<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Little Whinging]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Sat, 18 Apr 2026 04:08:36 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[Little Whinging]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5819</link>
			<pubDate>Fri, 13 Mar 2026 14:35:10 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=210">Strażnik Tajemnic</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5819</guid>
			<description><![CDATA[<div class="locka"><h4>Dom rodziny Cresswell</h4><br />
Dom Cresswellów już od dawna był na językach mieszkańców Little Whinging. Ciężko jest wstrzymać się od plotek na temat domu, który wzniesiono na dawnych terenach cmentarnych, a niedługo później jego poprzedni właściciele się wynieśli, czyż nie? Długo mówiło się, że budynek jest przeklęty lub nawiedzony i nawet okoliczna dzieciarnia, próbująca popisać się brawurą poprzez zakradnięcie się do środka, szybko uciekała w popłochu, gdzie pieprz rośnie. Cresswellowie zdają się nie przejmować okazjonalnymi wizytami duchów ani dziwnymi magicznymi anomaliami, które mają miejsce w ich domu - być może ze względu na dosyć specyficzną historię rodziny i ich jeszcze bardziej specyficzną relację z magią.</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="locka"><h4>Dom rodziny Cresswell</h4><br />
Dom Cresswellów już od dawna był na językach mieszkańców Little Whinging. Ciężko jest wstrzymać się od plotek na temat domu, który wzniesiono na dawnych terenach cmentarnych, a niedługo później jego poprzedni właściciele się wynieśli, czyż nie? Długo mówiło się, że budynek jest przeklęty lub nawiedzony i nawet okoliczna dzieciarnia, próbująca popisać się brawurą poprzez zakradnięcie się do środka, szybko uciekała w popłochu, gdzie pieprz rośnie. Cresswellowie zdają się nie przejmować okazjonalnymi wizytami duchów ani dziwnymi magicznymi anomaliami, które mają miejsce w ich domu - być może ze względu na dosyć specyficzną historię rodziny i ich jeszcze bardziej specyficzną relację z magią.</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 72, 22.09 Little Whinging | Mabel, Karl & Samuel]]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5219</link>
			<pubDate>Fri, 10 Oct 2025 14:59:17 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=412">Samuel McGonagall</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5219</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">22.09 Little Whinging</div>
<br />
Od czasu gdy Londyn spłonął. Od czasu gdy nie tylko Londyn spłonął, ręce Sama spływały potem i brudem, który pochodził nie tylko od sadzy. Jeszcze kiedy nie było aż tak źle, aby cały kraj cierpiał, miał wystarczająco zamówień by móc sfinansować swój mały warsztat na tyłach ziem Longbottomów. <br />
<br />
Teraz nie było warsztatu, a roboty było coraz więcej.<br />
<br />
A on... nie umiał odmawiać. <br />
<br />
Meble, dachy, ramy okien. <br />
<br />
Choć obiecał, że nigdy więcej jego stopa nie postanie w Londynie, nie był w stanie dotrzymać tej obietnicy. Chęć niesienia pomocy innym była silniejsza, a gdy tylko zapewniano mu drewno, w ręce szły narzędzia i lata doświadczeń, które teraz w zaskakujący dla niego sposób czyniła z niego osobę popularną. Osobę pożądaną. <br />
<br />
Ze wszystkich ludzi na świecie jednak Sam chciał się widzieć tylko z jednym człowiekiem, dlatego co drugi, co trzeci dzień, gdy słońce układało się do snu, mężczyzna przełamywał własną niechęć do translokacji i znajdował się tam - w kocim Azylu. W Azylu jego maleńkiej córeczki.<br />
