleko, ale teleportujemy się dla zaoszczędzenia czasu </span>- wepchnął jej łopatę w ręce. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Pytania?</span></p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Helloise Rowle - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span></div></div>
<br />
<p>Pierwszy miesiąc jesieni powoli chylił się ku końcowi, nosząc ze sobą żółcienie, pomarańcze i czerwienie, które porastały powykrzywiane sylwetki drzew. Snowdonia wyglądała zwyczajnie ładnie, o wschodach i zachodach słońca trochę tak, jakby stawała w bezpiecznym ogniu, pogłębiając tylko grę świateł. Ale mimo ładnych widoków, wolał jednak lato. Upały, ciepłe jeziora i delikatne powiewy wiatru, jakby budziła się w nim jakaś zimnokrwista przypadłość, która o wiele bardziej doceniała wyższe temperatury.</p>
<p>Przyglądał się przez dłuższą chwilę Helloise, która stała przed szopą, w której on jeszcze przed chwilą zaciekle grzebał. Czasem aż dziwne było, jak prozaiczne mogły być narzędzia, które potrzebne były do pracy ze zwierzętami, a teraz między nimi stało metalowe wiadro, szpadel i worek pieprzu, tak na wszelki wypadek. No i mieli jeszcze rękawice, ale te akurat były jednym z bardziej standardowych elementów ubioru każdego pracownika Snowdonii. </p>
<p>- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Będziemy je przesadzać </span>- poinformował ją, wskazując na wiadro. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Bliżej domu, żeby było wygodniej, nie mówiąc już o tym że zbliża się zima i tym sposobem lepiej będzie je mieć na oku</span> - mniejsze ryzyko, że coś podczas zimy by im się stało, a przez to i szlak trafił całe gniazdo z którego się wykluwały. Szpadlem oczywiście, miał zamiar wykopać magiczny ogień, a pieprz wziął dla bezpieczeństwa, gdyby któraś wyglądała słabiej i wymagała dokarmienia. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Gniazdo nie jest aż tak daleko, ale teleportujemy się dla zaoszczędzenia czasu </span>- wepchnął jej łopatę w ręce. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Pytania?</span></p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 1972] Tylko czasem wysadzę coś w powietrze]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5650</link>
			<pubDate>Fri, 23 Jan 2026 20:09:47 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=625">Kate Barclay</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5650</guid>
			<description><![CDATA[<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">19 września</span><br />
<br />
Kate nie przepadała za przyziemnymi zleceniami.<br />
Trochę dlatego, że ją nudziły – i między innymi dlatego odeszła jakiś czas temu z warsztatu, w którym przygotowywała wciąż taką samą bazę pod amulety, by właściciel nałożył na nie pieczęcie. Trochę, bo uważała, że uwłacza to jej talentowi. Trochę, bo jednak miała w sobie odrobinę dumy i uważała się za kogoś, kto po prostu nie był jakimś tam wyrobnikiem, nawet jeżeli musiała zarabiać na życie, jeśli nie chciała być ciężarem dla cioci (jej wujek w końcu tak nieodpowiedzialnie umarł i wcześniej nie zawsze mądrze zarządzał majątkiem rodu).<br />
W ostatnich dniach jednak przez Spaloną Noc czuła się w obowiązku pomagać nielicznemu gronu przyjaciół, naprawiała więc sprzęty, drzwi i okna, i niewiele czasu miała na inne rzeczy. Dziś po raz pierwszy zamknęła się w warsztacie w Snowdonii, by poeksperymentować. Podarek do złożenia na ołtarzu podczas Mabon był doskonałą ku temu okazją. Jeżeli wyjdzie, doskonale, ucieszy Matkę, i będzie miała na przyszłość gotowy wzór. Jeśli nie wyjdzie tak, jakby chciała… dary i tak płonęły na ołtarzu.<br />
Przygotowywała więc rzeźbę, w którą chciała wprawić dodatkowe kamyczki, by wyglądała jak udekorowana biżuterią, a potem ją zakląć. Każdy, kto na nią spojrzy miał czuć… nadzieję. Może tylko przez krótki moment, gdy będzie leżała pośród innych podarków, ale Kate podobała się ta idea i gdyby osiągnęła swój cel, mogła wykorzystać ten pomysł w przyszłości.<br />
Zabrała się więc do pracy skoro świt.<br />
<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">+ 20 za rzemiosło, + 5 za zawód postaci, + 20 tworzenie przedmiotów drewnianych, + 20 jubilerstwo, + 20 tworzenie dzieł sztuki = +85</span><br />
[roll=1d100+85]<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">edytuję, bo jestem głupia i dodałam sobie + 20 zamiast plus 85, jeśli zmieni się wynik pierwotnego rzutu, to wrócę do poprzedniego... EDIT. Został bez zmian, wcześniej z plus 20 miałam 109</span><br />
<br />
Pracowała dobrych kilka godzin. Zbyt długo jak na ot dar na Mabon, ale praca nad czymś nowym - jak zwykle zresztą - pochłonęła Kate bez reszty. Gdy minęło południe jednak miała gotowy przedmiot i uśmiechała się trochę do siebie, a trochę do niego, bo uważała, że wyszło naprawdę wspaniale.<br />
A może tylko uległa czarowi własnego zaklęcia?]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">19 września</span><br />
<br />
Kate nie przepadała za przyziemnymi zleceniami.<br />
Trochę dlatego, że ją nudziły – i między innymi dlatego odeszła jakiś czas temu z warsztatu, w którym przygotowywała wciąż taką samą bazę pod amulety, by właściciel nałożył na nie pieczęcie. Trochę, bo uważała, że uwłacza to jej talentowi. Trochę, bo jednak miała w sobie odrobinę dumy i uważała się za kogoś, kto po prostu nie był jakimś tam wyrobnikiem, nawet jeżeli musiała zarabiać na życie, jeśli nie chciała być ciężarem dla cioci (jej wujek w końcu tak nieodpowiedzialnie umarł i wcześniej nie zawsze mądrze zarządzał majątkiem rodu).<br />
W ostatnich dniach jednak przez Spaloną Noc czuła się w obowiązku pomagać nielicznemu gronu przyjaciół, naprawiała więc sprzęty, drzwi i okna, i niewiele czasu miała na inne rzeczy. Dziś po raz pierwszy zamknęła się w warsztacie w Snowdonii, by poeksperymentować. Podarek do złożenia na ołtarzu podczas Mabon był doskonałą ku temu okazją. Jeżeli wyjdzie, doskonale, ucieszy Matkę, i będzie miała na przyszłość gotowy wzór. Jeśli nie wyjdzie tak, jakby chciała… dary i tak płonęły na ołtarzu.<br />
Przygotowywała więc rzeźbę, w którą chciała wprawić dodatkowe kamyczki, by wyglądała jak udekorowana biżuterią, a potem ją zakląć. Każdy, kto na nią spojrzy miał czuć… nadzieję. Może tylko przez krótki moment, gdy będzie leżała pośród innych podarków, ale Kate podobała się ta idea i gdyby osiągnęła swój cel, mogła wykorzystać ten pomysł w przyszłości.<br />
Zabrała się więc do pracy skoro świt.<br />
<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">+ 20 za rzemiosło, + 5 za zawód postaci, + 20 tworzenie przedmiotów drewnianych, + 20 jubilerstwo, + 20 tworzenie dzieł sztuki = +85</span><br />
[roll=1d100+85]<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">edytuję, bo jestem głupia i dodałam sobie + 20 zamiast plus 85, jeśli zmieni się wynik pierwotnego rzutu, to wrócę do poprzedniego... EDIT. Został bez zmian, wcześniej z plus 20 miałam 109</span><br />
<br />
Pracowała dobrych kilka godzin. Zbyt długo jak na ot dar na Mabon, ale praca nad czymś nowym - jak zwykle zresztą - pochłonęła Kate bez reszty. Gdy minęło południe jednak miała gotowy przedmiot i uśmiechała się trochę do siebie, a trochę do niego, bo uważała, że wyszło naprawdę wspaniale.<br />
A może tylko uległa czarowi własnego zaklęcia?]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[24.09.72] The Wheel of Fortune rotates, fickle as the moon]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5556</link>
			<pubDate>Sat, 27 Dec 2025 22:53:57 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=38">Atreus Bulstrode</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5556</guid>
			<description><![CDATA[Główna część imprezy zakończyła się, a goście mogli oddać się szeroko pojętej zabawie i spędzaniu czasu w dowolny sposób. Brenna gdzieś przepadła, ale Atreus nie za bardzo się tym przejmował, bo pewnie połknęła ją jakaś dziura. Nic nowego. Co więcej, zakładał że gdyby faktycznie działaby się jej jakaś krzywda, to dałaby mu znać falami. Nie odzywała się - znaczy wszystko było okej.<br />
<br />
On sam przez pewien czas włóczył się, spędzając nieco na rozmowie z Anthonym, najpierw Borginem, a potem z kolei Shafiqiem. Obleciał jeszcze parę innych znajomych twarzy, wypił hektolitry ognistej i tanecznym krokiem postanowił na chwilę udać się do namiotu w którym miał spać.<br />
<br />
Los chciał, a może i nie los a łaskawość gospodarzy, że dzielili z Brenną nocleg w towarzystwie Basiliusa i Millie. Na kuzyna cieszył się niezmiernie, na Millie trochę mniej, ale nie można było mieć wszystkiego. Przynajmniej wiadomo było, ze Moody nie należała do tych sztywnych, niezręcznych osób z którymi nie dało się wytrzymać. Co jednak Atreusa trochę zastanawiało, to co tutaj w ogóle Bazyl robił w jej towarzystwie. Nie miał kogoś innego lepszego? A ona też nie miała co robić tylko marnować porządnych, czystokrwistych chłopców?<br />
<br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Moody! Jak dobrze że cię zastałem </span>- odgarnął poły namiotu ręką i pierwsze na czym zatrzymało się jego spojrzenie, to jej sylwetka. Wyglądała nienaturalnie w tym dziewczyńskim stroju. Jakby kto ją podmienił i chyba Bulstrode mniej by się zdziwił widząc w kiecce jej brata. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wyciągaj karty, obiecałaś mi nowy rozkład po pełni!</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Główna część imprezy zakończyła się, a goście mogli oddać się szeroko pojętej zabawie i spędzaniu czasu w dowolny sposób. Brenna gdzieś przepadła, ale Atreus nie za bardzo się tym przejmował, bo pewnie połknęła ją jakaś dziura. Nic nowego. Co więcej, zakładał że gdyby faktycznie działaby się jej jakaś krzywda, to dałaby mu znać falami. Nie odzywała się - znaczy wszystko było okej.<br />
<br />
On sam przez pewien czas włóczył się, spędzając nieco na rozmowie z Anthonym, najpierw Borginem, a potem z kolei Shafiqiem. Obleciał jeszcze parę innych znajomych twarzy, wypił hektolitry ognistej i tanecznym krokiem postanowił na chwilę udać się do namiotu w którym miał spać.<br />
<br />
Los chciał, a może i nie los a łaskawość gospodarzy, że dzielili z Brenną nocleg w towarzystwie Basiliusa i Millie. Na kuzyna cieszył się niezmiernie, na Millie trochę mniej, ale nie można było mieć wszystkiego. Przynajmniej wiadomo było, ze Moody nie należała do tych sztywnych, niezręcznych osób z którymi nie dało się wytrzymać. Co jednak Atreusa trochę zastanawiało, to co tutaj w ogóle Bazyl robił w jej towarzystwie. Nie miał kogoś innego lepszego? A ona też nie miała co robić tylko marnować porządnych, czystokrwistych chłopców?<br />
<br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Moody! Jak dobrze że cię zastałem </span>- odgarnął poły namiotu ręką i pierwsze na czym zatrzymało się jego spojrzenie, to jej sylwetka. Wyglądała nienaturalnie w tym dziewczyńskim stroju. Jakby kto ją podmienił i chyba Bulstrode mniej by się zdziwił widząc w kiecce jej brata. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wyciągaj karty, obiecałaś mi nowy rozkład po pełni!</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[23.09.72, Snowdonia] Dancing through life]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5553</link>
			<pubDate>Sat, 27 Dec 2025 17:21:00 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=439">Icarus Prewett</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5553</guid>
