<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Inne części Anglii]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Fri, 17 Apr 2026 14:04:32 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[[15.10.72, Księżycowy Staw] With My Little Sister]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5927</link>
			<pubDate>Fri, 03 Apr 2026 11:19:36 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=24">Brenna Longbottom</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5927</guid>
			<description><![CDATA[<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Spytałabym czy wszystko w porządku… ale to chyba byłoby teraz głupie pytanie</span> – powiedziała Brenna, postukując ołówkiem w kartkę, na której część zapisków sporządzono piórem, a część właśnie ołówkiem. Na biurku w bibliotece Księżycowego Stawu, wciąż nie w stu procentach uporządkowanej, piętrzyły się książki oraz notatki na różne tematy.<br />
Te wyciągnięte na wierzch dotyczyły fal.<br />
Brenna miała z falami ten problem, że sama nauczyła się ich stosunkowo niedawno, po naprawdę długiej walce, bo nie bardzo miała ochotę wpuszczać do swojej głowy czyjekolwiek myśli. Nie była więc pewna, czy zdoła nauczyć się posługiwania nimi kogoś innego, a główni kandydaci do nauczania, z Patrickiem na czele, przebywali teraz bardzo… bardzo daleko. Przeglądała więc różne opisy, techniki, a oczywiście brat był potencjalnie na pierwszy ogień do testów. Wszak możliwość męczenia go zawsze i wszędzie byłaby bardzo cenna… Nie wspominając o tym, że nie musiałaby się zastanawiać, gdzie jest i co mu nie jest, gdyby Voldemort znowu postanowił zrzucić z nieba deszcz popiołów i ognia.<br />
Tyle że sama nie była pewna, jak jej z tym wszystkim idzie.<br />
Ale te „pierwsze kroki w nauce fal” były trochę podstępem, żeby go tu ściągnąć, bo nie tylko o to chodziło…<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Zapytam więc może…? Hm. Chcesz mi o czymś powiedzieć? Albo chcesz o coś spytać?</span> – zapytała, odchylając się na krześle, tak że balansowało na tylnych nogach i mogło skończyć się to tak, że Brenna poleci do tyłu. Ale przynajmniej na razie zachowywanie równowagi szło jej całkiem zgrabnie. <br />
Trudno powiedzieć, co miała na myśli. Może Posępną Wyspę, z której ledwo wrócili. Może ogólną, beznadziejną zdawałoby się sytuację po Spalonej Nocy. Może po prostu wszystko, bo, co najbardziej prawdopodobne, zwyczajnie martwiła się o brata. Erik zawsze był człowiekiem pogodnym, który lubił widzieć w ludziach i świecie wokół wszystko, co najlepsze, a teraz zdawało się, że wszystkich, wszystko, spowijają coraz mocniejsze cienie.<br />
Brenna nie chciała przegapić momentu, w którym te cienie otoczą jej brata i postanowią go zadusić.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Na wos, jak to całe układanie planów nauki idzie.</span><br />
[roll=Z]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Spytałabym czy wszystko w porządku… ale to chyba byłoby teraz głupie pytanie</span> – powiedziała Brenna, postukując ołówkiem w kartkę, na której część zapisków sporządzono piórem, a część właśnie ołówkiem. Na biurku w bibliotece Księżycowego Stawu, wciąż nie w stu procentach uporządkowanej, piętrzyły się książki oraz notatki na różne tematy.<br />
Te wyciągnięte na wierzch dotyczyły fal.<br />
Brenna miała z falami ten problem, że sama nauczyła się ich stosunkowo niedawno, po naprawdę długiej walce, bo nie bardzo miała ochotę wpuszczać do swojej głowy czyjekolwiek myśli. Nie była więc pewna, czy zdoła nauczyć się posługiwania nimi kogoś innego, a główni kandydaci do nauczania, z Patrickiem na czele, przebywali teraz bardzo… bardzo daleko. Przeglądała więc różne opisy, techniki, a oczywiście brat był potencjalnie na pierwszy ogień do testów. Wszak możliwość męczenia go zawsze i wszędzie byłaby bardzo cenna… Nie wspominając o tym, że nie musiałaby się zastanawiać, gdzie jest i co mu nie jest, gdyby Voldemort znowu postanowił zrzucić z nieba deszcz popiołów i ognia.<br />
Tyle że sama nie była pewna, jak jej z tym wszystkim idzie.<br />
Ale te „pierwsze kroki w nauce fal” były trochę podstępem, żeby go tu ściągnąć, bo nie tylko o to chodziło…<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Zapytam więc może…? Hm. Chcesz mi o czymś powiedzieć? Albo chcesz o coś spytać?</span> – zapytała, odchylając się na krześle, tak że balansowało na tylnych nogach i mogło skończyć się to tak, że Brenna poleci do tyłu. Ale przynajmniej na razie zachowywanie równowagi szło jej całkiem zgrabnie. <br />
Trudno powiedzieć, co miała na myśli. Może Posępną Wyspę, z której ledwo wrócili. Może ogólną, beznadziejną zdawałoby się sytuację po Spalonej Nocy. Może po prostu wszystko, bo, co najbardziej prawdopodobne, zwyczajnie martwiła się o brata. Erik zawsze był człowiekiem pogodnym, który lubił widzieć w ludziach i świecie wokół wszystko, co najlepsze, a teraz zdawało się, że wszystkich, wszystko, spowijają coraz mocniejsze cienie.<br />
Brenna nie chciała przegapić momentu, w którym te cienie otoczą jej brata i postanowią go zadusić.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Na wos, jak to całe układanie planów nauki idzie.</span><br />
[roll=Z]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[14.09.1972, okolice Bath] Remont z wampirem]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5894</link>
			<pubDate>Wed, 25 Mar 2026 21:41:48 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=578">Aaron Andrew Moody</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5894</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Rezydencja Lucy Rosewood w hrabstwie Somerset, okolice Bath</div>
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Do broni, bracia dziś, zewrzyjcie szyki wraz, i marsz, i marsz! By ziemię krwią napoić, przyszedł czas</span> – zanucił ochryple Aaron Moody, wsłuchując się przez chwilę w echo swego własnego głosu, odbijającego się od ścian starego opactwa. Z podziwem rozejrzał się wokół, doceniając kunszt architekta, który musiał przystosować rezydencję do potrzeb jej mieszkańców. Patrzył z podziwem, może też nieco z kpiną, bo nie wyobrażał sobie życia na takiej przestrzeni. Nigdy nie był człowiekiem, który lubowałby się w zbytku. Może dlatego z ust jego spłynęły słowa <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Marsylianki</span>, zdające się w tym wszystkim zwyczajnie żartobliwymi. Ale Moody zawsze miał ciężki dowcip.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie przepadam za kościołami, ale muszę przyznać, że mają dobrą akustykę.</span> – Jak gdyby nigdy nic pokiwał z uznaniem głową w stronę gospodarza. No tak, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">wampiry miały rozmach.</span> Nawiedzone dwory, kolekcje gromadzonych przez lata antyków, pamięć o trwaniu, choć bez trwania. Aaron Moody uważał, że wampiry były niewygojonymi bliznami na powierzchni historii. Od nich tylko zależało, czy będą bliznami wstydliwymi, ukrywanymi przed oczami innych, czy bliznami prezentowanymi dumnie w pełni swej krasy, jako pamiątka czynów chwalebnych. Bo przecież nie wszystkie blizny były złe. Nie wszystkie wampiry takie były. Aaron zawsze uważał, że to nie krwią żywią się tak naprawdę, lecz esencją życiową. Może dlatego tak łatwo przyszło mu zwrócić się o pomoc do słynnego wampirzego doktora w sprawie Madeleine, gdy wszystko zdawało się już zawodzić. Aaron Moody zawsze wierzył, że droga do prawdziwej wielkości prowadzić musi poprzez obsesję. A kto lepiej znał się na krwi niż wampir, pożądający jej ponad wszystko w zmierzchu swej ziemskiej egzystencji? Ponad dwadzieścia lat minęło od śmierci Madeleine. Dla Gabriela wszystko to wydarzyło się wczoraj zaledwie, ale dla Aarona zdawało się straszliwie wręcz odległym. Ludzkie sprawy w perspektywie wieczności nie były dla wampira niczym więcej jak wyrwanym z kontekstu wspomnieniem słońca. <br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">To może ja lepiej buty zdejmę</span> – rzucił na wejściu Aaron, odstawiając skrzynkę z narzędziami, żeby się rozbuć. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Chyba, że planujesz też cyklinowanie parkietów. To co się tam w końcu u was stało?</span> <br />
<br />
<br />
!Strach przed imieniem]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Rezydencja Lucy Rosewood w hrabstwie Somerset, okolice Bath</div>
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Do broni, bracia dziś, zewrzyjcie szyki wraz, i marsz, i marsz! By ziemię krwią napoić, przyszedł czas</span> – zanucił ochryple Aaron Moody, wsłuchując się przez chwilę w echo swego własnego głosu, odbijającego się od ścian starego opactwa. Z podziwem rozejrzał się wokół, doceniając kunszt architekta, który musiał przystosować rezydencję do potrzeb jej mieszkańców. Patrzył z podziwem, może też nieco z kpiną, bo nie wyobrażał sobie życia na takiej przestrzeni. Nigdy nie był człowiekiem, który lubowałby się w zbytku. Może dlatego z ust jego spłynęły słowa <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Marsylianki</span>, zdające się w tym wszystkim zwyczajnie żartobliwymi. Ale Moody zawsze miał ciężki dowcip.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie przepadam za kościołami, ale muszę przyznać, że mają dobrą akustykę.</span> – Jak gdyby nigdy nic pokiwał z uznaniem głową w stronę gospodarza. No tak, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">wampiry miały rozmach.</span> Nawiedzone dwory, kolekcje gromadzonych przez lata antyków, pamięć o trwaniu, choć bez trwania. Aaron Moody uważał, że wampiry były niewygojonymi bliznami na powierzchni historii. Od nich tylko zależało, czy będą bliznami wstydliwymi, ukrywanymi przed oczami innych, czy bliznami prezentowanymi dumnie w pełni swej krasy, jako pamiątka czynów chwalebnych. Bo przecież nie wszystkie blizny były złe. Nie wszystkie wampiry takie były. Aaron zawsze uważał, że to nie krwią żywią się tak naprawdę, lecz esencją życiową. Może dlatego tak łatwo przyszło mu zwrócić się o pomoc do słynnego wampirzego doktora w sprawie Madeleine, gdy wszystko zdawało się już zawodzić. Aaron Moody zawsze wierzył, że droga do prawdziwej wielkości prowadzić musi poprzez obsesję. A kto lepiej znał się na krwi niż wampir, pożądający jej ponad wszystko w zmierzchu swej ziemskiej egzystencji? Ponad dwadzieścia lat minęło od śmierci Madeleine. Dla Gabriela wszystko to wydarzyło się wczoraj zaledwie, ale dla Aarona zdawało się straszliwie wręcz odległym. Ludzkie sprawy w perspektywie wieczności nie były dla wampira niczym więcej jak wyrwanym z kontekstu wspomnieniem słońca. <br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">To może ja lepiej buty zdejmę</span> – rzucił na wejściu Aaron, odstawiając skrzynkę z narzędziami, żeby się rozbuć. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Chyba, że planujesz też cyklinowanie parkietów. To co się tam w końcu u was stało?</span> <br />
<br />
<br />
!Strach przed imieniem]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[23.09.72] Małe wielkie decyzje.]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5871</link>
			<pubDate>Wed, 18 Mar 2026 20:13:08 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=442">Lorien Mulciber</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5871</guid>
			<description><![CDATA[<div class="ramka">Mulciber Manor, West Yorkshire. Poranek.</div>
<br />
Obudziła się dzisiaj przed świtem. <br />
Nie w swoim łóżku, nie ze swoim mężem. Ale przynajmniej też nie z cudzym, więc mogło być gorzej - poklepała się mentalnie po ramieniu, obserwując skąpaną w półmroku twarz Aarona. Lubiła na niego patrzeć. Nie lubiła się sama przed sobą do tego przyznawać, ale lubiła kiedy nie marszczył gniewnie brwi, a lekko rozluźniony tracił te okropne zmarszczki na czole. I nawet podniosła się co by go ucałować, ale oczywiście wszystko musiał zepsuć mamrocząc, że “strasznie głośno myśli”. Serce jej zabiło mocniej. Czemu jej serce biło mocniej? To było tylko… Co to było? Nie potrafiła znaleźć na to żadnej sensownej odpowiedzi. Był tylko starym, nudnym aurorem. Ale mógłby być <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">jej </span>starym, nudnym aurorem. <br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Muszę już iść.</span>- Odpowiedziała więc i szybko umknęła. Nim zdołał ją zatrzymać, choć podświadomie czuła, że wcale tego nie zamierza robić. Oboje musieli pobyć sami, przetrawić co się zadziało. Coś co nigdy nie powinno się zadziać. <br />
Teraz Lorien musiała wrócić do domu, do codzienności, która spadła na nią odkąd zgodziła się zamieszkać na nowo w przeklętej posiadłości pośród wrzosowisk. Nie była im niczego winna - ni zamieszkującym je duchom, ni wyrytym na strychu imionom. Dlaczego więc czuła się jak niewierna żona, lepka od nieswojego grzechu? Pani na włościach, które nigdy nie należały do niej. <br />
<br />
Wiele było w niej emocji, gdy teleportowała się z powrotem do Mulciber Manor. <br />
Może dlatego wpierw skierowała kroki na cmentarz? Ze złością zauważyła, że zostawiła swoją różdżkę na szafce nocnej pana Moody’ego. Jak bardzo była roztrzepana, skoro zapomniała przedłużenia swej dłoni? Nie zamierzała wracać, zresztą za parę godzin spotkają się przy automacie w Ministerstwie Magii. <br />
Odpaliła papierosa od jedynego palącego się znicza na grobie Roberta. Richard musiał go zostawić. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Sentymentalny dureń. </span>Stwierdziła sama do siebie, przysiadając na chwilę na zimnej ławeczce. Ale był ładny. Znicz, nie Richard. Nawet nie zdążyła się przebrać więc pod ciepłym futrem wciąż miała krzywo, na szybko przewiązaną w gorsecie suknię po Selinie. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Milczała</span>. Bo i co miała opowiadać trupowi? Po prostu spaliła do końca papierosa, pogrążona w tych wszystkich głośnych myślach, oglądając jak popiół opada na zamarzniętą ziemię. Gdyby żył, gdyby nadal czuł, chciałaby, żeby każdy gorący okruch palił jego skórę. Czy tak się czuli śmierciożercy, gdy płonęli mugole w Spaloną Noc? Wdeptała obcasem niedopałek w grób męża i ruszyła w stronę domu. <br />
<br />
Nie spotkała po drodze żadnego służącego. I dobrze. Sama sobie potrafiła naszykować kąpieli, choć znów bez różdżki, woda była uciążliwie zimna. <br />
Zanurzyła się w niej i tak, czując jak chłód otula jej ciało. <br />
Zacisnęła powieki, pozwalając, by zimno wpełzło pod skórę. Woda szczypała skórę, jakby ktoś przykładał do niej tysiące drobnych igieł, ale nie cofnęła się. Zasłużyła na to. Na ten dyskomfort, drżenie mięśni, na oddech rwący się w piersi. Każdy wdech był cięższy od poprzedniego. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dobrze</span>. Przynajmniej czuła, że wciąż żyje.<br />