<br />
Ze wszystkich okropności i strat które podziały się nocą 8 września, ponad wszelką wątpliwość cieszył się, że nie stracił właśnie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">jej</span>. Mimo początkowych obaw, mimo słabości i lęku, gdy tylko dostał odpowiedź na ofiarowany prezent złożył wizytę. A potem kolejną. I kolejną. I kolejną...<br />
<br />
Dziś był dzień świąteczny i był świadom, że wieczór jego mała księżniczka miała zajęty. Dlatego też pojawił się rano. Właściwie o świcie. Cierpliwie odczekał gdy będzie gotowa, aby zabrać ją na okoliczną łąkę.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Mam pióra hipogryfa, które razem z wujem Nikolaiem zebraliśmy. Niestety przez ten pył dopadła je jakaś niemiła choroba, ale udało mi się je odczyścić na ofiarę dla Matki Kniei.</span> – Eklektyzm Sama postępował sprawnie, a wyznawany dotąd las ciasno splótł się z powszechną religią wśród czarodziei. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Przywiozłem też dobry klocek lipy, myślę, że moglibyśmy spróbować wyrzeźbić jej twarz i ozdobić wiankiem, który zrobisz. Co sądzisz Ma? To brzmi jak dobry pomysł? Skoczylibyśmy potem na moment... na moment do Londynu? </span>– Nerwowy tik nie przyszedł, czuł wewnętrzny spokój. Przelał już swoje łzy za życiem, które nigdy nie miało być jego. Teraz liczyło się tylko jedno. Być dobrym ojcem. Tak jak jego ojciec był dla niego dobry...]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">22.09 Little Whinging</div>
<br />
Od czasu gdy Londyn spłonął. Od czasu gdy nie tylko Londyn spłonął, ręce Sama spływały potem i brudem, który pochodził nie tylko od sadzy. Jeszcze kiedy nie było aż tak źle, aby cały kraj cierpiał, miał wystarczająco zamówień by móc sfinansować swój mały warsztat na tyłach ziem Longbottomów. <br />
<br />
Teraz nie było warsztatu, a roboty było coraz więcej.<br />
<br />
A on... nie umiał odmawiać. <br />
<br />
Meble, dachy, ramy okien. <br />
<br />
Choć obiecał, że nigdy więcej jego stopa nie postanie w Londynie, nie był w stanie dotrzymać tej obietnicy. Chęć niesienia pomocy innym była silniejsza, a gdy tylko zapewniano mu drewno, w ręce szły narzędzia i lata doświadczeń, które teraz w zaskakujący dla niego sposób czyniła z niego osobę popularną. Osobę pożądaną. <br />
<br />
Ze wszystkich ludzi na świecie jednak Sam chciał się widzieć tylko z jednym człowiekiem, dlatego co drugi, co trzeci dzień, gdy słońce układało się do snu, mężczyzna przełamywał własną niechęć do translokacji i znajdował się tam - w kocim Azylu. W Azylu jego maleńkiej córeczki.<br />
<br />
Ze wszystkich okropności i strat które podziały się nocą 8 września, ponad wszelką wątpliwość cieszył się, że nie stracił właśnie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">jej</span>. Mimo początkowych obaw, mimo słabości i lęku, gdy tylko dostał odpowiedź na ofiarowany prezent złożył wizytę. A potem kolejną. I kolejną. I kolejną...<br />
<br />
