<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Ministerstwo Magii]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Fri, 06 Nov 2026 18:16:38 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[[11.10.1972r.] Pierwsze obrady Komisji ds. Ochrony Zdrowia]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6555</link>
			<pubDate>Tue, 03 Nov 2026 22:08:14 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=307">Laurence Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6555</guid>
			<description><![CDATA[<div class="divek"><div id="dataa" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">11 października 1972r.<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Biuro Zastępcy Szefa Departamentu Magicznych Wypadków i Katastrof </span></span></div>
<br />
<p>Na potrzeby obrad, obecnych i przyszłych, na polecenie Laurenca dokonano niewielkich zmian i przemeblowania w jego biurze. Odkąd przejął to pomieszczenie, nie zdarzyło się, aby potrzebował przeprowadzać obrady komisji. Teraz miało to się zmienić. </p>
<p>Mało użytkowana część pomieszczenia, została przerobiona pod konferencyjną. Postawiony został prostokątny długi stół, oraz liczba krzeseł pod minimalną liczbę członków. Na większe zebrania, mieli do dyspozycji inne pomieszczenie, typowo konferencyjne. Tutaj jednak Laurence ograniczył się do zaufanego grona osób, które zaprosił do wspólnego realizowania projektu. </p>
<p>Na samym stole znajdowały się dwa dzbanki z wodą i przy każdym siedzącym szklanka. Z pomocą magii, nie byłoby problemem wprowadzić dzbanek w ruch i napełnić naczynia. Do dyspozycji była także kawa bądź herbata, znajdująca się na stoliku w kącie pomieszczenia. </p>
<p>Na każdego członka komisji, czekała także teczka z rozpisanym celem, zadaniami i przebiegiem dzisiejszego spotkania. Asystent Laurenca zadbał o wszystko, co było zalecane i konieczne. </p>
<br />
<p>Dla Lestrange’a było to pierwsze tak poważne przedsięwzięcie. Szansa, aby móc się wykazać. Wyjść z biura do potrzebujących. Szansa na udowodnienie, że Lestrange potrafi także zarządzać polityką, nie tylko magimedycyną. Łączyć jedno z drugim. Zawał sobie sprawę z tego, że w tym projekcie, gdy ujrzy światło publiczne, jego nazwisko będzie bardziej rozpowszechnione. Nie będzie tylko zastępcą swojego szefa, pokazującym się na spotkaniach w zastępstwie. Będzie kimś, kto dodatkowo angażuje się w sprawy społeczne. Ktoś mógłby stwierdzić, że Śmierciożercy dali mu tę szansę, wprowadzając chaos w części kraju. </p>
<p>Każdy kto po kolei przychodził, był przez niego witany i zapraszany do stołu. Obserwował kątem oka każdego, badając reakcję na to, z kim przyjdzie im współpracować przy projekcie inicjatywy w komisji. Badał, czy tutejsze osoby, w jakimś stopniu się znają. </p>
<p>Kiedy wszyscy pojawili się, mogli obrady zacząć punktualnie o wyznaczonej godzinie, dwunastej w południe. Zajmując swoje szczytowe miejsce, Laurence zabrał głos. </p>
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Bardzo się cieszę, że zgodziliście się Państwo dołączyć do zorganizowanej przeze mnie Inicjatywy Ministerialnej. Zatem witam was wszystkich ponownie, oficjalnie otwierając pierwsze obrady Komisji do spraw Ochrony Zdrowia. </span><br />
Zwrócił się ogólnie, wzrokiem spoglądając na każdego ogólnie. Jego asystent, siedział z boku, notując przebieg zebrania. Spoglądał na swoje notatki, mając przed sobą otwartą teczkę, z rozpisanym planem etapu prowadzenia spotkania. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- W skład naszej komisji wchodzą. Pan Anthony Shafiq, Szef Organu Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego, który we współpracy będzie odpowiadać i pomagać dostarczyć drogą handlową składniki i produkty, potrzebne do badań nad eliksirem leczniczym. Aurorka i twórczyni eliksirów Pani Victoria Lestrange, a także pozostali twórcy eliksirów i uzdrowiciele: Pan Basilius Prewett, Pani Amanda Lupin, Pan Timothy Crouch, Pani Isabel Bones, Pani Ophelia Burke. Te osoby będą tworzyć zespół badaczy, których zadaniem będzie prowadzenie badań nad stworzeniem nowego eliksiru leczniczego, mającego pomóc uzdrowić chorych z nietypowego rodzaju kaszlu, jaki został zdiagnozowany po wydarzeniach Spalonej Nocy, 8 i 9 września 1972 roku. Zespołem badaczy, pod moją nieobecność, kierować będzie Pan Basilius Prewett. W celu prowadzenia badań, udostępnione zostanie pomieszczenie laboratoryjne, mieszczące się w Klinice Magicznych Chorób i Urazów Szpitala Świętego Munga. </span><br />
Odczytawszy ten fragment, spojrzał po zebranych.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Pragnę tutaj poinformować, że Klinika wyraziła pełne poparcie dla Inicjatywy i chęć współpracy, udostępniając nam miejsce do badań. W tym celu wyznaczyła swoich uzdrowicieli, którzy odbyli ze mną wstępne rozmowy. </span><br />
Jeżeli nie było uwag czy pytań w tym kierunku, wrócił do kontynuowania, spojrzawszy na zapis w piśmie.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Kontynuując. W Komisji również będzie z nami Pan Edmund Slughorn, specjalista do spraw Magimedycznej Branży Publicznych Funduszy oraz innych przedsięwzięć. Wyznaczony przez Kanclerza Skarbu, Elliota Malfoya. Pan Slughorn będzie naszym wsparciem finansowym, zabezpieczającym budżet przeznaczony na badania nad lekiem. </span><br />
W momencie wspominania Edmunda, Laurence spojrzał na młodego specjalistę, który był blisko 30stki. Z tego co przedstawił mu Elliot, dla młodego urzędnika, byłą to także szansa wykazania się zawodowo i jeżeli nie zawali sprawy, ma szansę na awans. Elliot byle komu by takiej odpowiedzialności nie powierzył. A młody mężczyzna widocznie był jednym z zaufanych pracowników Malfoya. <br />
Podobnie zespół uzdrowicieli, był dobrany w mieszanym wieku. Młodsi i starsi. Różny poziom wiedzy i doświadczenia. Jedni mogą uczyć się od drugich. Nie robił wyjątku. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Zarządzającym Komisją, jej przewodniczącym jest moja osoba. Laurence Lestrange. Będę do Państwa dyspozycji w każdym temacie i pomagał jako twórca eliksiru przy badaniach, a później również jako uzdrowiciel. </span><br />
Tym zakończył temat przedstawiania członków komisji. Aby każdy wiedział, kto w niej zasiada i będzie pracować. Jakie ma przydzielone zadania i czas możliwy na przeanalizowanie, oraz rozważenie, czy potrzebuje jakiejś zmiany. <br />
<p>Przeszedł do następnego punktu, przekładając kartki, przy okazji upijając łyk wody, którą wcześniej przygotował sobie w szklance. Gdy się dużo mówi, zasycha potem w gardle. </p>
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Zadaniem Komisji jest stworzenie eliksiru na trudny do wyleczenia kaszel, z pomocą pozyskanych składników potrzebnych do badań. Zadaniem uzdrowicieli będzie podawanie przygotowanego eliksiru pacjentom i obserwacja zachowania organizmu, aby móc zainterweniować w przypadku niepowodzenia. </span><br />
Laurence nie chciał wykorzystywać swoich członków komisji jako "eksperyment" przyjmowania leków. To znaczyło, że będą potrzebowali także pacjentów chętnych do testów. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Chciałbym prosić Pana Shafiqa o przedstawienie sytuacji dostaw składników i kiedy zespół badawczy mógłby zacząć swoją pracę. </span><br />
Zwrócił się do Anthony’ego i niestety przy tak politycznych sprawach, zwracał się do wszystkich oficjalnie, pomimo znajomości bliższej, rodzinnej i koleżeńskiej. Głównie wszedł w ten etap też dlatego, że te obrady muszą zostać udokumentowane przez jego asystenta. Nie robił też posiedzenia otwartego, ale zamknięte. Dopiero po nich, przedstawi publicznie dla prasy wynik wstępnie podjętych działań. <br />
<br />
<br />
<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><br />
Każda tura, zaczyna się od posta Laurenca. Kolejność odpisywania jest dowolna. Czas na odpisy jest do <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">10.11</span>. Gdyby ktoś potrzebował więcej czasu na odpis, dajcie znać. Jeżeli w czasie trwania tej sesji ruszy wydarzenie Samhain, możemy zrobić przerwę. <br />
<br />
</span></div></div></div></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="divek"><div id="dataa" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">11 października 1972r.<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Biuro Zastępcy Szefa Departamentu Magicznych Wypadków i Katastrof </span></span></div>
<br />
<p>Na potrzeby obrad, obecnych i przyszłych, na polecenie Laurenca dokonano niewielkich zmian i przemeblowania w jego biurze. Odkąd przejął to pomieszczenie, nie zdarzyło się, aby potrzebował przeprowadzać obrady komisji. Teraz miało to się zmienić. </p>
<p>Mało użytkowana część pomieszczenia, została przerobiona pod konferencyjną. Postawiony został prostokątny długi stół, oraz liczba krzeseł pod minimalną liczbę członków. Na większe zebrania, mieli do dyspozycji inne pomieszczenie, typowo konferencyjne. Tutaj jednak Laurence ograniczył się do zaufanego grona osób, które zaprosił do wspólnego realizowania projektu. </p>
<p>Na samym stole znajdowały się dwa dzbanki z wodą i przy każdym siedzącym szklanka. Z pomocą magii, nie byłoby problemem wprowadzić dzbanek w ruch i napełnić naczynia. Do dyspozycji była także kawa bądź herbata, znajdująca się na stoliku w kącie pomieszczenia. </p>
<p>Na każdego członka komisji, czekała także teczka z rozpisanym celem, zadaniami i przebiegiem dzisiejszego spotkania. Asystent Laurenca zadbał o wszystko, co było zalecane i konieczne. </p>
<br />
<p>Dla Lestrange’a było to pierwsze tak poważne przedsięwzięcie. Szansa, aby móc się wykazać. Wyjść z biura do potrzebujących. Szansa na udowodnienie, że Lestrange potrafi także zarządzać polityką, nie tylko magimedycyną. Łączyć jedno z drugim. Zawał sobie sprawę z tego, że w tym projekcie, gdy ujrzy światło publiczne, jego nazwisko będzie bardziej rozpowszechnione. Nie będzie tylko zastępcą swojego szefa, pokazującym się na spotkaniach w zastępstwie. Będzie kimś, kto dodatkowo angażuje się w sprawy społeczne. Ktoś mógłby stwierdzić, że Śmierciożercy dali mu tę szansę, wprowadzając chaos w części kraju. </p>
<p>Każdy kto po kolei przychodził, był przez niego witany i zapraszany do stołu. Obserwował kątem oka każdego, badając reakcję na to, z kim przyjdzie im współpracować przy projekcie inicjatywy w komisji. Badał, czy tutejsze osoby, w jakimś stopniu się znają. </p>
<p>Kiedy wszyscy pojawili się, mogli obrady zacząć punktualnie o wyznaczonej godzinie, dwunastej w południe. Zajmując swoje szczytowe miejsce, Laurence zabrał głos. </p>
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Bardzo się cieszę, że zgodziliście się Państwo dołączyć do zorganizowanej przeze mnie Inicjatywy Ministerialnej. Zatem witam was wszystkich ponownie, oficjalnie otwierając pierwsze obrady Komisji do spraw Ochrony Zdrowia. </span><br />
Zwrócił się ogólnie, wzrokiem spoglądając na każdego ogólnie. Jego asystent, siedział z boku, notując przebieg zebrania. Spoglądał na swoje notatki, mając przed sobą otwartą teczkę, z rozpisanym planem etapu prowadzenia spotkania. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- W skład naszej komisji wchodzą. Pan Anthony Shafiq, Szef Organu Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego, który we współpracy będzie odpowiadać i pomagać dostarczyć drogą handlową składniki i produkty, potrzebne do badań nad eliksirem leczniczym. Aurorka i twórczyni eliksirów Pani Victoria Lestrange, a także pozostali twórcy eliksirów i uzdrowiciele: Pan Basilius Prewett, Pani Amanda Lupin, Pan Timothy Crouch, Pani Isabel Bones, Pani Ophelia Burke. Te osoby będą tworzyć zespół badaczy, których zadaniem będzie prowadzenie badań nad stworzeniem nowego eliksiru leczniczego, mającego pomóc uzdrowić chorych z nietypowego rodzaju kaszlu, jaki został zdiagnozowany po wydarzeniach Spalonej Nocy, 8 i 9 września 1972 roku. Zespołem badaczy, pod moją nieobecność, kierować będzie Pan Basilius Prewett. W celu prowadzenia badań, udostępnione zostanie pomieszczenie laboratoryjne, mieszczące się w Klinice Magicznych Chorób i Urazów Szpitala Świętego Munga. </span><br />
Odczytawszy ten fragment, spojrzał po zebranych.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Pragnę tutaj poinformować, że Klinika wyraziła pełne poparcie dla Inicjatywy i chęć współpracy, udostępniając nam miejsce do badań. W tym celu wyznaczyła swoich uzdrowicieli, którzy odbyli ze mną wstępne rozmowy. </span><br />
Jeżeli nie było uwag czy pytań w tym kierunku, wrócił do kontynuowania, spojrzawszy na zapis w piśmie.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Kontynuując. W Komisji również będzie z nami Pan Edmund Slughorn, specjalista do spraw Magimedycznej Branży Publicznych Funduszy oraz innych przedsięwzięć. Wyznaczony przez Kanclerza Skarbu, Elliota Malfoya. Pan Slughorn będzie naszym wsparciem finansowym, zabezpieczającym budżet przeznaczony na badania nad lekiem. </span><br />
W momencie wspominania Edmunda, Laurence spojrzał na młodego specjalistę, który był blisko 30stki. Z tego co przedstawił mu Elliot, dla młodego urzędnika, byłą to także szansa wykazania się zawodowo i jeżeli nie zawali sprawy, ma szansę na awans. Elliot byle komu by takiej odpowiedzialności nie powierzył. A młody mężczyzna widocznie był jednym z zaufanych pracowników Malfoya. <br />
Podobnie zespół uzdrowicieli, był dobrany w mieszanym wieku. Młodsi i starsi. Różny poziom wiedzy i doświadczenia. Jedni mogą uczyć się od drugich. Nie robił wyjątku. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Zarządzającym Komisją, jej przewodniczącym jest moja osoba. Laurence Lestrange. Będę do Państwa dyspozycji w każdym temacie i pomagał jako twórca eliksiru przy badaniach, a później również jako uzdrowiciel. </span><br />
Tym zakończył temat przedstawiania członków komisji. Aby każdy wiedział, kto w niej zasiada i będzie pracować. Jakie ma przydzielone zadania i czas możliwy na przeanalizowanie, oraz rozważenie, czy potrzebuje jakiejś zmiany. <br />
<p>Przeszedł do następnego punktu, przekładając kartki, przy okazji upijając łyk wody, którą wcześniej przygotował sobie w szklance. Gdy się dużo mówi, zasycha potem w gardle. </p>
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Zadaniem Komisji jest stworzenie eliksiru na trudny do wyleczenia kaszel, z pomocą pozyskanych składników potrzebnych do badań. Zadaniem uzdrowicieli będzie podawanie przygotowanego eliksiru pacjentom i obserwacja zachowania organizmu, aby móc zainterweniować w przypadku niepowodzenia. </span><br />
Laurence nie chciał wykorzystywać swoich członków komisji jako "eksperyment" przyjmowania leków. To znaczyło, że będą potrzebowali także pacjentów chętnych do testów. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Chciałbym prosić Pana Shafiqa o przedstawienie sytuacji dostaw składników i kiedy zespół badawczy mógłby zacząć swoją pracę. </span><br />
Zwrócił się do Anthony’ego i niestety przy tak politycznych sprawach, zwracał się do wszystkich oficjalnie, pomimo znajomości bliższej, rodzinnej i koleżeńskiej. Głównie wszedł w ten etap też dlatego, że te obrady muszą zostać udokumentowane przez jego asystenta. Nie robił też posiedzenia otwartego, ale zamknięte. Dopiero po nich, przedstawi publicznie dla prasy wynik wstępnie podjętych działań. <br />
<br />
<br />
<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><br />
Każda tura, zaczyna się od posta Laurenca. Kolejność odpisywania jest dowolna. Czas na odpisy jest do <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">10.11</span>. Gdyby ktoś potrzebował więcej czasu na odpis, dajcie znać. Jeżeli w czasie trwania tej sesji ruszy wydarzenie Samhain, możemy zrobić przerwę. <br />
<br />
</span></div></div></div></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[28.10.1972] Kiedy ranne wstają zorze]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6531</link>
