<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Klinika magicznych chorób i urazów]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Thu, 05 Nov 2026 23:48:49 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[[20/10/1972] Krematorium]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6394</link>
			<pubDate>Sat, 12 Sep 2026 23:15:40 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=654">Bran Krwiopijca</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6394</guid>
			<description><![CDATA[Krematorium znajduje się na samym końcu długiego korytarza na parterze Świętego Munga. Można dostać się do niego dwojgiem drzwi. <br />
<br />
Jedne drzwi prowadzą do ładnej recepcji i biur, gdzie przyjmujemy pogrążonych w żałobie członków rodzin zmarłych pacjentów. Oferujemy kilka rodzajów stosu ciałopalnego w wybranym przez państwa miejscu (<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">czy mogę zainteresować państwa katalogiem licencjonowanych przez Ministerstwo Magii punktów plenerowych do ustawiania stosów?</span>). Stos ciałopalny to jednak koszt. Dla tych, którzy pieniędzy na podobny rytuał nie mają, na miejscu oferujemy piece. Skromnie, cicho, krótko, ale z poszanowaniem godności.<br />
<br />
Drugie drzwi krematorium są mniej piękne i przeznaczone dla personelu. Tędy wwozimy to, co godności ludzkiej nie posiada (bądź nie posiada <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">już</span>). Zakrwawione waciki, odcięte palce cieślów, urwane nogi, bezimienne szczątki i to, co nam Koroner przyśle. Wszystko do pieca. Piece nie działają całą dobę, odpadom medycznym już się nigdzie nie spieszy, wystarcza pracownikom spalarni klasyczna zmiana 9-5. <br />
<br />
Po ocenie czasu odbioru odpadów z Ministerstwa, które się tego dnia przedłużyło (<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">cholerny młody i ten samoskładający się wózek!</span>), macie powody przypuszczać, że szczątki, których tropem podążacie, nie dojechały w godzinach działania pieców i będą czekać w Świętym Mungu do rana.<br />
<br />
Gdy pojawiacie się rano pod krematorium, na drzwiach dla petentów wciąż wisi tabliczka <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">zamknięte</span>, ale zbliża się godzina otwarcia. Pracownica biura, a więc osoba, która obsługuje klientów i dokumenty, będzie tutaj za nieco pond pół godziny. Ta kobieta ma dostęp do szczegółowej informacji, lecz jako że jest czarownicą kompetentną i odpowiedzialną za funkcjonowanie tego miejsca, może być nie tak łatwo przekonać ją, żeby tak po prostu wszystko wam wyśpiewała, skoro wchodzicie tu bez nakazów, bez uprzedzenia, bez upoważnienia od przełożonych. <br />
<br />
Część dla klientów jest zamknięta na cztery spusty, lecz co jakiś czas przez drzwi dla personelu tenże personel sanitarno-porządkowy zwozi do spalarni wózki z zużytymi opatrunkami, skontaminowanymi klątwą przedmiotami i wszystkim innym, czego nie można bezpiecznie wyrzucić na kubły za szpitalem. Zagadanie do takiej sprzątaczki czy woźnego…? Jest szansa, że będą mniej ostrożni i w ciemno zaufają legitymacji, wprowadzając was drzwiami dla pracowników.<br />
<br />
<br />
<div class="mgzadanietytul">zadanie od mistrza gry</div><div class="mgzadanie">
Możecie wybrać bezpieczną ścieżkę: dogadać się z jakąś niezbyt ostrożną i nieobeznaną z prawem sprzątaczką. Dostaniecie wtedy po dwie próby rzutu na charyzmę na głowę. Jeśli nie uda się wam jej przekonać, mieliście gigantycznego pecha, ale poza tym nie ma konsekwencji. Jeśli się uda, ta osoba zaprowadzi was do głowy, ale nie będzie wam umiała niczego powiedzieć.<br />
<br />
