<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Whitecroft Street]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Sat, 18 Apr 2026 08:15:48 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[Whitecroft Street]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5840</link>
			<pubDate>Fri, 13 Mar 2026 19:42:25 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=210">Strażnik Tajemnic</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5840</guid>
			<description><![CDATA[<div class="locka"><h4>Kowen Whitecroft</h4><br />
Położony przy Charing Cross Road kompleks budynków w stylu rokoko od pokoleń stanowi nie tylko siedzibę kowenu, lecz także rodową posiadłość Macmillanów. Od strony ulicy znajduje się świątynia, nad której wejściem zawieszono zwrócony ku górze pentagram. W tym miejscu odbywają się właśnie rytuały, nabożeństwa i inne spotkania wiernych oraz swoje gabinety mają Arcykapłani. Przez świątynie przejść można na dziedziniec z fontanną w której centrum znajduje się posąg z boginią o trzech twarzach. Po przeciwnej stronie placu znajduje się okazały dom Macmillanów. Mniejsze domostwo po prawej stronie zarezerwowane jest natomiast dla kapłanów mieszkających w kowenie. Na lewo znajduje się murek z żeliwną bramą, za którą rozciąga się ogród. </div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="locka"><h4>Kowen Whitecroft</h4><br />
Położony przy Charing Cross Road kompleks budynków w stylu rokoko od pokoleń stanowi nie tylko siedzibę kowenu, lecz także rodową posiadłość Macmillanów. Od strony ulicy znajduje się świątynia, nad której wejściem zawieszono zwrócony ku górze pentagram. W tym miejscu odbywają się właśnie rytuały, nabożeństwa i inne spotkania wiernych oraz swoje gabinety mają Arcykapłani. Przez świątynie przejść można na dziedziniec z fontanną w której centrum znajduje się posąg z boginią o trzech twarzach. Po przeciwnej stronie placu znajduje się okazały dom Macmillanów. Mniejsze domostwo po prawej stronie zarezerwowane jest natomiast dla kapłanów mieszkających w kowenie. Na lewo znajduje się murek z żeliwną bramą, za którą rozciąga się ogród. </div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 72, 10.09 Kowen Whitecroft | Lorraine & Anthony] ...it is void]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5242</link>
			<pubDate>Wed, 15 Oct 2025 13:55:38 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=435">Anthony Shafiq</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5242</guid>
			<description><![CDATA[<h1>—10/09/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Anglia, Londyn</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Lorraine Malfoy &amp; Anthony Shafiq</span><br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=gBQ7DOD.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=gBQ7DOD.png]" class="mycode_img" /><br />
<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">When I wake up,<br />
it is void.<br />
Then the room<br />
unfolds around me –<br />
a cold stroke of reality.<br />
It brushes my skin,<br />
crawling up my legs,<br />
slowly warming as it spreads.<br />
A hand, unseen,<br />
caresses reality<br />
into my chest.<br />
It straddles me,<br />
then softly grips my neck.<br />
The pulse in my ears – slow –<br />
becomes the drums of war,<br />
calling the name.</span></span></div>
</h1><br />
<br />
<div class="divek">
<div style="text-align: justify;" class="mycode_align">Nie licząc poszarpanych drzemek na moment tylko odcinających umęczoną świadomość od świadomości istnienia, nie spał w sumie kolejną dobę. <br />
<br />
Płacz. Strach. Krzyk. <br />
<br />
Emocje związane z konfrontacją z rodzicami. Kłótnia zwieńczona rozstaniem z Erikiem. Chaotyczne planowanie współpracy z organizacją o której wiedział tyle co nic, domknięte zdradą najbliższego przyjaciela. Spotkanie z Jenkins w aurze zaciskającej się na szyi pętli, pułapki która miałaby usadzić go za zbytnie wychylanie się przed szereg. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">zostało mi... sama nie wiem, z pół roku?</span><br />
<br />
Płacz. Strach. Krzyk. <br />
<br />
Ogień.<br />
<br />
Czerwona farba ściekała mimo łuku brwi, które miały osłaniać oczy przed taką ewentualnością. Było tego zbyt dużo. Zbyt wiele. Morpheus pewnie w swoim szaleństwie kroczący ulicami Londynu, jakby zabrał go do swojego królestwa, w któym przepowiednia wyszeptana ustami boginii stała się prawdą. Zbyt szybko. Szczątki cruciatusa wzdrygające jego torturowanym ciałem, swąd nadpalonych włosów, ból o którym nie pamiętał, odraza do siebie, do świata, do woni wgryzającej się w nozdrza... <br />
<br />
Płacz. Strach. Krzyk.<br />
<br />
Nie krzyczał, gdy cały dzień próbował na nowo zebrać rozsypane nitki jego podartej pajęczyny. Miał swój kokon, miał gdzie się schować. Mógł oblać się balsamem żyć, które nie zgasły wraz ze zwęglonymi kamienicami. Istnienie po istnieniu, chwytał ich w palce jak najdrogocenniejsze skarby, nie mogące się równać z jego littlehangletońską kolekcją. Z głową otoczoną wygłuszeniem, z duszą ratującą się fizyczną deprywacją, żołądkiem wywiniętym głodem i obrzydzeniem wynikającym ze wszechobecnego smrodu spalenizny. Ale żyli. Więc i on mógł żyć. Mógł spróbować jeszcze raz. Nim było za późno. Już było za późno.<br />
<br />
Był na krawędzi, gdy pozostawił w zakładzie pogrzebowym swoją notkę. <br />
<br />
Nie miał siły nawet odczuwać gniewu, czy choćby szczątków irytacji, gdy dostał na nią odpowiedź. Właściwie przeczytał ledwie pierwsze zdanie, wzrokiem zsunął się po treści ku podpisowi, a potem dał pożreć papier płomieniom. <br />
<br />
Czy spał? Bynajmniej. Udręczony umysł tułający się od drzwi do drzwi, nie mógł znaleźć uciszenia. Powinien być czujny. Czy chmura znów zacznie na świat zsyłać drugą falę? Musiał być czujny, na każde wezwanie, które być może by nie nadeszło. Musiał pisać, planować, szkicować, aby znów jego sieć mogła rozpostrzeć się między budynkami. Między tymi, które pozostały...<br />
<br />
<hr class="mycode_hr" />
<br />
Na zgromadzenie dotarł przed czasem. Zajął miejsce gdziekolwiek, ani z tyłu, ani z przodu, ot miejsce podyktowane myślą stóp i oczu. Nie szukał jej wzrokiem. Ani jej, ani też Jej. Nad głowami wiernych unosiło się błaganie o litość oraz dziękczynienie za życie. Prośba o ukojenie dla dusz tych, którzy nie przetrwali nocy. Kowen wypchany był pożoganami, to było zrozumiałe. Wiara opium dla mas, czy nie tak jej mówił przed laty? Czy sam teraz może tego opium potrzebował?<br />
<br />
Odchylił głowę pozwalając kadzidłom oblewającym rzeźby i dary przeniknąć do udręczonego ostatnimi dniami umysłu. Usta mimowolnie powtarzały słowa znajomych modlitw, poznawanych wcześniej głównie dla ceremoniału aniżeli z potrzeby serca. Nie wnikał zbytnio w ich treść, ale pozwalał sobie na ten krótki moment oddechu i odpoczynku, wynikający z przymusu nie myślenia o tym, co zwykle nie pozwalało mu zasnąć. Jak gdyby realnie białe dłonie ściągnęły powróz z jego szyi.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czy to źle, czy to dobrze... to się dopiero okaże. Szukasz zaufania, a sam nie masz go za grosz.</span><br />
<br />
Chciałby usłyszeć, ale to tylko śpiew tych, którzy reprezentowali zgromadzenie w uszach Matki. <br />
<br />
Przymknął oczy. Ktoś podszedł, ktoś podziękował mu, za to, że zrobił podczas pożaru coś, co jego pamięć zdążyła zapomnieć. Kiwnął głową machinalnie, język sam podążył za tokiem rozmowy: <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czy Wasz dom przetrwał? Gdzie się teraz podziewacie? Czego Wam tam trzeba?</span> – pytał, a w połowie odpowiedzi zdał sobie sprawę, że nie potrafi jej odtworzyć. Wyciągnął notes, zapisał słowa, nazwiska adresy. Uśmiechnął się słabo, skinął głową, ale nie drgnął się i nie ruszył z miejsca. Jeszcze nie chciał myśleć o nitkach, o symetrycznej konstrukcji, o zasobach tych ludzkich i finansowych, o transferze dóbr. <br />
<br />
Jeszcze nie...<br />
<br />
Zamiast tego zaczął wypatrywać jasnej głowy tej, której głos zdawał się słyszeć wcześniej, tej której ostatni prezent wciąż bielił mu palce i skroń którą potarł, gdy na blat sekretarzyka o świcie posypały się swą czernią płatki ukrytych wewnątrz liściku kwiatów.</div>