			<description><![CDATA[Na ślubie Ambroise'a i Geraldine przyszła ta charakterystyczna pora, gdy muzyka grała przyjemne tony, a pary, w większości podpite, wstępowały na parkiet. Słońce chyliło się już ku zachodowi, malując niebo jaskrawymi kolorami. Powietrze przesiąkły zapachy wilgotnego lasu, niezwykle odświeżające dla osób, które na co dzień przebywały w dotkniętym Spaloną Nocą mieście.<br />
<br />
Icarus raczył się gazowaną wodą i lemoniadą, choć patrzenie na to, jak inni pili wpędzało go w niepokój. Straszliwie go kusiło, by chwycić za kieliszek. Jeden szampan wystarczyłby jednak, żeby wszystko zaczęło się od nowa. Nikt nie mówił, że abstynencja była łatwa. Najchętniej by uciekł stamtąd i zamknął się w jakimś odizolowanym pokoju, byle nie widzieć wokół siebie trunków. Jednak nie był tu dla siebie, lecz dla kobiety, która właśnie siedziała naprzeciwko niego. Chciał, by ten wieczór był dla niej jak najwspanialszy. Uznał, że skoncentruje się na Monie. Raczył ją swoim poczuciem humoru, po cichu komentował niektórych co to bardziej napuszonych gości, a wszystko po to, by wywołać jej uśmiech.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Wiesz, co? –</span> Oparł się o powierzchnię lekko chybotliwego stołu. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Przyszła chyba najwyższa pora, bym pokazał ci, że nie każdy czystokrwisty kawaler potrafi tańczyć. W tym celu posłużę się przykładem mojej skromnej osoby, jeśli pozwolisz. Wszystko, by obalić tezę przyjętą na podstawie stereotypu. W nauce nazywane jest to falsyfikacją.</span><br />
<br />
Zapędził się w słowotok i po chwili zdał sobie sprawę z tego, że gadał kompletnie niezrozumiale. Nawet nie był zabawny, brzmiał raczej jak kujon, który używał żargonu naukowego, kiedy stresował się przed klarownym wyrażeniem swoich myśli. A przecież... Pytanie było tak proste.<br />
<br />
Prewett westchnął. Trzeba było zrobić to porządnie. Dlatego wstał i wyciągnął rękę do Mony.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Miałem na myśli, żebyśmy zatańczyli. Jeśli masz ochotę.<br />
</span><br />
<br />
[inny avek]https://i.imgur.com/DdoKAl5.png[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Na ślubie Ambroise'a i Geraldine przyszła ta charakterystyczna pora, gdy muzyka grała przyjemne tony, a pary, w większości podpite, wstępowały na parkiet. Słońce chyliło się już ku zachodowi, malując niebo jaskrawymi kolorami. Powietrze przesiąkły zapachy wilgotnego lasu, niezwykle odświeżające dla osób, które na co dzień przebywały w dotkniętym Spaloną Nocą mieście.<br />
<br />
Icarus raczył się gazowaną wodą i lemoniadą, choć patrzenie na to, jak inni pili wpędzało go w niepokój. Straszliwie go kusiło, by chwycić za kieliszek. Jeden szampan wystarczyłby jednak, żeby wszystko zaczęło się od nowa. Nikt nie mówił, że abstynencja była łatwa. Najchętniej by uciekł stamtąd i zamknął się w jakimś odizolowanym pokoju, byle nie widzieć wokół siebie trunków. Jednak nie był tu dla siebie, lecz dla kobiety, która właśnie siedziała naprzeciwko niego. Chciał, by ten wieczór był dla niej jak najwspanialszy. Uznał, że skoncentruje się na Monie. Raczył ją swoim poczuciem humoru, po cichu komentował niektórych co to bardziej napuszonych gości, a wszystko po to, by wywołać jej uśmiech.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Wiesz, co? –</span> Oparł się o powierzchnię lekko chybotliwego stołu. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Przyszła chyba najwyższa pora, bym pokazał ci, że nie każdy czystokrwisty kawaler potrafi tańczyć. W tym celu posłużę się przykładem mojej skromnej osoby, jeśli pozwolisz. Wszystko, by obalić tezę przyjętą na podstawie stereotypu. W nauce nazywane jest to falsyfikacją.</span><br />
<br />
Zapędził się w słowotok i po chwili zdał sobie sprawę z tego, że gadał kompletnie niezrozumiale. Nawet nie był zabawny, brzmiał raczej jak kujon, który używał żargonu naukowego, kiedy stresował się przed klarownym wyrażeniem swoich myśli. A przecież... Pytanie było tak proste.<br />
<br />
Prewett westchnął. Trzeba było zrobić to porządnie. Dlatego wstał i wyciągnął rękę do Mony.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Miałem na myśli, żebyśmy zatańczyli. Jeśli masz ochotę.<br />
</span><br />
<br />
[inny avek]https://i.imgur.com/DdoKAl5.png[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[23.09.72, Snowdonia] Millie & Basilius]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5520</link>
			<pubDate>Thu, 18 Dec 2025 23:52:56 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=444">Basilius Prewett</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5520</guid>
			<description><![CDATA[[inny avek]https://64.media.tumblr.com/5608996ac050e0c9fda3a3a50e2f0244/24e1cb0f9a1bbecb-10/s500x750/a57f50aba21b6f81ffb61892d9bb8e95add9e987.pnj[/inny avek]<br />
<br />
Basilius może nie znał się za bardzo na ślubach i udanych małżeństwach, ale z tego co widział, to jak na razie dzisiejszy dzień wydawał się naprawdę udany. W końcu nikt się nie pokłócił, nikt nikogo nie zostawił przed ołtarzem i, młoda para wydawała się zgodna i co było dla niego najważniejsze, nikt z jego bliskich nie zrobił niczego głupiego co skończyłoby się ich krzywdą.<br />
<br />
A jednocześnie przez cały ten czas Basilius czuł się strasznie głupi. Głupi po stał właśnie obok Millie i próbował skupić się na czymkolwiek innym, niż na toczącej się w jego głowie debacie, czy powiedzieć jej jak dobrze dzisiaj wyglądała, czy może jednak zamilknąć. Rozsądek podpowiadał, aby nic nie mówić. To co sabotażowało rozsądek myślało o każdym aspekcie sukienki przyjaciółki, który sprawiał, że wyglądała dzisiaj jeszcze lepiej i jak można było powiedzieć o tym na głos. Głupi. Tak. Był głupi. Naprawdę liczył, że radzenie sobie z pokłosiem pożarów i ogólne zmęczenie sprawi, że wkrótce się z tym ogarnie i pozwoli tak ważnej dla niego przyjaźni  być po prostu przyjaźnią, ale najwyraźniej na to się nie zapowiadało.<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ale trzeba im przyznać. Śluby w plenerze mają swój urok</span> – powiedział do Millie, gdy na chwilę odeszli nieco na bok, by odpocząć od chaosu wydarzeń towarzyskich. Zmarszczył brwi. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nawet jeśli ktoś coś mówił o dzikiej wiewiórce. I zapewne część gości skończy przeziębionych. Mogę się założyć, że ktoś zaraz zdąży się upić, pójdzie tańczyć i uzna, że nie potrzebuje żadnego płaszcza, bo mu ciepło, a potem skończy z katarem.</span><br />
Czy zaczał tworzyć w głowie zakłady odnośnie potencjalnych chorób poślubnych tylko po to, aby nie myśleć o tych <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">głupich</span> rzeczach? Być może.<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Mogę tez obstawić, że przynajmniej jedna kostka zostanie...</span> – kontynuował i nagle urwał, bo akurat spojrzał w górę i zobaczył...<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jemioła.</span></span><br />
Tak. To była jemioła.<br />
Idealnie pod nimi.<br />
Kto tu do jasnej cholery dał jemiołę? We wrześniu!<br />
Chociaż...<br />
Zaraz. Kształt liści i owoców. Nie. To nie była jemioła. <br />
To nie była jemioła?<br />
Uf... Tak! To nie była jemioła!<br />
Kto do jasnej cholery uznał, że w ramach dekoracji dorzuci coś co wygląda jak jemioła? <br />
I czy on przypadkiem cały czas nie wpatrywał się w tę jemiołę?<br />
Szybko spojrzał ponownie na Millie, próbując ukryć zmieszanie.<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Zostanie skręcona, albo chociaż stłuczona</span> – dodał szybko, licząc że jakimś cudem Millie nie pomyśli o jemiole.<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Pocałunek pod jemiołą brzmiał ogólnie jak głupia tradycja i Basilius zdecydowanie nie był fanem tej jej interpretacji, która nakazywała pocałować się, dwójce przypadkowych osób, które miały tego pecha, aby stanąć wspólnie w złym miejscu.<br />
A jednak... Jednak zapewne, gdyby sytuacja była inna, nie miałby nic przeciwko temu, aby to przydażyłoby się właśnie jemu i Millie. To znaczy, dalej miałby to za strasznie głupie, to myślenie i tak było już strasznie, ale... Skłamałby, gdyby powiedzieć, że nie było nikogo kogo chciałby pocałować pod jemiołą, albo chociaż o tym pomyśleć, gdy ta osoba właśnie stała obok niego.</span><br />
Może powinien rozwinąć temat skręconych kostek. W sumie nie obraziłby się też gdyby teraz zasłabł.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[[inny avek]https://64.media.tumblr.com/5608996ac050e0c9fda3a3a50e2f0244/24e1cb0f9a1bbecb-10/s500x750/a57f50aba21b6f81ffb61892d9bb8e95add9e987.pnj[/inny avek]<br />
<br />
Basilius może nie znał się za bardzo na ślubach i udanych małżeństwach, ale z tego co widział, to jak na razie dzisiejszy dzień wydawał się naprawdę udany. W końcu nikt się nie pokłócił, nikt nikogo nie zostawił przed ołtarzem i, młoda para wydawała się zgodna i co było dla niego najważniejsze, nikt z jego bliskich nie zrobił niczego głupiego co skończyłoby się ich krzywdą.<br />
<br />
A jednocześnie przez cały ten czas Basilius czuł się strasznie głupi. Głupi po stał właśnie obok Millie i próbował skupić się na czymkolwiek innym, niż na toczącej się w jego głowie debacie, czy powiedzieć jej jak dobrze dzisiaj wyglądała, czy może jednak zamilknąć. Rozsądek podpowiadał, aby nic nie mówić. To co sabotażowało rozsądek myślało o każdym aspekcie sukienki przyjaciółki, który sprawiał, że wyglądała dzisiaj jeszcze lepiej i jak można było powiedzieć o tym na głos. Głupi. Tak. Był głupi. Naprawdę liczył, że radzenie sobie z pokłosiem pożarów i ogólne zmęczenie sprawi, że wkrótce się z tym ogarnie i pozwoli tak ważnej dla niego przyjaźni  być po prostu przyjaźnią, ale najwyraźniej na to się nie zapowiadało.<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ale trzeba im przyznać. Śluby w plenerze mają swój urok</span> – powiedział do Millie, gdy na chwilę odeszli nieco na bok, by odpocząć od chaosu wydarzeń towarzyskich. Zmarszczył brwi. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nawet jeśli ktoś coś mówił o dzikiej wiewiórce. I zapewne część gości skończy przeziębionych. Mogę się założyć, że ktoś zaraz zdąży się upić, pójdzie tańczyć i uzna, że nie potrzebuje żadnego płaszcza, bo mu ciepło, a potem skończy z katarem.</span><br />
Czy zaczał tworzyć w głowie zakłady odnośnie potencjalnych chorób poślubnych tylko po to, aby nie myśleć o tych <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">głupich</span> rzeczach? Być może.<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Mogę tez obstawić, że przynajmniej jedna kostka zostanie...</span> – kontynuował i nagle urwał, bo akurat spojrzał w górę i zobaczył...<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jemioła.</span></span><br />
Tak. To była jemioła.<br />
Idealnie pod nimi.<br />
Kto tu do jasnej cholery dał jemiołę? We wrześniu!<br />
Chociaż...<br />
Zaraz. Kształt liści i owoców. Nie. To nie była jemioła. <br />
To nie była jemioła?<br />
Uf... Tak! To nie była jemioła!<br />
Kto do jasnej cholery uznał, że w ramach dekoracji dorzuci coś co wygląda jak jemioła? <br />
I czy on przypadkiem cały czas nie wpatrywał się w tę jemiołę?<br />
Szybko spojrzał ponownie na Millie, próbując ukryć zmieszanie.<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Zostanie skręcona, albo chociaż stłuczona</span> – dodał szybko, licząc że jakimś cudem Millie nie pomyśli o jemiole.<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Pocałunek pod jemiołą brzmiał ogólnie jak głupia tradycja i Basilius zdecydowanie nie był fanem tej jej interpretacji, która nakazywała pocałować się, dwójce przypadkowych osób, które miały tego pecha, aby stanąć wspólnie w złym miejscu.<br />