Dziś był dzień świąteczny i był świadom, że wieczór jego mała księżniczka miała zajęty. Dlatego też pojawił się rano. Właściwie o świcie. Cierpliwie odczekał gdy będzie gotowa, aby zabrać ją na okoliczną łąkę.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Mam pióra hipogryfa, które razem z wujem Nikolaiem zebraliśmy. Niestety przez ten pył dopadła je jakaś niemiła choroba, ale udało mi się je odczyścić na ofiarę dla Matki Kniei.</span> – Eklektyzm Sama postępował sprawnie, a wyznawany dotąd las ciasno splótł się z powszechną religią wśród czarodziei. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Przywiozłem też dobry klocek lipy, myślę, że moglibyśmy spróbować wyrzeźbić jej twarz i ozdobić wiankiem, który zrobisz. Co sądzisz Ma? To brzmi jak dobry pomysł? Skoczylibyśmy potem na moment... na moment do Londynu? </span>– Nerwowy tik nie przyszedł, czuł wewnętrzny spokój. Przelał już swoje łzy za życiem, które nigdy nie miało być jego. Teraz liczyło się tylko jedno. Być dobrym ojcem. Tak jak jego ojciec był dla niego dobry...]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[22.09.72, Surrey, Dom Figgów] The Season’s Upon Us]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5163</link>
			<pubDate>Thu, 02 Oct 2025 19:14:52 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=377">Thomas Figg</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5163</guid>
			<description><![CDATA[<h1>Dom Figgów<br />
Surrey - Mabon 1972</h1><br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://i.imgur.com/V3cmOTV.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: V3cmOTV.png]" class="mycode_img" /></div>
<br />
<br />
Pierwszy raz od dawna nie musiał pokonywać pół świata, żeby dostać się na jakieś święta do domu. Taka zmiana była aż dziwna dla niego, przez tyle lat znajdował się poza Wyspami, że przebywanie tutaj nadal wydawało się nienaturalne, mimo, że to od zawsze był jego dom. Czasami wydawało mu się, jakby był tylko gościem. Nie dlatego, że rodzice go źle traktowali czy rodzeństwo odpychało, ale mi mo to jakaś zadra w sercu wciąż się jątrzyła.<br />
No ale teraz siedział w salonie swoich rodziców, wszyscy gdzieś się krzątali, nawet Kapitan Pazur zniknął w czeluściach domu, zapewne nadrabiał zaległości z pozostałymi kotami rodziny Figgów. Odetchnął głęboko pociągając łyk ze swojego kubka, wzmacniana herbatka za zdrowie dziadka wchodziło jak złoto, a co najważniejsze nie była czymś za co matka patrzyłaby na niego jak na ostatniego degenerata. W sumie to było już po dwunastej, ale z drugiej strony spotkania rodzinne to nie była dobra okazja na to, żeby się upijać.<br />
<br />
Zerknął na stojący rogu pokoju wielki pakunek, w którym skrywał się prezent dla Mabel. Do teraz nie miał pojęcia jakim cudem nie udało mu się go wręczyć wcześniej. Od początku września przekonał się, że czekanie na idealny moment jest bezcelowe, najlepiej jest chwytać życie tu i teraz, a nie czekać na moment jak ze snów. Dlatego też choć normalnie nie dawało się przecież prezentów z okazji Mabon - to kimże on był, żeby nie rozpieszczać swojej siostrzenicy?<br />
<br />
Popatrzył w ogień ciekaw gdzie są wszyscy? W kuchni dobrze wiedział, że nie ma czego szukać, nie byłby w stanie im pomóc, bo jego zdolności kucharskie ograniczały się do podgrzania wody na herbatę. Mógłby podjadać, ale wolał nie oberwać zaklęciem żądlącym przed posiłkiem, to skutecznie odbierało apetyt, a czekanie na potrawy przygotowane przez Norę i matkę zostanie wynagrodzone na pewno.<br />
<br />
Zerknął w stronę kominka i zamyślił się. Jakie to dziwne, że nie tak dawno walczyli z płomieniami, które niosły jedynie zniszczenie i cierpienie - a teraz? Ogień niósł przyjemne ciepło, roztaczając poczucie bezpieczeństwa. Czy teraz podszczas Mabon nic im nie grozi? Czy Voldemort nie będzie chciał znowu pogrążyć Magicznego świata w chaosie i cierpieniu? To by do niego pasowało... Ale nie mógł się zamartwiać i dawać pochłonąć "co by było gdyby". Westchnął i wyciągnął różdżkę, aby leżące jesienne ozdoby ożywić i sprawić, że zaczną się gonić po stoliku w możliwie jak najbardziej chaotyczny sposób.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Transmutacja - ożywienie ozdób</span><br />