</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1>—10/09/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Anglia, Londyn</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Lorraine Malfoy &amp; Anthony Shafiq</span><br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=gBQ7DOD.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=gBQ7DOD.png]" class="mycode_img" /><br />
<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">When I wake up,<br />
it is void.<br />
Then the room<br />
unfolds around me –<br />
a cold stroke of reality.<br />
It brushes my skin,<br />
crawling up my legs,<br />
slowly warming as it spreads.<br />
A hand, unseen,<br />
caresses reality<br />
into my chest.<br />
It straddles me,<br />
then softly grips my neck.<br />
The pulse in my ears – slow –<br />
becomes the drums of war,<br />
calling the name.</span></span></div>
</h1><br />
<br />
<div class="divek">
<div style="text-align: justify;" class="mycode_align">Nie licząc poszarpanych drzemek na moment tylko odcinających umęczoną świadomość od świadomości istnienia, nie spał w sumie kolejną dobę. <br />
<br />
Płacz. Strach. Krzyk. <br />
<br />
Emocje związane z konfrontacją z rodzicami. Kłótnia zwieńczona rozstaniem z Erikiem. Chaotyczne planowanie współpracy z organizacją o której wiedział tyle co nic, domknięte zdradą najbliższego przyjaciela. Spotkanie z Jenkins w aurze zaciskającej się na szyi pętli, pułapki która miałaby usadzić go za zbytnie wychylanie się przed szereg. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">zostało mi... sama nie wiem, z pół roku?</span><br />
<br />
Płacz. Strach. Krzyk. <br />
<br />
Ogień.<br />
<br />
Czerwona farba ściekała mimo łuku brwi, które miały osłaniać oczy przed taką ewentualnością. Było tego zbyt dużo. Zbyt wiele. Morpheus pewnie w swoim szaleństwie kroczący ulicami Londynu, jakby zabrał go do swojego królestwa, w któym przepowiednia wyszeptana ustami boginii stała się prawdą. Zbyt szybko. Szczątki cruciatusa wzdrygające jego torturowanym ciałem, swąd nadpalonych włosów, ból o którym nie pamiętał, odraza do siebie, do świata, do woni wgryzającej się w nozdrza... <br />
<br />
Płacz. Strach. Krzyk.<br />
<br />
Nie krzyczał, gdy cały dzień próbował na nowo zebrać rozsypane nitki jego podartej pajęczyny. Miał swój kokon, miał gdzie się schować. Mógł oblać się balsamem żyć, które nie zgasły wraz ze zwęglonymi kamienicami. Istnienie po istnieniu, chwytał ich w palce jak najdrogocenniejsze skarby, nie mogące się równać z jego littlehangletońską kolekcją. Z głową otoczoną wygłuszeniem, z duszą ratującą się fizyczną deprywacją, żołądkiem wywiniętym głodem i obrzydzeniem wynikającym ze wszechobecnego smrodu spalenizny. Ale żyli. Więc i on mógł żyć. Mógł spróbować jeszcze raz. Nim było za późno. Już było za późno.<br />
<br />
Był na krawędzi, gdy pozostawił w zakładzie pogrzebowym swoją notkę. <br />
<br />
Nie miał siły nawet odczuwać gniewu, czy choćby szczątków irytacji, gdy dostał na nią odpowiedź. Właściwie przeczytał ledwie pierwsze zdanie, wzrokiem zsunął się po treści ku podpisowi, a potem dał pożreć papier płomieniom. <br />
<br />
Czy spał? Bynajmniej. Udręczony umysł tułający się od drzwi do drzwi, nie mógł znaleźć uciszenia. Powinien być czujny. Czy chmura znów zacznie na świat zsyłać drugą falę? Musiał być czujny, na każde wezwanie, które być może by nie nadeszło. Musiał pisać, planować, szkicować, aby znów jego sieć mogła rozpostrzeć się między budynkami. Między tymi, które pozostały...<br />
<br />
<hr class="mycode_hr" />
<br />
Na zgromadzenie dotarł przed czasem. Zajął miejsce gdziekolwiek, ani z tyłu, ani z przodu, ot miejsce podyktowane myślą stóp i oczu. Nie szukał jej wzrokiem. Ani jej, ani też Jej. Nad głowami wiernych unosiło się błaganie o litość oraz dziękczynienie za życie. Prośba o ukojenie dla dusz tych, którzy nie przetrwali nocy. Kowen wypchany był pożoganami, to było zrozumiałe. Wiara opium dla mas, czy nie tak jej mówił przed laty? Czy sam teraz może tego opium potrzebował?<br />
<br />
Odchylił głowę pozwalając kadzidłom oblewającym rzeźby i dary przeniknąć do udręczonego ostatnimi dniami umysłu. Usta mimowolnie powtarzały słowa znajomych modlitw, poznawanych wcześniej głównie dla ceremoniału aniżeli z potrzeby serca. Nie wnikał zbytnio w ich treść, ale pozwalał sobie na ten krótki moment oddechu i odpoczynku, wynikający z przymusu nie myślenia o tym, co zwykle nie pozwalało mu zasnąć. Jak gdyby realnie białe dłonie ściągnęły powróz z jego szyi.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czy to źle, czy to dobrze... to się dopiero okaże. Szukasz zaufania, a sam nie masz go za grosz.</span><br />
<br />
Chciałby usłyszeć, ale to tylko śpiew tych, którzy reprezentowali zgromadzenie w uszach Matki. <br />
<br />
Przymknął oczy. Ktoś podszedł, ktoś podziękował mu, za to, że zrobił podczas pożaru coś, co jego pamięć zdążyła zapomnieć. Kiwnął głową machinalnie, język sam podążył za tokiem rozmowy: <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czy Wasz dom przetrwał? Gdzie się teraz podziewacie? Czego Wam tam trzeba?</span> – pytał, a w połowie odpowiedzi zdał sobie sprawę, że nie potrafi jej odtworzyć. Wyciągnął notes, zapisał słowa, nazwiska adresy. Uśmiechnął się słabo, skinął głową, ale nie drgnął się i nie ruszył z miejsca. Jeszcze nie chciał myśleć o nitkach, o symetrycznej konstrukcji, o zasobach tych ludzkich i finansowych, o transferze dóbr. <br />
<br />
Jeszcze nie...<br />
<br />
Zamiast tego zaczął wypatrywać jasnej głowy tej, której głos zdawał się słyszeć wcześniej, tej której ostatni prezent wciąż bielił mu palce i skroń którą potarł, gdy na blat sekretarzyka o świcie posypały się swą czernią płatki ukrytych wewnątrz liściku kwiatów.</div>
</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[01.09.1972, Kowen Whitecroft] Serce z kamienia]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4686</link>
			<pubDate>Thu, 03 Apr 2025 19:04:30 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=177">Victoria Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4686</guid>
			<description><![CDATA[<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align">Napisane na podstawie <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1376&amp;pid=64923#pid64923" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">informacji</a> od Eutierri.</div></div></div></div>
<br />
<p>Grafik życia Victorii Lestrange był bardziej niż napięty i nie tak łatwo było zaplanować w nim czas wolny dla siebie – ten zwykle wykorzystywała na jakieś <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">relaksacyjne</span> warzenie mikstur: uzupełnianie zapasów eliksirów wiggenowych, ochrony przed ogniem, uzupełniających krew czy nasennych – często kilka na raz, bo od czego posiadała w swoim arsenale kilka kociołków? Ale to nie był ten dzień. Dzisiaj o poranku udała się do swojego domu rodzinnego, gdzie zgodnie z obietnicą miała zjeść śniadanie z resztą członków rodziny, a później zabrać małą Olivię na dworzec King’s Cross. W końcu… To był pierwszy września, a pociąg do Hogwartu odjeżdżał punktualnie o 11.00, a ktoś musiał przecież odprowadzić najmłodszą z sióstr Lestrange, zabrać jej bagaże, pomóc na przejściu na peron 9 i ¾, wsiąść do pociągu i utulić przed wyjazdem, a Victoria zrobiła to z prawdziwą przyjemnością.</p>
<p>Wzięła na ten dzień wolne, by po pożegnaniu siostry, mieć w końcu czas na coś, co już i tak odkładała przez dłuższą chwilę. Skoro już miała dostęp do biblioteki kowenu Whitecroft, to dlaczego miała to odkładać jeszcze bardziej? Kilka minut po 11.00, gdy już minęła chwila nostalgii, po spoglądaniu na odjeżdżający pociąg, teleportowała się w bezpieczne miejsce nieopodal siedziby kowenu, by chwilę później znaleźć się w środku. Rozgłos, jaki zyskała wchodząc do Limbo i żywe zainteresowanie tematem przez kowen było tym wygodniejsze, że nie musiała się przedstawiać kapłance, która ją powitała, a gdy przedstawiła, po co w ogóle się zjawiła – i z czyjego ramienia uzyskała dostęp, chociaż Sarah nie było już w Londynie, nie natrafiła na biurokratyczną ścianę i niedługo później już znajdowała się w bibliotece.</p>