A jednak... Jednak zapewne, gdyby sytuacja była inna, nie miałby nic przeciwko temu, aby to przydażyłoby się właśnie jemu i Millie. To znaczy, dalej miałby to za strasznie głupie, to myślenie i tak było już strasznie, ale... Skłamałby, gdyby powiedzieć, że nie było nikogo kogo chciałby pocałować pod jemiołą, albo chociaż o tym pomyśleć, gdy ta osoba właśnie stała obok niego.</span><br />
Może powinien rozwinąć temat skręconych kostek. W sumie nie obraziłby się też gdyby teraz zasłabł.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[24/09/1972] the wolf who was late to the party || erik & millie]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5428</link>
			<pubDate>Sat, 06 Dec 2025 21:47:34 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=26">Erik Longbottom</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5428</guid>
			<description><![CDATA[<h1>—24/09/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Drugi dzień wesela Geraldine Yaxley i Ambrożego Greengrassa, Snowdonia</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Erik Longbottom &amp; Mildreda Moody</span></h1><br />
<div class="divek"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Kawa, kawa... Gdzie, do cholery, jest ta kawa?</span>, powtarzał w myślach Erik, wodząc na wpół obecnym wzrokiem po jednym z namiotów w których zebrali się goście wesela na popołudniowy posiłek. Jak na jego gust było tu całkiem sporo ludzi, a przecież nie wiedział, ile osób zjawiło się na głównej ceremonii poprzedniego dnia. Mężczyzna westchnął ciężko. Żałował, że nie mógł zobaczyć Geraldine i Ambroise'a przed ołtarzem, ale zjawienie się na tak ważnej uroczystości tuż przed pełnią byłoby szalenie nierozsądne. Musiałby wyjść wcześniej i tłumaczyć się co bardziej wścibskim gościom lub igrać z ogniem chcąc spędzić tutaj jak najwięcej czasu. Żadna opcja nie była zbytnio zachęcająca.<br />
<br />
Pełnia z ubiegłej nocy dość mocno dała mu się we znaki, ale po powrocie do Warowni dopełnił wszelkich starań, aby pojawić się na drugim dniu wesela w odpowiednim stanie. Wybrał jeden z lepszych garniturów, wziął kilka miksturek regenerujących i skorzystał z kosmetyków Potterów podsuniętych mu przez matkę. Dalej jednak czuł się ociężały; gdyby nie wesele to zapewne odsypiałby teraz poprzednią noc w swoim łóżku i nic nie byłoby go w stanie wygonić. Longbottom uśmiechnął się półgębkiem do jakiegoś dalszego kuzyna Geraldine, którego kojarzył i ruszył w kierunku stołu na którym zgromadzono dodatkowe przekąski, filiżanki i zaklęty warnik dla gości, którzy chcieli sami się obsłużyć i zrobić sobie herbatę lub kawę.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nareszcie</span> — mruknął pod nosem, zatrzymując się nieopodal jakiejś kobiety. Dopiero po chwili zorientował się, że wcale nie była to żadna obca czarownica, a Millie. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Och. Hej, Mills. Jak impreza? Ktoś już zdążył zrobić sobie krzywdę? Mam nadzieję, że obyło się nagłej interwencji BUMu?</span><br />
<br />
Przy ostatnim zdaniu mimowolnie ściszył głos. Odkąd znalazł się na tyłach rezydencji Yaxleyów zdołał przywitać się z zaledwie kilkoma osobami, toteż nie zdążył się jeszcze zorientować w tym, jak wielkim sukcesem okazała się sama ceremonia, jak i wesele. Poza tym, zależało mu na tym, aby uzyskać sprawozdanie z kilku źródeł. Wątpił, aby Brenna mogła przekazać mu wszystkie szczegóły. A w pewnym momencie będzie musiał jeszcze podpytać Geraldine, jak się teraz czuje, kiedy weszła w tak poważną unię. Wzrok Erika ześlizgnął się po kreacji panny Moody.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">O, i tak na marginesie: bardzo dobrze wyglądasz</span> — dodał jeszcze, nasypując sobie do filiżanki kilka łyżeczek kawy. Zdecydowanie tego potrzebował, aby przetrwać imprezę. Kto wie, może nawet zostanie na trzeci dzień, jeśli będzie maił wystarczająco dużo energii? — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Powinienem na kogoś uważać, czy raczej zebrali się tu sami porządni obywatele?</span></div>
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=NDZ0t2z.png[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1>—24/09/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Drugi dzień wesela Geraldine Yaxley i Ambrożego Greengrassa, Snowdonia</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Erik Longbottom &amp; Mildreda Moody</span></h1><br />
<div class="divek"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Kawa, kawa... Gdzie, do cholery, jest ta kawa?</span>, powtarzał w myślach Erik, wodząc na wpół obecnym wzrokiem po jednym z namiotów w których zebrali się goście wesela na popołudniowy posiłek. Jak na jego gust było tu całkiem sporo ludzi, a przecież nie wiedział, ile osób zjawiło się na głównej ceremonii poprzedniego dnia. Mężczyzna westchnął ciężko. Żałował, że nie mógł zobaczyć Geraldine i Ambroise'a przed ołtarzem, ale zjawienie się na tak ważnej uroczystości tuż przed pełnią byłoby szalenie nierozsądne. Musiałby wyjść wcześniej i tłumaczyć się co bardziej wścibskim gościom lub igrać z ogniem chcąc spędzić tutaj jak najwięcej czasu. Żadna opcja nie była zbytnio zachęcająca.<br />
<br />
Pełnia z ubiegłej nocy dość mocno dała mu się we znaki, ale po powrocie do Warowni dopełnił wszelkich starań, aby pojawić się na drugim dniu wesela w odpowiednim stanie. Wybrał jeden z lepszych garniturów, wziął kilka miksturek regenerujących i skorzystał z kosmetyków Potterów podsuniętych mu przez matkę. Dalej jednak czuł się ociężały; gdyby nie wesele to zapewne odsypiałby teraz poprzednią noc w swoim łóżku i nic nie byłoby go w stanie wygonić. Longbottom uśmiechnął się półgębkiem do jakiegoś dalszego kuzyna Geraldine, którego kojarzył i ruszył w kierunku stołu na którym zgromadzono dodatkowe przekąski, filiżanki i zaklęty warnik dla gości, którzy chcieli sami się obsłużyć i zrobić sobie herbatę lub kawę.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nareszcie</span> — mruknął pod nosem, zatrzymując się nieopodal jakiejś kobiety. Dopiero po chwili zorientował się, że wcale nie była to żadna obca czarownica, a Millie. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Och. Hej, Mills. Jak impreza? Ktoś już zdążył zrobić sobie krzywdę? Mam nadzieję, że obyło się nagłej interwencji BUMu?</span><br />
<br />
Przy ostatnim zdaniu mimowolnie ściszył głos. Odkąd znalazł się na tyłach rezydencji Yaxleyów zdołał przywitać się z zaledwie kilkoma osobami, toteż nie zdążył się jeszcze zorientować w tym, jak wielkim sukcesem okazała się sama ceremonia, jak i wesele. Poza tym, zależało mu na tym, aby uzyskać sprawozdanie z kilku źródeł. Wątpił, aby Brenna mogła przekazać mu wszystkie szczegóły. A w pewnym momencie będzie musiał jeszcze podpytać Geraldine, jak się teraz czuje, kiedy weszła w tak poważną unię. Wzrok Erika ześlizgnął się po kreacji panny Moody.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">O, i tak na marginesie: bardzo dobrze wyglądasz</span> — dodał jeszcze, nasypując sobie do filiżanki kilka łyżeczek kawy. Zdecydowanie tego potrzebował, aby przetrwać imprezę. Kto wie, może nawet zostanie na trzeci dzień, jeśli będzie maił wystarczająco dużo energii? — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Powinienem na kogoś uważać, czy raczej zebrali się tu sami porządni obywatele?</span></div>
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=NDZ0t2z.png[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[24.09, nad ranem, Snowdonia] Polowanie na Yaskhiera]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5283</link>
			<pubDate>Tue, 28 Oct 2025 08:45:21 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=24">Brenna Longbottom</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5283</guid>
			<description><![CDATA[Ściemniło się już bardzo dawno: odtańczono pierwsze, drugie i dziesiąte tańce, zjedzono tort i wypito zdrowie państwa młodych bardzo, bardzo wiele razy. Brenna nie była pewna, która jest godzina, ale raczej bliżej pozostawało do ranka niż do północy – część gości, która nie zamierzała pozostawać na kolejny dzień, ulotniła się, paru spadło pod stoły i zostało dyskretnie odprowadzonych do pobliskich namiotów, inni udali się tam sami. Niektórzy wciąż jeszcze bawili się przy stołach choć nieco mniej żywiołowo niż wcześniej: teraz głównie prowadzono rozmowy albo popijano alkohol, jeśli jeszcze ktoś popijać go był w stanie. <br />
Brenna akurat rozmawiała na uboczu z panną młodą, korzystając z tego, że po tylu godzinach miała ona trochę czasu dla kogoś, kto nie był z najbliższej rodziny, gdy dopadła je pani Yaxley, wyraźnie zirytowana. Otóż jeden z przyszywanych wujków Geraldine najwyraźniej spił się trochę za bardzo i postanowił, że koniecznie musi znaleźć złotego smoka. Nie byłoby to problemem gdyby po pierwsze, nie znikł wszystkim z oczu, po drugie, nie istniało pewne ryzyko, że jeśli nie zrobi sobie nawet w nim krzywdy po pijanemu, to spróbuje dotrzeć aż do Rowlów, po trzecie, że ojciec panny młodej koniecznie chciał go szukać, zaś Jennifer absolutnie nie zamierzała na to pozwolić, wszak on też wznosił toasty za szczęście córki aż nazbyt entuzjastycznie. Było też po czwarte: razem z nim znikła jedna z goszczących na weselu pań i lepiej było się upewnić, czy nie wybuchnie tu jakiś skandal towarzyski.  <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Ger, nie możesz porządnie tropić w tej sukni, jeszcze ją zupełnie zrujnujesz</span> – oświadczyła natychmiast Brenna, spoglądając na poły białej spódnicy, ciągnące się aż do ziemi, i oczyma wyobraźni już widziała, co się stanie, jeśli Geraldine zacznie w niej klękać na trawie, by zbadać jakiś ślad na ziemi albo wejdzie w krzaki, na których dostrzeże fragment ubrania. O nie, nie, nie, nie było o tym nawet mowy. Zresztą, w miarę jak noc gęstniała, Brenna stawała się niespokojna i cieszyła się, że może teraz czymś się zająć. Nadała krótki komunikat do Atreusa, siedzącego akurat z Millie, i dość szybko się zebrały.<br />
Chwilę później nad brzegiem walijskiego jeziora, w którym ponoć mieszkały złośliwe kelpie, pojawiła się niewielka wyprawa ratowniczo – poszukiwawcza. Ślady w wilgotnej ziemi były dobrze widoczne, z początku więc nie musieli nawet specjalnie się starać, wędrując w świetle różdżek. A co do upewnienia się, że faktycznie trafili na właściwy trop… to też nie okazało się problemem…<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Mam nadzieję, że po prostu go zgubił</span> – rzuciła głośniej Brenna, która wysforowała na przód, by podnieść charakterystyczny kapelusz z piórkiem, który dostrzegli, zanim zrobi to Geraldine, bo akurat ten leżał w nieco błotnistym miejscu, i panna młoda jeszcze ubrudziłaby sobie dół sukienki.<br />
<br />
!Trauma Ognia<br />
<br />
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=mlTlt0U.png[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Ściemniło się już bardzo dawno: odtańczono pierwsze, drugie i dziesiąte tańce, zjedzono tort i wypito zdrowie państwa młodych bardzo, bardzo wiele razy. Brenna nie była pewna, która jest godzina, ale raczej bliżej pozostawało do ranka niż do północy – część gości, która nie zamierzała pozostawać na kolejny dzień, ulotniła się, paru spadło pod stoły i zostało dyskretnie odprowadzonych do pobliskich namiotów, inni udali się tam sami. Niektórzy wciąż jeszcze bawili się przy stołach choć nieco mniej żywiołowo niż wcześniej: teraz głównie prowadzono rozmowy albo popijano alkohol, jeśli jeszcze ktoś popijać go był w stanie. <br />
