<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Ministerstwo Magii]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Fri, 17 Apr 2026 14:10:50 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[[10.10.72] Klątwy między nami]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5944</link>
			<pubDate>Sat, 11 Apr 2026 10:31:11 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=24">Brenna Longbottom</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5944</guid>
			<description><![CDATA[Do Ministerstwa musieli wrócić, choćby na krótko. Niby wizyta na Nokturnie była absolutnie nieoficjalna, ale już o tym, że trzeba ten adres sprawdzić i może obserwować księgarnię należało informację zostawić. Gdzieś po drodze nad Brenną załamał ręce jeden funkcjonariusz, szczęśliwie z przygotowaniem medycznym, a potem zdołała dopaść jeszcze Victorię, zanim ta wyszła. Dobrze, bo wprawdzie nie miała jeszcze czekoladek, poza obowiązkową czekoladową żabą pod ręką, ale jakoś pomyślała, że lepiej nie czekać.<br />
W biurach sił szybkiego reagowania właściwie zawsze ktoś był, bo przestępcy rzadko trzymali się godzin pracy urzędów. Większość biurek jednak pustoszała, i zanim Brenna przysunęła sobie krzesło do tego Victorii, siadając na nim okrakiem, podpierając dłonie o oparcie i jeszcze niebezpiecznie bujając do przodu, rozejrzała się, czy te najbliższe są puste.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Dan mnie dorwał</span> – stwierdziła, wskazując palcem na twarz, z której ślady już powoli schodziły po zastosowaniu czaru i jakiejś tam maści. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Przy okazji złamał klątwę. Najwyraźniej rzucił ją poltergeist, na którego wpadliśmy idąc do Kotła. Nie był pewny, co robiła, ale jego zdaniem mogła wpływać na zachowanie i nadmierne gadanie…</span><br />
…i przez to może chwilę się zastanawiała, czy Bulstrode powiedział, co powiedział pod wpływem klątwy, czy nie, ale postanowiła się tym nadmiernie nie przejmować, bo ostatecznie padło, co padło, a chyba klątwa nie polegała na „teraz pójdziesz i będziesz mówić ludziom to, co chcą usłyszeć”, bo tak ogólnie to oboje zachowywali się całkiem normalnie.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Spytałam, o co się wścieka i zdaje się, że musiał odpowiedzieć</span> – dodała, pochylając się lekko nad oparciem, i zniżając głos. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Powinnam była z tym poczekać. Po prostu… serio nie ogarnęłam, że jakby nie chodziło o quidditch.</span><br />
To było dobre pytanie, zadane w złym momencie, bez należytego namysłu, bo po prostu chciała to wszystko wyjaśnić, skoro nie chodziło o quidditch, – w pewnych sprawach Brenna była naprawdę bystra, w innych trochę ślepa. I choć nie mogła być pewna, czy zrobiła to z powodu podszeptu klątwy, to sądziła, że klątwa nie klątwa i tak by spytała. A jeżeli to nie była klątwa, mogła poczekać pięć minut, aż znajdą się na zewnątrz, nawet jeśli ostatecznie zajęła im ta rozmowa całą minutę. A może właśnie dlatego.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Przepraszam, że skończyłaś pod drzwiami.</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Do Ministerstwa musieli wrócić, choćby na krótko. Niby wizyta na Nokturnie była absolutnie nieoficjalna, ale już o tym, że trzeba ten adres sprawdzić i może obserwować księgarnię należało informację zostawić. Gdzieś po drodze nad Brenną załamał ręce jeden funkcjonariusz, szczęśliwie z przygotowaniem medycznym, a potem zdołała dopaść jeszcze Victorię, zanim ta wyszła. Dobrze, bo wprawdzie nie miała jeszcze czekoladek, poza obowiązkową czekoladową żabą pod ręką, ale jakoś pomyślała, że lepiej nie czekać.<br />
W biurach sił szybkiego reagowania właściwie zawsze ktoś był, bo przestępcy rzadko trzymali się godzin pracy urzędów. Większość biurek jednak pustoszała, i zanim Brenna przysunęła sobie krzesło do tego Victorii, siadając na nim okrakiem, podpierając dłonie o oparcie i jeszcze niebezpiecznie bujając do przodu, rozejrzała się, czy te najbliższe są puste.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Dan mnie dorwał</span> – stwierdziła, wskazując palcem na twarz, z której ślady już powoli schodziły po zastosowaniu czaru i jakiejś tam maści. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Przy okazji złamał klątwę. Najwyraźniej rzucił ją poltergeist, na którego wpadliśmy idąc do Kotła. Nie był pewny, co robiła, ale jego zdaniem mogła wpływać na zachowanie i nadmierne gadanie…</span><br />
…i przez to może chwilę się zastanawiała, czy Bulstrode powiedział, co powiedział pod wpływem klątwy, czy nie, ale postanowiła się tym nadmiernie nie przejmować, bo ostatecznie padło, co padło, a chyba klątwa nie polegała na „teraz pójdziesz i będziesz mówić ludziom to, co chcą usłyszeć”, bo tak ogólnie to oboje zachowywali się całkiem normalnie.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Spytałam, o co się wścieka i zdaje się, że musiał odpowiedzieć</span> – dodała, pochylając się lekko nad oparciem, i zniżając głos. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Powinnam była z tym poczekać. Po prostu… serio nie ogarnęłam, że jakby nie chodziło o quidditch.</span><br />
To było dobre pytanie, zadane w złym momencie, bez należytego namysłu, bo po prostu chciała to wszystko wyjaśnić, skoro nie chodziło o quidditch, – w pewnych sprawach Brenna była naprawdę bystra, w innych trochę ślepa. I choć nie mogła być pewna, czy zrobiła to z powodu podszeptu klątwy, to sądziła, że klątwa nie klątwa i tak by spytała. A jeżeli to nie była klątwa, mogła poczekać pięć minut, aż znajdą się na zewnątrz, nawet jeśli ostatecznie zajęła im ta rozmowa całą minutę. A może właśnie dlatego.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Przepraszam, że skończyłaś pod drzwiami.</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[14.10.72] Dyniowa zagłada]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5807</link>
			<pubDate>Mon, 09 Mar 2026 11:51:22 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=458">Charlotte Kelly</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5807</guid>
			<description><![CDATA[Dynia trafiła do Departamentu Tajemnic po Mabon. <br />
Charlotte nie znała szczegółów. Nie interesowały jej dynie – przynajmniej póki nie okazywały się absolutnie morderczymi dyniami, niosącym śmierć każdemu, kto się do nich zbliży. Wtedy pewnie chciałaby je zbadać, a być może także wykorzystać w jakiś kreatywny sposób. Nie wnikała więc w to, co takiego stało się gdzieś na pewnym czarodziejskim dyniowym polu, puściła pomimo ucha opowieści o dziwnym zaginięciu całej rodziny podczas Mabon (i na miejscu znaleziono tylko te dynie!), nie zwróciła uwagi na tajemnicze zniknięcie pracownika, który miał badać tę dynię właśnie (w końcu w Departamencie Tajemnic takie rzeczy się zdarzały), i absolutnie nie była zainteresowana całą sprawą.<br />
Dopóki akurat podczas bardzo delikatnych prac badawczych w pobliżu pewnej bardzo niebezpiecznej (i w pewnych okolicznościach bardzo przydatnej) kotary, akurat gdy Charlotte rozstawiała przed nią krąg świec, do pomieszczenia nie wbiegł jeden z pracowników Departamentu Tajemnic, z dynią w rękach.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- No doprawdy, Billy, co to za zwyczaje?</span> – oburzyła się Charlotte, prostując się i spoglądając na mężczyznę spod zmarszczonych brwi. Cóż za pogwałcenie zasad BHP, gdy pracowałeś nad delikatnymi kwestiami życia i śmierci! <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Jesteś świadom, że mogłeś…<br />
- Dynie!</span> – zawołał tylko Billy.<br />
A potem zamienił się w dynię.<br />
Dwie dynie, jedna taka trochę powykręcana, a druga porośnięta na górze siwymi włosami, zupełnie takimi jak te Billy’ego, spoczywały na podłodze. <br />
Charlotte zastukała palcami w blat stolika, przypatrując się dyniom. Nie dotknęła ich. Nie była ani tak głupia, ani tak nieostrożna. Zdawała się także absolutnie nieprzejęta tym, że jeden z pracowników Departamentu na jej oczach zmienił się w dynię. Może pochłonięta swoimi zadaniami zignorowałaby to całkiem, ale przecież jeśli będą tak leżały na progu, to będą przeszkadzać. Poza tym co jeśli Billy – dynia dalej wszystko widział i słyszał? Co jeżeli zamienił się w dynię, żeby niecnie szpiegować wyniki jej prac?<br />
Charlotte westchnęła więc, podwinęła szatę, ostrożnie przestąpiła nad dyniami, by żadnej z nich nie dotknąć. Niskie obcasy jej pantofelków (absolutnie przepięknych, i nowiutkich, bo ogromna część jej wspaniałej garderoby przepadła, więc jakoś teraz bardziej doceniała każdą sztukę, zwłaszcza że nie mogła kupić ich tyle, ile by sobie życzyła) zastukały, gdy wychodziła na korytarz. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Morphy!</span> – zawołała pogodnie, gdy dostrzegła parę metrów dalej Morpheusa. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Zauważyłeś dzisiaj jakichś ludzi zamieniających się w dynie?</span> – zapytała, takim tonem, jakby rozmawiali o pogodzie.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Dynia trafiła do Departamentu Tajemnic po Mabon. <br />
Charlotte nie znała szczegółów. Nie interesowały jej dynie – przynajmniej póki nie okazywały się absolutnie morderczymi dyniami, niosącym śmierć każdemu, kto się do nich zbliży. Wtedy pewnie chciałaby je zbadać, a być może także wykorzystać w jakiś kreatywny sposób. Nie wnikała więc w to, co takiego stało się gdzieś na pewnym czarodziejskim dyniowym polu, puściła pomimo ucha opowieści o dziwnym zaginięciu całej rodziny podczas Mabon (i na miejscu znaleziono tylko te dynie!), nie zwróciła uwagi na tajemnicze zniknięcie pracownika, który miał badać tę dynię właśnie (w końcu w Departamencie Tajemnic takie rzeczy się zdarzały), i absolutnie nie była zainteresowana całą sprawą.<br />
Dopóki akurat podczas bardzo delikatnych prac badawczych w pobliżu pewnej bardzo niebezpiecznej (i w pewnych okolicznościach bardzo przydatnej) kotary, akurat gdy Charlotte rozstawiała przed nią krąg świec, do pomieszczenia nie wbiegł jeden z pracowników Departamentu Tajemnic, z dynią w rękach.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- No doprawdy, Billy, co to za zwyczaje?</span> – oburzyła się Charlotte, prostując się i spoglądając na mężczyznę spod zmarszczonych brwi. Cóż za pogwałcenie zasad BHP, gdy pracowałeś nad delikatnymi kwestiami życia i śmierci! <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Jesteś świadom, że mogłeś…<br />
- Dynie!</span> – zawołał tylko Billy.<br />
A potem zamienił się w dynię.<br />
Dwie dynie, jedna taka trochę powykręcana, a druga porośnięta na górze siwymi włosami, zupełnie takimi jak te Billy’ego, spoczywały na podłodze. <br />
Charlotte zastukała palcami w blat stolika, przypatrując się dyniom. Nie dotknęła ich. Nie była ani tak głupia, ani tak nieostrożna. Zdawała się także absolutnie nieprzejęta tym, że jeden z pracowników Departamentu na jej oczach zmienił się w dynię. Może pochłonięta swoimi zadaniami zignorowałaby to całkiem, ale przecież jeśli będą tak leżały na progu, to będą przeszkadzać. Poza tym co jeśli Billy – dynia dalej wszystko widział i słyszał? Co jeżeli zamienił się w dynię, żeby niecnie szpiegować wyniki jej prac?<br />
Charlotte westchnęła więc, podwinęła szatę, ostrożnie przestąpiła nad dyniami, by żadnej z nich nie dotknąć. Niskie obcasy jej pantofelków (absolutnie przepięknych, i nowiutkich, bo ogromna część jej wspaniałej garderoby przepadła, więc jakoś teraz bardziej doceniała każdą sztukę, zwłaszcza że nie mogła kupić ich tyle, ile by sobie życzyła) zastukały, gdy wychodziła na korytarz. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Morphy!</span> – zawołała pogodnie, gdy dostrzegła parę metrów dalej Morpheusa. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Zauważyłeś dzisiaj jakichś ludzi zamieniających się w dynie?</span> – zapytała, takim tonem, jakby rozmawiali o pogodzie.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[18.09.72] Jak tam twój mózg?]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5806</link>
			<pubDate>Mon, 09 Mar 2026 11:34:27 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=458">Charlotte Kelly</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5806</guid>
			<description><![CDATA[Zdaniem Charlotte szaty noszone w Ministerstwie stanowiły szczyt bezguścia.<br />
W ogóle zresztą angielska moda była zdecydowanie zbyt konserwatywna i jeśli za czymś z Ameryki tęskniła, to na pewno za sukienkami odsłaniającymi ramiona i nogi. Z cierpiętniczymi westchnieniami w pracy poddawała się jednak wymogą angielskich zwyczajów, wszak chciała uchodzić za profesjonalistkę, pozwalając sobie zaledwie na drobne modyfikacje. Ot tu odrobinę inny sposób ułożenia szaty na biodrach, tu pasek, dyskretny, ale podkreślający talię, tu srebrzysta spinka nad uchem, podtrzymująca starannie ułożoną fryzurę… Drobiazgi, sprawiające, że w chłodnych, mrocznych salach Departamentu Tajemnic, zwłaszcza Komnaty Śmierci, uśmiechnięta i wystrojona Charlotte na pierwszy rzut oka zdawała się tak bardzo nie na miejscu.<br />
Na pewno jednak nie zachowywała się jak ktoś, kto czuje się tu nie na miejscu.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Opowiedz mi o jego śmierci, Odile</span> – poprosiła, uśmiechając się do Odile Fawley uśmiechem z gatunku tych przepięknych i, o dziwo, nawet szczerych. Bo Charlotte Kelly uśmiechała się często i najczęściej fałszywie. W tym przypadku jednak chodziło o bardzo tajemniczą śmierć (och, ach), pewnego czarodzieja po Spalonej Nocy, do której doszło podobno na skutek jakichś zmian w mózgu, na tyle dziwacznych, że ciało trafiło aż do Departamentu Tajemnic… Charlotte na mózgach specjalnie się nie znała. Nie widziała też sensu w studiowaniu tak marginalnej dziedziny, uważała bowiem, że nawet jeśli mózg (ponoć) ma każdy, to większość jednak zdecydowanie z niego nie korzysta. Tu jednak mieli do czynienia ze zgonem wywołanym tajemniczą magią, więc leżało to w obszarze ich zainteresowań, no i było fascynującym możliwość sprawdzenia, czy deformacje mózgu, do których doszło przed śmiercią, w jakiś sposób wpłyną na ducha. O ile tego uda się przywołać. Najpierw należało jednak zebrać informacje…<br />