<p>Mniej niż więcej wiedziała, czego w ogóle szuka, ale wcale to ją nie zraziło. Wyciągnęła swój notes, z którym ostatnimi czasy się nie rozstawała, i przekartkowała go. </p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Gdzie znajdę coś o kręgach? –</span> podpytała młodą kapłankę, która wyglądała na bardzo entuzjastyczną w tym, by pomóc autorce w jej poszukiwaniach. Zaprowadziła ją do części biblioteki mówiącej o kręgach i kromlechach, wybierając dla Lestrange kilka tytułów. Ciemnowłosa dołożyła do nich jeszcze kilka innych książek, które wydały jej się obiecujące i z całym naręczem dość grubych i raczej starszych niż nowszych tomiszczy, udała się w kącik biblioteki, do stolika i krzesła. Odłożyła książki bardzo ostrożnie, jakby obchodziła się z małym dzieckiem, ale prawda była taka, że Victoria kochała książki. Kochała Zdobywać wiedzę. I doskonale wiedziała, w jaki sposób należy traktować jej nośniki – bo te potrafiły być prawdziwie bezcenne. Poza tym ktoś za nią poręczył, ktoś z kowenu, i nie zamierzała szargać imienia Sarah, ani swojego.</p>
<p>Nawet nie była pewna, kiedy minął jej czas na przeglądaniu tych wszystkich ksiąg. Nie czytała ich od deski do deski, raczej szukała rozdziałów, które ją interesowały z tematu, który aktualnie badała: tego, o którym dywagowała z Rodolphusem jeszcze w połowie lipca. Robiła sobie notatki w swoim notatniku, niektóre bardziej obszerne, niektóre raczej w formie mapy myśli. Kamienie, kręgi i światło… nie znalazła nic o świecących kamieniach, ale udało jej się powiązać zagadnienia związane z układaniem kamieni w kręgi w miejscach kultu. Jak ludzie w starożytnych czasach wybierali te miejsca – to była dla niej tajemnica, ale kwestia powstawania takich kamiennych kromlechów wydawała się bezsprzeczna: próbowano w ten sposób „zamknąć” księżyc w pełni, jakby to były jakieś drzwi… by gdzieś wejść? Albo skądś wyjść? A może, żeby coś mogło się gdzieś dostać? Nie potrafiła powiedzieć, najwyraźniej powód był, tylko nikt nie spisał go na papier, a część wiedzy pozostawała przed nimi zakopana. Ale to było jedyne, co udało jej się powiązać ze światłem… nie wiedziała nawet, czy te światła to rzeczywiście były właśnie te kamienie, ale ich ilość i ułożenie w kręgu by się zgadzała. Doczytała, że ustawiano te kamienie w kręgu i rysowano na nich symbole, czy i na tych się takie znajdowały… mogła założyć, że owszem. Rodolphus twierdził, że nigdzie tego nie odnotowano, ale był pewien, że tę informację wymazano z akt. Jeśli więc założyć, że te pięć kamieni rzeczywiście posiadało na sobie jakieś runy, to… </p>
<p>Czy Voldemort w jakiś sposób posiadł wiedzę, która przepadła przed wiekami? Dostał w ręce jakiejś stare teksty, o których nikt nie wiedział, uważanych za stracone? Wywnioskował wszystko sam? Czy może skontaktował się w Limbo z jakimś bardzo starym duchem i wydusił z niego informacje – a jeśli tak, to skąd wiedział, z kim dokładnie się porozumieć? Była to dość przerażająca myśl, która sprawiała, że Victoria czuła, pomimo Zimna, chłód na karku i jakiś taki ciężar w żołądku, że Czarny Pan posiadał tak przerażające umiejętności. Nawet jeśli to były tylko domysły, to każda z tych opcji mówiła jasno, że wcale nie był krok przed nimi. Wyprzedzał ich o jakieś dwadzieścia i z każdym  dniem zwiększał tę odległość, nie dając nawet miejsca na to, by zrobili odpowiedni rozbieg, by go dogonić.</p>
<p>A gdyby dodać do tego wszystkiego istniejące już kromlechy, jak Siedem Sióstr czy Stonehenge… które miało w czerwcu swój własny epizod… to wydawał jej się dobry kierunek. Co próbowano dokładnie zrobić w Stonehenge? Czy miało to jakiś związek z kamieniami wokół Polany Ognisk? Czy próbowano coś odtworzyć? Chyba nie, nie kojarzyła, żeby ktoś w raportach mówił coś o pięciu słupach światła – chyba powinna w tym pogrzebać, żeby definitywnie skreślić ewentualność, że Isobell Macmillan próbowała powtórzyć cokolwiek, co zrobił Voldemort. Z tego jednak, co wiedziała, co powtarzało się w informacjach różnych osób i to nie tylko żyjących w Anglii, ale też na innych kontynentach, jak nekromantka z Egiptu, z którą razem z Brenną spotkały się dwa tygodnie wcześniej, tylko Beltane i Samhain wypadały w dni, w których zasłona pomiędzy światami była tak cienka, że zaczynała się przenikać, a przesilenie letnie to była zupełnie inna kwestia. Co więc próbowała zrobić Isobell?</p>
<p>W tym momencie stawało się jasne, że kamienie pokryte runami, ułożone na planie koła, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">mogły</span> posłużyć do  otwarcia drzwi… do Limbo… w sposób, jaki miało to miejsce podczas majowych obchodów. Nie było to przecież pierwsze Beltane na Polanie Ognisk w Dolinie Godryka, ludzie zbliżali się do rytualnego ognia wielokrotnie i do tej pory nikt nie przeniknął do Limbo tak jak oni, więc…? Może jednak to miały być drzwi <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">do</span>? </p>
<p>Wtedy też Victorii przyszło do głowy, by upewnić się, jak wyglądała faza księżyca na przełomie kwietnia i maja, i jak będzie wyglądać, gdy październik będzie przechodzić w listopad. Wstała od stolika, by poszukać ksiąg na temat astrologii, na której kompletnie się nie znała, ale była pewna, że gdzieś będzie jakaś tabela z fazami księżyca wstecz i w przód, a jeśli nie, to poszuka informacji w gazecie – przecież posiadała stare numery Proroka, a jeśli je wyrzuciła, to zawsze pozostawała Biblioteka Maeve, gdzie było absolutnie wszystko, archiwalne numery gazet również. Na szczęście nie musiała grzebać aż tak głęboko, bo w jednej z ksiąg rzeczywiście znajdowała się tabela z wypisanymi fazami księżyca na kilkanaście lat do przodu. Pełnia nie wypadała 1 maja, ale było wtedy do niej bardzo blisko – bo ta miała miejsce 28 kwietnia. Nie wypadała też w czasie Lithy, ani Lammas, natomiast kolejna tak bliska data to było Mabon, bo pełnia miała wypaść dzień po. Jechała palcem po spisie dalej: nie wypadała w Samhain, za to miała być dzień przed Yule. Czarnowłosa wszystko skrzętnie sobie zapisała w notatkach.</p>
<p>Nasi przodkowie próbowali więc objąć księżyc w pełni niczym jakąś ramką, ustawiając kamienie na planie koła w odpowiednich miejscach, ryjąc na nich odpowiednie znaki. Kluczem było więc właściwe miejsce i właściwe symbole na kamieniach, na dodatek we właściwym czasie. Natomiast dlaczego na Polanie wystąpiły te światła? W dodatku światła, które, ustawione pod złym kątem (czy kamień się przekrzywił? czy runa była ustawiona w złą stronę?), potrafiły zranić ludzi, tak jak to miało miejsce podczas Beltane. Zdecydowanie emitowały magiczną moc, skoro poprawnie rzucone zaklęcie rozpraszające było w stanie je zneutralizować. Victoria wątpiła jednak, że tylko te kamienie służyły do otwarcia drzwi – w innym wypadku te zostałyby zamknięte w chwili, w której któryś kamień przestawał działać, a oni wbiegli w ogień w momencie, gdy sama rozproszyła magię dwóch z nich, natomiast… czy to przejście zamknęło się w momencie, gdy inni brygadziści i aurorzy poradzili sobie z ostatnim z kamieni? Było to pytanie, na które Victoria nie znała odpowiedzi, bo nie rozmawiała o tym z nikim innym prócz Rodolphusa, wydawało jej się natomiast, że wyraźnie przedstawiła w swoim raporcie przed Moody i Bonesem, że takie światła pojawiły się na Polanie. Istniało to więc w raporcie, musiało. Czy więc ktoś z Departamentu Tajemnic postanowił celowo zignorować tę informację? Tak jak ignorowali do tej pory wszyscy do okoła? </p>
<p>Lestrange próbowała uporządkować sobie jakoś te wszystkie informacje i swoje przemyślenia, robiąc odpowiednie podkreślenia w swoim notesie, a we właściwych miejscach stawiając znaki zapytania. Tych było niestety więcej, niż pewnych spraw – wiedziała jednak, że raczej nie znajdzie niczego więcej w tych księgach, choćby dlatego, że były to sprawy, które ich przodkom najpewniej wydawały się oczywiste, a być może przekazywano je sobie w inny sposób i nigdy nie trafiły do książek… Mogła tylko westchnąć.</p>
<p>A potem westchnęła drugi raz, gdy znowu zaburczało jej w brzuchu i dopiero dotarło do niej, że już od jakiegoś czasu ignoruje własny organizm, gdy tak zapadła się w fazę odkrywania wiedzy, która pochłaniała ją do reszty. Był już wieczór. I uważała to za całkiem owocny dzień. Przeciągnęła się na krześle, aż jej kości strzeliły przyjemnie i dopiero spojrzała na zegarek – przegięła grubo, siedząc tutaj od ośmiu godzin, o ten wskazywał właśnie godzinę 19.00. Była to najwyższa pora, by odłożyć księgi na miejsce, pozbierać swoje rzeczy i wrócić do swojego mieszkania. Metaforycznie cięższa o nową wiedzę.</p>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align">Napisane na podstawie <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1376&amp;pid=64923#pid64923" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">informacji</a> od Eutierri.</div></div></div></div>
<br />