			<pubDate>Sun, 18 Oct 2026 09:47:09 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=38">Atreus Bulstrode</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6531</guid>
			<description><![CDATA[<p>Siedział w szatni i bolała go głowa. Cholera, miał wrażenie, że kończył w ten sposób trochę za dużo razy, chociaż nie można było wciąż nazwać tego nawykiem. Całe szczęście. Tym razem jednak, nie był tylko na kacu, a dodatkowo na twarzy barwiły się pięknie siniaki. Tam gdzie uderzył Rosier, został znak i może nie przeszkadzałoby to aż tak Atreusowi, gdyby nie praca i leżąca obok niego kurtka munduru, przypominająca o sobie. Brenna co prawda dała mu maść, ale ta nie dała rady poradzić sobie ze wszystkim i głębsze znamiona wciąż były wyraźne. Był też nieco opuchnięty.</p>
<p>Przyszli do pracy z Brenną razem, biorąc pod uwagę okoliczności, ale Longbottom zdążyła właśnie wybiec z szatni, kierując się do Biura Brygady Uderzeniowej. Zamiast niej, w zasięgu wzroku Atreusa pojawiła Victoria i zamierzał tę sytuację absolutnie wykorzystać, bo to nie mogło być tak że go lano za darmo po mordzie i to z jej powodu. Znaczy pewnie gdyby była to jakaś sytuacja honoru i by go musiał bronić, no to jeszcze. </p>
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Żono moja przyszła, serce moje, twój chłop jest stuknięty </span>— poinformował ją poważnym tonem, spoglądając na nią ze swego miejsca i wyglądając trochę marnie. Zmęczony, z nieco zauważalnymi sińcami pod oczami, dobrze ze Brenna miała w drzewie genealogicznym nazwisko Potter i znalazła się w jej domu Ulizanna, bo inaczej jeszcze byłby pewnie rozczochrany. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Kompletnie i bezgranicznie, bo postanowił wczorajszego wieczoru bić się ze mną w Fontannie Szczęśliwego Losu, a ja musiałem go uświadomić, że to bardzo zły pomysł bo nie chciał dać sobie spokoju. Wywalili nas stamtąd, rozumiesz to? Na zbity pysk</span> — pożalił się, odchylając głowę do tyłu i opierając ją o znajdującą za nim ścianę. Chłód pewnie byłby przyjemny, gdyby nie to że był zimny jak kostka lodu.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Siedział w szatni i bolała go głowa. Cholera, miał wrażenie, że kończył w ten sposób trochę za dużo razy, chociaż nie można było wciąż nazwać tego nawykiem. Całe szczęście. Tym razem jednak, nie był tylko na kacu, a dodatkowo na twarzy barwiły się pięknie siniaki. Tam gdzie uderzył Rosier, został znak i może nie przeszkadzałoby to aż tak Atreusowi, gdyby nie praca i leżąca obok niego kurtka munduru, przypominająca o sobie. Brenna co prawda dała mu maść, ale ta nie dała rady poradzić sobie ze wszystkim i głębsze znamiona wciąż były wyraźne. Był też nieco opuchnięty.</p>
<p>Przyszli do pracy z Brenną razem, biorąc pod uwagę okoliczności, ale Longbottom zdążyła właśnie wybiec z szatni, kierując się do Biura Brygady Uderzeniowej. Zamiast niej, w zasięgu wzroku Atreusa pojawiła Victoria i zamierzał tę sytuację absolutnie wykorzystać, bo to nie mogło być tak że go lano za darmo po mordzie i to z jej powodu. Znaczy pewnie gdyby była to jakaś sytuacja honoru i by go musiał bronić, no to jeszcze. </p>
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Żono moja przyszła, serce moje, twój chłop jest stuknięty </span>— poinformował ją poważnym tonem, spoglądając na nią ze swego miejsca i wyglądając trochę marnie. Zmęczony, z nieco zauważalnymi sińcami pod oczami, dobrze ze Brenna miała w drzewie genealogicznym nazwisko Potter i znalazła się w jej domu Ulizanna, bo inaczej jeszcze byłby pewnie rozczochrany. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Kompletnie i bezgranicznie, bo postanowił wczorajszego wieczoru bić się ze mną w Fontannie Szczęśliwego Losu, a ja musiałem go uświadomić, że to bardzo zły pomysł bo nie chciał dać sobie spokoju. Wywalili nas stamtąd, rozumiesz to? Na zbity pysk</span> — pożalił się, odchylając głowę do tyłu i opierając ją o znajdującą za nim ścianę. Chłód pewnie byłby przyjemny, gdyby nie to że był zimny jak kostka lodu.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[29.10.1972] Przygotowania do Samhain]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6480</link>
			<pubDate>Sun, 27 Sep 2026 13:11:50 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=307">Laurence Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6480</guid>
			<description><![CDATA[<div class="divek"><div id="dataa" class="mycode_b">29 października 1972<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Departament Magicznych Wypadków i Katastrof / Biuro Laurenca</span></div>
<br />
<p>Siedząc za biurkiem, Laurence analizował zgłoszenia chętnych uzdrowicieli, którzy wyrazili chęć pomocy przy prowadzeniu namiotów uzdrowicielskich. Wśród chętnych miał także dwóch członków rodziny. Ciotkę i kuzynkę. Część zgłoszonych chętnych znał, bądź kojarzył przez nazwisko. Mogła ich łączyć znajomość przez Akademię Munga, pracę w Klinice a nawet kojarzyć z tutejszego Ministerstwa. Niektórzy z nich jasno zaznaczyli, w którym miejscu chcieliby pełnić dyżur. Laurence to uszanował. Lecz kiedy układał cały grafik pod godziny funkcjonowania ogłoszonych wydarzeń, zauważył braki przy Dolinie Godryka. Nie dziwiło go, że wiele osób może czuć obawy pracy w miejscu, które graniczy z Knieją. W takim wypadku, wpisał siebie do Doliny Godryka. Na wszelki wypadek, będzie miał też bliżej do domu. </p>
<p>Potrzebował jednak kogoś, kto będzie go reprezentował w Little Hangleton. Potrzebował uzdrowiciela z doświadczonym stażem. A taki spełniała jego ciotka Ursula. Pod uwagę brał także Prudence Fenwick, która wyraziła chęć poprowadzenia szkoleń. Jedna z rodziny, druga pracownik Ministerstwa. Wybór powinien być prosty, a mimo to wciąż analizował, pod jakim kątem będzie dobrze spojrzeć. </p>
<p>Jego skupienie zostało przerwane przez pukanie do drzwi. Zezwolił na wejście i spojrzał na wchodzącego asystenta. </p>
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Panie Lestrange, przynoszę dokumentację dotyczącą namiotów uzdrowicielskich. Wszystko jest przygotowane. W dniu wydarzenia, zostanie wszystko dostarczone na miejsce i ustawione. </span><br />
Powiedziawszy to, mężczyzna przekazał dwie teczki w ręce Laurenca.  Lestrange odebrał od niego i otworzył pierwszą z nich. Namiot uzdrowicielski w Little Hangleton. Opisane wyposażenie namiotu, co będzie mógł zawierać i w jakich sztukach. Pomocne, gdyby coś uległo zniszczeniu. Druga teczka była podobna do pierwszej, z tą różnicą, że dotyczyła Doliny Godryka. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Dziękuję. </span><br />
Laurence podziękował, zamykając teczkę i odkładając obie na bok. Asystent zostawił do samego, wychodząc z biura. Miał tylko dostarczyć dokumentację. <br />
<p>Głowiąc się dalej nad przydzielaniem zadań, w końcu zdecydował, komu powierzy nadzór nad namiotem uzdrowicielskim w Little Hangleton. </p>
<p>Zrobił sobie krótką przerwę, aby rozprostować kości, przygotować świeżą herbatę. Siadając ponownie do biurka, zabrał się za wypisywanie listów, które chciałby jeszcze dzisiaj wysłać. Aby każdy ze zgłoszonych miał czas na zapoznanie z treścią i przygotowanie się do swojej dodatkowej pracy. Czas ten byłby też dobry, gdyby chcieli coś zmienić i mogli z nim skontaktować w dniu jutrzejszym. </p>
<p>Gdy miał już przygotowane listy, udał się do swojego asystenta, zlecając mu wysłanie ich jeszcze dzisiejszego dnia. </p>
<p>Laurence pracował w sobotę i w niedzielę, aby wszystko ogarnąć dobrze, przemyślanie i mieć poukładane. Aby też dać dodatkowy dzień przemyślenia osobom, które zgłosiły się do prowadzenia namiotów, gdyż ostatnie zgłoszenia napływały 27 października. Nie było czasu na odpoczynek, a asystentowi za dodatkowe dni pracy, postanowił zapłacić w ramach małej premii. </p>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="divek"><div id="dataa" class="mycode_b">29 października 1972<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Departament Magicznych Wypadków i Katastrof / Biuro Laurenca</span></div>
<br />
<p>Siedząc za biurkiem, Laurence analizował zgłoszenia chętnych uzdrowicieli, którzy wyrazili chęć pomocy przy prowadzeniu namiotów uzdrowicielskich. Wśród chętnych miał także dwóch członków rodziny. Ciotkę i kuzynkę. Część zgłoszonych chętnych znał, bądź kojarzył przez nazwisko. Mogła ich łączyć znajomość przez Akademię Munga, pracę w Klinice a nawet kojarzyć z tutejszego Ministerstwa. Niektórzy z nich jasno zaznaczyli, w którym miejscu chcieliby pełnić dyżur. Laurence to uszanował. Lecz kiedy układał cały grafik pod godziny funkcjonowania ogłoszonych wydarzeń, zauważył braki przy Dolinie Godryka. Nie dziwiło go, że wiele osób może czuć obawy pracy w miejscu, które graniczy z Knieją. W takim wypadku, wpisał siebie do Doliny Godryka. Na wszelki wypadek, będzie miał też bliżej do domu. </p>
<p>Potrzebował jednak kogoś, kto będzie go reprezentował w Little Hangleton. Potrzebował uzdrowiciela z doświadczonym stażem. A taki spełniała jego ciotka Ursula. Pod uwagę brał także Prudence Fenwick, która wyraziła chęć poprowadzenia szkoleń. Jedna z rodziny, druga pracownik Ministerstwa. Wybór powinien być prosty, a mimo to wciąż analizował, pod jakim kątem będzie dobrze spojrzeć. </p>
<p>Jego skupienie zostało przerwane przez pukanie do drzwi. Zezwolił na wejście i spojrzał na wchodzącego asystenta. </p>
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Panie Lestrange, przynoszę dokumentację dotyczącą namiotów uzdrowicielskich. Wszystko jest przygotowane. W dniu wydarzenia, zostanie wszystko dostarczone na miejsce i ustawione. </span><br />
Powiedziawszy to, mężczyzna przekazał dwie teczki w ręce Laurenca.  Lestrange odebrał od niego i otworzył pierwszą z nich. Namiot uzdrowicielski w Little Hangleton. Opisane wyposażenie namiotu, co będzie mógł zawierać i w jakich sztukach. Pomocne, gdyby coś uległo zniszczeniu. Druga teczka była podobna do pierwszej, z tą różnicą, że dotyczyła Doliny Godryka. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Dziękuję. </span><br />
Laurence podziękował, zamykając teczkę i odkładając obie na bok. Asystent zostawił do samego, wychodząc z biura. Miał tylko dostarczyć dokumentację. <br />
<p>Głowiąc się dalej nad przydzielaniem zadań, w końcu zdecydował, komu powierzy nadzór nad namiotem uzdrowicielskim w Little Hangleton. </p>
<p>Zrobił sobie krótką przerwę, aby rozprostować kości, przygotować świeżą herbatę. Siadając ponownie do biurka, zabrał się za wypisywanie listów, które chciałby jeszcze dzisiaj wysłać. Aby każdy ze zgłoszonych miał czas na zapoznanie z treścią i przygotowanie się do swojej dodatkowej pracy. Czas ten byłby też dobry, gdyby chcieli coś zmienić i mogli z nim skontaktować w dniu jutrzejszym. </p>
<p>Gdy miał już przygotowane listy, udał się do swojego asystenta, zlecając mu wysłanie ich jeszcze dzisiejszego dnia. </p>
<p>Laurence pracował w sobotę i w niedzielę, aby wszystko ogarnąć dobrze, przemyślanie i mieć poukładane. Aby też dać dodatkowy dzień przemyślenia osobom, które zgłosiły się do prowadzenia namiotów, gdyż ostatnie zgłoszenia napływały 27 października. Nie było czasu na odpoczynek, a asystentowi za dodatkowe dni pracy, postanowił zapłacić w ramach małej premii. </p>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[27.10.1972] Dzwon do kowenu ludzi zwoływa, a sam w kowenie nigdy nie bywa]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6447</link>
			<pubDate>Sat, 19 Sep 2026 23:53:14 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=578">Aaron Andrew Moody</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6447</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Ministerstwo Magii, Biuro Aurorów</div>
<br />
Aaron Andrew Moody był zdeklarowanym antyklerykałem, ale nie ateistą. W bogów wierzył, a i owszem, co mogłoby zapewne zadziwić nawet tych, którzy byli mu najbliżsi: jego stosunek do religii pozostawał bowiem wiele do życzenia. Niemal wszyscy w Biurze Aurorów wiedzieli, że stary Moody „tych przeklętych klechów” z kowenu nie znosi, i że nigdy okazji nie przepuści, żeby jakiemuś choć trochę życia nie utrudnić. Za sabatami również nie przepadał, bo w jego przypadku nigdy nie wiązały się wyłącznie z konsumpcją świątecznych potraw, choć w taki właśnie sposób najchętniej spędzałby je auror: wyżerając przysmaki za stołem, aż nie poczuje potrzeby poluzowania paska u spodni. Aaron zawsze brał świąteczne dyżury, najpierw dlatego, że płacili za nie więcej, a pieniądze były potrzebne, gdy finansowało się eksperymentalne leczenie żony, a potem… Potem, gdy jego żona umarła, zwyczajnie nie odnajdował sensu w niczym poza pracą. <br />
<br />
Jakież nastało zatem zdziwienie w Biurze Aurorów, gdy zawsze w pełni oddany pracy Aaron wziął urlop wypoczynkowy. Najpierw wszyscy myśleli, że to żart, ale Moody naprawdę nie pojawił się w pracy w weekend. Nie było go w pracy również po weekendzie. We wtorek ludzie zaczęli przebąkiwać, że może zapytać Alastora, ile czasu już ojcu zostało — no bo innego powodu niż zagrażającej życiu choroby na usprawiedliwienie nieobecności Aarona nie mieli.<br />
<br />
A Aaron jak gdyby nigdy nic wrócił do pracy w środę, podśpiewując pod nosem jakąś włoską piosenkę. Aż do piątku odprowadzały go jednak podejrzliwe spojrzenia, które ustały, gdy kupił sobie rano siedem kanapek w stołówce (dwie z nich leżały teraz przed Julianem, żeby się częstował), a potem wziął się jak zwykle do roboty. Skinął nawet w podzięce głową, gdy skomplementowała go sekretarka, że zdrowo wygląda, i jakiś taki opalony: niestety, nic na ten komentarz nie odpowiedział, bo buzię miał pełną kanapki. Teraz jednak w pełni skupiony pochylał się nad mapą placu w Little Hangleton. Wraz z Julianem mieli bowiem opracować plan ochrony odbywającego się tam sabatu.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">…Przede wszystkim potrzebować będziemy sprawnego systemu komunikacyjnego: takiego, który pozwoli na szybkie powiadamianie o potencjalnych naruszeniach. Wykorzystajmy prostą klasyfikację operacyjną: poziom pierwszy jako zwykłe zakłócenie porządku, poziom drugi — podejrzane użycie magii albo czyn przestępczy, a więc wszystkie głupie kradzieże, pijackie burdy, i kłótnie o to, któremu chłopu baba oddała wianek, a któremu wskoczyła na pal… Nie to święto, ale rozumiesz, o co chodzi. Niższe poziomy obejmowałyby ten rodzaj zagrożeń, które zdołają opanować brygadziści bez dodatkowego wsparcia aurorskiego zaplecza. My reagowalibyśmy od poziomu trzeciego wzwyż: poziom trzeci oznaczałby potencjalne zagrożenie obejmujące większą grupę ludzi, poziom czwarty — potwierdzone zagrożenie terrorystyczne lub atak czarnomagiczny. Poziom piąty, no i sabat rozjebany — to znaczy, reagujemy wszyscy, wszystkim. Myślałeś już, w jaki sposób podzielić teren na sektory? Każdy dostałby odpowiedni przydział.</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Ministerstwo Magii, Biuro Aurorów</div>
<br />
Aaron Andrew Moody był zdeklarowanym antyklerykałem, ale nie ateistą. W bogów wierzył, a i owszem, co mogłoby zapewne zadziwić nawet tych, którzy byli mu najbliżsi: jego stosunek do religii pozostawał bowiem wiele do życzenia. Niemal wszyscy w Biurze Aurorów wiedzieli, że stary Moody „tych przeklętych klechów” z kowenu nie znosi, i że nigdy okazji nie przepuści, żeby jakiemuś choć trochę życia nie utrudnić. Za sabatami również nie przepadał, bo w jego przypadku nigdy nie wiązały się wyłącznie z konsumpcją świątecznych potraw, choć w taki właśnie sposób najchętniej spędzałby je auror: wyżerając przysmaki za stołem, aż nie poczuje potrzeby poluzowania paska u spodni. Aaron zawsze brał świąteczne dyżury, najpierw dlatego, że płacili za nie więcej, a pieniądze były potrzebne, gdy finansowało się eksperymentalne leczenie żony, a potem… Potem, gdy jego żona umarła, zwyczajnie nie odnajdował sensu w niczym poza pracą. <br />
<br />