Charlotte Kelly założyła nogę na nogę i wbiła w Fawleyównę spojrzenie jasnych oczu. Uśmiechała się ciągle, ale gdzieś na ich dnie czaiło się coś bardzo chłodnego i wyrachowanego.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Zdaniem Charlotte szaty noszone w Ministerstwie stanowiły szczyt bezguścia.<br />
W ogóle zresztą angielska moda była zdecydowanie zbyt konserwatywna i jeśli za czymś z Ameryki tęskniła, to na pewno za sukienkami odsłaniającymi ramiona i nogi. Z cierpiętniczymi westchnieniami w pracy poddawała się jednak wymogą angielskich zwyczajów, wszak chciała uchodzić za profesjonalistkę, pozwalając sobie zaledwie na drobne modyfikacje. Ot tu odrobinę inny sposób ułożenia szaty na biodrach, tu pasek, dyskretny, ale podkreślający talię, tu srebrzysta spinka nad uchem, podtrzymująca starannie ułożoną fryzurę… Drobiazgi, sprawiające, że w chłodnych, mrocznych salach Departamentu Tajemnic, zwłaszcza Komnaty Śmierci, uśmiechnięta i wystrojona Charlotte na pierwszy rzut oka zdawała się tak bardzo nie na miejscu.<br />
Na pewno jednak nie zachowywała się jak ktoś, kto czuje się tu nie na miejscu.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Opowiedz mi o jego śmierci, Odile</span> – poprosiła, uśmiechając się do Odile Fawley uśmiechem z gatunku tych przepięknych i, o dziwo, nawet szczerych. Bo Charlotte Kelly uśmiechała się często i najczęściej fałszywie. W tym przypadku jednak chodziło o bardzo tajemniczą śmierć (och, ach), pewnego czarodzieja po Spalonej Nocy, do której doszło podobno na skutek jakichś zmian w mózgu, na tyle dziwacznych, że ciało trafiło aż do Departamentu Tajemnic… Charlotte na mózgach specjalnie się nie znała. Nie widziała też sensu w studiowaniu tak marginalnej dziedziny, uważała bowiem, że nawet jeśli mózg (ponoć) ma każdy, to większość jednak zdecydowanie z niego nie korzysta. Tu jednak mieli do czynienia ze zgonem wywołanym tajemniczą magią, więc leżało to w obszarze ich zainteresowań, no i było fascynującym możliwość sprawdzenia, czy deformacje mózgu, do których doszło przed śmiercią, w jakiś sposób wpłyną na ducha. O ile tego uda się przywołać. Najpierw należało jednak zebrać informacje…<br />
Charlotte Kelly założyła nogę na nogę i wbiła w Fawleyównę spojrzenie jasnych oczu. Uśmiechała się ciągle, ale gdzieś na ich dnie czaiło się coś bardzo chłodnego i wyrachowanego.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[03/10/72] Przekleństwo biurokratycznego Molocha]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5725</link>
			<pubDate>Sat, 14 Feb 2026 21:15:57 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=523">Helloise Rowle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5725</guid>
			<description><![CDATA[<h1>Przychodzi baba do Ministerstwa Magii, a tam ochrona</h1><br />
<br />
Imię tego demona jest Moloch. <br />
Zły bóg, któremu ślepi czarodzieje składają ofiarę ze swoich żyć — a on wchłania ich dni, ich siłę, ich radość. Kto wejdzie w paszczę Molocha i zostanie tam, ten stracony jest dla świata i już żyje wyłącznie ułudą jego — fikcją sztucznego systemu w oderwaniu od Prawdy. Ten daje się wiązać umowom silniejszym niż klątwy, mimo że nieniosącym faktycznej mocy. <br />
Helloise stawała naprzeciw tej kamiennej bestii skrytej w podziemiu Londynu z wysoko uniesioną głową. Nie lękała się jej. Szła między ich urzędnicze szaty i formuły druczków z dumą kogoś, kto wie, na czym polega życie. Niosła im, niewolnikom Molocha, odświeżający podmuch wiatru znad łąk wpleciony we włosy i żywiczną woń świeżego drewna. <br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">W protokole z kontroli odnotowano również ostre przedmioty (scyzoryk, cztery szpilki), paczkę zapałek oraz trzy buteleczki eliksirów zwąchane przez ministerialne psy (nie zawierały substancji nielegalnych bądź niebezpiecznych).</span><br />
Szła między nich dumnie, bo to, że Helloise czegoś nie wiedziała, nigdy jej przed niczym nie powstrzymywało. <br />
Poza dostaniem się do Ministerstwa Magii.<br />
Czarownica do budki przed urzędem weszła z przypadkową kobietą, która spieszyła się za bardzo, żeby przejmować się tym, że ktoś jedzie z nią. To rozwiązywało sprawę. Tak sądziła wiedźma. Rzeczywistość zweryfikowała ją, gdy utknęła przy dwóch czarodziejach z plakietkami Biura Bezpieczeństwa. Ludzie wokół nich płynnie pokonywali bramkę, otrzymywali plakietkę i biegli dalej, zajmować się swoimi sprawami. Helloise z jakiegoś powodu nie wpuścili.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Przyszłam mówić z tymi, którzy zawinili apokalipsie i grzeszą swoim zaniedbaniem każdego dnia</span> — obwieściła, gdy ten umundurowany starszy pan z wąsem (bez grupy inwalidzkiej) zapytał o cel wizyty. <br />
Nie wyglądała, jakby żartowała. Nie wyczuł od niej alkoholu. Kobieta stała przed nim i patrzyła mu niewygodnie nieruchomo prosto w oczy. Jakkolwiek by nie próbował jej dopytywać, nie potrafiła podać nazwiska urzędnika, do którego ma sprawę. Zdawało się, że niekoniecznie zna nazwę chociaż jednego Departametnu. <br />
Nie było powodu, aby Helloise znała hierarchię i struktury biurokratyczne, ponieważ sprawa kryzysu w Kniei była sprawą wszystkich czarodziejów, nie jednego Departamentu. Każdy zaś czarodziej, który miał możliwość w tej sprawie czynić, a nie czynił, był winnym. <br />
Jaka była godność pani?<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jestem lasem i w imieniu całego lasu mówię.</span><br />
Partner starszego strażnika spojrzał niezręcznie na bok, jakby sprawdzał, czy może któryś z kolegów rusza im z odsieczą. A może nie wiedział, co z tą panią zrobić i próbował zrzucić całą robotę na starszego oficera.<br />
Helloise się jego nieporadności nie dziwiła. Niewolnicy Molocha zatracili umiejętność komunikacji i nie znali prawdy, nie znali języka. Posługiwali się jedynie ograniczonym zasobem formuł, które demon ognistym znamieniem wypalił w ich umysłach. <br />
— <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Proszę złożyć różdżkę na czas kontroli i poczekać w pokoju obok.</span><br />
Zanim zdążyła się zorientować, wyjęto jej różdżkę z ręki. Zbyt szybko się to stało, aby ją wyszarpać z powrotem, lecz czarownica złożyła zdecydowane protesty, gdy na polecenie wąsatego młody funkcjonariusz złapał ją lekko za łokieć i pokierował za jedne z drzwi. <br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">To tchórzostwo. Nie masz odwagi ze mną mówić, bo wiesz, że jesteś winny</span> — wyniośle oskarżyła młodego strażnika Helloise, zachowując spokój w głosie, którym opowiadała mu te bzdury. Miała przecież godność.<br />
— <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Proszę pani, to zajmie tylko chwilę. Proszę poczekać.</span><br />
I zamknęły się za nią drzwi. Rozgniewana czarownica zrobiła odruchowo kilka kroków w głąb pokoju, gdzie przygotowano dla kontrolowanych siedziska i ławy, lecz nie zdążyła rozejrzeć się, nim zgasło światło i przestała widzieć cokolwiek.<br />
Wiedźma wciągnęła ze świstem powietrze w płuca. Odwróciła się w stronę, z której przyszła.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Co ma znaczyć to zamknięcie?</span> — zawołała oskarżycielsko tam, gdzie zdawało jej się, że znajdują się drzwi.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1>Przychodzi baba do Ministerstwa Magii, a tam ochrona</h1><br />
<br />
Imię tego demona jest Moloch. <br />
Zły bóg, któremu ślepi czarodzieje składają ofiarę ze swoich żyć — a on wchłania ich dni, ich siłę, ich radość. Kto wejdzie w paszczę Molocha i zostanie tam, ten stracony jest dla świata i już żyje wyłącznie ułudą jego — fikcją sztucznego systemu w oderwaniu od Prawdy. Ten daje się wiązać umowom silniejszym niż klątwy, mimo że nieniosącym faktycznej mocy. <br />
Helloise stawała naprzeciw tej kamiennej bestii skrytej w podziemiu Londynu z wysoko uniesioną głową. Nie lękała się jej. Szła między ich urzędnicze szaty i formuły druczków z dumą kogoś, kto wie, na czym polega życie. Niosła im, niewolnikom Molocha, odświeżający podmuch wiatru znad łąk wpleciony we włosy i żywiczną woń świeżego drewna. <br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">W protokole z kontroli odnotowano również ostre przedmioty (scyzoryk, cztery szpilki), paczkę zapałek oraz trzy buteleczki eliksirów zwąchane przez ministerialne psy (nie zawierały substancji nielegalnych bądź niebezpiecznych).</span><br />
Szła między nich dumnie, bo to, że Helloise czegoś nie wiedziała, nigdy jej przed niczym nie powstrzymywało. <br />
Poza dostaniem się do Ministerstwa Magii.<br />
Czarownica do budki przed urzędem weszła z przypadkową kobietą, która spieszyła się za bardzo, żeby przejmować się tym, że ktoś jedzie z nią. To rozwiązywało sprawę. Tak sądziła wiedźma. Rzeczywistość zweryfikowała ją, gdy utknęła przy dwóch czarodziejach z plakietkami Biura Bezpieczeństwa. Ludzie wokół nich płynnie pokonywali bramkę, otrzymywali plakietkę i biegli dalej, zajmować się swoimi sprawami. Helloise z jakiegoś powodu nie wpuścili.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Przyszłam mówić z tymi, którzy zawinili apokalipsie i grzeszą swoim zaniedbaniem każdego dnia</span> — obwieściła, gdy ten umundurowany starszy pan z wąsem (bez grupy inwalidzkiej) zapytał o cel wizyty. <br />
Nie wyglądała, jakby żartowała. Nie wyczuł od niej alkoholu. Kobieta stała przed nim i patrzyła mu niewygodnie nieruchomo prosto w oczy. Jakkolwiek by nie próbował jej dopytywać, nie potrafiła podać nazwiska urzędnika, do którego ma sprawę. Zdawało się, że niekoniecznie zna nazwę chociaż jednego Departametnu. <br />
Nie było powodu, aby Helloise znała hierarchię i struktury biurokratyczne, ponieważ sprawa kryzysu w Kniei była sprawą wszystkich czarodziejów, nie jednego Departamentu. Każdy zaś czarodziej, który miał możliwość w tej sprawie czynić, a nie czynił, był winnym. <br />
Jaka była godność pani?<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jestem lasem i w imieniu całego lasu mówię.</span><br />
Partner starszego strażnika spojrzał niezręcznie na bok, jakby sprawdzał, czy może któryś z kolegów rusza im z odsieczą. A może nie wiedział, co z tą panią zrobić i próbował zrzucić całą robotę na starszego oficera.<br />
Helloise się jego nieporadności nie dziwiła. Niewolnicy Molocha zatracili umiejętność komunikacji i nie znali prawdy, nie znali języka. Posługiwali się jedynie ograniczonym zasobem formuł, które demon ognistym znamieniem wypalił w ich umysłach. <br />
— <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Proszę złożyć różdżkę na czas kontroli i poczekać w pokoju obok.</span><br />
Zanim zdążyła się zorientować, wyjęto jej różdżkę z ręki. Zbyt szybko się to stało, aby ją wyszarpać z powrotem, lecz czarownica złożyła zdecydowane protesty, gdy na polecenie wąsatego młody funkcjonariusz złapał ją lekko za łokieć i pokierował za jedne z drzwi. <br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">To tchórzostwo. Nie masz odwagi ze mną mówić, bo wiesz, że jesteś winny</span> — wyniośle oskarżyła młodego strażnika Helloise, zachowując spokój w głosie, którym opowiadała mu te bzdury. Miała przecież godność.<br />
— <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Proszę pani, to zajmie tylko chwilę. Proszę poczekać.</span><br />
I zamknęły się za nią drzwi. Rozgniewana czarownica zrobiła odruchowo kilka kroków w głąb pokoju, gdzie przygotowano dla kontrolowanych siedziska i ławy, lecz nie zdążyła rozejrzeć się, nim zgasło światło i przestała widzieć cokolwiek.<br />
Wiedźma wciągnęła ze świstem powietrze w płuca. Odwróciła się w stronę, z której przyszła.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Co ma znaczyć to zamknięcie?</span> — zawołała oskarżycielsko tam, gdzie zdawało jej się, że znajdują się drzwi.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 25.09 gabinet szefów OMSHMu | Laurence & Anthony]]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5687</link>
			<pubDate>Sat, 07 Feb 2026 19:19:42 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=435">Anthony Shafiq</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5687</guid>
			<description><![CDATA[<h1>—25/09/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Anglia, Londyn</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Laurence Anthony Lestrange &amp; Anthony J. Shafiq</span><br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=rkeYAmq.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=rkeYAmq.png]" class="mycode_img" /><br />
<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">But how do we fashion the future? Who can say how<br />
except in the minds of those who will call it Now?<br />
The children. The children. And how does our garden grow?<br />
With waving hands—oh, rarely in a row—<br />
and flowering faces. And brambles, that we can no longer allow.</span></span></div>
</h1><br />
<br />
<div class="divek">
<div style="text-align: justify;" class="mycode_align">Zaprosił do siebie Lestrange'a na pół godziny przed porą lunchową. <br />
<br />
Zdało się to odpowiednią porą, głównie ze wzglądu na to, że jeśli spotkanie przebiegnie pomyślnie, będzie mógł go zaprosić na wspólny posiłek, a jeśli nie... cóż, czas przerwy mógłby być doskonałą wymówką do tego, by spotkanie zakończyć.<br />
<br />
Nie był pewien, czemu zastępca szefa jednego z najlepiej prosperujących departamentów chciał się spotkać z nim, ale przez wzgląd na relacje z rodziną Lestrange nie zamierzał oczywiście mu odmawiać. Wszak znali się zarówno z pracy jak i salonów, choć obycie Laurence'a skłaniało go do przypuszczenia, że nie życzy on sobie większej zażyłości. Tak długo jak rzeczy współistniały i działały (bądź nie działały, ale zgodnie z wolą zarządzających), była to relacja pozytywna. <br />
<br />