<p>Grafik życia Victorii Lestrange był bardziej niż napięty i nie tak łatwo było zaplanować w nim czas wolny dla siebie – ten zwykle wykorzystywała na jakieś <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">relaksacyjne</span> warzenie mikstur: uzupełnianie zapasów eliksirów wiggenowych, ochrony przed ogniem, uzupełniających krew czy nasennych – często kilka na raz, bo od czego posiadała w swoim arsenale kilka kociołków? Ale to nie był ten dzień. Dzisiaj o poranku udała się do swojego domu rodzinnego, gdzie zgodnie z obietnicą miała zjeść śniadanie z resztą członków rodziny, a później zabrać małą Olivię na dworzec King’s Cross. W końcu… To był pierwszy września, a pociąg do Hogwartu odjeżdżał punktualnie o 11.00, a ktoś musiał przecież odprowadzić najmłodszą z sióstr Lestrange, zabrać jej bagaże, pomóc na przejściu na peron 9 i ¾, wsiąść do pociągu i utulić przed wyjazdem, a Victoria zrobiła to z prawdziwą przyjemnością.</p>
<p>Wzięła na ten dzień wolne, by po pożegnaniu siostry, mieć w końcu czas na coś, co już i tak odkładała przez dłuższą chwilę. Skoro już miała dostęp do biblioteki kowenu Whitecroft, to dlaczego miała to odkładać jeszcze bardziej? Kilka minut po 11.00, gdy już minęła chwila nostalgii, po spoglądaniu na odjeżdżający pociąg, teleportowała się w bezpieczne miejsce nieopodal siedziby kowenu, by chwilę później znaleźć się w środku. Rozgłos, jaki zyskała wchodząc do Limbo i żywe zainteresowanie tematem przez kowen było tym wygodniejsze, że nie musiała się przedstawiać kapłance, która ją powitała, a gdy przedstawiła, po co w ogóle się zjawiła – i z czyjego ramienia uzyskała dostęp, chociaż Sarah nie było już w Londynie, nie natrafiła na biurokratyczną ścianę i niedługo później już znajdowała się w bibliotece.</p>
<p>Mniej niż więcej wiedziała, czego w ogóle szuka, ale wcale to ją nie zraziło. Wyciągnęła swój notes, z którym ostatnimi czasy się nie rozstawała, i przekartkowała go. </p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Gdzie znajdę coś o kręgach? –</span> podpytała młodą kapłankę, która wyglądała na bardzo entuzjastyczną w tym, by pomóc autorce w jej poszukiwaniach. Zaprowadziła ją do części biblioteki mówiącej o kręgach i kromlechach, wybierając dla Lestrange kilka tytułów. Ciemnowłosa dołożyła do nich jeszcze kilka innych książek, które wydały jej się obiecujące i z całym naręczem dość grubych i raczej starszych niż nowszych tomiszczy, udała się w kącik biblioteki, do stolika i krzesła. Odłożyła książki bardzo ostrożnie, jakby obchodziła się z małym dzieckiem, ale prawda była taka, że Victoria kochała książki. Kochała Zdobywać wiedzę. I doskonale wiedziała, w jaki sposób należy traktować jej nośniki – bo te potrafiły być prawdziwie bezcenne. Poza tym ktoś za nią poręczył, ktoś z kowenu, i nie zamierzała szargać imienia Sarah, ani swojego.</p>
<p>Nawet nie była pewna, kiedy minął jej czas na przeglądaniu tych wszystkich ksiąg. Nie czytała ich od deski do deski, raczej szukała rozdziałów, które ją interesowały z tematu, który aktualnie badała: tego, o którym dywagowała z Rodolphusem jeszcze w połowie lipca. Robiła sobie notatki w swoim notatniku, niektóre bardziej obszerne, niektóre raczej w formie mapy myśli. Kamienie, kręgi i światło… nie znalazła nic o świecących kamieniach, ale udało jej się powiązać zagadnienia związane z układaniem kamieni w kręgi w miejscach kultu. Jak ludzie w starożytnych czasach wybierali te miejsca – to była dla niej tajemnica, ale kwestia powstawania takich kamiennych kromlechów wydawała się bezsprzeczna: próbowano w ten sposób „zamknąć” księżyc w pełni, jakby to były jakieś drzwi… by gdzieś wejść? Albo skądś wyjść? A może, żeby coś mogło się gdzieś dostać? Nie potrafiła powiedzieć, najwyraźniej powód był, tylko nikt nie spisał go na papier, a część wiedzy pozostawała przed nimi zakopana. Ale to było jedyne, co udało jej się powiązać ze światłem… nie wiedziała nawet, czy te światła to rzeczywiście były właśnie te kamienie, ale ich ilość i ułożenie w kręgu by się zgadzała. Doczytała, że ustawiano te kamienie w kręgu i rysowano na nich symbole, czy i na tych się takie znajdowały… mogła założyć, że owszem. Rodolphus twierdził, że nigdzie tego nie odnotowano, ale był pewien, że tę informację wymazano z akt. Jeśli więc założyć, że te pięć kamieni rzeczywiście posiadało na sobie jakieś runy, to… </p>
<p>Czy Voldemort w jakiś sposób posiadł wiedzę, która przepadła przed wiekami? Dostał w ręce jakiejś stare teksty, o których nikt nie wiedział, uważanych za stracone? Wywnioskował wszystko sam? Czy może skontaktował się w Limbo z jakimś bardzo starym duchem i wydusił z niego informacje – a jeśli tak, to skąd wiedział, z kim dokładnie się porozumieć? Była to dość przerażająca myśl, która sprawiała, że Victoria czuła, pomimo Zimna, chłód na karku i jakiś taki ciężar w żołądku, że Czarny Pan posiadał tak przerażające umiejętności. Nawet jeśli to były tylko domysły, to każda z tych opcji mówiła jasno, że wcale nie był krok przed nimi. Wyprzedzał ich o jakieś dwadzieścia i z każdym  dniem zwiększał tę odległość, nie dając nawet miejsca na to, by zrobili odpowiedni rozbieg, by go dogonić.</p>
<p>A gdyby dodać do tego wszystkiego istniejące już kromlechy, jak Siedem Sióstr czy Stonehenge… które miało w czerwcu swój własny epizod… to wydawał jej się dobry kierunek. Co próbowano dokładnie zrobić w Stonehenge? Czy miało to jakiś związek z kamieniami wokół Polany Ognisk? Czy próbowano coś odtworzyć? Chyba nie, nie kojarzyła, żeby ktoś w raportach mówił coś o pięciu słupach światła – chyba powinna w tym pogrzebać, żeby definitywnie skreślić ewentualność, że Isobell Macmillan próbowała powtórzyć cokolwiek, co zrobił Voldemort. Z tego jednak, co wiedziała, co powtarzało się w informacjach różnych osób i to nie tylko żyjących w Anglii, ale też na innych kontynentach, jak nekromantka z Egiptu, z którą razem z Brenną spotkały się dwa tygodnie wcześniej, tylko Beltane i Samhain wypadały w dni, w których zasłona pomiędzy światami była tak cienka, że zaczynała się przenikać, a przesilenie letnie to była zupełnie inna kwestia. Co więc próbowała zrobić Isobell?</p>
<p>W tym momencie stawało się jasne, że kamienie pokryte runami, ułożone na planie koła, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">mogły</span> posłużyć do  otwarcia drzwi… do Limbo… w sposób, jaki miało to miejsce podczas majowych obchodów. Nie było to przecież pierwsze Beltane na Polanie Ognisk w Dolinie Godryka, ludzie zbliżali się do rytualnego ognia wielokrotnie i do tej pory nikt nie przeniknął do Limbo tak jak oni, więc…? Może jednak to miały być drzwi <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">do</span>? </p>
<p>Wtedy też Victorii przyszło do głowy, by upewnić się, jak wyglądała faza księżyca na przełomie kwietnia i maja, i jak będzie wyglądać, gdy październik będzie przechodzić w listopad. Wstała od stolika, by poszukać ksiąg na temat astrologii, na której kompletnie się nie znała, ale była pewna, że gdzieś będzie jakaś tabela z fazami księżyca wstecz i w przód, a jeśli nie, to poszuka informacji w gazecie – przecież posiadała stare numery Proroka, a jeśli je wyrzuciła, to zawsze pozostawała Biblioteka Maeve, gdzie było absolutnie wszystko, archiwalne numery gazet również. Na szczęście nie musiała grzebać aż tak głęboko, bo w jednej z ksiąg rzeczywiście znajdowała się tabela z wypisanymi fazami księżyca na kilkanaście lat do przodu. Pełnia nie wypadała 1 maja, ale było wtedy do niej bardzo blisko – bo ta miała miejsce 28 kwietnia. Nie wypadała też w czasie Lithy, ani Lammas, natomiast kolejna tak bliska data to było Mabon, bo pełnia miała wypaść dzień po. Jechała palcem po spisie dalej: nie wypadała w Samhain, za to miała być dzień przed Yule. Czarnowłosa wszystko skrzętnie sobie zapisała w notatkach.</p>
