<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Lecznica Dusz]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Sat, 18 Apr 2026 02:41:48 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[Lecznica Dusz]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5850</link>
			<pubDate>Sat, 14 Mar 2026 20:37:00 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=210">Strażnik Tajemnic</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5850</guid>
			<description><![CDATA[<div class="locka"><h4>Lecznica Dusz</h4><br />
Usytuowany na samym skraju Doliny budynek łatwy jest do przeoczenia a droga do niego prowadząca wydaje się służyć wręcz do zgubienia mniej zdeterminowanych odwiedzających. Jest to kompleks czterech mniejszych budynków, z których każdy podzielona jest na odpowiednie oddziały ze względu na schorzenia trapiące pacjentów. Każde ze skrzydeł posiada również pomieszczenia dla personelu, w których odpowiednio zabezpieczone pozostają elementy wyposażenia do terapii oraz specyfiki mające wspomóc radzenie sobie z chorobami umysłu.<br />
<br />
Dla dobrze sprawujących się podopiecznych do dyspozycji pozostaje wspólna bawialnia zaopatrzona w gry planszowe, ogród w którym ustawiono pojedyncze siedziska oraz sala odwiedzin, gdzie rodziny i przyjaciele mogą twarzą w twarz porozmawiać z bliskimi umiejscowionymi w lecznicy.<br />
<br />
Właściciel oraz głównym prowadzącym leczenie jest Tezeus Lovegood, którego gabinet znajduje się nieopodal wejścia, tuż za schodami. Zamieszkuje on ponadto niewielki dom na terenie lecznicy, tak by zawsze mógł znaleźć się blisko najbardziej potrzebujących pacjentów.</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="locka"><h4>Lecznica Dusz</h4><br />
Usytuowany na samym skraju Doliny budynek łatwy jest do przeoczenia a droga do niego prowadząca wydaje się służyć wręcz do zgubienia mniej zdeterminowanych odwiedzających. Jest to kompleks czterech mniejszych budynków, z których każdy podzielona jest na odpowiednie oddziały ze względu na schorzenia trapiące pacjentów. Każde ze skrzydeł posiada również pomieszczenia dla personelu, w których odpowiednio zabezpieczone pozostają elementy wyposażenia do terapii oraz specyfiki mające wspomóc radzenie sobie z chorobami umysłu.<br />
<br />
Dla dobrze sprawujących się podopiecznych do dyspozycji pozostaje wspólna bawialnia zaopatrzona w gry planszowe, ogród w którym ustawiono pojedyncze siedziska oraz sala odwiedzin, gdzie rodziny i przyjaciele mogą twarzą w twarz porozmawiać z bliskimi umiejscowionymi w lecznicy.<br />
<br />
Właściciel oraz głównym prowadzącym leczenie jest Tezeus Lovegood, którego gabinet znajduje się nieopodal wejścia, tuż za schodami. Zamieszkuje on ponadto niewielki dom na terenie lecznicy, tak by zawsze mógł znaleźć się blisko najbardziej potrzebujących pacjentów.</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[30.09.1972] Tear me apart | Primrose, Olivia]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5730</link>
			<pubDate>Sun, 15 Feb 2026 13:05:12 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=342">Olivia Quirke</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5730</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">30 września 1972<br />
Lecznica Dusz, południe</div>
<br />
Olivia siedziała w poczekalni, zaciskając dłonie na materiale spodni. Były znoszone, lecz nie brudne. Większość jej ubrań spłonęła podczas Spalonej Nocy, a chociaż otrzymała pomoc od ludzi, z którymi była blisko: nie chciała nadużywać ich dobrej woli. Nie chodziła w szatach czy sukienkach, a ubrania, które miała obecnie na sobie, były typowo mugolskie. Aktualnie posiadała w swojej szafie zaledwie dwie pary spodni, kilka par gaci, jeden stanik i trzy swetry. Koszulka, którą miała na sobie, była ewidentnie nie na jej rozmiar - bez dekoltu, bez dopasowanej talii, za duża, bura. Takich T-shirtów miała kilka sztuk. Pewnie minie dłuższa chwila, gdy zdecyduje się kupić coś lepszego. Mimo wszystko była czysta, a włosy miała uczesane i pachnące. Rude pukle były związane w wysoki koński ogon. Torebka, którą położyła obok krzesła na podłodze, była przetarta w wielu miejscach. Na pierwszy rzut oka nie wyglądała na osobę zamożną (a to ci nowina), ale prawda była taka, że niewiele różniła się od ludzi, którzy kręcili się obecnie po Lecznicy. Ba, wyglądała nawet od nich nieco lepiej, bo nie płakała, nie trzęsła się i nie wodziła rozbieganym wzrokiem po pomieszczeniu. Grzecznie czekała na swoją kolej, chociaż gdy dowiedziała się, że będzie ją przyjmować ktoś z nazwiskiem Lestrange, mimowolnie zadrżała.<br />
<br />
Może to wcale nie był dobry pomysł? To był potężny ród czystokrwisty i samo uświadomienie sobie tego faktu sprawiało, że czuła się niekomfortowo. Sama była czystej krwi, ale pamiętała spotkanie z Louvainem w Hogwarcie. Z drugiej strony wiedziała, że Victoria Lestrange była przyjaciółką Brenny, więc... Może ta cała Primrose nie będzie taka zła? Może będzie bardziej Victorią niż Louvainem? W końcu gdyby nie była przynajmniej stonowana w swoim zachowaniu, to nie pracowałaby tutaj, prawda?<br />
<br />
Olivia westchnęła, odgarniając rude kosmyki grzywki z czoła. Musiała się tym zająć, musiał jej ktoś pomóc. Nie mogła wiecznie oglądać się przez ramię, musiała zmierzyć z tą traumą.<br />
<br />
<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=533" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Primrose Lestrange</a> <br />
<br />
!Strach przed imieniem]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">30 września 1972<br />
Lecznica Dusz, południe</div>
<br />
Olivia siedziała w poczekalni, zaciskając dłonie na materiale spodni. Były znoszone, lecz nie brudne. Większość jej ubrań spłonęła podczas Spalonej Nocy, a chociaż otrzymała pomoc od ludzi, z którymi była blisko: nie chciała nadużywać ich dobrej woli. Nie chodziła w szatach czy sukienkach, a ubrania, które miała obecnie na sobie, były typowo mugolskie. Aktualnie posiadała w swojej szafie zaledwie dwie pary spodni, kilka par gaci, jeden stanik i trzy swetry. Koszulka, którą miała na sobie, była ewidentnie nie na jej rozmiar - bez dekoltu, bez dopasowanej talii, za duża, bura. Takich T-shirtów miała kilka sztuk. Pewnie minie dłuższa chwila, gdy zdecyduje się kupić coś lepszego. Mimo wszystko była czysta, a włosy miała uczesane i pachnące. Rude pukle były związane w wysoki koński ogon. Torebka, którą położyła obok krzesła na podłodze, była przetarta w wielu miejscach. Na pierwszy rzut oka nie wyglądała na osobę zamożną (a to ci nowina), ale prawda była taka, że niewiele różniła się od ludzi, którzy kręcili się obecnie po Lecznicy. Ba, wyglądała nawet od nich nieco lepiej, bo nie płakała, nie trzęsła się i nie wodziła rozbieganym wzrokiem po pomieszczeniu. Grzecznie czekała na swoją kolej, chociaż gdy dowiedziała się, że będzie ją przyjmować ktoś z nazwiskiem Lestrange, mimowolnie zadrżała.<br />
<br />
Może to wcale nie był dobry pomysł? To był potężny ród czystokrwisty i samo uświadomienie sobie tego faktu sprawiało, że czuła się niekomfortowo. Sama była czystej krwi, ale pamiętała spotkanie z Louvainem w Hogwarcie. Z drugiej strony wiedziała, że Victoria Lestrange była przyjaciółką Brenny, więc... Może ta cała Primrose nie będzie taka zła? Może będzie bardziej Victorią niż Louvainem? W końcu gdyby nie była przynajmniej stonowana w swoim zachowaniu, to nie pracowałaby tutaj, prawda?<br />
<br />
Olivia westchnęła, odgarniając rude kosmyki grzywki z czoła. Musiała się tym zająć, musiał jej ktoś pomóc. Nie mogła wiecznie oglądać się przez ramię, musiała zmierzyć z tą traumą.<br />
<br />
<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=533" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Primrose Lestrange</a> <br />
<br />
!Strach przed imieniem]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[27/09/1972, Lecznica Dusz] I don't need a cure for me!]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5460</link>
			<pubDate>Thu, 11 Dec 2025 20:55:43 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=468">Jessie Kelly</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5460</guid>
			<description><![CDATA[Hannibal miał rację - powinien był skorzystać z pomocy jakiegoś uzdrowiciela. Zwlekał z tą decyzją na szczęście tylko kilka dni, dostał kilka porad od osób, które podobno przechodziły to samo, wziął wolne w pracy i ruszył się do Doliny Godryka, do Lecznicy Dusz. Zwlekał, bo jednak był synem swojej matki i jakaś duma nie pozwalała mu poprosić kogoś o pomoc, zanim nie spróbował sam pobyć się tego czegoś, co wywoływało w nim nagły strach i zmuszało do wypowiadania słów, których absolutnie nie chciał wymawiać, a które mogły wpędzić go w niemałe kłopoty. Oczywiście, że sprawdził najpierw, czy nie była to klątwa - nie była i może był głupi, że "eksperymentował" sam na sobie, ale przekonał się, że sam nic z tym nie zdoła zrobić i jednak musiał iść do kogoś, kto z całą pewnością będzie wiedział, co na to poradzić.<br />
Wszedł do Lecznicy z ciężarem na ramieniu, z lekkością w głowie i poczuciem przegranej. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Robisz to dla własnego spokoju i żeby cię nie wylali</span>, powtarzał sobie z każdym kolejnym krokiem. Niestety, w pracy zdarzyło mu się raz wypluć z siebie niezbyt pasujący do sytuacji zlepek słów, co wywołało niefajne napięcie w zespole i zwróciło na niego nieprzychylną uwagę goblinów. W tym momencie trudno było im się dziwić - nawet jeśli te słowa nie wyrażały prawdziwych poglądów Jaspera, trudno było zignorować rasistowskie teksty pasujące bardziej do wyznawców Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać.<br />
Rozmawiając z recepcjonistą, starał się wyglądać na rozluźnionego, a przynajmniej na mniej zdenerwowanego, niż naprawdę był. Na szczęście w recepcji nie był długo przetrzymywany, został pokierowany do odpowiedniego oddziału, gdzie miał poczekać, aż uzdrowiciel, któremu zostanie przydzielony, go zaprosi.<br />
Czekał więc na wezwanie do gabinetu, wpatrywał się w swoje buty, żeby nie rozglądać się dookoła, i wcale nie rozmyślał nad tym, czy ten strach i te wciskane w jego usta słowa byłyby w stanie doprowadzić go do szaleństwa. I jak długo musiałby zwlekać z wizytą o magipsychiatry, żeby do tego doszło?<br />
<br />
!Strach przed imieniem]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Hannibal miał rację - powinien był skorzystać z pomocy jakiegoś uzdrowiciela. Zwlekał z tą decyzją na szczęście tylko kilka dni, dostał kilka porad od osób, które podobno przechodziły to samo, wziął wolne w pracy i ruszył się do Doliny Godryka, do Lecznicy Dusz. Zwlekał, bo jednak był synem swojej matki i jakaś duma nie pozwalała mu poprosić kogoś o pomoc, zanim nie spróbował sam pobyć się tego czegoś, co wywoływało w nim nagły strach i zmuszało do wypowiadania słów, których absolutnie nie chciał wymawiać, a które mogły wpędzić go w niemałe kłopoty. Oczywiście, że sprawdził najpierw, czy nie była to klątwa - nie była i może był głupi, że "eksperymentował" sam na sobie, ale przekonał się, że sam nic z tym nie zdoła zrobić i jednak musiał iść do kogoś, kto z całą pewnością będzie wiedział, co na to poradzić.<br />