Finalnie, raczej grali do tej samej politycznej bramki, choć wiadomo, że konflikt wewnętrzny narastał i sprzyjał radykalizacji. Laurence zawsze zdawał mu się bardzo rozsądny i logiczny w gestach i decyzjach, poniekąd cieszył się, że być może będzie mógł ten sąd zweryfikować w najbliższym czasie. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Witam serdecznie, w moich skromnych progach</span>– uśmiechnął się do zaanonsowanego przez asystenta urzędnika wyższego szczebla. Gabinet Anthony'ego był jasny i całkiem przestronny jak na podziemne warunki Ministerstwa Magii. Jasne, kremowe ściany, przytulne regały wypełnione dokumentacją, ale też księgami dźwigającymi międzynarodowe prawo handlowe. Obrazy. Pamiątki. Zdjęcia z podpisanych i dopiętych umów z ostatnich sześciu lat. Mapa rozciągająca się na suficie i globus, niespiesznie obracający się, naznaczony jaśniejącymi szlakami magicznie umieszczonymi na jego powierzchni dopełniały dekoracji pomieszczenia. Pomieszczenia w którym trudno było nie zauważyć dwóch równorzędnych, umieszczonych na przeciwko siebie biurek i tylko złote tabliczki umieszczone na ich rogach pozwalały rozróżnić które należy do szefa, a które do zastępcy.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Kawy? Herbaty?</span> – zapytał Anthony, szykując notę dla Lovegooda. Za jego plecami łopotały w złotej klatce papierowe ptaki, gdzieś na jej dnie leżały dwa smętne samolociki. Koło fotela Shafiqa stał już drugi fotel i niewielki stoliczek kawowy, dla spotkań które były nieco mniej oficjalne. Patrząc z resztą na hierarchię w złym guście byłoby sadzać po drugiej stronie biurka zastępce szefa całego departamentu, nawet jeżeli było to inne piętro. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Co Cię do mnie sprowadza? Jak tam wasz chaos? Pewnie macie jeszcze gorzej niż my tutaj w międzynarodowym?</span> – zagadnął łagodnie, wysyłając notę do asystenta i zajmując swój własny, wygodny fotel. Łokcie podparł na podłokietnikach, palce ułożył w uspokajającą piramidkę. Był szczuplejszy, jego skóra zdawała się bledsza. Każdy w Ministerstwie prowadził teraz swoją wojnę, poziom trudności urzędniczego życia wzrósł bardzo od czasu pożaru, tego jednak nikomu Anthony ani Laurence nie musieli tłumaczyć. Obaj wiedzieli jak jest. W końcu to był ich teren.</div></div>
<br />
<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=307" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Laurence Lestrange</a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1>—25/09/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Anglia, Londyn</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Laurence Anthony Lestrange &amp; Anthony J. Shafiq</span><br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=rkeYAmq.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=rkeYAmq.png]" class="mycode_img" /><br />
<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">But how do we fashion the future? Who can say how<br />
except in the minds of those who will call it Now?<br />
The children. The children. And how does our garden grow?<br />
With waving hands—oh, rarely in a row—<br />
and flowering faces. And brambles, that we can no longer allow.</span></span></div>
</h1><br />
<br />
<div class="divek">
<div style="text-align: justify;" class="mycode_align">Zaprosił do siebie Lestrange'a na pół godziny przed porą lunchową. <br />
<br />
Zdało się to odpowiednią porą, głównie ze wzglądu na to, że jeśli spotkanie przebiegnie pomyślnie, będzie mógł go zaprosić na wspólny posiłek, a jeśli nie... cóż, czas przerwy mógłby być doskonałą wymówką do tego, by spotkanie zakończyć.<br />
<br />
Nie był pewien, czemu zastępca szefa jednego z najlepiej prosperujących departamentów chciał się spotkać z nim, ale przez wzgląd na relacje z rodziną Lestrange nie zamierzał oczywiście mu odmawiać. Wszak znali się zarówno z pracy jak i salonów, choć obycie Laurence'a skłaniało go do przypuszczenia, że nie życzy on sobie większej zażyłości. Tak długo jak rzeczy współistniały i działały (bądź nie działały, ale zgodnie z wolą zarządzających), była to relacja pozytywna. <br />
<br />
Finalnie, raczej grali do tej samej politycznej bramki, choć wiadomo, że konflikt wewnętrzny narastał i sprzyjał radykalizacji. Laurence zawsze zdawał mu się bardzo rozsądny i logiczny w gestach i decyzjach, poniekąd cieszył się, że być może będzie mógł ten sąd zweryfikować w najbliższym czasie. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Witam serdecznie, w moich skromnych progach</span>– uśmiechnął się do zaanonsowanego przez asystenta urzędnika wyższego szczebla. Gabinet Anthony'ego był jasny i całkiem przestronny jak na podziemne warunki Ministerstwa Magii. Jasne, kremowe ściany, przytulne regały wypełnione dokumentacją, ale też księgami dźwigającymi międzynarodowe prawo handlowe. Obrazy. Pamiątki. Zdjęcia z podpisanych i dopiętych umów z ostatnich sześciu lat. Mapa rozciągająca się na suficie i globus, niespiesznie obracający się, naznaczony jaśniejącymi szlakami magicznie umieszczonymi na jego powierzchni dopełniały dekoracji pomieszczenia. Pomieszczenia w którym trudno było nie zauważyć dwóch równorzędnych, umieszczonych na przeciwko siebie biurek i tylko złote tabliczki umieszczone na ich rogach pozwalały rozróżnić które należy do szefa, a które do zastępcy.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Kawy? Herbaty?</span> – zapytał Anthony, szykując notę dla Lovegooda. Za jego plecami łopotały w złotej klatce papierowe ptaki, gdzieś na jej dnie leżały dwa smętne samolociki. Koło fotela Shafiqa stał już drugi fotel i niewielki stoliczek kawowy, dla spotkań które były nieco mniej oficjalne. Patrząc z resztą na hierarchię w złym guście byłoby sadzać po drugiej stronie biurka zastępce szefa całego departamentu, nawet jeżeli było to inne piętro. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Co Cię do mnie sprowadza? Jak tam wasz chaos? Pewnie macie jeszcze gorzej niż my tutaj w międzynarodowym?</span> – zagadnął łagodnie, wysyłając notę do asystenta i zajmując swój własny, wygodny fotel. Łokcie podparł na podłokietnikach, palce ułożył w uspokajającą piramidkę. Był szczuplejszy, jego skóra zdawała się bledsza. Każdy w Ministerstwie prowadził teraz swoją wojnę, poziom trudności urzędniczego życia wzrósł bardzo od czasu pożaru, tego jednak nikomu Anthony ani Laurence nie musieli tłumaczyć. Obaj wiedzieli jak jest. W końcu to był ich teren.</div></div>
<br />
<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=307" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Laurence Lestrange</a>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[14.09.1972] Zlecenie na rozkład tarota na CITO]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5672</link>
			<pubDate>Wed, 28 Jan 2026 22:41:38 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=128">Bard Beedle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5672</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Ministerstwo Magii, Departament Tajemnic, Sala Przepowiedni, obok biurka Morpheusa Longbottoma</div>
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Poproszono mnie o konsultację</span> – oznajmiła tonem nieznoszący sprzeciwu ososbista sekretarka pani Anastazji Dolohov-Burke, zastępczyni szefa Departamentu Skarbu, stając przed biurkiem Morpheusa Longbottoma, Niewymownego. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jak się dostała do Departamentu Tajemnic?</span> Trudno było tak po prostu dostać przepustkę, a jednak pokazała ci takową, zanim jeszcze zdążyłeś zapytać. Odpowiednio ostemplowaną, odpowiednio ciężką, pachnącą świeżym inkaustem i drogimi kobiecymi perfumami o lekko korzennej woni... Perfumy zdecydowanie nie należały do stojącej przed tobą kobiety. Nie, ona pachniała świeżością destylatu ambicji z lekko słodkawą nutą potu, który kojarzył się przede wszystkim z determinacją. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Była ładna.</span> Ładna była nie dlatego, że próbowała być ładną, lecz dlatego, że perfekcja, do której dążyła, przypadkiem mieściła się w granicach tego, co uznaje się za atrakcyjne. Jej włosy miały odcień wypolerowanej do połysku miedzi. Z misternego upięcia nie śmiał wymknąć się choćby kosmyk, jak gdyby każdy włos podlegał ścisłej kontroli jakości. Gdyby choć jedno pasmo wymyknęło się z jej uczesania, sekretarka natychmiast poprawiłaby jego położenie, nawet jeśli nikt by na to nie patrzył. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zwłaszcza wtedy, gdyby nikt nie patrzył.</span><br />
Była doskonale ubrana; nie po prostu elegancka, lecz przepisowa, jakby jej strój został skrojony nie na miarę ciała, lecz na miarę regulaminu. Ciemna marynarka o ostro odciętych ramionach porządkowała jej sylwetkę w pion, ołówkowa sódnica kończyła się dokładnie tam, gdzie kończyć się powinna, a obcasy były nie za wysokie, i nie za niskie, tylko takie w sam raz. Skóra kobiety była nieskazitelna, pozbawiona piegów i innych niedoskonałości. Podkreślający ostre rysy makijaż nie był wyrazem próżności, lecz służył maskowaniu strachu przed niedoskonałością. Kobieta co kilka sekund mrugała w regularnych odstępach czasu. Robiła to z precyzją metronomu. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Raz, dwa, trzy.</span> Było w niej coś obsesyjnego, jak gdyby obawiała się, że nieregularność może zostać odczytana jako słabość. Jej spojrzenie na moment uciekło ku krawędzi twojego biurka, gdzie jedna z teczek wystawała o centymetr za daleko poza blat. Palce kobiety drgnęły odruchowo, jak gdyby chciała ją poprawić, lecz powstrzymała się w ostatniej chwili. Odruchy miała wzmożone, nienaturalnie szybkie, oczy zaś nieustannie skanowały pomieszczenie w poszukiwaniu zagrożenia, którego nie potrafiła nazwać. <br />
Jej oczy, jasne i czujne, nie zatrzymywały się na tobie dłużej, niż było to absolutnie konieczne. Zamiast tego, jej spojrzenie ślizgało się po powierzchniach, krawędziach, kątach prostych i niedoskonałościach pomieszczenia, katalogując je w myślach z obsesyjną dokładnością. Ona widziała kurz, którego ty nie zauważałeś. Widziała krzywo ustawione pióro. Widziała świat jako zbiór błędów do natychmiastowej korekty.<br />
<br />
Departament Tajemnic napełniał ją takim samym dyskomfortem, co jej szefowa.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Przychodzę z ramienia Departamentu Skarbu. Sprawa wagi państwowej. Proszę o możliwie szybką poradę wróżbiarską...</span> – Uśmiechnęła się, może nieco wymuszenie, ale wciąż bardzo wdzięcznie. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Raz, dwa, trzy.</span> Kiedy mówiła o konsultacji, jej głos był uprzejmy, lecz pozbawiony ciepła. Jak gdyby automatyczną sekretarkę zaprogramowano tak, aby brzmiała "po ludzku". – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wiem, że pańskie dokonania w tym polu są niezrównanymi.</span><br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ona nie miała pojęcia na temat twoich dokonań, Morpheusie.</span> <br />
Nie wiedziała nic o twoich wizjach, o nocach spędzonych na poszukiwaniu sensu na granicy snu i jawy. Nie wiedziała, jak wiele razy obracałeś w rękach szklane kule wypełnione mgłą uwięzionych w nich przepowiedni, wątpiąc w słowa wypowiedzane w chwili natchnienia. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wątpiąc w swoje własne przepowiednie.</span> Bo jak mogłeś pewną ręką decydować o losach świata, kiedy twoja własna przyszłość rozpadała się, ledwie zdołałeś dotknąć jej choćby opuszkami palców? <br />
<br />
Świat, który znałeś, zdawał się rozpadać. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Świat się zmieniał.</span> Nie zmieniało się tylko nazwisko, które wciąż sprawiało, że serce szybciej biło ci w piersi. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dolohov</span>, tak powiedziała stojąca przed twoim biurkiem kobieta, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dolohov</span>, powtórzyła, mrugając, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">raz, dwa, trzy</span>. Tylko że tym razem nie chodziło o <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">niego</span>. Ale przecież zawsze chodziło o <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">niego</span>, czyż nie?<br />
<br />
Sekretarka pani Dolohov-Burke wiedziała o tobie tylko tyle, ile musiała wiedzieć o każdym Niewymownym z Sali Przepowiedni. Wiedziała, że jesteś narzędziem, które w sytuacjach określonych ministerialną procedurą bywa skutecznym, a nawet niezbędnym. Dla kogoś takiego jak ty, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">dla jasnowidza obdarzonego wybitną percepcją</span>, wszystko to było aż nazbyt czytelnym. W głowie tej kobiety nie było miejsca ani na wiarę ani na sceptycyzm. Dla niej sens miała jedynie procedura, którą się kierowała, i lęk przed jej naruszeniem. Wiedziałeś bowiem, że w jej fiksacji na punkcie kontroli kryje się nie siła, lecz paniczny lęk przed tym, co by się stało, gdyby choć raz pozwoliła sobie na błąd. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Raz, dwa, trzy.</span><br />
W jej głowie nie było miejsca na marzenia o przyszłości, brakło czasu na roztkliwianie się nad błędami przeszłości. Była tylko teraźniejszość. Teraźniejszość z jej stałe aktualizowaną listą zadań. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Oczywistym było, że łatwo nie odpuści.</span> Widziałeś w oczach tej kobiety desperację. Zaciśnięta szczęka drgała lekko, jak gdyby z trudem podtrzymywała się przed zgrzytaniem zębów, gdy prosiła cię o postawienie rozkładu tarota dla swojej zwierzchniczki... Zachowywała się profesjonalnie, to było niewątpliwym. A jednak miała w sobie tę specyficzną mieszaninę uległości i agresji właściwą ludziom, którzy całe swoje życie poświęcili na bycie przedłużeniem woli innych, potężniejszych od siebie. Może właśnie dlatego była idealna do pracy u boku Anastazji Dolohov-Burke. Każda z nich na swój sposób rozumiała bowiem, że świat jest miejscem, w którym albo się pożera, albo jest się pożeranym.<br />
<br />
Jaka szkoda, Morpheusie, że nie było obok ciebie nikogo, na kogo mógłbyś zwalić tę jakże niewdzięczną robotę. Tak się złożyło, że twój ulubiony współpracownik był akurat na misji badawczej w terenie. Ale tak między nami, nie sądzę, żeby był zbytnio pomocnym. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Rude nigdy nie były w jego typie.</span><br />
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/f2c42da67952730ab42fceffd05b60dd/3ff3174127225587-18/s1280x1920/3f482707ac464d475fdee79eccc64a175e568ff3.jpg[/inny avek]<br />
<br />
<div style="text-align: right;" class="mycode_align"><a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=393" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Morpheus Longbottom</a> </div>
<br />