<p>Nasi przodkowie próbowali więc objąć księżyc w pełni niczym jakąś ramką, ustawiając kamienie na planie koła w odpowiednich miejscach, ryjąc na nich odpowiednie znaki. Kluczem było więc właściwe miejsce i właściwe symbole na kamieniach, na dodatek we właściwym czasie. Natomiast dlaczego na Polanie wystąpiły te światła? W dodatku światła, które, ustawione pod złym kątem (czy kamień się przekrzywił? czy runa była ustawiona w złą stronę?), potrafiły zranić ludzi, tak jak to miało miejsce podczas Beltane. Zdecydowanie emitowały magiczną moc, skoro poprawnie rzucone zaklęcie rozpraszające było w stanie je zneutralizować. Victoria wątpiła jednak, że tylko te kamienie służyły do otwarcia drzwi – w innym wypadku te zostałyby zamknięte w chwili, w której któryś kamień przestawał działać, a oni wbiegli w ogień w momencie, gdy sama rozproszyła magię dwóch z nich, natomiast… czy to przejście zamknęło się w momencie, gdy inni brygadziści i aurorzy poradzili sobie z ostatnim z kamieni? Było to pytanie, na które Victoria nie znała odpowiedzi, bo nie rozmawiała o tym z nikim innym prócz Rodolphusa, wydawało jej się natomiast, że wyraźnie przedstawiła w swoim raporcie przed Moody i Bonesem, że takie światła pojawiły się na Polanie. Istniało to więc w raporcie, musiało. Czy więc ktoś z Departamentu Tajemnic postanowił celowo zignorować tę informację? Tak jak ignorowali do tej pory wszyscy do okoła? </p>
<p>Lestrange próbowała uporządkować sobie jakoś te wszystkie informacje i swoje przemyślenia, robiąc odpowiednie podkreślenia w swoim notesie, a we właściwych miejscach stawiając znaki zapytania. Tych było niestety więcej, niż pewnych spraw – wiedziała jednak, że raczej nie znajdzie niczego więcej w tych księgach, choćby dlatego, że były to sprawy, które ich przodkom najpewniej wydawały się oczywiste, a być może przekazywano je sobie w inny sposób i nigdy nie trafiły do książek… Mogła tylko westchnąć.</p>
<p>A potem westchnęła drugi raz, gdy znowu zaburczało jej w brzuchu i dopiero dotarło do niej, że już od jakiegoś czasu ignoruje własny organizm, gdy tak zapadła się w fazę odkrywania wiedzy, która pochłaniała ją do reszty. Był już wieczór. I uważała to za całkiem owocny dzień. Przeciągnęła się na krześle, aż jej kości strzeliły przyjemnie i dopiero spojrzała na zegarek – przegięła grubo, siedząc tutaj od ośmiu godzin, o ten wskazywał właśnie godzinę 19.00. Była to najwyższa pora, by odłożyć księgi na miejsce, pozbierać swoje rzeczy i wrócić do swojego mieszkania. Metaforycznie cięższa o nową wiedzę.</p>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Ołtarz (Wątek główny)]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4609</link>
			<pubDate>Thu, 20 Mar 2025 16:32:20 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=1">Eutierria</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4609</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">22 września 1972</div>
<br />
Na dziedzińcu Kowenu Whitecroft, tuż przed fontanną z posągiem bogini o trzech twarzach, ustawiono szeroki, dębowy ołtarz, przykryty ciężkim płótnem barwionym na odcienie ochry i rudego brązu. Powietrze wokół przesiąknięte było zapachem wosku i ziół, a na drewnianej powierzchni piętrzyły się ofiary - misternie plecione wieńce z szyszek i gałęzi, kosze pełne plonów, haftowane chusty i pasy zdobione ochronnymi runami, a także inne rzemieślnicze wyroby, które miały stać się darem dla bogów. Ludzie podchodzili do ołtarza w ciszy, kładąc swoje dary w lekkim ukłonie, a niektórzy zapalali przy tym świecę w intencji własnej lub swoich bliskich, patrząc, jak płomień drży w chłodnym, jesiennym powietrzu. Co jakiś czas kapłani Whitecroft, ubrani w proste, lecz ceremonialne szaty w kolorze kasztanowego brązu, podchodzili do ołtarza, zbierając dary, które przenosili do świątyni, by tam - zgodnie z tradycją - ofiarować je bogom w świętym ogniu. W tym roku, bardziej niż w poprzednich latach, ludzie składali duże ilości niekoniecznie estetycznych, własnoręcznie wykonanych wieńców. Nie było ich stać na zakup czegoś lepszego u zielarza czy rzemieślnika, więc kombinowali z czymkolwiek, co udało im się znaleźć w lasach blisko stolicy. Podobno Matka nie ocenia, ale czy uzna to za wystarczające?]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">22 września 1972</div>
<br />
Na dziedzińcu Kowenu Whitecroft, tuż przed fontanną z posągiem bogini o trzech twarzach, ustawiono szeroki, dębowy ołtarz, przykryty ciężkim płótnem barwionym na odcienie ochry i rudego brązu. Powietrze wokół przesiąknięte było zapachem wosku i ziół, a na drewnianej powierzchni piętrzyły się ofiary - misternie plecione wieńce z szyszek i gałęzi, kosze pełne plonów, haftowane chusty i pasy zdobione ochronnymi runami, a także inne rzemieślnicze wyroby, które miały stać się darem dla bogów. Ludzie podchodzili do ołtarza w ciszy, kładąc swoje dary w lekkim ukłonie, a niektórzy zapalali przy tym świecę w intencji własnej lub swoich bliskich, patrząc, jak płomień drży w chłodnym, jesiennym powietrzu. Co jakiś czas kapłani Whitecroft, ubrani w proste, lecz ceremonialne szaty w kolorze kasztanowego brązu, podchodzili do ołtarza, zbierając dary, które przenosili do świątyni, by tam - zgodnie z tradycją - ofiarować je bogom w świętym ogniu. W tym roku, bardziej niż w poprzednich latach, ludzie składali duże ilości niekoniecznie estetycznych, własnoręcznie wykonanych wieńców. Nie było ich stać na zakup czegoś lepszego u zielarza czy rzemieślnika, więc kombinowali z czymkolwiek, co udało im się znaleźć w lasach blisko stolicy. Podobno Matka nie ocenia, ale czy uzna to za wystarczające?]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[09.07.1972]  Not yet corpses. Still, we rot]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3408</link>
			<pubDate>Wed, 12 Jun 2024 17:34:27 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=38">Atreus Bulstrode</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3408</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Atreus Bulstrode - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic I</span></div></div>
<br />
Początkowo miał pomysł, żeby na to spotkanie zaprosić Brennę. W końcu co dwie głowy to nie jedna, a Longbottom dodatkowo zdawała się posiadać wszystkie zebrane do tej pory informacje, nie tylko przez siebie, ale też i Mavelle, Patricka czy Victorię, nie wspominając już o cały gronie innych osób, których personalnie nie dotykał ten temat. Atreus nie wątpił w siebie (bo robił to bardzo rzadko) ale nie był pewien ile wątków może mu jeszcze w jakiś sposób umykać, a nie chciał też stracić okazji na zadanie pytań Macmillanowi twarzą w twarz. <br />
<br />
W końcu jednak odpuścił i to nawet nie przez dopisek Arcykapłana w ostatnim liście, który prosił go by pojawił się w Kowenie sam. Trochę obawiał się, że mężczyzna i tak wystawiłby Brennę za drzwi, albo w ogóle nie dopuścił jej do siedzenia z nimi w jednym pokoju podczas tej rozmowy. Tak samo miał wrażenie, że przy obecności trzeciej osoby, Percival zwyczajnie nie byłby szczery. Jakikolwiek rytuał bowiem odprawiła Isobell, Bulstrode był absolutnie przekonany, że ocierał się on w niewygodny sposób o praktyki nekromantyczne. Jemu niewiele to robiło - dzięki temu przeżył i mógł teraz w ogóle znowu pojawić się w Whitecroft, ale Ministerstwo miało na ten temat nieco inne zdanie.<br />
<br />
W niemagicznej części Londynu przy Charing Cross stawił się następnego dnia po ostatnim liście od Macmillana, dokładnie tak jak ten mu sugerował. Był wieczór i ulice miasta zalewały się w czerwieni chylącego się ku zachodowi słońca, kiedy Bulstrode wszedł po schodkach prowadzących do drzwi wejściowych i zniknął we wnętrzu budynku.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dziękuję, że znalazł pan dla mnie czas </span>- przywitał się z Percivalem, kiedy ten pojawił się w zasięgu wzroku, gotowy zacząć spotkanie.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Atreus Bulstrode - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic I</span></div></div>
<br />
Początkowo miał pomysł, żeby na to spotkanie zaprosić Brennę. W końcu co dwie głowy to nie jedna, a Longbottom dodatkowo zdawała się posiadać wszystkie zebrane do tej pory informacje, nie tylko przez siebie, ale też i Mavelle, Patricka czy Victorię, nie wspominając już o cały gronie innych osób, których personalnie nie dotykał ten temat. Atreus nie wątpił w siebie (bo robił to bardzo rzadko) ale nie był pewien ile wątków może mu jeszcze w jakiś sposób umykać, a nie chciał też stracić okazji na zadanie pytań Macmillanowi twarzą w twarz. <br />
<br />
W końcu jednak odpuścił i to nawet nie przez dopisek Arcykapłana w ostatnim liście, który prosił go by pojawił się w Kowenie sam. Trochę obawiał się, że mężczyzna i tak wystawiłby Brennę za drzwi, albo w ogóle nie dopuścił jej do siedzenia z nimi w jednym pokoju podczas tej rozmowy. Tak samo miał wrażenie, że przy obecności trzeciej osoby, Percival zwyczajnie nie byłby szczery. Jakikolwiek rytuał bowiem odprawiła Isobell, Bulstrode był absolutnie przekonany, że ocierał się on w niewygodny sposób o praktyki nekromantyczne. Jemu niewiele to robiło - dzięki temu przeżył i mógł teraz w ogóle znowu pojawić się w Whitecroft, ale Ministerstwo miało na ten temat nieco inne zdanie.<br />