Jakież nastało zatem zdziwienie w Biurze Aurorów, gdy zawsze w pełni oddany pracy Aaron wziął urlop wypoczynkowy. Najpierw wszyscy myśleli, że to żart, ale Moody naprawdę nie pojawił się w pracy w weekend. Nie było go w pracy również po weekendzie. We wtorek ludzie zaczęli przebąkiwać, że może zapytać Alastora, ile czasu już ojcu zostało — no bo innego powodu niż zagrażającej życiu choroby na usprawiedliwienie nieobecności Aarona nie mieli.<br />
<br />
A Aaron jak gdyby nigdy nic wrócił do pracy w środę, podśpiewując pod nosem jakąś włoską piosenkę. Aż do piątku odprowadzały go jednak podejrzliwe spojrzenia, które ustały, gdy kupił sobie rano siedem kanapek w stołówce (dwie z nich leżały teraz przed Julianem, żeby się częstował), a potem wziął się jak zwykle do roboty. Skinął nawet w podzięce głową, gdy skomplementowała go sekretarka, że zdrowo wygląda, i jakiś taki opalony: niestety, nic na ten komentarz nie odpowiedział, bo buzię miał pełną kanapki. Teraz jednak w pełni skupiony pochylał się nad mapą placu w Little Hangleton. Wraz z Julianem mieli bowiem opracować plan ochrony odbywającego się tam sabatu.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">…Przede wszystkim potrzebować będziemy sprawnego systemu komunikacyjnego: takiego, który pozwoli na szybkie powiadamianie o potencjalnych naruszeniach. Wykorzystajmy prostą klasyfikację operacyjną: poziom pierwszy jako zwykłe zakłócenie porządku, poziom drugi — podejrzane użycie magii albo czyn przestępczy, a więc wszystkie głupie kradzieże, pijackie burdy, i kłótnie o to, któremu chłopu baba oddała wianek, a któremu wskoczyła na pal… Nie to święto, ale rozumiesz, o co chodzi. Niższe poziomy obejmowałyby ten rodzaj zagrożeń, które zdołają opanować brygadziści bez dodatkowego wsparcia aurorskiego zaplecza. My reagowalibyśmy od poziomu trzeciego wzwyż: poziom trzeci oznaczałby potencjalne zagrożenie obejmujące większą grupę ludzi, poziom czwarty — potwierdzone zagrożenie terrorystyczne lub atak czarnomagiczny. Poziom piąty, no i sabat rozjebany — to znaczy, reagujemy wszyscy, wszystkim. Myślałeś już, w jaki sposób podzielić teren na sektory? Każdy dostałby odpowiedni przydział.</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[14.10.1972] Wszystko co już poszło nie tak]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6418</link>
			<pubDate>Mon, 14 Sep 2026 10:39:02 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=177">Victoria Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6418</guid>
			<description><![CDATA[<p>Victoria nie gdybała. Bardzo nie lubiła tego robić, nie prowadziło to do niczego sensownego – decyzje zostały podjęte, taka a nie inna droga życia była wybrana, a Lestrange nie zwykła kopać we wspomnieniach i pluć sobie w brodę za to, co zrobiła (albo klepać się po plecach za dobrą robotę), i starała się też tego nie robić w stosunku do spraw, których nie zrobiła (a być może powinna). Bardzo wątpiła, że istniał scenariusz, w którym z własną zgodą i chęcią dołącza do popleczników Czarnego Pana, bo nawet jeśli została wychowana w konserwatywnej rodzinie i przejawiała sporo z takich poglądów, to nie uważała też, że agresja w stosunku do mugoli czy mugolaków to właściwe podejście. Wręcz uważała, że zupełnie nie. Zresztą ich obecność nie sprawiała, że rody czystej krwi były nagle mniej ważne, albo czy coś im zaczynało brakować. Problem z mugolakami był taki, że często nie potrafili wybrać, w jakim „świecie” chcieli żyć, i znacznie częściej narażali czarodziejów na wykrycie, czarując w miejscu, w którym nie powinni.</p>
<p>Już otwierała usta, by odpowiedzieć Atreusowi, gdy brygadziści dali im znać, że faktycznie nie są im już potrzebni.</p>
<p>Całe, kurwa, szczęście.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Dokończymy tę rozmowę w biurze? –</span> rzuciła jeszcze tylko, zabierając już rękę z ramienia Atreusa. Chwilę później teleportowali się z trzaskiem do Ministerstwa.</p>
<p>A idąc korytarzem do ich biurek, Lestrange ponownie spojrzała na zegarek na ręce i odetchnęła nawet lekko z pewną ulgą, że nie będzie żadnych nadgodzin, bo już powoli ta zmiana zbliżała się do końca.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Wiesz, w Dolinie ogólnie działy się dziwne rzeczy, ale to w sumie nic dziwnego, że to właśnie tam, biorąc pod uwagę, że… no tam zasłona została rozdarta na Polanie –</span> westchnęła. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Ja widziałam twoje ciało. I ten płonący krzak z Limbo, do którego chciałeś podejść, a cię zatrzymałam. To było bardzo surrealistyczne, przeżyć to, a kilka tygodni później zobaczyć to znowu –</span> trochę nie wiedziała wtedy co się dzieje, bo już zaczęły jej się wtedy też dziwne… rzeczy związane ze wspomnieniami babci-wampirzycy. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Więc no… wiedziałam, że to ma coś wspólnego z Limbo, bo to ostatni obraz jaki z niego pamiętam. Mniej-więcej –</span> westchnęła. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Facet bez głowy… ja osobiście takiego w Limbo nie widziałam, a spędziliśmy tam trochę czasu. Były za to inne… rzeczy –</span> to dziwne uczucie bycia obserwowanym. Że ktoś na ciebie czyha, czai się gdzieś w cieniu, jakbyś był zwierzyną…</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Victoria nie gdybała. Bardzo nie lubiła tego robić, nie prowadziło to do niczego sensownego – decyzje zostały podjęte, taka a nie inna droga życia była wybrana, a Lestrange nie zwykła kopać we wspomnieniach i pluć sobie w brodę za to, co zrobiła (albo klepać się po plecach za dobrą robotę), i starała się też tego nie robić w stosunku do spraw, których nie zrobiła (a być może powinna). Bardzo wątpiła, że istniał scenariusz, w którym z własną zgodą i chęcią dołącza do popleczników Czarnego Pana, bo nawet jeśli została wychowana w konserwatywnej rodzinie i przejawiała sporo z takich poglądów, to nie uważała też, że agresja w stosunku do mugoli czy mugolaków to właściwe podejście. Wręcz uważała, że zupełnie nie. Zresztą ich obecność nie sprawiała, że rody czystej krwi były nagle mniej ważne, albo czy coś im zaczynało brakować. Problem z mugolakami był taki, że często nie potrafili wybrać, w jakim „świecie” chcieli żyć, i znacznie częściej narażali czarodziejów na wykrycie, czarując w miejscu, w którym nie powinni.</p>
<p>Już otwierała usta, by odpowiedzieć Atreusowi, gdy brygadziści dali im znać, że faktycznie nie są im już potrzebni.</p>
<p>Całe, kurwa, szczęście.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Dokończymy tę rozmowę w biurze? –</span> rzuciła jeszcze tylko, zabierając już rękę z ramienia Atreusa. Chwilę później teleportowali się z trzaskiem do Ministerstwa.</p>
<p>A idąc korytarzem do ich biurek, Lestrange ponownie spojrzała na zegarek na ręce i odetchnęła nawet lekko z pewną ulgą, że nie będzie żadnych nadgodzin, bo już powoli ta zmiana zbliżała się do końca.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Wiesz, w Dolinie ogólnie działy się dziwne rzeczy, ale to w sumie nic dziwnego, że to właśnie tam, biorąc pod uwagę, że… no tam zasłona została rozdarta na Polanie –</span> westchnęła. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Ja widziałam twoje ciało. I ten płonący krzak z Limbo, do którego chciałeś podejść, a cię zatrzymałam. To było bardzo surrealistyczne, przeżyć to, a kilka tygodni później zobaczyć to znowu –</span> trochę nie wiedziała wtedy co się dzieje, bo już zaczęły jej się wtedy też dziwne… rzeczy związane ze wspomnieniami babci-wampirzycy. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Więc no… wiedziałam, że to ma coś wspólnego z Limbo, bo to ostatni obraz jaki z niego pamiętam. Mniej-więcej –</span> westchnęła. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Facet bez głowy… ja osobiście takiego w Limbo nie widziałam, a spędziliśmy tam trochę czasu. Były za to inne… rzeczy –</span> to dziwne uczucie bycia obserwowanym. Że ktoś na ciebie czyha, czai się gdzieś w cieniu, jakbyś był zwierzyną…</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[22.10.1972] Papierkowa robota nigdy się nie kończy]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6409</link>
			<pubDate>Sun, 13 Sep 2026 08:05:32 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=38">Atreus Bulstrode</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6409</guid>
			<description><![CDATA[<p>Była niedziela rano, dzień przed wyjazdem w delegację do Lozanny, a oni siedzieli w biurze Roberta Croucha. Nie to, żeby nagle miał coś do samego Roberta, ale zawsze kiedy planowało się jakieś wyjazdy, lubił nie spędzać ostatniego dnia w biurze. Teraz jednak obydwoje mieli tyle na głowie, że nie dało się tak zwyczajnie wykręcić od pobytu w Ministerstwie. Z jednej strony bowiem atakowały ich ostatnie przygotowania do samej wizyty w Szwajcarii, ale z drugiej Atreus wciąż przepychał do przodu swoją własną inicjatywę, która miała na celu skonstruowanie grupy zadaniowej. </p>
<p>Dziewczyny były gotowe – znaczy zebrał ich zgody, poinformował że sprawa w toku i wszystko wskoczyło na tor o wiele bardziej prawny. W sumie im więcej nad tym myślał, tym bardziej rozumiał zdziwienie, czy jak to tam nazwać, które zaoferowała mu Moody, kiedy przedstawił jej skład. Same baby, ale z jakiegoś powodu uważał, że on w tym zestawieniu mógł być najbardziej problematyczny. Roberta nie liczył i miał nadzieję, że ten się za to nie obraził, bo scenariusze które Atreus brał pod rozważania, działy się bardziej w terenie, a nie za dębowym, lakierowanym biurkiem, które kosztowało więcej niż miesięczne wynagrodzenie niejednego petenta Wizengamotu.</p>
<p>Teraz siedzieli przy rzeczonym biurku, chociaż czy było dębowe to Atreus nie wiedział, bo się niestety nie znał na takich rzeczach, a do tego popijali kawę. Ta jak zwykle była bardzo dobra i odpowiednio pobudzała zmysły, nie do końca jeszcze rozbudzone – jak zwykle słabo stał, ale bezsenność to był już chyba dla niego stan permanentny. Powinien się przyzwyczaić. </p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">No dobrze, to co tam mamy do popodpisywania? </span>— zapytał konwersacyjnym tonem, spoglądając na przygotowane na biurku pergaminy. O dziwo, tym razem nie zamierzał podpisywać większości bez czytania, co zdarzało mu się robić z raportami.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Była niedziela rano, dzień przed wyjazdem w delegację do Lozanny, a oni siedzieli w biurze Roberta Croucha. Nie to, żeby nagle miał coś do samego Roberta, ale zawsze kiedy planowało się jakieś wyjazdy, lubił nie spędzać ostatniego dnia w biurze. Teraz jednak obydwoje mieli tyle na głowie, że nie dało się tak zwyczajnie wykręcić od pobytu w Ministerstwie. Z jednej strony bowiem atakowały ich ostatnie przygotowania do samej wizyty w Szwajcarii, ale z drugiej Atreus wciąż przepychał do przodu swoją własną inicjatywę, która miała na celu skonstruowanie grupy zadaniowej. </p>
<p>Dziewczyny były gotowe – znaczy zebrał ich zgody, poinformował że sprawa w toku i wszystko wskoczyło na tor o wiele bardziej prawny. W sumie im więcej nad tym myślał, tym bardziej rozumiał zdziwienie, czy jak to tam nazwać, które zaoferowała mu Moody, kiedy przedstawił jej skład. Same baby, ale z jakiegoś powodu uważał, że on w tym zestawieniu mógł być najbardziej problematyczny. Roberta nie liczył i miał nadzieję, że ten się za to nie obraził, bo scenariusze które Atreus brał pod rozważania, działy się bardziej w terenie, a nie za dębowym, lakierowanym biurkiem, które kosztowało więcej niż miesięczne wynagrodzenie niejednego petenta Wizengamotu.</p>
<p>Teraz siedzieli przy rzeczonym biurku, chociaż czy było dębowe to Atreus nie wiedział, bo się niestety nie znał na takich rzeczach, a do tego popijali kawę. Ta jak zwykle była bardzo dobra i odpowiednio pobudzała zmysły, nie do końca jeszcze rozbudzone – jak zwykle słabo stał, ale bezsenność to był już chyba dla niego stan permanentny. Powinien się przyzwyczaić. </p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">No dobrze, to co tam mamy do popodpisywania? </span>— zapytał konwersacyjnym tonem, spoglądając na przygotowane na biurku pergaminy. O dziwo, tym razem nie zamierzał podpisywać większości bez czytania, co zdarzało mu się robić z raportami.</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[październik 1972] Terminarz]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6400</link>
			<pubDate>Sat, 12 Sep 2026 23:40:47 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=654">Bran Krwiopijca</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6400</guid>
			<description><![CDATA[Aby dowiedzieć się o tym, jakie kroki podejmowała ostatnio Harper, kluczowe będzie przekartkowanie jej terminarza. Zdobycie go od początku nie przedstawiało się prosto, ponieważ Moody pilnuje swoich rzeczy osobistych. Musieliście więc precyzyjnie się zsynchronizować i działać szybko.<br />
<br />
W dniu, na który zaplanowaliście akcję, grupa aurorów spotkała się z Harper w sali konferencyjnej w celach rutynowego zdawania raportów i dopracowania kwestii bezpieczeństwa związanych ze zbliżającym się Samhain. Juliánie, byłeś jednym z funkcjonariuszy, którzy brali w tym udział. Spotkanie przebiegło bez przeszkód i niespodzianek. Gdy zostało rozwiązane, poprosiłeś Harper o dodatkową chwilę w cztery oczy. Każdy pretekst był dobry: potrzebowałeś wprowadzić zmiany do swojego grafiku, a może miałeś propozycję jakiegoś usprawnienia systemu bezpieczeństwa lub inną inicjatywę. <br />
<br />
Zostajecie w sali konferencyjnej sami. Przed wami na długim stole chaos dokumentów; pracując w skupieniu, próbujecie wspólnie załatwić zgłoszoną przez ciebie kwestię. Harper wydaje się tego dnia opanowana i rzeczowa, dokładnie taka, jaką ją znasz od zawsze. Od czasu do czasu nanosi jakąś poprawkę w swoim terminarzu. Przedmiot jest w zasięgu ręki, lecz nie sięgniesz po niego przecież tak po prostu.<br />
<br />
To pani Moody zarządza obowiązkami aurorów, lecz jest ktoś, kto ma moc zarządzania jej obowiązkami. Lewa Ręka Dumbledore’a przekazuje polecenia Albusa pozostałym członkom, w tym Moody. Co za łut szczęścia, że pracuje w tym samym budynku. <br />
<br />
Jonathanie, widzisz, że aurorzy, którzy byli na spotkaniu, wychodzą z sali konferencyjnej. Julián zostaje sam z szefową. Twoją rolą jest wyprowadzić stamtąd Harper pod pozorem przekazania jej pilnej informacji związanej z działaniami Zakonu lub zadania, nad którym będzie musiała zacząć pracować jak najprędzej. Przygotowaliście ten temat wcześniej z Albusem Dumbledore’em, więc nie skłamiesz, lecz musisz postarać się o wytworzenie atmosfery absolutnej pilności. Ta sprawa nie może czekać. <br />
<br />
Po twojej prośbie Harper ruszy do wyjścia.<br />
<br />
<br />
<div class="mgzadanietytul">zadanie od mistrza gry</div><div class="mgzadanie">Drzwi sali konferencyjnej mają niewielkie okno, więc do przewidzenia jest, że Harper po wyjściu stanie tuż przy nim. Julián zajmuje takie miejsce, że pozostanie dla niej niewidoczny. Robota rozlała się szeroko, nie ma czasu zbierać wszystkich tych dokumentów, gdy sprawy Zakonu naglą. Liczycie, że pod presją czasu Moody zostawi swoje rzeczy i zadowoli się zerkaniem na nie przez szybę, bo rzeczywiście jej część stołu jest w zasięgu, jaki oferuje okienko.<br />
<br />
Juliánie, masz ze sobą notes z okładką identyczną do jej kalendarza. Podmień je, wykorzystując moment zamieszania, gdy Harper z Jonathanem wychodzą i zaczynają rozmowę. Ponieważ masz wysokie statystyki aktywności fizycznej i percepcji, jesteś wystarczająco szybki i bystry, aby dobrze wytypować i wykorzystać tę chwilę bez żadnego rzutu. Możesz to zrobić już w tej kolejce. Od kolejnej tury będziesz mógł przeglądać kalendarz, sprawdzając rzutem swoją percepcję (jedna tura=jeden rzut), dopóki Jonathan i Moody nie skończą rozmawiać. Wtedy będziesz musiał przestać i podmienić notesy z powrotem; to również będziesz mógł zrobić bezpiecznie. <br />