Wszedł do Lecznicy z ciężarem na ramieniu, z lekkością w głowie i poczuciem przegranej. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Robisz to dla własnego spokoju i żeby cię nie wylali</span>, powtarzał sobie z każdym kolejnym krokiem. Niestety, w pracy zdarzyło mu się raz wypluć z siebie niezbyt pasujący do sytuacji zlepek słów, co wywołało niefajne napięcie w zespole i zwróciło na niego nieprzychylną uwagę goblinów. W tym momencie trudno było im się dziwić - nawet jeśli te słowa nie wyrażały prawdziwych poglądów Jaspera, trudno było zignorować rasistowskie teksty pasujące bardziej do wyznawców Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać.<br />
Rozmawiając z recepcjonistą, starał się wyglądać na rozluźnionego, a przynajmniej na mniej zdenerwowanego, niż naprawdę był. Na szczęście w recepcji nie był długo przetrzymywany, został pokierowany do odpowiedniego oddziału, gdzie miał poczekać, aż uzdrowiciel, któremu zostanie przydzielony, go zaprosi.<br />
Czekał więc na wezwanie do gabinetu, wpatrywał się w swoje buty, żeby nie rozglądać się dookoła, i wcale nie rozmyślał nad tym, czy ten strach i te wciskane w jego usta słowa byłyby w stanie doprowadzić go do szaleństwa. I jak długo musiałby zwlekać z wizytą o magipsychiatry, żeby do tego doszło?<br />
<br />
!Strach przed imieniem]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[lato 1972 // przebudzenie]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4045</link>
			<pubDate>Sat, 12 Oct 2024 19:49:43 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=457">Mirabella Plunkett</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4045</guid>
			<description><![CDATA[[inny avek]https://i.imgur.com/2vpzrZj.png[/inny avek]<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie sen jest najgorszy: najgorsze jest przebudzenie.</span><br />
<br />
To miała być zwykła kontrola. Choroba, która zjadała umysł Millie Moody, mogła śmiało zostać przyrównana do morza. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nieprzewidywalna, gwałtowna, niebezpieczna</span>. I piękna w swojego rodzaju grozie, która ciążyła nad głową niczym burzowe niebo, chylące się ku zagładzie. Jednego dnia delikatna, krucha psychika była spokojna i niczym niezmącona tylko po to, by w następnej dobie przyszedł potężny sztorm, brutalnie niszcząc wszystko to, co udało ci się do tej pory osiągnąć. Miałaś problemy ze snem i samokontrolą, lecz przecież powinno być lepiej. Na tym polegało leczenie: by przyszłość jawiła się w przepięknych, pastelowych barwach, a umysł mógł wreszcie wrócić na swoje prawidłowe, proste tory. Oczywiście w twoim życiu po wyjściu z Lecznicy Dusz bywały lepsze i gorsze momenty, ale przecież nie powinno tak być. Powinno być coraz lepiej. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Powinno</span>. Przepisane leki działały jak chciały, zupełnie jak ty sama do tej pory - ironiczne, prawda? Tego dnia nie mogło być z tobą Alastora, lecz na szczęście przeszłość nie dawała ci o sobie zapomnieć. Razem z Bertim przyszliście do Lecznicy, by sprawdzić dlaczego umysł wciąż się broni i nie pozwala sobie na spokój. Towarzyszył wam magiterapeuta, Perseus Black, który osobiście sprawdził nowe dawkowanie. Przyjaciele byli przy tobie, pilnowali byś mogła zderzyć swoje zwiotczałe ciało z miękką pościelą, by nie stała ci się krzywda, gdy traciłaś przytomność. Ciało i umysł po lekach potrafiły płatać figle... <br />
<br />
Teraz jednak stałaś w zupełnie innym miejscu, niż byłaś. Grube pnie drzew wznosiły się dumnie ku niebu, by sięgać koronami ku wolności, skąpanej w promieniach słońca. Las szumiał cicho, śpiewając. Ciche, miękkie szepty otulały twoje zbolałe ciało niczym puchaty, niedrapiący koc jesienną porą. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Trzask</span> sprawił, że oczy podążyły w bok, a ręka odruchowo sięgnęła po różdżkę, której nie było. Śpiewne szelesty zmieniły się w krzyk, gdy przed tobą i nieznajomą, młodą kobietą upadło ciało. Ciało, które starzało się w twoich oczach tak szybko, że wiedziałaś, że to było niemożliwe. A jednak miałaś dowód przed swoimi oczami.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Uciekaj! Linda, uciekaj! </span>- skrzypienie starczego głosu załamało rozkaz w połowie. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Davies, użyj... cholera...zaklęcia...</span><br />
Jeżeli tak wyglądała śmierć, to nie chciałaś się z nią spotkać. Nie chciałaś stanąć oko w oko ze zjawą, która wysysała życie z niewinnej, ludzkiej istoty. Chciałaś zareagować, ale nie mogłaś - twoje oczy zostały oślepione błękitno-białym, jasnym blaskiem, który zmusił cię do zaciśnięcia powiek.<br />
<br />
Gdy je rozwarłaś, zlana potem, nad tobą nachylały się dwie zatroskaną twarz Bertiego. Przyjaciela, który był przy tobie, gdy rzucałaś się na łóżku jak w amoku przez godzinę, chociaż miałaś wrażenie, że wszystko trwało zaledwie kilka sekund. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Linda Davies</span> wciąż odbijało się echem w jeszcze nieobudzonym umyśle. Z odpowiedzią na to, kim była Linda przyszedł jeden z uzdrowicieli - Perseus Black, który mógł was do niej zabrać.<br />
<br />
<div class="mgzadanietytul">zadanie od mistrza gry</div><div class="mgzadanie">Linda Davies jest pacjentką Kliniki Dusz, trafiła tam po Beltane. Po rozegraniu 3 tur rozmowy między postaciami możecie rzucić kością <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">!Linda</span>, aby usłyszeć jej opowieść. Scenariusz jest dedykowany <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=418" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Millie Moody</a>, <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=249" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Bertie Bott</a> i <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=44" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Perseus Black</a>. Mistrz gry nie kontynuuje rozgrywki.</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[[inny avek]https://i.imgur.com/2vpzrZj.png[/inny avek]<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie sen jest najgorszy: najgorsze jest przebudzenie.</span><br />
<br />
To miała być zwykła kontrola. Choroba, która zjadała umysł Millie Moody, mogła śmiało zostać przyrównana do morza. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nieprzewidywalna, gwałtowna, niebezpieczna</span>. I piękna w swojego rodzaju grozie, która ciążyła nad głową niczym burzowe niebo, chylące się ku zagładzie. Jednego dnia delikatna, krucha psychika była spokojna i niczym niezmącona tylko po to, by w następnej dobie przyszedł potężny sztorm, brutalnie niszcząc wszystko to, co udało ci się do tej pory osiągnąć. Miałaś problemy ze snem i samokontrolą, lecz przecież powinno być lepiej. Na tym polegało leczenie: by przyszłość jawiła się w przepięknych, pastelowych barwach, a umysł mógł wreszcie wrócić na swoje prawidłowe, proste tory. Oczywiście w twoim życiu po wyjściu z Lecznicy Dusz bywały lepsze i gorsze momenty, ale przecież nie powinno tak być. Powinno być coraz lepiej. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Powinno</span>. Przepisane leki działały jak chciały, zupełnie jak ty sama do tej pory - ironiczne, prawda? Tego dnia nie mogło być z tobą Alastora, lecz na szczęście przeszłość nie dawała ci o sobie zapomnieć. Razem z Bertim przyszliście do Lecznicy, by sprawdzić dlaczego umysł wciąż się broni i nie pozwala sobie na spokój. Towarzyszył wam magiterapeuta, Perseus Black, który osobiście sprawdził nowe dawkowanie. Przyjaciele byli przy tobie, pilnowali byś mogła zderzyć swoje zwiotczałe ciało z miękką pościelą, by nie stała ci się krzywda, gdy traciłaś przytomność. Ciało i umysł po lekach potrafiły płatać figle... <br />
<br />
Teraz jednak stałaś w zupełnie innym miejscu, niż byłaś. Grube pnie drzew wznosiły się dumnie ku niebu, by sięgać koronami ku wolności, skąpanej w promieniach słońca. Las szumiał cicho, śpiewając. Ciche, miękkie szepty otulały twoje zbolałe ciało niczym puchaty, niedrapiący koc jesienną porą. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Trzask</span> sprawił, że oczy podążyły w bok, a ręka odruchowo sięgnęła po różdżkę, której nie było. Śpiewne szelesty zmieniły się w krzyk, gdy przed tobą i nieznajomą, młodą kobietą upadło ciało. Ciało, które starzało się w twoich oczach tak szybko, że wiedziałaś, że to było niemożliwe. A jednak miałaś dowód przed swoimi oczami.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Uciekaj! Linda, uciekaj! </span>- skrzypienie starczego głosu załamało rozkaz w połowie. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Davies, użyj... cholera...zaklęcia...</span><br />
Jeżeli tak wyglądała śmierć, to nie chciałaś się z nią spotkać. Nie chciałaś stanąć oko w oko ze zjawą, która wysysała życie z niewinnej, ludzkiej istoty. Chciałaś zareagować, ale nie mogłaś - twoje oczy zostały oślepione błękitno-białym, jasnym blaskiem, który zmusił cię do zaciśnięcia powiek.<br />
<br />
Gdy je rozwarłaś, zlana potem, nad tobą nachylały się dwie zatroskaną twarz Bertiego. Przyjaciela, który był przy tobie, gdy rzucałaś się na łóżku jak w amoku przez godzinę, chociaż miałaś wrażenie, że wszystko trwało zaledwie kilka sekund. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Linda Davies</span> wciąż odbijało się echem w jeszcze nieobudzonym umyśle. Z odpowiedzią na to, kim była Linda przyszedł jeden z uzdrowicieli - Perseus Black, który mógł was do niej zabrać.<br />
<br />
<div class="mgzadanietytul">zadanie od mistrza gry</div><div class="mgzadanie">Linda Davies jest pacjentką Kliniki Dusz, trafiła tam po Beltane. Po rozegraniu 3 tur rozmowy między postaciami możecie rzucić kością <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">!Linda</span>, aby usłyszeć jej opowieść. Scenariusz jest dedykowany <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=418" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Millie Moody</a>, <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=249" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Bertie Bott</a> i <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=44" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Perseus Black</a>. Mistrz gry nie kontynuuje rozgrywki.</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[02.06.72] They ask for a New Peace and bring violence]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3854</link>
			<pubDate>Sun, 08 Sep 2024 13:47:55 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=222">Louvain Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3854</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Millie Moody - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic</span></div></div>
