<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Brighton]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Sat, 18 Apr 2026 04:08:38 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[[9.10] Ratunku, w mojej garderobie jest obcy facet]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5674</link>
			<pubDate>Fri, 30 Jan 2026 18:35:27 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=458">Charlotte Kelly</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5674</guid>
			<description><![CDATA[Istniały rzeczy, które po prostu wiedziałeś.<br />
Charlotte Kelly na przykład zawsze wiedziała, że gdyby była mężczyzną, byłaby najprzystojniejszym ze wszystkich mężczyzn. I gdy po raz drugi w krótkim czasie wpadła na pewnego złośliwego poltergeista, mogła się przekonać, że miała rację. Idealna, męska szczęka, idealna muskulatura, idealna, blond czupryna, bez śladów zakoli czy siwizny - no po prostu Charlotte nie potrafiła nie być idealna, nawet kiedy zamieniano jej płeć.<br />
To przyjęła z pewną satysfakcją.<br />
Z pewną irytacją za to fakt, że już jej sukienka na tej szerokiej klatce piersiowej nie leżała idealnie. Kelly po prostu nie mogła tego znieść i to nie dlatego, że ludzie dziwnie na nią patrzyli, gdy kilka guzików puściło, a potem - o zgrozo - materiał jeszcze rozerwał się na biodrze. Pozostawało więc jej jedynie szybko teleportować się do Brighton i zrobić jedyną rozsądną w takiej sytuacji rzecz czyli ukraść ubrania Jonathana i potem ruszyć odkrywać uroki bycia mężczyzną. Wiedziała już po tym ostatnim przypadku, że to wszystko pewnie samo minie, nie zamierzała więc się przejmować, skoro mogła się trochę pobawić.<br />
Wparowała do garderoby Selwyna w swoim nowym wydaniu, porzuciła szpilki (które musiała zdjąć, bo noga też się jej zwiększyła i nie dało się na nich chodzić), rzuciła gdzieś na podłogę porwaną sukienkę, przez jakieś pięć minut podziwiała samą siebie w lustrze (jako kobieta wyglądała lepiej, ale uważała, że nie istniał mężczyzna, który wyglądałby lepiej i zdecydowanie biła Jonathana), a potem pożyczyła sobie spodnie. Z koszulą miała jednak trochę większe problemy, bo po pierwsze niektóre były za ciasne, po drugie, ona i Jonathan mieli trochę inną kolorystykę, po trzecie przecież takich rzeczy nie wybiera się na hop siup, zwłaszcza że to była jedyna jej okazja, aby wystroić się w ten sposób. Wywlekła więc ich kilka i teraz przyglądała się jednej po drugiej, usiłując dobrać taką, która będzie dobra rozmiarowo i najlepiej podkreśli barwę jej oczu.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Istniały rzeczy, które po prostu wiedziałeś.<br />
Charlotte Kelly na przykład zawsze wiedziała, że gdyby była mężczyzną, byłaby najprzystojniejszym ze wszystkich mężczyzn. I gdy po raz drugi w krótkim czasie wpadła na pewnego złośliwego poltergeista, mogła się przekonać, że miała rację. Idealna, męska szczęka, idealna muskulatura, idealna, blond czupryna, bez śladów zakoli czy siwizny - no po prostu Charlotte nie potrafiła nie być idealna, nawet kiedy zamieniano jej płeć.<br />
To przyjęła z pewną satysfakcją.<br />
Z pewną irytacją za to fakt, że już jej sukienka na tej szerokiej klatce piersiowej nie leżała idealnie. Kelly po prostu nie mogła tego znieść i to nie dlatego, że ludzie dziwnie na nią patrzyli, gdy kilka guzików puściło, a potem - o zgrozo - materiał jeszcze rozerwał się na biodrze. Pozostawało więc jej jedynie szybko teleportować się do Brighton i zrobić jedyną rozsądną w takiej sytuacji rzecz czyli ukraść ubrania Jonathana i potem ruszyć odkrywać uroki bycia mężczyzną. Wiedziała już po tym ostatnim przypadku, że to wszystko pewnie samo minie, nie zamierzała więc się przejmować, skoro mogła się trochę pobawić.<br />
Wparowała do garderoby Selwyna w swoim nowym wydaniu, porzuciła szpilki (które musiała zdjąć, bo noga też się jej zwiększyła i nie dało się na nich chodzić), rzuciła gdzieś na podłogę porwaną sukienkę, przez jakieś pięć minut podziwiała samą siebie w lustrze (jako kobieta wyglądała lepiej, ale uważała, że nie istniał mężczyzna, który wyglądałby lepiej i zdecydowanie biła Jonathana), a potem pożyczyła sobie spodnie. Z koszulą miała jednak trochę większe problemy, bo po pierwsze niektóre były za ciasne, po drugie, ona i Jonathan mieli trochę inną kolorystykę, po trzecie przecież takich rzeczy nie wybiera się na hop siup, zwłaszcza że to była jedyna jej okazja, aby wystroić się w ten sposób. Wywlekła więc ich kilka i teraz przyglądała się jednej po drugiej, usiłując dobrać taką, która będzie dobra rozmiarowo i najlepiej podkreśli barwę jej oczu.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Brighton, 16.10.1972] Bądź ozdrowiony(a) | Elliott & Primrose]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5634</link>
			<pubDate>Mon, 19 Jan 2026 22:27:08 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=37">Elliott Malfoy</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5634</guid>
			<description><![CDATA[Szum morza i resztki letniego słońca. Kamienne plaże Brighton bywały chłodne nawet w środku sezonu. <br />
<br />
Lokal był przyjemny, musiał to babci przyznać. W przeciwieństwie do rodziców, starała się słuchać, co do niej mówił. We wszystkich kwestiach, poza tą jedną, w której chciałby być wysłuchany. Nie można mieć wszystkiego, prawda?<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">'Eliasz, jak dziecko ma się dobrze rozwinąć bez matki? Rozumiem żałobę, ale musisz myśleć o synu. Twoja matka nie była w stanie sprostać swoim zadaniom i musieliśmy się z dziadkiem wtrącać, chyba nie chcesz tego dla Nicholasa?'</span><br />
<br />
Melodyjny, delikatnie uszczerbiony wiekiem głos przesuwał się po myślach, jak dłonie po odpowiednich strunach - wiedział, że dłonie nianiek i guwernantek są równie chłodne, co popiersia marmurowych posągów. <br />
<br />
Mówił, a własne słowa zdawały się wypełniać pomieszczenie wraz z dymem cudzej cygaretki. Używał wypowiedzi jako zapełnienia przestrzeni, nie wiedząc na co powinien się nastawić; rozważał czy w ogóle chciał mieć z siedzącą na przeciwko Primrose cokolwiek wspólnego, a przede wszystkim, czy ona chciała. Miała śliczną buzię, ale to ciężkie od złota oczy wydawały się przyciągać go najbardziej - czy też musiała wysłuchać babcinych bądź matczynych argumentów, aby usiąść przy okrągłym stoliku ukrytego w <a href="https://en.wikipedia.org/wiki/Royal_Pavilion" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">saraceńskim pawilonie</a> lokalu?<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- I wtedy zostałem kanclerzem skarbu - </span>podsumował, milknąc na widok poruszenia na dotąd nieskazitelnej tafli twarzy.<br />
<br />
[inny avek]https://i.imgur.com/lQiwnVk.jpeg[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Szum morza i resztki letniego słońca. Kamienne plaże Brighton bywały chłodne nawet w środku sezonu. <br />
<br />
Lokal był przyjemny, musiał to babci przyznać. W przeciwieństwie do rodziców, starała się słuchać, co do niej mówił. We wszystkich kwestiach, poza tą jedną, w której chciałby być wysłuchany. Nie można mieć wszystkiego, prawda?<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">'Eliasz, jak dziecko ma się dobrze rozwinąć bez matki? Rozumiem żałobę, ale musisz myśleć o synu. Twoja matka nie była w stanie sprostać swoim zadaniom i musieliśmy się z dziadkiem wtrącać, chyba nie chcesz tego dla Nicholasa?'</span><br />
<br />
Melodyjny, delikatnie uszczerbiony wiekiem głos przesuwał się po myślach, jak dłonie po odpowiednich strunach - wiedział, że dłonie nianiek i guwernantek są równie chłodne, co popiersia marmurowych posągów. <br />
<br />