Oparła głowę o krawędź wanny; mokre kosmyki włosów kleiły się do jej policzków. Przez chwilę miała wrażenie, że gdyby zanurzyła się całkiem, zniknęłaby - rozpuściła się w tej lodowatej wodzie. <br />
Palce u rąk zbielały, zesztywniałe. Poruszyła nimi powoli, sprawdzając, czy wciąż ma nad nimi władzę. Miała. Jeszcze. <br />
Wyszła, gdy umysł zaczął szeptać podstępne zachcianki. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zanurz się. Zejdź pod taflę. Zmyj z siebie brud życia. </span>Przecież chodziło tylko o to, żeby cokolwiek poczuć. Nawet jakby miało to być zwykłe zimno. Nie pachniała już tanią wodą kolońską, tylko znajomą mieszanką jaśminu i bergamotki. Sfrustrowana odcisnęła nadmiar wody z włosów, ale nie miała czym je wysuszyć. Musiała poczekać aż same wyschną, pozwalając im moczyć plecy. <br />
Zignorowała porzucone na podłodze wczorajsze szaty. Mabon przeminęło. Nie była już panią na Mulciber Manor, nie musiała się nosić jak ona. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mała dziewczynka w matczynej sukience.</span><br />
Więc nałożyła swoją ulubioną koszulę nocną. Chciała udawać, że spędziła tu całą noc. Mogła udawać. Nikt nie będzie dociekać prawdy. A ci co wiedzą i tak będą wiedzieć.<br />
<br />
Wślizgnęła się do sypialni Alexandra wraz z nastaniem poranka. Tak jak kiedyś, gdy przyjeżdżała z rodzicami bladym świtem, a waszmość Mulciber wciąż jeszcze drzemał. Poczuła się niczym mała dziewczynka. Nie była już dziewczynką. A on nie był tym chłopcem, którego zawsze zastawała śpiącego nad jakąś kolejną nudną książką do wróżbiarstwa. Może gdyby wtedy interesowała się nieco bardziej…<br />
Przeciągnęła się leniwie aż skrzyknęły obolałe kości. Och, obudziła Łajkę. No tak, praktycznie o niej zapomniała.<br />
Suczka, mieszanka kundelka z kundelkiem, leżąca u stóp swojego pana zadarła głowę, wyrwana ze snu i zamachała leniwie ogonem, uderzając miarowo o kołdrę. Lorien podeszła powoli, gestem uspokajając zwierzaka. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ćśś Łajka, nie trzeba szczekać. Ćśś Łajka, proszę nie budź go.</span> <br />
Kucnęła przy łóżku, przesuwając palcami po psim łbie, poprawiając ucho, które odwinęło się podczas nocy. Zazdrościła jej. Tak bardzo zazdrościła temu nieszczęsnemu szczeniakowi. Nastawiła nawet policzka, by ów mógł ją polizać w serdecznym geście przywitania. Zawsze wolała koty, ale było coś szczególnego w psiej miłości - takiej niewymuszonej, pięknej w swojej prostocie. Łajka nie znała krzywdy, nie znała ludzkiej nienawiści. Nie kuliła się, gdy Lorien wyciągała w jej stronę dłoń, a łańcuch porzucony na dworze obwąchiwała jak każdą inną zabawkę. <br />
Ona też się kiedyś nie kuliła ze strachu przed samą sobą i własnym odbiciem. A teraz?<br />
Jak wiele zostało w niej z tej Lorien <span style="text-decoration: line-through;" class="mycode_s">Mulciber Crouch Prewett</span>… Po prostu Lorien? Przysiadła na kolanach dalej miziając spragnionego miłości szczeniaka.<br />
Łajka polizała ją jeszcze dwa razy, po czym zeskoczyła z łóżka na podłogę, zwabiona zapachami dobiegającymi z kuchni. Służący wypuszczą ją na dwór, by mogła załatwić swoje psie potrzeby.<br />
<br />
Czarownica oparła przedramię o ramę łóżka, a podbródek na przedramieniu. Skóra wciąż była nieprzyjemnie chłodna i szorstka po kąpieli. Spojrzała w milczeniu na śpiącego Alexandra. Brata. Głowy rodu. Pana na Mulciber Manor. Był piękny, gdy tak spał i śnił bogowie jedni wiedzą o czym. Wyciągnęła ostrożnie wolną dłoń i ogarnęła mu z czoła targane przez nocne sny loki. Miał je coraz dłuższe. Jak jakiś żul z Nokturnu! Okropieństwo<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Chodź</span>.- Szepnęła cicho. Nie ruszył się. Oczywiście. Jak bardzo wierzył, że jest jedną z jego sennych mar? Miała nadzieję, że jeśli była marą, to nie tą gniewną, niosącą koszmary. Nie chciała. Podniosła się na kolanach, nachylając nad prorokiem. Parę zimnych kropel wody opadło na jego policzek, ale przynajmniej złapała mokre loki nim pacnęły go w twarz.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Chodź ze mną</span>.-  Szepnęła znów, tym razem składając krótki pocałunek na płatku ucha jasnowidza, łaskocząc go przy okazji czubkiem nosa.- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Śniadanie ci wystygnie, Alex.</span><br />
<br />
Wreszcie podniosła się na nogi, ostatecznie ściągając z Mulcibera kołdrę. Nie będzie się wylegiwał pod ciepłą pierzyną, kiedy jej jest zimno i w dodatku wcale się nie wyspała. <br />
Gwizdnęła przeciągle. Ptasio. Tylko tak potrafiła.<br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Le Chat! All’attacco!</span> - Zawołała śpiewnie, a czający się na wysokiej szafie kot natychmiast dokonał abordażu, zrzucając całe swoje grube jestestwo na Alexandra. Ewidentnie na to czekał.<br />
Wyszła z sypialni nucąc pod nosem jakąś włoską pieśń zwycięstwa. <br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="ramka">Mulciber Manor, West Yorkshire. Poranek.</div>
<br />
Obudziła się dzisiaj przed świtem. <br />
Nie w swoim łóżku, nie ze swoim mężem. Ale przynajmniej też nie z cudzym, więc mogło być gorzej - poklepała się mentalnie po ramieniu, obserwując skąpaną w półmroku twarz Aarona. Lubiła na niego patrzeć. Nie lubiła się sama przed sobą do tego przyznawać, ale lubiła kiedy nie marszczył gniewnie brwi, a lekko rozluźniony tracił te okropne zmarszczki na czole. I nawet podniosła się co by go ucałować, ale oczywiście wszystko musiał zepsuć mamrocząc, że “strasznie głośno myśli”. Serce jej zabiło mocniej. Czemu jej serce biło mocniej? To było tylko… Co to było? Nie potrafiła znaleźć na to żadnej sensownej odpowiedzi. Był tylko starym, nudnym aurorem. Ale mógłby być <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">jej </span>starym, nudnym aurorem. <br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Muszę już iść.</span>- Odpowiedziała więc i szybko umknęła. Nim zdołał ją zatrzymać, choć podświadomie czuła, że wcale tego nie zamierza robić. Oboje musieli pobyć sami, przetrawić co się zadziało. Coś co nigdy nie powinno się zadziać. <br />
Teraz Lorien musiała wrócić do domu, do codzienności, która spadła na nią odkąd zgodziła się zamieszkać na nowo w przeklętej posiadłości pośród wrzosowisk. Nie była im niczego winna - ni zamieszkującym je duchom, ni wyrytym na strychu imionom. Dlaczego więc czuła się jak niewierna żona, lepka od nieswojego grzechu? Pani na włościach, które nigdy nie należały do niej. <br />
<br />
Wiele było w niej emocji, gdy teleportowała się z powrotem do Mulciber Manor. <br />
Może dlatego wpierw skierowała kroki na cmentarz? Ze złością zauważyła, że zostawiła swoją różdżkę na szafce nocnej pana Moody’ego. Jak bardzo była roztrzepana, skoro zapomniała przedłużenia swej dłoni? Nie zamierzała wracać, zresztą za parę godzin spotkają się przy automacie w Ministerstwie Magii. <br />
Odpaliła papierosa od jedynego palącego się znicza na grobie Roberta. Richard musiał go zostawić. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Sentymentalny dureń. </span>Stwierdziła sama do siebie, przysiadając na chwilę na zimnej ławeczce. Ale był ładny. Znicz, nie Richard. Nawet nie zdążyła się przebrać więc pod ciepłym futrem wciąż miała krzywo, na szybko przewiązaną w gorsecie suknię po Selinie. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Milczała</span>. Bo i co miała opowiadać trupowi? Po prostu spaliła do końca papierosa, pogrążona w tych wszystkich głośnych myślach, oglądając jak popiół opada na zamarzniętą ziemię. Gdyby żył, gdyby nadal czuł, chciałaby, żeby każdy gorący okruch palił jego skórę. Czy tak się czuli śmierciożercy, gdy płonęli mugole w Spaloną Noc? Wdeptała obcasem niedopałek w grób męża i ruszyła w stronę domu. <br />
<br />
Nie spotkała po drodze żadnego służącego. I dobrze. Sama sobie potrafiła naszykować kąpieli, choć znów bez różdżki, woda była uciążliwie zimna. <br />
Zanurzyła się w niej i tak, czując jak chłód otula jej ciało. <br />
Zacisnęła powieki, pozwalając, by zimno wpełzło pod skórę. Woda szczypała skórę, jakby ktoś przykładał do niej tysiące drobnych igieł, ale nie cofnęła się. Zasłużyła na to. Na ten dyskomfort, drżenie mięśni, na oddech rwący się w piersi. Każdy wdech był cięższy od poprzedniego. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dobrze</span>. Przynajmniej czuła, że wciąż żyje.<br />
Oparła głowę o krawędź wanny; mokre kosmyki włosów kleiły się do jej policzków. Przez chwilę miała wrażenie, że gdyby zanurzyła się całkiem, zniknęłaby - rozpuściła się w tej lodowatej wodzie. <br />
Palce u rąk zbielały, zesztywniałe. Poruszyła nimi powoli, sprawdzając, czy wciąż ma nad nimi władzę. Miała. Jeszcze. <br />
Wyszła, gdy umysł zaczął szeptać podstępne zachcianki. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zanurz się. Zejdź pod taflę. Zmyj z siebie brud życia. </span>Przecież chodziło tylko o to, żeby cokolwiek poczuć. Nawet jakby miało to być zwykłe zimno. Nie pachniała już tanią wodą kolońską, tylko znajomą mieszanką jaśminu i bergamotki. Sfrustrowana odcisnęła nadmiar wody z włosów, ale nie miała czym je wysuszyć. Musiała poczekać aż same wyschną, pozwalając im moczyć plecy. <br />
Zignorowała porzucone na podłodze wczorajsze szaty. Mabon przeminęło. Nie była już panią na Mulciber Manor, nie musiała się nosić jak ona. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mała dziewczynka w matczynej sukience.</span><br />
Więc nałożyła swoją ulubioną koszulę nocną. Chciała udawać, że spędziła tu całą noc. Mogła udawać. Nikt nie będzie dociekać prawdy. A ci co wiedzą i tak będą wiedzieć.<br />
<br />
Wślizgnęła się do sypialni Alexandra wraz z nastaniem poranka. Tak jak kiedyś, gdy przyjeżdżała z rodzicami bladym świtem, a waszmość Mulciber wciąż jeszcze drzemał. Poczuła się niczym mała dziewczynka. Nie była już dziewczynką. A on nie był tym chłopcem, którego zawsze zastawała śpiącego nad jakąś kolejną nudną książką do wróżbiarstwa. Może gdyby wtedy interesowała się nieco bardziej…<br />
Przeciągnęła się leniwie aż skrzyknęły obolałe kości. Och, obudziła Łajkę. No tak, praktycznie o niej zapomniała.<br />
Suczka, mieszanka kundelka z kundelkiem, leżąca u stóp swojego pana zadarła głowę, wyrwana ze snu i zamachała leniwie ogonem, uderzając miarowo o kołdrę. Lorien podeszła powoli, gestem uspokajając zwierzaka. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ćśś Łajka, nie trzeba szczekać. Ćśś Łajka, proszę nie budź go.</span> <br />
Kucnęła przy łóżku, przesuwając palcami po psim łbie, poprawiając ucho, które odwinęło się podczas nocy. Zazdrościła jej. Tak bardzo zazdrościła temu nieszczęsnemu szczeniakowi. Nastawiła nawet policzka, by ów mógł ją polizać w serdecznym geście przywitania. Zawsze wolała koty, ale było coś szczególnego w psiej miłości - takiej niewymuszonej, pięknej w swojej prostocie. Łajka nie znała krzywdy, nie znała ludzkiej nienawiści. Nie kuliła się, gdy Lorien wyciągała w jej stronę dłoń, a łańcuch porzucony na dworze obwąchiwała jak każdą inną zabawkę. <br />
Ona też się kiedyś nie kuliła ze strachu przed samą sobą i własnym odbiciem. A teraz?<br />
Jak wiele zostało w niej z tej Lorien <span style="text-decoration: line-through;" class="mycode_s">Mulciber Crouch Prewett</span>… Po prostu Lorien? Przysiadła na kolanach dalej miziając spragnionego miłości szczeniaka.<br />
Łajka polizała ją jeszcze dwa razy, po czym zeskoczyła z łóżka na podłogę, zwabiona zapachami dobiegającymi z kuchni. Służący wypuszczą ją na dwór, by mogła załatwić swoje psie potrzeby.<br />
<br />
Czarownica oparła przedramię o ramę łóżka, a podbródek na przedramieniu. Skóra wciąż była nieprzyjemnie chłodna i szorstka po kąpieli. Spojrzała w milczeniu na śpiącego Alexandra. Brata. Głowy rodu. Pana na Mulciber Manor. Był piękny, gdy tak spał i śnił bogowie jedni wiedzą o czym. Wyciągnęła ostrożnie wolną dłoń i ogarnęła mu z czoła targane przez nocne sny loki. Miał je coraz dłuższe. Jak jakiś żul z Nokturnu! Okropieństwo<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Chodź</span>.- Szepnęła cicho. Nie ruszył się. Oczywiście. Jak bardzo wierzył, że jest jedną z jego sennych mar? Miała nadzieję, że jeśli była marą, to nie tą gniewną, niosącą koszmary. Nie chciała. Podniosła się na kolanach, nachylając nad prorokiem. Parę zimnych kropel wody opadło na jego policzek, ale przynajmniej złapała mokre loki nim pacnęły go w twarz.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Chodź ze mną</span>.-  Szepnęła znów, tym razem składając krótki pocałunek na płatku ucha jasnowidza, łaskocząc go przy okazji czubkiem nosa.- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Śniadanie ci wystygnie, Alex.</span><br />
<br />
Wreszcie podniosła się na nogi, ostatecznie ściągając z Mulcibera kołdrę. Nie będzie się wylegiwał pod ciepłą pierzyną, kiedy jej jest zimno i w dodatku wcale się nie wyspała. <br />
Gwizdnęła przeciągle. Ptasio. Tylko tak potrafiła.<br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Le Chat! All’attacco!</span> - Zawołała śpiewnie, a czający się na wysokiej szafie kot natychmiast dokonał abordażu, zrzucając całe swoje grube jestestwo na Alexandra. Ewidentnie na to czekał.<br />
Wyszła z sypialni nucąc pod nosem jakąś włoską pieśń zwycięstwa. <br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[30.08.1972] ...Now let me say I'm the biggest hater]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5829</link>
			<pubDate>Fri, 13 Mar 2026 18:59:09 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=349">Alexander Mulciber</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5829</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">30 sierpnia 1972 roku, Mulciber Manor</div>
<br />
Alexander leżał na podłodze gabinetu brata i palił. Palił, bo Donald nie pozwalał tu palić: nie znosił zapachu dymu cygar, którego smużki unosiły się teraz leniwie nad głową Alexandra, niby święte <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">halo</span> wokół głowy proroka, dopóki nie rozwiał ich nagły pęd powietrza. Sowa zrzuciła list tuż obok jego dłoni, i przysiadła na biurku brata, skrzekiem oznajmując, że czeka na odpowiedź.<br />
<br />