<br />
Jonathanie, Harper wyjdzie z tobą, gdy zasygnalizujesz jej, że macie coś pilnego do omówienia. W kolejnej turze będziesz musiał przedstawić tę pilną informację lub zadanie dla niej. Wymyślenie tego, co koleżance przekażesz, leży po twojej stronie. Jeśli masz co do swojego pomysłu wątpliwości, możesz skonsultować go wcześniej ze mną. <br />
Moody będzie nalegała, żebyś się streszczał. Od trzeciej tury utrzymanie jej uwagi będzie więc wymagało udanego rzutu na charyzmę. To od twoich zdolności przyaktorzenia i przedłużenia rozmowy będzie zależało, ile dodatkowego czasu na myszkowanie kupisz Juliánowi.<br />
<br />
Albus Dumbledore będzie oczekiwał po wszystkim sprawozdania od was.<br />
<br />
Narzucam tutaj kolejkę: mój post — Jonathan — Julián. Nadajcie sesji datę fabularną i mi ją zgłoście. Macie na domknięcie tego wątku czas do 15 listopada.<br />
<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=518" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Julián Bletchley</a> <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=448" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Jonathan Selwyn</a></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Aby dowiedzieć się o tym, jakie kroki podejmowała ostatnio Harper, kluczowe będzie przekartkowanie jej terminarza. Zdobycie go od początku nie przedstawiało się prosto, ponieważ Moody pilnuje swoich rzeczy osobistych. Musieliście więc precyzyjnie się zsynchronizować i działać szybko.<br />
<br />
W dniu, na który zaplanowaliście akcję, grupa aurorów spotkała się z Harper w sali konferencyjnej w celach rutynowego zdawania raportów i dopracowania kwestii bezpieczeństwa związanych ze zbliżającym się Samhain. Juliánie, byłeś jednym z funkcjonariuszy, którzy brali w tym udział. Spotkanie przebiegło bez przeszkód i niespodzianek. Gdy zostało rozwiązane, poprosiłeś Harper o dodatkową chwilę w cztery oczy. Każdy pretekst był dobry: potrzebowałeś wprowadzić zmiany do swojego grafiku, a może miałeś propozycję jakiegoś usprawnienia systemu bezpieczeństwa lub inną inicjatywę. <br />
<br />
Zostajecie w sali konferencyjnej sami. Przed wami na długim stole chaos dokumentów; pracując w skupieniu, próbujecie wspólnie załatwić zgłoszoną przez ciebie kwestię. Harper wydaje się tego dnia opanowana i rzeczowa, dokładnie taka, jaką ją znasz od zawsze. Od czasu do czasu nanosi jakąś poprawkę w swoim terminarzu. Przedmiot jest w zasięgu ręki, lecz nie sięgniesz po niego przecież tak po prostu.<br />
<br />
To pani Moody zarządza obowiązkami aurorów, lecz jest ktoś, kto ma moc zarządzania jej obowiązkami. Lewa Ręka Dumbledore’a przekazuje polecenia Albusa pozostałym członkom, w tym Moody. Co za łut szczęścia, że pracuje w tym samym budynku. <br />
<br />
Jonathanie, widzisz, że aurorzy, którzy byli na spotkaniu, wychodzą z sali konferencyjnej. Julián zostaje sam z szefową. Twoją rolą jest wyprowadzić stamtąd Harper pod pozorem przekazania jej pilnej informacji związanej z działaniami Zakonu lub zadania, nad którym będzie musiała zacząć pracować jak najprędzej. Przygotowaliście ten temat wcześniej z Albusem Dumbledore’em, więc nie skłamiesz, lecz musisz postarać się o wytworzenie atmosfery absolutnej pilności. Ta sprawa nie może czekać. <br />
<br />
Po twojej prośbie Harper ruszy do wyjścia.<br />
<br />
<br />
<div class="mgzadanietytul">zadanie od mistrza gry</div><div class="mgzadanie">Drzwi sali konferencyjnej mają niewielkie okno, więc do przewidzenia jest, że Harper po wyjściu stanie tuż przy nim. Julián zajmuje takie miejsce, że pozostanie dla niej niewidoczny. Robota rozlała się szeroko, nie ma czasu zbierać wszystkich tych dokumentów, gdy sprawy Zakonu naglą. Liczycie, że pod presją czasu Moody zostawi swoje rzeczy i zadowoli się zerkaniem na nie przez szybę, bo rzeczywiście jej część stołu jest w zasięgu, jaki oferuje okienko.<br />
<br />
Juliánie, masz ze sobą notes z okładką identyczną do jej kalendarza. Podmień je, wykorzystując moment zamieszania, gdy Harper z Jonathanem wychodzą i zaczynają rozmowę. Ponieważ masz wysokie statystyki aktywności fizycznej i percepcji, jesteś wystarczająco szybki i bystry, aby dobrze wytypować i wykorzystać tę chwilę bez żadnego rzutu. Możesz to zrobić już w tej kolejce. Od kolejnej tury będziesz mógł przeglądać kalendarz, sprawdzając rzutem swoją percepcję (jedna tura=jeden rzut), dopóki Jonathan i Moody nie skończą rozmawiać. Wtedy będziesz musiał przestać i podmienić notesy z powrotem; to również będziesz mógł zrobić bezpiecznie. <br />
<br />
Jonathanie, Harper wyjdzie z tobą, gdy zasygnalizujesz jej, że macie coś pilnego do omówienia. W kolejnej turze będziesz musiał przedstawić tę pilną informację lub zadanie dla niej. Wymyślenie tego, co koleżance przekażesz, leży po twojej stronie. Jeśli masz co do swojego pomysłu wątpliwości, możesz skonsultować go wcześniej ze mną. <br />
Moody będzie nalegała, żebyś się streszczał. Od trzeciej tury utrzymanie jej uwagi będzie więc wymagało udanego rzutu na charyzmę. To od twoich zdolności przyaktorzenia i przedłużenia rozmowy będzie zależało, ile dodatkowego czasu na myszkowanie kupisz Juliánowi.<br />
<br />
Albus Dumbledore będzie oczekiwał po wszystkim sprawozdania od was.<br />
<br />
Narzucam tutaj kolejkę: mój post — Jonathan — Julián. Nadajcie sesji datę fabularną i mi ją zgłoście. Macie na domknięcie tego wątku czas do 15 listopada.<br />
<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=518" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Julián Bletchley</a> <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=448" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Jonathan Selwyn</a></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[20/10/1972] Antropolog]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6396</link>
			<pubDate>Sat, 12 Sep 2026 23:06:34 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=654">Bran Krwiopijca</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6396</guid>
			<description><![CDATA[[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=tRlNJQI.png[/inny avek]W Biurze Koronera zawsze musi być ktoś na dyżurze. Piątek, świątek czy niedziela. Nocka to zwykle nuda, ale odsiedzieć swoje trzeba. Można wykorzystać czas, aby uporządkować to i owo, wykonać zadania administracyjne. Wzywają na zdarzenie rzadko, ale ktoś musi siedzieć, bo czas ma znaczenie w przypadku konieczności zabezpieczenia niektórych śladów. Straszna stypa trwać nocą w biurze będącym drzwi w drzwi ze wszystkimi tymi ciałami zamkniętymi w chłodni, ale nie ma przeproś. Właściwie… niektórzy to nawet lubią.<br />
<br />
Detektywowi Longbottom i brygadzistce Wood również być może zdarzyło się brać nocne dyżury na służbie. I właśnie nocny dyżur wzięliście oboje tego dnia. Nie był to przypadkowy dyżur. Nietrudno było ustalić, kiedy Oscar Weasley ma nockę, i dopasować do tego swoje grafiki. <br />
<br />
Weasley siedział więc tej nocy sam i sączył czwartą już czarną kawę z kubka, który głosił, że <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">zainteresowałabyś mnie się bardziej, gdybyś była martwa</span>. Hasło podkreślone rysunkiem trupiej czaszki. Najwyraźniej ten wysoki, tykowaty rudzielec należy do tego typu człowieka, który robi ze swojego konika większą połowę osobowości. Zainteresowania Oscar ma makabryczne i o strupieszeniu zwłok opowiada z niepoprawnym entuzjazmem, ale to dobry człowiek i mimo zaawansowanego zboczenia zawodowego nikt by go nigdy o nic złego nie posądził — i słusznie. Facet trochę dziwny, ale zupełnie sympatyczny.<br />
<br />
Gdy zaszliście do Biura Koronera, przysypiający Oscar siedział przy swoim stole roboczym i archiwizował próbki krwi z zamkniętych spraw. Fiolek z płynami nie przechowywało się długo, bo biuro nie miało na takie rzeczy miejsca. Po zamknięciu sprawy krew przenosiło się na gazy, na których ta krew wysychała, i w tej zgrabnej formie dowody z krwi mogły być przechowywane w magazynie latami. <br />
<br />
Proces był nudny. Weasley brał ze stojaka fiolkę krwi, spisywał numer sprawy, nasączał krwią świeżą gazę, przesuszał ją zaklęciem, pakował w płaską szklaną kasetkę, opisywał kasetkę i wrzucał do pudła, które po skończeniu roboty zniesie do magazynu dowodów. <br />
<br />
To nie jego ulubione zajęcie, więc pojaśniała od razu twarz antropologa, gdy spostrzegł, że ktoś złożył mu wizytę i może na chwilę oderwać się od monotonnej roboty.<br />
<br />
<br />
<div class="mgzadanietytul">zadanie od mistrza gry</div><div class="mgzadanie">Nie narzucam wam niczego o tym, w jaki sposób podejdziecie do antropologa. Nie musicie na razie na nic rzucać, chyba że macie jakąś fantazję inną niż zwyczajne zagajenie rozmowy.<br />
<br />
To nie jest zgłoszony NPC, więc nie mieliście jak wstawić sobie z nim relacji. Jeśli macie ochotę sobie taką relację dookreślić i nadać szczegóły swojej znajomości z antropologiem Weasleyem, możecie to zrobić w narracji pierwszego posta. Jeśli nic nie napiszecie, relacja z Erikiem będzie taka, jak w zaczepce do wątku, a Heather będzie on kojarzył z widzenia. To, co zawrzecie w takiej relce, nie zmieni szans powodzenia; oferuję tę opcję dla walorów storytellingowych.<br />
<br />
Nadajcie sesji datę fabularną i mi ją zgłoście. Wstępnie jako gracze macie na domknięcie tego wątku czas do 15 listopada.<br />
<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=26" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Erik Longbottom</a> <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=60" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Heather Wood</a></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=tRlNJQI.png[/inny avek]W Biurze Koronera zawsze musi być ktoś na dyżurze. Piątek, świątek czy niedziela. Nocka to zwykle nuda, ale odsiedzieć swoje trzeba. Można wykorzystać czas, aby uporządkować to i owo, wykonać zadania administracyjne. Wzywają na zdarzenie rzadko, ale ktoś musi siedzieć, bo czas ma znaczenie w przypadku konieczności zabezpieczenia niektórych śladów. Straszna stypa trwać nocą w biurze będącym drzwi w drzwi ze wszystkimi tymi ciałami zamkniętymi w chłodni, ale nie ma przeproś. Właściwie… niektórzy to nawet lubią.<br />
<br />
Detektywowi Longbottom i brygadzistce Wood również być może zdarzyło się brać nocne dyżury na służbie. I właśnie nocny dyżur wzięliście oboje tego dnia. Nie był to przypadkowy dyżur. Nietrudno było ustalić, kiedy Oscar Weasley ma nockę, i dopasować do tego swoje grafiki. <br />
<br />
Weasley siedział więc tej nocy sam i sączył czwartą już czarną kawę z kubka, który głosił, że <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">zainteresowałabyś mnie się bardziej, gdybyś była martwa</span>. Hasło podkreślone rysunkiem trupiej czaszki. Najwyraźniej ten wysoki, tykowaty rudzielec należy do tego typu człowieka, który robi ze swojego konika większą połowę osobowości. Zainteresowania Oscar ma makabryczne i o strupieszeniu zwłok opowiada z niepoprawnym entuzjazmem, ale to dobry człowiek i mimo zaawansowanego zboczenia zawodowego nikt by go nigdy o nic złego nie posądził — i słusznie. Facet trochę dziwny, ale zupełnie sympatyczny.<br />
<br />
Gdy zaszliście do Biura Koronera, przysypiający Oscar siedział przy swoim stole roboczym i archiwizował próbki krwi z zamkniętych spraw. Fiolek z płynami nie przechowywało się długo, bo biuro nie miało na takie rzeczy miejsca. Po zamknięciu sprawy krew przenosiło się na gazy, na których ta krew wysychała, i w tej zgrabnej formie dowody z krwi mogły być przechowywane w magazynie latami. <br />
<br />
Proces był nudny. Weasley brał ze stojaka fiolkę krwi, spisywał numer sprawy, nasączał krwią świeżą gazę, przesuszał ją zaklęciem, pakował w płaską szklaną kasetkę, opisywał kasetkę i wrzucał do pudła, które po skończeniu roboty zniesie do magazynu dowodów. <br />
<br />
To nie jego ulubione zajęcie, więc pojaśniała od razu twarz antropologa, gdy spostrzegł, że ktoś złożył mu wizytę i może na chwilę oderwać się od monotonnej roboty.<br />
<br />
<br />
<div class="mgzadanietytul">zadanie od mistrza gry</div><div class="mgzadanie">Nie narzucam wam niczego o tym, w jaki sposób podejdziecie do antropologa. Nie musicie na razie na nic rzucać, chyba że macie jakąś fantazję inną niż zwyczajne zagajenie rozmowy.<br />
<br />
To nie jest zgłoszony NPC, więc nie mieliście jak wstawić sobie z nim relacji. Jeśli macie ochotę sobie taką relację dookreślić i nadać szczegóły swojej znajomości z antropologiem Weasleyem, możecie to zrobić w narracji pierwszego posta. Jeśli nic nie napiszecie, relacja z Erikiem będzie taka, jak w zaczepce do wątku, a Heather będzie on kojarzył z widzenia. To, co zawrzecie w takiej relce, nie zmieni szans powodzenia; oferuję tę opcję dla walorów storytellingowych.<br />
<br />
Nadajcie sesji datę fabularną i mi ją zgłoście. Wstępnie jako gracze macie na domknięcie tego wątku czas do 15 listopada.<br />
<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=26" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Erik Longbottom</a> <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=60" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Heather Wood</a></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 1972, 19.10 OMSHM | Jonathan & Anthony] Would you...?]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6344</link>
			<pubDate>Fri, 04 Sep 2026 13:25:09 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=435">Anthony Shafiq</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6344</guid>
			<description><![CDATA[<h1>—19/10/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Anglia, Londyn</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Jonathan Selwyn &amp; Anthony Shafiq</span><br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://i.imgur.com/CYHBWU6.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: CYHBWU6.png]" class="mycode_img" /><br />
<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">I walk, I trust, with open eyes;<br />
I've travelled half my worldly course;<br />
And in the way behind me lies<br />
Much vanity and some remorse;<br />
I've lived to feel how pride may part<br />
Spirits, tho' matched like hand and glove;<br />
I've blushed for love's abode, the heart;<br />
But have not disbelieved in love;<br />
Nor unto love, sole mortal thing<br />
Or worth immortal, done the wrong<br />
To count it, with the rest that sing,<br />
Unworthy of a serious song;<br />
And love is my reward: for now,<br />
When most of dead'ning time complain,<br />
The myrtle blooms upon my brow,<br />
Its odour quickens all my brain.</span></span></div>
</h1><br />
<br />
<div class="divek">
<div style="text-align: justify;" class="mycode_align">Plany. Projekty. Pełnomocnictwa.<br />
<br />
Papirus.<br />
<br />
Pergamin.<br />
<br />
Papier.<br />
<br />
Przez pewien czas w ich biurze słychać było tylko skrobot stalówki o szorstką powierzchnię wypełniającą się kolejną adnotacją, podpisem, poleceniem, które miało iść dalej w świat - ich biurowy, lokalny, między piętrami czy dalej, do większości państw czy kontynentów.<br />
<br />
Z powodu Spalonej Nocy bywał w biurze o wiele częściej niż przed laty. Wpierw robił to po to by coś komuś udowodnić. Potem… bo zawsze był to czas spędzony razem, a oni latami doświadczeń potrafili ukrywać to, że ich stopień znajomości osiągnął ukryty dotąd stopień zażyłości. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Pogodzili się</span> – tak mówiono na korytarzach, bez świadomości, jak to zrobili. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> Wiedziałem, że to nie może trwać długo, biuro bez jednego z nich nie byłoby już takie samo</span> – zauważał kto inny, myśląc, że ściany nie słyszą. Ale ściany słuchały i ściany się uśmiechały pod nosem, podpisując kolejne dokumenty.<br />
<br />