Mówił, a własne słowa zdawały się wypełniać pomieszczenie wraz z dymem cudzej cygaretki. Używał wypowiedzi jako zapełnienia przestrzeni, nie wiedząc na co powinien się nastawić; rozważał czy w ogóle chciał mieć z siedzącą na przeciwko Primrose cokolwiek wspólnego, a przede wszystkim, czy ona chciała. Miała śliczną buzię, ale to ciężkie od złota oczy wydawały się przyciągać go najbardziej - czy też musiała wysłuchać babcinych bądź matczynych argumentów, aby usiąść przy okrągłym stoliku ukrytego w <a href="https://en.wikipedia.org/wiki/Royal_Pavilion" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">saraceńskim pawilonie</a> lokalu?<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- I wtedy zostałem kanclerzem skarbu - </span>podsumował, milknąc na widok poruszenia na dotąd nieskazitelnej tafli twarzy.<br />
<br />
[inny avek]https://i.imgur.com/lQiwnVk.jpeg[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[wieczór, 04/10/1972] Możemy porozmawiać?]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5621</link>
			<pubDate>Sat, 17 Jan 2026 15:29:36 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=468">Jessie Kelly</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5621</guid>
			<description><![CDATA[Do domu wrócił całkiem późno - tak kilka godzin później, niż przewidywały jego godziny pracy. Nie, gobliny nie przymusiły go do robienia nadgodzin. Po zakończeniu pracy nie wrócił do domu, a pokręcił się po sklepach, wypatrując czegoś, co nadałoby się na prezent dla jego bliźniaczki. I tak od sklepu do sklepu, aż zauważył, że już się ściemniało i pomyślał, że powinien już wrócić do domu.<br />
<br />
Od progu przywitał go Benji, który słysząc, że drzwi wejściowe się otwierały, zaczął szczekać głośno i przebiegł dystans z któregoś pokoju do wejścia w rekordowym tempie. Jessie uśmiechnął się i kucnął, żeby przywitać się ze stęsknionym psiakiem.<br />
<br />
Zauważył swoją mamę. Pewnie powinien się przywitać, może powiedzieć, dlaczego wrócił do domu o wiele później, niż powinien - nawet jeśli był już dorosły i w sumie nie musiał się z niczego tłumaczyć, to czasy były niepewne, a oni nie należeli do grona osób, które mogły cieszyć się pewnością bezpieczeństwa.<br />
<br />
Nie przywitał się jednak, ani nie powiedział, co go zatrzymało na tak długo. Jego myśli powędrowały do wspomnień sprzed zaledwie dwóch dni - do spotkania z Jonathanem i Hannibalem, do którego niespodziewanie dołączył Gabriel. Potem do występów Muzy - porównywał to, co podczas jednego i drugiego spotkania powiedział mu Jonathan. Wrócił myślami do lipca, do jego rozmowy również z Jonathanem, do jego prośby i do warunku, który postawił mu jego chrzestny.<br />
<br />
Każde z nich coś ukrywało. Nie byli przecież dziećmi, które dzieliły się wszystkimi swoimi myślami i przeżyciami, nie rozumiejąc jeszcze, że nie zawsze i nie z każdym powinny się takimi informacjami dzielić - byli dorośli, niejedno już widzieli i przeżyli, a to wcale nie wpływało dobrze na otwartość do świata. Jessie poczuł w żołądku ścisk - nie było łatwo ukrywać rzeczy przed Charlotte, która zawsze znajdowała sposoby, by się o czymś dowiedzieć. Z drugiej jednak strony, ona sama nie dzieliła się z nimi wszystkim i w głowie Jessiego znowu pojawiła się ta irytująca myśl <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jak dużo nam nie mówicie?</span><br />
A może Charlotte nie mówiła tylko jemu?<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Wiedziałaś, że Jonathan przyjaźni się z wampirem?</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Do domu wrócił całkiem późno - tak kilka godzin później, niż przewidywały jego godziny pracy. Nie, gobliny nie przymusiły go do robienia nadgodzin. Po zakończeniu pracy nie wrócił do domu, a pokręcił się po sklepach, wypatrując czegoś, co nadałoby się na prezent dla jego bliźniaczki. I tak od sklepu do sklepu, aż zauważył, że już się ściemniało i pomyślał, że powinien już wrócić do domu.<br />
<br />
Od progu przywitał go Benji, który słysząc, że drzwi wejściowe się otwierały, zaczął szczekać głośno i przebiegł dystans z któregoś pokoju do wejścia w rekordowym tempie. Jessie uśmiechnął się i kucnął, żeby przywitać się ze stęsknionym psiakiem.<br />
<br />
Zauważył swoją mamę. Pewnie powinien się przywitać, może powiedzieć, dlaczego wrócił do domu o wiele później, niż powinien - nawet jeśli był już dorosły i w sumie nie musiał się z niczego tłumaczyć, to czasy były niepewne, a oni nie należeli do grona osób, które mogły cieszyć się pewnością bezpieczeństwa.<br />
<br />
Nie przywitał się jednak, ani nie powiedział, co go zatrzymało na tak długo. Jego myśli powędrowały do wspomnień sprzed zaledwie dwóch dni - do spotkania z Jonathanem i Hannibalem, do którego niespodziewanie dołączył Gabriel. Potem do występów Muzy - porównywał to, co podczas jednego i drugiego spotkania powiedział mu Jonathan. Wrócił myślami do lipca, do jego rozmowy również z Jonathanem, do jego prośby i do warunku, który postawił mu jego chrzestny.<br />
<br />
Każde z nich coś ukrywało. Nie byli przecież dziećmi, które dzieliły się wszystkimi swoimi myślami i przeżyciami, nie rozumiejąc jeszcze, że nie zawsze i nie z każdym powinny się takimi informacjami dzielić - byli dorośli, niejedno już widzieli i przeżyli, a to wcale nie wpływało dobrze na otwartość do świata. Jessie poczuł w żołądku ścisk - nie było łatwo ukrywać rzeczy przed Charlotte, która zawsze znajdowała sposoby, by się o czymś dowiedzieć. Z drugiej jednak strony, ona sama nie dzieliła się z nimi wszystkim i w głowie Jessiego znowu pojawiła się ta irytująca myśl <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jak dużo nam nie mówicie?</span><br />
A może Charlotte nie mówiła tylko jemu?<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Wiedziałaś, że Jonathan przyjaźni się z wampirem?</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[01/10/1972, domek na wybrzeżu] Oh, another world!]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5568</link>
			<pubDate>Fri, 02 Jan 2026 18:20:03 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=468">Jessie Kelly</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5568</guid>
			<description><![CDATA[Gdyby ktoś go teraz zobaczył, pewnie by się zdziwił. Znaczy, niczym dziwnym było przyglądanie się w sobie w lustrze, nawet jeśli to przeglądanie się trwało dłużej, niż zajmuje poprawienie włosów, ale <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">tak dokładne</span> przyglądanie się swojemu odbiciu pasował bardziej do Jonathana i Charlotte, niż do Jessiego. I nie, nie nabrał od swojego chrzestnego ani od matki tego zwyczaju przeglądania się w każdym lustrze, żeby upewnić się, że wyglądał wspaniale. Powód był inny i ten powód bolał go w serduszko już od kilku dni.<br />
Shelby, jego znajomy z pracy, znalazł u niego pierwszego siwego włosa! Siwego!<br />
Więc tak, Jessie wstał tego dnia wyjątkowo wcześnie, chociaż z Hannibalem i Electrą siedział do późnej godziny, i zamiast iść do kuchni, żeby przygotować jakieś śniadanie, zatrzymał się przed tym cholernym lustrem i i zaczął szukać na swojej głowie kolejnych siwych włosów, jeżeli te postanowiły się pojawić. Na razie, żadnego nie znalazł, ale to wcale go nie uspokoiło, bo przecież te skurczybyki potrafiły się dobrze chować.<br />
Od wyjścia z pokoju czuł w powietrzu coś dziwnego. Może znowu przypałętał im się jakiś duch i Rita okadzała dom? A może Charlotte zaczęła używać jakichś innych perfum, tym razem wyjątkowo mocnych i utrzymujących się dłużej, niż powinny? W powietrzu było coś, co strasznie kręciło go w nosie. Coraz bardziej i coraz bardziej, aż w końcu kichnął potężnie, przydzwaniając czołem w lustro, w którym do tej pory się przeglądał.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Ugh...</span> - syknął, pocierając palcami czoło.<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> -Dobra, już się kończę stroić.</span><br />