Nierozumiejącym spojrzeniem powiódł po <a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2071&amp;pid=61581#pid61581" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">liście, który otrzymał przez chwilą od Charlesa</a>, prychnąwszy, widząc podpis, w którym dzieciak uwzględnił drugie imię. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Charles Robert Mulciber.</span> Nie pokusił się nawet, aby pokręcić z dezprobatą głową, bo było to bezcelowe, tak samo, jak bezcelowe było przestrzeganie ludzi przed błędami, jakie przyjdzie im popełnić. I tak je popełnią, szeptały karty, które – rozłożone na wzór ochronnego kręgu wokół rozwalonego na podłodze Alexandra – pokrywały goły parkiet gabinetu Donalda. Popełnią je, przekonani, że wiedzą lepiej od proroka, co znaczą jego proroctwa. Czy Charles nie zrozumiał sensu jego wróżb? Czy zapomniał już, co Alex powiedział mu na klifach? <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Karty nigdy się nie mylą.</span> Karty zawsze mówią prawdę.<br />
<br />
Podniósłszy się wreszcie z podłogi, zasiadł za biurkiem brata, aby skreślił <a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3244&amp;pid=61588#pid61588" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">lakoniczną odpowiedź</a> na jego papeterii. List był surowy w formie, i taki miał być. Odpalił kolejnego papierosa tym samym płomieniem, którego użył, aby podgrzać czerwony lak. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mówisz mi o rodzinie</span>, pomyślał, pieczętując kopertę za pomocą rodowego sygnetu, który należał do jego brata, a wcześniej – do jego ojca, zostawiając na niej odcisk herbu Mulciberów, wytłoczonego w metalu, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">pokażę ci, czym jest rodzina.</span><br />
<br />
Nie przyszedł tutaj po to, aby zastanawiać się nad wybrykami Charlesa, któremu wysłał po prostu <a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3244&amp;pid=61590#pid61590" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">kartę Głupca</a> w odpowiedzi na <a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2071&amp;pid=61589#pid61589" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">kolejny list</a>. <br />
<br />
Nie, przyszedł tutaj w zupełnie innym celu.<br />
<br />
Alexander siedział w gabinecie brata, na jego krześle, za jego biurkiem, pisząc do niego list na jego własnej papeterii, piórem, na którym wygrawerowano jego imię i nazwisko. <br />
<br />
<a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=880&amp;pid=60721#pid60721" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Donaldzie"</span>, zaczął, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"znowu miałem sen o Tobie".</span></a><br />
<br />
<br />
***<br />
<br />
<br />
Siedział w gabinecie ojca, mając za plecami jego reprezentacyjny portret z lat młodości – portret, który zabrał z pokoju dziennego po śmierci Duncana, po tym jak matka – ledwo przestąpiwszy próg domu po powrocie z pogrzebu – wpadła na jego widok w histerię. Siedział w <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">jego</span> fotelu i czuł na plecach <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">jego</span> wzrok, kiedy skrobał piórem wiecznym po pergaminie opatrzonym <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">jego</span> pieczęcią, otoczony stosem dokumentów dotyczących <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">jego</span> firmy zajmującej się handlem artefaktami, które musiał jeszcze dzisiaj przejrzeć.<br />
<br />
Siedział w gabinecie ojca, który dalej nazywał "gabinetem ojca", chociaż był to teraz jego gabinet. <br />
<br />
Dzień chylił się ku końcowi, a zachodzące słońce wlewało się przez okno do wnętrza Mulciber Manor, które trwało, pogrążone w żałobnej ciszy, zapadłej nad domostwem po pogrzebie Roberta Mulcibera. Ciszę przerywało tylko skrzypienie stalówki.<br />
<br />
<br />
<div class="koperta">
<div style="text-align: right;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mulciber Manor, 30 VIII 1972 r.</span></div>
<br />
<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Przyszłość, szacowna Babciu, to nie fundusz powierniczy.</span> <br />
<br />
<br />
Nie ma żadnego sposobu na zabezpieczenie przyszłości domu Mulciber, któremu moja matka przepowiedziała zagładę zanim jeszcze przyszedłem na świat. Widzę przyszłość, ale nie widzę jej dla nas. Mulciberowie są reliktem przeszłości, gatunkiem skazanym na wymarcie. <br />
<br />
Jeżeli Donald umrze, każę go wypatroszyć i wypchać, a jego utrwalone ciało przekażę w darze Mauzoleum Fawleyów. Wszyscy odwiedzający będą mogli podziwiać to arcydzieło sztuki taksydermistycznej. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ostatniego z wielkich.</span> Ostatniego wielkiego Mulcibera. Martwy klejnot koronny w kolekcji martwych królów. <br />
<br />
Moglibyśmy się tam kiedyś wybrać, abyś zobaczyła tamtejsze eksponaty. Wyglądają niemal tak jak my. Wyglądają niemal jak żywe. <br />
<br />
<br />
Choć chciałbym zakpić, że Robert wyglądał lepiej, leżąc martwy w trumnie, aniżeli wyglądał za życia, muszę przyznać, że jego śmierć nie jest mi na rękę. Nie tylko ze względu na Lorien. Robert był człowiekiem o ograniczonej percepcji, przez co traktował ludzi instrumentalnie, jako narzędzia, służące realizacji większego planu. Planu, którego nie posiadał. Łatwo było go kontrolować (nie wątpię, że to samo powiedziałby o mnie), bo pewien, że stoi w uprzywilejowanym miejscu na przedzie szeregu, zawsze ochoczo wskazywał innym, gdzie mają stać – gdzie jest ich miejsce – zadowolony, że zyskuje wówczas ułudę kontroli, której tak pragnął. Oboje dobrze wiemy, kto w małżeństwie Lorien i Roberta sprawował nad kim kontrolę. <br />
<br />
Robert był mi przydatny. Kiedy trzeba, potrafił być bezwzględny, kiedy trzeba, potrafił pokazać miłosierdzie. Chociaż dosyć nieudolnie szło mu pilnowanie porządku w swojej części rodziny, miał zdolność kreowania wokół siebie otoczki stateczności, więc ludzie widzieli w nim kogoś, kto jest mocno osadzony w rzeczywistości – kogoś, kto stoi na straży wartości i autorytetów – jego wizerunek był nam przydatny, był dystrakcją, która pomogłaby nam rozproszyć odpowiedzialność, gdyby doszło do kolejnej medialnej katastrofy. Gdyby dalej trzymał jako tako w ryzach tę część rodziny, nad którą nie potrafił zapanować mój Ojciec, byłoby nam wszystkim łatwiej.<br />
<br />
<br />
Odpisałbym wcześniej, gdybym mógł. Nie chciałem pozostawiać Cię bez odpowiedzi,  ale potrzebowałem namysłu, aby odpowiedzieć na pytania, jakie postawiłaś przede mną w liście. <br />
<br />
<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Jeżeli chodzi o dzieci Roberta.</span><br />
<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Sophie</span> jest dobrotliwym dziewczęciem, z duszą nieskalaną złem, a twarzą – myślą. Myślę, że uznasz, że jest tym ostatnim względzie podobna do mnie, więc nie przyniesie większego pożytku w rodzinnych knowaniach, z czego bardzo się cieszę. Zasługuje na dobre, długie życie, z dala od ludzi takich jak my. <br />
<br />
Istota ta potrzebuje ochrony, także przed samą sobą. Najpierw nielegalnie pędziła bimber po piwnicach, przypuszczam, że przynajmniej z eliksirów musi być więc dobra. Potem skompromitowała się, biorąc udział w widowisku randkowym, na które zgłosiła się w celach zarobkowych, aby spłacić zaciągnięty u ojca dług. Choć wyperswadowałem jej z głowy podobne pomysły na przyszłość, przestrzegając jej, że dla młodej panny reputacja jest wszystkim, obawiam się, co jeszcze zdoła wymyślić. Zwłaszcza, że pojawiła się na wieczorku hazardowym Agnes Delacour z jakimś szemranym towarzyszem u boku, nie spodziewając się, że spotka tam Lorien, Roberta... I mnie. <br />
<br />
Obcy jest mi język małych dziewczynek. Choć próbowała pokonać przy mnie swą nieśmiałość, głos łamał jej się, gdy odpowiadała na moje pytania. Zaoferowałem się, że znajdę jej zajęcie godne szacunku, aby mogła stanąć na własnych nogach i zawrzeć cenne znajomości z ludźmi, którzy są tego warci, zarobić własne pieniądze, jeżeli to niezależności pragnie. Zaoferowałem jej pomoc, ale nie jestem pewien, czy pomoc, którą jej oferuję, jest tą pomocą, której ona potrzebuje. Było mi jej żal – tej małej, smutnej dziewczynki – bo to wciąż dziewczynka, Babciu. Dziewczynka udająca dorosłą kobietę. <br />
<br />
Sophie to naiwna, wysoko urodzona panna, do bólu wręcz niewinna, bo choć całe życie wychowywana była pod kloszem, brak było jej matki, która nauczyłaby ją tego, co uczyć należy wysoko urodzone panny. Robert nie wydawał mi się być szczególnie zainteresowanym jej wychowaniem. W trakcie wieczorku hazardowego, kiedy zrobiło mi jej się po prostu żal, bo wyglądała jak porzucona laleczka, którą nikt nie chce się bawić, poświęciłem jej więcej uwagi niż on.<br />
<br />
Zawiedliśmy Sophie jako rodzina, pozwalając, aby Robert zawiódł ją jako ojciec. <br />
<br />
<br />
Robert ma także syna z nieprawego łoża, <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Stanleya Borgina</span>. Dobry z niego chłopak, choć nieco pogubiony. Kolejny, którego wychowaniem Robert nigdy się nie zainteresował. Nawet nie powiedział Sophie, że ma brata. <br />
<br />
<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Jeżeli zaś chodzi o dzieci Richarda.</span><br />
<br />
1. Najstarszego syna, <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Leopolda</span>, znam jedynie z jego podpisu na akcie zgonu Roberta, co nie daje mi o nim najlepszego mniemania, bo cóż to za magomedyk, z rękoma, które zabijają, a nie leczą. <br />
<br />
<br />
2. Drugiego w kolejności starszeństwa, <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Charlesa</span>, zostało mi dane poznać osobiście podczas wspólnej przechadzki pośród klifów w Dolinie Godryka. Przez "zostało mi dane" mam na myśli to, że wykorzystałem wszystkie dostępne mi środki, aby go w ogóle <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">znaleźć</span> po tym jak zniknął z domu po swojej kutasiarskiej kompromitacji na łamach "Czarownicy". Przez "wspólną przechadzkę pośród klifów" mam na myśli to, że planowałem uprzejmie wskazać mu drogę na najwyższy z nich, a potem patrzeć jak skacze. Dotarłszy na miejsce, zmieniłem jednak zdanie, widząc, że jest w stanie, w którym do skakania z klifu nikt nie musi go zachęcać.<br />
<br />
Był jak odtrącony nogą szczeniak, najsłabszy z miotu, bo suka, która go powiła, odumarła go zbyt szybko, by nauczył się gryźć, a wiesz, że ja mam tkliwe serce, gdy chodzi o te skamlące przybłędy. Spuszczony z ojcowskiej smyczy, Charles będzie tropił nosem po ziemi, szukając miłości, uznania i akceptacji we wszystkich zakątkach świata.<br />
<br />
Jego problemem jest to, że kocha jak pies, nie jak syn. <br />
<br />
Choć z początku widziałem w nim czysty, nieskażony obcym wpływem umysł, który desperacko pragnie znaleźć kogoś, kto pomoże mu ukierunkować jego myśli, po głębszym zastanowieniu, nie nazwałbym Charlesa <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">tabula rasa</span>. Pozostaje pod wpływem ojca, człowieka nie tyle miernego, co nijakiego, człowieka bez charakteru... Bo Richard charakter ściągnął od swojego brata niczym zapomnianą pracę domową z transmutacji, spisaną na kolanie tuż przed lekcjami. Próbowałem na niego wpłynąć, korespondowałem z nim, badałem granice, wypytywałem o priorytety, przemawiałem – najcierpliwiej jak się dało – aby wyzbył się szkodliwych sentymentów. Zawiódł mnie dzisiaj, bo mimo zapewnień, że "chce dorosnąć", że "chce się stać mężczyzną", pokazał, że wciąż jest chłopcem, który woli chować się za plecami tatusia, niż stanąć w twarz z własnym przeznaczeniem. Nie dość tego, w listach do mnie zaczął gloryfikować imię, nie tak znowu świętej pamięci, Roberta Mulcibera. Wprawiło mnie to w niemałą konsternację, bo to przecież Robert doprowadził do wyrzucenia dzieciaka z domu i rodzinnego biznesu, dążąc do wykluczenia go z rodu. Sam dosyć dobitnie podkreśliłem moją pogardę co do osoby Roberta, pisząc, że nie powinien być dla nikogo autorytetem. Charles zbyt łatwo ulega wpływom, zapominając, kto jest mu wrogiem, a kto przyjacielem. Nie daje mi to o nim najlepszego mniemania. <br />
<br />
Wtedy, na klifach, kazałem mu zabić w sobie chłopca, którym jest, aby mógł stać się mężczyzną, którym chce być. Wierzę, że tak zrobiłby mój Ojciec. Przyznaję, zrobiłem za mało, aby pomóc Charlesowi wyzbyć się dziecinnych sentymentów, ale nie jestem jego ojcem, a tym bardziej hyclem, który wyłapuje bezdomne psy, a potem zajmuje ich tresurą.<br />
<br />
Nie uważam jednak, aby był stracony. Według mnie, błędem byłoby wykluczyć Charlesa z rodziny, dlatego zapewniłem go, że ma we mnie oparcie. Zrobiłem to z kilku powodów. Po pierwsze, Charles to dzieciak. Po drugie, to <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">dzieciak</span>. Po trzecie, dalibyśmy wtedy dzieciakowi powód, żeby tupnął nóżką, i, jak to dzieciak, zrobił nam wszystkim na złość. Gdybyśmy go wykluczyli, tylko zrobilibyśmy mu tym reklamę. Zawsze już bylibyśmy tym rodem, który dokonując autokastracji, zrobiłby tylko małemu chujowi dobrze. Paradoksalnie, im bardziej próbuje coś się ukryć, to tym większa szansa na to, że zostanie to odnalezione. Nie powinniśmy więc ukrywać przed światem charlesowych chujoświeczek. Zwłaszcza, że obiecał, że nie będzie już więcej takowych produkował. Niech goni go póki co jego własny wstyd, a my traktujmy to jako wybryk młodości, na który nie można nic innego począć, jak tylko wzruszyć ramionami. Richard, z tego, co mi wiadomo, posiada przeszkolenie aurorskie, a Charles zwierzył mi się, że początkowo planował pójść w jego ślady: tym bardziej zawodzi mnie, że poświęcił się ostatecznie tak upokarzającemu zajęciu, jak lepienie świeczek. <br />
<br />
Umysł ma plastyczny, wartki, ale niezorganizowany, posiadł umiejętność magii bezróżdżkowej, ale nie przejawia zainteresowania w kierunku pojedynków. Nie ma konkretnych aspiracji, a choć nie widzę w nim potencjału na wróżbitę, starałem się zainteresować go tym tematem. Nie załatwiłem mu pracy w Ministerstwie, bo nie jestem na tyle naiwny, żeby nagradzać go za niszczenie naszego nazwiska, samemu narażając się przy tym na kpiny. Pomyślałem, że może go to czegoś nauczyć. Pomyślałem: "zobaczymy, może wyciągnie jakieś wnioski że swojego zachowania". Niech poczuje konsekwencje swoich działań. Niech odbije się od paru drzwi, szukając pracy, niech wykpi go poznana w barze dziewczyna, której będzie chciał postawić drinka. Niech poczuje na własnej skórze czym jest pogarda – może wtedy pozna też, czym jest pokora.<br />
<br />
<br />
3. Jedyną winę jaką znajduję w córce Richarda jest to, że nie urodziła się jego synem, więc nie może odziedziczyć po nim nazwiska, tak jak po matce odziedziczyła urodę Malfoyów i właściwą kobietom z tej rodziny skłonność do dramaturgii. <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Scarlett</span> to świeżo upieczona absolwentka Durmstrangu. Zgłębia arkana sztuk tajemnych, parając się wywoływaniem duchów, przejawia także inklinacje w kierunku wróżbiarstwa i okultyzmu, a choć nie rozwinęła nigdy daru trzeciego oka, posiadła rodową umiejętność niciowidzenia. Nie tym zaskarbiła sobie jednak moją przychylność. <br />