Prawda była taka, że kiedy realnie był w biurze, był w stanie odciążyć Jonathana z części delegowanych na jego barki obecności i pozwolić mu na nieco więcej swobody "w godzinach pracy", choćby i ta swoboda miała polegać na tym, że siedział przy biurku i ledwie rozmyślał, niekoniecznie nawet o sprawach OMSHMu tylko… tej drugiej organizacji, której znak nosił głęboko ukryty w sercu. <br />
<br />
Jako że i Anthony obecnie należał do tego "stowarzyszenia" było mu łatwiej poradzić sobie z koniecznością dzielenia się Jonathanem. Niewiedzia wciąż go bodła, bezsenność zadręczała lękami o obu przyjaciół, ale było mu jakoś lżej. <br />
<br />
Aż do teraz.<br />
<br />
Delegacja do Lozanny właściwie była za kilka godzin, nawet jeśli w rzeczywistości było to kilka dni.<br />
<br />
To nie było tak, że Jonathan musiał tam jechać razem z nim, choć prawda była taka, że Shafiq od kilku dni tak mocno to racjonalizował, że uważał obecnie tę opcję za jedyną dostępną.<br />
<br />
Potrzebował go z powodu jego czaru osobistego, wiedzy, kontaktów i łatwości zjednywania sobie ludzi. Potrzebował go ponieważ nikomu tak nie ufał jak jemu, zaufaniem wzmocnionym odbudowaniem po wrześniowej "wpadce". Potrzebował go z powodu francuskich i włoskich dyplomatów, którymi będzie mógł się zająć od ręki. Potrzebował bo…<br />
<br />
… bo nie chciał, szalenie nie chciał zamartwiać się podczas całej wyprawy cóż też Jonathan zrobi i jak się narazi, kiedy Anthony będzie daleko w głębi starego kontynentu. <br />
<br />
Westchnął, zdejmując z nosa okulary i rozmasowując nasadę nosa. Pióro powędrowało do kałamarza, a on poczuł lekkie mrowienie w punkcie gdzie opierał je wcześniej na smukłych palcach. Teraz formował się tam czerwienią odcisk. Odwykł od pisania. <br />
<br />
Powinien rozegrać to tak, żeby był to pomysł Jonathana, a nie jego. Powinien tak rozdysponować partią, aby to Selwyn wyszedł z inicjatywą, ba! palił się do niej, gorał zapałem z przekonaniem ministerialnego neofity. Może powinien zasugerować benefity dla zakonu, wśród zagranicznych sojuszników? Może wynaleźć znikąd potężny artefakt, który przy okazji mogliby zdobyć? Albo surowic do eliksirów, skoro Jonathan w tym upatrywał jego przydatność dla tajnej grupy? Był piątek. I było późno. I był zmęczony i myślał tylko o wspólnej kąpieli z Selwynem w podziemiach Little Hangleton. Znaczy nie myślał, nie mógł myśleć o klatce piersiowej swojego partnera po której niespiesznie ściekała wonna śliwką piana, ani o słowach, które wyszeptałby mu wprost do serca, jakby w końcu znaleźli się przy sobie. <br />
<br />
Tą sprawę musiał załatwić tutaj, na miejscu. Ostatecznie dotyczyła <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">pracy</span>.<br />
<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Jonathanie, zanim pójdziemy, muszę się Ciebie spytać o coś szalenie dla mnie istotnego</span> – powiedział w końcu, siląc się na słaby uśmiech, próbując zdusić tak marzenia jak i koszmary, aby nie ubierały jego służbowego polecenia w brzydką aurę desperacji. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Jak wiesz, lista osób uczestnicząca w najbliższej delegacji nie została jeszcze zamknięta, a ja… cóż, potrzebuję Cię tam Jonathanie. Mam poczucie, że bez Ciebie ta inicjatywa spali na panewce.</span></span> – postawił na szczere odsłonięcie wierzchołka góry lodowej wielu, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">wielu</span> powodów, dla których to było ważne.  </div> </div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1>—19/10/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Anglia, Londyn</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Jonathan Selwyn &amp; Anthony Shafiq</span><br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://i.imgur.com/CYHBWU6.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: CYHBWU6.png]" class="mycode_img" /><br />
<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">I walk, I trust, with open eyes;<br />
I've travelled half my worldly course;<br />
And in the way behind me lies<br />
Much vanity and some remorse;<br />
I've lived to feel how pride may part<br />
Spirits, tho' matched like hand and glove;<br />
I've blushed for love's abode, the heart;<br />
But have not disbelieved in love;<br />
Nor unto love, sole mortal thing<br />
Or worth immortal, done the wrong<br />
To count it, with the rest that sing,<br />
Unworthy of a serious song;<br />
And love is my reward: for now,<br />
When most of dead'ning time complain,<br />
The myrtle blooms upon my brow,<br />
Its odour quickens all my brain.</span></span></div>
</h1><br />
<br />
<div class="divek">
<div style="text-align: justify;" class="mycode_align">Plany. Projekty. Pełnomocnictwa.<br />
<br />
Papirus.<br />
<br />
Pergamin.<br />
<br />
Papier.<br />
<br />
Przez pewien czas w ich biurze słychać było tylko skrobot stalówki o szorstką powierzchnię wypełniającą się kolejną adnotacją, podpisem, poleceniem, które miało iść dalej w świat - ich biurowy, lokalny, między piętrami czy dalej, do większości państw czy kontynentów.<br />
<br />
Z powodu Spalonej Nocy bywał w biurze o wiele częściej niż przed laty. Wpierw robił to po to by coś komuś udowodnić. Potem… bo zawsze był to czas spędzony razem, a oni latami doświadczeń potrafili ukrywać to, że ich stopień znajomości osiągnął ukryty dotąd stopień zażyłości. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Pogodzili się</span> – tak mówiono na korytarzach, bez świadomości, jak to zrobili. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> Wiedziałem, że to nie może trwać długo, biuro bez jednego z nich nie byłoby już takie samo</span> – zauważał kto inny, myśląc, że ściany nie słyszą. Ale ściany słuchały i ściany się uśmiechały pod nosem, podpisując kolejne dokumenty.<br />
<br />
Prawda była taka, że kiedy realnie był w biurze, był w stanie odciążyć Jonathana z części delegowanych na jego barki obecności i pozwolić mu na nieco więcej swobody "w godzinach pracy", choćby i ta swoboda miała polegać na tym, że siedział przy biurku i ledwie rozmyślał, niekoniecznie nawet o sprawach OMSHMu tylko… tej drugiej organizacji, której znak nosił głęboko ukryty w sercu. <br />
<br />
Jako że i Anthony obecnie należał do tego "stowarzyszenia" było mu łatwiej poradzić sobie z koniecznością dzielenia się Jonathanem. Niewiedzia wciąż go bodła, bezsenność zadręczała lękami o obu przyjaciół, ale było mu jakoś lżej. <br />
<br />
Aż do teraz.<br />
<br />
Delegacja do Lozanny właściwie była za kilka godzin, nawet jeśli w rzeczywistości było to kilka dni.<br />
<br />
To nie było tak, że Jonathan musiał tam jechać razem z nim, choć prawda była taka, że Shafiq od kilku dni tak mocno to racjonalizował, że uważał obecnie tę opcję za jedyną dostępną.<br />
<br />
Potrzebował go z powodu jego czaru osobistego, wiedzy, kontaktów i łatwości zjednywania sobie ludzi. Potrzebował go ponieważ nikomu tak nie ufał jak jemu, zaufaniem wzmocnionym odbudowaniem po wrześniowej "wpadce". Potrzebował go z powodu francuskich i włoskich dyplomatów, którymi będzie mógł się zająć od ręki. Potrzebował bo…<br />
<br />
… bo nie chciał, szalenie nie chciał zamartwiać się podczas całej wyprawy cóż też Jonathan zrobi i jak się narazi, kiedy Anthony będzie daleko w głębi starego kontynentu. <br />
<br />
Westchnął, zdejmując z nosa okulary i rozmasowując nasadę nosa. Pióro powędrowało do kałamarza, a on poczuł lekkie mrowienie w punkcie gdzie opierał je wcześniej na smukłych palcach. Teraz formował się tam czerwienią odcisk. Odwykł od pisania. <br />
<br />
Powinien rozegrać to tak, żeby był to pomysł Jonathana, a nie jego. Powinien tak rozdysponować partią, aby to Selwyn wyszedł z inicjatywą, ba! palił się do niej, gorał zapałem z przekonaniem ministerialnego neofity. Może powinien zasugerować benefity dla zakonu, wśród zagranicznych sojuszników? Może wynaleźć znikąd potężny artefakt, który przy okazji mogliby zdobyć? Albo surowic do eliksirów, skoro Jonathan w tym upatrywał jego przydatność dla tajnej grupy? Był piątek. I było późno. I był zmęczony i myślał tylko o wspólnej kąpieli z Selwynem w podziemiach Little Hangleton. Znaczy nie myślał, nie mógł myśleć o klatce piersiowej swojego partnera po której niespiesznie ściekała wonna śliwką piana, ani o słowach, które wyszeptałby mu wprost do serca, jakby w końcu znaleźli się przy sobie. <br />
<br />
Tą sprawę musiał załatwić tutaj, na miejscu. Ostatecznie dotyczyła <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">pracy</span>.<br />
<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Jonathanie, zanim pójdziemy, muszę się Ciebie spytać o coś szalenie dla mnie istotnego</span> – powiedział w końcu, siląc się na słaby uśmiech, próbując zdusić tak marzenia jak i koszmary, aby nie ubierały jego służbowego polecenia w brzydką aurę desperacji. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Jak wiesz, lista osób uczestnicząca w najbliższej delegacji nie została jeszcze zamknięta, a ja… cóż, potrzebuję Cię tam Jonathanie. Mam poczucie, że bez Ciebie ta inicjatywa spali na panewce.</span></span> – postawił na szczere odsłonięcie wierzchołka góry lodowej wielu, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">wielu</span> powodów, dla których to było ważne.  </div> </div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[druga połowa października 1972 — pokwitowanie // atreus bulstrode]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6312</link>
			<pubDate>Wed, 26 Aug 2026 22:01:48 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=654">Bran Krwiopijca</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6312</guid>
			<description><![CDATA[<h1>Jeździec bez głowy — Atreus</h1><br />
Rutyną jest, że do Biura Koronera przyjeżdżają kurierzy ze Świętego Munga po odbiór odpadów medycznych oraz zwłok, ponieważ to przy szpitalu znajduje się krematorium. <br />
Atreusie, miałeś tego dnia coś do załatwienia u koronera, zupełną formalność, lecz gdy tam zaszedłeś, trafiłeś na tę właśnie procedurę odbioru. Pracownicy Munga i Biura Koronera uwijali się wokół chłodni, uzupełniali dokumenty, obok ciebie wyjeżdżały z kostnicy jeden za drugim czarne worki na noszach. Nie miał cię kto przyjąć, musiałeś poczekać. Ktoś od koronera zapewnił cię, że już kończą, chwila-moment i załatwisz swoją sprawę.<br />
Stanąłeś z boku, aby nie przeszkadzać, gdy podszedł do ciebie kierownik transportu z Munga. Na pierwszy rzut oka widać było, że facetowi się spieszy, atmosfera w kostnicy była nerwowa, a jeszcze chwilę temu typ wyzłośliwiał się na swoich podwładnych.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Pan jest z Biura Aurorów, dobrze słyszałem? To mogę pana prosić o przysługę?</span> — zagaił, ocierając pot z czoła. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Urwanie dziś głowy. Brakuje mi jednego pokwitowania. Pani Moody musi podpisać, tu na piątej stronie.</span> — Kierownik wcisnął ci plik dokumentów i popukał palcem w odpowiednie miejsce. <br />
Wtem blaszany wózek na nosze nieumiejętnie rozłożony przez jednego z pracowników Munga złożył się i z donośnym, metalicznym klekotem łupnął o ziemię. Kierownik zmarszczył gniewnie brwi i obrócił się, żeby zbesztać ostro chłopaka, który zawinił: <br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Gamoniu! Trzeci miesiąc na robocie i wciąż cię wózek przerasta!</span> — Odwrócił się z powrotem do ciebie i odezwał służalczym niemal tonem: — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Naprawdę będę wdzięczny, jakby jej to pan podrzucił. Dziękuję.</span><br />
Sekretarką Moody nie byłeś, ale papier, który wcisnął ci kierownik transportu medycznego, zwrócił twoją uwagę. Rozpoznajesz numer sprawy na dokumentach — to śledztwo dotyczące głowy znalezionej na biurku Moody. W tej sprawie pracownicy krematorium mogliby odbierać z kostnicy tylko jedną rzecz.<br />
Dobre wieści? Gdy Harper Moody pokwituje transport, odcięta głowa straci status materiału dowodowego. Teraz odpowiedzialny za nią będzie Szpital Świętego Munga, dla którego to tylko kolejny odpad nieobjęty żadnymi restrykcyjnymi klauzulami.<br />
Złe wieści? Odpady są regularnie spalane, więc kończy się czas, aby na własne oczy zobaczyć otoczone tak ścisłą tajemnicą szczątki, zanim bezpowrotnie obrócą się w proch.<br />
<br />
<div class="mg">Ten post to tylko zaczepka do wzięcia udziału w dalszej części wydarzenia <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6314" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Jeździec bez głowy</a>, gdzie czeka na ciebie dedykowane zadanie. Nie musisz na ten post odpowiadać. Mistrz Gry nie kontynuuje rozgrywki. <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=38" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Atreus Bulstrode</a></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1>Jeździec bez głowy — Atreus</h1><br />
Rutyną jest, że do Biura Koronera przyjeżdżają kurierzy ze Świętego Munga po odbiór odpadów medycznych oraz zwłok, ponieważ to przy szpitalu znajduje się krematorium. <br />
Atreusie, miałeś tego dnia coś do załatwienia u koronera, zupełną formalność, lecz gdy tam zaszedłeś, trafiłeś na tę właśnie procedurę odbioru. Pracownicy Munga i Biura Koronera uwijali się wokół chłodni, uzupełniali dokumenty, obok ciebie wyjeżdżały z kostnicy jeden za drugim czarne worki na noszach. Nie miał cię kto przyjąć, musiałeś poczekać. Ktoś od koronera zapewnił cię, że już kończą, chwila-moment i załatwisz swoją sprawę.<br />
Stanąłeś z boku, aby nie przeszkadzać, gdy podszedł do ciebie kierownik transportu z Munga. Na pierwszy rzut oka widać było, że facetowi się spieszy, atmosfera w kostnicy była nerwowa, a jeszcze chwilę temu typ wyzłośliwiał się na swoich podwładnych.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Pan jest z Biura Aurorów, dobrze słyszałem? To mogę pana prosić o przysługę?</span> — zagaił, ocierając pot z czoła. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Urwanie dziś głowy. Brakuje mi jednego pokwitowania. Pani Moody musi podpisać, tu na piątej stronie.</span> — Kierownik wcisnął ci plik dokumentów i popukał palcem w odpowiednie miejsce. <br />
Wtem blaszany wózek na nosze nieumiejętnie rozłożony przez jednego z pracowników Munga złożył się i z donośnym, metalicznym klekotem łupnął o ziemię. Kierownik zmarszczył gniewnie brwi i obrócił się, żeby zbesztać ostro chłopaka, który zawinił: <br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Gamoniu! Trzeci miesiąc na robocie i wciąż cię wózek przerasta!</span> — Odwrócił się z powrotem do ciebie i odezwał służalczym niemal tonem: — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Naprawdę będę wdzięczny, jakby jej to pan podrzucił. Dziękuję.</span><br />
Sekretarką Moody nie byłeś, ale papier, który wcisnął ci kierownik transportu medycznego, zwrócił twoją uwagę. Rozpoznajesz numer sprawy na dokumentach — to śledztwo dotyczące głowy znalezionej na biurku Moody. W tej sprawie pracownicy krematorium mogliby odbierać z kostnicy tylko jedną rzecz.<br />
Dobre wieści? Gdy Harper Moody pokwituje transport, odcięta głowa straci status materiału dowodowego. Teraz odpowiedzialny za nią będzie Szpital Świętego Munga, dla którego to tylko kolejny odpad nieobjęty żadnymi restrykcyjnymi klauzulami.<br />
Złe wieści? Odpady są regularnie spalane, więc kończy się czas, aby na własne oczy zobaczyć otoczone tak ścisłą tajemnicą szczątki, zanim bezpowrotnie obrócą się w proch.<br />
<br />
<div class="mg">Ten post to tylko zaczepka do wzięcia udziału w dalszej części wydarzenia <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6314" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Jeździec bez głowy</a>, gdzie czeka na ciebie dedykowane zadanie. Nie musisz na ten post odpowiadać. Mistrz Gry nie kontynuuje rozgrywki. <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=38" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Atreus Bulstrode</a></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[druga połowa października 1972 — antropolog // erik longbottom]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6313</link>