Mruknął coś jeszcze pod nosem i chciał już iść do tej kuchni, kiedy w pobliskiej łazience rozległ się niepokojący dźwięk i znajomy głos. Zaniepokojony, Jessie podbiegł do łazienki i zapukał do drzwi.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Electra?</span>- zawołał.<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> -Wszystko w porządku? Co się stało?</span><br />
Czy jemu się zdawało, czy korytarz nagle stało się jakiś... ciemniejszy?<br />
...Inny?]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Gdyby ktoś go teraz zobaczył, pewnie by się zdziwił. Znaczy, niczym dziwnym było przyglądanie się w sobie w lustrze, nawet jeśli to przeglądanie się trwało dłużej, niż zajmuje poprawienie włosów, ale <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">tak dokładne</span> przyglądanie się swojemu odbiciu pasował bardziej do Jonathana i Charlotte, niż do Jessiego. I nie, nie nabrał od swojego chrzestnego ani od matki tego zwyczaju przeglądania się w każdym lustrze, żeby upewnić się, że wyglądał wspaniale. Powód był inny i ten powód bolał go w serduszko już od kilku dni.<br />
Shelby, jego znajomy z pracy, znalazł u niego pierwszego siwego włosa! Siwego!<br />
Więc tak, Jessie wstał tego dnia wyjątkowo wcześnie, chociaż z Hannibalem i Electrą siedział do późnej godziny, i zamiast iść do kuchni, żeby przygotować jakieś śniadanie, zatrzymał się przed tym cholernym lustrem i i zaczął szukać na swojej głowie kolejnych siwych włosów, jeżeli te postanowiły się pojawić. Na razie, żadnego nie znalazł, ale to wcale go nie uspokoiło, bo przecież te skurczybyki potrafiły się dobrze chować.<br />
Od wyjścia z pokoju czuł w powietrzu coś dziwnego. Może znowu przypałętał im się jakiś duch i Rita okadzała dom? A może Charlotte zaczęła używać jakichś innych perfum, tym razem wyjątkowo mocnych i utrzymujących się dłużej, niż powinny? W powietrzu było coś, co strasznie kręciło go w nosie. Coraz bardziej i coraz bardziej, aż w końcu kichnął potężnie, przydzwaniając czołem w lustro, w którym do tej pory się przeglądał.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Ugh...</span> - syknął, pocierając palcami czoło.<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> -Dobra, już się kończę stroić.</span><br />
Mruknął coś jeszcze pod nosem i chciał już iść do tej kuchni, kiedy w pobliskiej łazience rozległ się niepokojący dźwięk i znajomy głos. Zaniepokojony, Jessie podbiegł do łazienki i zapukał do drzwi.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Electra?</span>- zawołał.<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> -Wszystko w porządku? Co się stało?</span><br />
Czy jemu się zdawało, czy korytarz nagle stało się jakiś... ciemniejszy?<br />
...Inny?]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[07/10/1972, domek na wybrzeżu] Vanilla, chocolate, honey with a cherry on top]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5494</link>
			<pubDate>Mon, 15 Dec 2025 21:07:19 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=468">Jessie Kelly</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5494</guid>
			<description><![CDATA[Sukcesy i po prostu dobrze zdarzenia należało celebrować, a jednym ze sposób celebracji jest dzielenie się smakołykami, prawda?<br />
<br />
Była sobota, jeszcze dość rano, więc nikomu raczej nie powinno przeszkadzać, że eksperymentował sobie w kuchni (jak do tej pory jego eksperymenty w kuchni nie kończyły się niczym dobrym, ale czy był w pobliżu ktoś, kto byłby w stanie go powstrzymać?). Pomysł ze spróbowaniem upieczenia placka z jagodami pojawił się w jego głowie jakieś dwa dni wcześniej, kiedy któryś z Klątwołamaczy w banku opowiadał o takim właśnie placku, który przygotowała jego żona do kolacji, podczas której ogłosiła, że spodziewają się dziecka. Jessie co prawda dziecka się nie spodziewał, ale miał swój mały powód do radości i świętowania.<br />
<br />
Świadkiem jego kuchennych rewolucji był jedynie pies Benji, wcześniej wyprowadzony na długi spacer, nakarmiony i rozleniwiony, teraz leżący w wejściu do kuchni i obserwujący z ciekawością i zaniepokojeniem, jak jego pan szykował wszystkie składniki i naczynia, potrzebne mu do przygotowania deseru.<br />
Przepis, którym Jessie miał zamiar się posłużyć, był spisany na kartce, szybkim, nie do końca czytelnym pismem znajomego, który poprawiał w niektórych miejscach wcześniej zapisane przez siebie słowa, przez co tekst w niektórych miejscach był trudny do rozszyfrowania. To było 3 czy 7? Czemu ktoś napisał 7/3cich szklanki cukru? Nie łatwiej było napisać 2 szklanki i 1/3cia? Całkiem dużo tego cukru, ale kim on był, żeby kwestionować przepis? A może powinien dodać tego cukru mniej?<br />
<br />
Jajka wbite do miski. Teraz należało je ubić, dodając do niej cukier, aż masa stanie się jasna i puszysta. Wydawało się całkiem proste, a potem Jessie wziął trzepaczkę i zaczął wątpić w słuszność swojej decyzji. Ręka dość szybko zaczęła go boleć, ale dzielnie trzepał jajka z cukrem, dopóki masa nie nabrała odpowiedniej konsystencji i koloru.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Teraz olej</span> - powiedział z mniejszym entuzjazmem, niż od siebie wymagał, sięgając po szklankę, do której wcześniej nalał oleju.<br />
Wlewał go cienkim strumieniem, cały czas mieszając masę i przeklinając wszystkie siły, które spamiętał, że otworzyły mu drogę do kuchni. Po dodaniu oleju mógł wreszcie odstawić trzepaczkę (następnym razem jednak użyje do tego magii!!), ale nie był to koniec przygotowywania ciasta. Trzeba było przecież jeszcze dodać mleko i mąkę. To już mógł wymieszać łyżką, z tego, co mówił mu przepis. Mieszał więc ciasto powoli, dokładnie, ze zmarszczonym czołem, ale bez wystawionego języka, aż składniki połączyły się ze sobą. Z westchnięciem pełnym ulgi odstawił miskę z gotową masą, obok położył łyżkę i odwrócił się do wciąż leżącego Benjiego.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Widzisz? Nic nie zepsułem. Może to pieczenie wcale nie jest takie trudne, jak myślałem?</span><br />
Benji grzecznie zamerdał ogonem, ale nie wyglądał na przekonanego.<br />
<br />
Jagody, na szczęście, przygotował już wcześniej, więc teraz wystarczyło tylko wylać sok, które zdążyły puścić i przygotować formę. Blachę wysmarował pozostałością oleju, obsypał środek bułką tartą i wlał go środka wyrobioną masę, którą obsypał gęsto przygotowanymi jagodami.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Hej, wygląda całkiem nieźle</span> - powiedział jednocześnie zaskoczony i dumny z siebie.<br />
Pozostało jeszcze upieczenie tego ciasta, czyli coś, do czego Jessie do tej pory wolał się nie bać. Formę z ciastem wstawiał do piekarnika powoli i ostrożnie, uważając, by jego ruchy jak najmniej wstrząsały ciastek, jakby to właśnie to mogło zepsuć całą jego pracę. Ciasto wylądowało w piekarniku i pozostało poczekać, aż się upiecze i zobaczyć, co z tego wyjdzie.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Rzut na Rzemiosło</span><br />
[roll=T]<br />
<br />
To było...<br />
<br />
Najdłuższe...<br />
<br />
40 minut...<br />
<br />
W jego życiu!<br />
<br />
I jedno z najbardziej niepokojących i co 5 minut zaglądał do kuchni i do piekarnika, czy wszystko na pewno było w porządku i czy na pewno ciasto nie zaczyna się przypalać. Nadszedł wreszcie czas, kiedy miał wyłączyć piekarnik. Odczekał chwilę, tak dla pewności, zanim otworzył piekarnik i wbił nóż (jak kazał przepis), żeby sprawdzić, czy ciasto nie było w środku wilgotne. Nie było i Jessie prawie krzyknął z zadowolenia. Powstrzymał się jednak, w razie gdyby miało to kogoś obudzić.<br />
<br />
Był z siebie dumny. Naprawdę. Nie pamiętał, kiedy ostatnio czuł się z siebie taki dumny, ale aż sam siebie poklepał po ramieniu, wpatrując się w parujące jeszcze ciasto, które... po prostu mu się udało.<br />
<br />