<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content">bard by Lorraine Malfoy</div></div></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Ministerstwo Magii, Departament Tajemnic, Sala Przepowiedni, obok biurka Morpheusa Longbottoma</div>
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Poproszono mnie o konsultację</span> – oznajmiła tonem nieznoszący sprzeciwu ososbista sekretarka pani Anastazji Dolohov-Burke, zastępczyni szefa Departamentu Skarbu, stając przed biurkiem Morpheusa Longbottoma, Niewymownego. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jak się dostała do Departamentu Tajemnic?</span> Trudno było tak po prostu dostać przepustkę, a jednak pokazała ci takową, zanim jeszcze zdążyłeś zapytać. Odpowiednio ostemplowaną, odpowiednio ciężką, pachnącą świeżym inkaustem i drogimi kobiecymi perfumami o lekko korzennej woni... Perfumy zdecydowanie nie należały do stojącej przed tobą kobiety. Nie, ona pachniała świeżością destylatu ambicji z lekko słodkawą nutą potu, który kojarzył się przede wszystkim z determinacją. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Była ładna.</span> Ładna była nie dlatego, że próbowała być ładną, lecz dlatego, że perfekcja, do której dążyła, przypadkiem mieściła się w granicach tego, co uznaje się za atrakcyjne. Jej włosy miały odcień wypolerowanej do połysku miedzi. Z misternego upięcia nie śmiał wymknąć się choćby kosmyk, jak gdyby każdy włos podlegał ścisłej kontroli jakości. Gdyby choć jedno pasmo wymyknęło się z jej uczesania, sekretarka natychmiast poprawiłaby jego położenie, nawet jeśli nikt by na to nie patrzył. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zwłaszcza wtedy, gdyby nikt nie patrzył.</span><br />
Była doskonale ubrana; nie po prostu elegancka, lecz przepisowa, jakby jej strój został skrojony nie na miarę ciała, lecz na miarę regulaminu. Ciemna marynarka o ostro odciętych ramionach porządkowała jej sylwetkę w pion, ołówkowa sódnica kończyła się dokładnie tam, gdzie kończyć się powinna, a obcasy były nie za wysokie, i nie za niskie, tylko takie w sam raz. Skóra kobiety była nieskazitelna, pozbawiona piegów i innych niedoskonałości. Podkreślający ostre rysy makijaż nie był wyrazem próżności, lecz służył maskowaniu strachu przed niedoskonałością. Kobieta co kilka sekund mrugała w regularnych odstępach czasu. Robiła to z precyzją metronomu. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Raz, dwa, trzy.</span> Było w niej coś obsesyjnego, jak gdyby obawiała się, że nieregularność może zostać odczytana jako słabość. Jej spojrzenie na moment uciekło ku krawędzi twojego biurka, gdzie jedna z teczek wystawała o centymetr za daleko poza blat. Palce kobiety drgnęły odruchowo, jak gdyby chciała ją poprawić, lecz powstrzymała się w ostatniej chwili. Odruchy miała wzmożone, nienaturalnie szybkie, oczy zaś nieustannie skanowały pomieszczenie w poszukiwaniu zagrożenia, którego nie potrafiła nazwać. <br />
Jej oczy, jasne i czujne, nie zatrzymywały się na tobie dłużej, niż było to absolutnie konieczne. Zamiast tego, jej spojrzenie ślizgało się po powierzchniach, krawędziach, kątach prostych i niedoskonałościach pomieszczenia, katalogując je w myślach z obsesyjną dokładnością. Ona widziała kurz, którego ty nie zauważałeś. Widziała krzywo ustawione pióro. Widziała świat jako zbiór błędów do natychmiastowej korekty.<br />
<br />
Departament Tajemnic napełniał ją takim samym dyskomfortem, co jej szefowa.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Przychodzę z ramienia Departamentu Skarbu. Sprawa wagi państwowej. Proszę o możliwie szybką poradę wróżbiarską...</span> – Uśmiechnęła się, może nieco wymuszenie, ale wciąż bardzo wdzięcznie. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Raz, dwa, trzy.</span> Kiedy mówiła o konsultacji, jej głos był uprzejmy, lecz pozbawiony ciepła. Jak gdyby automatyczną sekretarkę zaprogramowano tak, aby brzmiała "po ludzku". – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wiem, że pańskie dokonania w tym polu są niezrównanymi.</span><br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ona nie miała pojęcia na temat twoich dokonań, Morpheusie.</span> <br />
Nie wiedziała nic o twoich wizjach, o nocach spędzonych na poszukiwaniu sensu na granicy snu i jawy. Nie wiedziała, jak wiele razy obracałeś w rękach szklane kule wypełnione mgłą uwięzionych w nich przepowiedni, wątpiąc w słowa wypowiedzane w chwili natchnienia. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wątpiąc w swoje własne przepowiednie.</span> Bo jak mogłeś pewną ręką decydować o losach świata, kiedy twoja własna przyszłość rozpadała się, ledwie zdołałeś dotknąć jej choćby opuszkami palców? <br />
<br />
Świat, który znałeś, zdawał się rozpadać. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Świat się zmieniał.</span> Nie zmieniało się tylko nazwisko, które wciąż sprawiało, że serce szybciej biło ci w piersi. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dolohov</span>, tak powiedziała stojąca przed twoim biurkiem kobieta, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dolohov</span>, powtórzyła, mrugając, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">raz, dwa, trzy</span>. Tylko że tym razem nie chodziło o <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">niego</span>. Ale przecież zawsze chodziło o <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">niego</span>, czyż nie?<br />
<br />
Sekretarka pani Dolohov-Burke wiedziała o tobie tylko tyle, ile musiała wiedzieć o każdym Niewymownym z Sali Przepowiedni. Wiedziała, że jesteś narzędziem, które w sytuacjach określonych ministerialną procedurą bywa skutecznym, a nawet niezbędnym. Dla kogoś takiego jak ty, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">dla jasnowidza obdarzonego wybitną percepcją</span>, wszystko to było aż nazbyt czytelnym. W głowie tej kobiety nie było miejsca ani na wiarę ani na sceptycyzm. Dla niej sens miała jedynie procedura, którą się kierowała, i lęk przed jej naruszeniem. Wiedziałeś bowiem, że w jej fiksacji na punkcie kontroli kryje się nie siła, lecz paniczny lęk przed tym, co by się stało, gdyby choć raz pozwoliła sobie na błąd. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Raz, dwa, trzy.</span><br />
W jej głowie nie było miejsca na marzenia o przyszłości, brakło czasu na roztkliwianie się nad błędami przeszłości. Była tylko teraźniejszość. Teraźniejszość z jej stałe aktualizowaną listą zadań. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Oczywistym było, że łatwo nie odpuści.</span> Widziałeś w oczach tej kobiety desperację. Zaciśnięta szczęka drgała lekko, jak gdyby z trudem podtrzymywała się przed zgrzytaniem zębów, gdy prosiła cię o postawienie rozkładu tarota dla swojej zwierzchniczki... Zachowywała się profesjonalnie, to było niewątpliwym. A jednak miała w sobie tę specyficzną mieszaninę uległości i agresji właściwą ludziom, którzy całe swoje życie poświęcili na bycie przedłużeniem woli innych, potężniejszych od siebie. Może właśnie dlatego była idealna do pracy u boku Anastazji Dolohov-Burke. Każda z nich na swój sposób rozumiała bowiem, że świat jest miejscem, w którym albo się pożera, albo jest się pożeranym.<br />
<br />
Jaka szkoda, Morpheusie, że nie było obok ciebie nikogo, na kogo mógłbyś zwalić tę jakże niewdzięczną robotę. Tak się złożyło, że twój ulubiony współpracownik był akurat na misji badawczej w terenie. Ale tak między nami, nie sądzę, żeby był zbytnio pomocnym. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Rude nigdy nie były w jego typie.</span><br />
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/f2c42da67952730ab42fceffd05b60dd/3ff3174127225587-18/s1280x1920/3f482707ac464d475fdee79eccc64a175e568ff3.jpg[/inny avek]<br />
<br />
<div style="text-align: right;" class="mycode_align"><a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=393" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Morpheus Longbottom</a> </div>
<br />
<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content">bard by Lorraine Malfoy</div></div></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Jesień 1972, 25.09 – Pierwsze koty za płoty [Robert i Anthony]]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5658</link>
			<pubDate>Sun, 25 Jan 2026 11:24:55 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=546">Robert Albert Crouch</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5658</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">25.09.1972, Ministerstwo Magii</div>
<br />
Kiedy Robert Crouch miał pomysł, jego umysł zaczynał działać zupełnie inaczej niż normalnie. Myśli lawirowały w dzikich konfiguracjach, wszystko nasuwało mu skojarzenia związane z nową ideą. Weryfikacja tego, czy nadawała się do wprowadzenie go w życie początkowo wydawała się niemal niemożliwa. Może to dlatego, że Robertowa głowa w przeszłości wpadała na pomysły zgoła fatalne (szczególnie w czasach późnego Hogwartu i wczesnego praktykowania). Teraz był dorosły, ale czy bardziej rozsądny? Zapewne tak, z jednego prostego powodu: zamierzał skonsultować to z kimś, kto w głowie miał zdecydowanie większy porządek.<br />
<br />
Przyszedł do gabinetu Anthony'ego Shafiqa z plikiem kartek, który dzień wcześniej przyniosła praktykantka. Były to badania i rokowania, dość wczesne, ale zatrważające. Takie, obok których nie dało się przejść obojętnie. Robert był zdania, że ze wszystkich nauk, dobrego polityka powinna najbardziej obchodzić socjologia. Nie chodziło o marny populizm, lecz o to, by spełniać swoją służbę wobec społeczeństwa, analizować potrzeby. Tutaj zaś były one miażdżące.<br />
<br />
Przeszedł przez biuro OMSHM-u aż do gabinetu przyjaciela. Nie widział nigdzie w pobliżu Jonathana ani Lazarusa. Możliwe, że sprawy służbowe zagnały ich gdzie indziej. To w sumie dobrze, bo pogawędki z kumplem lub kuzynem mogły zabrać Robertowi niezbędny czas, który chciał wykorzystać na rozmowę z Shafiqiem. A na jego własnym biurku, jak zresztą zwykle, leżała góra różnorakich dokumentów. Zaraz miała zasłonić mu obramowane zdjęcie Enid...<br />
<br />
Zapukał więc do gabinetu i po chwili uchylił drzwi, by wejść do środka. Zawsze podziwiał to, jak Anthony utrzymywał u siebie taki ład. Robert może był zorganizowany, a jednak owa "organizacja" działała w sposób zrozumiały jedynie jemu samemu.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Witaj, Anthony. Nie przeszkadzam? –</span> uśmiechnął się na wejściu.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">25.09.1972, Ministerstwo Magii</div>
<br />
Kiedy Robert Crouch miał pomysł, jego umysł zaczynał działać zupełnie inaczej niż normalnie. Myśli lawirowały w dzikich konfiguracjach, wszystko nasuwało mu skojarzenia związane z nową ideą. Weryfikacja tego, czy nadawała się do wprowadzenie go w życie początkowo wydawała się niemal niemożliwa. Może to dlatego, że Robertowa głowa w przeszłości wpadała na pomysły zgoła fatalne (szczególnie w czasach późnego Hogwartu i wczesnego praktykowania). Teraz był dorosły, ale czy bardziej rozsądny? Zapewne tak, z jednego prostego powodu: zamierzał skonsultować to z kimś, kto w głowie miał zdecydowanie większy porządek.<br />
<br />
Przyszedł do gabinetu Anthony'ego Shafiqa z plikiem kartek, który dzień wcześniej przyniosła praktykantka. Były to badania i rokowania, dość wczesne, ale zatrważające. Takie, obok których nie dało się przejść obojętnie. Robert był zdania, że ze wszystkich nauk, dobrego polityka powinna najbardziej obchodzić socjologia. Nie chodziło o marny populizm, lecz o to, by spełniać swoją służbę wobec społeczeństwa, analizować potrzeby. Tutaj zaś były one miażdżące.<br />
<br />
Przeszedł przez biuro OMSHM-u aż do gabinetu przyjaciela. Nie widział nigdzie w pobliżu Jonathana ani Lazarusa. Możliwe, że sprawy służbowe zagnały ich gdzie indziej. To w sumie dobrze, bo pogawędki z kumplem lub kuzynem mogły zabrać Robertowi niezbędny czas, który chciał wykorzystać na rozmowę z Shafiqiem. A na jego własnym biurku, jak zresztą zwykle, leżała góra różnorakich dokumentów. Zaraz miała zasłonić mu obramowane zdjęcie Enid...<br />
<br />
Zapukał więc do gabinetu i po chwili uchylił drzwi, by wejść do środka. Zawsze podziwiał to, jak Anthony utrzymywał u siebie taki ład. Robert może był zorganizowany, a jednak owa "organizacja" działała w sposób zrozumiały jedynie jemu samemu.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Witaj, Anthony. Nie przeszkadzam? –</span> uśmiechnął się na wejściu.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[8.10.72, późny wieczór] Bajka o smokach]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5591</link>
			<pubDate>Thu, 08 Jan 2026 19:26:03 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=24">Brenna Longbottom</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5591</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic VII</span></div></div>
<br />
Powiedzieć, że Brenna była podejrzliwa wobec notatnika, w którym znalazła zapiski – sporządzone jej własną ręką – na temat najbliższych dni, to jak nic nie powiedzieć. Ale wypadek Lazaursa Lovegooda się wydarzył… czy raczej omal się wydarzył, i nie doszło do niego tylko dlatego, że pojawiła się tam, podążając za instrukcjami. <br />
Wizja, ujrzana w dymie w kręgu widmowidza, tylko tę podejrzliwość i niepokój powiększyła. Napisała do Phil, napisała do Woody’ego, ale nie miała pojęcia, co zrobić z tym dalej… to znaczy długoterminowo. Bo krótkoterminowo, gdy już zapoznała się z informacjami zapisanymi w notatniku, dotyczącymi kilkunastu nocnych godzin, wiedziała, że nie może ich zignorować. Niezależnie od tego, czy dalej miały spełniać się wiernie, czy nie, czy był to podstęp, i skąd wzięły się te zapiski… Musiała to sprawdzić.<br />
Siedziała w pracy właściwie cały dzień, aż do wieczora, gdy wypadła sprawdzić, że Lovegood faktycznie będzie zagrożony rozjechaniem, a po odstawieniu go do szpitala – do siebie, by spróbować z widmowidzeniem. Wróciła więc do biura już właściwie poza godzinami oficjalnego dyżuru, ale… nie pierwszy raz, a w ostatnich tygodniach właściwie wszyscy tłukli nadgodziny.<br />
Nie wiedziała, czy Victoria pojawiła się wieczorem, bo tak ustawiła grafik, by odpocząć po przyjęciu, czy została w nadgodzinach, czy wpadła coś zabrać, czy może też zaraz miała kończyć. Wiedziała jednak, że zastanie ją przy biurku, bo <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">tak mówił notatnik</span>.<br />