<br />
<p>Długo się z tym nosił. Bardzo długo. A wiedział już praktycznie w pierwszym tygodniu maja. Wiedział, że ona ucierpiała i wiedział, że jest tutaj. Od początku chciał ją zobaczyć, dowiedzieć się w jakim faktycznie jest stanie. Czarne myśli podpowiadały, żeby się pośpieszył, bo inaczej ostatnim miejscem gdzie będzie dane im się spotkać będzie jej pogrzeb.</p>
<p>Powinien podnieść Zimne dupsko i zjawić się w Dolinie, w Lecznicy. Był jej to winny i nie dlatego, że należał do tych, którzy zafundowali jej to co dostała. Nie z poczucia winy i żalu, który skutecznie zatapiał w alkoholu i eliksirach znieczulających. Tak po prostu po ludzku, z uwagi na to kim kiedyś dla siebie byli, nawet jeśli było to zbyt trudne do opisania czymś innym, niż "to skomplikowane". Powinien przy niej się pojawić i zadbać o nią. </p>
<p>Ale nie potrafił.</p>
<p>Targało nim zbyt wiele sprzeczności. Przez wiele tygodni co rusz miał inną wymówkę dla własnego sumienia. Na początku zasłaniał się kontuzją barku, którą zafundował sobie sam najbardziej pokracznym zaklęciem jakie tylko mógł rzucić. Chyba nigdy nie zmyje tej porażki z własnej ambicji. Potem nie chciał się narażać na niepotrzebne ryzyko, biorąc pod uwagę, że był jedynym Zimnym o którym świat nie powinien się dowiedzieć. A przecież ten temat był na końcówkach języków wszystkich w całym magicznym Londynie. A kiedy już dowiedział o eliksirze imitującym temperaturę ciała, który znacząco ułatwiał mu codzienne funkcjonowanie, bez panicznej obawy o zdemaskowanie, szukał innej wymówki. Potem po prostu wykręcał się, że nie chciał być widziany w jej towarzystwie, żeby nie być posądzony o jakieś powiązania ze stanem Millie. Jakby zwyczajnie nie mógł być jednym z zatroskanych bliskich i odwiedzić Moody. Przecież nie ona jedna ucierpiała w ataku i wielu odwiedzających czuwało nad poszkodowanymi nie tylko w Lecznicy Dusz, ale także u Munga.</p>
<p>Nie chciał się zmierzyć z namacalnymi konsekwencjami swoich działań. Jedynie zdobył się na wysłanie jej bukietu kwiatów. Białych i różowych gerber na znak zwycięstwa i oddania hołdu jej wytrwałości. Bez dedykacji, ani nawet podpisu. To tylko tyle na ile potrafił zdobyć się przez te kilka pierwszych tygodni.</p>
<p>W końcu jednak poukładał swoje sprawy, aż w końcu ta jedna stała się mu się tak ciążącą, że nie zniósłby już ani dnia więcej. Nawet on miał granicę swojej wytrzymałości, choć przesunął ją tak daleko jak nigdy wcześniej. I tak był już tchórzem odwlekając to spotkanie do dzisiaj, nie mógł już zmienić tej myśli o sobie. Jednak wybuchłby od stężenia frustracji, gdyby w końcu nie ujrzałby jej twarzy.</p>
<p>Wszedł do sali w której leżała, a ręce mu drżały ze stresu. Przecież z pewnością spała, więc czego miał się bać. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">To tylko paranoja w Twojej głowie.</span> Powtarzał sobie do ostatniej chwili.</p>
<p>Pękł jednak kiedy zobaczył ją bladą i nieprzytomną. Nie przejmował się żadną czarownicą i żadnym czarodziejem, który zmarł tamtej nocy, lub został poszkodowany w ten czy inny sposób. Miał głęboko gdzieś tych bezbronnych, kobiety i dzieci, starych i młodych. Nie interesowały go pokiereszowane kapłanki i niedoświadczeni brygadziści. </p>
<p>Ale ta jedna drobna sylwetka, wychudzona jeszcze bardziej, niż zwykle, zburzyła jego chłodną i zdystansowaną postawę.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Oh niee...</span> - załkał niemalże szeptem, podchodząc bliżej. Obrócił stojące obok łóżka szpitalnego krzesło i przysiadł na nim, tuż obok niej. Chwycił ją za rękę, przykładając do swoich ust, zatroskany nad cudzym losem jak nigdy. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Cholera... Przecież powtarzałem Ci tyle razy... Pierdol ten mundur...</span> W jękliwym tonie ciągnął dalej, czując jak żal i wina opływają go z każdej strony. Czuł się współwinny, gdzie głęboko tam w środku, ale nie mógł tego okazać. Nawet przed samym sobą.</p>
<br />
[inny avek]https://i.imgur.com/9asseBJ.jpeg[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Millie Moody - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic</span></div></div>
<br />
<p>Długo się z tym nosił. Bardzo długo. A wiedział już praktycznie w pierwszym tygodniu maja. Wiedział, że ona ucierpiała i wiedział, że jest tutaj. Od początku chciał ją zobaczyć, dowiedzieć się w jakim faktycznie jest stanie. Czarne myśli podpowiadały, żeby się pośpieszył, bo inaczej ostatnim miejscem gdzie będzie dane im się spotkać będzie jej pogrzeb.</p>
<p>Powinien podnieść Zimne dupsko i zjawić się w Dolinie, w Lecznicy. Był jej to winny i nie dlatego, że należał do tych, którzy zafundowali jej to co dostała. Nie z poczucia winy i żalu, który skutecznie zatapiał w alkoholu i eliksirach znieczulających. Tak po prostu po ludzku, z uwagi na to kim kiedyś dla siebie byli, nawet jeśli było to zbyt trudne do opisania czymś innym, niż "to skomplikowane". Powinien przy niej się pojawić i zadbać o nią. </p>
<p>Ale nie potrafił.</p>
<p>Targało nim zbyt wiele sprzeczności. Przez wiele tygodni co rusz miał inną wymówkę dla własnego sumienia. Na początku zasłaniał się kontuzją barku, którą zafundował sobie sam najbardziej pokracznym zaklęciem jakie tylko mógł rzucić. Chyba nigdy nie zmyje tej porażki z własnej ambicji. Potem nie chciał się narażać na niepotrzebne ryzyko, biorąc pod uwagę, że był jedynym Zimnym o którym świat nie powinien się dowiedzieć. A przecież ten temat był na końcówkach języków wszystkich w całym magicznym Londynie. A kiedy już dowiedział o eliksirze imitującym temperaturę ciała, który znacząco ułatwiał mu codzienne funkcjonowanie, bez panicznej obawy o zdemaskowanie, szukał innej wymówki. Potem po prostu wykręcał się, że nie chciał być widziany w jej towarzystwie, żeby nie być posądzony o jakieś powiązania ze stanem Millie. Jakby zwyczajnie nie mógł być jednym z zatroskanych bliskich i odwiedzić Moody. Przecież nie ona jedna ucierpiała w ataku i wielu odwiedzających czuwało nad poszkodowanymi nie tylko w Lecznicy Dusz, ale także u Munga.</p>
<p>Nie chciał się zmierzyć z namacalnymi konsekwencjami swoich działań. Jedynie zdobył się na wysłanie jej bukietu kwiatów. Białych i różowych gerber na znak zwycięstwa i oddania hołdu jej wytrwałości. Bez dedykacji, ani nawet podpisu. To tylko tyle na ile potrafił zdobyć się przez te kilka pierwszych tygodni.</p>
<p>W końcu jednak poukładał swoje sprawy, aż w końcu ta jedna stała się mu się tak ciążącą, że nie zniósłby już ani dnia więcej. Nawet on miał granicę swojej wytrzymałości, choć przesunął ją tak daleko jak nigdy wcześniej. I tak był już tchórzem odwlekając to spotkanie do dzisiaj, nie mógł już zmienić tej myśli o sobie. Jednak wybuchłby od stężenia frustracji, gdyby w końcu nie ujrzałby jej twarzy.</p>
<p>Wszedł do sali w której leżała, a ręce mu drżały ze stresu. Przecież z pewnością spała, więc czego miał się bać. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">To tylko paranoja w Twojej głowie.</span> Powtarzał sobie do ostatniej chwili.</p>
<p>Pękł jednak kiedy zobaczył ją bladą i nieprzytomną. Nie przejmował się żadną czarownicą i żadnym czarodziejem, który zmarł tamtej nocy, lub został poszkodowany w ten czy inny sposób. Miał głęboko gdzieś tych bezbronnych, kobiety i dzieci, starych i młodych. Nie interesowały go pokiereszowane kapłanki i niedoświadczeni brygadziści. </p>
<p>Ale ta jedna drobna sylwetka, wychudzona jeszcze bardziej, niż zwykle, zburzyła jego chłodną i zdystansowaną postawę.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Oh niee...</span> - załkał niemalże szeptem, podchodząc bliżej. Obrócił stojące obok łóżka szpitalnego krzesło i przysiadł na nim, tuż obok niej. Chwycił ją za rękę, przykładając do swoich ust, zatroskany nad cudzym losem jak nigdy. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Cholera... Przecież powtarzałem Ci tyle razy... Pierdol ten mundur...</span> W jękliwym tonie ciągnął dalej, czując jak żal i wina opływają go z każdej strony. Czuł się współwinny, gdzie głęboko tam w środku, ale nie mógł tego okazać. Nawet przed samym sobą.</p>
<br />
[inny avek]https://i.imgur.com/9asseBJ.jpeg[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[11.07.1972] Lecznica Dusz | I'll die anyway]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3783</link>
			<pubDate>Thu, 22 Aug 2024 21:04:24 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=38">Atreus Bulstrode</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3783</guid>
			<description><![CDATA[Po wymianie listów z Lovegoodem i umówieniem się na wizytę, Atreus pojawił się z samego rana w lecznicy dusz. Zwlekać z odwiedzinami nie było co, szczególnie że miał przy sobie ładnie podpisane przez Moody papiery, no i błogosławieństwo Bonesa, który był na tyle miły by podobno pozwolić mu porozmawiać w cztery oczy z Isobell, bez brygadzisty dyszącego mu w kark. Pierwsze co Bulstrode zrobił po pojawieniu się na miejscu, to udanie do dyrektora placówki, któremu przedstawił obiecane papiery. Jak można było się tego spodziewać - wszystko było w jak najlepszym porządku, więc po wskazaniu mu odpowiedniego pokoju, auror udał się w dalszą drogę.<br />
<br />
Nigdy nie lubił tego miejsca. Wariaci wariatami, ale Lecznica Dusz kojarzyła mu się raczej z miejscem bez wyjścia. Miejscem, gdzie trafiali ci absolutnie zgubieni, dla których było niewiele nadziei. Ich aury były mdłe, przytłumione przez leki lub depresję, bo w tym miejscu nie trudno było o znalezienie kogoś z mglistą szarością czającą się w otaczającym go halo. A kiedy Atreus nie mógł dostrzec wyraźnych, znajomych kolorów, czuł się zwyczajnie niepewnie i rozdrażniony. Jakby ktoś nagle zmuszał go do biegania z jednym okiem całkowicie zasłoniętym, co zaburzało jego balans i poczucie przestrzeni. <br />
<br />
Wszedł po schodach na właściwe piętro i ruszył korytarzem, już u jego wejścia odnajdując spojrzeniem brygadzistę, który siedział na stołku pod ścianą i czytał gazetę. Uśmiechnął się też lekko, z właściwym dla siebie, nieco zaczepnym zacięciem, kiedy mężczyzna podniósł wreszcie na niego spojrzenie gdy był już parę kroków od niego.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Coś ciekawego w porannej gazecie, Pierce?</span> - zwrócił się do BUMowca po nazwisku, wyciągając w jego kierunku dokumenty podarowane mu przez Harper. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Oficjalny nakaz przesłuchania od Moody. A Bones powiedział, że mam randkę z Isobell na osobności. Powiedz, zachowuje się dzisiaj grzecznie?</span> - uśmiechnął się odrobinę szerzej, czekając aż ten sprawdzi podsunięte mu papiery.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Po wymianie listów z Lovegoodem i umówieniem się na wizytę, Atreus pojawił się z samego rana w lecznicy dusz. Zwlekać z odwiedzinami nie było co, szczególnie że miał przy sobie ładnie podpisane przez Moody papiery, no i błogosławieństwo Bonesa, który był na tyle miły by podobno pozwolić mu porozmawiać w cztery oczy z Isobell, bez brygadzisty dyszącego mu w kark. Pierwsze co Bulstrode zrobił po pojawieniu się na miejscu, to udanie do dyrektora placówki, któremu przedstawił obiecane papiery. Jak można było się tego spodziewać - wszystko było w jak najlepszym porządku, więc po wskazaniu mu odpowiedniego pokoju, auror udał się w dalszą drogę.<br />