<br />
W niemagicznej części Londynu przy Charing Cross stawił się następnego dnia po ostatnim liście od Macmillana, dokładnie tak jak ten mu sugerował. Był wieczór i ulice miasta zalewały się w czerwieni chylącego się ku zachodowi słońca, kiedy Bulstrode wszedł po schodkach prowadzących do drzwi wejściowych i zniknął we wnętrzu budynku.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dziękuję, że znalazł pan dla mnie czas </span>- przywitał się z Percivalem, kiedy ten pojawił się w zasięgu wzroku, gotowy zacząć spotkanie.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[21 maja 1972, kowen Whitecroft] Chyba tracę rozum | Sarah & Victoria]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1672</link>
			<pubDate>Sun, 30 Jul 2023 00:55:00 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=177">Victoria Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1672</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Victoria Lestrange (Otwarty na nowe doznania).<br />
Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Życie to przygody lub pustka</span></div></div>
<br />
<h1>„Wiara i rozum są jak dwa skrzydła, na których duch ludzki unosi się ku kontemplacji prawdy”<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">21 maja 1972<br />
– Sarah &amp; Victoria –</span></h1><br />
<br />
<p>Sauriel miał rację. Powinna zgłosić się do spirytysty, spróbować… porozumieć się z duszą osoby, którą spotkała w Limbo. Albo spotkać się z kimś, kto o Limbo ma większe pojęcie od niej – kto żył tym, a nie… wszedł tam, nie wiedząc nawet gdzie się znalazł. Do tej pory Victoria szukała informacji na własną rękę. Pomijając to, że jakiś pracownik Departamentu Tajemnic orzekł, że nie ma zielonego pojęcia co stało się z nią, Mavelle, Patrickiem i Atreusem – Victoria stała się częstym bywalcem biblioteki, która należała do jej własnej rodziny, tej od strony matki. Tej od strony babki, którą zobaczyła w zaświatach. </p>
<p>I nie dowiedziała się zbyt dużo. </p>
<p>Ale od momentu, gdy Sauriel podsunął jej ten pomysł – zaczęła naprawdę intensywnie myśleć. Najpierw o tym, czy jest gotowa porozmawiać o sobie, o tym, czego doświadcza, z zupełnie obcą osobą – to jednak coś innego niż wywiad do gazety, tylko znacznie bardziej prywatne spotkanie. A gdy już przetrawiła sytuację, gdy uznała, że cholera jasna – może jej się tylko wydaje, może naprawdę traci rozum, może za bardzo zawierza słowom Brenny – zaczęła rozmyślać do kogo się udać. </p>
<p>Atreusta zabrał spirytysta. Zabrali go do kowenu Whitecroft – naturalnie więc jej wzrok padł w tamtą stronę. Może będzie mogła tam porozmawiać z kimś o Limbo? Może jest tam ktoś, kto może zajrzeć głębiej…?</p>
<p>Okazało się, ze a i owszem. </p>
<p>Nie sądziła, że gdy Atreus tam był, to wiedział cokolwiek co się stało – do Limbo trafił pod sam koniec, nie wiedział jak to się zaczęło. A prawda była taka, ze zaczęło się właśnie od niej. Nie wiedziała też, czy Mavelle bądź Patrick też tutaj trafili, chciała wierzyć, ze nie, że gdyby się czegoś dowiedzieli, to nie zostawili by jej z tyłu, by żyła w cieniu i traciła zmysły nie wiedząc co się w ogóle dzieje. Wzięła się na odwagę i trafiła na ulicę Whitecroft w Londynie. </p>
<p>Rzadko odwiedzała niemagiczną część miasta. Kiedyś częściej, wtedy gdy pracowała jeszcze w Departamencie Magicznych Wypadków i Katastrof, ale jako auror? Rzadziej. Nie to, że nigdy. Dzisiaj była tutaj jednak całkowicie prywatnie, pośród mugoli nie przykuwała tak uwagi, nie była rozpoznawana – i choć było jej wszystko jedno, to akurat wolała zachować dla siebie i najbliższych, że udała się do kowenu szukać pomocy. Słońce świeciło, ale ona, jak zwykle, nie czuła jego ciepła. Tylko ciągłe zimno. </p>
<p>Przed wejściem odetchnęła kilka razy – nie to, ze się bała, jednak poniekąd było to na odwagę. Odwagę na to, by ewentualnie się przed kimś otworzyć i zacząć mówić. O tym, co jej się przydarzyło. O tym, że… Że potrzebuje pomocy. </p>
<p>Jeden krok, drugi, trzeci. W końcu znalazła się przed drzwiami. Weszła do środka.<br />
[a]Nie było już odwrotu. </p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Victoria Lestrange (Otwarty na nowe doznania).<br />
Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Życie to przygody lub pustka</span></div></div>
<br />
<h1>„Wiara i rozum są jak dwa skrzydła, na których duch ludzki unosi się ku kontemplacji prawdy”<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">21 maja 1972<br />
– Sarah &amp; Victoria –</span></h1><br />
<br />
<p>Sauriel miał rację. Powinna zgłosić się do spirytysty, spróbować… porozumieć się z duszą osoby, którą spotkała w Limbo. Albo spotkać się z kimś, kto o Limbo ma większe pojęcie od niej – kto żył tym, a nie… wszedł tam, nie wiedząc nawet gdzie się znalazł. Do tej pory Victoria szukała informacji na własną rękę. Pomijając to, że jakiś pracownik Departamentu Tajemnic orzekł, że nie ma zielonego pojęcia co stało się z nią, Mavelle, Patrickiem i Atreusem – Victoria stała się częstym bywalcem biblioteki, która należała do jej własnej rodziny, tej od strony matki. Tej od strony babki, którą zobaczyła w zaświatach. </p>
<p>I nie dowiedziała się zbyt dużo. </p>
<p>Ale od momentu, gdy Sauriel podsunął jej ten pomysł – zaczęła naprawdę intensywnie myśleć. Najpierw o tym, czy jest gotowa porozmawiać o sobie, o tym, czego doświadcza, z zupełnie obcą osobą – to jednak coś innego niż wywiad do gazety, tylko znacznie bardziej prywatne spotkanie. A gdy już przetrawiła sytuację, gdy uznała, że cholera jasna – może jej się tylko wydaje, może naprawdę traci rozum, może za bardzo zawierza słowom Brenny – zaczęła rozmyślać do kogo się udać. </p>
<p>Atreusta zabrał spirytysta. Zabrali go do kowenu Whitecroft – naturalnie więc jej wzrok padł w tamtą stronę. Może będzie mogła tam porozmawiać z kimś o Limbo? Może jest tam ktoś, kto może zajrzeć głębiej…?</p>
<p>Okazało się, ze a i owszem. </p>
<p>Nie sądziła, że gdy Atreus tam był, to wiedział cokolwiek co się stało – do Limbo trafił pod sam koniec, nie wiedział jak to się zaczęło. A prawda była taka, ze zaczęło się właśnie od niej. Nie wiedziała też, czy Mavelle bądź Patrick też tutaj trafili, chciała wierzyć, ze nie, że gdyby się czegoś dowiedzieli, to nie zostawili by jej z tyłu, by żyła w cieniu i traciła zmysły nie wiedząc co się w ogóle dzieje. Wzięła się na odwagę i trafiła na ulicę Whitecroft w Londynie. </p>
<p>Rzadko odwiedzała niemagiczną część miasta. Kiedyś częściej, wtedy gdy pracowała jeszcze w Departamencie Magicznych Wypadków i Katastrof, ale jako auror? Rzadziej. Nie to, że nigdy. Dzisiaj była tutaj jednak całkowicie prywatnie, pośród mugoli nie przykuwała tak uwagi, nie była rozpoznawana – i choć było jej wszystko jedno, to akurat wolała zachować dla siebie i najbliższych, że udała się do kowenu szukać pomocy. Słońce świeciło, ale ona, jak zwykle, nie czuła jego ciepła. Tylko ciągłe zimno. </p>
<p>Przed wejściem odetchnęła kilka razy – nie to, ze się bała, jednak poniekąd było to na odwagę. Odwagę na to, by ewentualnie się przed kimś otworzyć i zacząć mówić. O tym, co jej się przydarzyło. O tym, że… Że potrzebuje pomocy. </p>
<p>Jeden krok, drugi, trzeci. W końcu znalazła się przed drzwiami. Weszła do środka.<br />
[a]Nie było już odwrotu. </p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[1972, Wiosna, 3 maja - Śpiąca królewna]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1505</link>
			<pubDate>Sat, 24 Jun 2023 13:51:05 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=1">Eutierria</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1505</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Atreus Bulstrode - osiągnięcie Piszę, więc jestem</div></div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Rachunek sumienia<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Śpiąca królewna</span></div>
<br />