Czekając, aż ciasto ostygnie, prawie zasnął na kuchennym krześle, ale obudził go donośny, pojedynczy szczek Benjiego, przez który prawie z tego krzesła spadł.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-No już, przecież nie spałem</span> - powiedział, trochę naburmuszony przez psią zdradę. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Złośnik.</span><br />
W kwestii dekorowania ciasta, nie miał zamiast wydziwiać i tworzyć nie wiadomo jakich dzieł sztuki wątpliwej jakości. Postawił więc na cukier puder, którym obsypał ciasto na tyle szczodrze, żeby faktycznie stworzyło ładny puch, ale na tyle skromnie, żeby nie przesłodzić ciasta i nie przytłumić smaku jagód.<br />
Ciasto było już gotowe. Jessie posprzątał po swojej robocie, postawił ciasto na stole, odkroił sobie kawałek, póki jeszcze było przyjemnie ciepłe, i wyszedł z kuchni, a Benji podreptał za nim. Senny się zrobił.<br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Sukcesy i po prostu dobrze zdarzenia należało celebrować, a jednym ze sposób celebracji jest dzielenie się smakołykami, prawda?<br />
<br />
Była sobota, jeszcze dość rano, więc nikomu raczej nie powinno przeszkadzać, że eksperymentował sobie w kuchni (jak do tej pory jego eksperymenty w kuchni nie kończyły się niczym dobrym, ale czy był w pobliżu ktoś, kto byłby w stanie go powstrzymać?). Pomysł ze spróbowaniem upieczenia placka z jagodami pojawił się w jego głowie jakieś dwa dni wcześniej, kiedy któryś z Klątwołamaczy w banku opowiadał o takim właśnie placku, który przygotowała jego żona do kolacji, podczas której ogłosiła, że spodziewają się dziecka. Jessie co prawda dziecka się nie spodziewał, ale miał swój mały powód do radości i świętowania.<br />
<br />
Świadkiem jego kuchennych rewolucji był jedynie pies Benji, wcześniej wyprowadzony na długi spacer, nakarmiony i rozleniwiony, teraz leżący w wejściu do kuchni i obserwujący z ciekawością i zaniepokojeniem, jak jego pan szykował wszystkie składniki i naczynia, potrzebne mu do przygotowania deseru.<br />
Przepis, którym Jessie miał zamiar się posłużyć, był spisany na kartce, szybkim, nie do końca czytelnym pismem znajomego, który poprawiał w niektórych miejscach wcześniej zapisane przez siebie słowa, przez co tekst w niektórych miejscach był trudny do rozszyfrowania. To było 3 czy 7? Czemu ktoś napisał 7/3cich szklanki cukru? Nie łatwiej było napisać 2 szklanki i 1/3cia? Całkiem dużo tego cukru, ale kim on był, żeby kwestionować przepis? A może powinien dodać tego cukru mniej?<br />
<br />
Jajka wbite do miski. Teraz należało je ubić, dodając do niej cukier, aż masa stanie się jasna i puszysta. Wydawało się całkiem proste, a potem Jessie wziął trzepaczkę i zaczął wątpić w słuszność swojej decyzji. Ręka dość szybko zaczęła go boleć, ale dzielnie trzepał jajka z cukrem, dopóki masa nie nabrała odpowiedniej konsystencji i koloru.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Teraz olej</span> - powiedział z mniejszym entuzjazmem, niż od siebie wymagał, sięgając po szklankę, do której wcześniej nalał oleju.<br />
Wlewał go cienkim strumieniem, cały czas mieszając masę i przeklinając wszystkie siły, które spamiętał, że otworzyły mu drogę do kuchni. Po dodaniu oleju mógł wreszcie odstawić trzepaczkę (następnym razem jednak użyje do tego magii!!), ale nie był to koniec przygotowywania ciasta. Trzeba było przecież jeszcze dodać mleko i mąkę. To już mógł wymieszać łyżką, z tego, co mówił mu przepis. Mieszał więc ciasto powoli, dokładnie, ze zmarszczonym czołem, ale bez wystawionego języka, aż składniki połączyły się ze sobą. Z westchnięciem pełnym ulgi odstawił miskę z gotową masą, obok położył łyżkę i odwrócił się do wciąż leżącego Benjiego.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Widzisz? Nic nie zepsułem. Może to pieczenie wcale nie jest takie trudne, jak myślałem?</span><br />
Benji grzecznie zamerdał ogonem, ale nie wyglądał na przekonanego.<br />
<br />
Jagody, na szczęście, przygotował już wcześniej, więc teraz wystarczyło tylko wylać sok, które zdążyły puścić i przygotować formę. Blachę wysmarował pozostałością oleju, obsypał środek bułką tartą i wlał go środka wyrobioną masę, którą obsypał gęsto przygotowanymi jagodami.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Hej, wygląda całkiem nieźle</span> - powiedział jednocześnie zaskoczony i dumny z siebie.<br />
Pozostało jeszcze upieczenie tego ciasta, czyli coś, do czego Jessie do tej pory wolał się nie bać. Formę z ciastem wstawiał do piekarnika powoli i ostrożnie, uważając, by jego ruchy jak najmniej wstrząsały ciastek, jakby to właśnie to mogło zepsuć całą jego pracę. Ciasto wylądowało w piekarniku i pozostało poczekać, aż się upiecze i zobaczyć, co z tego wyjdzie.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Rzut na Rzemiosło</span><br />
[roll=T]<br />
<br />
To było...<br />
<br />
Najdłuższe...<br />
<br />
40 minut...<br />
<br />
W jego życiu!<br />
<br />
I jedno z najbardziej niepokojących i co 5 minut zaglądał do kuchni i do piekarnika, czy wszystko na pewno było w porządku i czy na pewno ciasto nie zaczyna się przypalać. Nadszedł wreszcie czas, kiedy miał wyłączyć piekarnik. Odczekał chwilę, tak dla pewności, zanim otworzył piekarnik i wbił nóż (jak kazał przepis), żeby sprawdzić, czy ciasto nie było w środku wilgotne. Nie było i Jessie prawie krzyknął z zadowolenia. Powstrzymał się jednak, w razie gdyby miało to kogoś obudzić.<br />
<br />
Był z siebie dumny. Naprawdę. Nie pamiętał, kiedy ostatnio czuł się z siebie taki dumny, ale aż sam siebie poklepał po ramieniu, wpatrując się w parujące jeszcze ciasto, które... po prostu mu się udało.<br />
<br />
Czekając, aż ciasto ostygnie, prawie zasnął na kuchennym krześle, ale obudził go donośny, pojedynczy szczek Benjiego, przez który prawie z tego krzesła spadł.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-No już, przecież nie spałem</span> - powiedział, trochę naburmuszony przez psią zdradę. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Złośnik.</span><br />
W kwestii dekorowania ciasta, nie miał zamiast wydziwiać i tworzyć nie wiadomo jakich dzieł sztuki wątpliwej jakości. Postawił więc na cukier puder, którym obsypał ciasto na tyle szczodrze, żeby faktycznie stworzyło ładny puch, ale na tyle skromnie, żeby nie przesłodzić ciasta i nie przytłumić smaku jagód.<br />
Ciasto było już gotowe. Jessie posprzątał po swojej robocie, postawił ciasto na stole, odkroił sobie kawałek, póki jeszcze było przyjemnie ciepłe, i wyszedł z kuchni, a Benji podreptał za nim. Senny się zrobił.<br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[22.09.72, domek na wybrzeżu] Opowieść Mabonowa]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5246</link>
			<pubDate>Thu, 16 Oct 2025 21:29:43 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=458">Charlotte Kelly</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5246</guid>
			<description><![CDATA[Charlotte niewiele czasu poświęcała rozmyślaniom na temat wiary albo niewiary. Bogowie mogli istnieć albo nie, ale jeśli istnieli, to w swoim nie tak krótkim życiu nigdy nie natknęła się na ślady ich działalności. Niewątpliwym faktem było jednak, że sabaty posiadały swoją własną moc, a poza tym stanowiły rodzinne święto, a jako że Charlotte była pod każdym względem idealna, musiała być też idealną matką. Z tego powodu w domku, należącym do Jonathana, w którym mieli obchodzić to święto, pojawiło się trochę typowych dla tej pory roku dekoracji, a Charlotte szykowała mabonową kolację, dyrygując dziećmi niby generał.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Rita, skarbie, udekoruj stół. Theo, naszykuj talerze. Jessie, gdzie są świece? Zaraz, żadne z was nie boi się teraz ognia, prawda? Do licha, nieważne, użyjemy zaklęć, zanieś tam ten półmisek, nie musimy się modlić, to i tak nigdy nie działa…</span><br />