Brenna akurat rozmawiała na uboczu z panną młodą, korzystając z tego, że po tylu godzinach miała ona trochę czasu dla kogoś, kto nie był z najbliższej rodziny, gdy dopadła je pani Yaxley, wyraźnie zirytowana. Otóż jeden z przyszywanych wujków Geraldine najwyraźniej spił się trochę za bardzo i postanowił, że koniecznie musi znaleźć złotego smoka. Nie byłoby to problemem gdyby po pierwsze, nie znikł wszystkim z oczu, po drugie, nie istniało pewne ryzyko, że jeśli nie zrobi sobie nawet w nim krzywdy po pijanemu, to spróbuje dotrzeć aż do Rowlów, po trzecie, że ojciec panny młodej koniecznie chciał go szukać, zaś Jennifer absolutnie nie zamierzała na to pozwolić, wszak on też wznosił toasty za szczęście córki aż nazbyt entuzjastycznie. Było też po czwarte: razem z nim znikła jedna z goszczących na weselu pań i lepiej było się upewnić, czy nie wybuchnie tu jakiś skandal towarzyski.  <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Ger, nie możesz porządnie tropić w tej sukni, jeszcze ją zupełnie zrujnujesz</span> – oświadczyła natychmiast Brenna, spoglądając na poły białej spódnicy, ciągnące się aż do ziemi, i oczyma wyobraźni już widziała, co się stanie, jeśli Geraldine zacznie w niej klękać na trawie, by zbadać jakiś ślad na ziemi albo wejdzie w krzaki, na których dostrzeże fragment ubrania. O nie, nie, nie, nie było o tym nawet mowy. Zresztą, w miarę jak noc gęstniała, Brenna stawała się niespokojna i cieszyła się, że może teraz czymś się zająć. Nadała krótki komunikat do Atreusa, siedzącego akurat z Millie, i dość szybko się zebrały.<br />
Chwilę później nad brzegiem walijskiego jeziora, w którym ponoć mieszkały złośliwe kelpie, pojawiła się niewielka wyprawa ratowniczo – poszukiwawcza. Ślady w wilgotnej ziemi były dobrze widoczne, z początku więc nie musieli nawet specjalnie się starać, wędrując w świetle różdżek. A co do upewnienia się, że faktycznie trafili na właściwy trop… to też nie okazało się problemem…<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Mam nadzieję, że po prostu go zgubił</span> – rzuciła głośniej Brenna, która wysforowała na przód, by podnieść charakterystyczny kapelusz z piórkiem, który dostrzegli, zanim zrobi to Geraldine, bo akurat ten leżał w nieco błotnistym miejscu, i panna młoda jeszcze ubrudziłaby sobie dół sukienki.<br />
<br />
!Trauma Ognia<br />
<br />
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=mlTlt0U.png[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[23.09.1972, Snowdonia] zerwane więzi | Ursula & Philippa]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5239</link>
			<pubDate>Tue, 14 Oct 2025 23:17:17 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=587">Philippa Barclay</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5239</guid>
			<description><![CDATA[[inny avek]https://i.pinimg.com/1200x/88/2e/bc/882ebc7a7b4160b92a39104aebcce45c.jpg[/inny avek]<br />
<p>Zaproszenie, które otrzymała było dla niej zaskoczeniem. Po pierwsze, nie doszły do niej żadne informacje o tym, aby jej najstarszy syn zamierzał się ustatkować, nie słyszała nic o zaręczynach, ptaszki nie przyniosły jej takich informacji, co pozwalało jej zakładać iż była to decyzja podjęta raczej spontanicznie. Po drugie, od jej ostatniego spotkania z Ambroise'm minął szmat czasu, nie przebiegło ono tak jak zakładała, przynajmniej po części - spodziewała się, że może być rozżalony, ale jednak nie, aż tak. Wszystko chyba poszło w najgorszy możliwy sposób. Jakoś to przetrawiła, wzięła na siebie całą jego złość, nie za bardzo miała wybór, po raz kolejny. Trzymała się na uboczu, nie wchodziła mu w drogę, podjął decyzję - którą zaakceptowała. Zaproszenie na ślub... było niespodziewane. Zapewne nie spodziewał się, że postanowi się tutaj pojawić, być gdzieś w cieniu, nawet jeśli nie zauważy jej obecności pośród wszystkich swoich najbliższych, do których grona ona się nie zaliczała.</p>
<p>Decyzje podjęte w przeszłości niosły ze sobą ogromny ciężar, z którym musiała jakoś sobie radzić. Nie za bardzo miała możliwość zdziałania czegokolwiek, miała związane ręce, czasem zarzucała sobie, że mogła zrobić więcej, tylko czy naprawdę? Była wtedy bardzo młoda, łatwo było jej wyperswadować pewne rzeczy.</p>
<p>Dostała jednak zaproszenie, zapewne z czystej przyzwoitości, bo przecież nie rozmawiali ze sobą od lat. Postanowiła się jednak tutaj pojawić, może trochę jako cień, trzymać gdzieś na uboczu, sprawdzić, czy faktycznie był szczęśliwy, jakby miało to cokolwiek zmienić. Nie miało, jednak może dzięki temu będzie spokojniejsza, tak właściwie sama nie wiedziała dlaczego czuła taką ogromną potrzebę, aby skorzystać z tego zaproszenia. Ciągle był jej synem, czyż nie, mimo, że poza więzami krwi tak naprawdę nigdy nie miała szansy zostać jego matką. Przykre? Być może, ale tak wyglądał ten świat, w którym kobiety nie miały zbyt wiele do powiedzenia.</p>
<p>Wiedziała, że Ursula tu będzie. Kuzynka bowiem przejęła poniekąd jej rolę. Doglądała jej syna, pilnowała go. Była jej za to naprawdę wdzięczna, jednak nie mogłaby być zupełnie ze sobą szczera, gdyby nie była też o to nieco zazdrosna. Czuła wobec niej wdzięczność, ale coś kuło ją wewnątrz, że nigdy nie będzie z nim tak blisko jak ona. Życie, czyż nie? Musiała jednak przybrać odpowiednią pozę, nie dało się ukryć, że w Lestrange miała naprawdę ogromne wsparcie od samego początku, to ona bowiem pomogła jej sobie jakoś z tym wszystkim oswoić, ułożyć w głowie. Takie wydarzenia miały jednak ogromny wpływ na człowieka, tęsknota - mimo upływu lat nie mijała, ale nie mogła dać po sobie tego poznać. To miał być szczęśliwy dzień.</p>
<p>Znalazła się w Snowdonii sporo czasu przed rozpoczęciem ceremonii. Unikała swojego pierworodnego, ale próbowała odnaleźć Ursulę pośród osób, które jeszcze były zaangażowane w ostatnie przygotowania. Dostrzegła znajomą sylwetkę, podeszła więc do kobiety. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Potrzebna jest jakaś pomoc?</span> - Może nie należała do świty Młodego, nie zmieniało to jednak faktu, że mogła się na coś przydać.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[[inny avek]https://i.pinimg.com/1200x/88/2e/bc/882ebc7a7b4160b92a39104aebcce45c.jpg[/inny avek]<br />
<p>Zaproszenie, które otrzymała było dla niej zaskoczeniem. Po pierwsze, nie doszły do niej żadne informacje o tym, aby jej najstarszy syn zamierzał się ustatkować, nie słyszała nic o zaręczynach, ptaszki nie przyniosły jej takich informacji, co pozwalało jej zakładać iż była to decyzja podjęta raczej spontanicznie. Po drugie, od jej ostatniego spotkania z Ambroise'm minął szmat czasu, nie przebiegło ono tak jak zakładała, przynajmniej po części - spodziewała się, że może być rozżalony, ale jednak nie, aż tak. Wszystko chyba poszło w najgorszy możliwy sposób. Jakoś to przetrawiła, wzięła na siebie całą jego złość, nie za bardzo miała wybór, po raz kolejny. Trzymała się na uboczu, nie wchodziła mu w drogę, podjął decyzję - którą zaakceptowała. Zaproszenie na ślub... było niespodziewane. Zapewne nie spodziewał się, że postanowi się tutaj pojawić, być gdzieś w cieniu, nawet jeśli nie zauważy jej obecności pośród wszystkich swoich najbliższych, do których grona ona się nie zaliczała.</p>
<p>Decyzje podjęte w przeszłości niosły ze sobą ogromny ciężar, z którym musiała jakoś sobie radzić. Nie za bardzo miała możliwość zdziałania czegokolwiek, miała związane ręce, czasem zarzucała sobie, że mogła zrobić więcej, tylko czy naprawdę? Była wtedy bardzo młoda, łatwo było jej wyperswadować pewne rzeczy.</p>
<p>Dostała jednak zaproszenie, zapewne z czystej przyzwoitości, bo przecież nie rozmawiali ze sobą od lat. Postanowiła się jednak tutaj pojawić, może trochę jako cień, trzymać gdzieś na uboczu, sprawdzić, czy faktycznie był szczęśliwy, jakby miało to cokolwiek zmienić. Nie miało, jednak może dzięki temu będzie spokojniejsza, tak właściwie sama nie wiedziała dlaczego czuła taką ogromną potrzebę, aby skorzystać z tego zaproszenia. Ciągle był jej synem, czyż nie, mimo, że poza więzami krwi tak naprawdę nigdy nie miała szansy zostać jego matką. Przykre? Być może, ale tak wyglądał ten świat, w którym kobiety nie miały zbyt wiele do powiedzenia.</p>
<p>Wiedziała, że Ursula tu będzie. Kuzynka bowiem przejęła poniekąd jej rolę. Doglądała jej syna, pilnowała go. Była jej za to naprawdę wdzięczna, jednak nie mogłaby być zupełnie ze sobą szczera, gdyby nie była też o to nieco zazdrosna. Czuła wobec niej wdzięczność, ale coś kuło ją wewnątrz, że nigdy nie będzie z nim tak blisko jak ona. Życie, czyż nie? Musiała jednak przybrać odpowiednią pozę, nie dało się ukryć, że w Lestrange miała naprawdę ogromne wsparcie od samego początku, to ona bowiem pomogła jej sobie jakoś z tym wszystkim oswoić, ułożyć w głowie. Takie wydarzenia miały jednak ogromny wpływ na człowieka, tęsknota - mimo upływu lat nie mijała, ale nie mogła dać po sobie tego poznać. To miał być szczęśliwy dzień.</p>
<p>Znalazła się w Snowdonii sporo czasu przed rozpoczęciem ceremonii. Unikała swojego pierworodnego, ale próbowała odnaleźć Ursulę pośród osób, które jeszcze były zaangażowane w ostatnie przygotowania. Dostrzegła znajomą sylwetkę, podeszła więc do kobiety. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Potrzebna jest jakaś pomoc?</span> - Może nie należała do świty Młodego, nie zmieniało to jednak faktu, że mogła się na coś przydać.</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[22.09.1972] jeszcze tej jednej nocy || Ambroise & Geraldine]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5195</link>
			<pubDate>Fri, 03 Oct 2025 02:27:16 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=463">Ambroise Greengrass-Yaxley</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5195</guid>
			<description><![CDATA[Nie musieli w żaden szczególny sposób ustalać przebiegu wieczoru. Nie potrzebowali tego wyjątkowo długo uzgadniać ze sobą nawzajem. Po prawdzie mówiąc, nie zajęło im to chyba nawet kwadransu, a gdyby którekolwiek z nich szczególnie mocno śledziło ruch wskazówek zegara (czego, rzecz jasna, nie robili, zajęci innymi sprawami), najpewniej doszliby do wniosku, że zrobili to nawet w znacznie mniej czasu. Poruszyli ten temat, spojrzeli sobie w oczy, kiwnęli głowami i tyle. <br />
Po prostu mieli <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">wyjątkową zgodność</span>, czyż nie? Już parokrotnie to mieli okazję to powtórzyć, stanowczo zbyt wiele razy, aby utrzymał rachubę. Można byłoby wręcz rzec, że ostatnio niemal nadużywali tego słowa, ciągle jeszcze czerpiąc satysfakcję z jego brzmienia. <br />
Przekornie rzucone dwa wyrazy poniekąd stały się prawdą. Tudzież może to prawda została nareszcie jasno ujęta w słowa. W końcu w przeszłości też nie byli aż tak bardzo rozbieżni w zdaniach, po prostu tego nie podkreślali, nie rozwodząc się za bardzo nad wzajemnym zrozumieniem, tylko je udowadniając. Może zatem powinni uznać obie te wersje na raz? To, że im częściej mówili tę <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">prawdę objawioną</span> na głos, tym mocniej wybrzmiewała ona w ich czynach? <br />
Nieistotne. Najważniejsze, że ten wieczór mógł mieć tylko jeden konkretny przebieg i byli co do tego zgodni. Ten najwłaściwszy z perspektywy nadchodzącego ślubu, niezmiernie istotny w kontekście tego, co czekało ich następnego dnia. I to bez wątpienia już od białego rana, ponieważ...<br />
...no, właśnie...<br />