			<pubDate>Wed, 26 Aug 2026 22:01:11 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=654">Bran Krwiopijca</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6313</guid>
			<description><![CDATA[<h1>Jeździec bez głowy — Erik</h1><br />
Tożsamości osób uczestniczących w śledztwie wokół odciętej głowy pozostawionej na biurku Harper Moody były niejawne. Nie chwalono się tym, kto zajmuje się sprawą; cały temat owiewała tajemnica. Klauzule tajności przybite na dokumentach to jedna rzecz, ale ludzie gadają ze sobą i czasem niepostrzeżenie w najzwyklejszej rozmowie wypłynie niepozorny detal.<br />
Taką rozmowę podsłuchałeś ty. Przypadkiem znalazłeś się w pobliżu dwóch antropologów spędzających na korytarzu Departamentu przerwę lunchową. Ze skrawków ich rozmów wywnioskowałeś, że jeden z nich, Oscar Weasley, był odpowiedzialny za badanie anonimowej głowy. Nie podzielił się z kumplem żadnymi detalami o sprawie. Między kęsami kanapki zrzędził tylko na to, ile się to ciągnęło. Gadał, że cieszy się, że wreszcie to zamknęli i jest spokój. Bo ile czasu można było magicznie przedłużać świeżość takiego łba! Po co to tak trzymać w chłodni, skoro wszystkie badania dawno wykonane i nic odkrywczego już u Koronera z tym nie zrobią.<br />
Znasz Oscara, jesteście w podobnym wieku, współpracowaliście wcześniej przy sprawie lub kilku. Zawsze wydawało ci się, że Oscar cię całkiem lubi. <br />
Czy to naprawdę byłoby coś niewłaściwego wpaść do niego pod jakimś pretekstem i zagadać?<br />
<br />
<div class="mg">Ten post to tylko zaczepka do wzięcia udziału w dalszej części wydarzenia <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6314" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Jeździec bez głowy</a>, gdzie czeka na ciebie dedykowane zadanie. Nie musisz na ten post odpowiadać. Mistrz Gry nie kontynuuje rozgrywki. <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=26" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Erik Longbottom</a></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1>Jeździec bez głowy — Erik</h1><br />
Tożsamości osób uczestniczących w śledztwie wokół odciętej głowy pozostawionej na biurku Harper Moody były niejawne. Nie chwalono się tym, kto zajmuje się sprawą; cały temat owiewała tajemnica. Klauzule tajności przybite na dokumentach to jedna rzecz, ale ludzie gadają ze sobą i czasem niepostrzeżenie w najzwyklejszej rozmowie wypłynie niepozorny detal.<br />
Taką rozmowę podsłuchałeś ty. Przypadkiem znalazłeś się w pobliżu dwóch antropologów spędzających na korytarzu Departamentu przerwę lunchową. Ze skrawków ich rozmów wywnioskowałeś, że jeden z nich, Oscar Weasley, był odpowiedzialny za badanie anonimowej głowy. Nie podzielił się z kumplem żadnymi detalami o sprawie. Między kęsami kanapki zrzędził tylko na to, ile się to ciągnęło. Gadał, że cieszy się, że wreszcie to zamknęli i jest spokój. Bo ile czasu można było magicznie przedłużać świeżość takiego łba! Po co to tak trzymać w chłodni, skoro wszystkie badania dawno wykonane i nic odkrywczego już u Koronera z tym nie zrobią.<br />
Znasz Oscara, jesteście w podobnym wieku, współpracowaliście wcześniej przy sprawie lub kilku. Zawsze wydawało ci się, że Oscar cię całkiem lubi. <br />
Czy to naprawdę byłoby coś niewłaściwego wpaść do niego pod jakimś pretekstem i zagadać?<br />
<br />
<div class="mg">Ten post to tylko zaczepka do wzięcia udziału w dalszej części wydarzenia <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6314" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Jeździec bez głowy</a>, gdzie czeka na ciebie dedykowane zadanie. Nie musisz na ten post odpowiadać. Mistrz Gry nie kontynuuje rozgrywki. <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=26" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Erik Longbottom</a></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[04/10/1972] apparently I have "behavioural issues" [Asena&Billius]]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6297</link>
			<pubDate>Sun, 23 Aug 2026 00:09:30 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=585">Billius Weasley</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6297</guid>
			<description><![CDATA[<p>Już dawno nie miał takiego kaca. Bolały go plecy, bo wyro w ministerskim areszcie było strasznie niewygodne. Bolały go dłonie, bo dnia poprzedniego chyba sobie coś przestawił, kość jakaś albo coś, jak nawalał dość nieudolnie tego chłopa, pijany. Bolała go głowa i to pierwszy raz bolała go tak bardzo, nie wiedział jednak czy to przez alkohol, czy może przez to ostatnie uderzenie z główki co temu gościu zaserwował w walce. Guz mu na środku czoła urósł i to niemały, i za każdym razem, gdy przypadkiem dotknął napuchniętego miejsca, to stękał wręcz z bólu, bo tak go to, mówiąc wprost nakurwiało.</p>
<p>Na miejscu przywitali go całkiem dobrze; zaserwowali mu posiłek składający się z kromki suchego chleba i odrobiny soku dyniowego, co w jego obecnym stanie było przynajmniej, jak coś, co wyszło spod ręki mistrza kuchni z najlepszej, londyńskiej restauracji. Kilka z aurorów przyszło do niego żeby pogadać, on był w stanie, w którym nie rozpoznawał, że pracownicy ministerstwa chcieli się tylko z niego, błazna, pośmiać, ale nawet jeśli to przynajmniej się rudemu tam nie nudziło.</p>
<p>No, ale w końcu nadszedł czas zakończenia odsiadki. Musiał co prawda skontaktować się z kimś żeby go ten ktoś odebrał, bo podobno nie miał różdżki, ale jakoś bardzo go ten fakt nie stresował. Właściwie, to jak już był trzeźwy, to myślał, że Ci aurorzy co mu mówią, że trafił tam bez patyka, robią sobie z niego żarty, mina mu zrzedła jednak, gdy przy wydawaniu depozytu, w metalowym pojemniku znajdowały się jedynie stare chusteczki, kilka papierków po cukierkach oraz wsuwka do włosów.</p>
<p>Udało mu się na szczęście wyprosić jednego z aurorów, by mógł wysłać sowę do Aseny, co by po niego do Ministerstwa właśnie przyszła. Nie powinien niby zawracać jej głowy, bo ostatnio zachowywał się, jak zwykły śmieć i wcale do Rejwach nie zachodził, nie chciał jednak stresować swojej biednej matki czy ojca. No i tam też się od dłuższego czasu nie pojawiał. Może dlatego też tak odwalał ostatnio, bo nie widywał swych ulubionych ludzi, ale czasem tak miał, że zamykał się w sobie i unikał towarzystwa, które wpływało na niego pozytywnie, szczególnie, gdy był w naprawdę paskudnym humorze. A od Spalonej Nocy, jakoś nie potrafił się pozbierać.</p>
<p>Czekał w poczekalni Ministerstwa kilka godzin. I strasznie mu się tam nudziło. Najgorszy był fakt, że nikt nie chciał z nim rozmawiać. Próbował co prawda zagadać do kilku osób, ale każda z nich albo go zbywała, mówiąc, że się śpieszy albo wprost olewała, obrzucając jedynie wzrokiem pełnym obrzydzenia. Dziwić ludziom tym się nie powinno, bo Billius wyglądał, jak totalny obdartus. Jego koszulka była podarta w okolicy kołnierza, a na kiedyś białym materiale, malowały się czerwone plamy — nie wiadomo mu jednak było czy krew należała do niego, a może tego gościa z którym się bił. Brak zęba jednak, sugerować mógł, że krew była Weasleya. No i śmierdział. Alkoholem śmierdział, krwią i brudem śmierdział, poprzednią nocą albo raczej dwoma poprzednimi dniami śmierdział.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Już dawno nie miał takiego kaca. Bolały go plecy, bo wyro w ministerskim areszcie było strasznie niewygodne. Bolały go dłonie, bo dnia poprzedniego chyba sobie coś przestawił, kość jakaś albo coś, jak nawalał dość nieudolnie tego chłopa, pijany. Bolała go głowa i to pierwszy raz bolała go tak bardzo, nie wiedział jednak czy to przez alkohol, czy może przez to ostatnie uderzenie z główki co temu gościu zaserwował w walce. Guz mu na środku czoła urósł i to niemały, i za każdym razem, gdy przypadkiem dotknął napuchniętego miejsca, to stękał wręcz z bólu, bo tak go to, mówiąc wprost nakurwiało.</p>
<p>Na miejscu przywitali go całkiem dobrze; zaserwowali mu posiłek składający się z kromki suchego chleba i odrobiny soku dyniowego, co w jego obecnym stanie było przynajmniej, jak coś, co wyszło spod ręki mistrza kuchni z najlepszej, londyńskiej restauracji. Kilka z aurorów przyszło do niego żeby pogadać, on był w stanie, w którym nie rozpoznawał, że pracownicy ministerstwa chcieli się tylko z niego, błazna, pośmiać, ale nawet jeśli to przynajmniej się rudemu tam nie nudziło.</p>
<p>No, ale w końcu nadszedł czas zakończenia odsiadki. Musiał co prawda skontaktować się z kimś żeby go ten ktoś odebrał, bo podobno nie miał różdżki, ale jakoś bardzo go ten fakt nie stresował. Właściwie, to jak już był trzeźwy, to myślał, że Ci aurorzy co mu mówią, że trafił tam bez patyka, robią sobie z niego żarty, mina mu zrzedła jednak, gdy przy wydawaniu depozytu, w metalowym pojemniku znajdowały się jedynie stare chusteczki, kilka papierków po cukierkach oraz wsuwka do włosów.</p>
<p>Udało mu się na szczęście wyprosić jednego z aurorów, by mógł wysłać sowę do Aseny, co by po niego do Ministerstwa właśnie przyszła. Nie powinien niby zawracać jej głowy, bo ostatnio zachowywał się, jak zwykły śmieć i wcale do Rejwach nie zachodził, nie chciał jednak stresować swojej biednej matki czy ojca. No i tam też się od dłuższego czasu nie pojawiał. Może dlatego też tak odwalał ostatnio, bo nie widywał swych ulubionych ludzi, ale czasem tak miał, że zamykał się w sobie i unikał towarzystwa, które wpływało na niego pozytywnie, szczególnie, gdy był w naprawdę paskudnym humorze. A od Spalonej Nocy, jakoś nie potrafił się pozbierać.</p>
<p>Czekał w poczekalni Ministerstwa kilka godzin. I strasznie mu się tam nudziło. Najgorszy był fakt, że nikt nie chciał z nim rozmawiać. Próbował co prawda zagadać do kilku osób, ale każda z nich albo go zbywała, mówiąc, że się śpieszy albo wprost olewała, obrzucając jedynie wzrokiem pełnym obrzydzenia. Dziwić ludziom tym się nie powinno, bo Billius wyglądał, jak totalny obdartus. Jego koszulka była podarta w okolicy kołnierza, a na kiedyś białym materiale, malowały się czerwone plamy — nie wiadomo mu jednak było czy krew należała do niego, a może tego gościa z którym się bił. Brak zęba jednak, sugerować mógł, że krew była Weasleya. No i śmierdział. Alkoholem śmierdział, krwią i brudem śmierdział, poprzednią nocą albo raczej dwoma poprzednimi dniami śmierdział.</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[noc, 22.09.1972] Biblia ludzkich błędów i słabości]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6230</link>
			<pubDate>Sun, 26 Jul 2026 13:02:28 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=578">Aaron Andrew Moody</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6230</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Ministerstwo Magii</div>
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">W razie czego, jesteśmy w kontakcie</span>, rzucił <a href="https://64.media.tumblr.com/27182d309a429f6a7bb2aedbbd61dd74/b259100eff423816-cd/s1280x1920/5650273ac88533513b4bd241c0b0670309634a90.jpg" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Aaron, odprawiając do domu swojego towarzysza. Wszyscy mówili do niego Nowy, chociaż Nowy przestał być "nowym" jakieś dobrych kilka lat temu, kiedy zdał testy aurorskie.</a> Wciąż nie utracił jednak młodzieńczego zaangażowania właściwego ludziom głęboko wierzącym w sens służby pełnionej na rzecz kraju. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Im</span>, pomyślał nieco cynicznie Moody, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">oraz stażystom w pierwszym tygodniu pracy</span>. Niech Nowy nacieszy się dzisiejszym świętem, postanowił. Niech się cieszy póki może, bo dzisiaj w nocy i tak czeka ich wspólne kiblowanie na dyżurze. A zawsze to przyjemniej było odbywać służbę, mając w odwodzie resztki kolacji. Nowy niedawno się ożenił, nie wyszedł więc jeszcze ze swoją żonką z fazy miesiąca miodowego. Z gadki wynikało, że była to kobieta godna szacunku, taka z gatunku porządnych… Z gadki wynikało, że w Nowym bardzo zakochana. Aaron spodziewał się więc, że Nowy wróci objuczony skrzętnie zapakowaną wałówką, której zapewne wystarczy, żeby obdzielić pół Biura Aurorów. Zakochane kobiety nie znały umiaru w takich rzeczach. Zakochani mężczyźni również. Nowy wciąż wplatał przecież imię żony w każdą możliwą rozmowę. <br />
Nie, nie było sensu, żeby oboje siedzieli na baczność w biurze, zwłaszcza, że nic wielkiego się nie działo. Aaron na bieżąco kontrolował przecież sytuację. Pozostałych w biurze brygadzistów powysyłał samopas na rutynowe interwencje. Tych zawsze było więcej w święto. Kilka naruszeń porządku publicznego, zakłócanie ciszy nocnej, kolejne instancje kłótni w rodzinnym gronie, które należało mimo wszystko sprawdzić, podobnie jak i łzawe zgłoszenia o przemocy w domu… Nic, co mogłoby być przedmiotem zainteresowania aurora. <br />
Nie lubił czytać raportów z tych wezwań. <br />
Nie dlatego, że czuł potrzebę wywyższenia się ponad brygadzistów pozycją czy doświadczeniem zawodowym: dobrze wspominał przecież młodość w dochodzeniówce, ale za robotą krawężnika zwyczajnie nie przepadał. Można było stracić wiarę w ludzkość, gdy codziennie trzeba było babrać się w tym samym gównie. Zło posiadało w głowie Aarona swoją gradację, a hierarchia ważności popełnianych wykroczeń nie zawsze korespondowała u niego z tą wyznaczoną przez akty prawne. Oczywistym było, że na szczycie niegodziwości znajdowali się ci, którzy dopuszczali się zbrodni przeciwko ludzkości. Grindelwald i jego naśladowcy, którzy próbowali pogrążyć w chaosie cały świat, wraz z całym jego prawodawstwem oraz wartościami, po to tylko, aby ustanowić własny porządek. Masowe mordy, gwałty. Ludobójstwo. Zbrodnie wojenne. Systemowe niewolnictwo, tortury i prześladowania prowadzone na masową skalę. Po nich następowało całe spektrum mniejszych niegodziwości. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Z tym najczęściej musiał mierzyć się Moody.</span> Człowieczeństwo oskalpowane, odarte że skóry. Obmierzłe, otoczone odorem spaczenia tak silnym, że aż zaczynały łzawić oczy. Seryjne i wielokrotne zabójstwa. Te ze szczególnym okrucieństwem. Te na tle rytualnym. Te na tle ideologicznym. Te bez żadnego tła. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Te dokonywane tak po prostu.</span> Porwania i gwałty. Handel ludźmi i istotami magicznymi. Tortury, okaleczenia, brutalne napaści. Jeżeli mugole byli rasą kreatywną, co dopiero mógł powiedzieć o czarodziejach, którzy mieli dostęp do mocy magicznej? Przestępczość zorganizowana miała nieco inną specyfikę, podobnie jak oszustwa na wielką skalę, szantaże, korupcja oraz przemyt. Wszystkim tym żył, wszystkiego doświadczył… Może dlatego był tak zgorzkniały. Dawno przecież utracił przywilej posiadania złudzeń.<br />
Stworzenie najbardziej przez Aarona znienawidzone znajdowało się jednak na samym dnie hierarchii zła. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Tym stworzeniem była wsza.</span> <br />
Nie dało się o wszy powiedzieć nic pozytywnego poza tym, że istniała. Sensem jej istnienia było natomiast pasożytować. Żywić się innymi, rozmnożyć, a potem zdechnąć. Wsza była mała, trudno było ją wypatrzyć gołym okiem: dopiero swędzący łeb sprawiał, że człowiek przypominał sobie o jej obecności. Nawet wtedy niełatwo było jednak takiej wszy się pozbyć. Chowała się między włosami, wychylając się czasem tylko, aby bezczelnie ugryźć w skalp. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nadpsuć jeszcze trochę krwi.</span><br />