<br />
Pod hardą powłoką, wyprawioną przez mrozy Norwegii, Scarlett skrywa miękkie serce. Choć jej percepcja jest ograniczona, tego, co nie widzi oczami, widzi sercem, a serce każe jej zważać na tych, od których inni wolą odwracać wzrok. Pochyliła się nad moją Matką, nieulękle patrząc w oczy zasnute mgłą przepowiedni. Nie wątpię, że przyzwyczaiła się zdobywać przychylność innych swoim czarem, a chociaż nie jest wzorem damy z angielskich salonów – nie z tym temperamentem – nadrabia braki charyzmą i sprytem. <br />
<br />
Polubiłem ją.<br />
<br />
Wydaje mi się, że lepiej by było dla nas wszystkich, aby z lędźwi Richarda rodziły się tylko córki. <br />
<br />
<br />
Szacowna Babciu, świadom jestem, jak bardzo jesteś zapracowana, dlatego zwracam się z uprzejmą prośbą, abyś z wyprzedzeniem zarezerwowała dla mnie trochę czasu w swoim kalendarzu. Spotkajmy się możliwie szybko, aby porozmawiać na temat przyszłości rodu.<br />
<br />
<br />
Nie jestem znawcą ludzkich charakterów, bo nie przepadam za większością ludzi, a jednak, wszystko, co napisałem w tym liście, pisałem szczerze, kierując się własnym tylko osądem. Nie zawsze właściwym, przyznaję. <br />
<br />
Bywam ślepy. Bywało, że specjalnie przymykałem oczy, by nie widzieć. Ale teraz śpię z otwartymi oczyma.<br />
<br />
Jeżeli widzisz jakie błędy w moim postrzeganiu, proszę, wytknij mi je. Wytknij mi błędy, a przysięgam, że nie będę unosił się dumą, bo potrzebuję kogoś, kto razem ze mną spojrzy na sytuację trzeźwym okiem. <br />
<br />
<br />
Zastanawiałem się kiedyś, Babciu, co jest nie tak z naszą rodziną, i doszedłem do wniosku, że jesteśmy przeklęci. Jak zawsze, żegnam Cię z wyrazami szacunku i miłości.<br />
<br />
<br />
<div style="text-align: right;" class="mycode_align">Twój wnuk,</div>
<div class="koperta-podpis">Alexander</div></div>
<br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">30 sierpnia 1972 roku, Mulciber Manor</div>
<br />
Alexander leżał na podłodze gabinetu brata i palił. Palił, bo Donald nie pozwalał tu palić: nie znosił zapachu dymu cygar, którego smużki unosiły się teraz leniwie nad głową Alexandra, niby święte <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">halo</span> wokół głowy proroka, dopóki nie rozwiał ich nagły pęd powietrza. Sowa zrzuciła list tuż obok jego dłoni, i przysiadła na biurku brata, skrzekiem oznajmując, że czeka na odpowiedź.<br />
<br />
Nierozumiejącym spojrzeniem powiódł po <a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2071&amp;pid=61581#pid61581" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">liście, który otrzymał przez chwilą od Charlesa</a>, prychnąwszy, widząc podpis, w którym dzieciak uwzględnił drugie imię. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Charles Robert Mulciber.</span> Nie pokusił się nawet, aby pokręcić z dezprobatą głową, bo było to bezcelowe, tak samo, jak bezcelowe było przestrzeganie ludzi przed błędami, jakie przyjdzie im popełnić. I tak je popełnią, szeptały karty, które – rozłożone na wzór ochronnego kręgu wokół rozwalonego na podłodze Alexandra – pokrywały goły parkiet gabinetu Donalda. Popełnią je, przekonani, że wiedzą lepiej od proroka, co znaczą jego proroctwa. Czy Charles nie zrozumiał sensu jego wróżb? Czy zapomniał już, co Alex powiedział mu na klifach? <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Karty nigdy się nie mylą.</span> Karty zawsze mówią prawdę.<br />
<br />
Podniósłszy się wreszcie z podłogi, zasiadł za biurkiem brata, aby skreślił <a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3244&amp;pid=61588#pid61588" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">lakoniczną odpowiedź</a> na jego papeterii. List był surowy w formie, i taki miał być. Odpalił kolejnego papierosa tym samym płomieniem, którego użył, aby podgrzać czerwony lak. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mówisz mi o rodzinie</span>, pomyślał, pieczętując kopertę za pomocą rodowego sygnetu, który należał do jego brata, a wcześniej – do jego ojca, zostawiając na niej odcisk herbu Mulciberów, wytłoczonego w metalu, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">pokażę ci, czym jest rodzina.</span><br />
<br />
Nie przyszedł tutaj po to, aby zastanawiać się nad wybrykami Charlesa, któremu wysłał po prostu <a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3244&amp;pid=61590#pid61590" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">kartę Głupca</a> w odpowiedzi na <a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2071&amp;pid=61589#pid61589" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">kolejny list</a>. <br />
<br />
Nie, przyszedł tutaj w zupełnie innym celu.<br />
<br />
Alexander siedział w gabinecie brata, na jego krześle, za jego biurkiem, pisząc do niego list na jego własnej papeterii, piórem, na którym wygrawerowano jego imię i nazwisko. <br />
<br />
<a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=880&amp;pid=60721#pid60721" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Donaldzie"</span>, zaczął, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"znowu miałem sen o Tobie".</span></a><br />
<br />
<br />
***<br />
<br />
<br />
Siedział w gabinecie ojca, mając za plecami jego reprezentacyjny portret z lat młodości – portret, który zabrał z pokoju dziennego po śmierci Duncana, po tym jak matka – ledwo przestąpiwszy próg domu po powrocie z pogrzebu – wpadła na jego widok w histerię. Siedział w <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">jego</span> fotelu i czuł na plecach <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">jego</span> wzrok, kiedy skrobał piórem wiecznym po pergaminie opatrzonym <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">jego</span> pieczęcią, otoczony stosem dokumentów dotyczących <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">jego</span> firmy zajmującej się handlem artefaktami, które musiał jeszcze dzisiaj przejrzeć.<br />
<br />
Siedział w gabinecie ojca, który dalej nazywał "gabinetem ojca", chociaż był to teraz jego gabinet. <br />
<br />
Dzień chylił się ku końcowi, a zachodzące słońce wlewało się przez okno do wnętrza Mulciber Manor, które trwało, pogrążone w żałobnej ciszy, zapadłej nad domostwem po pogrzebie Roberta Mulcibera. Ciszę przerywało tylko skrzypienie stalówki.<br />
<br />
<br />
<div class="koperta">
<div style="text-align: right;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mulciber Manor, 30 VIII 1972 r.</span></div>
<br />
<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Przyszłość, szacowna Babciu, to nie fundusz powierniczy.</span> <br />
<br />
<br />
Nie ma żadnego sposobu na zabezpieczenie przyszłości domu Mulciber, któremu moja matka przepowiedziała zagładę zanim jeszcze przyszedłem na świat. Widzę przyszłość, ale nie widzę jej dla nas. Mulciberowie są reliktem przeszłości, gatunkiem skazanym na wymarcie. <br />
<br />
Jeżeli Donald umrze, każę go wypatroszyć i wypchać, a jego utrwalone ciało przekażę w darze Mauzoleum Fawleyów. Wszyscy odwiedzający będą mogli podziwiać to arcydzieło sztuki taksydermistycznej. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ostatniego z wielkich.</span> Ostatniego wielkiego Mulcibera. Martwy klejnot koronny w kolekcji martwych królów. <br />
<br />
Moglibyśmy się tam kiedyś wybrać, abyś zobaczyła tamtejsze eksponaty. Wyglądają niemal tak jak my. Wyglądają niemal jak żywe. <br />
<br />
<br />
Choć chciałbym zakpić, że Robert wyglądał lepiej, leżąc martwy w trumnie, aniżeli wyglądał za życia, muszę przyznać, że jego śmierć nie jest mi na rękę. Nie tylko ze względu na Lorien. Robert był człowiekiem o ograniczonej percepcji, przez co traktował ludzi instrumentalnie, jako narzędzia, służące realizacji większego planu. Planu, którego nie posiadał. Łatwo było go kontrolować (nie wątpię, że to samo powiedziałby o mnie), bo pewien, że stoi w uprzywilejowanym miejscu na przedzie szeregu, zawsze ochoczo wskazywał innym, gdzie mają stać – gdzie jest ich miejsce – zadowolony, że zyskuje wówczas ułudę kontroli, której tak pragnął. Oboje dobrze wiemy, kto w małżeństwie Lorien i Roberta sprawował nad kim kontrolę. <br />
<br />
Robert był mi przydatny. Kiedy trzeba, potrafił być bezwzględny, kiedy trzeba, potrafił pokazać miłosierdzie. Chociaż dosyć nieudolnie szło mu pilnowanie porządku w swojej części rodziny, miał zdolność kreowania wokół siebie otoczki stateczności, więc ludzie widzieli w nim kogoś, kto jest mocno osadzony w rzeczywistości – kogoś, kto stoi na straży wartości i autorytetów – jego wizerunek był nam przydatny, był dystrakcją, która pomogłaby nam rozproszyć odpowiedzialność, gdyby doszło do kolejnej medialnej katastrofy. Gdyby dalej trzymał jako tako w ryzach tę część rodziny, nad którą nie potrafił zapanować mój Ojciec, byłoby nam wszystkim łatwiej.<br />
<br />
<br />
Odpisałbym wcześniej, gdybym mógł. Nie chciałem pozostawiać Cię bez odpowiedzi,  ale potrzebowałem namysłu, aby odpowiedzieć na pytania, jakie postawiłaś przede mną w liście. <br />
<br />
<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Jeżeli chodzi o dzieci Roberta.</span><br />
<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Sophie</span> jest dobrotliwym dziewczęciem, z duszą nieskalaną złem, a twarzą – myślą. Myślę, że uznasz, że jest tym ostatnim względzie podobna do mnie, więc nie przyniesie większego pożytku w rodzinnych knowaniach, z czego bardzo się cieszę. Zasługuje na dobre, długie życie, z dala od ludzi takich jak my. <br />
<br />
Istota ta potrzebuje ochrony, także przed samą sobą. Najpierw nielegalnie pędziła bimber po piwnicach, przypuszczam, że przynajmniej z eliksirów musi być więc dobra. Potem skompromitowała się, biorąc udział w widowisku randkowym, na które zgłosiła się w celach zarobkowych, aby spłacić zaciągnięty u ojca dług. Choć wyperswadowałem jej z głowy podobne pomysły na przyszłość, przestrzegając jej, że dla młodej panny reputacja jest wszystkim, obawiam się, co jeszcze zdoła wymyślić. Zwłaszcza, że pojawiła się na wieczorku hazardowym Agnes Delacour z jakimś szemranym towarzyszem u boku, nie spodziewając się, że spotka tam Lorien, Roberta... I mnie. <br />
<br />
Obcy jest mi język małych dziewczynek. Choć próbowała pokonać przy mnie swą nieśmiałość, głos łamał jej się, gdy odpowiadała na moje pytania. Zaoferowałem się, że znajdę jej zajęcie godne szacunku, aby mogła stanąć na własnych nogach i zawrzeć cenne znajomości z ludźmi, którzy są tego warci, zarobić własne pieniądze, jeżeli to niezależności pragnie. Zaoferowałem jej pomoc, ale nie jestem pewien, czy pomoc, którą jej oferuję, jest tą pomocą, której ona potrzebuje. Było mi jej żal – tej małej, smutnej dziewczynki – bo to wciąż dziewczynka, Babciu. Dziewczynka udająca dorosłą kobietę. <br />
<br />
Sophie to naiwna, wysoko urodzona panna, do bólu wręcz niewinna, bo choć całe życie wychowywana była pod kloszem, brak było jej matki, która nauczyłaby ją tego, co uczyć należy wysoko urodzone panny. Robert nie wydawał mi się być szczególnie zainteresowanym jej wychowaniem. W trakcie wieczorku hazardowego, kiedy zrobiło mi jej się po prostu żal, bo wyglądała jak porzucona laleczka, którą nikt nie chce się bawić, poświęciłem jej więcej uwagi niż on.<br />
<br />
Zawiedliśmy Sophie jako rodzina, pozwalając, aby Robert zawiódł ją jako ojciec. <br />
<br />
<br />
Robert ma także syna z nieprawego łoża, <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Stanleya Borgina</span>. Dobry z niego chłopak, choć nieco pogubiony. Kolejny, którego wychowaniem Robert nigdy się nie zainteresował. Nawet nie powiedział Sophie, że ma brata. <br />
<br />
<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Jeżeli zaś chodzi o dzieci Richarda.</span><br />
<br />
1. Najstarszego syna, <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Leopolda</span>, znam jedynie z jego podpisu na akcie zgonu Roberta, co nie daje mi o nim najlepszego mniemania, bo cóż to za magomedyk, z rękoma, które zabijają, a nie leczą. <br />
<br />
<br />
2. Drugiego w kolejności starszeństwa, <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Charlesa</span>, zostało mi dane poznać osobiście podczas wspólnej przechadzki pośród klifów w Dolinie Godryka. Przez "zostało mi dane" mam na myśli to, że wykorzystałem wszystkie dostępne mi środki, aby go w ogóle <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">znaleźć</span> po tym jak zniknął z domu po swojej kutasiarskiej kompromitacji na łamach "Czarownicy". Przez "wspólną przechadzkę pośród klifów" mam na myśli to, że planowałem uprzejmie wskazać mu drogę na najwyższy z nich, a potem patrzeć jak skacze. Dotarłszy na miejsce, zmieniłem jednak zdanie, widząc, że jest w stanie, w którym do skakania z klifu nikt nie musi go zachęcać.<br />
<br />
Był jak odtrącony nogą szczeniak, najsłabszy z miotu, bo suka, która go powiła, odumarła go zbyt szybko, by nauczył się gryźć, a wiesz, że ja mam tkliwe serce, gdy chodzi o te skamlące przybłędy. Spuszczony z ojcowskiej smyczy, Charles będzie tropił nosem po ziemi, szukając miłości, uznania i akceptacji we wszystkich zakątkach świata.<br />
<br />
Jego problemem jest to, że kocha jak pies, nie jak syn. <br />
<br />
Choć z początku widziałem w nim czysty, nieskażony obcym wpływem umysł, który desperacko pragnie znaleźć kogoś, kto pomoże mu ukierunkować jego myśli, po głębszym zastanowieniu, nie nazwałbym Charlesa <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">tabula rasa</span>. Pozostaje pod wpływem ojca, człowieka nie tyle miernego, co nijakiego, człowieka bez charakteru... Bo Richard charakter ściągnął od swojego brata niczym zapomnianą pracę domową z transmutacji, spisaną na kolanie tuż przed lekcjami. Próbowałem na niego wpłynąć, korespondowałem z nim, badałem granice, wypytywałem o priorytety, przemawiałem – najcierpliwiej jak się dało – aby wyzbył się szkodliwych sentymentów. Zawiódł mnie dzisiaj, bo mimo zapewnień, że "chce dorosnąć", że "chce się stać mężczyzną", pokazał, że wciąż jest chłopcem, który woli chować się za plecami tatusia, niż stanąć w twarz z własnym przeznaczeniem. Nie dość tego, w listach do mnie zaczął gloryfikować imię, nie tak znowu świętej pamięci, Roberta Mulcibera. Wprawiło mnie to w niemałą konsternację, bo to przecież Robert doprowadził do wyrzucenia dzieciaka z domu i rodzinnego biznesu, dążąc do wykluczenia go z rodu. Sam dosyć dobitnie podkreśliłem moją pogardę co do osoby Roberta, pisząc, że nie powinien być dla nikogo autorytetem. Charles zbyt łatwo ulega wpływom, zapominając, kto jest mu wrogiem, a kto przyjacielem. Nie daje mi to o nim najlepszego mniemania. <br />