...swoją ostatnią noc na kocią łapę mieli spędzić już w rezydencji, w której miała następnie odbyć się cała ceremonia ślubna. Nie mogli zatem wybrać momentu, gdy pojawią się wśród reszty domowników i dołączą do ostatniej fazy przygotowań. Oj nie. Roise nawet nie próbował łudzić się, że ktokolwiek pozwoli im pospać. Mieli zostać zerwani z łóżka i porwani w wir wydarzeń.<br />
Może nie dosłownie, bo najpewniej nikt nie zamierzał fizycznie wtargiwać do ich sypialni (raczej z dawna nauczono się, że żadna intencja nie była tego warta), ale istniały inne sposoby na to, aby ciepła pościel nie była dla nich już aż tak komfortowa. Znając obie kobiety stojące za ostatecznym sznytem wydarzenia, Greengrass doskonale wiedział, że każde posunięcie miało stać się dozwolone. Tylko po to, aby <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">dopilnować jak najbardziej godnego przebiegu tego niezmiernie ważnego dnia</span>. Mhm. <br />
Tak. Gdyby to od niego zależało, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">godność</span> nie byłaby określeniem, którego życzyłby sobie używać, przynajmniej nie w pierwszej kolejności. Nie w przypadku, w którym zdecydowanie bardziej wolałby, żeby ten dzień był przede wszystkim <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">ich.</span> Ich wspólny, prywatny, spędzony z ludźmi, z którymi chcieli łączyć te chwile. <br />
Jasne, nie postępowałby całkowicie niezgodnie z tradycją i pozostałymi elementami, jakie niechybnie składały się na to, że coś było <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">godne</span> (szczególnie w oczach starszych dam z grona czystokrwistych, bo dla niego część z dylematów organizacyjnych nie miała żadnego znaczenia; kolory serwetek naprawdę go nie interesowały, dopóki nie były przesadzone). Jednakże bez dwóch zdań nie zdecydowałby się całkowicie przyklaskiwać starym zwyczajom. Nie. Oj, nie.<br />
Mieliby swoją ostatnią noc przed ślubem, którą spędziliby w domku w Whitby, do późna siedząc na plaży i wpatrując się w księżyc albo we wzburzone fale. Pewnie nawet w którymś momencie weszliby nago do wody, ignorując pierwszy chłód i pozwalając sobie na tę ostatnią przyjemność przed nadejściem jesieni. Następnie wróciliby do ciepłego łóżka... ...a może i nie?... ...możliwe, że skończyłoby się na dywanie przy kominku lub na kanapie... ...potem umiarkowanie rano zjedliby lekkie śniadanie i odwiedziliby pobliski kowen. Nie jeden z największych, tylko ten kameralny, gdzie spędziliby dokładnie tyle czasu, ile byłoby potrzebne i ani zbędnej minuty dłużej. <br />
A następnie zorganizowaliby obiad z ogniskiem. Wydarzenie trwające do białego rana, może nawet jeszcze przez wiele godzin następnego dnia, lecz pozbawione tej całej sztucznej i wydumanej otoczki. Mogli bowiem częściowo postawić na swoim, ale w przypadku przyjęcia w Snowdonii nie dało się pominąć części oprawy. Ona <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">musiała być</span>. Kropka. Koniec. <br />
Było dobrze po dwudziestej, chwilę przed dziewiątą wieczorem, kiedy Ambroise pojawił się na progu rezydencji. Na zewnątrz padało, cały dzień był wyjątkowo wilgotny, choć przez część czasu unosiła się tylko delikatna mżawka. Niebo było jednak całkowicie zachmurzone, a wspomniane chmury około dziewiętnastej postanowiły pokazać to, przed czym ostrzegały. <br />
Wiało i padało. Było też wyjątkowo chłodno, przynajmniej do momentu przekroczenia przez niego progu ciepłego domu wypełnionego jasnym światłem, gdzie został powitany przez skrzatkę. Nikt inny nie czaił się na jego przybycie. Całe szczęście, bo jak na ten dzień, wystarczyło mu niespodziewanych interakcji. Chciał tylko przemknąć się do sypialni, założyć suche ubrania i dopiero wtedy pojawić się w salonie, gdzie przewidywał, że jeszcze przesiadywała część towarzystwa. <br />
Nie wiedział, kto już zjawił się w Snowdonii. Zdawał sobie sprawę z tego, że Geraldine spędzała tu Mabon z krewniakami. Tak jak on zrobił to w Dolinie. Prócz niej jednak tej nocy miały tu spać przeróżne osoby z ich grona. Yaxleyowie dysponowali bowiem całkiem sporą ilością wolnych pokoi. Tym razem sporą część z tych pomieszczeń mieli wypełnić ludzie stanowiący podporę Młodych. <br />
Ambroise liczył więc na całkiem miłą późną herbatę, może nawet z rozgrzewającą wkładką, a potem? Może na partię jakiejś gry w karty? Lub szachów czarodziejów? W zależności od tego, kto rzeczywiście byłby razem z nim? Chciał zrelaksować się po sabacie (nigdy ich przecież nie lubił) i przed Tym Wielkim Dniem. Nie miał wygórowanych wymagań. <br />
A jednak, gdy już narzucił na siebie nowe ciuchy, wycierając włosy ręcznikiem i znów pokonując schody, tylko tym razem w dół, nie usłyszał dźwięków, których mógłby się spodziewać. Zamiast tego zastał go niemalże pusty salon. Na pierwszy rzut oka pozbawiony czyjejkolwiek obecności, jednakże gdy tylko przekroczył próg, psy poderwały się zza kanapy stojącej plecami do drzwi. To oznaczało jedno. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Gdzie wszystkich wywiało? -</span> Rzucił, przechodząc przez dywan, żeby zbliżyć się do mebla i potwierdzić spostrzeżenie, że ten musiał być zajęty. <br />
Nie sądził, aby już pochlali, nawet mimo Mabon, było ledwo po dwudziestej pierwszej. Ale mógł się mylić, nie? Z tym wnioskiem wbił pytające spojrzenie w oczy dziewczyny, aby nachylić się i skraść jej pocałunek, zanim zajmie miejsce na dywanie. Kanapa ewidentnie była jej. Całe szczęście, ciepło rozpalonego kominka sprawiało, że podłoga nie była złą opcją. Zdecydowanie gorszą był fotel, z którego musiałby ściągać kota. Albo ten drugi, dalszy.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Nie musieli w żaden szczególny sposób ustalać przebiegu wieczoru. Nie potrzebowali tego wyjątkowo długo uzgadniać ze sobą nawzajem. Po prawdzie mówiąc, nie zajęło im to chyba nawet kwadransu, a gdyby którekolwiek z nich szczególnie mocno śledziło ruch wskazówek zegara (czego, rzecz jasna, nie robili, zajęci innymi sprawami), najpewniej doszliby do wniosku, że zrobili to nawet w znacznie mniej czasu. Poruszyli ten temat, spojrzeli sobie w oczy, kiwnęli głowami i tyle. <br />
Po prostu mieli <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">wyjątkową zgodność</span>, czyż nie? Już parokrotnie to mieli okazję to powtórzyć, stanowczo zbyt wiele razy, aby utrzymał rachubę. Można byłoby wręcz rzec, że ostatnio niemal nadużywali tego słowa, ciągle jeszcze czerpiąc satysfakcję z jego brzmienia. <br />
Przekornie rzucone dwa wyrazy poniekąd stały się prawdą. Tudzież może to prawda została nareszcie jasno ujęta w słowa. W końcu w przeszłości też nie byli aż tak bardzo rozbieżni w zdaniach, po prostu tego nie podkreślali, nie rozwodząc się za bardzo nad wzajemnym zrozumieniem, tylko je udowadniając. Może zatem powinni uznać obie te wersje na raz? To, że im częściej mówili tę <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">prawdę objawioną</span> na głos, tym mocniej wybrzmiewała ona w ich czynach? <br />
Nieistotne. Najważniejsze, że ten wieczór mógł mieć tylko jeden konkretny przebieg i byli co do tego zgodni. Ten najwłaściwszy z perspektywy nadchodzącego ślubu, niezmiernie istotny w kontekście tego, co czekało ich następnego dnia. I to bez wątpienia już od białego rana, ponieważ...<br />
...no, właśnie...<br />
...swoją ostatnią noc na kocią łapę mieli spędzić już w rezydencji, w której miała następnie odbyć się cała ceremonia ślubna. Nie mogli zatem wybrać momentu, gdy pojawią się wśród reszty domowników i dołączą do ostatniej fazy przygotowań. Oj nie. Roise nawet nie próbował łudzić się, że ktokolwiek pozwoli im pospać. Mieli zostać zerwani z łóżka i porwani w wir wydarzeń.<br />
Może nie dosłownie, bo najpewniej nikt nie zamierzał fizycznie wtargiwać do ich sypialni (raczej z dawna nauczono się, że żadna intencja nie była tego warta), ale istniały inne sposoby na to, aby ciepła pościel nie była dla nich już aż tak komfortowa. Znając obie kobiety stojące za ostatecznym sznytem wydarzenia, Greengrass doskonale wiedział, że każde posunięcie miało stać się dozwolone. Tylko po to, aby <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">dopilnować jak najbardziej godnego przebiegu tego niezmiernie ważnego dnia</span>. Mhm. <br />
Tak. Gdyby to od niego zależało, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">godność</span> nie byłaby określeniem, którego życzyłby sobie używać, przynajmniej nie w pierwszej kolejności. Nie w przypadku, w którym zdecydowanie bardziej wolałby, żeby ten dzień był przede wszystkim <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">ich.</span> Ich wspólny, prywatny, spędzony z ludźmi, z którymi chcieli łączyć te chwile. <br />
Jasne, nie postępowałby całkowicie niezgodnie z tradycją i pozostałymi elementami, jakie niechybnie składały się na to, że coś było <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">godne</span> (szczególnie w oczach starszych dam z grona czystokrwistych, bo dla niego część z dylematów organizacyjnych nie miała żadnego znaczenia; kolory serwetek naprawdę go nie interesowały, dopóki nie były przesadzone). Jednakże bez dwóch zdań nie zdecydowałby się całkowicie przyklaskiwać starym zwyczajom. Nie. Oj, nie.<br />
Mieliby swoją ostatnią noc przed ślubem, którą spędziliby w domku w Whitby, do późna siedząc na plaży i wpatrując się w księżyc albo we wzburzone fale. Pewnie nawet w którymś momencie weszliby nago do wody, ignorując pierwszy chłód i pozwalając sobie na tę ostatnią przyjemność przed nadejściem jesieni. Następnie wróciliby do ciepłego łóżka... ...a może i nie?... ...możliwe, że skończyłoby się na dywanie przy kominku lub na kanapie... ...potem umiarkowanie rano zjedliby lekkie śniadanie i odwiedziliby pobliski kowen. Nie jeden z największych, tylko ten kameralny, gdzie spędziliby dokładnie tyle czasu, ile byłoby potrzebne i ani zbędnej minuty dłużej. <br />
A następnie zorganizowaliby obiad z ogniskiem. Wydarzenie trwające do białego rana, może nawet jeszcze przez wiele godzin następnego dnia, lecz pozbawione tej całej sztucznej i wydumanej otoczki. Mogli bowiem częściowo postawić na swoim, ale w przypadku przyjęcia w Snowdonii nie dało się pominąć części oprawy. Ona <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">musiała być</span>. Kropka. Koniec. <br />
Było dobrze po dwudziestej, chwilę przed dziewiątą wieczorem, kiedy Ambroise pojawił się na progu rezydencji. Na zewnątrz padało, cały dzień był wyjątkowo wilgotny, choć przez część czasu unosiła się tylko delikatna mżawka. Niebo było jednak całkowicie zachmurzone, a wspomniane chmury około dziewiętnastej postanowiły pokazać to, przed czym ostrzegały. <br />
Wiało i padało. Było też wyjątkowo chłodno, przynajmniej do momentu przekroczenia przez niego progu ciepłego domu wypełnionego jasnym światłem, gdzie został powitany przez skrzatkę. Nikt inny nie czaił się na jego przybycie. Całe szczęście, bo jak na ten dzień, wystarczyło mu niespodziewanych interakcji. Chciał tylko przemknąć się do sypialni, założyć suche ubrania i dopiero wtedy pojawić się w salonie, gdzie przewidywał, że jeszcze przesiadywała część towarzystwa. <br />
Nie wiedział, kto już zjawił się w Snowdonii. Zdawał sobie sprawę z tego, że Geraldine spędzała tu Mabon z krewniakami. Tak jak on zrobił to w Dolinie. Prócz niej jednak tej nocy miały tu spać przeróżne osoby z ich grona. Yaxleyowie dysponowali bowiem całkiem sporą ilością wolnych pokoi. Tym razem sporą część z tych pomieszczeń mieli wypełnić ludzie stanowiący podporę Młodych. <br />