Tego typu polecenia padały w ciągu ostatniej godziny, gdy Charlotte sama miotała się po kuchni, co jakiś czas przeklinając trochę. Nie była kucharką stulecia, ale kiedy przestały dla niej gotować skrzaty domowe, musiała nauczyć się paru rzeczy, a w tym roku na większości stołów nie miały stanąć zbyt wyszukane potrawy. Zrobienie gotowanych ziemniaków, zupy, sosu z mięsem i dyniowego puree nie przekraczało jej możliwości.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Szlag</span> – mruknęła, gdy omal nie upuściła miski z ziemniakami. Spojrzała na nie krytycznie i uznała, że na szczęście wyglądają jak powinny: ładnie zarumienione, ale nie przypalone. Westchnęła i ustawiła ją na kuchennym stole, a potem kontrolnie zerknęła w lusterko, by upewnić się, że gdy kończyła podgrzewanie potraw, nie zepsuła sobie fryzury. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Rita! Chłopcy! Jesteście już przebrani?!</span> – krzyknęła, ściągając fartuch ze swojej szaty. Rzecz jasna, Charlie jak zwykle wyglądała w niej naprawdę świetnie, niestety ta nie była tak ładna sama w sobie, jak powinna. Większość ulubionych ubrań Charlotte spłonęła i to już jej zdaniem był najlepszy powód, aby Voldemorta należało zepchnąć w otchłań piekielną na wieki wieków amen.<br />
<br />
!Strach przed imieniem]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Charlotte niewiele czasu poświęcała rozmyślaniom na temat wiary albo niewiary. Bogowie mogli istnieć albo nie, ale jeśli istnieli, to w swoim nie tak krótkim życiu nigdy nie natknęła się na ślady ich działalności. Niewątpliwym faktem było jednak, że sabaty posiadały swoją własną moc, a poza tym stanowiły rodzinne święto, a jako że Charlotte była pod każdym względem idealna, musiała być też idealną matką. Z tego powodu w domku, należącym do Jonathana, w którym mieli obchodzić to święto, pojawiło się trochę typowych dla tej pory roku dekoracji, a Charlotte szykowała mabonową kolację, dyrygując dziećmi niby generał.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Rita, skarbie, udekoruj stół. Theo, naszykuj talerze. Jessie, gdzie są świece? Zaraz, żadne z was nie boi się teraz ognia, prawda? Do licha, nieważne, użyjemy zaklęć, zanieś tam ten półmisek, nie musimy się modlić, to i tak nigdy nie działa…</span><br />
Tego typu polecenia padały w ciągu ostatniej godziny, gdy Charlotte sama miotała się po kuchni, co jakiś czas przeklinając trochę. Nie była kucharką stulecia, ale kiedy przestały dla niej gotować skrzaty domowe, musiała nauczyć się paru rzeczy, a w tym roku na większości stołów nie miały stanąć zbyt wyszukane potrawy. Zrobienie gotowanych ziemniaków, zupy, sosu z mięsem i dyniowego puree nie przekraczało jej możliwości.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Szlag</span> – mruknęła, gdy omal nie upuściła miski z ziemniakami. Spojrzała na nie krytycznie i uznała, że na szczęście wyglądają jak powinny: ładnie zarumienione, ale nie przypalone. Westchnęła i ustawiła ją na kuchennym stole, a potem kontrolnie zerknęła w lusterko, by upewnić się, że gdy kończyła podgrzewanie potraw, nie zepsuła sobie fryzury. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Rita! Chłopcy! Jesteście już przebrani?!</span> – krzyknęła, ściągając fartuch ze swojej szaty. Rzecz jasna, Charlie jak zwykle wyglądała w niej naprawdę świetnie, niestety ta nie była tak ładna sama w sobie, jak powinna. Większość ulubionych ubrań Charlotte spłonęła i to już jej zdaniem był najlepszy powód, aby Voldemorta należało zepchnąć w otchłań piekielną na wieki wieków amen.<br />
<br />
!Strach przed imieniem]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[09.09.1972]  After the fire, would come a brand new day | Jonathan & Charlotte]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5027</link>
			<pubDate>Tue, 05 Aug 2025 15:45:05 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=448">Jonathan Selwyn</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5027</guid>
			<description><![CDATA[Domek w Brighton, chociaż był zdecydowanie najbarwniejszym domem Jonathana, w którym dodatkowo nocowało teraz więcej osób niż zazwyczaj, nigdy wcześniej nie wydawał się miejscem aż tak ponurym. Nawet jeśli nie tak dawno temu pozostał tutaj sam, gdy kazał pewnemu wampirowi wyjść z jego życia.<br />
Teraz jednak było inaczej. <br />
Nie mógł zasnąć, chociaż od jego powrotu z zebrania Zakonu, przywitania się ze wszystkimi i upewnienia się, że nikt z Kellych nie został makabryczne ranny minęło już tyle czasu, że mógł na spokojnie się położyć.<br />
Prawdę mówiąc to nawet nie próbował za bardzo zasnąć.<br />
Nie chciał. <br />
Czuł, że wciąż powinien być w gotowości.<br />
Że nigdy nie wiadomo co się jeszcze wydarzy, nawet jeśli Brighton było obecnie bezpieczne.<br />
Siedział więc w swojej sypialni, ubrany po domowemu w cienki sweter i wygodne spodnie (w żadnej jednak z tych rzeczy by nie zasnął, materiał był na to zbyt dobry) i… Sam nie wiedział.<br />
<br />
Londyn spłonął. Jego bliscy ucierpieli. Jego kamienica nie miała okien. Morpheus cierpiał. Lottie i jej dzieci stracili dom, a Anthony… Nawet nie wiedział jak się miało mieszkanie Anthony'ego. Wiedział tylko tyle, że czarodziej najprawdopodobniej go nienawidził.<br />
<br />
Wstał z łóżka, poprawił włosy i ruszył do kuchni,  aby po prostu się przejść<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Spokój.</span><br />
Jak mogło być tutaj tak spokojnie, kiedy Londyn był cały w popiele?<br />
Nie spodziewał się, że spotka kogoś w kuchni, ale na widok przyjaciółki uśmiech ponownie zagościł na twarzy Selwyna.<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Oh, no proszę</span> – powiedział zatrzymując się na razie u progu pomieszczenia. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Czyżbyś obmyślała zemstę, czy może przyszłaś się czegoś napić po zakopaniu wszystkich zwłok? W każdym razie normalnie powiedziałbym, że wyglądasz płomiennie, ale chyba dzisiaj nie wypada.</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Domek w Brighton, chociaż był zdecydowanie najbarwniejszym domem Jonathana, w którym dodatkowo nocowało teraz więcej osób niż zazwyczaj, nigdy wcześniej nie wydawał się miejscem aż tak ponurym. Nawet jeśli nie tak dawno temu pozostał tutaj sam, gdy kazał pewnemu wampirowi wyjść z jego życia.<br />
Teraz jednak było inaczej. <br />
Nie mógł zasnąć, chociaż od jego powrotu z zebrania Zakonu, przywitania się ze wszystkimi i upewnienia się, że nikt z Kellych nie został makabryczne ranny minęło już tyle czasu, że mógł na spokojnie się położyć.<br />
Prawdę mówiąc to nawet nie próbował za bardzo zasnąć.<br />
Nie chciał. <br />
Czuł, że wciąż powinien być w gotowości.<br />
Że nigdy nie wiadomo co się jeszcze wydarzy, nawet jeśli Brighton było obecnie bezpieczne.<br />
Siedział więc w swojej sypialni, ubrany po domowemu w cienki sweter i wygodne spodnie (w żadnej jednak z tych rzeczy by nie zasnął, materiał był na to zbyt dobry) i… Sam nie wiedział.<br />
<br />
Londyn spłonął. Jego bliscy ucierpieli. Jego kamienica nie miała okien. Morpheus cierpiał. Lottie i jej dzieci stracili dom, a Anthony… Nawet nie wiedział jak się miało mieszkanie Anthony'ego. Wiedział tylko tyle, że czarodziej najprawdopodobniej go nienawidził.<br />
<br />
Wstał z łóżka, poprawił włosy i ruszył do kuchni,  aby po prostu się przejść<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Spokój.</span><br />
Jak mogło być tutaj tak spokojnie, kiedy Londyn był cały w popiele?<br />
Nie spodziewał się, że spotka kogoś w kuchni, ale na widok przyjaciółki uśmiech ponownie zagościł na twarzy Selwyna.<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Oh, no proszę</span> – powiedział zatrzymując się na razie u progu pomieszczenia. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Czyżbyś obmyślała zemstę, czy może przyszłaś się czegoś napić po zakopaniu wszystkich zwłok? W każdym razie normalnie powiedziałbym, że wyglądasz płomiennie, ale chyba dzisiaj nie wypada.</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 72, 12.09 Jonathan & Gabriel] And the wind did roar, and the wind did moan]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4963</link>