<br />
Wtedy, na klifach, kazałem mu zabić w sobie chłopca, którym jest, aby mógł stać się mężczyzną, którym chce być. Wierzę, że tak zrobiłby mój Ojciec. Przyznaję, zrobiłem za mało, aby pomóc Charlesowi wyzbyć się dziecinnych sentymentów, ale nie jestem jego ojcem, a tym bardziej hyclem, który wyłapuje bezdomne psy, a potem zajmuje ich tresurą.<br />
<br />
Nie uważam jednak, aby był stracony. Według mnie, błędem byłoby wykluczyć Charlesa z rodziny, dlatego zapewniłem go, że ma we mnie oparcie. Zrobiłem to z kilku powodów. Po pierwsze, Charles to dzieciak. Po drugie, to <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">dzieciak</span>. Po trzecie, dalibyśmy wtedy dzieciakowi powód, żeby tupnął nóżką, i, jak to dzieciak, zrobił nam wszystkim na złość. Gdybyśmy go wykluczyli, tylko zrobilibyśmy mu tym reklamę. Zawsze już bylibyśmy tym rodem, który dokonując autokastracji, zrobiłby tylko małemu chujowi dobrze. Paradoksalnie, im bardziej próbuje coś się ukryć, to tym większa szansa na to, że zostanie to odnalezione. Nie powinniśmy więc ukrywać przed światem charlesowych chujoświeczek. Zwłaszcza, że obiecał, że nie będzie już więcej takowych produkował. Niech goni go póki co jego własny wstyd, a my traktujmy to jako wybryk młodości, na który nie można nic innego począć, jak tylko wzruszyć ramionami. Richard, z tego, co mi wiadomo, posiada przeszkolenie aurorskie, a Charles zwierzył mi się, że początkowo planował pójść w jego ślady: tym bardziej zawodzi mnie, że poświęcił się ostatecznie tak upokarzającemu zajęciu, jak lepienie świeczek. <br />
<br />
Umysł ma plastyczny, wartki, ale niezorganizowany, posiadł umiejętność magii bezróżdżkowej, ale nie przejawia zainteresowania w kierunku pojedynków. Nie ma konkretnych aspiracji, a choć nie widzę w nim potencjału na wróżbitę, starałem się zainteresować go tym tematem. Nie załatwiłem mu pracy w Ministerstwie, bo nie jestem na tyle naiwny, żeby nagradzać go za niszczenie naszego nazwiska, samemu narażając się przy tym na kpiny. Pomyślałem, że może go to czegoś nauczyć. Pomyślałem: "zobaczymy, może wyciągnie jakieś wnioski że swojego zachowania". Niech poczuje konsekwencje swoich działań. Niech odbije się od paru drzwi, szukając pracy, niech wykpi go poznana w barze dziewczyna, której będzie chciał postawić drinka. Niech poczuje na własnej skórze czym jest pogarda – może wtedy pozna też, czym jest pokora.<br />
<br />
<br />
3. Jedyną winę jaką znajduję w córce Richarda jest to, że nie urodziła się jego synem, więc nie może odziedziczyć po nim nazwiska, tak jak po matce odziedziczyła urodę Malfoyów i właściwą kobietom z tej rodziny skłonność do dramaturgii. <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Scarlett</span> to świeżo upieczona absolwentka Durmstrangu. Zgłębia arkana sztuk tajemnych, parając się wywoływaniem duchów, przejawia także inklinacje w kierunku wróżbiarstwa i okultyzmu, a choć nie rozwinęła nigdy daru trzeciego oka, posiadła rodową umiejętność niciowidzenia. Nie tym zaskarbiła sobie jednak moją przychylność. <br />
<br />
Pod hardą powłoką, wyprawioną przez mrozy Norwegii, Scarlett skrywa miękkie serce. Choć jej percepcja jest ograniczona, tego, co nie widzi oczami, widzi sercem, a serce każe jej zważać na tych, od których inni wolą odwracać wzrok. Pochyliła się nad moją Matką, nieulękle patrząc w oczy zasnute mgłą przepowiedni. Nie wątpię, że przyzwyczaiła się zdobywać przychylność innych swoim czarem, a chociaż nie jest wzorem damy z angielskich salonów – nie z tym temperamentem – nadrabia braki charyzmą i sprytem. <br />
<br />
Polubiłem ją.<br />
<br />
Wydaje mi się, że lepiej by było dla nas wszystkich, aby z lędźwi Richarda rodziły się tylko córki. <br />
<br />
<br />
Szacowna Babciu, świadom jestem, jak bardzo jesteś zapracowana, dlatego zwracam się z uprzejmą prośbą, abyś z wyprzedzeniem zarezerwowała dla mnie trochę czasu w swoim kalendarzu. Spotkajmy się możliwie szybko, aby porozmawiać na temat przyszłości rodu.<br />
<br />
<br />
Nie jestem znawcą ludzkich charakterów, bo nie przepadam za większością ludzi, a jednak, wszystko, co napisałem w tym liście, pisałem szczerze, kierując się własnym tylko osądem. Nie zawsze właściwym, przyznaję. <br />
<br />
Bywam ślepy. Bywało, że specjalnie przymykałem oczy, by nie widzieć. Ale teraz śpię z otwartymi oczyma.<br />
<br />
Jeżeli widzisz jakie błędy w moim postrzeganiu, proszę, wytknij mi je. Wytknij mi błędy, a przysięgam, że nie będę unosił się dumą, bo potrzebuję kogoś, kto razem ze mną spojrzy na sytuację trzeźwym okiem. <br />
<br />
<br />
Zastanawiałem się kiedyś, Babciu, co jest nie tak z naszą rodziną, i doszedłem do wniosku, że jesteśmy przeklęci. Jak zawsze, żegnam Cię z wyrazami szacunku i miłości.<br />
<br />
<br />
<div style="text-align: right;" class="mycode_align">Twój wnuk,</div>
<div class="koperta-podpis">Alexander</div></div>
<br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Inne części Anglii]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5820</link>
			<pubDate>Fri, 13 Mar 2026 14:37:21 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=210">Strażnik Tajemnic</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5820</guid>
			<description><![CDATA[<div class="locka"><h4>Ostoja dla zwierząt rodziny McGonagall</h4><br />
Wzniesione przed laty centrum pomocy zwierzętom i magicznym stworzeniom powstało z inicjatywy rodziny McGonagall. „Ostoja” zlokalizowana jest na obrzeżach Pangbourne, w dwupiętrowym budynku w kształcie litery „U”, do którego przylega sporych rozmiarów podwórze, ogród, sad oraz wybieg na tyłach działki. Sam dom położony jest na skraju lasu, w pobliżu łąk i rzeki, w odosobnieniu od innych zabudowań i chronione jest magią przed ciekawskimi mugolami, którzy przypadkiem mogliby zobaczyć cos, czego nie powinni. Na pierwszy rzut oka ciężko uwierzyć, że miejsce to jest domem dla całej masy stworzeń, które z uwagi na kiepski stan zdrowia, zagrożenie ze struny kłusowników lub zwykłe nieszczęście, były zmuszone opuścić swoje oryginalne miejsce zamieszkania. Dzięki pomocy specjalistów od magii zmniejszająco-zwiększającej każda sala prowadzi do kieszonkowego wymiaru stylizowanego na naturalne warunki, w którym pomieszkują różne gatunki zwierząt. Na strychu domu znajduje się wielka sowiarnia, gdzie przesiaduje wiele gatunków sów, którymi opiekują się i hodują właściciele Ostoi.<br />
<br />
Odkąd ośrodek został otworzony, do grona podopiecznych dołączyły zarówno zwierzęta ze stricte mugolskiego świata jak ptaki, dziki, wiewiórki czy wilki, ale także magiczne stworzenia zagrożone wyginięciem. Z miłości i szacunku do nich, rodzina zbiera od nich tylko to, co sami im ofiarują – sierść, pióra, łuski czy rogi – i wykorzystują do tworzenia cudownych eliksirów lub innych wyrobów, które następnie sprzedają lub dzielą się z innymi entuzjastami ze świata czarodziejów. Ośrodek rzadko kiedy pozwala na adopcję podopiecznych, jednak przyjmuje wolontariuszy, którzy mogą dostać oficjalne zezwolenie na pomoc w placówce.</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="locka"><h4>Ostoja dla zwierząt rodziny McGonagall</h4><br />
Wzniesione przed laty centrum pomocy zwierzętom i magicznym stworzeniom powstało z inicjatywy rodziny McGonagall. „Ostoja” zlokalizowana jest na obrzeżach Pangbourne, w dwupiętrowym budynku w kształcie litery „U”, do którego przylega sporych rozmiarów podwórze, ogród, sad oraz wybieg na tyłach działki. Sam dom położony jest na skraju lasu, w pobliżu łąk i rzeki, w odosobnieniu od innych zabudowań i chronione jest magią przed ciekawskimi mugolami, którzy przypadkiem mogliby zobaczyć cos, czego nie powinni. Na pierwszy rzut oka ciężko uwierzyć, że miejsce to jest domem dla całej masy stworzeń, które z uwagi na kiepski stan zdrowia, zagrożenie ze struny kłusowników lub zwykłe nieszczęście, były zmuszone opuścić swoje oryginalne miejsce zamieszkania. Dzięki pomocy specjalistów od magii zmniejszająco-zwiększającej każda sala prowadzi do kieszonkowego wymiaru stylizowanego na naturalne warunki, w którym pomieszkują różne gatunki zwierząt. Na strychu domu znajduje się wielka sowiarnia, gdzie przesiaduje wiele gatunków sów, którymi opiekują się i hodują właściciele Ostoi.<br />
<br />
Odkąd ośrodek został otworzony, do grona podopiecznych dołączyły zarówno zwierzęta ze stricte mugolskiego świata jak ptaki, dziki, wiewiórki czy wilki, ale także magiczne stworzenia zagrożone wyginięciem. Z miłości i szacunku do nich, rodzina zbiera od nich tylko to, co sami im ofiarują – sierść, pióra, łuski czy rogi – i wykorzystują do tworzenia cudownych eliksirów lub innych wyrobów, które następnie sprzedają lub dzielą się z innymi entuzjastami ze świata czarodziejów. Ośrodek rzadko kiedy pozwala na adopcję podopiecznych, jednak przyjmuje wolontariuszy, którzy mogą dostać oficjalne zezwolenie na pomoc w placówce.</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[18/10/1972] próba ognia || erik & heather]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5816</link>
			<pubDate>Thu, 12 Mar 2026 22:05:57 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=26">Erik Longbottom</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5816</guid>
			<description><![CDATA[<h1>—18/10/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Okolice Księżycowy Staw, Wielka Brytania</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Erik Longbottom &amp; Heather Wood</span></h1><br />
<br />
<div class="divek">Od powrotu drużyny Zakonu Feniksa z przeklętej wyspy kwintopedów minęło już parę dni. W tym czasie wszelkie plany na stanie się właścicielem tamtejszego zamku kompletnie wyparowały z głowy Erika. Nic dziwnego - po tym, czego tam doświadczyli, perspektywa zamieszkania w tym miejscu byłaby czystym szaleństwem. Nie chodziło już nawet o te okropne stwory, z którymi miał okazję zmierzyć się w towarzystwie Heather, a o te wszystkie pułapki, które były ukryte głęboko w lochach starej budowli.<br />
<br />
Nadal odczuwał głęboki niepokój na myśl o klatce, która wykorzystała przeciwko niemu jego własny strach. Nie chciałby natknąć się na podobną niespodziankę na własną rękę. Kto wie, może wtedy w ogóle nie udałoby mu się wydostać z potrzasku? Longbottom pokręcił stanowczo głową, zaciskając prawą pięść na tyle mocno, że aż pobielały mu kłykcie. Wiedział, że te wspomnienia nie oddalą się od niego zbyt szybko, ale nie mógł cały czas rozpamiętywać tej sprawy. Zwłaszcza że teraz dostali inne... bojowe... zadanie od Brenny.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jak <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">bardzo</span> ufamy temu świstoklikowi?</span> — rzucił przez ramię Erik do swej rudowłosej towarzyszki. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie żebym nie wierzył swojej siostrze, ale mam wrażenie, że takimi testami powinien zająć się ktoś bardziej wprawiony w magii translokacyjnej.</span><br />
<br />
Zmarszczył czoło. Z drugiej strony, czy znajomość tego typu zaklęć mogła jakkolwiek ocalić człowieka, gdyby okazało się, że artefakt będzie wadliwy? Czy da się dzięki temu uniknąć rozszczepienia? Longbottom westchnął ciężko. Byli już dobry kawałek dalej od posiadłości Księżycowego Stawu, a wśród rozciągających się przed nimi drzew miał znajdować się stary świstoklik, który ponoć miał ich zabrać w odpowiednie miejsce.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Obyśmy nie wpadli znowu w jakieś kłopoty</span> — mruknął pod nosem, pocierając jedną dłonią o drugą. Robiło się coraz chłodniej, a porywisty wiatr zdawał się dopadać człowieka wszędzie - żywiołowi nie robiło różnicy czy pomiatał ludźmi w Dolinie Godryka, czy Londynie. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jak tam powrót do rzeczywistości po naszym ostatnim... wypadzie?</span><br />
<br />
W gruncie rzeczy cieszył się, że Heather nie zabrała się wtedy z nimi do piwnicy. Nie, żeby nie ufał w jej umiejętności; widział już na własne oczy, że dziewczyna świetnie odnajduje się w niebezpiecznych sytuacjach, jednak... Czuł swego rodzaju ulgę, że reszta drużyny nie musiała mierzyć się z tą przypominający bogina pułapką. Nie musieli dzielić każdego traumatycznego doświadczenia, nawet jeśli wszyscy służyli w Zakonie Feniksa.<br />
<br />
!Zakon A2 </div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1>—18/10/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Okolice Księżycowy Staw, Wielka Brytania</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Erik Longbottom &amp; Heather Wood</span></h1><br />
<br />
<div class="divek">Od powrotu drużyny Zakonu Feniksa z przeklętej wyspy kwintopedów minęło już parę dni. W tym czasie wszelkie plany na stanie się właścicielem tamtejszego zamku kompletnie wyparowały z głowy Erika. Nic dziwnego - po tym, czego tam doświadczyli, perspektywa zamieszkania w tym miejscu byłaby czystym szaleństwem. Nie chodziło już nawet o te okropne stwory, z którymi miał okazję zmierzyć się w towarzystwie Heather, a o te wszystkie pułapki, które były ukryte głęboko w lochach starej budowli.<br />
<br />
Nadal odczuwał głęboki niepokój na myśl o klatce, która wykorzystała przeciwko niemu jego własny strach. Nie chciałby natknąć się na podobną niespodziankę na własną rękę. Kto wie, może wtedy w ogóle nie udałoby mu się wydostać z potrzasku? Longbottom pokręcił stanowczo głową, zaciskając prawą pięść na tyle mocno, że aż pobielały mu kłykcie. Wiedział, że te wspomnienia nie oddalą się od niego zbyt szybko, ale nie mógł cały czas rozpamiętywać tej sprawy. Zwłaszcza że teraz dostali inne... bojowe... zadanie od Brenny.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jak <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">bardzo</span> ufamy temu świstoklikowi?</span> — rzucił przez ramię Erik do swej rudowłosej towarzyszki. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie żebym nie wierzył swojej siostrze, ale mam wrażenie, że takimi testami powinien zająć się ktoś bardziej wprawiony w magii translokacyjnej.</span><br />
<br />
Zmarszczył czoło. Z drugiej strony, czy znajomość tego typu zaklęć mogła jakkolwiek ocalić człowieka, gdyby okazało się, że artefakt będzie wadliwy? Czy da się dzięki temu uniknąć rozszczepienia? Longbottom westchnął ciężko. Byli już dobry kawałek dalej od posiadłości Księżycowego Stawu, a wśród rozciągających się przed nimi drzew miał znajdować się stary świstoklik, który ponoć miał ich zabrać w odpowiednie miejsce.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Obyśmy nie wpadli znowu w jakieś kłopoty</span> — mruknął pod nosem, pocierając jedną dłonią o drugą. Robiło się coraz chłodniej, a porywisty wiatr zdawał się dopadać człowieka wszędzie - żywiołowi nie robiło różnicy czy pomiatał ludźmi w Dolinie Godryka, czy Londynie. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jak tam powrót do rzeczywistości po naszym ostatnim... wypadzie?</span><br />