Ambroise liczył więc na całkiem miłą późną herbatę, może nawet z rozgrzewającą wkładką, a potem? Może na partię jakiejś gry w karty? Lub szachów czarodziejów? W zależności od tego, kto rzeczywiście byłby razem z nim? Chciał zrelaksować się po sabacie (nigdy ich przecież nie lubił) i przed Tym Wielkim Dniem. Nie miał wygórowanych wymagań. <br />
A jednak, gdy już narzucił na siebie nowe ciuchy, wycierając włosy ręcznikiem i znów pokonując schody, tylko tym razem w dół, nie usłyszał dźwięków, których mógłby się spodziewać. Zamiast tego zastał go niemalże pusty salon. Na pierwszy rzut oka pozbawiony czyjejkolwiek obecności, jednakże gdy tylko przekroczył próg, psy poderwały się zza kanapy stojącej plecami do drzwi. To oznaczało jedno. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Gdzie wszystkich wywiało? -</span> Rzucił, przechodząc przez dywan, żeby zbliżyć się do mebla i potwierdzić spostrzeżenie, że ten musiał być zajęty. <br />
Nie sądził, aby już pochlali, nawet mimo Mabon, było ledwo po dwudziestej pierwszej. Ale mógł się mylić, nie? Z tym wnioskiem wbił pytające spojrzenie w oczy dziewczyny, aby nachylić się i skraść jej pocałunek, zanim zajmie miejsce na dywanie. Kanapa ewidentnie była jej. Całe szczęście, ciepło rozpalonego kominka sprawiało, że podłoga nie była złą opcją. Zdecydowanie gorszą był fotel, z którego musiałby ściągać kota. Albo ten drugi, dalszy.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5189</link>
			<pubDate>Wed, 01 Oct 2025 22:31:56 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=516">Paracelsus</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5189</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Helloise Rowle - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span></div></div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">a wiatr od wieków nuci tę pieśń</span></div>
<div id="dataa" class="mycode_b">23.09.1972, rezydencja Yaxleyów, Snowdonia</div>
<br />
<div class="ramka">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=xCSItcd.jpeg" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=xCSItcd.jpeg]" class="mycode_img" /></div></div>
<br />
<div class="ramka">Jest kilka minut przed siedemnastą, gdy cała uwaga zaczyna skupiać się wokół przestrzeni rozciągającej się za rezydencją rodu Yaxley. Ceremonia nie odbywa się we wnętrzach domu, jak wielu mogłoby się spodziewać w związku z nadejściem chłodniejszej pory roku, lecz na zewnątrz, w ogrodach wzniesionych nad kotlinę górską.<br />
<br />
Goście poruszają się wzdłuż alejek wyłożonych drewnianymi deskami, aby nie grzęznąć w lekko wilgotnej trawie i w ziemi. Ich kroki rozchodzą się echem, a szmer rozmów miesza się z szumem pobliskiego strumienia, krzykiem odlatującego ptactwa i szelestem liści, które już gdzieniegdzie opadają z gałęzi, oraz z innymi dźwiękami natury. Co poniektórzy z zaproszonych (najpewniej ci biorący pod uwagę fragment zaproszenia mówiący o <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">weselu plenerowym</span> podczas ustalania swojego stroju; część osób zdecydowanie go zignorowało) skracają sobie drogę przez trawnik.<br />
Pod ich stopami rozpościera się wypielęgnowana murawa. Jest gęsta, jeszcze zielona, ale już gdzieniegdzie przetykana pierwszymi brunatnymi źdźbłami, które zapowiadają nadejście jesieni.<br />
Większość przybywających (jeszcze) trzyma się wyznaczonych dróg. Mimo kieliszków szampana rozdawanych na wejściu, są raczej stanowczo zbyt trzeźwi, aby ryzykować zniszczenia kreacji przed zapadnięciem zmroku, gdy obyczaje z pewnością ulegną rozluźnieniu.<br />
<br />
Na ten moment, temperatura jest na tyle łaskawa, by pozwolić gościom przebywać na zewnątrz bez ryzyka choroby, a jednocześnie na tyle niska, aby przypominała im o miejscu, w którym się znaleźli. Zanim wybije właściwa godzina, niebo wciąż pozostaje jasne, światło dzienne jest miękkie i rozproszone, zaś na części trawnika malują się już cienie zboczy.<br />
Choć to dopiero druga połowa września, w tych regionach nikt nie zapomina jednak o nagłych spadkach temperatury. Stąd widok eleganckich płaszczy zarzuconych nonszalancko na ramiona, haftowanych szali i futrzanych etoli, lecz także pledów ułożonych w dogodnych miejscach, które można chwycić w przypływie chłodu. Za ciepło mają odpowiadać również ogniska, jednak chwilowo nie są one rozpalone, a także pochodnie, które już płoną, konkurując ze światłem dziennym.<br />
<br />
Jesienne popołudnie w górach potrafi płatać figle. Zbyt często zsyła chłodny powiew od strony szczytów, by zaraz rozsunąć chmury i otulić trawniki ciepłymi promieniami słońca, a potem skropić wszystko deszczem.<br />
Dziś jednak pogoda okazuje się łaskawa. Dopisuje na tyle, że można ją nazwać <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">sprzyjającą</span>. Niebo nie jest całkowicie przejrzyste, jednakże w porównaniu z ostatnimi dniami, nie jest także całkowicie szare. Pomiędzy gęstymi chmurami raz za razem pojawia się prześwit błękitu nieba.<br />
Powietrze jest rześkie, lecz nie mroźne, a wiatr zrywa się tylko czasami, aby subtelnym ruchem poruszyć wyszywane myśliwskie szarfy i płomienie pochodni oraz świec osłoniętych szklanymi lampionami. Chłodnawe podmuchy muskają policzki, rozwiewają włosy i łopoczą luźnymi fragmentami ubrań, czasem porywając garść liści i unosząc je ku górze.<br />
Prócz tego, aura jest niemalże idealna. Tak dobra jak tylko może być o tej porze roku, nie będącej przy tym pocztówkową <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">złotą jesienią</span>. Ale nikt się takiej nie spodziewał, prawda? Nie tutaj, nie teraz, nie po wczorajszym wyjątkowo cichym Mabon. W końcu to czas zadumy.<br />
Lasy, w których mieści się dom rodowy Yaxleyów mają już w sobie tę wyczuwalną nutę przemijania. Zieleń traci swą soczystość, a w rześkim powietrzu unosi się zapowiedź ciemniejszych dni.<br />
<br />
Zawieszone nisko nad szczytami słońce, gdy tylko na kilka chwil wyłania się zza chmur, rozlewa złotawe światło, które miękko pada na twarze zgromadzonych. Jeszcze nie zachodzi, ale widać, jak zbliża się ku horyzontowi. Cienie stają się dłuższe, a barwy otoczenia przybierają głębsze tony. Za godzinę wszystko spowije ostatnia ciepła poświata, idealna dla takiego wydarzenia.<br />
<br />
Rezydencja rodu Yaxley prezentuje się nienagannie. Jej kamienne mury, porośnięte częściowo bluszczem, stanowią integralne tło całej uroczystości. W razie potrzeby, części wspólne domu pozostają otwarte dla gości. Można skorzystać z łazienek, zaszyć się na chwilę w jednym z salonów albo w bibliotece. Nie tutaj jednak skupia się spojrzenie większości przybyłych.<br />
Wzrok przyciąga przestrzeń za budynkiem. Ta, do której kierowani są przybywający biesiadnicy, gdzie za tarasem i schodami prowadzącymi w dół otwiera się ogród schodzący powoli ku łące, a dalej ku ciemniejącemu lasowi. To właśnie tam, w miejscu gdzie kończy się trawnik, a zaczyna łąka, zaaranżowano ceremonię.<br />
Jedna z polan stała się dziś sercem uroczystości. Z jednej strony ogranicza ją zapalający się kamienny murek porośnięty dzikim winem, którego liście przybrały odcienie krwistej czerwieni i ciemnej purpury. Z pozostałych zaś otwiera się widok na las i dolinę. Drzewa w lesie, głównie świerki i buki, falują delikatnie na wietrze, ich szelest miesza się z wyraźnym szumem.<br />
W tle słychać szemranie strumienia, który płynie po prawej stronie miejsca zgromadzenia, tuż za linią lasu, a który został specjalnie odsłonięty na tę okoliczność. Pomiędzy krzewami stworzono niewielką ścieżkę prowadzącą do koryta rzeczki. Tak, by można było usłyszeć wodę toczącą się po kamieniach i zejść tam w razie potrzeby.<br />
<br />
Bliskość strumyka i nadchodzący wieczór sprawiają, że powietrze jest nieco wilgotne. Woń unosząca się nad polaną nie jest natomiast jednorodna. Z jednej strony wyraźnie czuć żywicę drzew iglastych i zapach leśnej ściółki, z drugiej wybija się świeżość późnych kwiatów i ziół rozsypanych wokół ścieżki prowadzącej do ołtarza oraz wplecionych w dekoracje. Tych, które mają oczyszczać powietrze, lecz także odstraszać to, co niepożądane.<br />
Metr przed pierwszymi i metr za ostatnimi krzesłami dla gości (bez wyznaczonych miejsc) rozstawiono zresztą misy z palącym się kadzidłem. Dym unosi się w górę pod postacią cienkich strużek, pachnąc słodkawo i orzechowo. Zapach ten jest nie tyle elementem dekoracyjnym, uprzyjemniającym doznania zmysłów, co częścią rytuału.<br />
<br />
Krzesła ustawione dla zaproszonych wykonane są z ciemnego, lekko polerowanego drewna. Stworzono je tak, aby zachować i podkreślić naturalne usłojenie desek, z którego je stworzono. Są wyściełane miękką tkaniną w odcieniach mchu i głębokiej zieleni. Prócz tego pozbawiono je zbędnych zdobień.<br />
Ustawione na deskach równych z poziomem trawnika, tworzą półkole, otwierające się w stronę półkolistego kamiennego podestu, gdzie niebawem stanie para młoda. Symboliczny ołtarz ma wysokość nieco ponad pół metra i został zbudowany z surowych, kamiennych płyt. Od boków oplatają go pnącza bluszczu, których korzenie wniknęły w szczeliny, jakby ta konstrukcja od zawsze należała do tego miejsca. Tylko stali bywalcy wiedzą, że nie jest tak w istocie. To część tymczasowej konstrukcji, tak samo jak reszta aranżacji.<br />
Wokół miejsca ceremonii ustawiono bowiem również całkiem zgrabny łuk z <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">żywego</span> drewna. Powstał on z na oko trzymetrowych roślin (wierzb wkopanych w ziemię) z elastycznymi gałęziami, które uformowano tak, by spotkały się w harmonijnym zwieńczeniu nad ołtarzem. Ozdabiają je suszone trawy, pióra ptaków i gałązki kwitnącego jeszcze wrzosu. Na szczycie konstrukcji połyskują rzeźbione runy ochronne.<br />
<br />
Nie postawiono na ostentacyjną wystawność, lecz na harmonię. Po bokach ustawiono stoły, jeszcze puste, czekające na wieczorne przyjęcie, choć stojące już we właściwych miejscach. Tak jak krzesła, są zrobione z grubych desek, ozdobione jedynie prostymi kompozycjami zawierającymi kwitnący wrzos, gałązki dębu i liście bylicy. Przy każdym (z wyjątkiem głównego stołu na dziesięć miejsc) z nich znajduje się osiem miejsc siedzących. Każde oznaczono imiennym bilecikiem. Na oko, na przyjęciu ma pojawić się sto sześćdziesiąt osób.<br />
Stoły nie są jeszcze pełne jedzenia, są wyłącznie zastawione zastawą i przykryte obrusami. Tkaniny różnią się w zależności od stołu. Mają barwy ziemi, które stapiają się z otoczeniem. Wystarczająco dyskretne, by nie rywalizować z majestatem górskiego krajobrazu.<br />
Wszystko bowiem, od samego miejsca po wybraną paletę kolorów, zostało podporządkowane jednemu celowi: by uroczystość była wizualnie spleciona z naturą, tak jak od pokoleń związane są z nią oba rody.<br />
<br />
Nad całym miejscem unosi się zresztą coś więcej niż zapach roślin czy brzmienie rozmów. Jest to aura świadomości, że rytuał, który za chwilę się rozpocznie, powtarzany był setki razy przez poprzednie pokolenia, choć nigdy dokładnie tak samo. A górski wiatr niesie echa dawnych przysiąg, odległe szepty przeszłości w oczekiwaniu na głos przyszłości.<br />
<br />
Chwilowo pozostało jeszcze kilka minut na ostatnie rozmowy i zajęcie miejsc w okręgu. Ceremonia zaraz się rozpocznie.</div>
<br />