			<pubDate>Thu, 10 Jul 2025 12:52:36 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=550">Gabriel Montbel</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4963</guid>
			<description><![CDATA[<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://i.imgur.com/YuDUwYy.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: YuDUwYy.png]" class="mycode_img" /></div>
<br />
To była krótka notatka, ale w sumie zapach róż unoszący się od papieru zbyt łatwo zdradzał nadawcę tej wiadomości, która przyleciała w formie papierowej ćmy, zamiast w tradycyjny sposób przyczepiona do nogi sowy. <br />
<br />
<div class="koperta"><span style="font-family: WindSong;" class="mycode_font"><span style="font-size: large;" class="mycode_size">Spotkajmy się dziś.<br />
Czekam na Ciebie przy starej latarni.<br />
Bądź sam. <br />
Proszę</span></span></div>
<br />
W narożniku ktoś — ha! Jonathan przecież doskonale wiedział kto — narysował nieco prześmiewczo białą flagę. A może ten liścik był bardziej poważny, niż się zdawał? W końcu jeszcze kilka dni temu Londyn strawił ogień, podobnie jak krwawy uśmiech przechodzący po całej Anglii, zwany zadrapaniem. Krzepli w tym powoli, lizali rany, zbierali siły i liczyli martwych.<br />
<br />
Ten martwy… pozostawał wciąż żywy i najwidoczniej nie brakowało mu poczucia humoru, skoro w ciągu nieco ponad miesiąca wysyłał mu korespondencję tak różną od siebie. <br />
<br />
Hrabia… nie mógł odetchnąć z ulgą, że jego zaproszenie, jego prośba zostały przyjęte, nie tylko dlatego że nie oddychał, ale też z powodu pozycji, którą przyjął — dość niedbale ustawił się bowiem plecami do ścieżki prowadzącej ku starej latarni. Wysoka budowla od dawna nieczynna, pełniła funkcję lokalnego muzeum morskiego. Obecnie światła miała wygaszone, opiekunowie tego miejsca pogrążeni byli we śnie, a tylko na szczycie, na tarasie widokowym był on. Jego biała peleryna łopotała na wietrze pod wściekle rozgwieżdżonym niebem. Blask bijący od księżyca pozostawał dopiero odradzający się w trwającej pierwszej kwadrze, a wampir korzystał z mroku, by podziwiać morze. By podziwiać niebo. By czekać w tchnienie przeszłości, które mroziłoby mu krew w żyłach… gdyby tylko ją miał. <br />
<br />
Chciał zamachać białą flagą, więc był nią w całości. Czy o to właśnie mu chodziło, gdy dopierał ten ubiór? Czuł się jak duch, który miał spotkać ducha. Wszak umarł, rozbryzgnął się w słonecznym świetle, a jednak wcale nie. Jonathan… podobnie. Choć to nie świt, a — jak dowiedział się Gabriel z gazet — zmierzch przyniósł śmierć wielu, to jednak Selwyn przetrwał. Nienawidził ulgi rozlewającej się w jego martwej piersi, nie chciał o niej mówić, nie chciał pod żadnym pozorem zwierzać się z niej Lucy… Ale rozumiał ją, rozumiał tę błogą ciszę, brak żałobnego lamentu. Mogli widzieć się tutaj, nie na cmentarzu. <br />
<br />
Interesy jednak musiały znaleźć gdzieś swoje miejsce. Wampiry były istotami dość terytorialnymi i o ile zgodę na „pobyt” już miał omówioną z przewodniczącą lokalnej społeczności pijawek, o ile zgodę na bezpieczne schronienie również udzieliła mu jego gospodyni, o tyle zgodę od tego, któremu hehe tak napsuł krwi (nie no, całkiem poważnie, próbował ją w sierpniu i była paskudna!) musiał dopiero uzyskać. Zgodę! Ha! Nigdy w nieżyciu! Nie będzie prosił jakiegoś śmiertelnika o to, by mógł być sobą. Nie będzie? Może zatrzymajmy się na: nie będzie błagał. Jak by to wyglądało przed panną Rosewood, gdyby go tak teraz oglądała, z własną duszą (trochę nadpsutą) na ramieniu, czekającego byłego kochanka, żeby ten nie zachowywał się… niestosownie, jakby się gdzieś przez przypadek spotkali? <br />
<br />
Pogrążony we własnych myślach, nie usłyszał, mierzący się z wiatrem dmącym mu w twarz nie wyczuł. Cokolwiek jednak zrobiłby Selwyn — Gabriel zamierzał robić Dobrą Minę Do Złej Gry i nie podskoczyć. No może tylko nadmierne mruganie by go zdradziło, że myślał, że sobie jeszcze chwilę poczeka. No może… może nie powinien wybierać wąskiego tarasiku widokowego na to miejsce spotkania? Ciężko było jednak o bardziej dramatyczną scenerię - tutaj, na skalistym wybrzeżu, z gwiazdami jako niemymi świadkami ich rozmowy, z ryczącym morzem niczym antycznym chórem komentującym wszelkie próby... Był jednak teraz innym mężczyzną niż wtedy, gdy widzieli się ledwie kilka kroków od tego miejsca w pieleszach Jonathanowego przyczółku. Uczucia wyblakły, odeszły wraz z ostatnim oddechem oczekiwania na świt. Uczucia przeminęły - zaklinał rzeczywistość odwracając się ku swojemu rozmówcy, jakby dopiero teraz miał zobaczyć go pierwszy raz po sześciu długich latach rozłąki. <br />
<br />
[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/f7/bf/38/f7bf38a65577c60aae75c96655a9c110.jpg[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://i.imgur.com/YuDUwYy.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: YuDUwYy.png]" class="mycode_img" /></div>
<br />
To była krótka notatka, ale w sumie zapach róż unoszący się od papieru zbyt łatwo zdradzał nadawcę tej wiadomości, która przyleciała w formie papierowej ćmy, zamiast w tradycyjny sposób przyczepiona do nogi sowy. <br />
<br />
<div class="koperta"><span style="font-family: WindSong;" class="mycode_font"><span style="font-size: large;" class="mycode_size">Spotkajmy się dziś.<br />
Czekam na Ciebie przy starej latarni.<br />
Bądź sam. <br />
Proszę</span></span></div>
<br />
W narożniku ktoś — ha! Jonathan przecież doskonale wiedział kto — narysował nieco prześmiewczo białą flagę. A może ten liścik był bardziej poważny, niż się zdawał? W końcu jeszcze kilka dni temu Londyn strawił ogień, podobnie jak krwawy uśmiech przechodzący po całej Anglii, zwany zadrapaniem. Krzepli w tym powoli, lizali rany, zbierali siły i liczyli martwych.<br />
<br />
Ten martwy… pozostawał wciąż żywy i najwidoczniej nie brakowało mu poczucia humoru, skoro w ciągu nieco ponad miesiąca wysyłał mu korespondencję tak różną od siebie. <br />
<br />
Hrabia… nie mógł odetchnąć z ulgą, że jego zaproszenie, jego prośba zostały przyjęte, nie tylko dlatego że nie oddychał, ale też z powodu pozycji, którą przyjął — dość niedbale ustawił się bowiem plecami do ścieżki prowadzącej ku starej latarni. Wysoka budowla od dawna nieczynna, pełniła funkcję lokalnego muzeum morskiego. Obecnie światła miała wygaszone, opiekunowie tego miejsca pogrążeni byli we śnie, a tylko na szczycie, na tarasie widokowym był on. Jego biała peleryna łopotała na wietrze pod wściekle rozgwieżdżonym niebem. Blask bijący od księżyca pozostawał dopiero odradzający się w trwającej pierwszej kwadrze, a wampir korzystał z mroku, by podziwiać morze. By podziwiać niebo. By czekać w tchnienie przeszłości, które mroziłoby mu krew w żyłach… gdyby tylko ją miał. <br />
<br />
Chciał zamachać białą flagą, więc był nią w całości. Czy o to właśnie mu chodziło, gdy dopierał ten ubiór? Czuł się jak duch, który miał spotkać ducha. Wszak umarł, rozbryzgnął się w słonecznym świetle, a jednak wcale nie. Jonathan… podobnie. Choć to nie świt, a — jak dowiedział się Gabriel z gazet — zmierzch przyniósł śmierć wielu, to jednak Selwyn przetrwał. Nienawidził ulgi rozlewającej się w jego martwej piersi, nie chciał o niej mówić, nie chciał pod żadnym pozorem zwierzać się z niej Lucy… Ale rozumiał ją, rozumiał tę błogą ciszę, brak żałobnego lamentu. Mogli widzieć się tutaj, nie na cmentarzu. <br />
<br />