<br />
W gruncie rzeczy cieszył się, że Heather nie zabrała się wtedy z nimi do piwnicy. Nie, żeby nie ufał w jej umiejętności; widział już na własne oczy, że dziewczyna świetnie odnajduje się w niebezpiecznych sytuacjach, jednak... Czuł swego rodzaju ulgę, że reszta drużyny nie musiała mierzyć się z tą przypominający bogina pułapką. Nie musieli dzielić każdego traumatycznego doświadczenia, nawet jeśli wszyscy służyli w Zakonie Feniksa.<br />
<br />
!Zakon A2 </div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 1972 20.10 Księżycowy Staw | Alastor & Milles]]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5815</link>
			<pubDate>Thu, 12 Mar 2026 21:57:46 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=418">Millie Moody</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5815</guid>
			<description><![CDATA[[inny avek]https://idposter.com/img/Celebrity/A/Antonina_Vasylchenko/id560304.webp[/inny avek]Piątek. Piąteczek. Piątunio. <br />
<br />
Dla niej nie znaczyło to zbyt wiele, bo cały czas siedziała na chorobowym, ale czekała na ten dzień bardziej niż na Yule, bo Alastor miał czas i mógł wpaść do Stawu zobaczyć jej niedokończony sufit. Oczywiście, miała na tę okoliczność tonę wymówek, ponieważ sufit nie był dokończony, bo nie było kiedy ogarnąć z Dumblipumplim zaklęcia na którym jej zależało, a i z Thomasem trzeba było pokombinować no i nie dało się ukryć, że całkiem nieźle jej wyszła strona zachodnia z najgranatszym granatem na świecie, ale ten świt na stronie wschodniej jeszcze mogłaby nieco poprawić. <br />
<br />
Najważniejsze to było to, że grandient układał się zajebiście, naszkicowane gwiazdy pociągnięte zostały wstępnie srebrną farbą. Naniosła też linie między nimi, tak jak było na mapie, którą dostała od papcia Morfiny, bo podobnie jak raczej większość zakonników chuja się znała na gwiazdach, a tak łatwiej było dostrzec swój gwiazdozbiór. Nie żeby każdy miał przydzielony. Pracowała nad tym, między jednym zadaniem a drugim, bo chociaż miała wolne, to w ostatecznym rozrachunku była kurewsko zapracowana.<br />
<br />
Ale dzisiaj, DZISIAJ był jej specjalny czas z bratem i była bardzo podekscytowana. Nawet wyjebała wszystkie farby do swojego pokoju, nie myśląc za bardzo że pewnie przeszkadzałoby to potem Thomasowi <span style="text-decoration: line-through;" class="mycode_s">Basilius nie miał już za wiele do gadania, skoro się wyprowadził</span> i że może na przykład Alastor chciałby zobaczyć potem jej pokój również. Za dużo myślenia do przodu. Zwłaszcza teraz, gdy stała na ziemi i bardzo była szczęśliwa, że zaraz się zobaczą i może oboje zadrą głowy i spędzą tak godzinę. <br />
<br />
Nie miała pojęcia co zgotował dla rodzeństwa na ten wspólny czas los...<br />
<br />
!Zakon A3<br />
<br />
<div style="text-align: right;" class="mycode_align"><span style="font-size: small;" class="mycode_size"><a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=4" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Alastor Moody</a> </span></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[[inny avek]https://idposter.com/img/Celebrity/A/Antonina_Vasylchenko/id560304.webp[/inny avek]Piątek. Piąteczek. Piątunio. <br />
<br />
Dla niej nie znaczyło to zbyt wiele, bo cały czas siedziała na chorobowym, ale czekała na ten dzień bardziej niż na Yule, bo Alastor miał czas i mógł wpaść do Stawu zobaczyć jej niedokończony sufit. Oczywiście, miała na tę okoliczność tonę wymówek, ponieważ sufit nie był dokończony, bo nie było kiedy ogarnąć z Dumblipumplim zaklęcia na którym jej zależało, a i z Thomasem trzeba było pokombinować no i nie dało się ukryć, że całkiem nieźle jej wyszła strona zachodnia z najgranatszym granatem na świecie, ale ten świt na stronie wschodniej jeszcze mogłaby nieco poprawić. <br />
<br />
Najważniejsze to było to, że grandient układał się zajebiście, naszkicowane gwiazdy pociągnięte zostały wstępnie srebrną farbą. Naniosła też linie między nimi, tak jak było na mapie, którą dostała od papcia Morfiny, bo podobnie jak raczej większość zakonników chuja się znała na gwiazdach, a tak łatwiej było dostrzec swój gwiazdozbiór. Nie żeby każdy miał przydzielony. Pracowała nad tym, między jednym zadaniem a drugim, bo chociaż miała wolne, to w ostatecznym rozrachunku była kurewsko zapracowana.<br />
<br />
Ale dzisiaj, DZISIAJ był jej specjalny czas z bratem i była bardzo podekscytowana. Nawet wyjebała wszystkie farby do swojego pokoju, nie myśląc za bardzo że pewnie przeszkadzałoby to potem Thomasowi <span style="text-decoration: line-through;" class="mycode_s">Basilius nie miał już za wiele do gadania, skoro się wyprowadził</span> i że może na przykład Alastor chciałby zobaczyć potem jej pokój również. Za dużo myślenia do przodu. Zwłaszcza teraz, gdy stała na ziemi i bardzo była szczęśliwa, że zaraz się zobaczą i może oboje zadrą głowy i spędzą tak godzinę. <br />
<br />
Nie miała pojęcia co zgotował dla rodzeństwa na ten wspólny czas los...<br />
<br />
!Zakon A3<br />
<br />
<div style="text-align: right;" class="mycode_align"><span style="font-size: small;" class="mycode_size"><a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=4" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Alastor Moody</a> </span></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[12.10.72, Księżycowy Staw] Circle of pine and red oak | Dora & Woody]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5813</link>
			<pubDate>Wed, 11 Mar 2026 00:21:21 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=87">Dora Crawford</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5813</guid>
			<description><![CDATA[- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dostałam niedawno jajko!</span> - oznajmiła wesoło Dora, stojąc z Woodym przed wejściem do Księżycowego Stawu. Przed nimi rozpościerał się widok na tyły posiadłości, gdzie po burzliwym wrześniu dało się zauważyć znaczące zmiany. Część chwastów została wykarczowana, a trawa doprowadzona do rozsądnej długości, chociaż było widać że zdążyła już nieco odrosnąć. Pojawiły się też ciemne placki ziemi, które zwiastowały miejsce wygospodarowane na zasadzenie nowych ziół i magicznych roślin. Nie było tego sporo, bo Crawleyówna większość planowała na planowaną szklarnię. -<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Wyglądało jak taki spalony ziemniak, a że jakiś czas temu coś sobie czytałam gdzieś o podobnych fenomenach, no to stwierdziłam że wsadzę je do ognia. I wiesz co? Wykluł się z tego pisklak. Dzisiaj przyniosłam go tutaj, bo wrzuciłam jajko do ognia u Brenny. I jak rozmawiałam z Bren, to w sumie by było dobrze zaaranżować jakąś sowiarnię chyba, bo coraz więcej tych ptaków. A jak dobrze pójdzie i ten mój pisklak podrośnie to będzie taki cały czarny i będzie sypał iskrami. Głównie będzie ładnie wyglądać</span> - założyła ręce za siebie, lekko kołysząc się z pięt na palce, kiedy opowiadałam Tarpowi o nowym pupilu. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Tylko nie wiem co wtedy z tym poltergeistem co go mamy na strychu. Ja jestem za tym, żeby go zostawić i zbudować ptakom coś nowego.</span><br />
<br />
!Zakon A1]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dostałam niedawno jajko!</span> - oznajmiła wesoło Dora, stojąc z Woodym przed wejściem do Księżycowego Stawu. Przed nimi rozpościerał się widok na tyły posiadłości, gdzie po burzliwym wrześniu dało się zauważyć znaczące zmiany. Część chwastów została wykarczowana, a trawa doprowadzona do rozsądnej długości, chociaż było widać że zdążyła już nieco odrosnąć. Pojawiły się też ciemne placki ziemi, które zwiastowały miejsce wygospodarowane na zasadzenie nowych ziół i magicznych roślin. Nie było tego sporo, bo Crawleyówna większość planowała na planowaną szklarnię. -<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Wyglądało jak taki spalony ziemniak, a że jakiś czas temu coś sobie czytałam gdzieś o podobnych fenomenach, no to stwierdziłam że wsadzę je do ognia. I wiesz co? Wykluł się z tego pisklak. Dzisiaj przyniosłam go tutaj, bo wrzuciłam jajko do ognia u Brenny. I jak rozmawiałam z Bren, to w sumie by było dobrze zaaranżować jakąś sowiarnię chyba, bo coraz więcej tych ptaków. A jak dobrze pójdzie i ten mój pisklak podrośnie to będzie taki cały czarny i będzie sypał iskrami. Głównie będzie ładnie wyglądać</span> - założyła ręce za siebie, lekko kołysząc się z pięt na palce, kiedy opowiadałam Tarpowi o nowym pupilu. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Tylko nie wiem co wtedy z tym poltergeistem co go mamy na strychu. Ja jestem za tym, żeby go zostawić i zbudować ptakom coś nowego.</span><br />
<br />
!Zakon A1]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[01.10.72, Księżycowy Staw] Porozmawiajmy o komunikacji]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5799</link>
			<pubDate>Thu, 05 Mar 2026 09:54:27 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=24">Brenna Longbottom</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5799</guid>
			<description><![CDATA[Przez mniej więcej ostatni rok Brenna każdy dzień zaczynała od kawy, choć zwykle wolała herbatę. Traktowała to trochę jak materiał napędowy - nic niezwykłego, bo pośród glin tymi bardzo często były kofeina, papierosy, pączki (i dla niektórych niestety w pewnym momencie nieraz też kilka głębszych, branych o wiele za dużo, ale tego akurat unikała).<br />
Tym razem jednak wczesnym rankiem, na długo przed nastaniem świtu, wypiła ziółka uspokajające. A potem udała się na przebieżkę po okolicy, w trakcie której biegała i w samym ogrodzie rzuciła kilka zaklęć. Nawet nie dlatego, że za rzadko znajdowała czas na ćwiczenia i fizyczne, i magii kształtowania, ale aby się upewnić, że myśli jasno, nie ma żadnych halucynacji, rzucając zaklęcie mające wyczarować na przykład jej ruchomą kopię czy napełnić magią jakiś przedmiot nie zapragnie niczego nagle podpalić, i że ogólnie rzecz biorąc... może wyjść dziś pomiędzy ludzi bez obaw, że zrobi komuś krzywdę.<br />
Nie widziała żadnego ognia, zaklęcia wychodziły, jak należy, a jednak Brenna pozostała wewnętrznie trochę podejrzliwa. Przez ułamek sekundy miała ochotę wyczarować niewielki ogień sama z siebie i sprawdzić, co się stanie… ale ostatecznie uznała, że na takie eksperymenty jeszcze ciut za wcześnie i lepiej zrobić to w pobliżu dużej ilości wody.<br />
Wróciła akurat gdy słońce nieśmiało wyglądało zza horyzontu, by się umyć i szybko przygotować coś do jedzenia, zanim teleportuje się do pracy. Kroki Thomasa – chodził zupełnie inaczej niż Millie, Dora czy Basilius, trochę pewnie ze względu na wzrost, trochę na budowę – usłyszała akurat, gdy piła drugi kubek melisy, pośpiesznie przy okazji jedząc kanapkę. Wyjrzała więc z kuchni, uznając, że to całkiem niezły moment na to, aby mężczyznę dopaść i spytać, co myśli.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Cześć, Tommy</span> – rzuciła. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Czy ta barbarzyńsko wczesna godzina jest jeszcze za wczesna, żeby cię zaprzęgać do pracy, czy mogę być poganiaczem niewolników?</span> – spytała, uśmiechając się do niego znad kubka i tłumiąc ziewnięcie. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Właśnie zagotowałam wodę, jeśli masz ochotę na kawę.</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Przez mniej więcej ostatni rok Brenna każdy dzień zaczynała od kawy, choć zwykle wolała herbatę. Traktowała to trochę jak materiał napędowy - nic niezwykłego, bo pośród glin tymi bardzo często były kofeina, papierosy, pączki (i dla niektórych niestety w pewnym momencie nieraz też kilka głębszych, branych o wiele za dużo, ale tego akurat unikała).<br />
Tym razem jednak wczesnym rankiem, na długo przed nastaniem świtu, wypiła ziółka uspokajające. A potem udała się na przebieżkę po okolicy, w trakcie której biegała i w samym ogrodzie rzuciła kilka zaklęć. Nawet nie dlatego, że za rzadko znajdowała czas na ćwiczenia i fizyczne, i magii kształtowania, ale aby się upewnić, że myśli jasno, nie ma żadnych halucynacji, rzucając zaklęcie mające wyczarować na przykład jej ruchomą kopię czy napełnić magią jakiś przedmiot nie zapragnie niczego nagle podpalić, i że ogólnie rzecz biorąc... może wyjść dziś pomiędzy ludzi bez obaw, że zrobi komuś krzywdę.<br />
Nie widziała żadnego ognia, zaklęcia wychodziły, jak należy, a jednak Brenna pozostała wewnętrznie trochę podejrzliwa. Przez ułamek sekundy miała ochotę wyczarować niewielki ogień sama z siebie i sprawdzić, co się stanie… ale ostatecznie uznała, że na takie eksperymenty jeszcze ciut za wcześnie i lepiej zrobić to w pobliżu dużej ilości wody.<br />
Wróciła akurat gdy słońce nieśmiało wyglądało zza horyzontu, by się umyć i szybko przygotować coś do jedzenia, zanim teleportuje się do pracy. Kroki Thomasa – chodził zupełnie inaczej niż Millie, Dora czy Basilius, trochę pewnie ze względu na wzrost, trochę na budowę – usłyszała akurat, gdy piła drugi kubek melisy, pośpiesznie przy okazji jedząc kanapkę. Wyjrzała więc z kuchni, uznając, że to całkiem niezły moment na to, aby mężczyznę dopaść i spytać, co myśli.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Cześć, Tommy</span> – rzuciła. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Czy ta barbarzyńsko wczesna godzina jest jeszcze za wczesna, żeby cię zaprzęgać do pracy, czy mogę być poganiaczem niewolników?</span> – spytała, uśmiechając się do niego znad kubka i tłumiąc ziewnięcie. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Właśnie zagotowałam wodę, jeśli masz ochotę na kawę.</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[08/10/2026] Today's subject: slavery]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5798</link>
			<pubDate>Thu, 05 Mar 2026 01:35:47 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=262">Desmond Malfoy</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5798</guid>
			<description><![CDATA[<div class="divek">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-size: large;" class="mycode_size">Knole House, Sissinghurst</span></span><br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Desmond Malfoy &amp; Deirdre Malfoy &amp; Oleander Crouch</span></div></div>
<br />