<br />
Nigdy nie lubił tego miejsca. Wariaci wariatami, ale Lecznica Dusz kojarzyła mu się raczej z miejscem bez wyjścia. Miejscem, gdzie trafiali ci absolutnie zgubieni, dla których było niewiele nadziei. Ich aury były mdłe, przytłumione przez leki lub depresję, bo w tym miejscu nie trudno było o znalezienie kogoś z mglistą szarością czającą się w otaczającym go halo. A kiedy Atreus nie mógł dostrzec wyraźnych, znajomych kolorów, czuł się zwyczajnie niepewnie i rozdrażniony. Jakby ktoś nagle zmuszał go do biegania z jednym okiem całkowicie zasłoniętym, co zaburzało jego balans i poczucie przestrzeni. <br />
<br />
Wszedł po schodach na właściwe piętro i ruszył korytarzem, już u jego wejścia odnajdując spojrzeniem brygadzistę, który siedział na stołku pod ścianą i czytał gazetę. Uśmiechnął się też lekko, z właściwym dla siebie, nieco zaczepnym zacięciem, kiedy mężczyzna podniósł wreszcie na niego spojrzenie gdy był już parę kroków od niego.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Coś ciekawego w porannej gazecie, Pierce?</span> - zwrócił się do BUMowca po nazwisku, wyciągając w jego kierunku dokumenty podarowane mu przez Harper. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Oficjalny nakaz przesłuchania od Moody. A Bones powiedział, że mam randkę z Isobell na osobności. Powiedz, zachowuje się dzisiaj grzecznie?</span> - uśmiechnął się odrobinę szerzej, czekając aż ten sprawdzi podsunięte mu papiery.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[20/07/72 | Lecznica Dusz | Millie & Peregrinus]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3226</link>
			<pubDate>Fri, 10 May 2024 16:30:55 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=172">Peregrinus Trelawney</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3226</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Peregrinus Trelawney - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span><br />
Rozliczono - Millie Moody - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic</span></div></div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Nie ma czegoś takiego jak za dużo miłości, nawet za dużo to za mało.<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">20 lipca 1972, Lecznica Dusz</span></div>
<br />
To nie były jego pierwsze odwiedziny u Millie. Był tam już wcześniej, pewnego majowego dnia. Gdy zjawił się w jej drzwiach, stała pod ścianą. Nie potrzebował, aby obracała się w jego stronę: wiedział, co zobaczy na jej twarzy i samo to wyobrażenie zaciskało pętle na jego gardle. Stał tam kilka minut, nie wypowiadając ani słowa, po czym odwrócił się i wyszedł goniony jej krzykiem. Nie wrócił już ani razu.<br />
Krzyk, który zabrał ze szpitala, prześladował go przez cały dzień. Gdy kładł się spać, wciąż dzwonił w jego uszach, wyrywał raz po raz z niespokojnego, płytkiego snu. Nad ranem postrzępione pasma krzyku zaczęły splatać się z innym krzykiem: krzykiem, w który Peregrinus wsłuchiwał się od lat.<br />
Krzykiem, który eksplodował nad śpiącym wróżbitą.<br />
Gdy otworzył oczy, stała tam, przy jego łóżku. Wychudzona kobieta w koszuli nocnej. Wyrwany ze snu, w pierwszej chwili nie wiedział, czy to Aurora, czy Moody przywleczona z Lecznicy. Ich sylwetki zlały się w jedno, zdążył już przypieczętować los Millie wiecznym potępieniem. Aurora Trelawney strawiła całą jego nadzieję: nie miał już żadnej, którą mógłby obdzielić kuzynkę. <br />
Mężczyzna podniósł się do siadu i przesunął na materacu pod ścianę, jakby chciał, żeby go wchłonęła. Byle dalej od mary o mętnych niebieskich oczach, które kiedyś należały do jego matki. Choć próbował uciekać, nie miał siły oderwać od niej wzroku.<br />
Była pusta. Skorupa obleczona w cienką jak pergamin, półprzezroczystą skórę. Czas i choroba zabrały ciepłe, miękkie ręce, którymi wciągała go jako brzdąca w swoje objęcia. Po puklach czarnych loków, które zawsze, kiedy się w nią wtulał, wypełniały mu nozdrza zapachem różanego szamponu, pozostała spuszona, sianowata kitka.<br />
Nie poczekał wcześniej, aż Millie się obróci, bo co jeśli te roześmiane usta woniące bimbrem, które przycisnęła kiedyś do jego czoła, wykrzywiał bezbarwny grymas nieobecności?<br />
Nie miał dla Millie nadziei, ale pod dostatkiem miał żalu. Uczynił w sobie Moody współtowarzyszką matczynej niedoli. Do tej pory jego serce rozrywała tylko jedna, teraz rwały je obie, a cała zgniła, udręczona miłość, jaką żywił do Aurory, stała się i jej udziałem.<br />
Mimo że matka obudziła go chwilę przed świtem, noc długo jeszcze nie chciała odejść. Matka i syn — trwali naprzeciw siebie w bezruchu jak sparaliżowani. Szukał w niej śladów obecności, dopóki jego oczy nie zaszkliły się łzami, zza których nie był już w stanie rozpoznać, czy to Aurora, czy Moody przywleczona z Lecznicy.<br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align">* * *</div>
<br />
Bał się wrócić do Lecznicy Dusz, nawet gdy dotarły do niego wieści o tym, że z Mildred znów jest kontakt. <br />
Często jednakże myślał o przyjściu. Widział oczami wyobraźni siebie kroczącego zbyt dobrze znanym korytarzem Lecznicy, w której nigdy jeszcze nie czekało na niego nic dobrego. Stawał w tych samych drzwiach co kilka tygodni temu, a Millie była tam: wciąż pod ścianą. Gdy obracała ku niemu głowę, tonął w mętnym spojrzeniu, które spotykał codziennie w domu.<br />
Choć bardzo chciał, nie mógł odwlekać tej wizyty w nieskończoność. Tam była przecież ona, prawdziwa, nie mara z koszmaru, którą wysnuł w swojej głowie w ostatnich tygodniach. <br />
Tak oto stanął pewnego lipcowego czwartku przed pokojem Mildred Moody w Lecznicy Dusz. Stukając do drzwi, czuł, jak serce łomocze mu w piersiach w irracjonalnym strachu przed tym, co czaiło się wewnątrz.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Millie?</span> — rzucił badawczo, wchodząc do środka. Wstrzymał oddech, czekając, kto mu odpowie.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Peregrinus Trelawney - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span><br />
Rozliczono - Millie Moody - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic</span></div></div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Nie ma czegoś takiego jak za dużo miłości, nawet za dużo to za mało.<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">20 lipca 1972, Lecznica Dusz</span></div>
<br />
To nie były jego pierwsze odwiedziny u Millie. Był tam już wcześniej, pewnego majowego dnia. Gdy zjawił się w jej drzwiach, stała pod ścianą. Nie potrzebował, aby obracała się w jego stronę: wiedział, co zobaczy na jej twarzy i samo to wyobrażenie zaciskało pętle na jego gardle. Stał tam kilka minut, nie wypowiadając ani słowa, po czym odwrócił się i wyszedł goniony jej krzykiem. Nie wrócił już ani razu.<br />
Krzyk, który zabrał ze szpitala, prześladował go przez cały dzień. Gdy kładł się spać, wciąż dzwonił w jego uszach, wyrywał raz po raz z niespokojnego, płytkiego snu. Nad ranem postrzępione pasma krzyku zaczęły splatać się z innym krzykiem: krzykiem, w który Peregrinus wsłuchiwał się od lat.<br />
Krzykiem, który eksplodował nad śpiącym wróżbitą.<br />
Gdy otworzył oczy, stała tam, przy jego łóżku. Wychudzona kobieta w koszuli nocnej. Wyrwany ze snu, w pierwszej chwili nie wiedział, czy to Aurora, czy Moody przywleczona z Lecznicy. Ich sylwetki zlały się w jedno, zdążył już przypieczętować los Millie wiecznym potępieniem. Aurora Trelawney strawiła całą jego nadzieję: nie miał już żadnej, którą mógłby obdzielić kuzynkę. <br />
Mężczyzna podniósł się do siadu i przesunął na materacu pod ścianę, jakby chciał, żeby go wchłonęła. Byle dalej od mary o mętnych niebieskich oczach, które kiedyś należały do jego matki. Choć próbował uciekać, nie miał siły oderwać od niej wzroku.<br />
Była pusta. Skorupa obleczona w cienką jak pergamin, półprzezroczystą skórę. Czas i choroba zabrały ciepłe, miękkie ręce, którymi wciągała go jako brzdąca w swoje objęcia. Po puklach czarnych loków, które zawsze, kiedy się w nią wtulał, wypełniały mu nozdrza zapachem różanego szamponu, pozostała spuszona, sianowata kitka.<br />
Nie poczekał wcześniej, aż Millie się obróci, bo co jeśli te roześmiane usta woniące bimbrem, które przycisnęła kiedyś do jego czoła, wykrzywiał bezbarwny grymas nieobecności?<br />
Nie miał dla Millie nadziei, ale pod dostatkiem miał żalu. Uczynił w sobie Moody współtowarzyszką matczynej niedoli. Do tej pory jego serce rozrywała tylko jedna, teraz rwały je obie, a cała zgniła, udręczona miłość, jaką żywił do Aurory, stała się i jej udziałem.<br />
Mimo że matka obudziła go chwilę przed świtem, noc długo jeszcze nie chciała odejść. Matka i syn — trwali naprzeciw siebie w bezruchu jak sparaliżowani. Szukał w niej śladów obecności, dopóki jego oczy nie zaszkliły się łzami, zza których nie był już w stanie rozpoznać, czy to Aurora, czy Moody przywleczona z Lecznicy.<br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align">* * *</div>
<br />
Bał się wrócić do Lecznicy Dusz, nawet gdy dotarły do niego wieści o tym, że z Mildred znów jest kontakt. <br />
Często jednakże myślał o przyjściu. Widział oczami wyobraźni siebie kroczącego zbyt dobrze znanym korytarzem Lecznicy, w której nigdy jeszcze nie czekało na niego nic dobrego. Stawał w tych samych drzwiach co kilka tygodni temu, a Millie była tam: wciąż pod ścianą. Gdy obracała ku niemu głowę, tonął w mętnym spojrzeniu, które spotykał codziennie w domu.<br />
Choć bardzo chciał, nie mógł odwlekać tej wizyty w nieskończoność. Tam była przecież ona, prawdziwa, nie mara z koszmaru, którą wysnuł w swojej głowie w ostatnich tygodniach. <br />
Tak oto stanął pewnego lipcowego czwartku przed pokojem Mildred Moody w Lecznicy Dusz. Stukając do drzwi, czuł, jak serce łomocze mu w piersiach w irracjonalnym strachu przed tym, co czaiło się wewnątrz.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Millie?</span> — rzucił badawczo, wchodząc do środka. Wstrzymał oddech, czekając, kto mu odpowie.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[30.07] One vision | Alastor & Millie]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3118</link>
			<pubDate>Mon, 15 Apr 2024 16:30:25 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=418">Millie Moody</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3118</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Millie Moody - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic</span></div></div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">30.07.1972<br />