[roll=Z]<br />
[roll=Z]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1>Dom Figgów<br />
Surrey - Mabon 1972</h1><br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://i.imgur.com/V3cmOTV.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: V3cmOTV.png]" class="mycode_img" /></div>
<br />
<br />
Pierwszy raz od dawna nie musiał pokonywać pół świata, żeby dostać się na jakieś święta do domu. Taka zmiana była aż dziwna dla niego, przez tyle lat znajdował się poza Wyspami, że przebywanie tutaj nadal wydawało się nienaturalne, mimo, że to od zawsze był jego dom. Czasami wydawało mu się, jakby był tylko gościem. Nie dlatego, że rodzice go źle traktowali czy rodzeństwo odpychało, ale mi mo to jakaś zadra w sercu wciąż się jątrzyła.<br />
No ale teraz siedział w salonie swoich rodziców, wszyscy gdzieś się krzątali, nawet Kapitan Pazur zniknął w czeluściach domu, zapewne nadrabiał zaległości z pozostałymi kotami rodziny Figgów. Odetchnął głęboko pociągając łyk ze swojego kubka, wzmacniana herbatka za zdrowie dziadka wchodziło jak złoto, a co najważniejsze nie była czymś za co matka patrzyłaby na niego jak na ostatniego degenerata. W sumie to było już po dwunastej, ale z drugiej strony spotkania rodzinne to nie była dobra okazja na to, żeby się upijać.<br />
<br />
Zerknął na stojący rogu pokoju wielki pakunek, w którym skrywał się prezent dla Mabel. Do teraz nie miał pojęcia jakim cudem nie udało mu się go wręczyć wcześniej. Od początku września przekonał się, że czekanie na idealny moment jest bezcelowe, najlepiej jest chwytać życie tu i teraz, a nie czekać na moment jak ze snów. Dlatego też choć normalnie nie dawało się przecież prezentów z okazji Mabon - to kimże on był, żeby nie rozpieszczać swojej siostrzenicy?<br />
<br />
Popatrzył w ogień ciekaw gdzie są wszyscy? W kuchni dobrze wiedział, że nie ma czego szukać, nie byłby w stanie im pomóc, bo jego zdolności kucharskie ograniczały się do podgrzania wody na herbatę. Mógłby podjadać, ale wolał nie oberwać zaklęciem żądlącym przed posiłkiem, to skutecznie odbierało apetyt, a czekanie na potrawy przygotowane przez Norę i matkę zostanie wynagrodzone na pewno.<br />
<br />
Zerknął w stronę kominka i zamyślił się. Jakie to dziwne, że nie tak dawno walczyli z płomieniami, które niosły jedynie zniszczenie i cierpienie - a teraz? Ogień niósł przyjemne ciepło, roztaczając poczucie bezpieczeństwa. Czy teraz podszczas Mabon nic im nie grozi? Czy Voldemort nie będzie chciał znowu pogrążyć Magicznego świata w chaosie i cierpieniu? To by do niego pasowało... Ale nie mógł się zamartwiać i dawać pochłonąć "co by było gdyby". Westchnął i wyciągnął różdżkę, aby leżące jesienne ozdoby ożywić i sprawić, że zaczną się gonić po stoliku w możliwie jak najbardziej chaotyczny sposób.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Transmutacja - ożywienie ozdób</span><br />
[roll=Z]<br />
[roll=Z]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[6.7.72] I co ja robię tu, co ty tutaj robisz? Początek kociej inwazji || A.G. & N.F.]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4442</link>