Czekał. Z dzbankiem herbaty w ręku - czekał. Bez cienia uśmiechu wpatrywał się w tarczę magicznie wygłuszonego zegara, aż dłuższa jego wskazówka spoczęła na dwunastce. Ósma zero-zero, ósma rano, ósma w zroszoną szarą mżawką niedzielę. Starannie, niemal ceremonialnie postawił imbryk w centrum zastawionego do śniadania stołu. Przeciągnął spojrzeniem po usadzonych na swoich miejscach uczestnikach rytuału, na którym obecność pozostawała kategorycznie obowiązkowa. <br />
<br />
Cienie pod jego oczami nabrały już bogatej barwy purpury, tak podobnej do skórki skrojonych w pół winogron, które czekały na nich nieopodal świeżo upieczonego <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Gâteau opéra</span>. Ciężki, słodki zapach brandy z kawą prężnie walczył z siarkowym smrodem gotowanych jaj i solą chrupiących pasków smażonego boczku, wraz z delikatnie przyrumienionymi tostami stanowiących dzisiejsze danie główne. Dzisiejsze i wczorajsze. I przedwczorajsze. Zawsze przygotowywał to samo, z wyjątkiem słodkości, których rozmaitość zdawała się nie mieć końca.<br />
<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Cóż za pogodę dzisiaj mamy jak...</span> - Zaczął, usiadłszy szeptem na jedynym krześle, które nie pasowało do jadalnianego kompletu. Zmrużył oczy, znów czując ten paskudnie znajomy opór. Pił już dzisiaj, ale z miesiąca na miesiąc odurzenie zdawało się coraz mniej mu pomagać z tymże oporem. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ja-ja-jak wam się spało. Po. Tym Balu nie słyszałem. Jak wracaliście.</span><br />
Oczywiście również żadnego z nich nie widział aż do dzisiejszego poranka. To był fakt niepodważalny. Bezgłośnym zaklęciem rozlał im wszystkim herbaty. Świadomie zrezygnował z pojawienia się na czystokrwistym przyjęciu i dlatego też nie było w nim ani grama zazdrości.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="divek">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-size: large;" class="mycode_size">Knole House, Sissinghurst</span></span><br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Desmond Malfoy &amp; Deirdre Malfoy &amp; Oleander Crouch</span></div></div>
<br />
Czekał. Z dzbankiem herbaty w ręku - czekał. Bez cienia uśmiechu wpatrywał się w tarczę magicznie wygłuszonego zegara, aż dłuższa jego wskazówka spoczęła na dwunastce. Ósma zero-zero, ósma rano, ósma w zroszoną szarą mżawką niedzielę. Starannie, niemal ceremonialnie postawił imbryk w centrum zastawionego do śniadania stołu. Przeciągnął spojrzeniem po usadzonych na swoich miejscach uczestnikach rytuału, na którym obecność pozostawała kategorycznie obowiązkowa. <br />
<br />
Cienie pod jego oczami nabrały już bogatej barwy purpury, tak podobnej do skórki skrojonych w pół winogron, które czekały na nich nieopodal świeżo upieczonego <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Gâteau opéra</span>. Ciężki, słodki zapach brandy z kawą prężnie walczył z siarkowym smrodem gotowanych jaj i solą chrupiących pasków smażonego boczku, wraz z delikatnie przyrumienionymi tostami stanowiących dzisiejsze danie główne. Dzisiejsze i wczorajsze. I przedwczorajsze. Zawsze przygotowywał to samo, z wyjątkiem słodkości, których rozmaitość zdawała się nie mieć końca.<br />
<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Cóż za pogodę dzisiaj mamy jak...</span> - Zaczął, usiadłszy szeptem na jedynym krześle, które nie pasowało do jadalnianego kompletu. Zmrużył oczy, znów czując ten paskudnie znajomy opór. Pił już dzisiaj, ale z miesiąca na miesiąc odurzenie zdawało się coraz mniej mu pomagać z tymże oporem. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ja-ja-jak wam się spało. Po. Tym Balu nie słyszałem. Jak wracaliście.</span><br />
Oczywiście również żadnego z nich nie widział aż do dzisiejszego poranka. To był fakt niepodważalny. Bezgłośnym zaklęciem rozlał im wszystkim herbaty. Świadomie zrezygnował z pojawienia się na czystokrwistym przyjęciu i dlatego też nie było w nim ani grama zazdrości.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[05.10.1972, Ostoja dla zwierząt] Czas płynął, a deszcz nie przestawał padać]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5794</link>
			<pubDate>Tue, 03 Mar 2026 21:50:27 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=311">Guinevere McGonagall</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5794</guid>
			<description><![CDATA[[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=hTNCI62.png[/inny avek]<p>
Musiała to przyznać: nie podobała jej się jesienna pogoda w Anglii. Pal licho temperatury (chociaż ciągłe noszenie płaszcza nie należało do najwygodniejszych), ale to ten ciągły deszcz nie polepszał sytuacji. Kałuże na podwórku Ostoi dla zwierząt i błoto były do przeżycia tylko na chwilę, ale prawda była taka, że McGonagall była przyzwyczajona do nieco innych warunków; do morderczego słońca palącego w kark, do gorącego, parzącego wręcz piasku pod podeszwami, wsypującego się pod ubranie. </p>
<p>Ale tę paskudną pogodę rekompensowały spotkania z rodziną – co prawda małą, ale rodziną. Ginny wracała z Walii do Pangbourne kiedy tylko mogła, by pomagać ze zwierzakami, których było tutaj trochę zbyt dużo jak na trzy osoby pracujące i mieszkające tu na stałe (a teraz nawet nie sypiające na miejscu, przez tę cholerną runę, która nie pozwalała im spać – Gin wracała więc na noc do Walii, a te ciągłe podróże przypłacała bólem brzucha, więc… nie było ich tez znowu aż tak dużo). </p>
<p>Dzisiaj okazało się, że lwia część pracy odbywała się na zewnątrz. Malcolm McGonagall robił coś w szopie, pewnie wbijał drewniane karmniki, paśniki albo domki, które miały być później umieszczone w pokojach zwierząt, zamieniając te zużyte. Halsey McGonagall, żona Malcolma, kręciła się w domu i przygotowywała podwieczorek (i obowiązkową herbatę, a także dzbanek parzonej mięty z jej własnych zapasów przydomowych ziółek), a Ginny…</p>
<p>Cóż, Ginny, a raczej śliczny miedzianorudy kot, krążyła właśnie tam i z powrotem za szopą, pod zadaszeniem, gdzie trzymano drwa do napalenia w kominku, skryta przed deszczem, ale wyraźnie nań nie zwracająca uwagi – bo złote oczy wpatrzone były w jakiś punkt na stercie. Maszerowała cicho na tych swoich łapkach, dochodziła do końca składziku i zawracała, łeb ciągle uniesiony był w górę – wyglądało to tak, jakby kot w charakterystyczny dla siebie sposób wykonywał te wszystkie skomplikowane w głowie obliczenia, szukając najlepszego dla siebie miejsca, by wskoczyć wyżej. </p>
<p>Ze środka sterty drewna dobiegały jakieś odgłosy… </p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=hTNCI62.png[/inny avek]<p>
Musiała to przyznać: nie podobała jej się jesienna pogoda w Anglii. Pal licho temperatury (chociaż ciągłe noszenie płaszcza nie należało do najwygodniejszych), ale to ten ciągły deszcz nie polepszał sytuacji. Kałuże na podwórku Ostoi dla zwierząt i błoto były do przeżycia tylko na chwilę, ale prawda była taka, że McGonagall była przyzwyczajona do nieco innych warunków; do morderczego słońca palącego w kark, do gorącego, parzącego wręcz piasku pod podeszwami, wsypującego się pod ubranie. </p>
<p>Ale tę paskudną pogodę rekompensowały spotkania z rodziną – co prawda małą, ale rodziną. Ginny wracała z Walii do Pangbourne kiedy tylko mogła, by pomagać ze zwierzakami, których było tutaj trochę zbyt dużo jak na trzy osoby pracujące i mieszkające tu na stałe (a teraz nawet nie sypiające na miejscu, przez tę cholerną runę, która nie pozwalała im spać – Gin wracała więc na noc do Walii, a te ciągłe podróże przypłacała bólem brzucha, więc… nie było ich tez znowu aż tak dużo). </p>
<p>Dzisiaj okazało się, że lwia część pracy odbywała się na zewnątrz. Malcolm McGonagall robił coś w szopie, pewnie wbijał drewniane karmniki, paśniki albo domki, które miały być później umieszczone w pokojach zwierząt, zamieniając te zużyte. Halsey McGonagall, żona Malcolma, kręciła się w domu i przygotowywała podwieczorek (i obowiązkową herbatę, a także dzbanek parzonej mięty z jej własnych zapasów przydomowych ziółek), a Ginny…</p>
<p>Cóż, Ginny, a raczej śliczny miedzianorudy kot, krążyła właśnie tam i z powrotem za szopą, pod zadaszeniem, gdzie trzymano drwa do napalenia w kominku, skryta przed deszczem, ale wyraźnie nań nie zwracająca uwagi – bo złote oczy wpatrzone były w jakiś punkt na stercie. Maszerowała cicho na tych swoich łapkach, dochodziła do końca składziku i zawracała, łeb ciągle uniesiony był w górę – wyglądało to tak, jakby kot w charakterystyczny dla siebie sposób wykonywał te wszystkie skomplikowane w głowie obliczenia, szukając najlepszego dla siebie miejsca, by wskoczyć wyżej. </p>
<p>Ze środka sterty drewna dobiegały jakieś odgłosy… </p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień72 16.10, okolice Bath | Lucy & Gabriel] Nie ma róży bez ognia]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5789</link>
			<pubDate>Sun, 01 Mar 2026 09:26:55 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=550">Gabriel Montbel</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5789</guid>
			<description><![CDATA[Wspaniale było rozładować emocje w sposób twórczy. <br />
<br />
Nie żeby zamierzał zostać stolarzem. <br />
<br />
Ale destrukcja usprawiedliwiona <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">tworzeniem</span> była czymś absolutnie doskonałym i społecznie akceptowalnym, więc dziś... ofiarą została jadalnia. <br />
<br />
Z oczywistych względów, nie pasowała do kuchni.<br />
<br />
Z mniej oczywistych względów musiał zająć czymś ręce. Może musiał też zirytować Lucy. Może gdyby się na niego zirytowała i zaczęła gderać, łatwiej by do niego dotarło, że nie jest osobą, która jakkolwiek chce swoje życie spędzać w relacji z góry skazanej na porażkę. <br />
<br />
Obudził się jeszcze przed zmierzchem, bo <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">bardzo nie chciał spać</span>. Wparował do jadalni i rozpoczął przemianę tego miejsca. <br />
<br />
Podłoga coraz szybciej zaczęła przypominać pobojowisko. Stare tapety. Fu! Meble, na które patrzył z ostentacyjnym zażenowaniem. Tam nie było za bardzo planu. Tam był chaos. I kilka rzeczy, które kupił wcześniej. Kilka, które zostały jeszcze po "remoncie" kuchni. <br />
<br />
Nie to żeby umiał zrobić to profesjonalnie, najważniejsze, żeby już zniszczyć stare i zrobić miejsce na nowe, żeby nie było odwrotu. Albo go wyrzuci. Tak. To byłoby też... wspaniała opcja.<br />
<br />
Kiedy weszła do środka stał przy ścianie z pięcioma arkuszami tapet, przykładając jeden po drugim dwudziestocalowe kwadraty i rozmyślając, co będzie najlepszym przejściem z kuchni właśnie.<br />
<br />
Wyczuł jej obecność i uśmiechnął się pod nosem, po czym wziął wdech i z absolutnie bezczelną lekkością wyrzucił z siebie:<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Myślałem o tej ekipie co działa w Dolinie. Dwa niedźwiedzie, ktoś mi pokazał ostatnio ich żałosną uloteczkę. Pomyślałem jednak, że jeśli ulotki nie potrafią porządnie zrobić, to nie powinno się mieć do nich zaufania w sprawie mebli, nie sądzisz mon pettite L?</span></span>– Czy to tylko jego wyobraźnia, czy powietrze stężało i przyjemne iskierki przeskakiwały w nim zwiastując nadejście prawdziwej burzy?]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Wspaniale było rozładować emocje w sposób twórczy. <br />
<br />
Nie żeby zamierzał zostać stolarzem. <br />
<br />
Ale destrukcja usprawiedliwiona <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">tworzeniem</span> była czymś absolutnie doskonałym i społecznie akceptowalnym, więc dziś... ofiarą została jadalnia. <br />
<br />
Z oczywistych względów, nie pasowała do kuchni.<br />
<br />
Z mniej oczywistych względów musiał zająć czymś ręce. Może musiał też zirytować Lucy. Może gdyby się na niego zirytowała i zaczęła gderać, łatwiej by do niego dotarło, że nie jest osobą, która jakkolwiek chce swoje życie spędzać w relacji z góry skazanej na porażkę. <br />
<br />
Obudził się jeszcze przed zmierzchem, bo <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">bardzo nie chciał spać</span>. Wparował do jadalni i rozpoczął przemianę tego miejsca. <br />
<br />
Podłoga coraz szybciej zaczęła przypominać pobojowisko. Stare tapety. Fu! Meble, na które patrzył z ostentacyjnym zażenowaniem. Tam nie było za bardzo planu. Tam był chaos. I kilka rzeczy, które kupił wcześniej. Kilka, które zostały jeszcze po "remoncie" kuchni. <br />
<br />
Nie to żeby umiał zrobić to profesjonalnie, najważniejsze, żeby już zniszczyć stare i zrobić miejsce na nowe, żeby nie było odwrotu. Albo go wyrzuci. Tak. To byłoby też... wspaniała opcja.<br />
<br />
Kiedy weszła do środka stał przy ścianie z pięcioma arkuszami tapet, przykładając jeden po drugim dwudziestocalowe kwadraty i rozmyślając, co będzie najlepszym przejściem z kuchni właśnie.<br />
<br />
Wyczuł jej obecność i uśmiechnął się pod nosem, po czym wziął wdech i z absolutnie bezczelną lekkością wyrzucił z siebie:<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Myślałem o tej ekipie co działa w Dolinie. Dwa niedźwiedzie, ktoś mi pokazał ostatnio ich żałosną uloteczkę. Pomyślałem jednak, że jeśli ulotki nie potrafią porządnie zrobić, to nie powinno się mieć do nich zaufania w sprawie mebli, nie sądzisz mon pettite L?</span></span>– Czy to tylko jego wyobraźnia, czy powietrze stężało i przyjemne iskierki przeskakiwały w nim zwiastując nadejście prawdziwej burzy?]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[21.09.72, Staw] Księżyc, gwiazdy i rośliny]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5750</link>
			<pubDate>Tue, 17 Feb 2026 11:40:06 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=24">Brenna Longbottom</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5750</guid>
			<description><![CDATA[Po porannej wizycie u Philippy Barclay Brenna nie czuła się ani trochę lepiej.<br />
Wciąż była wytrącona z równowagi i roztrzęsiona bardziej niż chciałaby przyznać. Przede wszystkim tym, że zalała kanapę ogniem, ale fakt, że ktoś grzebał jej w głowie, też nie pomagał. Kilka wspomnień zostało wymazanych z jej pamięci, i teraz odczytując raz za razem własne zapiski, które sporządziła wcześniej, by się ich nauczyć, zanim zostaną zniszczone – tak aby wiedzieć, co dokładnie działo się w Spaloną Noc, choć nie będzie tego <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">pamiętać</span> – czuła się z tym cholernie dziwnie. Źle. Jakby coś jej zabrano. Nawet jeśli sama o to prosiła, i jeśli wiedziała, że jest to konieczne. Nie mogła bać się widoku świec, do diabła. Ani podpalać mebli.<br />
I miała jakąś godzinę na wzięcie się w garść, zanim będzie musiała stawić się w pracy. Nie powinna tam iść, ale nie mogła nie pojawić się bez uprzedzenia. „Voldemort namieszał mi w głowie” było może odpowiednim powodem do zwolnienia, ale Brenna prędzej zjadłaby jeden ze swoich kapeluszy albo nawet ten Woody’ego niż taki komukolwiek przedstawiła.<br />