I Brenna nawet nie była już zaskoczona, że nie mylił się i w tym względzie.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Cześć</span> – rzuciła, podpierając się o blat. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Jest taka sprawa. Albo wiem, gdzie znajduje się miejsce, do którego zabrano pisklaki, albo czeka tam paskudna pułapka. A że już dwa razy spierdolili mi sprzed samego nosa… to chyba chciałabym to sprawdzić od razu. Spodziewam się przynajmniej jednego kolegi tamtych dwóch… w sensie, że czarnoksiężnika.</span> Według notatek miał tam być. Cóż, kłusownicy rzadko kłusowali dla zabawy, ktoś od nich to wszystko kupował… a taką krew jednorożców raczej nie biedne, samotne matki. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Zainteresowana?</span><br />
Oczywiście, to też nie tak, że chciała biec tam absolutnie na łapu capu. Porównała zapiski z notatnika z tym, co udało się ustalić na podstawie rzeczy z obozowiska, przeszukania w Chinatown, tego, co wyciągnęła z Vincentem… ale… dwukrotnie obozowisko zwinięto na moment przed tym, jak się tam pojawili. I miała obawy, że jeśli teraz nie podąży za tą wskazówką od razu, a zacznie organizować większą akcję, ktoś gdzieś komuś coś szepnie i znowu zastaną tylko pustkę.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic VII</span></div></div>
<br />
Powiedzieć, że Brenna była podejrzliwa wobec notatnika, w którym znalazła zapiski – sporządzone jej własną ręką – na temat najbliższych dni, to jak nic nie powiedzieć. Ale wypadek Lazaursa Lovegooda się wydarzył… czy raczej omal się wydarzył, i nie doszło do niego tylko dlatego, że pojawiła się tam, podążając za instrukcjami. <br />
Wizja, ujrzana w dymie w kręgu widmowidza, tylko tę podejrzliwość i niepokój powiększyła. Napisała do Phil, napisała do Woody’ego, ale nie miała pojęcia, co zrobić z tym dalej… to znaczy długoterminowo. Bo krótkoterminowo, gdy już zapoznała się z informacjami zapisanymi w notatniku, dotyczącymi kilkunastu nocnych godzin, wiedziała, że nie może ich zignorować. Niezależnie od tego, czy dalej miały spełniać się wiernie, czy nie, czy był to podstęp, i skąd wzięły się te zapiski… Musiała to sprawdzić.<br />
Siedziała w pracy właściwie cały dzień, aż do wieczora, gdy wypadła sprawdzić, że Lovegood faktycznie będzie zagrożony rozjechaniem, a po odstawieniu go do szpitala – do siebie, by spróbować z widmowidzeniem. Wróciła więc do biura już właściwie poza godzinami oficjalnego dyżuru, ale… nie pierwszy raz, a w ostatnich tygodniach właściwie wszyscy tłukli nadgodziny.<br />
Nie wiedziała, czy Victoria pojawiła się wieczorem, bo tak ustawiła grafik, by odpocząć po przyjęciu, czy została w nadgodzinach, czy wpadła coś zabrać, czy może też zaraz miała kończyć. Wiedziała jednak, że zastanie ją przy biurku, bo <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">tak mówił notatnik</span>.<br />
I Brenna nawet nie była już zaskoczona, że nie mylił się i w tym względzie.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Cześć</span> – rzuciła, podpierając się o blat. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Jest taka sprawa. Albo wiem, gdzie znajduje się miejsce, do którego zabrano pisklaki, albo czeka tam paskudna pułapka. A że już dwa razy spierdolili mi sprzed samego nosa… to chyba chciałabym to sprawdzić od razu. Spodziewam się przynajmniej jednego kolegi tamtych dwóch… w sensie, że czarnoksiężnika.</span> Według notatek miał tam być. Cóż, kłusownicy rzadko kłusowali dla zabawy, ktoś od nich to wszystko kupował… a taką krew jednorożców raczej nie biedne, samotne matki. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Zainteresowana?</span><br />
Oczywiście, to też nie tak, że chciała biec tam absolutnie na łapu capu. Porównała zapiski z notatnika z tym, co udało się ustalić na podstawie rzeczy z obozowiska, przeszukania w Chinatown, tego, co wyciągnęła z Vincentem… ale… dwukrotnie obozowisko zwinięto na moment przed tym, jak się tam pojawili. I miała obawy, że jeśli teraz nie podąży za tą wskazówką od razu, a zacznie organizować większą akcję, ktoś gdzieś komuś coś szepnie i znowu zastaną tylko pustkę.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 72, 03.10] Turn hope into something more useful]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5580</link>
			<pubDate>Mon, 05 Jan 2026 19:20:19 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=38">Atreus Bulstrode</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5580</guid>
			<description><![CDATA[Spalona Noc przeminęła, zostawiając za sobą zgliszcza, które należało uporządkować. Przez długi więc czas, Londyn musiał uporać się z podstawowymi problemami; należało posprzątać ulice, policzyć zmarłych, pochować ich, zapewnić resztę opiekę lekarską, a w końcu też przyjmować napływające wartką rzeką zgłoszenia odnośnie wszelkich wykroczeń, które się wtedy zadziały. Biura Aurorów i Brygady Uderzeniowej, miały więc pełne ręce roboty. BUMowcy, bo musieli te wszystkie zgłoszenia zbierać. W końcu stanowili pierwszy kontakt, gdzie udawali się zakłopotani cywile. Aurorzy natomiast musieli przesiewać te wszystkie poważniejsze zgłoszenia, które piętrzyły się i sugerowały czarnoksięskie aktywności.<br />
<br />
Wraz z nimi narastała gorycz. O śmierci Florence nie dało się tak zwyczajnie zapomnieć i Atreus chyba przez ostatni miesiąc zdążył przynajmniej pogodzić się z faktem, że nigdy ta strata go nie opuści. Niczym nie dało zatkać się ziejącej gdzieś wewnątrz niego dziury, która zdawała się tylko bardziej przeszkadzać kiedy patrzył na teczki, znajdujące się w nich zgłoszenia i stosy raportów do nadrobienia.<br />
<br />
Nie chodziło już o to, co mógł a czego nie mógł podczas Spalonej Nocy zrobić. Los utorował mu wtedy ścieżkę, która w żaden sposób nie była w stanie zmienić swojego biegu i  skrzyżować się z tą, którą podążała wtedy jego siostra. Ale teraz? Może teraz mógł coś zrobić. A przynajmniej czuł, że powinien. Złapać tego, kto odebrał mu Florence i zaprowadzić przed Wizengamot. A jeśli nie jego konkretnie to każdego, który tamtej nocy nosił tę cholerną maskę i pelerynę.<br />
<br />
Miał więc pomysł. Nie, miał Plan i to taki pisany z wielkiej litery, pewnie dlatego że wierzył w słuszność tego, co chciał pod skrzydłami aurorów stworzyć. A najlepiej to pod swoimi. Spojrzał jeszcze raz na siedzącą przy swoim biurku sekretarkę, na co Juliette uśmiechnęła się do niego przelotnie i kiwnęła głową. Mógł wejść, Harper nie była teraz zajęta i miała czas. Zapukał więc grzecznie, złapał za klamkę i wszedł do środka. <br />
<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Chciałbym zająć chwilę</span> - wyjaśnił, zajmując wskazane mu miejsce po drugiej stronie biurka. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Mam pewne przemyślenia odnośnie Spalonej Nocy. Tego, co można by teraz zrobić w jej następstwie.</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Spalona Noc przeminęła, zostawiając za sobą zgliszcza, które należało uporządkować. Przez długi więc czas, Londyn musiał uporać się z podstawowymi problemami; należało posprzątać ulice, policzyć zmarłych, pochować ich, zapewnić resztę opiekę lekarską, a w końcu też przyjmować napływające wartką rzeką zgłoszenia odnośnie wszelkich wykroczeń, które się wtedy zadziały. Biura Aurorów i Brygady Uderzeniowej, miały więc pełne ręce roboty. BUMowcy, bo musieli te wszystkie zgłoszenia zbierać. W końcu stanowili pierwszy kontakt, gdzie udawali się zakłopotani cywile. Aurorzy natomiast musieli przesiewać te wszystkie poważniejsze zgłoszenia, które piętrzyły się i sugerowały czarnoksięskie aktywności.<br />
<br />
Wraz z nimi narastała gorycz. O śmierci Florence nie dało się tak zwyczajnie zapomnieć i Atreus chyba przez ostatni miesiąc zdążył przynajmniej pogodzić się z faktem, że nigdy ta strata go nie opuści. Niczym nie dało zatkać się ziejącej gdzieś wewnątrz niego dziury, która zdawała się tylko bardziej przeszkadzać kiedy patrzył na teczki, znajdujące się w nich zgłoszenia i stosy raportów do nadrobienia.<br />
<br />
Nie chodziło już o to, co mógł a czego nie mógł podczas Spalonej Nocy zrobić. Los utorował mu wtedy ścieżkę, która w żaden sposób nie była w stanie zmienić swojego biegu i  skrzyżować się z tą, którą podążała wtedy jego siostra. Ale teraz? Może teraz mógł coś zrobić. A przynajmniej czuł, że powinien. Złapać tego, kto odebrał mu Florence i zaprowadzić przed Wizengamot. A jeśli nie jego konkretnie to każdego, który tamtej nocy nosił tę cholerną maskę i pelerynę.<br />
<br />
Miał więc pomysł. Nie, miał Plan i to taki pisany z wielkiej litery, pewnie dlatego że wierzył w słuszność tego, co chciał pod skrzydłami aurorów stworzyć. A najlepiej to pod swoimi. Spojrzał jeszcze raz na siedzącą przy swoim biurku sekretarkę, na co Juliette uśmiechnęła się do niego przelotnie i kiwnęła głową. Mógł wejść, Harper nie była teraz zajęta i miała czas. Zapukał więc grzecznie, złapał za klamkę i wszedł do środka. <br />
<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Chciałbym zająć chwilę</span> - wyjaśnił, zajmując wskazane mu miejsce po drugiej stronie biurka. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Mam pewne przemyślenia odnośnie Spalonej Nocy. Tego, co można by teraz zrobić w jej następstwie.</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[01.09.1972] Trutka na szczury]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5572</link>
			<pubDate>Sat, 03 Jan 2026 21:24:34 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=128">Bard Beedle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5572</guid>
			<description><![CDATA[Sala Miłości była jedną wielką niewiadomą nawet pośród większości Niewymownych. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ta, chyba najnudniejszą</span> dopowiadali sobie ci co bardziej sfrustrowani, gdy ciężkie drzwi zatrzaskiwały się im przed nosem.<br />
Zapewne ucieszyłby ich zatem fakt, że Sala była wręcz… rozczarowująca dla osób, które nie wiedziały o skarbie ukrytym w fontannie. Drewniane długie stoły zastawione probówkami i sprzętem do badań ciągnęły się w równych rzędach, jakby ktoś próbował narzucić <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">miłości </span>sztywny, wręcz arytmetyczny rygor. W całym pomieszczeniu unosił się zapach kurzu, pergaminu i czegoś trudniejszego do uchwycenia - słodkawy, ledwie wyczuwalny aromat, który zmieniał się w zależności od tego kto przekraczał próg sali. Dla jednych był to zapach starych książek i atramentu, niektórzy czuli tu świeżo skoszoną trawę, pastę do zębów czy czekoladę. <br />
Fontanna, stojąca na środku pomieszczenia była sercem tej części Departamentu Tajemnic. Kamienny cokół nosi ślady setek badań- drobnę pęknięcia w marmurowych stopniach, przetarcia na miedzianej barierce oddzielającej ich od leniwie poruszającej się cieczy. W środku nie było przecież wody. Eliksir mienił się odcieniami różu i złota, a jego powierzchnia nigdy nie pozostawała w bezruchu. Wirowała, unosiła się i opadała, a buzujące bąbelki pękały zamieniając się w parę o kształcie serc. <br />
<br />
Jej stół znajdował się w dalszej części pomieszczenia, częściowo osłonięty regałami z fiolkami i księgami alchemicznymi. Był to świadomy wybór Dolores, która od razu po przyjściu do Departamentu usunęła stamtąd wieloletniego pracownika. Stary Jones pożegnał się z pracą niecały tydzień po przybyciu nowej Niewymownej. Dziwna sprawa. Ale przecież w tym miejscu każdy w końcu oszaleje, prawda? Stół różnił się od pozostałych. Idealny porządek, każda probówka opatrzona idealnym opisem, fiolki ustawione w zależności od stopnia destylacji.Dokumenty, raporty, notatki opatrzone gęstymi dopiskami na marginesach. Każdy skrawek papieru miał swoje miejsce - ona jedna wiedziała jakie. Ściana za jej plecami była niemal kompletnie zakryta była starą tablicą. Kredowe wzory i obliczenia nakładały się na siebie, tworząc mapę myśli kogoś, kto nadal nie znalazł odpowiedzi. Do tego czarownica powiesiła tam dwa porcelanowe, ozdobne talerzyki z baraszkującymi kotami. Każdy był inny - wszystkie w nieznośnych odcieniach pasteli.<br />
Dzisiaj jednak blatu zdjęto wszystkie niepotrzebne rzeczy. Wszystko zaizolowano ligniną i folią. Na stole pozostała aparatura pomiarowa,fiolka z perłowym eliksirem, parę strzykawek i… klatka z dwoma szczurami. <br />
Dolores podniosła jedno ze zwierzątek, co by przyjrzeć mu się nieco lepiej. Jaki był szczur - każdy wiedział. Samczyk. Ale temu już wytatuowano numer na wewnętrznej części bladoróżowego uszka. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Gdyby tylko ludzi można było tak oznaczyć. Jak szczury. Jak odpady.</span> Przesunęła palcami po delikatnym karku obiektu badawczego numer 9-12, małych kosteczkach kręgosłupa, które wystarczyło mocniej docisnąć, by pękały jak zapałki.<br />
<br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Idealnie na czas, Alexandrze Mulciber.</span><br />
Usłyszała szczęk klamki i zgrzyt zawiasów. Tu każdy słuchał. Byli uczuleni na dźwięki; na zapachy. Tu miłość kleiła się do ubrań, truła ich, doprowadzała do szaleństwa. Rzeczywistość a mary senne mieszały się ze sobą każdego dnia. Marzenia i prawda. Niewymowni nie musieli podnosić głowy, by wiedzieć czyje kroki odbijają się od kamiennej posadzki.<br />
Musiała być dwunasta trzydzieści. Gdyby przyszedł minutę wcześniej - nie dopuściłaby go do stołu. Minutę później - zamknęłaby salę. Każda sekunda miała znaczenie.<br />
Nie odwróciła się do swojego gościa. Nie spuszczała wzroku ze szczurka, którego jasne futerko kontrastowało z czarnymi rękawiczkami, noszonymi zwykle przez magimedyków.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Szczury laboratoryjne są tak szalenie niedoceniane.</span>- Mówiła spokojnie, powoli. Miała paskudny zwyczaj cedzenia każdego słowa, jakby każdy z jej rozmówców był głupcem. Większość zresztą była, nie marnowała więc czasu żeby oddzielić ziarno od plew.- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Większość traktuje je jak jednorazowe naczynia.</span><br />