			<pubDate>Sun, 02 Feb 2025 01:58:57 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=463">Ambroise Greengrass-Yaxley</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4442</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">06.07.1972, wczesny poranek, Koci Azyl Figgów w Little Whinging</div>
<br />
Wydawało mu się, że jest zdecydowanie później... ...albo wcześniej? Tak właściwie to, gdy obudził się nieco zbyt mocno poskładany na kanapie w salonie Nory (rzecz jasna za krótkiej, bo jakżeby inaczej) za cholerę nie miał pojęcia, która jest godzina. Mogło być równie dobrze długo po zachodzie słońca jak i tuż przed samym wschodem. Gdzieś pomiędzy piciem bimbru, paleniem zielska a dyskusjami, zdecydowanie zagubił się również w czasie i przestrzeni. <br />
Co dziwne, nie miał nawet śladu kaca. Tak właściwie to nie dałby sobie głowy urwać (nigdy, choć dosłownie wczoraj niemalże zrobiła to samowolnie mandragora), ale chyba w dalszym ciągu był nieco pijany. Nawet jak na własne standardy. Powoli podnosząc się do siadu, wyprostował zesztywniałe plecy, dochodząc do wniosku, że prawdopodobnie czeka go cały dzień chodzenia z zesztywniałą szyją, ale przynajmniej nie bolała go głowa.<br />
Tak właściwie to miał nawet wyjątkowo dobry humor. Powiedziałby, że wręcz wyśmienity, zwłaszcza że nieważne, jaką mieli obecnie porę dnia, nie czekały go ani dzień, ani nocka w pracy, więc mógł całkowicie swobodnie dysponować całym czasem oraz tym, w jaki sposób powinien go wykorzystać. <br />
Chyba pierwszy raz od dawna dochodząc do kuszącego, choć może nie do końca racjonalnego wniosku. Nie zamierzał walić klina na kaca, którego nomen omen nie miał, ale skorzystanie z pozostałej im resztki konopnego suszu wydawało się wręcz wyśmienitą okazją. <br />
Co prawda nie zamierzał tego robić w półmroku saloniku tudzież kuchni Nory, w razie gdyby miała na ten dzień (nadchodzący? odchodzący? może nie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">ten</span> a <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">przyszły</span>?) jakieś poważne plany zawodowe. W końcu w dalszym ciągu rozkręcała swój coraz bardziej kwitnący biznes, więc nie chciał potencjalnie robić jej pod górę, nawet jeśli mieli czasy jakie mieli i korzystanie z dobrodziejstw natury nie było niczym przesadnie zdrożnym. <br />
Zamiast tego wymknął się na tylne podwórko między budynkami, przysiadając w ukryciu na niewielkich schodkach i korzystając z rześkiego powietrza. Zdecydowanie odchodzącej nocy, o czym świadczyła charakterystyczną poranna łuna na niebie. Niedługo miał rozpocząć się kolejny nowy dzień. <br />
Czy lepszy od poprzedniego? Cholera wiedziała, ale z dużym prawdopodobieństwem tak. W końcu chaos chaosem, ale nawet w tych czasach ataki nekromantycznych mandragor nie były stałym elementem codzienności. Raczej podczas spotkania Towarzystwa Herbologicznego po prostu <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">wylosowało im się trudne.</span><br />
Nadciągający świt miał całkiem słodkawą woń konopii i ciastek, których intensywny zapach poniósł się po podwórku, gdy drzwi na zaplecze zostały ponownie uchylone.<br />
Reszta? Reszta była historią. Całkiem porypaną, zawiłą, trudną do ogarnięcia historią prowadzącą ich ku miejscu, w którym Ambroise zarzekałby się, że nigdy nie postanie nawet najmniejszy palec jego stopy. Tymczasem jakimś cudem znaleźli się z Norą w kocim azylu. Słońce dopiero co wzeszło i zdecydowanie nie świeciło tak jasno jak jego towarzyszka, która była niepokojąco podekscytowana. W przeciwieństwie do niego. On był...<br />