Zamknęła wreszcie notatnik i wstała ze stopni, prowadzących do frontowego wejścia do Księżycowego Stawu, by ruszyć ku… cóż, labiryntowi. Temu co z niego zostało. Obraz zniszczenia, który ostał się po letnim pożarze, drażnił ją teraz bardziej niż kiedykolwiek. Miała zamiar ocenić, ile zostało ze szklarni i dało się jeszcze uratować, ale teraz zastanawiała się, czy nie mogło to poczekać do wieczora. Albo do jutra.<br />
Może powinna iść nad staw.<br />
Albo zniszczyć magią resztki tego cholernego żywopłotu, niegdyś tak pięknego, po którym teraz pozostały suche badyle, zniszczona fontanna i nadpalone posągi. Może to będzie pierwszy krok do tego, aby na zgliszczach powstało coś nowego. <br />
Kiedyś Księżycowy Staw odzyska dawną świetność: Brenna po prostu musiała trzymać się myśli, że z tych wszystkich popiołów da się powstać.<br />
<br />
!Trauma Ognia]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Po porannej wizycie u Philippy Barclay Brenna nie czuła się ani trochę lepiej.<br />
Wciąż była wytrącona z równowagi i roztrzęsiona bardziej niż chciałaby przyznać. Przede wszystkim tym, że zalała kanapę ogniem, ale fakt, że ktoś grzebał jej w głowie, też nie pomagał. Kilka wspomnień zostało wymazanych z jej pamięci, i teraz odczytując raz za razem własne zapiski, które sporządziła wcześniej, by się ich nauczyć, zanim zostaną zniszczone – tak aby wiedzieć, co dokładnie działo się w Spaloną Noc, choć nie będzie tego <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">pamiętać</span> – czuła się z tym cholernie dziwnie. Źle. Jakby coś jej zabrano. Nawet jeśli sama o to prosiła, i jeśli wiedziała, że jest to konieczne. Nie mogła bać się widoku świec, do diabła. Ani podpalać mebli.<br />
I miała jakąś godzinę na wzięcie się w garść, zanim będzie musiała stawić się w pracy. Nie powinna tam iść, ale nie mogła nie pojawić się bez uprzedzenia. „Voldemort namieszał mi w głowie” było może odpowiednim powodem do zwolnienia, ale Brenna prędzej zjadłaby jeden ze swoich kapeluszy albo nawet ten Woody’ego niż taki komukolwiek przedstawiła.<br />
Zamknęła wreszcie notatnik i wstała ze stopni, prowadzących do frontowego wejścia do Księżycowego Stawu, by ruszyć ku… cóż, labiryntowi. Temu co z niego zostało. Obraz zniszczenia, który ostał się po letnim pożarze, drażnił ją teraz bardziej niż kiedykolwiek. Miała zamiar ocenić, ile zostało ze szklarni i dało się jeszcze uratować, ale teraz zastanawiała się, czy nie mogło to poczekać do wieczora. Albo do jutra.<br />
Może powinna iść nad staw.<br />
Albo zniszczyć magią resztki tego cholernego żywopłotu, niegdyś tak pięknego, po którym teraz pozostały suche badyle, zniszczona fontanna i nadpalone posągi. Może to będzie pierwszy krok do tego, aby na zgliszczach powstało coś nowego. <br />
Kiedyś Księżycowy Staw odzyska dawną świetność: Brenna po prostu musiała trzymać się myśli, że z tych wszystkich popiołów da się powstać.<br />
<br />
!Trauma Ognia]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 72, 9.10 Księżycowy Staw | Millie z pewnością też Thomas i Basilius]]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5716</link>
			<pubDate>Sat, 14 Feb 2026 13:19:45 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=418">Millie Moody</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5716</guid>
			<description><![CDATA[Ślub?<br />
<br />
Minął.<br />
<br />
Tygodnie od czasu grzebania w tarocie i tej całkiem posranej refleksji na temat współlokatorów w jej pokoju?<br />
<br />
Mijały.<br />
<br />
Pierdolone uczucie w klatce piersiowej?<br />
<br />
Nie minęło.<br />
<br />
I nie, nie chodziło o jebany kaszel, który dręczył ludzi po spalonej nocy. <br />
<br />
Może to było to wczorajsze wino? Nie... to trwało o wiele dłużej.<br />
<br />
Była smutna. Była rozkojarzona. Była...<br />
<br />
Słowo zaczynające się na <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Z</span>, a kończące się na <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">akochana</span> nie wchodziło <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">oczywiście</span> w grę. <br />
<br />
Skołowana! Tak!<br />
<br />
To miało więcej sensu w świecie jej mózgu, który za wiele sensu nie miał. <br />
<br />
Zmęczona może? <br />
<br />
Farby nie cieszyły, fakt, że sufit i tak był niedokończony wkurwiało. Musiała coś ze sobą zrobić. Musiała coś z <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">nimi</span> zrobić. Pierdolone uczucia, mogła się domyślić, że będą jej tylko przeszkadzać. W tym co zaplanowała. W tym co chciała zrobić, co musiała zrobić.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Nosz kurwa jebana!</span> – echem rozniosło się po holu, a potem Moody z miotły cisnęła pędzlem wyjebała farbę na ziemię i spięła poślady, żeby wylecieć z budynku nim narobi większych szkód. <br />
<br />
Tylko z głowy wcale nie wyleciały jej dwie kędzierzawe głowy. Wręcz przeciwnie. Byłoby wspaniale spędzić z nimi trochę czasu. Pośmiać się. Pobawić. Przecież od tego są <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">przyjaciele</span>, czyż nie?<br />
<br />
!BINGO E1]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Ślub?<br />
<br />
Minął.<br />
<br />
Tygodnie od czasu grzebania w tarocie i tej całkiem posranej refleksji na temat współlokatorów w jej pokoju?<br />
<br />
Mijały.<br />
<br />
Pierdolone uczucie w klatce piersiowej?<br />
<br />
Nie minęło.<br />
<br />
I nie, nie chodziło o jebany kaszel, który dręczył ludzi po spalonej nocy. <br />
<br />
Może to było to wczorajsze wino? Nie... to trwało o wiele dłużej.<br />
<br />
Była smutna. Była rozkojarzona. Była...<br />
<br />
Słowo zaczynające się na <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Z</span>, a kończące się na <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">akochana</span> nie wchodziło <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">oczywiście</span> w grę. <br />
<br />
Skołowana! Tak!<br />
<br />
To miało więcej sensu w świecie jej mózgu, który za wiele sensu nie miał. <br />
<br />
Zmęczona może? <br />
<br />
Farby nie cieszyły, fakt, że sufit i tak był niedokończony wkurwiało. Musiała coś ze sobą zrobić. Musiała coś z <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">nimi</span> zrobić. Pierdolone uczucia, mogła się domyślić, że będą jej tylko przeszkadzać. W tym co zaplanowała. W tym co chciała zrobić, co musiała zrobić.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Nosz kurwa jebana!</span> – echem rozniosło się po holu, a potem Moody z miotły cisnęła pędzlem wyjebała farbę na ziemię i spięła poślady, żeby wylecieć z budynku nim narobi większych szkód. <br />
<br />
Tylko z głowy wcale nie wyleciały jej dwie kędzierzawe głowy. Wręcz przeciwnie. Byłoby wspaniale spędzić z nimi trochę czasu. Pośmiać się. Pobawić. Przecież od tego są <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">przyjaciele</span>, czyż nie?<br />
<br />
!BINGO E1]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[22.09.72] Charlotte & Lorien - kobiety zawsze chodzą parami do łazienki]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5686</link>
			<pubDate>Sat, 07 Feb 2026 01:04:38 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=442">Lorien Mulciber</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5686</guid>
			<description><![CDATA[[c.d. sesji z Mabon w Mulciber Manor - <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5302&amp;pid=85595#pid85595" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">odpowiedź na post Charlie</a>]<br />
<br />
To nie był łatwy wieczór dla nikogo z ich rodziny. No może babka Philomena czuła się jak zwykle świetnie, ale ta wiedźma nie była najlepszym wyznacznikiem “udanego święta”. Dla niej pewnie i dożynki w mugolskim piekle byłyby wyśmienitą rozrywką. <br />
Dzieci były. Nawet jeśli już trochę podskoczyły wzrostem, dzieci zawsze były w tym dziwacznym rodzinnym równaniu najważniejsze. Idąc za Charlotte usłyszała dźwięk skrzypiec z jadalni. Odetchnęła z ulgą. Scarlett miał kto się tam zaopiekować.<br />
Dlaczego zawsze tak musiało być. Dlaczego zawsze coś było nie tak. Może ściągała pecha na Mulciberów? Nie chciała. Najgorsze było właśnie to, że nie chciała. Oczywiście, wdową była równie udaną co Robert był mężem, ale… Po raz pierwszy w życiu była karana za swoją niewinność. <br />
I nawet fakt, że w jej obronie stanęli praktycznie wszyscy pozostali członkowie rodziny nie zmienił faktu, że ręce jej drżały, a krok był mniej pewny niż zwykle. Musiała stamtąd uciec i chcąc nie chcąc Charlotte stała się doskonałą ku temu wymówką.<br />
<br />
Usłyszała szczęk zamka, który wyrwał ją z rozmyślań. Zebrała się mentalnie w sobie przywołując na twarz łagodny uśmiech. Ten jednak zniknął, gdy tylko dostrzegła w jakim stanie jest jej podopieczna. Płacz pozostawiał po sobie ślad nie tylko w roztartym, pośpiesznie uprzątniętym makijażu; nie tylko w błyszczących oczach czy drżących kącikach ust. Płacz odbijał się w całym ciele. Dlatego, gdy Lorien wślizgnęła się do łazienki, natychmiast po wręczeniu prezentu złapała Charlotte czule za przedramiona. Obejmowanie zawsze było trudne przy takiej różnicy wzrostu. Gdy jednak została przytulona, natychmiast pogłaskała dziewczynę po plecach. Uśmiechała się stało, jakby jej samej było z tym wszystkim ciężko. Ale od tego byli dorośli, żeby pocieszać młodzież. Więc zdusiła w sobie tyle ile była w stanie. <br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Charlie. Popatrz na mnie.</span>- Wysunęła się z uścisku, po czym stanęła na palcach by otrzeć wierzchem dłoni łzy z policzków Mulciberówny.- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Musisz wiedzieć, że bardzo się cieszę, że w ogóle przyszłaś. Bałam się, że po śmierci Thadeusa…</span><br />
Nie dokończyła, bo w tym samym momencie Charlotte podwinęła rękaw sukni. Lorien natychmiast spoważniała. Zaczęła oglądać srebrny, zakrwawiony rumień. Srebrzyca. Oczywiście. Jak mogła nie pomyśleć, że kłótnia przy stole wpłynie na jej stan zdrowia. <br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Tym bardziej nie przepraszaj.</span>- Powiedziała surowo, chociaż w jej głosie nie było złości. Była za to dość szczera troska.- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nigdy nie przepraszaj za swoją chorobę i rzeczy na które nie masz wpływu.</span><br />
<br />
Pod względem wszelkich klątw i chorób nie było chyba lepszego sojusznika nad Lorien. Czarownica ujęła ją pod rękę, zręcznie omijając wszystkie miejsca, gdzie zrobił się stan zapalny. Nie była magomedykiem, nie byłaby w stanie jej uleczyć. Miała przeczucie, że upchane po wszystkich łazienkach odkąd się sprowadziła do Mulciber Manor eliksiry uspokajające też niewiele zdziałają.<br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Czy chcesz żebym cię zabrała do Munga? Mój kuzyn Basilius jest wybitnym lekarzem… Pod jego opieką będziesz najbezpieczniejsza.</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[[c.d. sesji z Mabon w Mulciber Manor - <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5302&amp;pid=85595#pid85595" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">odpowiedź na post Charlie</a>]<br />
<br />
To nie był łatwy wieczór dla nikogo z ich rodziny. No może babka Philomena czuła się jak zwykle świetnie, ale ta wiedźma nie była najlepszym wyznacznikiem “udanego święta”. Dla niej pewnie i dożynki w mugolskim piekle byłyby wyśmienitą rozrywką. <br />
Dzieci były. Nawet jeśli już trochę podskoczyły wzrostem, dzieci zawsze były w tym dziwacznym rodzinnym równaniu najważniejsze. Idąc za Charlotte usłyszała dźwięk skrzypiec z jadalni. Odetchnęła z ulgą. Scarlett miał kto się tam zaopiekować.<br />
Dlaczego zawsze tak musiało być. Dlaczego zawsze coś było nie tak. Może ściągała pecha na Mulciberów? Nie chciała. Najgorsze było właśnie to, że nie chciała. Oczywiście, wdową była równie udaną co Robert był mężem, ale… Po raz pierwszy w życiu była karana za swoją niewinność. <br />
I nawet fakt, że w jej obronie stanęli praktycznie wszyscy pozostali członkowie rodziny nie zmienił faktu, że ręce jej drżały, a krok był mniej pewny niż zwykle. Musiała stamtąd uciec i chcąc nie chcąc Charlotte stała się doskonałą ku temu wymówką.<br />
<br />
Usłyszała szczęk zamka, który wyrwał ją z rozmyślań. Zebrała się mentalnie w sobie przywołując na twarz łagodny uśmiech. Ten jednak zniknął, gdy tylko dostrzegła w jakim stanie jest jej podopieczna. Płacz pozostawiał po sobie ślad nie tylko w roztartym, pośpiesznie uprzątniętym makijażu; nie tylko w błyszczących oczach czy drżących kącikach ust. Płacz odbijał się w całym ciele. Dlatego, gdy Lorien wślizgnęła się do łazienki, natychmiast po wręczeniu prezentu złapała Charlotte czule za przedramiona. Obejmowanie zawsze było trudne przy takiej różnicy wzrostu. Gdy jednak została przytulona, natychmiast pogłaskała dziewczynę po plecach. Uśmiechała się stało, jakby jej samej było z tym wszystkim ciężko. Ale od tego byli dorośli, żeby pocieszać młodzież. Więc zdusiła w sobie tyle ile była w stanie. <br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Charlie. Popatrz na mnie.</span>- Wysunęła się z uścisku, po czym stanęła na palcach by otrzeć wierzchem dłoni łzy z policzków Mulciberówny.- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Musisz wiedzieć, że bardzo się cieszę, że w ogóle przyszłaś. Bałam się, że po śmierci Thadeusa…</span><br />
Nie dokończyła, bo w tym samym momencie Charlotte podwinęła rękaw sukni. Lorien natychmiast spoważniała. Zaczęła oglądać srebrny, zakrwawiony rumień. Srebrzyca. Oczywiście. Jak mogła nie pomyśleć, że kłótnia przy stole wpłynie na jej stan zdrowia. <br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Tym bardziej nie przepraszaj.</span>- Powiedziała surowo, chociaż w jej głosie nie było złości. Była za to dość szczera troska.- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nigdy nie przepraszaj za swoją chorobę i rzeczy na które nie masz wpływu.</span><br />
<br />
Pod względem wszelkich klątw i chorób nie było chyba lepszego sojusznika nad Lorien. Czarownica ujęła ją pod rękę, zręcznie omijając wszystkie miejsca, gdzie zrobił się stan zapalny. Nie była magomedykiem, nie byłaby w stanie jej uleczyć. Miała przeczucie, że upchane po wszystkich łazienkach odkąd się sprowadziła do Mulciber Manor eliksiry uspokajające też niewiele zdziałają.<br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Czy chcesz żebym cię zabrała do Munga? Mój kuzyn Basilius jest wybitnym lekarzem… Pod jego opieką będziesz najbezpieczniejsza.</span>]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>