<br />
Dolina Godryka, Lecznica Dusz</div>
<br />
Było dobrze. <br />
<br />
Starała się. <br />
<br />
Brała leki.<br />
<br />
Chodziła na sesje.<br />
<br />
Ołówek nie orał już jej skóry.<br />
<br />
Nie widziała Czerni, nawet jeśli czasem za nią tęskniła. <br />
<br />
Miała gości, miewała gości, dużo gości, czasem za dużo, a czasem w sam raz, zawsze było jej smutno gdy nie przychodził gość, którego chciała widzieć, ale nie pokazywała tego za bardzo, bo bardzo zależało jej na tym, żeby się stąd wydostać. Musiała pokazać że są Efekty. <br />
<br />
Więc kłamała.<br />
<br />
Było dobrze.<br />
<br />
Zabrali ją z izolatki i umieścili w pokoju z jakąś wariatką, ale nie rozmawiała z nią. A gdyby nie podsłuchane nocne szepty, w które wplecione zostały słowa powiewające jak czerwone proporcje powiewające na wojennym polu, pewnie w ogóle nie pamiętałaby o jej istnieniu. <br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zakon... Klątwa... Śmierć... Popiół...</span></div>
<br />
Może jej się wydawało, może znów jakiś koszmar przylepił się, a wpatrzone w pustkę oczy widziały i słyszały coś, co nie miało miejsca. Leki pomagały, ale nie aż tak jakby życzyli sobie tego inni. Kłamała więc, że koszmary się skończyły, że cudze dłonie nie oblepiają jej twarzy, że nie spada, nie traci tchu, że jej ręka pozostaje jej ręką, gdy leci krew świdrującego żylastą tkankę ścięgien ołówka. <br />
<br />
Nie powiedziała <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">im</span>, ale powiedziała <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">jemu</span>. Kto wie, może wariatka była wieszczką, Millie trudno było to ocenić, sama pozbawiona została tego daru, matka zaszyła jej widzenie trupów, a zapomniała uzbroić w widzenie przyszłości. Niefart. Czasem leżąc na szpitalnym łóżku i gapiąc się w sufit Mildred myślała o tym, że skoro wszystkie najlepsze geny zgarnął Alastor, to nic dziwnego, że ona była taka nieudana. Niska, pokrzywiona, zdziczała, niedorobiona. Jej lekarz mówił, że nie powinna tak myśleć, ale co on się znał na tym. W końcu nie był zbyt blisko z jej bratem. <br />
<br />
Ten dzień miał być dobrym dniem, bo Alik miał zajrzeć i sprawdzić wariatkę. <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Nie było jej obecnie w pokoju, łóżko pozostawało puste, zaścielone po porannym obchodzie</span>, a Miles siedziała na swoim i zabijała czas każdym pociągnięciem węgla. Nie zastanawiała się za bardzo nad tym co rysuje, jeden dwa jeden dwa, kolejne pociągnięcia zjeżdżały zamaszyście w dół, twarze, szare twarze znów chciały na nią popatrzeć, znów rozmyślały dlaczego nie ma jej wśród nich. Trzy cztery trzy cztery ręka brudna od węgla opadła na białą pościel, smugi rozciągały się a rzędy kartki kończyły zbyt szybko. Pięć sześć pięć sześć, kartka była miękka a potem znowu twarda, dobra, biała, dziewczyna nie patrzyła na odciski swoich drobnych dłoni, bandaż na śródręczu dawno już poszarzał od roztartej szarości. Siedem osiem siedem osiem...<br />
<br />
Gdy wszedł do przydzielonej sali, ściana nad łóżkiem po lewej, nad jej łóżkiem była sukcesywnie zamalowywana tak, jak starczyło jej długości ramienia. <a href="https://i.pinimg.com/564x/ce/51/e2/ce51e23024091eeeabc6871568656a3a.jpg" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Tłum głów i podłużnych linii</a>, płaczących ciał pozbawionych kształtu ciągnął się milczącym szpalerem, a Milles ubrana w <a href="https://i.imgur.com/GZxu5CI.png" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">bordową piżamę w miotły i quidditchowskie bramki</a> nie zauważyła, że nie jest już sama...<br />
<br />
[inny avek]https://images.fashionmodeldirectory.com/images/models/14509/antonina-vasylchenko-400485-fit.jpg[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Millie Moody - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic</span></div></div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">30.07.1972<br />
<br />
Dolina Godryka, Lecznica Dusz</div>
<br />
Było dobrze. <br />
<br />
Starała się. <br />
<br />
Brała leki.<br />
<br />
Chodziła na sesje.<br />
<br />
Ołówek nie orał już jej skóry.<br />
<br />
Nie widziała Czerni, nawet jeśli czasem za nią tęskniła. <br />
<br />
Miała gości, miewała gości, dużo gości, czasem za dużo, a czasem w sam raz, zawsze było jej smutno gdy nie przychodził gość, którego chciała widzieć, ale nie pokazywała tego za bardzo, bo bardzo zależało jej na tym, żeby się stąd wydostać. Musiała pokazać że są Efekty. <br />
<br />
Więc kłamała.<br />
<br />
Było dobrze.<br />
<br />
Zabrali ją z izolatki i umieścili w pokoju z jakąś wariatką, ale nie rozmawiała z nią. A gdyby nie podsłuchane nocne szepty, w które wplecione zostały słowa powiewające jak czerwone proporcje powiewające na wojennym polu, pewnie w ogóle nie pamiętałaby o jej istnieniu. <br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zakon... Klątwa... Śmierć... Popiół...</span></div>
<br />
Może jej się wydawało, może znów jakiś koszmar przylepił się, a wpatrzone w pustkę oczy widziały i słyszały coś, co nie miało miejsca. Leki pomagały, ale nie aż tak jakby życzyli sobie tego inni. Kłamała więc, że koszmary się skończyły, że cudze dłonie nie oblepiają jej twarzy, że nie spada, nie traci tchu, że jej ręka pozostaje jej ręką, gdy leci krew świdrującego żylastą tkankę ścięgien ołówka. <br />
<br />
Nie powiedziała <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">im</span>, ale powiedziała <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">jemu</span>. Kto wie, może wariatka była wieszczką, Millie trudno było to ocenić, sama pozbawiona została tego daru, matka zaszyła jej widzenie trupów, a zapomniała uzbroić w widzenie przyszłości. Niefart. Czasem leżąc na szpitalnym łóżku i gapiąc się w sufit Mildred myślała o tym, że skoro wszystkie najlepsze geny zgarnął Alastor, to nic dziwnego, że ona była taka nieudana. Niska, pokrzywiona, zdziczała, niedorobiona. Jej lekarz mówił, że nie powinna tak myśleć, ale co on się znał na tym. W końcu nie był zbyt blisko z jej bratem. <br />
<br />
Ten dzień miał być dobrym dniem, bo Alik miał zajrzeć i sprawdzić wariatkę. <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Nie było jej obecnie w pokoju, łóżko pozostawało puste, zaścielone po porannym obchodzie</span>, a Miles siedziała na swoim i zabijała czas każdym pociągnięciem węgla. Nie zastanawiała się za bardzo nad tym co rysuje, jeden dwa jeden dwa, kolejne pociągnięcia zjeżdżały zamaszyście w dół, twarze, szare twarze znów chciały na nią popatrzeć, znów rozmyślały dlaczego nie ma jej wśród nich. Trzy cztery trzy cztery ręka brudna od węgla opadła na białą pościel, smugi rozciągały się a rzędy kartki kończyły zbyt szybko. Pięć sześć pięć sześć, kartka była miękka a potem znowu twarda, dobra, biała, dziewczyna nie patrzyła na odciski swoich drobnych dłoni, bandaż na śródręczu dawno już poszarzał od roztartej szarości. Siedem osiem siedem osiem...<br />
<br />
Gdy wszedł do przydzielonej sali, ściana nad łóżkiem po lewej, nad jej łóżkiem była sukcesywnie zamalowywana tak, jak starczyło jej długości ramienia. <a href="https://i.pinimg.com/564x/ce/51/e2/ce51e23024091eeeabc6871568656a3a.jpg" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Tłum głów i podłużnych linii</a>, płaczących ciał pozbawionych kształtu ciągnął się milczącym szpalerem, a Milles ubrana w <a href="https://i.imgur.com/GZxu5CI.png" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">bordową piżamę w miotły i quidditchowskie bramki</a> nie zauważyła, że nie jest już sama...<br />
<br />
[inny avek]https://images.fashionmodeldirectory.com/images/models/14509/antonina-vasylchenko-400485-fit.jpg[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[28.07] Don't try suicide | Millie & Isaac]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3117</link>
			<pubDate>Mon, 15 Apr 2024 15:46:07 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=418">Millie Moody</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3117</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono osiągnięcie - Isaac Bagshot - <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę więc jestem</span><br />
Rozliczono - Millie Moody - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic</span></div></div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b"> 28.07.1972<br />
<br />
Dolina Godryka, Lecznica Dusz</div>
<br />
Gdyby mogła, gdzieś w tym pokoju dźgałaby ścianę. Kawałek po kawałku, każdego dnia, który wstał po nocy. Każdej doby, którą więziono ją w tym obrzydliwie mdłym, białym miejscu. <br />
<br />
Lubiła ogród. Akceptowała swojego terapeutę bo dała się łatwo przekupić stwierdzeniem, że całkiem nieźle rysuje. <br />
<br />
Dostała szkicownik, choć ołówek jej już zabrano, zbyt łatwo naostrzony szpic znalazł drogę do wnętrza dłoni.<br />
<br />
Siedziała w swojej celi, nie, to się nazywało pokój, nawet dwuosobowy, bo była przecież grzeczną dziewczynką. Jadła miksturki, jadła śniadania, wypełniała się ciałem i kłamstwami, które przynosili jej śniacy, mleczni nieświadomi, dusze, które z krótki moment trafią i tak na wielką zwrotnicę losu. I wagonik po nich przejedzie, zawsze przejeżdżał zawsze przynosił śmierć i krew, bardzo dużo krwi, bardzo dużo czerwieni, karminu, metalicznego, natlenionego, wylewający się z rzek życia na...<br />
<br />
Oderwała węgielek od kartki kolejnego szkicownika i zauważyła, że znów zamalowała twarz. Całkiem ładne, miękkie rysy i czyjeś oczy zostały wielokrotnie zbrukane grubymi czarnymi, twardo ciosanymi kreskami. I tylko kpiący uśmieszek na ustach mówił jej czyj portret chodził jej po głowie tym razem. Chodził, ale nie doszedł nigdzie. Przewróciła stronę, wściekle zaciskając zęby. Nie da się sprowokować swoim bohomazom. <br />
<br />
Nagle magiczny dzwonek poinformował ją, że za chwilę pojawi się gość. Odwiedziny zdarzały się coraz częściej, a mała Mi mogła z zaskoczeniem odkryć ile osób chciało ją zobaczyć po przebudzeniu. Była przygnębiona. Domyślała się, że to nie Alastor, to nie była jego pora. <br />
<br />
Nie podniosła się z własnego łóżka, a zwiesiła smutno głowę, jak porzucony na miejskim bruku w kartonie szczeniak. <br />
<br />
Ręka szła odruchowo, z białej karty zaczął wyłaniać się kolejny szkic:<br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://i.pinimg.com/564x/70/1c/75/701c75305d2633c8c9d5afaf7eab581b.jpg" loading="lazy"  alt="[Obrazek: 701c75305d2633c8c9d5afaf7eab581b.jpg]" class="mycode_img" /></div>
<br />
<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content">Realizuję <a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2607&amp;pid=38979#pid38979" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">ten prompt</a> z miesiąca miłości<br />
<br />