Na tym jednak problem się nie kończył. Wszy przenosiły bowiem choroby. W czasie pierwszej wojny światowej wszy okazały się groźniejszym przeciwnikiem niż żołnierze wrogiej armii: więcej umarło z powodu przenoszonej przez nie gorączki okopowej, niż za przyczyną ran zadanych w bitwie. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Po co takie coś w ogóle żyło, taka wsza?</span> Aaron Andrew Moody powiedziałby, że po to, żeby rozgnieść ją pięścią. Innej odpowiedzi na to pytanie nie znajdował. Przez wszy chorowało bowiem całe społeczeństwo. Nie dało się tej choroby zdusić, dopóki nie pozbyło się wszy. Było to zadanie żmudne, chociaż przeciwnik nie stanowił w żadnym razie wyzwania: siła jego leżała w liczebności, w jego dojmującej nieistotności. W tym, że był zbyt mały, żeby zwrócić na siebie uwagę, zadawał rany zbyt powierzchowne, żeby potraktować go poważnie, a jednocześnie zbyt był powszedni, żeby zwycięstwo nad nim zasługiwało na jakąkolwiek celebrację.<br />
<br />
Korolev był w jego oczach właśnie taką wszą.<br />
<br />
Może dlatego Aaron tak straszliwie nie cierpiał wszystkich tych drobnych złodziejaszków, kanciarzy i oszustów. Nie znosił sutenerów, prostytutek, handlarzy żywym towarem. Obrzydzeniem zdejmowali go lichwiarze, naciągacze oraz alimenciarze. Nienawidził mężów, którzy tłukli swoje żony, tak, że musiał zbierać od nich zeznania w obecności uzdrowiciela. Nienawidził ojców, którzy robili to samo swoim dzieciom. Nienawidził ćpunów, handlarzy narkotykami i wszystkich tych, którzy żerowali bezwstydnie na ludzkiej słabości, jak gdyby sycić się umieli wyłącznie cudzą niedolą, paść brzuchy cudzym upodleniem. <br />
Wreszcie, nienawidził świata, za to, że im na to pozwalał.<br />
<br />
Zło dla wielu ludzi było czymś odległym. Czymś, o czym zwykło się czytać na kartach podręczników historii, gdy już pozwolono mu nabrać wystarczającego rozmachu. Zło było czymś historycznym, czymś monumentalnym. Pomnikiem mijanym codziennie w drodze do pracy, znajomym, a jednak kompletnie zapomnianym. A jednak imię Grindelwalda wciąż budziło w ludziach grozę. Pamieć o jego czynach była wciąż żywą. Złe były to czasy, kręcili głowami starsi czarodzieje. Zło stawało się monumentem przeszłości, czymś abstrakcyjnym, niewyobrażalnym w swojej złożoności i potędze. <br />
Aaron uważał, że zło było przerażająco wręcz banalne. Zło było czymś codziennym, spowszedniałym wręcz, a przede wszystkim: zło było małym. Tak małym, że świat przywykł do jego ignorowania, udzielając tym samym przyzwolenia na jego istnienie.<br />
Grindelwald stawał się w jego oczach Korolevem. Korolev stawał się w jego oczach Grindelwaldem. <br />
Wiedział, że nie wytrzymałby, gdyby dzień w dzień przyszło mu widzieć to wszystko. Wiedział, że w końcu by się złamał, i jakąś wszę po prostu zapierdolił. <br />
<br />
Nie poruszył się, gdy podchwycił odgłos znajomych kroków na korytarzu. Nie musiał patrzeć w stronę drzwi, żeby rozpoznać, do kogo należą. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ach</span>, pomyślał, odchyliwszy głowę do tyłu. Przymknął na chwilę powieki, przetarłszy zmęczone oczy dłonią, w której trzymał tlący się papieros. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">A więc przyszłaś mnie osądzić?</span><br />
<br />
Odwrócił twarz w stronę kobiety, gasząc papierosa w stojącej na biurku popielniczce, w której kąpał się papierowy dementorek. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czy rozproszyć moje myśli?</span><br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Lorien.</span> — Obrócił jej imię na języku, jak gdyby zastanawiał się, czy pasowałoby do posmaku krwi, jaką za jego przyczyną utoczył. Wyprostował się, a jednak nie wstał z krzesła: wciąż siedział rozwalony w swoim miejscu, chociaż odsunął się od biurka, aby patrzeć na nią na wprost. Na bok odłożył nawet dokumenty, żeby mogła oprzeć się wygodnie o blat… <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">A potem zamknął drzwi zaklęciem.</span> Nie potrzebowali dystrakcji. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Pamięta pani jeszcze naszą rozmowę o naturze człowieczeństwa?</span> — spytał takim samym tonem, jakim zwykł mówić o pogodzie za oknem. Nie spuścił choćby na chwilę oczu z jej twarzy. Było w jego spojrzeniu coś bezwzględnego. Patrzył na nią hardo, a jednak pozwolił jej górować nad sobą. Wyglądał jak gdyby powziął jakieś postanowienie. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Powiedzmy, że przemyślałem sprawę</span> — rzucił. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Zgłoszenia, mam na myśli. Powiedziała pani, żebym nie zgłaszał sprawy, jeżeli zamierzam obstawać przy swojej definicji człowieczeństwa.</span> — <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jeżeli zamierzam trwać w przekonaniu, że zbrodnia popełniona przez przyjaciela bliższego mi niż brat zasługuje na lżejszy wymiar kary niż ta popełniona przez Koroleva.</span> — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Jaka jest różnica między atakami Koroleva i Longbottoma na coś co nie jest w pana odczuciu człowiekiem?"</span>, spytałaś.</span> — Wówczas wzburzony był tym pytaniem, teraz jednak bił od niego spokój. Jak gdyby w zamyśleniu obracał różdżkę między palcami, jego spojrzenie pozostało jednak czujnym. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Kazałaś spalić zeznanie, jeżeli uznam, że tylko jednemu z nich należy się Azkaban.</span> <span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie posłuchałem.</span></span> — Nie przestał na nią patrzeć. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Zgłosiłem sprawę, bo to było właściwym. Być może wolałabyś, abym postąpił inaczej. A jednak nie zwykłem uzależniać swojego postępowania od poczucia urażonej dumy. Twoje pytanie sprawiło, że zacząłem się zastanawiać. Zmusiło mnie do rozważań. Potrzebuję teraz, żebyś rozważała ze mną. Powiedz mi, Lorien…</span> — Zacisnął nagle palce na różdżce, aż pobielały. Zamiast jednak obracać ją dalej w rękach, zwyczajnie odłożył różdżkę na biurko, jak gdyby utracił wszelkie zainteresowanie jej użyciem. Różdżka Koroleva, z którym poradził sobie na krótko przed spotkaniem Zakonu, tkwiła już w pełni zabezpieczona w złożonym przez aurora materiale dowodowym. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Gdyby to samo zrobiono Korolevowi w pani sprawie. Gdyby odpowiedziano na jego zbrodnię w sposób adekwatny… <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zaaresztowałaby pani tego człowieka tak jak Woody'ego?</span></span> — spytał tonem niby to czysto konwersacjonalnym, a jednak przepełnionym chłodnym, służbowym konkretem. Tak musiał brzmieć głos kata, który czekał na wydanie rozkazu stracenia. Była w nim ostrość topora wzniesionego ponad szyję ofiary. Była w nim także obojętność uciętej na szafocie głowy. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Gdyby działał z pełną protekcją ministerstwa, w granicach wyznaczonych przez prawo. Granicach, które mają tendencję rozmywać się jak siniaki na skórze. Zrobiłaby to pani?</span><br />
<br />
Uniósł wolną dłoń zanim zdążyła otworzyć usta, jak gdyby chciał powstrzymać ją przed odpowiedzią.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Tak czy nie?</span> — zażądał.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Ministerstwo Magii</div>
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">W razie czego, jesteśmy w kontakcie</span>, rzucił <a href="https://64.media.tumblr.com/27182d309a429f6a7bb2aedbbd61dd74/b259100eff423816-cd/s1280x1920/5650273ac88533513b4bd241c0b0670309634a90.jpg" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Aaron, odprawiając do domu swojego towarzysza. Wszyscy mówili do niego Nowy, chociaż Nowy przestał być "nowym" jakieś dobrych kilka lat temu, kiedy zdał testy aurorskie.</a> Wciąż nie utracił jednak młodzieńczego zaangażowania właściwego ludziom głęboko wierzącym w sens służby pełnionej na rzecz kraju. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Im</span>, pomyślał nieco cynicznie Moody, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">oraz stażystom w pierwszym tygodniu pracy</span>. Niech Nowy nacieszy się dzisiejszym świętem, postanowił. Niech się cieszy póki może, bo dzisiaj w nocy i tak czeka ich wspólne kiblowanie na dyżurze. A zawsze to przyjemniej było odbywać służbę, mając w odwodzie resztki kolacji. Nowy niedawno się ożenił, nie wyszedł więc jeszcze ze swoją żonką z fazy miesiąca miodowego. Z gadki wynikało, że była to kobieta godna szacunku, taka z gatunku porządnych… Z gadki wynikało, że w Nowym bardzo zakochana. Aaron spodziewał się więc, że Nowy wróci objuczony skrzętnie zapakowaną wałówką, której zapewne wystarczy, żeby obdzielić pół Biura Aurorów. Zakochane kobiety nie znały umiaru w takich rzeczach. Zakochani mężczyźni również. Nowy wciąż wplatał przecież imię żony w każdą możliwą rozmowę. <br />
Nie, nie było sensu, żeby oboje siedzieli na baczność w biurze, zwłaszcza, że nic wielkiego się nie działo. Aaron na bieżąco kontrolował przecież sytuację. Pozostałych w biurze brygadzistów powysyłał samopas na rutynowe interwencje. Tych zawsze było więcej w święto. Kilka naruszeń porządku publicznego, zakłócanie ciszy nocnej, kolejne instancje kłótni w rodzinnym gronie, które należało mimo wszystko sprawdzić, podobnie jak i łzawe zgłoszenia o przemocy w domu… Nic, co mogłoby być przedmiotem zainteresowania aurora. <br />
Nie lubił czytać raportów z tych wezwań. <br />
Nie dlatego, że czuł potrzebę wywyższenia się ponad brygadzistów pozycją czy doświadczeniem zawodowym: dobrze wspominał przecież młodość w dochodzeniówce, ale za robotą krawężnika zwyczajnie nie przepadał. Można było stracić wiarę w ludzkość, gdy codziennie trzeba było babrać się w tym samym gównie. Zło posiadało w głowie Aarona swoją gradację, a hierarchia ważności popełnianych wykroczeń nie zawsze korespondowała u niego z tą wyznaczoną przez akty prawne. Oczywistym było, że na szczycie niegodziwości znajdowali się ci, którzy dopuszczali się zbrodni przeciwko ludzkości. Grindelwald i jego naśladowcy, którzy próbowali pogrążyć w chaosie cały świat, wraz z całym jego prawodawstwem oraz wartościami, po to tylko, aby ustanowić własny porządek. Masowe mordy, gwałty. Ludobójstwo. Zbrodnie wojenne. Systemowe niewolnictwo, tortury i prześladowania prowadzone na masową skalę. Po nich następowało całe spektrum mniejszych niegodziwości. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Z tym najczęściej musiał mierzyć się Moody.</span> Człowieczeństwo oskalpowane, odarte że skóry. Obmierzłe, otoczone odorem spaczenia tak silnym, że aż zaczynały łzawić oczy. Seryjne i wielokrotne zabójstwa. Te ze szczególnym okrucieństwem. Te na tle rytualnym. Te na tle ideologicznym. Te bez żadnego tła. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Te dokonywane tak po prostu.</span> Porwania i gwałty. Handel ludźmi i istotami magicznymi. Tortury, okaleczenia, brutalne napaści. Jeżeli mugole byli rasą kreatywną, co dopiero mógł powiedzieć o czarodziejach, którzy mieli dostęp do mocy magicznej? Przestępczość zorganizowana miała nieco inną specyfikę, podobnie jak oszustwa na wielką skalę, szantaże, korupcja oraz przemyt. Wszystkim tym żył, wszystkiego doświadczył… Może dlatego był tak zgorzkniały. Dawno przecież utracił przywilej posiadania złudzeń.<br />
Stworzenie najbardziej przez Aarona znienawidzone znajdowało się jednak na samym dnie hierarchii zła. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Tym stworzeniem była wsza.</span> <br />
Nie dało się o wszy powiedzieć nic pozytywnego poza tym, że istniała. Sensem jej istnienia było natomiast pasożytować. Żywić się innymi, rozmnożyć, a potem zdechnąć. Wsza była mała, trudno było ją wypatrzyć gołym okiem: dopiero swędzący łeb sprawiał, że człowiek przypominał sobie o jej obecności. Nawet wtedy niełatwo było jednak takiej wszy się pozbyć. Chowała się między włosami, wychylając się czasem tylko, aby bezczelnie ugryźć w skalp. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nadpsuć jeszcze trochę krwi.</span><br />
Na tym jednak problem się nie kończył. Wszy przenosiły bowiem choroby. W czasie pierwszej wojny światowej wszy okazały się groźniejszym przeciwnikiem niż żołnierze wrogiej armii: więcej umarło z powodu przenoszonej przez nie gorączki okopowej, niż za przyczyną ran zadanych w bitwie. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Po co takie coś w ogóle żyło, taka wsza?</span> Aaron Andrew Moody powiedziałby, że po to, żeby rozgnieść ją pięścią. Innej odpowiedzi na to pytanie nie znajdował. Przez wszy chorowało bowiem całe społeczeństwo. Nie dało się tej choroby zdusić, dopóki nie pozbyło się wszy. Było to zadanie żmudne, chociaż przeciwnik nie stanowił w żadnym razie wyzwania: siła jego leżała w liczebności, w jego dojmującej nieistotności. W tym, że był zbyt mały, żeby zwrócić na siebie uwagę, zadawał rany zbyt powierzchowne, żeby potraktować go poważnie, a jednocześnie zbyt był powszedni, żeby zwycięstwo nad nim zasługiwało na jakąkolwiek celebrację.<br />
<br />
Korolev był w jego oczach właśnie taką wszą.<br />
<br />
Może dlatego Aaron tak straszliwie nie cierpiał wszystkich tych drobnych złodziejaszków, kanciarzy i oszustów. Nie znosił sutenerów, prostytutek, handlarzy żywym towarem. Obrzydzeniem zdejmowali go lichwiarze, naciągacze oraz alimenciarze. Nienawidził mężów, którzy tłukli swoje żony, tak, że musiał zbierać od nich zeznania w obecności uzdrowiciela. Nienawidził ojców, którzy robili to samo swoim dzieciom. Nienawidził ćpunów, handlarzy narkotykami i wszystkich tych, którzy żerowali bezwstydnie na ludzkiej słabości, jak gdyby sycić się umieli wyłącznie cudzą niedolą, paść brzuchy cudzym upodleniem. <br />
Wreszcie, nienawidził świata, za to, że im na to pozwalał.<br />
<br />
Zło dla wielu ludzi było czymś odległym. Czymś, o czym zwykło się czytać na kartach podręczników historii, gdy już pozwolono mu nabrać wystarczającego rozmachu. Zło było czymś historycznym, czymś monumentalnym. Pomnikiem mijanym codziennie w drodze do pracy, znajomym, a jednak kompletnie zapomnianym. A jednak imię Grindelwalda wciąż budziło w ludziach grozę. Pamieć o jego czynach była wciąż żywą. Złe były to czasy, kręcili głowami starsi czarodzieje. Zło stawało się monumentem przeszłości, czymś abstrakcyjnym, niewyobrażalnym w swojej złożoności i potędze. <br />
Aaron uważał, że zło było przerażająco wręcz banalne. Zło było czymś codziennym, spowszedniałym wręcz, a przede wszystkim: zło było małym. Tak małym, że świat przywykł do jego ignorowania, udzielając tym samym przyzwolenia na jego istnienie.<br />
Grindelwald stawał się w jego oczach Korolevem. Korolev stawał się w jego oczach Grindelwaldem. <br />
Wiedział, że nie wytrzymałby, gdyby dzień w dzień przyszło mu widzieć to wszystko. Wiedział, że w końcu by się złamał, i jakąś wszę po prostu zapierdolił. <br />
<br />
Nie poruszył się, gdy podchwycił odgłos znajomych kroków na korytarzu. Nie musiał patrzeć w stronę drzwi, żeby rozpoznać, do kogo należą. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ach</span>, pomyślał, odchyliwszy głowę do tyłu. Przymknął na chwilę powieki, przetarłszy zmęczone oczy dłonią, w której trzymał tlący się papieros. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">A więc przyszłaś mnie osądzić?</span><br />
<br />