Musiała zacisnąć palce na tyle mocno, by szczurek poczuł ból, bo pisnął; bezskutecznie próbował się wyszarpać, nie śmiąc ugryźć ręki, która je trzymała.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">A one pamiętają. Pamiętają aż do samego końca. </span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Sala Miłości była jedną wielką niewiadomą nawet pośród większości Niewymownych. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ta, chyba najnudniejszą</span> dopowiadali sobie ci co bardziej sfrustrowani, gdy ciężkie drzwi zatrzaskiwały się im przed nosem.<br />
Zapewne ucieszyłby ich zatem fakt, że Sala była wręcz… rozczarowująca dla osób, które nie wiedziały o skarbie ukrytym w fontannie. Drewniane długie stoły zastawione probówkami i sprzętem do badań ciągnęły się w równych rzędach, jakby ktoś próbował narzucić <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">miłości </span>sztywny, wręcz arytmetyczny rygor. W całym pomieszczeniu unosił się zapach kurzu, pergaminu i czegoś trudniejszego do uchwycenia - słodkawy, ledwie wyczuwalny aromat, który zmieniał się w zależności od tego kto przekraczał próg sali. Dla jednych był to zapach starych książek i atramentu, niektórzy czuli tu świeżo skoszoną trawę, pastę do zębów czy czekoladę. <br />
Fontanna, stojąca na środku pomieszczenia była sercem tej części Departamentu Tajemnic. Kamienny cokół nosi ślady setek badań- drobnę pęknięcia w marmurowych stopniach, przetarcia na miedzianej barierce oddzielającej ich od leniwie poruszającej się cieczy. W środku nie było przecież wody. Eliksir mienił się odcieniami różu i złota, a jego powierzchnia nigdy nie pozostawała w bezruchu. Wirowała, unosiła się i opadała, a buzujące bąbelki pękały zamieniając się w parę o kształcie serc. <br />
<br />
Jej stół znajdował się w dalszej części pomieszczenia, częściowo osłonięty regałami z fiolkami i księgami alchemicznymi. Był to świadomy wybór Dolores, która od razu po przyjściu do Departamentu usunęła stamtąd wieloletniego pracownika. Stary Jones pożegnał się z pracą niecały tydzień po przybyciu nowej Niewymownej. Dziwna sprawa. Ale przecież w tym miejscu każdy w końcu oszaleje, prawda? Stół różnił się od pozostałych. Idealny porządek, każda probówka opatrzona idealnym opisem, fiolki ustawione w zależności od stopnia destylacji.Dokumenty, raporty, notatki opatrzone gęstymi dopiskami na marginesach. Każdy skrawek papieru miał swoje miejsce - ona jedna wiedziała jakie. Ściana za jej plecami była niemal kompletnie zakryta była starą tablicą. Kredowe wzory i obliczenia nakładały się na siebie, tworząc mapę myśli kogoś, kto nadal nie znalazł odpowiedzi. Do tego czarownica powiesiła tam dwa porcelanowe, ozdobne talerzyki z baraszkującymi kotami. Każdy był inny - wszystkie w nieznośnych odcieniach pasteli.<br />
Dzisiaj jednak blatu zdjęto wszystkie niepotrzebne rzeczy. Wszystko zaizolowano ligniną i folią. Na stole pozostała aparatura pomiarowa,fiolka z perłowym eliksirem, parę strzykawek i… klatka z dwoma szczurami. <br />
Dolores podniosła jedno ze zwierzątek, co by przyjrzeć mu się nieco lepiej. Jaki był szczur - każdy wiedział. Samczyk. Ale temu już wytatuowano numer na wewnętrznej części bladoróżowego uszka. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Gdyby tylko ludzi można było tak oznaczyć. Jak szczury. Jak odpady.</span> Przesunęła palcami po delikatnym karku obiektu badawczego numer 9-12, małych kosteczkach kręgosłupa, które wystarczyło mocniej docisnąć, by pękały jak zapałki.<br />
<br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Idealnie na czas, Alexandrze Mulciber.</span><br />
Usłyszała szczęk klamki i zgrzyt zawiasów. Tu każdy słuchał. Byli uczuleni na dźwięki; na zapachy. Tu miłość kleiła się do ubrań, truła ich, doprowadzała do szaleństwa. Rzeczywistość a mary senne mieszały się ze sobą każdego dnia. Marzenia i prawda. Niewymowni nie musieli podnosić głowy, by wiedzieć czyje kroki odbijają się od kamiennej posadzki.<br />
Musiała być dwunasta trzydzieści. Gdyby przyszedł minutę wcześniej - nie dopuściłaby go do stołu. Minutę później - zamknęłaby salę. Każda sekunda miała znaczenie.<br />
Nie odwróciła się do swojego gościa. Nie spuszczała wzroku ze szczurka, którego jasne futerko kontrastowało z czarnymi rękawiczkami, noszonymi zwykle przez magimedyków.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Szczury laboratoryjne są tak szalenie niedoceniane.</span>- Mówiła spokojnie, powoli. Miała paskudny zwyczaj cedzenia każdego słowa, jakby każdy z jej rozmówców był głupcem. Większość zresztą była, nie marnowała więc czasu żeby oddzielić ziarno od plew.- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Większość traktuje je jak jednorazowe naczynia.</span><br />
Musiała zacisnąć palce na tyle mocno, by szczurek poczuł ból, bo pisnął; bezskutecznie próbował się wyszarpać, nie śmiąc ugryźć ręki, która je trzymała.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">A one pamiętają. Pamiętają aż do samego końca. </span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[11.10.72] Kwestia czasu]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5544</link>
			<pubDate>Wed, 24 Dec 2025 09:45:36 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=38">Atreus Bulstrode</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5544</guid>
			<description><![CDATA[Archiwum miało swoje wady, w postaci czasoprzestrzennych dziur przenikających z Departamentu Tajemnic i aktualnie rozszalałej jemioły, która w niekontrolowany sposób sypała śniegiem. Atreus z Brenną wyszli więc z niego, wciąż w nieco zawilgotnianych od zaspy ubraniach i ruszyli korytarzem - w ślad z resztą za Paddym. Ten o dziwo nie zaszedł daleko, bo obydwoje zobaczyli jak ten przechodzi obok Cassandry, pyta ją o to jaki mamy miesiąc, a następnie nawet się nie zatrzymując, idzie dalej i otwiera drzwi do archiwum dowodowego.<br />
<br />
Przez korytarz przebiegł rumor, jakby coś się waliło, albo raczej waliła się cała góra rzeczy. Następnie Paddy krzyknął, bo ta góra rzeczy wysypała się przez właśnie otwarte drzwi, uwolniona i wolna, runęła na niego. Przedmioty rozlały się niczym potop, blokując dalsze przejście korytarzem, ale też ujawniając że wypełniały po brzegi dowodowy, jakby co najmniej się w nim namnożyły jak króli, od momentu kiedy zostały tam zostawione.<br />
<br />
Samymi przedmiotami, były natomiast zegary. Wszystkie wyglądały tak samo, mając parędziesiąt centymetrów wysokości, okrągłą tarczę i poruszające się wewnątrz wahadło. Każde urządzenie, tykało więc radośnie, nie dając nikomu zapomnieć o swoim jakże fizycznym istnieniu.<br />
<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wspaniale </span>- zawyrokował Atreus, kiedy zatrzymali się obok kopca i siłą rzeczy, Cassandry. -<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Myślicie, że go przysypało? Chłop właśnie uwolnił się z archiwum, tylko po to żeby skończyć tutaj. Czas nie był dla niego łaskawy </span>- zaśmiał się, bo trzeba było mieć cholernego pecha, żeby ostatnie, ile...? Dzień? W sumie dwa? Spędzić w niewiadomym miejscu, gdzie czas nie obowiązywał.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Archiwum miało swoje wady, w postaci czasoprzestrzennych dziur przenikających z Departamentu Tajemnic i aktualnie rozszalałej jemioły, która w niekontrolowany sposób sypała śniegiem. Atreus z Brenną wyszli więc z niego, wciąż w nieco zawilgotnianych od zaspy ubraniach i ruszyli korytarzem - w ślad z resztą za Paddym. Ten o dziwo nie zaszedł daleko, bo obydwoje zobaczyli jak ten przechodzi obok Cassandry, pyta ją o to jaki mamy miesiąc, a następnie nawet się nie zatrzymując, idzie dalej i otwiera drzwi do archiwum dowodowego.<br />
<br />
Przez korytarz przebiegł rumor, jakby coś się waliło, albo raczej waliła się cała góra rzeczy. Następnie Paddy krzyknął, bo ta góra rzeczy wysypała się przez właśnie otwarte drzwi, uwolniona i wolna, runęła na niego. Przedmioty rozlały się niczym potop, blokując dalsze przejście korytarzem, ale też ujawniając że wypełniały po brzegi dowodowy, jakby co najmniej się w nim namnożyły jak króli, od momentu kiedy zostały tam zostawione.<br />
<br />
Samymi przedmiotami, były natomiast zegary. Wszystkie wyglądały tak samo, mając parędziesiąt centymetrów wysokości, okrągłą tarczę i poruszające się wewnątrz wahadło. Każde urządzenie, tykało więc radośnie, nie dając nikomu zapomnieć o swoim jakże fizycznym istnieniu.<br />
<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wspaniale </span>- zawyrokował Atreus, kiedy zatrzymali się obok kopca i siłą rzeczy, Cassandry. -<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Myślicie, że go przysypało? Chłop właśnie uwolnił się z archiwum, tylko po to żeby skończyć tutaj. Czas nie był dla niego łaskawy </span>- zaśmiał się, bo trzeba było mieć cholernego pecha, żeby ostatnie, ile...? Dzień? W sumie dwa? Spędzić w niewiadomym miejscu, gdzie czas nie obowiązywał.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[03.10.1972] Just kiss me already]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5518</link>
			<pubDate>Thu, 18 Dec 2025 22:19:16 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=578">Aaron Andrew Moody</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5518</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Ministerstwo Magii, korytarz na I piętrze</div>
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Coś jest nie tak</span>, pomyślał Aaron Moody. Zanim jednak w pełni zdał sobie sprawę, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">co jest nie tak</span>, instynktownie wyciągnął rękę, aby powstrzymać idącą obok niego Lorien przed przestąpieniem kolejnego kroku. Rozejrzał się, gotów do działania... Ale gdy zadarł głowę do góry, zobaczył tylko zwieszające się z sufitu gałązki jemioły, upstrzonej białymi kulkami jagód. Chyba trochę za wcześnie na świąteczne dekoracje, pomyślał Aaron, marszcząc delikatnie brwi. Wystrzelił na próbę zaklęciem, aby zerwać kilka bujnych pędów, w celu bliższego ich zbadania. Czyżby jakaś zmutowana roślina wyrwała się z Urzędu Niewłaściwego Użycia Czarów? Aaron obrócił gałązki w dłoni, zanim zdecydował się schować różdżkę na powrót do kieszeni. Gdyby nie to, że sufit znowu zaraz zarósł zielonością, można byłoby pomyśleć, że to zwykła jemioła. Chociaż musiała być w jakiś sposób zaklęta, nie wydawała się w tej chwili stwarzać żadnego zagrożenia.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Pliniusz Starszy pisał o jemiole na kartach <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Historii Naturalnej</span></span> – rzucił lekkim tonem Aaron. Tak jak gdyby zupełnie normalnym było to, że pierwszym jego skojarzeniem w tej sytuacji było dzieło jego ulubionego starożytnego historyka. Kąciki ust Moody'ego zadrgały jak do uśmiechu, gdy spojrzał znowu na stojącą obok Lorien. Zadrgała i jego dłoń, jak gdyby podświadomie szukał jej dłoni, zanim z lekkim ociąganiem podążyli niespiesznym, spacerowym wręcz krokiem wzdłuż dziwnie pustego jak na tę porę korytarza. Być może wszyscy za bardzo bali się, że zostaną magicznie zmuszeni, żeby pocałować pod jemiołą współracownika mijanego z naprzeciwka. Nikt nie chciał przecież wylądować na dywaniku w dziale zasobów czarodziejskich! – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Pliniusz opisywał jej szczególne znaczenie dla rytuałów druidów, a więc autochtonicznych magów ziem brytyjskich</span> – ciągnął cicho Aaron, zręcznie splątając ze sobą zerwane wcześniej gałązki, tak, żeby ułożyć z nich schludny bukiecik. Podnosił przy tym co jakiś czas oczy na Lorien, skupiony na rozmowie. Może dlatego nie zauważył, że z kieszeni przerzuconej przez ramię marynarki od aurorskiego munduru niespodziewanie wystawił łebek zaspany dementorek. Dzielnie czuwał z nim na dyżurze ostatniej nocy, do tej pory spał więc w kieszeni Aarona, opatulony chusteczką do nosa niby kocykiem. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nasi przodkowie nazywali jemiołę "wszechlekiem", napar z jej pędów miał być bowiem lekarstwem na wszelkie trucizny.</span> – Oczywiście, że zaczął od rzeczy praktycznych, chociaż chciał jej powiedzieć, że wiecznie zielone liście jemioły miały symbolizować nie tylko długie, zdrowe życie, ale i nieprzemijające piękno. Z tego powodu bukiety z jemioły wręczano wedle tradycji kobietom, które darzyło się szczególnym uwielbieniem i miłością... <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Z tego też powodu od dawien dawna całowało się pod jemiołą.</span> Ale zanim Moody zdążył to wszystko wyjaśnić, bukiecik już znalazł się w dłoniach Lorien. Widać było, że chce powiedzieć jej coś jeszcze, bo nachylił się w jej stronę, jak gdyby chciał ją pocałować... <br />
<br />
Ale moment przerwał im dementorek, który <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">hyc! hyc!</span> wzleciał hen wysoko ponad ich głowy, tylko po to, aby z cichym piskiem zanurkować prosto w gęstwinę jemioły. <br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Hej ty!</span> – zawołał zaskoczony Aaron, próbując schwycić za płaszczyk rozochoconego dementorka. Ten jednak umknął przed aurorem, oddając się w pełni powietrznym harcom. Na początku bujał się na zwieszających się z sufitu gałązkach, płynnie przeskakując z jednej na drugą, potem jednak zainteresował się białymi jagodami, którymi była obsypana jemioła. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie jedz tego.</span> – Aaron przestrzegł dementorka tym samym kategorycznym tonem, którego używał do wydawania poleceń służbowych. Tym samym tonem mówił też swojemu kotu, że nie dostanie więcej jedzenia, dopóki nie zje resztek ze swojej miseczki... Ale dementorek zagrał mu tylko paluszkami na dementorzym nosku i zaczął żreć jagody. Aż słychać było ciche ciamkanie, gdy przeżuwał soczysty miąższ, plamiący jego czarny płaszczyk.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Ministerstwo Magii, korytarz na I piętrze</div>