Oraz prompt letni: Zapachy lata, bo Isaac pachnie kwintesencją lata</div></div></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono osiągnięcie - Isaac Bagshot - <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę więc jestem</span><br />
Rozliczono - Millie Moody - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic</span></div></div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b"> 28.07.1972<br />
<br />
Dolina Godryka, Lecznica Dusz</div>
<br />
Gdyby mogła, gdzieś w tym pokoju dźgałaby ścianę. Kawałek po kawałku, każdego dnia, który wstał po nocy. Każdej doby, którą więziono ją w tym obrzydliwie mdłym, białym miejscu. <br />
<br />
Lubiła ogród. Akceptowała swojego terapeutę bo dała się łatwo przekupić stwierdzeniem, że całkiem nieźle rysuje. <br />
<br />
Dostała szkicownik, choć ołówek jej już zabrano, zbyt łatwo naostrzony szpic znalazł drogę do wnętrza dłoni.<br />
<br />
Siedziała w swojej celi, nie, to się nazywało pokój, nawet dwuosobowy, bo była przecież grzeczną dziewczynką. Jadła miksturki, jadła śniadania, wypełniała się ciałem i kłamstwami, które przynosili jej śniacy, mleczni nieświadomi, dusze, które z krótki moment trafią i tak na wielką zwrotnicę losu. I wagonik po nich przejedzie, zawsze przejeżdżał zawsze przynosił śmierć i krew, bardzo dużo krwi, bardzo dużo czerwieni, karminu, metalicznego, natlenionego, wylewający się z rzek życia na...<br />
<br />
Oderwała węgielek od kartki kolejnego szkicownika i zauważyła, że znów zamalowała twarz. Całkiem ładne, miękkie rysy i czyjeś oczy zostały wielokrotnie zbrukane grubymi czarnymi, twardo ciosanymi kreskami. I tylko kpiący uśmieszek na ustach mówił jej czyj portret chodził jej po głowie tym razem. Chodził, ale nie doszedł nigdzie. Przewróciła stronę, wściekle zaciskając zęby. Nie da się sprowokować swoim bohomazom. <br />
<br />
Nagle magiczny dzwonek poinformował ją, że za chwilę pojawi się gość. Odwiedziny zdarzały się coraz częściej, a mała Mi mogła z zaskoczeniem odkryć ile osób chciało ją zobaczyć po przebudzeniu. Była przygnębiona. Domyślała się, że to nie Alastor, to nie była jego pora. <br />
<br />
Nie podniosła się z własnego łóżka, a zwiesiła smutno głowę, jak porzucony na miejskim bruku w kartonie szczeniak. <br />
<br />
Ręka szła odruchowo, z białej karty zaczął wyłaniać się kolejny szkic:<br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://i.pinimg.com/564x/70/1c/75/701c75305d2633c8c9d5afaf7eab581b.jpg" loading="lazy"  alt="[Obrazek: 701c75305d2633c8c9d5afaf7eab581b.jpg]" class="mycode_img" /></div>
<br />
<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content">Realizuję <a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2607&amp;pid=38979#pid38979" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">ten prompt</a> z miesiąca miłości<br />
<br />
Oraz prompt letni: Zapachy lata, bo Isaac pachnie kwintesencją lata</div></div></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Lato 1972, 4 czerwca // I'm sorry 'bout my frail state of mind]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2751</link>
			<pubDate>Wed, 21 Feb 2024 09:02:04 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=4">Alastor Moody</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2751</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Millie Moody - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic</span></div></div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">4 czerwca 1972, Lecznica Dusz</div>
<br />
Alastor wciąż pamiętał promyk nadziei przecinający swoją jasnością strudzone myśli, kiedy siedząc obok łóżka siostry w klinice uzdrowicielskiej, usłyszał jak poruszyła ręką. Pamiętał też jak ten promyk nadziei zgasł momentalnie, dokładnie w chwili, kiedy uzdrowicielka kolejny dzień z rzędu przekazała mu, że nie ma z nią żadnego kontaktu. Tak, Millie ozdrowiała z ran i zadrapań, nie nosiła już na ciele żadnych znamion walki, poruszała rękoma, czasami odwracała głowę w jakimś kierunku, raz nawet odetchnęła przeciągle wpatrując się w bezkres ciemności, jaką musiała dostrzegać analizując wzrokiem oczyma kompletną nicość. Bo chociaż otwierała oczy i poruszała nimi, zawsze wydawała się... spać. Była tu, leżała obok, ale nie reagowała na jego obecność i słowa. Na tym etapie snuł już tak wiele możliwych scenariuszy o tym, co ją spotkało - w końcu skoro Bones dosłownie umarła i powróciła do żywych, to może Mills spotkało to samo, ale nie potrafiła znaleźć drogi powrotnej. Ale Bones po tym wszystkim była zimna jak lód, o czym boleśnie przekonał się, kiedy niósł jej pozbawione ducha, zmarznięte ciało przez Knieję Godryka. Mills była ciepła. Czasami nawet gorąca, kiedy przychodziła jedna z tych niespokojnych nocy, a ona od gorączki zaczynała się szarpać, miotać rękoma, a on udawał, że nie musi powstrzymywać łez. No bo Alastor Moody przecież nie płakał - nie płakał nawet jako dziecko, faceci nie płakali, oni tutaj byli żeby zaoferować swoje ramię i być tą silną stroną, oparciem. Tylko dla kogo on miał być tym oparciem? Dla Millie? <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czy tego co po niej zostało?</span> Czy to jeszcze była jego siostra? <br />
<br />
Zadawał sobie te pytania z głębokim bólem, coraz mniej rozumiał własne uczucia, więc jeszcze mocniej zduszał je w zarodku. I tak były okropne, obrzydliwe wręcz - nie były mu potrzebne - na pewno nie po tym, kiedy w Mungu przekazali mu, że w jej stanie pomogą już chyba tylko uzdrowiciele z Doliny, a on żeby móc jej towarzyszyć, musiał przenieść się tam i okupować pokój gościnny Bertiego. Nie lubił żyć w taki sposób, więc maj spędził na regularnych walkach z własnym umysłem - zarówno z nasilającą się paranoją, jak i tymi małymi chochlikami przedstawiającymi szyk zdań, wplatającymi pomiędzy wiersze niechciane słowa, zalewającymi umysł myślami, jakich dobry brat nie powinien mieć. <br />
<br />
Te okropne myśli ginęły zwykle wtedy, kiedy przekraczał próg pokoju, w którym leżała. Widział ją leżącą na tym łóżku, stukającą palcami o materiał pościeli, z wytrzeszczonymi oczyma wlepionymi w plamę na suficie, po czym siadał w fotelu przy oknie i zabierał się za lekturę kolejnej książki, bo wyobrażał sobie, że może jakimś cudem ona to słyszy, a jeżeli to słyszy, to może ją to w minimalnym stopniu uspokoi. Mógłby jej coś opowiadać, ale co dokładnie - straszyć ją prawdą o tych wszystkich okropieństwach dziejących się wokół? Chwytał więc za coraz to dziwniejsze tomiska mugolskich powieści, których sam nigdy nie przeczytał, bo przecież nie było na to czasu. W ciągu ostatniego miesiąca pochłonął więcej książek niż przez całe życie... To udowodniło mu, że kompletnie nie miał wyobraźni, na pewno nie takiej artystycznej, brał wszystko zawsze aż zbyt dosłownie - Sen Nocy Letniej - tytuł skojarzył mu się nachalnie wręcz z tym co przeżywała, nie mógł spodziewać się dokładnej treści, ale... Na pewno nie spodziewał się czegoś takiego. Absurdalne. Głupie. Śmieszne. Zachwyciło go to i jednocześnie sprawiło, że poczuł się dziwacznie - bo to było tak odległe od tego w jaki sposób myślał i czuł - wyobrażał sobie te postacie jako ludzi, których znał.<br />
<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Na tej trawie śpij głęboko! Ja naprawię twoje oko niezawodnych lekarstw siłą!</span></span> - Czytał głosem Puka. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Puk wyciska cytrynę w prosto w jego oczy. - <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Znów zbudzony bądź jej cieniem, zachwycony jej spojrzeniem. Wszystko będzie znów, jak było. Swój do swojej znowu wróci, nikt się niczym nie zasmuci, i chłop klaczy swej nie straci.</span></span><br />
<br />
Przewrócił kolejną stronę. Oczy miał już trochę zmęczone, chyba od tej zepsutej lampy, która miała już od dłuższego czasu. Ale to też był bardzo senny wieczór - jeden z tych, kiedy delikatny, letni deszcz obijał się o znajdującą się za jego plecami szybę, w Lecznicy było zadziwiająco cicho, a słońce już dawno skryło się za horyzontem. Powinien iść do domu.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Millie Moody - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic</span></div></div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">4 czerwca 1972, Lecznica Dusz</div>
<br />
Alastor wciąż pamiętał promyk nadziei przecinający swoją jasnością strudzone myśli, kiedy siedząc obok łóżka siostry w klinice uzdrowicielskiej, usłyszał jak poruszyła ręką. Pamiętał też jak ten promyk nadziei zgasł momentalnie, dokładnie w chwili, kiedy uzdrowicielka kolejny dzień z rzędu przekazała mu, że nie ma z nią żadnego kontaktu. Tak, Millie ozdrowiała z ran i zadrapań, nie nosiła już na ciele żadnych znamion walki, poruszała rękoma, czasami odwracała głowę w jakimś kierunku, raz nawet odetchnęła przeciągle wpatrując się w bezkres ciemności, jaką musiała dostrzegać analizując wzrokiem oczyma kompletną nicość. Bo chociaż otwierała oczy i poruszała nimi, zawsze wydawała się... spać. Była tu, leżała obok, ale nie reagowała na jego obecność i słowa. Na tym etapie snuł już tak wiele możliwych scenariuszy o tym, co ją spotkało - w końcu skoro Bones dosłownie umarła i powróciła do żywych, to może Mills spotkało to samo, ale nie potrafiła znaleźć drogi powrotnej. Ale Bones po tym wszystkim była zimna jak lód, o czym boleśnie przekonał się, kiedy niósł jej pozbawione ducha, zmarznięte ciało przez Knieję Godryka. Mills była ciepła. Czasami nawet gorąca, kiedy przychodziła jedna z tych niespokojnych nocy, a ona od gorączki zaczynała się szarpać, miotać rękoma, a on udawał, że nie musi powstrzymywać łez. No bo Alastor Moody przecież nie płakał - nie płakał nawet jako dziecko, faceci nie płakali, oni tutaj byli żeby zaoferować swoje ramię i być tą silną stroną, oparciem. Tylko dla kogo on miał być tym oparciem? Dla Millie? <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czy tego co po niej zostało?</span> Czy to jeszcze była jego siostra? <br />
<br />
Zadawał sobie te pytania z głębokim bólem, coraz mniej rozumiał własne uczucia, więc jeszcze mocniej zduszał je w zarodku. I tak były okropne, obrzydliwe wręcz - nie były mu potrzebne - na pewno nie po tym, kiedy w Mungu przekazali mu, że w jej stanie pomogą już chyba tylko uzdrowiciele z Doliny, a on żeby móc jej towarzyszyć, musiał przenieść się tam i okupować pokój gościnny Bertiego. Nie lubił żyć w taki sposób, więc maj spędził na regularnych walkach z własnym umysłem - zarówno z nasilającą się paranoją, jak i tymi małymi chochlikami przedstawiającymi szyk zdań, wplatającymi pomiędzy wiersze niechciane słowa, zalewającymi umysł myślami, jakich dobry brat nie powinien mieć. <br />
<br />