Wszyscy w Limbie zasłabli i opadli na ziemię. Czy to miał być wasz koniec, czy po prostu wrócicie do swoich ciał, do tamtego świata? Patrick, Mavelle i Victoria przekonali się o tym o wiele szybciej niż ty - obudzili się w lecznicy zbudowanej przez Ministerstwo ledwie kilka godzin później, ale ty... twoja dusza wcale nie chciała stąd zniknąć. Ciągle otwierałeś i zamykałeś oczy. Raz widziałeś Limbo - mogłeś wtedy zaobserwować, jak ciała twoich przyjaciół w zastraszającym tempie gniją, a później rozpadają się na proch. Raz widziałeś  kompletną czerń. Wydawało ci się, że gdziekolwiek cię wtedy wywiewało, miałeś zamknięte oczy, bo słyszałeś dźwięki. Czułeś zapachy charakterystyczne dla szpitala, wyłapywałeś strzępki rozmów innych Aurorów i Bones. Czułeś, jak przenoszą cię na nosze, wywożą gdzieś. Gdzie? Tego nie usłyszałeś, ale to była długa i daleka podróż, podczas której twoje ciało pozostawało sztywne, odrętwiałe, niezdolne do ruchu. Nie byłeś w stanie wydusić z siebie żadnego słowa, żadnego stęku, jęknięcia. Nie istniał sposób, abyś mógł jakkolwiek dać im znać, że jesteś tutaj i <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">żyjesz</span>, przynajmniej po części.<br />
<br />
Na szczęście nie wywieźli cię na cmentarz.<br />
<br />
Wywieźli cię do Londynu.<br />
<br />
To tam, przy Whitecroft Street, Isobell Macmillan była w stanie odprawić rytuał mający wyrwać cię z objęć tego, co zatrzymało cię pomiędzy światami. Przez następne godziny czułeś, jak ktoś bardzo delikatnie obmywa ci czoło wilgotną ścierką i poprawia twoje ułożenie na kupie pościeli rozłożonej gdzie? W pokoju, w którym było duszno od zapachu świec i kadzideł, pełnym osób, których nie znałeś. Kojarzyłeś za to Isobell - arcykapłankę kowenu, zdecydowanie najbardziej doświadczoną spirytystkę w Wielkiej Brytanii. Na tym etapie na pewno dotarło do ciebie, że Mavelle miała rację - na twój udział w tym, co działo się w innym wymiarze, było już za późno. Jeżeli ktokolwiek miał wyrwać cię z tego, w co wpakowałeś się, ryzykując wbiegnięciem tam ze złamaną ręką, to była to już zapewne wyłącznie litość bogów - ilość modlitw do Matki, jaka sięgnęła twoich uszu, dawała więc jakiś cień nadziei na to, że ci, którzy mówili o tym, jak to przed śmiercią całe życie przelatuje nam przed oczami, mylili się. Bo w oddali, w tym ogniu wciąć dostrzegałeś swoje życie. I ktoś tam chyba stał. Ktoś, kogo nie mogłeś rozpoznać, wyciągał w twoją stronę dłoń. Nie mogłeś tego wiedzieć, ale to była twoja próba. Niestety pojawiłeś się na nią za późno.<br />
<br />
Mogłeś jedynie leżeć, obserwować ogień i słuchać. A później poczułeś, jak coś ciągnie cię w górę. Dwie siły - jedna wciąż próbowała przygwoździć cię do gruntu, druga z całej siły rwała cię w górę, do widniejących na niebie słońca i księżyca. To było tak cholernie nieprzyjemne, że miałeś ochotę krzyczeć. Na całe gardło, opętańczo i nagle... krzyczałeś. W porównaniu ze wcześniejszym to było tak nowe uczucie, że potrzebowałeś jeszcze chwili na wyrwanie się z szoku. Nic nie widziałeś, ale mogłeś się odezwać. Podniosłeś się nawet do pozycji siedzącej i usłyszałeś wokół siebie wielkie poruszenie.<br />
<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">On żyje!</span> - Odezwała się jakaś kobieta. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wielka Arcykapłanko, udało się Wielkiej uratować tego człowieka, chwała Matce!</span><br />
<br />
Jeszcze długo nie mogłeś wstać. Wzrok wracał częściowo - wpierw widziałeś delikatne plamy, później coraz mocniej poszerzał ci się obszar widzenia. Ciężko było chodzić na tak odrętwiałych nogach, ale miałeś wokół siebie wianuszek pięknych panien na każde swoje skinienie. Były tobą oczarowane. Regularnie sprawdzały, czy z twoją ręką i oparzeniami już wszystko w porządku i wydawały się być wyjątkowo zaciekawione historiami z Limba, nawet jeżeli je zmyśliłeś. W twoim imieniu były gotowe przekazać informacje twojej rodzinie, żeby ktoś przyjechał tutaj i zabrał cię do domu, ale mogłeś również korzystać z gościnności Macmillanów. Tak długo, jak tego potrzebowałeś. Dla zebranych tutaj osób pracownicy Ministerstwa byli bohaterami. Odziany byłeś w bandaże i satynowy szlafrok o żenująco intensywnym, czerwonym odcieniu. Twój mundur, brudny i pocięty, spoczywał w worku w którejś z szaf znajdujących się w pokoju, w którym cię umieszczono. Sieć Fiuu nie działała, nie mogłeś się też teleportować. Minie jeszcze kilka dni, zanim całkowicie zrosną ci się kości w palcach. Oparzenia zniknęły niemal całkowicie, (być może ku twojemu rozczarowaniu) nie pozostawiając na skórze żadnej seksownej blizny.<br />
<br />
To była środa, 3 maja 1972 roku, godzina piąta rano. Było ci zimno, ale czułeś się tak żywy jak nigdy.<br />
<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Rozgrywkę możesz dokończyć samodzielnie, z dowolnym graczem, bardem lub legendą. <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=38" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Atreus Bulstrode</a> </span></span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Atreus Bulstrode - osiągnięcie Piszę, więc jestem</div></div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Rachunek sumienia<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Śpiąca królewna</span></div>
<br />
Wszyscy w Limbie zasłabli i opadli na ziemię. Czy to miał być wasz koniec, czy po prostu wrócicie do swoich ciał, do tamtego świata? Patrick, Mavelle i Victoria przekonali się o tym o wiele szybciej niż ty - obudzili się w lecznicy zbudowanej przez Ministerstwo ledwie kilka godzin później, ale ty... twoja dusza wcale nie chciała stąd zniknąć. Ciągle otwierałeś i zamykałeś oczy. Raz widziałeś Limbo - mogłeś wtedy zaobserwować, jak ciała twoich przyjaciół w zastraszającym tempie gniją, a później rozpadają się na proch. Raz widziałeś  kompletną czerń. Wydawało ci się, że gdziekolwiek cię wtedy wywiewało, miałeś zamknięte oczy, bo słyszałeś dźwięki. Czułeś zapachy charakterystyczne dla szpitala, wyłapywałeś strzępki rozmów innych Aurorów i Bones. Czułeś, jak przenoszą cię na nosze, wywożą gdzieś. Gdzie? Tego nie usłyszałeś, ale to była długa i daleka podróż, podczas której twoje ciało pozostawało sztywne, odrętwiałe, niezdolne do ruchu. Nie byłeś w stanie wydusić z siebie żadnego słowa, żadnego stęku, jęknięcia. Nie istniał sposób, abyś mógł jakkolwiek dać im znać, że jesteś tutaj i <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">żyjesz</span>, przynajmniej po części.<br />
<br />
Na szczęście nie wywieźli cię na cmentarz.<br />
<br />
Wywieźli cię do Londynu.<br />
<br />
To tam, przy Whitecroft Street, Isobell Macmillan była w stanie odprawić rytuał mający wyrwać cię z objęć tego, co zatrzymało cię pomiędzy światami. Przez następne godziny czułeś, jak ktoś bardzo delikatnie obmywa ci czoło wilgotną ścierką i poprawia twoje ułożenie na kupie pościeli rozłożonej gdzie? W pokoju, w którym było duszno od zapachu świec i kadzideł, pełnym osób, których nie znałeś. Kojarzyłeś za to Isobell - arcykapłankę kowenu, zdecydowanie najbardziej doświadczoną spirytystkę w Wielkiej Brytanii. Na tym etapie na pewno dotarło do ciebie, że Mavelle miała rację - na twój udział w tym, co działo się w innym wymiarze, było już za późno. Jeżeli ktokolwiek miał wyrwać cię z tego, w co wpakowałeś się, ryzykując wbiegnięciem tam ze złamaną ręką, to była to już zapewne wyłącznie litość bogów - ilość modlitw do Matki, jaka sięgnęła twoich uszu, dawała więc jakiś cień nadziei na to, że ci, którzy mówili o tym, jak to przed śmiercią całe życie przelatuje nam przed oczami, mylili się. Bo w oddali, w tym ogniu wciąć dostrzegałeś swoje życie. I ktoś tam chyba stał. Ktoś, kogo nie mogłeś rozpoznać, wyciągał w twoją stronę dłoń. Nie mogłeś tego wiedzieć, ale to była twoja próba. Niestety pojawiłeś się na nią za późno.<br />
<br />
Mogłeś jedynie leżeć, obserwować ogień i słuchać. A później poczułeś, jak coś ciągnie cię w górę. Dwie siły - jedna wciąż próbowała przygwoździć cię do gruntu, druga z całej siły rwała cię w górę, do widniejących na niebie słońca i księżyca. To było tak cholernie nieprzyjemne, że miałeś ochotę krzyczeć. Na całe gardło, opętańczo i nagle... krzyczałeś. W porównaniu ze wcześniejszym to było tak nowe uczucie, że potrzebowałeś jeszcze chwili na wyrwanie się z szoku. Nic nie widziałeś, ale mogłeś się odezwać. Podniosłeś się nawet do pozycji siedzącej i usłyszałeś wokół siebie wielkie poruszenie.<br />
<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">On żyje!</span> - Odezwała się jakaś kobieta. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wielka Arcykapłanko, udało się Wielkiej uratować tego człowieka, chwała Matce!</span><br />
<br />