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Coś jest nie tak</span>, pomyślał Aaron Moody. Zanim jednak w pełni zdał sobie sprawę, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">co jest nie tak</span>, instynktownie wyciągnął rękę, aby powstrzymać idącą obok niego Lorien przed przestąpieniem kolejnego kroku. Rozejrzał się, gotów do działania... Ale gdy zadarł głowę do góry, zobaczył tylko zwieszające się z sufitu gałązki jemioły, upstrzonej białymi kulkami jagód. Chyba trochę za wcześnie na świąteczne dekoracje, pomyślał Aaron, marszcząc delikatnie brwi. Wystrzelił na próbę zaklęciem, aby zerwać kilka bujnych pędów, w celu bliższego ich zbadania. Czyżby jakaś zmutowana roślina wyrwała się z Urzędu Niewłaściwego Użycia Czarów? Aaron obrócił gałązki w dłoni, zanim zdecydował się schować różdżkę na powrót do kieszeni. Gdyby nie to, że sufit znowu zaraz zarósł zielonością, można byłoby pomyśleć, że to zwykła jemioła. Chociaż musiała być w jakiś sposób zaklęta, nie wydawała się w tej chwili stwarzać żadnego zagrożenia.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Pliniusz Starszy pisał o jemiole na kartach <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Historii Naturalnej</span></span> – rzucił lekkim tonem Aaron. Tak jak gdyby zupełnie normalnym było to, że pierwszym jego skojarzeniem w tej sytuacji było dzieło jego ulubionego starożytnego historyka. Kąciki ust Moody'ego zadrgały jak do uśmiechu, gdy spojrzał znowu na stojącą obok Lorien. Zadrgała i jego dłoń, jak gdyby podświadomie szukał jej dłoni, zanim z lekkim ociąganiem podążyli niespiesznym, spacerowym wręcz krokiem wzdłuż dziwnie pustego jak na tę porę korytarza. Być może wszyscy za bardzo bali się, że zostaną magicznie zmuszeni, żeby pocałować pod jemiołą współracownika mijanego z naprzeciwka. Nikt nie chciał przecież wylądować na dywaniku w dziale zasobów czarodziejskich! – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Pliniusz opisywał jej szczególne znaczenie dla rytuałów druidów, a więc autochtonicznych magów ziem brytyjskich</span> – ciągnął cicho Aaron, zręcznie splątając ze sobą zerwane wcześniej gałązki, tak, żeby ułożyć z nich schludny bukiecik. Podnosił przy tym co jakiś czas oczy na Lorien, skupiony na rozmowie. Może dlatego nie zauważył, że z kieszeni przerzuconej przez ramię marynarki od aurorskiego munduru niespodziewanie wystawił łebek zaspany dementorek. Dzielnie czuwał z nim na dyżurze ostatniej nocy, do tej pory spał więc w kieszeni Aarona, opatulony chusteczką do nosa niby kocykiem. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nasi przodkowie nazywali jemiołę "wszechlekiem", napar z jej pędów miał być bowiem lekarstwem na wszelkie trucizny.</span> – Oczywiście, że zaczął od rzeczy praktycznych, chociaż chciał jej powiedzieć, że wiecznie zielone liście jemioły miały symbolizować nie tylko długie, zdrowe życie, ale i nieprzemijające piękno. Z tego powodu bukiety z jemioły wręczano wedle tradycji kobietom, które darzyło się szczególnym uwielbieniem i miłością... <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Z tego też powodu od dawien dawna całowało się pod jemiołą.</span> Ale zanim Moody zdążył to wszystko wyjaśnić, bukiecik już znalazł się w dłoniach Lorien. Widać było, że chce powiedzieć jej coś jeszcze, bo nachylił się w jej stronę, jak gdyby chciał ją pocałować... <br />
<br />
Ale moment przerwał im dementorek, który <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">hyc! hyc!</span> wzleciał hen wysoko ponad ich głowy, tylko po to, aby z cichym piskiem zanurkować prosto w gęstwinę jemioły. <br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Hej ty!</span> – zawołał zaskoczony Aaron, próbując schwycić za płaszczyk rozochoconego dementorka. Ten jednak umknął przed aurorem, oddając się w pełni powietrznym harcom. Na początku bujał się na zwieszających się z sufitu gałązkach, płynnie przeskakując z jednej na drugą, potem jednak zainteresował się białymi jagodami, którymi była obsypana jemioła. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie jedz tego.</span> – Aaron przestrzegł dementorka tym samym kategorycznym tonem, którego używał do wydawania poleceń służbowych. Tym samym tonem mówił też swojemu kotu, że nie dostanie więcej jedzenia, dopóki nie zje resztek ze swojej miseczki... Ale dementorek zagrał mu tylko paluszkami na dementorzym nosku i zaczął żreć jagody. Aż słychać było ciche ciamkanie, gdy przeżuwał soczysty miąższ, plamiący jego czarny płaszczyk.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[11.10.72] La pire des bénédictions, la plus belle des malédictions]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5506</link>
			<pubDate>Wed, 17 Dec 2025 10:31:02 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=24">Brenna Longbottom</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5506</guid>
			<description><![CDATA[<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Mam nadzieję, że nie przepadniemy tutaj na dwa dni jak Paddy Finnigan</span> – stwierdziła Brenna, gdy weszli do archiwum, wypełnionego kurzem, papierami, rzędami szafek oraz, niewykluczone, ukrytymi gdzieś w ciemnych kątach kośćmi ludzi, którzy zabłądzili w tej nie aż tak wielkiej przestrzeni i nigdy nie znaleźli wyjścia.<br />
Trochę sobie żartowała, a trochę nie. Nie miała dwóch dni, które mogłaby poświęcić na bycie zaginioną, a Paddy Finnigan faktycznie znowu znikł, nie pojawił się przy swoim biurku, nie było go w domu i sąsiedzi twierdzili, że rano wyszedł do pracy. Niemniej to nie rudego funkcjonariusza szukali w archiwum – Brenna, mimo wszystko, wątpiła, aby siedział tutaj skulony gdzieś pod którąś z szafek czy przygnieciony stosami archiwów spraw nierozwiązanych z roku 1969 (to był bardzo dziwny rok, i pewnie do tej pory by go wszyscy wspominali, gdyby nie ta cała heca z Voldemortem). Zakładała raczej, że mężczyzna po prostu zamiast do Ministerstwa trafił do jakiegoś baru.<br />
Nie, tym razem problemem był aresztowany w tym tygodniu przy okazji sprawy kłusowników, z którą Brenna miotała się od ładnych paru miesięcy, próbując uciąć wszystkie głowy hydry i zapobiec ich odrastaniu, czarnoksiężnik Franklin Blount. Franklin Blount odmawiał jakiejkolwiek współpracy, jego imię i nazwisko podali koledzy, a sprawdzenie tego i owego wskazywało na to, że Franklin Blount był notowany, że dosłużył się pięknego przezwiska „Rzeźnik z Chelsea” (i to wcale nie dlatego, że sprzedawał mięso), że ten „złapany” Blount pasuje do opisu, przechowanego w aktach, tyle że… opis pochodził sprzed dwóch dekad i w tej chwili Franklin powinien mieć mniej więcej osiemdziesiąt lat. <br />
Ich Franklin miał najwyżej sześćdziesiąt, a wyglądał na mniej. Ale nawet jeśli był synem tamtego Franklina, to wciąż mieli tu otwarcie sprawy, bo poprzedni Blount znikł z powierzchni ziemi, i dorwanie jego syna, w dodatku też wmieszanego w nielegalne poczynania, mogło pomóc zamknąć tamtą starą sprawę…<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Mam też nadzieję, że w rodzinie Blountów przekazują sobie imię niczym rodzinny skarb, podobnie jak najpiękniejsze, czarnoksięskie tradycje, a nie że to ten sam Franklin, który jakimś cudem przedłużył sobie życie za pomocą nekromancji</span> – dorzuciła, wędrując wzdłuż półek, by minąć te regały, na których znajdowały się stosunkowo świeże akta. Te, których szukali, pewnie były gdzieś pomiędzy 40 a 50 rokiem… czyli w tym najcięższym okresie, bo II Wojna Światowa i wojna z Grindewaldem nie sprzyjały wielkiemu porządkowi. Ani w samym państwie, bo spraw było bardzo wiele, ani pośród dokumentów. <br />
Uniosła różdżkę, próbując zaklęcie światła, bo oświetlenie archiwów pozostawiało bardzo wiele do życzenia, a w miarę, jak wchodziła w głąb pomieszczenia, stawało się tylko coraz ciemniej. Człowiek zaczynał aż wierzyć, ze Paddy faktycznie zgubił różdżkę i nie mógł w mroku znaleźć drogi powrotnej.<br />
<br />
kształtowanie<br />
[roll=W]<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Co do cholery?</span> - mruknęła, zdziwiona, kiedy światło na różdżce zabłysło i zaraz zgasło, a potem podejrzliwie spojrzała w dół, jakby przez podłogę chciała zobaczyć mieszczące się niżej sale Departamentu Tajemnic. Czy kombinowali tam z czymś, czy jak?]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Mam nadzieję, że nie przepadniemy tutaj na dwa dni jak Paddy Finnigan</span> – stwierdziła Brenna, gdy weszli do archiwum, wypełnionego kurzem, papierami, rzędami szafek oraz, niewykluczone, ukrytymi gdzieś w ciemnych kątach kośćmi ludzi, którzy zabłądzili w tej nie aż tak wielkiej przestrzeni i nigdy nie znaleźli wyjścia.<br />
Trochę sobie żartowała, a trochę nie. Nie miała dwóch dni, które mogłaby poświęcić na bycie zaginioną, a Paddy Finnigan faktycznie znowu znikł, nie pojawił się przy swoim biurku, nie było go w domu i sąsiedzi twierdzili, że rano wyszedł do pracy. Niemniej to nie rudego funkcjonariusza szukali w archiwum – Brenna, mimo wszystko, wątpiła, aby siedział tutaj skulony gdzieś pod którąś z szafek czy przygnieciony stosami archiwów spraw nierozwiązanych z roku 1969 (to był bardzo dziwny rok, i pewnie do tej pory by go wszyscy wspominali, gdyby nie ta cała heca z Voldemortem). Zakładała raczej, że mężczyzna po prostu zamiast do Ministerstwa trafił do jakiegoś baru.<br />
Nie, tym razem problemem był aresztowany w tym tygodniu przy okazji sprawy kłusowników, z którą Brenna miotała się od ładnych paru miesięcy, próbując uciąć wszystkie głowy hydry i zapobiec ich odrastaniu, czarnoksiężnik Franklin Blount. Franklin Blount odmawiał jakiejkolwiek współpracy, jego imię i nazwisko podali koledzy, a sprawdzenie tego i owego wskazywało na to, że Franklin Blount był notowany, że dosłużył się pięknego przezwiska „Rzeźnik z Chelsea” (i to wcale nie dlatego, że sprzedawał mięso), że ten „złapany” Blount pasuje do opisu, przechowanego w aktach, tyle że… opis pochodził sprzed dwóch dekad i w tej chwili Franklin powinien mieć mniej więcej osiemdziesiąt lat. <br />
Ich Franklin miał najwyżej sześćdziesiąt, a wyglądał na mniej. Ale nawet jeśli był synem tamtego Franklina, to wciąż mieli tu otwarcie sprawy, bo poprzedni Blount znikł z powierzchni ziemi, i dorwanie jego syna, w dodatku też wmieszanego w nielegalne poczynania, mogło pomóc zamknąć tamtą starą sprawę…<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Mam też nadzieję, że w rodzinie Blountów przekazują sobie imię niczym rodzinny skarb, podobnie jak najpiękniejsze, czarnoksięskie tradycje, a nie że to ten sam Franklin, który jakimś cudem przedłużył sobie życie za pomocą nekromancji</span> – dorzuciła, wędrując wzdłuż półek, by minąć te regały, na których znajdowały się stosunkowo świeże akta. Te, których szukali, pewnie były gdzieś pomiędzy 40 a 50 rokiem… czyli w tym najcięższym okresie, bo II Wojna Światowa i wojna z Grindewaldem nie sprzyjały wielkiemu porządkowi. Ani w samym państwie, bo spraw było bardzo wiele, ani pośród dokumentów. <br />
Uniosła różdżkę, próbując zaklęcie światła, bo oświetlenie archiwów pozostawiało bardzo wiele do życzenia, a w miarę, jak wchodziła w głąb pomieszczenia, stawało się tylko coraz ciemniej. Człowiek zaczynał aż wierzyć, ze Paddy faktycznie zgubił różdżkę i nie mógł w mroku znaleźć drogi powrotnej.<br />
<br />
kształtowanie<br />
[roll=W]<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Co do cholery?</span> - mruknęła, zdziwiona, kiedy światło na różdżce zabłysło i zaraz zgasło, a potem podejrzliwie spojrzała w dół, jakby przez podłogę chciała zobaczyć mieszczące się niżej sale Departamentu Tajemnic. Czy kombinowali tam z czymś, czy jak?]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[11.10.72, OMSHM]  Jack-In-The-Box | Lazarus & Cassandra & Jonathan]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5405</link>
			<pubDate>Tue, 02 Dec 2025 18:35:43 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=448">Jonathan Selwyn</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5405</guid>
			<description><![CDATA[Jonathan zakładał, że dzisiejszy dzień w biurze, a przynajmniej jego pierwsza część, będzie dość nudna, zwłaszcza że Anthony od rana miał ważne spotkanie, które bezczelnie odkrywało go od jego miejsca przy biurku w ich gabinecie. Niestety dla nerwów pracowników OMSHMu szybko okazało się jednak, że zdecydowanie nikt będzie się dzisiaj nudzić. Ktoś z samego rana, jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem dnia pracy, wysłał im pakunek, który czekał teraz na jednym z biurek przeznaczonych dla stażystów i szeregowych pracowników. <br />
Pakunek nie był szczególnie piękny, ot brązowe pudełko rozmiarów opakowania po butach. Niestety poza niewyględnym opakowanem i brakiem nadawcy przesyłka śmierdziała również czarną magią. Pracownicy zostali wyproszeni z biura, zachęcani przez Jonathana aby uznali to za nieco niekonwencjonalną przerwę na kawę, a sam Selwyn poprosił Lazarusa, aby tutaj został, uznając że wolał jednak mieć po swojej stronie zaufanego klątwołamacza, niż potencjalnego żółtodzioba, który ledwo opanował tę sztukę.<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Mam nadzieję, że nie masz mi za złe, że cię zatrzymałem</span> – powiedział w stronę Lovegooda, gdy czekali na przyjście aurora zapewne w towarzystwie jakiś brygadzistów. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Obiecuję, że jak tylko to szaleństwo się skończy samemu będziesz się mógł udać na przerwę.</span> <br />
<br />
Selwyn próbował zachować swobodne podejście, jakby nic się nie działo, nawet jeśli w głowie rozważał różne możliwe powody tego zajścia i żaden z nich nie napawał go zbytnim optymizmem. Skoro jednak nikt na razie nie umierał w konwulsjach, w pomieszczeniu nie pojawiła się wyrwa do Zaświatów, paczka nie przeciekała krwią, a zza biurek nie wyskoczyli Śmierciożercy Jonathan nie mógł na razie zrobić nic innego niż dobrze wyglądać w swojej granatowej szacie i w opanowaniu czekać na przybycie posiłków.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Jonathan zakładał, że dzisiejszy dzień w biurze, a przynajmniej jego pierwsza część, będzie dość nudna, zwłaszcza że Anthony od rana miał ważne spotkanie, które bezczelnie odkrywało go od jego miejsca przy biurku w ich gabinecie. Niestety dla nerwów pracowników OMSHMu szybko okazało się jednak, że zdecydowanie nikt będzie się dzisiaj nudzić. Ktoś z samego rana, jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem dnia pracy, wysłał im pakunek, który czekał teraz na jednym z biurek przeznaczonych dla stażystów i szeregowych pracowników. <br />