Te okropne myśli ginęły zwykle wtedy, kiedy przekraczał próg pokoju, w którym leżała. Widział ją leżącą na tym łóżku, stukającą palcami o materiał pościeli, z wytrzeszczonymi oczyma wlepionymi w plamę na suficie, po czym siadał w fotelu przy oknie i zabierał się za lekturę kolejnej książki, bo wyobrażał sobie, że może jakimś cudem ona to słyszy, a jeżeli to słyszy, to może ją to w minimalnym stopniu uspokoi. Mógłby jej coś opowiadać, ale co dokładnie - straszyć ją prawdą o tych wszystkich okropieństwach dziejących się wokół? Chwytał więc za coraz to dziwniejsze tomiska mugolskich powieści, których sam nigdy nie przeczytał, bo przecież nie było na to czasu. W ciągu ostatniego miesiąca pochłonął więcej książek niż przez całe życie... To udowodniło mu, że kompletnie nie miał wyobraźni, na pewno nie takiej artystycznej, brał wszystko zawsze aż zbyt dosłownie - Sen Nocy Letniej - tytuł skojarzył mu się nachalnie wręcz z tym co przeżywała, nie mógł spodziewać się dokładnej treści, ale... Na pewno nie spodziewał się czegoś takiego. Absurdalne. Głupie. Śmieszne. Zachwyciło go to i jednocześnie sprawiło, że poczuł się dziwacznie - bo to było tak odległe od tego w jaki sposób myślał i czuł - wyobrażał sobie te postacie jako ludzi, których znał.<br />
<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Na tej trawie śpij głęboko! Ja naprawię twoje oko niezawodnych lekarstw siłą!</span></span> - Czytał głosem Puka. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Puk wyciska cytrynę w prosto w jego oczy. - <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Znów zbudzony bądź jej cieniem, zachwycony jej spojrzeniem. Wszystko będzie znów, jak było. Swój do swojej znowu wróci, nikt się niczym nie zasmuci, i chłop klaczy swej nie straci.</span></span><br />
<br />
Przewrócił kolejną stronę. Oczy miał już trochę zmęczone, chyba od tej zepsutej lampy, która miała już od dłuższego czasu. Ale to też był bardzo senny wieczór - jeden z tych, kiedy delikatny, letni deszcz obijał się o znajdującą się za jego plecami szybę, w Lecznicy było zadziwiająco cicho, a słońce już dawno skryło się za horyzontem. Powinien iść do domu.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[29 kwiecień 1972] Lecznica Dusz; rozmowa o pracę | Philomena & Perseus]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1347</link>
			<pubDate>Sat, 29 Apr 2023 17:09:38 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=264">Philomena Winchester</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1347</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">29.04.1972</div>
<br />
<div class="koperta">-- Trzeba przecież od czegoś zacząć, prawda? Znalezienie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">ogłoszenia</span>, było dla niej niemałym znakiem, wreszcie mogła zrobić coś ze swoim życiem, coś co miałoby jakiś większy sens. Usiłowała znaleźć drogę w swoim życiu, którą chciała podążać. </div>
<br />
     Przez dłuższą chwilę błądziła, gdzieś pomiędzy uliczkami, próbowała zebrać swoje myśli w jedną całość. W całość, która miałaby jakikolwiek sens. Nie chciała przecież wypaść na kompletnie oderwaną od świata, nieświadomą niczego głupiutką dziewczynę. Przez wielu tak właśnie mogłaby odbierana ale przecież miała dużo więcej do powiedzenia. Kurczowo trzymała przy sobie jakieś notatki albo papiery, tak naprawdę nie wiedziała czego mogłaby się spodziewać po tej rozmowie. Chciała zdobyć ta pracę za wszelką cenę, była na tyle zdeterminowana, że nie zwracała uwagę na to co inni mogli mówić o <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Perseusie</span>. Philemona daleka była od tego by wierzyć, we wszystko co mówią inni a tym bardziej oceniać kogoś, tylko na podstawie opinii kogoś innego. Zawsze dążyła do tego, by poznać drugą osobę, by później móc sobie wyrobić jakiekolwiek zdanie na jej temat. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Cenne minuty mijały, a ona ciągłe spoglądała na wejście do lecznicy.</span> Jakikolwiek strach, który jej towarzyszył powoli przestawał dawać się we znaki, przez moment czuła pewnego rodzaju ekscytację, by znowu zagłębić się w swoich myślach. Teraz jednak skupiała się nad tym czy powinna przygotować to co będzie mówiła i o czym. Czasami zdarzało jej się palnąć jakąś głupotę, z której później trzeba było się tłumaczyć i to srogo. Nie wspominając o tym, że jej niezdarność zawsze dawała się we znaki kiedy była poddenerwowana albo kiedy stała przed ważnymi decyzjami w swoim życiu. Tak przecież było teraz, stała przed drzwiami do swojej nowej przyszłości, czy będzie zdolna i podoła temu? Czas zapewne pokaże, jednego nie można jej odbierać, tego że mimo obaw zawsze dążyła do celu. <br />
<br />
  Podeszła do wielkich drzwi, za którymi miał zmienić się jej cały świat. Za nim jednak pociągnęła za klamkę, odetchnęła kilka razy. Zapełniając swoje płuca 'świeżym' powietrzem. Rozejrzała się jeszcze raz, jakby czekała na kogoś, kto miałby jej teraz doradzić. Niestety w jej życiu nie było nikogo takiego. Wszystkie decyzje podejmowała sama, co czasami wydawało się męczące ale przecież taka jest dorosłość. Naciskając mocniej na klamkę, wreszcie ogromne drzwi otworzyły się. Ruszyła już pewniejszym krokiem w kierunku recepcji, chciała się dowiedzieć czy w ogóle pojawiła się w odpowiednim momencie. Kiedy wreszcie została pokierowana w odpowiednie miejsce, zaczęła iść w kierunku gabinetu. Jej przyszły, może nie doszły pracodawca właśnie tam przebywał. Oczywiście, że znowu pojawiły się wątpliwości, czy aby na pewno będzie nadawała się do tej pracy. Z drugiej strony, każdy się przecież uczy i ona nie była wyjątkiem. Za nim się obejrzała, zapukała i oczekiwała aż ktoś jej odpowie, nie chciała przecież wchodzić jak gdyby nigdy nic. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Przepraszam, mam nadzieję że nie przeszkadzam</span> - zaczęła wychylając swoją głowę zza drzwi, kiedy tylko usłyszała, że jednak może wejść - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jestem Philomena Winchester</span> - przedstawiła się, trochę nieśmiało wchodząc do gabinetu. Rozejrzała się po wnętrzu, który w tej chwili wydawał się odrobinę przytłaczający ale to pewnie dlatego, że była zestresowana tą rozmową na tyle by wszystko wzbudzało w niej pewnego rodzaju niepokój. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ja w sprawie ogłoszenia w 'Proroku', mam nadzieję że jest ciągle aktualne i nie znalazł Pan nikogo na to miejsce. Bardzo interesuje mnie ta praca.</span> - wiedziała, że już w pierwszych chwilach z tego podenerwowania, zaczęła klepać jak najęta. Niestety tak już miała i jak tylko się zorientowała, że za dużo mówi zamilkła znowu na dłuższą chwilę. Zrobiła dwa pewniejsze kroki w kierunku biurka, przy którym siedział. Trzymała się z daleka od wszelakich cenniejszych ozdób i pamiątek, które na pewno były częścią tego wystroju i miały spore znaczenie dla właściciela. Niestety w jej przypadku niezdarność objawiała się w dość szkodliwy sposób. Niszczenie pamiątek, które były w rodzinie od niepamiętnych czasów, to była jej specjalność. Chyba dlatego, tak rzadko zapraszano ją gdziekolwiek. Czy po prostu ona sama sobie to wmawiała. Uśmiechnęła się sama do siebie, widząc że jednak mogła czuć się bezpiecznie, przynajmniej w tej chwili. Obrała dobrą taktykę tworząc dystans między każdym możliwym meblem. <br />
<br />
    Dopiero teraz miała chwilę by skupić się nie tylko na swoich obawach ale i na osobie Perseusa. Trudno było jej wyrobić sobie jakiekolwiek zdanie o nim, ale już teraz wiedziała, że chciała dla niego pracować. Za wszelką cenę? Może odrobinę. Wszystko jednak miało się okazać już za chwilę. Obawiała się, że nie zrobiła zbyt dobrego pierwszego wrażenia.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">29.04.1972</div>
<br />
<div class="koperta">-- Trzeba przecież od czegoś zacząć, prawda? Znalezienie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">ogłoszenia</span>, było dla niej niemałym znakiem, wreszcie mogła zrobić coś ze swoim życiem, coś co miałoby jakiś większy sens. Usiłowała znaleźć drogę w swoim życiu, którą chciała podążać. </div>
<br />
     Przez dłuższą chwilę błądziła, gdzieś pomiędzy uliczkami, próbowała zebrać swoje myśli w jedną całość. W całość, która miałaby jakikolwiek sens. Nie chciała przecież wypaść na kompletnie oderwaną od świata, nieświadomą niczego głupiutką dziewczynę. Przez wielu tak właśnie mogłaby odbierana ale przecież miała dużo więcej do powiedzenia. Kurczowo trzymała przy sobie jakieś notatki albo papiery, tak naprawdę nie wiedziała czego mogłaby się spodziewać po tej rozmowie. Chciała zdobyć ta pracę za wszelką cenę, była na tyle zdeterminowana, że nie zwracała uwagę na to co inni mogli mówić o <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Perseusie</span>. Philemona daleka była od tego by wierzyć, we wszystko co mówią inni a tym bardziej oceniać kogoś, tylko na podstawie opinii kogoś innego. Zawsze dążyła do tego, by poznać drugą osobę, by później móc sobie wyrobić jakiekolwiek zdanie na jej temat. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Cenne minuty mijały, a ona ciągłe spoglądała na wejście do lecznicy.</span> Jakikolwiek strach, który jej towarzyszył powoli przestawał dawać się we znaki, przez moment czuła pewnego rodzaju ekscytację, by znowu zagłębić się w swoich myślach. Teraz jednak skupiała się nad tym czy powinna przygotować to co będzie mówiła i o czym. Czasami zdarzało jej się palnąć jakąś głupotę, z której później trzeba było się tłumaczyć i to srogo. Nie wspominając o tym, że jej niezdarność zawsze dawała się we znaki kiedy była poddenerwowana albo kiedy stała przed ważnymi decyzjami w swoim życiu. Tak przecież było teraz, stała przed drzwiami do swojej nowej przyszłości, czy będzie zdolna i podoła temu? Czas zapewne pokaże, jednego nie można jej odbierać, tego że mimo obaw zawsze dążyła do celu. <br />
<br />