<div class="spoiler_wrap"><div class="spoiler_header"><a href="javascript:void(0);" onclick="javascript:if(parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display=='block'){parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='none';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[+]&quot; alt=&quot;[+]&quot; src=&quot;/images/collapse_collapsed.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;Spoiler';}else {parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='block';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[-]&quot; alt=&quot;[-]&quot; src=&quot;/images/collapse.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;Spoiler';}"><img title="[+]" alt="[+]" src="/images/collapse_collapsed.png" class="expandspoiler" />Spoiler</a></div><div class="spoiler_body" style="display: none;"><div class="divek"><h2> Plan wieczoru </h2><br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">1. Ceremonia ślubna</span><br />
<br />
- przybycie gości,<br />
- pojawienie się pary młodej,<br />
- ceremonia, rytuały i inne takie,<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">2. Przyjęcie weselne</span><br />
<br />
- toasty, uczta,<br />
- tańce, hulańce, kości,<br />
- inne atrakcje.<br />
<br />
<div class="ramka">Za rytualną część ceremonii odpowiada kapłan  <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=206" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Sebastian Macmillan</a> <br />
<br />
Od strony Panny Młodej, rolę świadkowej pełni <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=418" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Millie Moody</a> <br />
<br />
Świadkiem Pana Młodego jest natomiast <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=529" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Cornelius Lestrange</a> <br />
<br />
Ewentualne kwestie organizacyjne można poruszać także z  <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=583" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Ursula Lestrange</a> oraz rodzicami Państwa Młodych  <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=516" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Paracelsus</a>     <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=118" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Cliodna</a><br />
<br />
Zaś problemy natury bezpieczeństwa do <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=544" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Benjy Fenwick</a>  oraz członków klubu Artemis <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=516" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Paracelsus</a>  <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=118" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Cliodna</a>  <br />
<br />
W razie potrzeby innej ingerencji fabularnej albo w przypadku pytań, prosimy o otagowanie   <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=516" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Paracelsus</a>  <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=118" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Cliodna</a> </div>
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Tura będzie trwać 72h, podczas wydarzenia będziemy przesuwać czas i przechodzić do kolejnych części i atrakcji. Można na spokojnie grać sobie wątki w tle w trakcie eventu. Jeśli ktoś nie zdążył się wpisać na listę, a dostał zaproszenie, prosimy o fabularne, listowne potwierdzenie i zachęcamy do dołączenia do sesji.</span><br />
<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Czas na zebranie się, zajęcie miejsc i rozmowy przed rozpoczęciem ceremonii wynosi 72h. Termin upływa w w <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">sobotę 04.10 o 23:59.</span></span></div></div></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Helloise Rowle - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span></div></div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">a wiatr od wieków nuci tę pieśń</span></div>
<div id="dataa" class="mycode_b">23.09.1972, rezydencja Yaxleyów, Snowdonia</div>
<br />
<div class="ramka">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=xCSItcd.jpeg" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=xCSItcd.jpeg]" class="mycode_img" /></div></div>
<br />
<div class="ramka">Jest kilka minut przed siedemnastą, gdy cała uwaga zaczyna skupiać się wokół przestrzeni rozciągającej się za rezydencją rodu Yaxley. Ceremonia nie odbywa się we wnętrzach domu, jak wielu mogłoby się spodziewać w związku z nadejściem chłodniejszej pory roku, lecz na zewnątrz, w ogrodach wzniesionych nad kotlinę górską.<br />
<br />
Goście poruszają się wzdłuż alejek wyłożonych drewnianymi deskami, aby nie grzęznąć w lekko wilgotnej trawie i w ziemi. Ich kroki rozchodzą się echem, a szmer rozmów miesza się z szumem pobliskiego strumienia, krzykiem odlatującego ptactwa i szelestem liści, które już gdzieniegdzie opadają z gałęzi, oraz z innymi dźwiękami natury. Co poniektórzy z zaproszonych (najpewniej ci biorący pod uwagę fragment zaproszenia mówiący o <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">weselu plenerowym</span> podczas ustalania swojego stroju; część osób zdecydowanie go zignorowało) skracają sobie drogę przez trawnik.<br />
Pod ich stopami rozpościera się wypielęgnowana murawa. Jest gęsta, jeszcze zielona, ale już gdzieniegdzie przetykana pierwszymi brunatnymi źdźbłami, które zapowiadają nadejście jesieni.<br />
Większość przybywających (jeszcze) trzyma się wyznaczonych dróg. Mimo kieliszków szampana rozdawanych na wejściu, są raczej stanowczo zbyt trzeźwi, aby ryzykować zniszczenia kreacji przed zapadnięciem zmroku, gdy obyczaje z pewnością ulegną rozluźnieniu.<br />
<br />
Na ten moment, temperatura jest na tyle łaskawa, by pozwolić gościom przebywać na zewnątrz bez ryzyka choroby, a jednocześnie na tyle niska, aby przypominała im o miejscu, w którym się znaleźli. Zanim wybije właściwa godzina, niebo wciąż pozostaje jasne, światło dzienne jest miękkie i rozproszone, zaś na części trawnika malują się już cienie zboczy.<br />
Choć to dopiero druga połowa września, w tych regionach nikt nie zapomina jednak o nagłych spadkach temperatury. Stąd widok eleganckich płaszczy zarzuconych nonszalancko na ramiona, haftowanych szali i futrzanych etoli, lecz także pledów ułożonych w dogodnych miejscach, które można chwycić w przypływie chłodu. Za ciepło mają odpowiadać również ogniska, jednak chwilowo nie są one rozpalone, a także pochodnie, które już płoną, konkurując ze światłem dziennym.<br />
<br />
Jesienne popołudnie w górach potrafi płatać figle. Zbyt często zsyła chłodny powiew od strony szczytów, by zaraz rozsunąć chmury i otulić trawniki ciepłymi promieniami słońca, a potem skropić wszystko deszczem.<br />
Dziś jednak pogoda okazuje się łaskawa. Dopisuje na tyle, że można ją nazwać <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">sprzyjającą</span>. Niebo nie jest całkowicie przejrzyste, jednakże w porównaniu z ostatnimi dniami, nie jest także całkowicie szare. Pomiędzy gęstymi chmurami raz za razem pojawia się prześwit błękitu nieba.<br />
Powietrze jest rześkie, lecz nie mroźne, a wiatr zrywa się tylko czasami, aby subtelnym ruchem poruszyć wyszywane myśliwskie szarfy i płomienie pochodni oraz świec osłoniętych szklanymi lampionami. Chłodnawe podmuchy muskają policzki, rozwiewają włosy i łopoczą luźnymi fragmentami ubrań, czasem porywając garść liści i unosząc je ku górze.<br />
Prócz tego, aura jest niemalże idealna. Tak dobra jak tylko może być o tej porze roku, nie będącej przy tym pocztówkową <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">złotą jesienią</span>. Ale nikt się takiej nie spodziewał, prawda? Nie tutaj, nie teraz, nie po wczorajszym wyjątkowo cichym Mabon. W końcu to czas zadumy.<br />
Lasy, w których mieści się dom rodowy Yaxleyów mają już w sobie tę wyczuwalną nutę przemijania. Zieleń traci swą soczystość, a w rześkim powietrzu unosi się zapowiedź ciemniejszych dni.<br />
<br />
Zawieszone nisko nad szczytami słońce, gdy tylko na kilka chwil wyłania się zza chmur, rozlewa złotawe światło, które miękko pada na twarze zgromadzonych. Jeszcze nie zachodzi, ale widać, jak zbliża się ku horyzontowi. Cienie stają się dłuższe, a barwy otoczenia przybierają głębsze tony. Za godzinę wszystko spowije ostatnia ciepła poświata, idealna dla takiego wydarzenia.<br />
<br />
Rezydencja rodu Yaxley prezentuje się nienagannie. Jej kamienne mury, porośnięte częściowo bluszczem, stanowią integralne tło całej uroczystości. W razie potrzeby, części wspólne domu pozostają otwarte dla gości. Można skorzystać z łazienek, zaszyć się na chwilę w jednym z salonów albo w bibliotece. Nie tutaj jednak skupia się spojrzenie większości przybyłych.<br />
Wzrok przyciąga przestrzeń za budynkiem. Ta, do której kierowani są przybywający biesiadnicy, gdzie za tarasem i schodami prowadzącymi w dół otwiera się ogród schodzący powoli ku łące, a dalej ku ciemniejącemu lasowi. To właśnie tam, w miejscu gdzie kończy się trawnik, a zaczyna łąka, zaaranżowano ceremonię.<br />
Jedna z polan stała się dziś sercem uroczystości. Z jednej strony ogranicza ją zapalający się kamienny murek porośnięty dzikim winem, którego liście przybrały odcienie krwistej czerwieni i ciemnej purpury. Z pozostałych zaś otwiera się widok na las i dolinę. Drzewa w lesie, głównie świerki i buki, falują delikatnie na wietrze, ich szelest miesza się z wyraźnym szumem.<br />
W tle słychać szemranie strumienia, który płynie po prawej stronie miejsca zgromadzenia, tuż za linią lasu, a który został specjalnie odsłonięty na tę okoliczność. Pomiędzy krzewami stworzono niewielką ścieżkę prowadzącą do koryta rzeczki. Tak, by można było usłyszeć wodę toczącą się po kamieniach i zejść tam w razie potrzeby.<br />
<br />
Bliskość strumyka i nadchodzący wieczór sprawiają, że powietrze jest nieco wilgotne. Woń unosząca się nad polaną nie jest natomiast jednorodna. Z jednej strony wyraźnie czuć żywicę drzew iglastych i zapach leśnej ściółki, z drugiej wybija się świeżość późnych kwiatów i ziół rozsypanych wokół ścieżki prowadzącej do ołtarza oraz wplecionych w dekoracje. Tych, które mają oczyszczać powietrze, lecz także odstraszać to, co niepożądane.<br />
Metr przed pierwszymi i metr za ostatnimi krzesłami dla gości (bez wyznaczonych miejsc) rozstawiono zresztą misy z palącym się kadzidłem. Dym unosi się w górę pod postacią cienkich strużek, pachnąc słodkawo i orzechowo. Zapach ten jest nie tyle elementem dekoracyjnym, uprzyjemniającym doznania zmysłów, co częścią rytuału.<br />
<br />
Krzesła ustawione dla zaproszonych wykonane są z ciemnego, lekko polerowanego drewna. Stworzono je tak, aby zachować i podkreślić naturalne usłojenie desek, z którego je stworzono. Są wyściełane miękką tkaniną w odcieniach mchu i głębokiej zieleni. Prócz tego pozbawiono je zbędnych zdobień.<br />
Ustawione na deskach równych z poziomem trawnika, tworzą półkole, otwierające się w stronę półkolistego kamiennego podestu, gdzie niebawem stanie para młoda. Symboliczny ołtarz ma wysokość nieco ponad pół metra i został zbudowany z surowych, kamiennych płyt. Od boków oplatają go pnącza bluszczu, których korzenie wniknęły w szczeliny, jakby ta konstrukcja od zawsze należała do tego miejsca. Tylko stali bywalcy wiedzą, że nie jest tak w istocie. To część tymczasowej konstrukcji, tak samo jak reszta aranżacji.<br />
Wokół miejsca ceremonii ustawiono bowiem również całkiem zgrabny łuk z <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">żywego</span> drewna. Powstał on z na oko trzymetrowych roślin (wierzb wkopanych w ziemię) z elastycznymi gałęziami, które uformowano tak, by spotkały się w harmonijnym zwieńczeniu nad ołtarzem. Ozdabiają je suszone trawy, pióra ptaków i gałązki kwitnącego jeszcze wrzosu. Na szczycie konstrukcji połyskują rzeźbione runy ochronne.<br />