...no cóż, po prostu upalony.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">06.07.1972, wczesny poranek, Koci Azyl Figgów w Little Whinging</div>
<br />
Wydawało mu się, że jest zdecydowanie później... ...albo wcześniej? Tak właściwie to, gdy obudził się nieco zbyt mocno poskładany na kanapie w salonie Nory (rzecz jasna za krótkiej, bo jakżeby inaczej) za cholerę nie miał pojęcia, która jest godzina. Mogło być równie dobrze długo po zachodzie słońca jak i tuż przed samym wschodem. Gdzieś pomiędzy piciem bimbru, paleniem zielska a dyskusjami, zdecydowanie zagubił się również w czasie i przestrzeni. <br />
Co dziwne, nie miał nawet śladu kaca. Tak właściwie to nie dałby sobie głowy urwać (nigdy, choć dosłownie wczoraj niemalże zrobiła to samowolnie mandragora), ale chyba w dalszym ciągu był nieco pijany. Nawet jak na własne standardy. Powoli podnosząc się do siadu, wyprostował zesztywniałe plecy, dochodząc do wniosku, że prawdopodobnie czeka go cały dzień chodzenia z zesztywniałą szyją, ale przynajmniej nie bolała go głowa.<br />
Tak właściwie to miał nawet wyjątkowo dobry humor. Powiedziałby, że wręcz wyśmienity, zwłaszcza że nieważne, jaką mieli obecnie porę dnia, nie czekały go ani dzień, ani nocka w pracy, więc mógł całkowicie swobodnie dysponować całym czasem oraz tym, w jaki sposób powinien go wykorzystać. <br />
Chyba pierwszy raz od dawna dochodząc do kuszącego, choć może nie do końca racjonalnego wniosku. Nie zamierzał walić klina na kaca, którego nomen omen nie miał, ale skorzystanie z pozostałej im resztki konopnego suszu wydawało się wręcz wyśmienitą okazją. <br />
Co prawda nie zamierzał tego robić w półmroku saloniku tudzież kuchni Nory, w razie gdyby miała na ten dzień (nadchodzący? odchodzący? może nie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">ten</span> a <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">przyszły</span>?) jakieś poważne plany zawodowe. W końcu w dalszym ciągu rozkręcała swój coraz bardziej kwitnący biznes, więc nie chciał potencjalnie robić jej pod górę, nawet jeśli mieli czasy jakie mieli i korzystanie z dobrodziejstw natury nie było niczym przesadnie zdrożnym. <br />
Zamiast tego wymknął się na tylne podwórko między budynkami, przysiadając w ukryciu na niewielkich schodkach i korzystając z rześkiego powietrza. Zdecydowanie odchodzącej nocy, o czym świadczyła charakterystyczną poranna łuna na niebie. Niedługo miał rozpocząć się kolejny nowy dzień. <br />
Czy lepszy od poprzedniego? Cholera wiedziała, ale z dużym prawdopodobieństwem tak. W końcu chaos chaosem, ale nawet w tych czasach ataki nekromantycznych mandragor nie były stałym elementem codzienności. Raczej podczas spotkania Towarzystwa Herbologicznego po prostu <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">wylosowało im się trudne.</span><br />
Nadciągający świt miał całkiem słodkawą woń konopii i ciastek, których intensywny zapach poniósł się po podwórku, gdy drzwi na zaplecze zostały ponownie uchylone.<br />
Reszta? Reszta była historią. Całkiem porypaną, zawiłą, trudną do ogarnięcia historią prowadzącą ich ku miejscu, w którym Ambroise zarzekałby się, że nigdy nie postanie nawet najmniejszy palec jego stopy. Tymczasem jakimś cudem znaleźli się z Norą w kocim azylu. Słońce dopiero co wzeszło i zdecydowanie nie świeciło tak jasno jak jego towarzyszka, która była niepokojąco podekscytowana. W przeciwieństwie do niego. On był...<br />
...no cóż, po prostu upalony.]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>