Interesy jednak musiały znaleźć gdzieś swoje miejsce. Wampiry były istotami dość terytorialnymi i o ile zgodę na „pobyt” już miał omówioną z przewodniczącą lokalnej społeczności pijawek, o ile zgodę na bezpieczne schronienie również udzieliła mu jego gospodyni, o tyle zgodę od tego, któremu hehe tak napsuł krwi (nie no, całkiem poważnie, próbował ją w sierpniu i była paskudna!) musiał dopiero uzyskać. Zgodę! Ha! Nigdy w nieżyciu! Nie będzie prosił jakiegoś śmiertelnika o to, by mógł być sobą. Nie będzie? Może zatrzymajmy się na: nie będzie błagał. Jak by to wyglądało przed panną Rosewood, gdyby go tak teraz oglądała, z własną duszą (trochę nadpsutą) na ramieniu, czekającego byłego kochanka, żeby ten nie zachowywał się… niestosownie, jakby się gdzieś przez przypadek spotkali? <br />
<br />
Pogrążony we własnych myślach, nie usłyszał, mierzący się z wiatrem dmącym mu w twarz nie wyczuł. Cokolwiek jednak zrobiłby Selwyn — Gabriel zamierzał robić Dobrą Minę Do Złej Gry i nie podskoczyć. No może tylko nadmierne mruganie by go zdradziło, że myślał, że sobie jeszcze chwilę poczeka. No może… może nie powinien wybierać wąskiego tarasiku widokowego na to miejsce spotkania? Ciężko było jednak o bardziej dramatyczną scenerię - tutaj, na skalistym wybrzeżu, z gwiazdami jako niemymi świadkami ich rozmowy, z ryczącym morzem niczym antycznym chórem komentującym wszelkie próby... Był jednak teraz innym mężczyzną niż wtedy, gdy widzieli się ledwie kilka kroków od tego miejsca w pieleszach Jonathanowego przyczółku. Uczucia wyblakły, odeszły wraz z ostatnim oddechem oczekiwania na świt. Uczucia przeminęły - zaklinał rzeczywistość odwracając się ku swojemu rozmówcy, jakby dopiero teraz miał zobaczyć go pierwszy raz po sześciu długich latach rozłąki. <br />
<br />
[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/f7/bf/38/f7bf38a65577c60aae75c96655a9c110.jpg[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[04.09.1972] I am the image that darkens your glass]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4268</link>
			<pubDate>Sun, 08 Dec 2024 01:58:43 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=448">Jonathan Selwyn</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4268</guid>
			<description><![CDATA[<h1>—04/09/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Anglia, Brighton</span><br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://i.imgur.com/aONJFVt.jpeg" loading="lazy"  alt="[Obrazek: aONJFVt.jpeg]" class="mycode_img" /><br />
<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">I am the image that darkens your glass,<br />
The shadow that falls wherever you pass.<br />
I am the dream you cannot forget,<br />
The face you remember without having met.<br />
<br />
I am the truth that must not be spoken,<br />
The midnight vow that cannot be broken.<br />
I am the bell that tolls out the hours.<br />
I am the fire that warms and devours.<br />
<br />
I am the hunger that you have denied,<br />
The ache of desire piercing your side.<br />
I am the sin you have never confessed,<br />
The forbidden hand caressing your breast.</span></span></div>
</h1><br />
<br />
<div class="divek">
<div style="text-align: justify;" class="mycode_align">Nie każdy ładny człowiek na drodze Jonathana Selwyna był kimś, kto od pierwszej chwili fascynował go do takiego stopnia, że myśli czarodzieja krążyły wyłącznie wokół tej jednej osoby.<br />
<br />
A jednak... A jednak podczas przyjęcia, na którym po raz pierwszy raz zostali sobie zapoznani z Jeanem, Jonathan, rozmawiając z kolejnymi nudnymi graczami francuskiej sceny politycznej zastanawiał się tylko nad tym, jak mógłby zdobyć sympatię tylko jednego z nich, a w myślach zadawał sobie kolejne pytania. Kim był hrabia? Jaką miał historię? Ulubiony dramat Szekspira? Komedie? Jakie to by było uczucie, zanurzyć palce w jego włosach? Jak długo mogliby rozmawiać ze sobą bez przerwy? Czy kiedyś, chociaż wiedział, że było to dość śmiałe pytanie, byłby w stanie wyjawić mu co sprawiło, że stał się wampirem?<br />
<br />
Szkoda, że teraz, gdy oczekiwał swojego gościa w barwnym domku w Brighton, po głowie krążyły mu inne, znacznie mniej przyjemne pytania.<br />
Tamten list zepsuł wszystko. Tamten list nie powinien był nieść za sobą tyle ciepła i przeprosin. Tyle nadziei na pokojowe rozwiązanie tego konfliktu. Prawdę mówiąc, gdyby nie ten list i obietnica dana Anthony'emu, że rozwiąże tę sprawę, pewnie nie zaprosiłby go tutaj do siebie.<br />
<br />
Ale musieli porozmawiać. Musiał… Jakoś to zakończyć. Jak? Układał sobie to w głowie od momentu dostania tego przeklętego listu, a nawet i wcześniej, ale dalej nie miał pojęcia. Miał jedynie plan tego co mógł powiedzieć o ile jego fasada zabawy w polityczne negocjacje nie runie, gdy tylko się spotkają.<br />
<br />
I może było to nieco dramatyczne, ale zanim udał się na to spotkanie napisał jeszcze kolejne listy. Listy do tych, którzy byli mu bliscy. Tak na wszelki wypadek, gdyby jednak coś poszło nie tak. Zapowiedział też swojemu skrzatu domowemu, że jeśli nie wróci do północy, powinien pojawić się u Charlotte i poinformować ją, że Selwyn udał się na spotkanie z pewnym francuskim znajomym i nie wrócił. Z jednej strony nie chciał w to mieszać przyjaciółki, ale z drugiej… No cóż. Już ją w to wmieszał.<br />
<br />
Nie, że zakładał tak drastyczny scenariusz. Albo inaczej… Sam nie wiedział co zakładał, poza tym, że planował rozmówić się z nim i zakończyć to dzisiaj, najlepiej pokojowo. Merlinie niech to się zakończy pokojowo, bo nie miał pojęcia, co miałby zrobić w innym przypadku.<br />
<br />
Oczekiwanie było chyba najgorsze. Siedział w fotelu, wyczekując pukania do drzwi, ubrany w te same ciemne spodnie, białą koszulę z drogimi spinkami do mankietów i pasującą marynarkę, w których był w pracy. Ile czasu zajęło mu dobranie stroju na dzisiejsze spotkanie, tak aby jego gość nie myślał, że mu jakkolwiek zależało? Długo. Zdecydowanie zbyt długo. <br />
<br />
Tak samo jak zbyt długo powtarzał sobie w głowie wszystko co chciał dzisiaj powiedzieć w obawie, że jeśli tylko przestanie się trzymać wymyślonego wcześniej scenariusza cała scena spotkania pogrąży się w chaosie.<br />
<br />
Wreszcie jednak nadeszła godzina rozpoczęcia sztuki. Gdy usłyszał pukanie do drzwi, odczekał kilka sekund i powolnym krokiem ruszył, aby wpuścić swojego gościa do środka. Może dobrze wyszło, że porzucił pomysł ubrania się dokładnie w ten sam strój, który musiał wtedy ostrożnie z siebie ściągać, aby zobaczyć, czemu jego żebro tak bardzo bolało przy każdym ruchu.</div></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1>—04/09/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Anglia, Brighton</span><br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://i.imgur.com/aONJFVt.jpeg" loading="lazy"  alt="[Obrazek: aONJFVt.jpeg]" class="mycode_img" /><br />
<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">I am the image that darkens your glass,<br />
The shadow that falls wherever you pass.<br />
I am the dream you cannot forget,<br />
The face you remember without having met.<br />
<br />
I am the truth that must not be spoken,<br />
The midnight vow that cannot be broken.<br />
I am the bell that tolls out the hours.<br />
I am the fire that warms and devours.<br />
<br />
I am the hunger that you have denied,<br />
The ache of desire piercing your side.<br />
I am the sin you have never confessed,<br />
The forbidden hand caressing your breast.</span></span></div>
</h1><br />
<br />
<div class="divek">
<div style="text-align: justify;" class="mycode_align">Nie każdy ładny człowiek na drodze Jonathana Selwyna był kimś, kto od pierwszej chwili fascynował go do takiego stopnia, że myśli czarodzieja krążyły wyłącznie wokół tej jednej osoby.<br />
<br />