Odwrócił twarz w stronę kobiety, gasząc papierosa w stojącej na biurku popielniczce, w której kąpał się papierowy dementorek. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czy rozproszyć moje myśli?</span><br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Lorien.</span> — Obrócił jej imię na języku, jak gdyby zastanawiał się, czy pasowałoby do posmaku krwi, jaką za jego przyczyną utoczył. Wyprostował się, a jednak nie wstał z krzesła: wciąż siedział rozwalony w swoim miejscu, chociaż odsunął się od biurka, aby patrzeć na nią na wprost. Na bok odłożył nawet dokumenty, żeby mogła oprzeć się wygodnie o blat… <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">A potem zamknął drzwi zaklęciem.</span> Nie potrzebowali dystrakcji. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Pamięta pani jeszcze naszą rozmowę o naturze człowieczeństwa?</span> — spytał takim samym tonem, jakim zwykł mówić o pogodzie za oknem. Nie spuścił choćby na chwilę oczu z jej twarzy. Było w jego spojrzeniu coś bezwzględnego. Patrzył na nią hardo, a jednak pozwolił jej górować nad sobą. Wyglądał jak gdyby powziął jakieś postanowienie. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Powiedzmy, że przemyślałem sprawę</span> — rzucił. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Zgłoszenia, mam na myśli. Powiedziała pani, żebym nie zgłaszał sprawy, jeżeli zamierzam obstawać przy swojej definicji człowieczeństwa.</span> — <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jeżeli zamierzam trwać w przekonaniu, że zbrodnia popełniona przez przyjaciela bliższego mi niż brat zasługuje na lżejszy wymiar kary niż ta popełniona przez Koroleva.</span> — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Jaka jest różnica między atakami Koroleva i Longbottoma na coś co nie jest w pana odczuciu człowiekiem?"</span>, spytałaś.</span> — Wówczas wzburzony był tym pytaniem, teraz jednak bił od niego spokój. Jak gdyby w zamyśleniu obracał różdżkę między palcami, jego spojrzenie pozostało jednak czujnym. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Kazałaś spalić zeznanie, jeżeli uznam, że tylko jednemu z nich należy się Azkaban.</span> <span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie posłuchałem.</span></span> — Nie przestał na nią patrzeć. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Zgłosiłem sprawę, bo to było właściwym. Być może wolałabyś, abym postąpił inaczej. A jednak nie zwykłem uzależniać swojego postępowania od poczucia urażonej dumy. Twoje pytanie sprawiło, że zacząłem się zastanawiać. Zmusiło mnie do rozważań. Potrzebuję teraz, żebyś rozważała ze mną. Powiedz mi, Lorien…</span> — Zacisnął nagle palce na różdżce, aż pobielały. Zamiast jednak obracać ją dalej w rękach, zwyczajnie odłożył różdżkę na biurko, jak gdyby utracił wszelkie zainteresowanie jej użyciem. Różdżka Koroleva, z którym poradził sobie na krótko przed spotkaniem Zakonu, tkwiła już w pełni zabezpieczona w złożonym przez aurora materiale dowodowym. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Gdyby to samo zrobiono Korolevowi w pani sprawie. Gdyby odpowiedziano na jego zbrodnię w sposób adekwatny… <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zaaresztowałaby pani tego człowieka tak jak Woody'ego?</span></span> — spytał tonem niby to czysto konwersacjonalnym, a jednak przepełnionym chłodnym, służbowym konkretem. Tak musiał brzmieć głos kata, który czekał na wydanie rozkazu stracenia. Była w nim ostrość topora wzniesionego ponad szyję ofiary. Była w nim także obojętność uciętej na szafocie głowy. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Gdyby działał z pełną protekcją ministerstwa, w granicach wyznaczonych przez prawo. Granicach, które mają tendencję rozmywać się jak siniaki na skórze. Zrobiłaby to pani?</span><br />
<br />
Uniósł wolną dłoń zanim zdążyła otworzyć usta, jak gdyby chciał powstrzymać ją przed odpowiedzią.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Tak czy nie?</span> — zażądał.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[21.09.1972] Mandragory? Jakie mandragory?]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6157</link>
			<pubDate>Sun, 21 Jun 2026 18:48:07 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=177">Victoria Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6157</guid>
			<description><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono — Atreus Bulstrode — osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic II</span></div></div>
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=7kMIkpi.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=7kMIkpi.png]" class="mycode_img" /></div>
<br />
<p>Był poranek, a Victoria wyglądała, jakby w biurze siedziała już przynajmniej dobre dwie godziny: rozwalona przy swoim biurku, zasypana papierami, a obok tych wszystkich papierzysk stały dwie filiżanki. I obie były puste. </p>
<p>Był poranek, a ona już odwaliła część zaległych raportów, swoich, ale też kompletnie nie swoich, bo w końcu przegrała z Atreusem pewien zakład i oto były efekty… Nadal uważała, że to dobrze, chociaż w jej głowie co jakiś czas leciała jakaś co barwniejsza wiązanka, która jednak nie wylatywała nigdzie na głos. </p>
<p>Ale pomiędzy tymi raportami (podzielonymi na cztery kupki, bo dwie to były dokumenty jeszcze nierozpisane, a kolejne dwie to te już skończone), które teraz odsunięte były na bok, dlatego wyglądało to wszystko jak pewnego rodzaju bardzo poukładane pobojowisko (Lestrange uważała, że jej biurko nagle jest za małe), walała się otwarta teczka ze sprawą, którą ostatnio przejęła od brygadzistów. Sprawa, która miała zostać umorzona ze względu na brak tropów i ogólny burdel biurokratyczny, a w której Victoria widziała istotny problem z wielu punktów, więc Brenna zdobyła dla niej teczkę, którą już dwa dni temu przeglądały, ale teraz należało to chyba pchnąć dalej. Wczoraj nie miała na to czasu, były nieco ważniejsze rzeczy, ale dzisiaj… Może dzisiaj uda się uszczknąć trochę czasu. Między innym i dlatego przyszła do pracy tak wcześnie: by sobie ten czas zorganizować. </p>
<p>I tak właśnie mógł ją zastać Atreus, ewidentnie po dwóch kawach i od dawna siedzącą nad papierologią, i zapewne był z siebie bardzo dumny, widząc na jej biureczku część wypełnionych dokumentów, które należały właśnie do niego. </p>
<p> <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– O, Bulstrode –</span> rzuciła, kiedy akurat w roztargnieniu przejechała dłonią po czole, by odgarnąć jakiś niesforny kosmyk i uniosła spojrzenie, dostrzegając aurora. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Ta część jest twoja –</span> dodała, kiwając głową na jedną z kupek po czym sięgnęła po jedną z filiżanek, chcąc się napić i ze zdziwieniem odkryła, że jest pusta. </p>
<p>Westchnęła przeciągle, przetarła oczy, po czym zmrużyła je, patrząc na Atreusa, bo właśnie przyszło jej do głowy, że to wspaniała okazja, by zająć mu trochę czasu. Wyrwie się z biura w teren, będzie mógł z kimś pogadać, może się zaangażuje w jakąś sprawę…</p>
<p> <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Masz czas? Mam robotę, przydałaby mi się pomoc –</span> stwierdziła dość nagle i przekrzywiła głowę. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Jak stoisz teraz z zielarstwem? –</span> nie miało to aż takiego znaczenia, ale musiała wiedzieć, ile musi mu powiedzieć, żeby załapał, jak istotna ta sprawa w ogóle jest. A na ostatni stan jej wiedzy, to Bulstrode był na poziomie może odrobinę lepszym niż Borgin, czyli nadal nie za dobrze. </p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono — Atreus Bulstrode — osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic II</span></div></div>
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=7kMIkpi.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=7kMIkpi.png]" class="mycode_img" /></div>
<br />
<p>Był poranek, a Victoria wyglądała, jakby w biurze siedziała już przynajmniej dobre dwie godziny: rozwalona przy swoim biurku, zasypana papierami, a obok tych wszystkich papierzysk stały dwie filiżanki. I obie były puste. </p>
<p>Był poranek, a ona już odwaliła część zaległych raportów, swoich, ale też kompletnie nie swoich, bo w końcu przegrała z Atreusem pewien zakład i oto były efekty… Nadal uważała, że to dobrze, chociaż w jej głowie co jakiś czas leciała jakaś co barwniejsza wiązanka, która jednak nie wylatywała nigdzie na głos. </p>
<p>Ale pomiędzy tymi raportami (podzielonymi na cztery kupki, bo dwie to były dokumenty jeszcze nierozpisane, a kolejne dwie to te już skończone), które teraz odsunięte były na bok, dlatego wyglądało to wszystko jak pewnego rodzaju bardzo poukładane pobojowisko (Lestrange uważała, że jej biurko nagle jest za małe), walała się otwarta teczka ze sprawą, którą ostatnio przejęła od brygadzistów. Sprawa, która miała zostać umorzona ze względu na brak tropów i ogólny burdel biurokratyczny, a w której Victoria widziała istotny problem z wielu punktów, więc Brenna zdobyła dla niej teczkę, którą już dwa dni temu przeglądały, ale teraz należało to chyba pchnąć dalej. Wczoraj nie miała na to czasu, były nieco ważniejsze rzeczy, ale dzisiaj… Może dzisiaj uda się uszczknąć trochę czasu. Między innym i dlatego przyszła do pracy tak wcześnie: by sobie ten czas zorganizować. </p>
<p>I tak właśnie mógł ją zastać Atreus, ewidentnie po dwóch kawach i od dawna siedzącą nad papierologią, i zapewne był z siebie bardzo dumny, widząc na jej biureczku część wypełnionych dokumentów, które należały właśnie do niego. </p>
<p> <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– O, Bulstrode –</span> rzuciła, kiedy akurat w roztargnieniu przejechała dłonią po czole, by odgarnąć jakiś niesforny kosmyk i uniosła spojrzenie, dostrzegając aurora. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Ta część jest twoja –</span> dodała, kiwając głową na jedną z kupek po czym sięgnęła po jedną z filiżanek, chcąc się napić i ze zdziwieniem odkryła, że jest pusta. </p>
<p>Westchnęła przeciągle, przetarła oczy, po czym zmrużyła je, patrząc na Atreusa, bo właśnie przyszło jej do głowy, że to wspaniała okazja, by zająć mu trochę czasu. Wyrwie się z biura w teren, będzie mógł z kimś pogadać, może się zaangażuje w jakąś sprawę…</p>
<p> <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Masz czas? Mam robotę, przydałaby mi się pomoc –</span> stwierdziła dość nagle i przekrzywiła głowę. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Jak stoisz teraz z zielarstwem? –</span> nie miało to aż takiego znaczenia, ale musiała wiedzieć, ile musi mu powiedzieć, żeby załapał, jak istotna ta sprawa w ogóle jest. A na ostatni stan jej wiedzy, to Bulstrode był na poziomie może odrobinę lepszym niż Borgin, czyli nadal nie za dobrze. </p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[09.10.1972] Ship to wreck]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6152</link>
			<pubDate>Mon, 15 Jun 2026 23:05:20 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=177">Victoria Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6152</guid>
			<description><![CDATA[<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=6zPzabA.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=6zPzabA.png]" class="mycode_img" /></div>
<br />
<p>Powiedzieć, że zbierała się do tego jak do jeża, to jak nic nie powiedzieć. Niby miała informacje już jakiś czas, ale – jak to zwykle bywało w takich momentach – wszystkie inne rzeczy okazywały się być ważniejsze. Najpierw mało czasu ogólnie, bo było zbyt szybko po Spalonej Nocy, a informację dostała tuż przed nią i nie zdążyła na to nijak zareagować. Później problemy z kamienicą na Pokątnej i szybkie, niemalże nieprzemyślane (choć nie była to prawda) ruchy w stronę kupna nowego domu na zadupiu, sfinalizowane tuż na początku miesiąca, a to również, oprócz kosztów w postaci pieniędzy (których Victorii nie brakowało), wiązało się z kosztami czasowymi: załatwienie podłączenia sieci Fiuu, organizowanie przeprowadzki, godzenie tego z pracą na pełen etat… nie mówiąc o tym, że pracując próbowała zagłuszyć i zatopić niepowodzenia towarzysko-sercowe. </p>
<p>Ale dzisiaj nie miała wcale złego humoru. Po pierwsze w nocy udało się jej i Brennie dopiąć sprawę, nad którą pracowały chyba od czerwca, a Anthony, jako naczelny fan smoków, zapewne już słyszał, że w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami mieli kilka małych piskląt smoków zielonego walijskiego, trochę zabiedzone, ale żywe i całe, po tym, jak w końcu po niemal trzech miesiącach znalazły bazę kłusowników i urodzone smoki ze skradzionych matce jaj. Teraz tylko oby udało się namierzyć ich matkę i oby je przyjęła z powrotem… I co prawda miała przed sobą jeszcze trochę pracy by domknąć sprawę, czekało ją dzisiaj jeszcze jedno przesłuchanie, ale czuła satysfakcję już teraz. A po drugie naprawdę miło spędziła bal maskowy i co prawda czuła jakąś niepewność i nie wiedziała co sobie powinna myśleć o tym wszystkim, ale zgodziła się wyjść z Christopherem jeszcze gdzieś, tak poza balem, więc… To się miało jeszcze okazać. </p>
<p>A tymczasem korzystając z chwili przerwy w to poniedziałkowe popołudnie i jakiegoś przypływu siły, z listem od Dægberhta w rękach najpierw wpakowała się do windy, a potem wysiadła na poziomie piątym i skierowała się w dobrze znanym sobie kierunku do Organu Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego. Nie zapowiedziała się wcześniej, bo ta wolna chwila złapała ją dość nagle i po prostu postanowiła kuć żelazo póki gorące, licząc, że Anthony nie będzie teraz jakoś piekielnie zajęty i że ją przyjmie i, jeśli nie będzie wiedział jak pomóc, to chociaż skieruje ją tam, gdzie trzeba. </p>
<p>Aurorzy w mundurze zawsze robili wrażenie, nawet jeśli wiedziało się, że Anthony to jej drogi wuj, którego odwiedzała tutaj nie raz i nie dwa. Ale grzecznie poczekała, aż ktoś ją zaprosi do gabinetu szefostwa. </p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=6zPzabA.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=6zPzabA.png]" class="mycode_img" /></div>
<br />
<p>Powiedzieć, że zbierała się do tego jak do jeża, to jak nic nie powiedzieć. Niby miała informacje już jakiś czas, ale – jak to zwykle bywało w takich momentach – wszystkie inne rzeczy okazywały się być ważniejsze. Najpierw mało czasu ogólnie, bo było zbyt szybko po Spalonej Nocy, a informację dostała tuż przed nią i nie zdążyła na to nijak zareagować. Później problemy z kamienicą na Pokątnej i szybkie, niemalże nieprzemyślane (choć nie była to prawda) ruchy w stronę kupna nowego domu na zadupiu, sfinalizowane tuż na początku miesiąca, a to również, oprócz kosztów w postaci pieniędzy (których Victorii nie brakowało), wiązało się z kosztami czasowymi: załatwienie podłączenia sieci Fiuu, organizowanie przeprowadzki, godzenie tego z pracą na pełen etat… nie mówiąc o tym, że pracując próbowała zagłuszyć i zatopić niepowodzenia towarzysko-sercowe. </p>
<p>Ale dzisiaj nie miała wcale złego humoru. Po pierwsze w nocy udało się jej i Brennie dopiąć sprawę, nad którą pracowały chyba od czerwca, a Anthony, jako naczelny fan smoków, zapewne już słyszał, że w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami mieli kilka małych piskląt smoków zielonego walijskiego, trochę zabiedzone, ale żywe i całe, po tym, jak w końcu po niemal trzech miesiącach znalazły bazę kłusowników i urodzone smoki ze skradzionych matce jaj. Teraz tylko oby udało się namierzyć ich matkę i oby je przyjęła z powrotem… I co prawda miała przed sobą jeszcze trochę pracy by domknąć sprawę, czekało ją dzisiaj jeszcze jedno przesłuchanie, ale czuła satysfakcję już teraz. A po drugie naprawdę miło spędziła bal maskowy i co prawda czuła jakąś niepewność i nie wiedziała co sobie powinna myśleć o tym wszystkim, ale zgodziła się wyjść z Christopherem jeszcze gdzieś, tak poza balem, więc… To się miało jeszcze okazać. </p>
<p>A tymczasem korzystając z chwili przerwy w to poniedziałkowe popołudnie i jakiegoś przypływu siły, z listem od Dægberhta w rękach najpierw wpakowała się do windy, a potem wysiadła na poziomie piątym i skierowała się w dobrze znanym sobie kierunku do Organu Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego. Nie zapowiedziała się wcześniej, bo ta wolna chwila złapała ją dość nagle i po prostu postanowiła kuć żelazo póki gorące, licząc, że Anthony nie będzie teraz jakoś piekielnie zajęty i że ją przyjmie i, jeśli nie będzie wiedział jak pomóc, to chociaż skieruje ją tam, gdzie trzeba. </p>
<p>Aurorzy w mundurze zawsze robili wrażenie, nawet jeśli wiedziało się, że Anthony to jej drogi wuj, którego odwiedzała tutaj nie raz i nie dwa. Ale grzecznie poczekała, aż ktoś ją zaprosi do gabinetu szefostwa. </p>]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>