Jeszcze długo nie mogłeś wstać. Wzrok wracał częściowo - wpierw widziałeś delikatne plamy, później coraz mocniej poszerzał ci się obszar widzenia. Ciężko było chodzić na tak odrętwiałych nogach, ale miałeś wokół siebie wianuszek pięknych panien na każde swoje skinienie. Były tobą oczarowane. Regularnie sprawdzały, czy z twoją ręką i oparzeniami już wszystko w porządku i wydawały się być wyjątkowo zaciekawione historiami z Limba, nawet jeżeli je zmyśliłeś. W twoim imieniu były gotowe przekazać informacje twojej rodzinie, żeby ktoś przyjechał tutaj i zabrał cię do domu, ale mogłeś również korzystać z gościnności Macmillanów. Tak długo, jak tego potrzebowałeś. Dla zebranych tutaj osób pracownicy Ministerstwa byli bohaterami. Odziany byłeś w bandaże i satynowy szlafrok o żenująco intensywnym, czerwonym odcieniu. Twój mundur, brudny i pocięty, spoczywał w worku w którejś z szaf znajdujących się w pokoju, w którym cię umieszczono. Sieć Fiuu nie działała, nie mogłeś się też teleportować. Minie jeszcze kilka dni, zanim całkowicie zrosną ci się kości w palcach. Oparzenia zniknęły niemal całkowicie, (być może ku twojemu rozczarowaniu) nie pozostawiając na skórze żadnej seksownej blizny.<br />
<br />
To była środa, 3 maja 1972 roku, godzina piąta rano. Było ci zimno, ale czułeś się tak żywy jak nigdy.<br />
<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Rozgrywkę możesz dokończyć samodzielnie, z dowolnym graczem, bardem lub legendą. <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=38" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Atreus Bulstrode</a> </span></span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[1 maja 1972 / Effimery i Sarah / Kowen]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1186</link>
			<pubDate>Sat, 25 Mar 2023 13:03:05 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=235">Effimery Trelawney</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1186</guid>
			<description><![CDATA[<h1>1 maja 1972<br />
<span style="font-size: large;" class="mycode_size">Ulica Whitecroft, kowen </span><br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Effimery Trelawney i Sarah Macmillan</span></h1><br />
<p>Boso przemierzała arkana polany; wianek wydatny na burzy złocistych loków chwiał się subtelnie pod wpływem mocniejszych podmuchów wiatru i choć koślawa sylwetka zdawała się być porwaną przez wicher na przestrzeni sekund, trwała niezmiennie wśród pstrokatej zieleni, żaru ognisk, dymu wzbijanego przez słupy ognia – choć maj rozpostarł swoje połacie wśród pogody przychylnej i słonecznej, zachowując oddech ciepła nawet po zmierzchu, gdy słońce chowało się za horyzontem, pozostawiając po swojej obecności jedynie ślad pomarańczy. Biała sukienka owijała się wokół szczupakowatej sylwetki, podkreślając wielokroć to, czym była – nieskalaną niewinnością.</p>
<p>Uśmiech przecież lawirował na jej wargach, gdy odchylała głowę ku niebu, zaklinając to podszycie ziemskie, które miało niebawem upstrzyć się oczkami gwiazd. Ochocze tańce, salwy radości i wszechobecna atmosfera miłości – nie potrzebowała niczego więcej, aby rzeczywistość wycięła przed nią gładki pas startowy. I choć znalazła się tam samotnie, chybocząc się niepewnie pod dotykiem wiatru i szumem listowia, nie żałowała. Prawdopodobnie tego potrzebowała do nagłego paroksyzmu radości – czasu spędzonego w samotności; w absolutnym zaciszu własnego umysłu.</p>
<p>Nikt nie spodziewał się, iż metaforyczne bramy Hadesu otworzą się na sielskiej polanie; że momentalnie ludzie wpadną w tak dalece posunięty popłoch, że nieomal się nie pozabijają, umykając ze skalanej czarnomagicznie zieleni. Rozejrzała się gwałtownie, przeciskając się między wiodącymi paniką ludźmi, gdy nagle ktoś ją złapał za nadgarstek.</p>
<p>Odwróciła się w stronę nagłego dotyku, widząc kuzynkę trzymaną w okowach przez wuja; próbowała wyszarpnąć rękę z oków zaciskających się na mlecznej skórze, ten jednak już wypowiadał inkantację.</p>
<p> – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie możemy ich tak zostawić! Alastor…</span> – krzyknęła, odnajdując wzrokiem w tłumie sylwetkę kuzyna; najbliższej jej osoby na tym padole łez.</p>
<p>Nim jednak się wywinęła, nim wyrwała dłoń z uścisku, nim poczęła krzyczeć gwałtownie, a oczy przeszkliły się łzami, które prędko zaczęły spływać po policzkach, torując sobie szklistą drogę, znalazła się w pokoju Sary wraz z nią we własnej osobie.</p>
<p>Surowy chrzęst zamykanych z rozmachu drzwi poniósł się echem po pokoju, a potraktowane odpowiednim zaklęciem, pozostawały niemożliwe do otworzenia.</p>
<p> – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Saro, boże, Saro</span> – zaczęła chlipać. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Alastor tam został. Muszę tam wrócić, muszę ochronić go, tak jak on zawsze chronił mnie. Nie możemy zostawić tych ludzi na pastwę losu, proszę, wymyślmy coś</span> – rzekła głosem drżącym, łamiącym się w swoich ryzach.</p>
<p>Poczęła krążyć po rozległym pokoju, do którego tylko wątłe światło księżyca wpadało przez gargantuiczne okiennice. Swą wędrówkę uprawiała nieustannie, aż zrezygnowana, zmęczona i wystraszona usiadła na łóżku.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1>1 maja 1972<br />
<span style="font-size: large;" class="mycode_size">Ulica Whitecroft, kowen </span><br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Effimery Trelawney i Sarah Macmillan</span></h1><br />
<p>Boso przemierzała arkana polany; wianek wydatny na burzy złocistych loków chwiał się subtelnie pod wpływem mocniejszych podmuchów wiatru i choć koślawa sylwetka zdawała się być porwaną przez wicher na przestrzeni sekund, trwała niezmiennie wśród pstrokatej zieleni, żaru ognisk, dymu wzbijanego przez słupy ognia – choć maj rozpostarł swoje połacie wśród pogody przychylnej i słonecznej, zachowując oddech ciepła nawet po zmierzchu, gdy słońce chowało się za horyzontem, pozostawiając po swojej obecności jedynie ślad pomarańczy. Biała sukienka owijała się wokół szczupakowatej sylwetki, podkreślając wielokroć to, czym była – nieskalaną niewinnością.</p>
<p>Uśmiech przecież lawirował na jej wargach, gdy odchylała głowę ku niebu, zaklinając to podszycie ziemskie, które miało niebawem upstrzyć się oczkami gwiazd. Ochocze tańce, salwy radości i wszechobecna atmosfera miłości – nie potrzebowała niczego więcej, aby rzeczywistość wycięła przed nią gładki pas startowy. I choć znalazła się tam samotnie, chybocząc się niepewnie pod dotykiem wiatru i szumem listowia, nie żałowała. Prawdopodobnie tego potrzebowała do nagłego paroksyzmu radości – czasu spędzonego w samotności; w absolutnym zaciszu własnego umysłu.</p>
<p>Nikt nie spodziewał się, iż metaforyczne bramy Hadesu otworzą się na sielskiej polanie; że momentalnie ludzie wpadną w tak dalece posunięty popłoch, że nieomal się nie pozabijają, umykając ze skalanej czarnomagicznie zieleni. Rozejrzała się gwałtownie, przeciskając się między wiodącymi paniką ludźmi, gdy nagle ktoś ją złapał za nadgarstek.</p>
<p>Odwróciła się w stronę nagłego dotyku, widząc kuzynkę trzymaną w okowach przez wuja; próbowała wyszarpnąć rękę z oków zaciskających się na mlecznej skórze, ten jednak już wypowiadał inkantację.</p>
<p> – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie możemy ich tak zostawić! Alastor…</span> – krzyknęła, odnajdując wzrokiem w tłumie sylwetkę kuzyna; najbliższej jej osoby na tym padole łez.</p>
<p>Nim jednak się wywinęła, nim wyrwała dłoń z uścisku, nim poczęła krzyczeć gwałtownie, a oczy przeszkliły się łzami, które prędko zaczęły spływać po policzkach, torując sobie szklistą drogę, znalazła się w pokoju Sary wraz z nią we własnej osobie.</p>
<p>Surowy chrzęst zamykanych z rozmachu drzwi poniósł się echem po pokoju, a potraktowane odpowiednim zaklęciem, pozostawały niemożliwe do otworzenia.</p>
<p> – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Saro, boże, Saro</span> – zaczęła chlipać. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Alastor tam został. Muszę tam wrócić, muszę ochronić go, tak jak on zawsze chronił mnie. Nie możemy zostawić tych ludzi na pastwę losu, proszę, wymyślmy coś</span> – rzekła głosem drżącym, łamiącym się w swoich ryzach.</p>
<p>Poczęła krążyć po rozległym pokoju, do którego tylko wątłe światło księżyca wpadało przez gargantuiczne okiennice. Swą wędrówkę uprawiała nieustannie, aż zrezygnowana, zmęczona i wystraszona usiadła na łóżku.</p>]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>