Pakunek nie był szczególnie piękny, ot brązowe pudełko rozmiarów opakowania po butach. Niestety poza niewyględnym opakowanem i brakiem nadawcy przesyłka śmierdziała również czarną magią. Pracownicy zostali wyproszeni z biura, zachęcani przez Jonathana aby uznali to za nieco niekonwencjonalną przerwę na kawę, a sam Selwyn poprosił Lazarusa, aby tutaj został, uznając że wolał jednak mieć po swojej stronie zaufanego klątwołamacza, niż potencjalnego żółtodzioba, który ledwo opanował tę sztukę.<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Mam nadzieję, że nie masz mi za złe, że cię zatrzymałem</span> – powiedział w stronę Lovegooda, gdy czekali na przyjście aurora zapewne w towarzystwie jakiś brygadzistów. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Obiecuję, że jak tylko to szaleństwo się skończy samemu będziesz się mógł udać na przerwę.</span> <br />
<br />
Selwyn próbował zachować swobodne podejście, jakby nic się nie działo, nawet jeśli w głowie rozważał różne możliwe powody tego zajścia i żaden z nich nie napawał go zbytnim optymizmem. Skoro jednak nikt na razie nie umierał w konwulsjach, w pomieszczeniu nie pojawiła się wyrwa do Zaświatów, paczka nie przeciekała krwią, a zza biurek nie wyskoczyli Śmierciożercy Jonathan nie mógł na razie zrobić nic innego niż dobrze wyglądać w swojej granatowej szacie i w opanowaniu czekać na przybycie posiłków.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 1972 12IX]Pramatko Wenus, która wprowadzasz na niebo gwiazd migotliwe kaganki]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5385</link>
			<pubDate>Sat, 29 Nov 2025 11:02:33 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=393">Morpheus Longbottom</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5385</guid>
			<description><![CDATA[<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=mXrmP2n.jpeg" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=mXrmP2n.jpeg]" class="mycode_img" /></div>
<br />
<p>Nadal miał wrażenie, że śmierdzi dymem. Ministerstwo było częściowo sparaliżowane, bo wypadły z niego pojedyncze trybiki mozolnie przekładające sterty dokumentów z jednego miejsca, na drugi, przesuwając je wedle procedur ku ostatecznym decyzjom. Nie miało to jednak aż tak wielkiego wpływu na Departament Tajemnic, złożony w większości z osób czystokrwistego pochodzenia, będąc też królestwem w królestwie.</p>
<p>Usiadł przy swoim biurku, dziwnie czystym, uprzątniętym. Przed nim trójkątna plakietka z imieniem i nazwiskiem, po prawej lampa z zielonym kloszem i czerwonymi kryształkami, dająca w sumie niewiele żółtego światła, po lewej biała marmurowa misa na kadzidło, w którym świeży węgielek czekał na rozpalenie. Tuż przed nim zaś służbowa notatka, dokładnie złożona na pół, odchylająca się w górnej części. </p>
<p> Morpheus założył nogę na nogę i otworzył wiadomość od swojego przełożonego. Nie zaskoczyła go specjalnie, chociaż miała swoje mankamenty, nie lubił wróżyć komuś, kogo nie miał przed sobą, nie z tarota.</p>
<p>Z górnej szuflady wyjął zapałki, kadzidło i służbową talię tarota.</p>
<p>Proces wróżenia w pracy był dla Morpheusa znanym rytuałem, który pozwalał mu się odciąć od teraźniejszości. Nasypał na węgielek mieszankę kadzideł, które pomagają oczyścić mgłę z trzeciego oka. Olibanum, cynamon, drzewo sandałowe, rozmaryn i orzeźwiająca patchouli. Mieszanka jeszcze przed odpaleniem nieco gryzła w nos. Próbował odpalić zapałkę, ale ręce zaczęły mi się trząść i nie mógł przeciągnąć skutecznie siarkowatą końcówką po drasce. Zdarł trzy zapałki, aż we frustracji wrzucił nierozpalone drewienka do kadzielnicy i wrzucił pudełko do szuflady. Zamknął ją z nadmierną siłą. </p>
<p> Ujął w poparzone dłonie karty i zaczął tasować. Rada dla Ministry Eugenii Jenkins, na życie zawodowe, na dalsze działania w Ministerstwie po katastrofie ósmego września. </p>
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">W wielu hymnach Uranio, Afrodyto, w morzu zrodzona, boska macierzy, nocnym przychylna czcigodna, ujarzmicielko nocna, i sztuczek matko Ananke, wszystko z ciebie pod jarzmo swe, ty wszystko co znajduje na niebie i ziemi w owoce obfitej oraz na morskich cna towarzyszko Bakchosa, która cieszysz na ucztach, swatko, macierzy Erosów, przybądź.</span></p>
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-size: small;" class="mycode_size"><br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Przewaga:</span> Wróżbiarstwo III, 1 - pozycja prosta, 2 - pozycja odwrócona</span></div>
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Karta I</span><br />
[roll=Tarot]<br />
[roll=1d2]<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Karta II</span><br />
[roll=Tarot]<br />
[roll=1d2]<br />
<br />
<p>Pierwsza karta w rozkładzie wywołała na twarzy Morpheusa brzydki grymas. Ministra w kryzysie nie radziła sobie ze swoimi emocjami i plątała się w tym, co powinna zrobić. Utopiona w panice rozlanego mleka. Pazie stanowiły naiwne, niedojrzałe części dworów karcianych, przechodzące inicjację. Zupełnie jakby Ministra trwała cały czas w stuporze młodzieńczej idylli władzy, nawet pod groźbą rewolty Voldemorta. Kiedy Paź Pucharów odwraca się, jego iluzje zostają zniszczone, a różowy blask znika. Puchar zostaje przewrócony, a jego zawartość rozlewa się. Czasami puchar zostaje wyrzucony lub wytrącony z jego ręki, tak jak teraz. W niektórych okładkach zamiast Paziów były księżniczki i właśnie o nich myślał Morpheus w tym momencie, więc sięgnął mu tej interpretacji, którą podpowiadała mu intuicja. Księżniczka Kielichów jest grudką ziemi na wodach, wyspę unoszącą się na bezkresnym morzu. Jest daleko od ognia swojego ojca i głębi swojej matki, brakuje jej też badawczego ducha swojego brata. Odwrócona, wyspa była zamkiem z piasku, tonącym w morzu irracjonalności i marzeń. Księżniczka Pucharów, niechętna opuszczeniu swojego królestwa, zatonie wraz z nim, a w najgorszym przypadku pociągnie innych za sobą.</p>
<p> Wyjął z drugiej szuflady arkusz pergaminu oraz pióro i kałamarz. Wybrał czarny atrament z lekkim, tęczowym połyskiem, który pojawiał się pod światło. Subtelny, ale obecny. Wymienił stalówkę i zanurzył pióro w atramencie. Otarł nadmiar i rozpoczął pisanie listu, pozostawiając wolną przestrzeń na wstępie i kurtuazję.</p>
<br />
<div class="koperta">Jedynka to Szanowna Pani Ministra w konflikcie, problemie, jaki przed Panią stoi. Jest to Odwrócony Paź Kielichów, którego zablokowana energia przyczynia się do Pani niepokoju. Jest bardzo adekwatnym wyrazem obecnej sytuacji, wzburzenia i ogromnych emocji. </div>
<br />
<p>Karta, która skrzyżowała Pazia, było Dziewięć Kielichów, wywołujące na twarzy Morpheusa kolejne dziwne emocje. Była to bardzo dobra karta, a pojawiła się w problemie. Perfekcyjna harmonia i spełnienie. W niektórych rozkładach nazywano ją po prostu <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Szczęście</span>, stanowiła też środkową kolumnę Drzewa Życia. I to go olśniła, centryzm. Dziewięć kielichów niosło za sobą ryzyko samozadowolenia i pobłażliwości, a także siedzenia aż nadto w centrum.</p>
<br />
<div class="koperta"> Krzyżuje ją w tym rozkładzie Dziewięć Kielichów, które interpretuję dwojako. Po pierwsze, jako nasza Przywódczyni, pragnie Pani przynieść nam na nowo obfitość i dobrobyt tej karty, a nie będzie to łatwe zadanie. Nasze kielichy odparowano i wypełniono popiołem. Po drugie zaś, jako karta harmonii, wskazuje, że trzymanie balansu i statusu quo może nie być dobrym pomysłem. Zbyt długo pobłażano twórcą zła, co odbiło się znacząco na obywatelach Anglii, którzy spoczywają w Twej pieczy.</div>
<br />
<p>Czy właśnie spisywał swoje wypowiedzenie? Siedział wyprostowany, choć barki miał napięte tak, jakby ktoś niewidzialny właśnie zakładał na nie coraz większy ciężar. Ci, którzy wspinają się na najwyższe szczeble, rzadko znoszą dobrze moment, gdy ktoś odsuwa zasłonę i pokazuje, że tron ma pęknięcia. Gdy przesunął palcami po krawędzi kart, miał wrażenie, że dotyka nie tarota, a ostrza brzytwy. Każdy symbol, każdy ruch dłoni przypominał mu, że im wyżej ktoś stoi, tym bardziej drży, gdy ktoś pierwszy odważy się wskazać, że stoi na glinianych nogach.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=mXrmP2n.jpeg" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=mXrmP2n.jpeg]" class="mycode_img" /></div>
<br />
<p>Nadal miał wrażenie, że śmierdzi dymem. Ministerstwo było częściowo sparaliżowane, bo wypadły z niego pojedyncze trybiki mozolnie przekładające sterty dokumentów z jednego miejsca, na drugi, przesuwając je wedle procedur ku ostatecznym decyzjom. Nie miało to jednak aż tak wielkiego wpływu na Departament Tajemnic, złożony w większości z osób czystokrwistego pochodzenia, będąc też królestwem w królestwie.</p>
<p>Usiadł przy swoim biurku, dziwnie czystym, uprzątniętym. Przed nim trójkątna plakietka z imieniem i nazwiskiem, po prawej lampa z zielonym kloszem i czerwonymi kryształkami, dająca w sumie niewiele żółtego światła, po lewej biała marmurowa misa na kadzidło, w którym świeży węgielek czekał na rozpalenie. Tuż przed nim zaś służbowa notatka, dokładnie złożona na pół, odchylająca się w górnej części. </p>
<p> Morpheus założył nogę na nogę i otworzył wiadomość od swojego przełożonego. Nie zaskoczyła go specjalnie, chociaż miała swoje mankamenty, nie lubił wróżyć komuś, kogo nie miał przed sobą, nie z tarota.</p>
<p>Z górnej szuflady wyjął zapałki, kadzidło i służbową talię tarota.</p>
<p>Proces wróżenia w pracy był dla Morpheusa znanym rytuałem, który pozwalał mu się odciąć od teraźniejszości. Nasypał na węgielek mieszankę kadzideł, które pomagają oczyścić mgłę z trzeciego oka. Olibanum, cynamon, drzewo sandałowe, rozmaryn i orzeźwiająca patchouli. Mieszanka jeszcze przed odpaleniem nieco gryzła w nos. Próbował odpalić zapałkę, ale ręce zaczęły mi się trząść i nie mógł przeciągnąć skutecznie siarkowatą końcówką po drasce. Zdarł trzy zapałki, aż we frustracji wrzucił nierozpalone drewienka do kadzielnicy i wrzucił pudełko do szuflady. Zamknął ją z nadmierną siłą. </p>
<p> Ujął w poparzone dłonie karty i zaczął tasować. Rada dla Ministry Eugenii Jenkins, na życie zawodowe, na dalsze działania w Ministerstwie po katastrofie ósmego września. </p>
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">W wielu hymnach Uranio, Afrodyto, w morzu zrodzona, boska macierzy, nocnym przychylna czcigodna, ujarzmicielko nocna, i sztuczek matko Ananke, wszystko z ciebie pod jarzmo swe, ty wszystko co znajduje na niebie i ziemi w owoce obfitej oraz na morskich cna towarzyszko Bakchosa, która cieszysz na ucztach, swatko, macierzy Erosów, przybądź.</span></p>
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-size: small;" class="mycode_size"><br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Przewaga:</span> Wróżbiarstwo III, 1 - pozycja prosta, 2 - pozycja odwrócona</span></div>
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Karta I</span><br />
[roll=Tarot]<br />
[roll=1d2]<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Karta II</span><br />
[roll=Tarot]<br />
[roll=1d2]<br />
<br />
<p>Pierwsza karta w rozkładzie wywołała na twarzy Morpheusa brzydki grymas. Ministra w kryzysie nie radziła sobie ze swoimi emocjami i plątała się w tym, co powinna zrobić. Utopiona w panice rozlanego mleka. Pazie stanowiły naiwne, niedojrzałe części dworów karcianych, przechodzące inicjację. Zupełnie jakby Ministra trwała cały czas w stuporze młodzieńczej idylli władzy, nawet pod groźbą rewolty Voldemorta. Kiedy Paź Pucharów odwraca się, jego iluzje zostają zniszczone, a różowy blask znika. Puchar zostaje przewrócony, a jego zawartość rozlewa się. Czasami puchar zostaje wyrzucony lub wytrącony z jego ręki, tak jak teraz. W niektórych okładkach zamiast Paziów były księżniczki i właśnie o nich myślał Morpheus w tym momencie, więc sięgnął mu tej interpretacji, którą podpowiadała mu intuicja. Księżniczka Kielichów jest grudką ziemi na wodach, wyspę unoszącą się na bezkresnym morzu. Jest daleko od ognia swojego ojca i głębi swojej matki, brakuje jej też badawczego ducha swojego brata. Odwrócona, wyspa była zamkiem z piasku, tonącym w morzu irracjonalności i marzeń. Księżniczka Pucharów, niechętna opuszczeniu swojego królestwa, zatonie wraz z nim, a w najgorszym przypadku pociągnie innych za sobą.</p>
<p> Wyjął z drugiej szuflady arkusz pergaminu oraz pióro i kałamarz. Wybrał czarny atrament z lekkim, tęczowym połyskiem, który pojawiał się pod światło. Subtelny, ale obecny. Wymienił stalówkę i zanurzył pióro w atramencie. Otarł nadmiar i rozpoczął pisanie listu, pozostawiając wolną przestrzeń na wstępie i kurtuazję.</p>
<br />
<div class="koperta">Jedynka to Szanowna Pani Ministra w konflikcie, problemie, jaki przed Panią stoi. Jest to Odwrócony Paź Kielichów, którego zablokowana energia przyczynia się do Pani niepokoju. Jest bardzo adekwatnym wyrazem obecnej sytuacji, wzburzenia i ogromnych emocji. </div>
<br />
<p>Karta, która skrzyżowała Pazia, było Dziewięć Kielichów, wywołujące na twarzy Morpheusa kolejne dziwne emocje. Była to bardzo dobra karta, a pojawiła się w problemie. Perfekcyjna harmonia i spełnienie. W niektórych rozkładach nazywano ją po prostu <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Szczęście</span>, stanowiła też środkową kolumnę Drzewa Życia. I to go olśniła, centryzm. Dziewięć kielichów niosło za sobą ryzyko samozadowolenia i pobłażliwości, a także siedzenia aż nadto w centrum.</p>
<br />
<div class="koperta"> Krzyżuje ją w tym rozkładzie Dziewięć Kielichów, które interpretuję dwojako. Po pierwsze, jako nasza Przywódczyni, pragnie Pani przynieść nam na nowo obfitość i dobrobyt tej karty, a nie będzie to łatwe zadanie. Nasze kielichy odparowano i wypełniono popiołem. Po drugie zaś, jako karta harmonii, wskazuje, że trzymanie balansu i statusu quo może nie być dobrym pomysłem. Zbyt długo pobłażano twórcą zła, co odbiło się znacząco na obywatelach Anglii, którzy spoczywają w Twej pieczy.</div>
<br />
<p>Czy właśnie spisywał swoje wypowiedzenie? Siedział wyprostowany, choć barki miał napięte tak, jakby ktoś niewidzialny właśnie zakładał na nie coraz większy ciężar. Ci, którzy wspinają się na najwyższe szczeble, rzadko znoszą dobrze moment, gdy ktoś odsuwa zasłonę i pokazuje, że tron ma pęknięcia. Gdy przesunął palcami po krawędzi kart, miał wrażenie, że dotyka nie tarota, a ostrza brzytwy. Każdy symbol, każdy ruch dłoni przypominał mu, że im wyżej ktoś stoi, tym bardziej drży, gdy ktoś pierwszy odważy się wskazać, że stoi na glinianych nogach.</p>]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>