  Podeszła do wielkich drzwi, za którymi miał zmienić się jej cały świat. Za nim jednak pociągnęła za klamkę, odetchnęła kilka razy. Zapełniając swoje płuca 'świeżym' powietrzem. Rozejrzała się jeszcze raz, jakby czekała na kogoś, kto miałby jej teraz doradzić. Niestety w jej życiu nie było nikogo takiego. Wszystkie decyzje podejmowała sama, co czasami wydawało się męczące ale przecież taka jest dorosłość. Naciskając mocniej na klamkę, wreszcie ogromne drzwi otworzyły się. Ruszyła już pewniejszym krokiem w kierunku recepcji, chciała się dowiedzieć czy w ogóle pojawiła się w odpowiednim momencie. Kiedy wreszcie została pokierowana w odpowiednie miejsce, zaczęła iść w kierunku gabinetu. Jej przyszły, może nie doszły pracodawca właśnie tam przebywał. Oczywiście, że znowu pojawiły się wątpliwości, czy aby na pewno będzie nadawała się do tej pracy. Z drugiej strony, każdy się przecież uczy i ona nie była wyjątkiem. Za nim się obejrzała, zapukała i oczekiwała aż ktoś jej odpowie, nie chciała przecież wchodzić jak gdyby nigdy nic. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Przepraszam, mam nadzieję że nie przeszkadzam</span> - zaczęła wychylając swoją głowę zza drzwi, kiedy tylko usłyszała, że jednak może wejść - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jestem Philomena Winchester</span> - przedstawiła się, trochę nieśmiało wchodząc do gabinetu. Rozejrzała się po wnętrzu, który w tej chwili wydawał się odrobinę przytłaczający ale to pewnie dlatego, że była zestresowana tą rozmową na tyle by wszystko wzbudzało w niej pewnego rodzaju niepokój. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ja w sprawie ogłoszenia w 'Proroku', mam nadzieję że jest ciągle aktualne i nie znalazł Pan nikogo na to miejsce. Bardzo interesuje mnie ta praca.</span> - wiedziała, że już w pierwszych chwilach z tego podenerwowania, zaczęła klepać jak najęta. Niestety tak już miała i jak tylko się zorientowała, że za dużo mówi zamilkła znowu na dłuższą chwilę. Zrobiła dwa pewniejsze kroki w kierunku biurka, przy którym siedział. Trzymała się z daleka od wszelakich cenniejszych ozdób i pamiątek, które na pewno były częścią tego wystroju i miały spore znaczenie dla właściciela. Niestety w jej przypadku niezdarność objawiała się w dość szkodliwy sposób. Niszczenie pamiątek, które były w rodzinie od niepamiętnych czasów, to była jej specjalność. Chyba dlatego, tak rzadko zapraszano ją gdziekolwiek. Czy po prostu ona sama sobie to wmawiała. Uśmiechnęła się sama do siebie, widząc że jednak mogła czuć się bezpiecznie, przynajmniej w tej chwili. Obrała dobrą taktykę tworząc dystans między każdym możliwym meblem. <br />
<br />
    Dopiero teraz miała chwilę by skupić się nie tylko na swoich obawach ale i na osobie Perseusa. Trudno było jej wyrobić sobie jakiekolwiek zdanie o nim, ale już teraz wiedziała, że chciała dla niego pracować. Za wszelką cenę? Może odrobinę. Wszystko jednak miało się okazać już za chwilę. Obawiała się, że nie zrobiła zbyt dobrego pierwszego wrażenia.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[13.03.1972 | Lecznica Dusz | Perseus & Elliot]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=319</link>
			<pubDate>Thu, 27 Oct 2022 19:20:36 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=44">Perseus Black</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=319</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">13.03.1972</div>
<br />
Perseus Black nie był nieomylny. <br />
Po raz pierwszy zdał sobie sprawę z błędności swego osądu w wieku sześciu lat, gdy powtarzana rodzeństwu mantra <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">matka na pewno nie zauważy tej pękniętej wazy</span> nie przyniosła zamierzonego efektu. Kilka lat później, w Hogwarcie, zdawało mu się, że jest sprytniejszy od nauczycieli, nim tamci nie przyłapali go na wędrówce po opustoszałych korytarzach w godzinę duchów. Był także przekonany, że odpowiednią ilością złotych galeonów zamknie usta, na których do niedawna składał żarliwe pocałunki, że pieniądze zmienią bieg wydarzeń i wymażą wspomnienia o gorliwie zapewnianych uczuciach.<br />
Perseus Black nie był nieomylny, lecz w najśmielszych nawet rozważaniach nie brał pod uwagę tak tragicznego finału splotu swych niefortunnych decyzji. <br />
Oto ostatni z jego błędów leżał na rozchybotanym szpitalnym łóżku, z szeroko otwartymi oczami, zwróconymi w stronę rzeczy skrytych za woalem oddzierającym rzeczywistość od świata niematerialnego. Wargi kobiety, niegdyś podkreślane krwistym odcieniem szminki, przybrały teraz siny odcień; pozostały nieznacznie rozchylone, zupełnie tak, jakby zaraz wybrzmieć spomiędzy nich miała modlitwa lub przekleństwo. Jasne włosy, dotychczas starannie upinane, rozsypały się teraz na poduszce, zaś obrączka i pierścionek zaręczynowy zdobiące do niedawna smukłe palce spoczywały na stoliku. Odziana była w wyjściową sukienkę, tę najpiękniejszą sukienkę, jaką zabrała ze sobą do Lecznicy Dusz, wyciąganą z szafy na wyjątkowe okazje.<br />
Tym razem nie mógł zrzucić winy na starego kocura wygrzewającego się na fotelu przed kominkiem. Nie istniały żadne słowa, którymi mógłby się wyłgać, aby uniknąć konsekwencji swych czynów. Nie mógł liczyć na wsparcie braci. Tego trupa nie dało się schować w szafie, a następnie pod osłoną nocy wyrzucić do Sekwany zawinięte w stary dywan szczątki. <br />
Żołądek boleśnie się skurczył, gdy spojrzenie Perseusa powędrowało na zawieszony na żyrandolu kawałek pościeli w polne kwiaty oraz przewrócone krzesło. A później znów zawiesił wzrok na dłoni bezradnie zwisającej z łóżka; wciąż ciepłej, choć uszło z niej życie. <br />
Perseus Black chciał być w błędzie.<br />
Naiwnie liczył, że kobieta poruszy palcami, że wyda z siebie tchnienie, świadczące o tym, że jej zgon stwierdzono zbyt wcześnie, że jej serce biło, a klatka piersiowa unosi się arytmicznie. Że jest to jedynie osobliwy letarg, nic, czego nie dałoby się odwrócić. <br />
Śmierć jednak zebrała już swe żniwo.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Przepraszam, Simone</span> — wyszeptał bezradnie, zamykając jej powieki. Teraz jej lico wyglądało spokojniej, zupełnie tak, jakby zamknęły się za nią bramy królestwa Morfeusza, a nie udawała się właśnie przed oblicze Persefony. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Przepraszam, to nie tak miało się skończyć...</span><br />
Gdyby tylko wszedł do jej pokoju kilka minut wcześniej... Gdyby tylko odświętna sukienka wzbudziła jego podejrzenia... Gdyby tylko użył swoich zdolności, zamiast ślepo ufać w poprawę jej stanu... Gdyby tylko był sprytniejszy, cierpliwszy, mądrzejszy... Gdyby tylko...<br />
Rozmyślania przerwało skrzypienie drzwi. Wyprostował się, podczas gdy brwi ściągnęły się we wrogim grymasie. Chciał być sam ze swoją klęską. Przetrawić to, co właśnie się stało, przygotować się na przekazanie wieści godzinie. Zbudować wokół swej psyche mur chroniący go przed ogniem pytań jej bliskich, swoich przełożonych, albo, co gorsza, Brygady Uderzeniowej.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Powiedziałem, żeby nikt tutaj nie wchodził</span> — rzucił oschle i zamarł, gdy ujrzał w progu kredową twarz swego przyjaciela. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Elliocie</span> — wychrypiał, zakrywając ciało Simone prześcieradłem. Tylko jej drobna dłoń bezradnie wystawała spod całunu. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">To nie jest czas, ani miejsce. Chodźmy do mojego gabinetu.</span><br />
Wspierając się na lasce podszedł do czarodzieja i położył dłoń na jego ramieniu, starając się odwrócić jego uwagę, wypchnąć z pomieszczenia, nie pozwolić mu dojrzeć martwej żony. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Kto go tu wpuścił?</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">13.03.1972</div>
<br />
Perseus Black nie był nieomylny. <br />
Po raz pierwszy zdał sobie sprawę z błędności swego osądu w wieku sześciu lat, gdy powtarzana rodzeństwu mantra <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">matka na pewno nie zauważy tej pękniętej wazy</span> nie przyniosła zamierzonego efektu. Kilka lat później, w Hogwarcie, zdawało mu się, że jest sprytniejszy od nauczycieli, nim tamci nie przyłapali go na wędrówce po opustoszałych korytarzach w godzinę duchów. Był także przekonany, że odpowiednią ilością złotych galeonów zamknie usta, na których do niedawna składał żarliwe pocałunki, że pieniądze zmienią bieg wydarzeń i wymażą wspomnienia o gorliwie zapewnianych uczuciach.<br />
Perseus Black nie był nieomylny, lecz w najśmielszych nawet rozważaniach nie brał pod uwagę tak tragicznego finału splotu swych niefortunnych decyzji. <br />
Oto ostatni z jego błędów leżał na rozchybotanym szpitalnym łóżku, z szeroko otwartymi oczami, zwróconymi w stronę rzeczy skrytych za woalem oddzierającym rzeczywistość od świata niematerialnego. Wargi kobiety, niegdyś podkreślane krwistym odcieniem szminki, przybrały teraz siny odcień; pozostały nieznacznie rozchylone, zupełnie tak, jakby zaraz wybrzmieć spomiędzy nich miała modlitwa lub przekleństwo. Jasne włosy, dotychczas starannie upinane, rozsypały się teraz na poduszce, zaś obrączka i pierścionek zaręczynowy zdobiące do niedawna smukłe palce spoczywały na stoliku. Odziana była w wyjściową sukienkę, tę najpiękniejszą sukienkę, jaką zabrała ze sobą do Lecznicy Dusz, wyciąganą z szafy na wyjątkowe okazje.<br />
Tym razem nie mógł zrzucić winy na starego kocura wygrzewającego się na fotelu przed kominkiem. Nie istniały żadne słowa, którymi mógłby się wyłgać, aby uniknąć konsekwencji swych czynów. Nie mógł liczyć na wsparcie braci. Tego trupa nie dało się schować w szafie, a następnie pod osłoną nocy wyrzucić do Sekwany zawinięte w stary dywan szczątki. <br />
Żołądek boleśnie się skurczył, gdy spojrzenie Perseusa powędrowało na zawieszony na żyrandolu kawałek pościeli w polne kwiaty oraz przewrócone krzesło. A później znów zawiesił wzrok na dłoni bezradnie zwisającej z łóżka; wciąż ciepłej, choć uszło z niej życie. <br />
Perseus Black chciał być w błędzie.<br />
Naiwnie liczył, że kobieta poruszy palcami, że wyda z siebie tchnienie, świadczące o tym, że jej zgon stwierdzono zbyt wcześnie, że jej serce biło, a klatka piersiowa unosi się arytmicznie. Że jest to jedynie osobliwy letarg, nic, czego nie dałoby się odwrócić. <br />
Śmierć jednak zebrała już swe żniwo.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Przepraszam, Simone</span> — wyszeptał bezradnie, zamykając jej powieki. Teraz jej lico wyglądało spokojniej, zupełnie tak, jakby zamknęły się za nią bramy królestwa Morfeusza, a nie udawała się właśnie przed oblicze Persefony. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Przepraszam, to nie tak miało się skończyć...</span><br />
Gdyby tylko wszedł do jej pokoju kilka minut wcześniej... Gdyby tylko odświętna sukienka wzbudziła jego podejrzenia... Gdyby tylko użył swoich zdolności, zamiast ślepo ufać w poprawę jej stanu... Gdyby tylko był sprytniejszy, cierpliwszy, mądrzejszy... Gdyby tylko...<br />
Rozmyślania przerwało skrzypienie drzwi. Wyprostował się, podczas gdy brwi ściągnęły się we wrogim grymasie. Chciał być sam ze swoją klęską. Przetrawić to, co właśnie się stało, przygotować się na przekazanie wieści godzinie. Zbudować wokół swej psyche mur chroniący go przed ogniem pytań jej bliskich, swoich przełożonych, albo, co gorsza, Brygady Uderzeniowej.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Powiedziałem, żeby nikt tutaj nie wchodził</span> — rzucił oschle i zamarł, gdy ujrzał w progu kredową twarz swego przyjaciela. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Elliocie</span> — wychrypiał, zakrywając ciało Simone prześcieradłem. Tylko jej drobna dłoń bezradnie wystawała spod całunu. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">To nie jest czas, ani miejsce. Chodźmy do mojego gabinetu.</span><br />
Wspierając się na lasce podszedł do czarodzieja i położył dłoń na jego ramieniu, starając się odwrócić jego uwagę, wypchnąć z pomieszczenia, nie pozwolić mu dojrzeć martwej żony. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Kto go tu wpuścił?</span>]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>