<br />
Nie postawiono na ostentacyjną wystawność, lecz na harmonię. Po bokach ustawiono stoły, jeszcze puste, czekające na wieczorne przyjęcie, choć stojące już we właściwych miejscach. Tak jak krzesła, są zrobione z grubych desek, ozdobione jedynie prostymi kompozycjami zawierającymi kwitnący wrzos, gałązki dębu i liście bylicy. Przy każdym (z wyjątkiem głównego stołu na dziesięć miejsc) z nich znajduje się osiem miejsc siedzących. Każde oznaczono imiennym bilecikiem. Na oko, na przyjęciu ma pojawić się sto sześćdziesiąt osób.<br />
Stoły nie są jeszcze pełne jedzenia, są wyłącznie zastawione zastawą i przykryte obrusami. Tkaniny różnią się w zależności od stołu. Mają barwy ziemi, które stapiają się z otoczeniem. Wystarczająco dyskretne, by nie rywalizować z majestatem górskiego krajobrazu.<br />
Wszystko bowiem, od samego miejsca po wybraną paletę kolorów, zostało podporządkowane jednemu celowi: by uroczystość była wizualnie spleciona z naturą, tak jak od pokoleń związane są z nią oba rody.<br />
<br />
Nad całym miejscem unosi się zresztą coś więcej niż zapach roślin czy brzmienie rozmów. Jest to aura świadomości, że rytuał, który za chwilę się rozpocznie, powtarzany był setki razy przez poprzednie pokolenia, choć nigdy dokładnie tak samo. A górski wiatr niesie echa dawnych przysiąg, odległe szepty przeszłości w oczekiwaniu na głos przyszłości.<br />
<br />
Chwilowo pozostało jeszcze kilka minut na ostatnie rozmowy i zajęcie miejsc w okręgu. Ceremonia zaraz się rozpocznie.</div>
<br />
<div class="spoiler_wrap"><div class="spoiler_header"><a href="javascript:void(0);" onclick="javascript:if(parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display=='block'){parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='none';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[+]&quot; alt=&quot;[+]&quot; src=&quot;/images/collapse_collapsed.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;Spoiler';}else {parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='block';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[-]&quot; alt=&quot;[-]&quot; src=&quot;/images/collapse.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;Spoiler';}"><img title="[+]" alt="[+]" src="/images/collapse_collapsed.png" class="expandspoiler" />Spoiler</a></div><div class="spoiler_body" style="display: none;"><div class="divek"><h2> Plan wieczoru </h2><br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">1. Ceremonia ślubna</span><br />
<br />
- przybycie gości,<br />
- pojawienie się pary młodej,<br />
- ceremonia, rytuały i inne takie,<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">2. Przyjęcie weselne</span><br />
<br />
- toasty, uczta,<br />
- tańce, hulańce, kości,<br />
- inne atrakcje.<br />
<br />
<div class="ramka">Za rytualną część ceremonii odpowiada kapłan  <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=206" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Sebastian Macmillan</a> <br />
<br />
Od strony Panny Młodej, rolę świadkowej pełni <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=418" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Millie Moody</a> <br />
<br />
Świadkiem Pana Młodego jest natomiast <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=529" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Cornelius Lestrange</a> <br />
<br />
Ewentualne kwestie organizacyjne można poruszać także z  <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=583" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Ursula Lestrange</a> oraz rodzicami Państwa Młodych  <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=516" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Paracelsus</a>     <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=118" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Cliodna</a><br />
<br />
Zaś problemy natury bezpieczeństwa do <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=544" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Benjy Fenwick</a>  oraz członków klubu Artemis <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=516" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Paracelsus</a>  <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=118" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Cliodna</a>  <br />
<br />
W razie potrzeby innej ingerencji fabularnej albo w przypadku pytań, prosimy o otagowanie   <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=516" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Paracelsus</a>  <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=118" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Cliodna</a> </div>
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Tura będzie trwać 72h, podczas wydarzenia będziemy przesuwać czas i przechodzić do kolejnych części i atrakcji. Można na spokojnie grać sobie wątki w tle w trakcie eventu. Jeśli ktoś nie zdążył się wpisać na listę, a dostał zaproszenie, prosimy o fabularne, listowne potwierdzenie i zachęcamy do dołączenia do sesji.</span><br />
<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Czas na zebranie się, zajęcie miejsc i rozmowy przed rozpoczęciem ceremonii wynosi 72h. Termin upływa w w <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">sobotę 04.10 o 23:59.</span></span></div></div></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[23.09.1972] In a little while | Geraldine & Ursula]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5187</link>
			<pubDate>Wed, 01 Oct 2025 22:07:27 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=29">Geraldine Greengrass-Yaxley</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5187</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">23.09.1972, rezydencja Yaxleyów</div>
<br />
<p>Nadszedł <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">ten dzień</span>. Zaiste, bardzo ważny, wyczekiwany... nie, nie wyczekiwali go wcale zbyt długo. Dość spontanicznie zaręczyli się jakieś dwa tygodnie temu, a dzisiaj Yaxley stała w swoim własnym pokoju wpatrując się w swoje odbicie, ubrana w białą suknię. Niezbadane są wyroki bóstw, czyż nie? Już za chwilę, oficjalnie miała stać się <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">żoną</span>. Nigdy nie należała do dziewcząt, które miały wyobrażenia o swoim ślubie, zamążpójście nie było największym z jej marzeń, tak właściwie to nie spodziewała się tego, że będzie pragnęła spleść swoje życie z czyimś. Wiele się zmieniło, widać musiała trafić na odpowiedniego człowieka, miała sporo szczęścia, że dane jej było poznać jak to jest pokochać kogoś tak, że nie da się sobie wyobrazić własnej przyszłości bez tego mężczyzny u swojego boku. Los im sprzyjał, trafili na siebie, chociaż to wcale nie musiało być takie proste, mogli pochodzić z nieodpowiednich rodów, mogli nigdy się nie spotkać, a jednak dane im było zaznać tego wszystkiego, wiedziała, że więź która ich łączy jest wyjątkowa, niemalże od samego początku, od momentu kiedy poznali się w Mungu była pewna, że Ambroise namiesza w jej życiu. Nie dało się ukryć, że właśnie tak się stało. Zmienił jej podejście, naleciałości, w pewien sposób ukształtował ją na nowo, przynajmniej pod niektórymi względami.</p>
<p>Nie denerwowała się jakoś szczególnie, cieszyła się oczywiście z tego, że będą mogli świętować w towarzystwie swoich bliskich, na własnych warunkach, no, poniekąd, nie mogli przecież ograniczyć listy gości do kilkunastu osób, nie postępowano tak w ich świecie, mimo wszystko uniknęli zapraszania ciotek, o których istnieniu przypominano sobie tylko podczas ślubów i pogrzebów.</p>
<p>Tak właściwie była praktycznie gotowa do opuszczenia rezydencji, przed chwilą zostawiła ją tutaj jej matka, pozostawały jedynie drobne szczegóły, które miały dopełnić jej idealnego wyglądu. Nie do końca rozpoznawała siebie w lustrze, chyba nigdy jeszcze nie przygotowywała się tak starannie do żadnego wyjścia, nie ma się co dziwić - w końcu to jedyny w życiu taki dzień. Wszystko musiało być idealne, przynajmniej na tyle na ile sobie to ustalili.</p>
<p>Przeniosła utęsknione spojrzenie w stronę swoich butów, które znajdowały się tuż przy lustrze, jej ukochane trepy ze smoczej skóry czekały na to, aż jak zawsze założy je na swoje stopy, póki co jednak jeszcze się wahała, chociaż urocze <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">pantofle</span> były okropnie niewygodne, być może powinna poprosić Triss, aby czuwała i czekała na jej znak, na pewno nikt nie zauważy jak dyskretnie zmieni obuwie w czasie ślubu.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">23.09.1972, rezydencja Yaxleyów</div>
<br />
<p>Nadszedł <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">ten dzień</span>. Zaiste, bardzo ważny, wyczekiwany... nie, nie wyczekiwali go wcale zbyt długo. Dość spontanicznie zaręczyli się jakieś dwa tygodnie temu, a dzisiaj Yaxley stała w swoim własnym pokoju wpatrując się w swoje odbicie, ubrana w białą suknię. Niezbadane są wyroki bóstw, czyż nie? Już za chwilę, oficjalnie miała stać się <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">żoną</span>. Nigdy nie należała do dziewcząt, które miały wyobrażenia o swoim ślubie, zamążpójście nie było największym z jej marzeń, tak właściwie to nie spodziewała się tego, że będzie pragnęła spleść swoje życie z czyimś. Wiele się zmieniło, widać musiała trafić na odpowiedniego człowieka, miała sporo szczęścia, że dane jej było poznać jak to jest pokochać kogoś tak, że nie da się sobie wyobrazić własnej przyszłości bez tego mężczyzny u swojego boku. Los im sprzyjał, trafili na siebie, chociaż to wcale nie musiało być takie proste, mogli pochodzić z nieodpowiednich rodów, mogli nigdy się nie spotkać, a jednak dane im było zaznać tego wszystkiego, wiedziała, że więź która ich łączy jest wyjątkowa, niemalże od samego początku, od momentu kiedy poznali się w Mungu była pewna, że Ambroise namiesza w jej życiu. Nie dało się ukryć, że właśnie tak się stało. Zmienił jej podejście, naleciałości, w pewien sposób ukształtował ją na nowo, przynajmniej pod niektórymi względami.</p>
<p>Nie denerwowała się jakoś szczególnie, cieszyła się oczywiście z tego, że będą mogli świętować w towarzystwie swoich bliskich, na własnych warunkach, no, poniekąd, nie mogli przecież ograniczyć listy gości do kilkunastu osób, nie postępowano tak w ich świecie, mimo wszystko uniknęli zapraszania ciotek, o których istnieniu przypominano sobie tylko podczas ślubów i pogrzebów.</p>
<p>Tak właściwie była praktycznie gotowa do opuszczenia rezydencji, przed chwilą zostawiła ją tutaj jej matka, pozostawały jedynie drobne szczegóły, które miały dopełnić jej idealnego wyglądu. Nie do końca rozpoznawała siebie w lustrze, chyba nigdy jeszcze nie przygotowywała się tak starannie do żadnego wyjścia, nie ma się co dziwić - w końcu to jedyny w życiu taki dzień. Wszystko musiało być idealne, przynajmniej na tyle na ile sobie to ustalili.</p>
<p>Przeniosła utęsknione spojrzenie w stronę swoich butów, które znajdowały się tuż przy lustrze, jej ukochane trepy ze smoczej skóry czekały na to, aż jak zawsze założy je na swoje stopy, póki co jednak jeszcze się wahała, chociaż urocze <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">pantofle</span> były okropnie niewygodne, być może powinna poprosić Triss, aby czuwała i czekała na jej znak, na pewno nikt nie zauważy jak dyskretnie zmieni obuwie w czasie ślubu.</p>]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>