A jednak... A jednak podczas przyjęcia, na którym po raz pierwszy raz zostali sobie zapoznani z Jeanem, Jonathan, rozmawiając z kolejnymi nudnymi graczami francuskiej sceny politycznej zastanawiał się tylko nad tym, jak mógłby zdobyć sympatię tylko jednego z nich, a w myślach zadawał sobie kolejne pytania. Kim był hrabia? Jaką miał historię? Ulubiony dramat Szekspira? Komedie? Jakie to by było uczucie, zanurzyć palce w jego włosach? Jak długo mogliby rozmawiać ze sobą bez przerwy? Czy kiedyś, chociaż wiedział, że było to dość śmiałe pytanie, byłby w stanie wyjawić mu co sprawiło, że stał się wampirem?<br />
<br />
Szkoda, że teraz, gdy oczekiwał swojego gościa w barwnym domku w Brighton, po głowie krążyły mu inne, znacznie mniej przyjemne pytania.<br />
Tamten list zepsuł wszystko. Tamten list nie powinien był nieść za sobą tyle ciepła i przeprosin. Tyle nadziei na pokojowe rozwiązanie tego konfliktu. Prawdę mówiąc, gdyby nie ten list i obietnica dana Anthony'emu, że rozwiąże tę sprawę, pewnie nie zaprosiłby go tutaj do siebie.<br />
<br />
Ale musieli porozmawiać. Musiał… Jakoś to zakończyć. Jak? Układał sobie to w głowie od momentu dostania tego przeklętego listu, a nawet i wcześniej, ale dalej nie miał pojęcia. Miał jedynie plan tego co mógł powiedzieć o ile jego fasada zabawy w polityczne negocjacje nie runie, gdy tylko się spotkają.<br />
<br />
I może było to nieco dramatyczne, ale zanim udał się na to spotkanie napisał jeszcze kolejne listy. Listy do tych, którzy byli mu bliscy. Tak na wszelki wypadek, gdyby jednak coś poszło nie tak. Zapowiedział też swojemu skrzatu domowemu, że jeśli nie wróci do północy, powinien pojawić się u Charlotte i poinformować ją, że Selwyn udał się na spotkanie z pewnym francuskim znajomym i nie wrócił. Z jednej strony nie chciał w to mieszać przyjaciółki, ale z drugiej… No cóż. Już ją w to wmieszał.<br />
<br />
Nie, że zakładał tak drastyczny scenariusz. Albo inaczej… Sam nie wiedział co zakładał, poza tym, że planował rozmówić się z nim i zakończyć to dzisiaj, najlepiej pokojowo. Merlinie niech to się zakończy pokojowo, bo nie miał pojęcia, co miałby zrobić w innym przypadku.<br />
<br />
Oczekiwanie było chyba najgorsze. Siedział w fotelu, wyczekując pukania do drzwi, ubrany w te same ciemne spodnie, białą koszulę z drogimi spinkami do mankietów i pasującą marynarkę, w których był w pracy. Ile czasu zajęło mu dobranie stroju na dzisiejsze spotkanie, tak aby jego gość nie myślał, że mu jakkolwiek zależało? Długo. Zdecydowanie zbyt długo. <br />
<br />
Tak samo jak zbyt długo powtarzał sobie w głowie wszystko co chciał dzisiaj powiedzieć w obawie, że jeśli tylko przestanie się trzymać wymyślonego wcześniej scenariusza cała scena spotkania pogrąży się w chaosie.<br />
<br />
Wreszcie jednak nadeszła godzina rozpoczęcia sztuki. Gdy usłyszał pukanie do drzwi, odczekał kilka sekund i powolnym krokiem ruszył, aby wpuścić swojego gościa do środka. Może dobrze wyszło, że porzucił pomysł ubrania się dokładnie w ten sam strój, który musiał wtedy ostrożnie z siebie ściągać, aby zobaczyć, czemu jego żebro tak bardzo bolało przy każdym ruchu.</div></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[16 lipca 1972, Brighton] Utonę w twych oczach | Charles i Brenna]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3251</link>
			<pubDate>Tue, 14 May 2024 19:46:36 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=449">Charles Mulciber</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3251</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic V</span></div></div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">16.07.1972</div>
<br />
Dobrze było urwać się z Londynu choćby na chwilę. Brighton miało swoją sławę jako jedno z najpiękniejszych miast nabrzeżnych i Charlie chciał sprawdzić, czy plotki mówią prawdę. Morze dzielące Anglię i Francję było jednak zupełnie inne, niż to, które sąsiadowało z Oslo, a i samo Brighton nie wyróżniało się niczym, co zachwyciłoby młodego Mulcibera. Po dłuższym spacerze po mieście, mało satysfakcjonującym posiłku i zakupie paru pamiątek, Charles zadecydował, że najsłuszniejszym wyjściem będzie odpoczynek przy brzegu, dla odprężenia i rozruszania po obiedzie, nim uda się z powrotem do Londynu. <br />
<br />
Nie wybrał głównego, najbardziej znanego molo, Palace pier, pełnego mugoli, zgiełku i przepychu. Nie zależało mu na utonięcie w tłumie, dlatego bez dłuższego zastanowienia udał się dalej od centrum, w przypadkową stronę, wzdłuż brzegu. I chociaż jego spacer miał być tylko tym - spacerem, to wkrótce znalazł kolejne molo. Tylko czy można było je takim nazwać? Drewniany pomost musiał kiedyś służyć za miejsce cumowania łodzi rybackich, teraz jednak był pusty. Charles w swojej naiwności zaufał staremu drewnu i pamiętając, że powinien pracować nad swoimi słabościami, wszedł na mostek. <br />
<br />
Początkowo nie było wcale tak źle. Trzymał się metalowej poręczy, ostrożnie stawiał bose stopy na deskach, a woda pod nim jakby w ogóle nie istniała! <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Oczywiście, że nie</span>. Był tylko pomost, bez głębin niżej! Bez nieprzebranej ilości wody, która mogłaby pochłonąć go w jednym momencie! Bez druzgotków, utopców i innego tałatajstwa, chcącego jego śmierci! Bez wypełniającej płuca słonej wody... <br />
<br />
Nawarstwiające się czarne myśli sprawiły, że w pewnym momencie Charlie zaczął panikować, samemu nakręcając się coraz bardziej. Stanął, gdy jego ciało zesztywniało, poddając się ciemnym myślom. Czy jeśli przesunie stopę choć o cal w bok, zbutwiałe drewno złamie się, a on sam runie w otchłań?! Złapał parę głębszych wdechów, lecz a technika nie działała. Nie potrafił się uspokoić.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic V</span></div></div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">16.07.1972</div>
<br />
Dobrze było urwać się z Londynu choćby na chwilę. Brighton miało swoją sławę jako jedno z najpiękniejszych miast nabrzeżnych i Charlie chciał sprawdzić, czy plotki mówią prawdę. Morze dzielące Anglię i Francję było jednak zupełnie inne, niż to, które sąsiadowało z Oslo, a i samo Brighton nie wyróżniało się niczym, co zachwyciłoby młodego Mulcibera. Po dłuższym spacerze po mieście, mało satysfakcjonującym posiłku i zakupie paru pamiątek, Charles zadecydował, że najsłuszniejszym wyjściem będzie odpoczynek przy brzegu, dla odprężenia i rozruszania po obiedzie, nim uda się z powrotem do Londynu. <br />
<br />
Nie wybrał głównego, najbardziej znanego molo, Palace pier, pełnego mugoli, zgiełku i przepychu. Nie zależało mu na utonięcie w tłumie, dlatego bez dłuższego zastanowienia udał się dalej od centrum, w przypadkową stronę, wzdłuż brzegu. I chociaż jego spacer miał być tylko tym - spacerem, to wkrótce znalazł kolejne molo. Tylko czy można było je takim nazwać? Drewniany pomost musiał kiedyś służyć za miejsce cumowania łodzi rybackich, teraz jednak był pusty. Charles w swojej naiwności zaufał staremu drewnu i pamiętając, że powinien pracować nad swoimi słabościami, wszedł na mostek. <br />
<br />
Początkowo nie było wcale tak źle. Trzymał się metalowej poręczy, ostrożnie stawiał bose stopy na deskach, a woda pod nim jakby w ogóle nie istniała! <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Oczywiście, że nie</span>. Był tylko pomost, bez głębin niżej! Bez nieprzebranej ilości wody, która mogłaby pochłonąć go w jednym momencie! Bez druzgotków, utopców i innego tałatajstwa, chcącego jego śmierci! Bez wypełniającej płuca słonej wody... <br />
<br />
Nawarstwiające się czarne myśli sprawiły, że w pewnym momencie Charlie zaczął panikować, samemu nakręcając się coraz bardziej. Stanął, gdy jego ciało zesztywniało, poddając się ciemnym myślom. Czy jeśli przesunie stopę choć o cal w bok, zbutwiałe drewno złamie się, a on sam runie w otchłań?! Złapał parę głębszych wdechów, lecz a technika nie działała. Nie potrafił się uspokoić.]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>