Próba dogadania się z pracownicą krematorium jest nieco bardziej ryzykowna. Domyślnie zaproponuję wam dwa podejścia do oczarowania jej charyzmą (dwa łącznie, nieważne kto rzuci). Możecie też wyjść dodatkowo z własnym pomysłem wykorzystania waszych przewag i statystyk do uzyskania jakichś bonusów. Ta kobieta może nie tylko wskazać wam głowę, ale i ma dostęp do dokumentów oraz odpowie na wasze pytania (jeśli będzie znała odpowiedź; nie wie niczego o śledztwie, ale koroner musiał przekazać do krematorium pewien pakiet informacji o tym, co właściwie dostają, aby poprawnie i bezpiecznie to zutylizowano). Porażka grozi tym, że pani skontaktuje się z Biurem, prosząc o dodatkowe wyjaśnienia, a wtedy Harper zorientuje się, że węszycie za czymś i będzie przyglądać się wam uważniej, nawet jeśli uda wam się wiarygodnie wytłumaczyć.<br />
<br />
Jeśli potrzebujecie, żeby postaci się naradziły, albo chcecie zrobić sobie dłuższy wstęp, możecie tu same pisać, ile dusza zapragnie, ale otagujcie mnie, gdy postaci zdecydują się na którąś z dróg i podejmiecie działanie. Poprowadzę NPC.<br />
<br />
Nadajcie sesji datę fabularną i mi ją zgłoście. Wstępnie jako gracze macie na domknięcie tego wątku czas do 15 listopada.<br />
<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=38" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Atreus Bulstrode</a> <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=177" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Victoria Lestrange</a></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Krematorium znajduje się na samym końcu długiego korytarza na parterze Świętego Munga. Można dostać się do niego dwojgiem drzwi. <br />
<br />
Jedne drzwi prowadzą do ładnej recepcji i biur, gdzie przyjmujemy pogrążonych w żałobie członków rodzin zmarłych pacjentów. Oferujemy kilka rodzajów stosu ciałopalnego w wybranym przez państwa miejscu (<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">czy mogę zainteresować państwa katalogiem licencjonowanych przez Ministerstwo Magii punktów plenerowych do ustawiania stosów?</span>). Stos ciałopalny to jednak koszt. Dla tych, którzy pieniędzy na podobny rytuał nie mają, na miejscu oferujemy piece. Skromnie, cicho, krótko, ale z poszanowaniem godności.<br />
<br />
Drugie drzwi krematorium są mniej piękne i przeznaczone dla personelu. Tędy wwozimy to, co godności ludzkiej nie posiada (bądź nie posiada <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">już</span>). Zakrwawione waciki, odcięte palce cieślów, urwane nogi, bezimienne szczątki i to, co nam Koroner przyśle. Wszystko do pieca. Piece nie działają całą dobę, odpadom medycznym już się nigdzie nie spieszy, wystarcza pracownikom spalarni klasyczna zmiana 9-5. <br />
<br />
Po ocenie czasu odbioru odpadów z Ministerstwa, które się tego dnia przedłużyło (<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">cholerny młody i ten samoskładający się wózek!</span>), macie powody przypuszczać, że szczątki, których tropem podążacie, nie dojechały w godzinach działania pieców i będą czekać w Świętym Mungu do rana.<br />
<br />
Gdy pojawiacie się rano pod krematorium, na drzwiach dla petentów wciąż wisi tabliczka <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">zamknięte</span>, ale zbliża się godzina otwarcia. Pracownica biura, a więc osoba, która obsługuje klientów i dokumenty, będzie tutaj za nieco pond pół godziny. Ta kobieta ma dostęp do szczegółowej informacji, lecz jako że jest czarownicą kompetentną i odpowiedzialną za funkcjonowanie tego miejsca, może być nie tak łatwo przekonać ją, żeby tak po prostu wszystko wam wyśpiewała, skoro wchodzicie tu bez nakazów, bez uprzedzenia, bez upoważnienia od przełożonych. <br />
<br />
Część dla klientów jest zamknięta na cztery spusty, lecz co jakiś czas przez drzwi dla personelu tenże personel sanitarno-porządkowy zwozi do spalarni wózki z zużytymi opatrunkami, skontaminowanymi klątwą przedmiotami i wszystkim innym, czego nie można bezpiecznie wyrzucić na kubły za szpitalem. Zagadanie do takiej sprzątaczki czy woźnego…? Jest szansa, że będą mniej ostrożni i w ciemno zaufają legitymacji, wprowadzając was drzwiami dla pracowników.<br />
<br />
<br />
<div class="mgzadanietytul">zadanie od mistrza gry</div><div class="mgzadanie">
Możecie wybrać bezpieczną ścieżkę: dogadać się z jakąś niezbyt ostrożną i nieobeznaną z prawem sprzątaczką. Dostaniecie wtedy po dwie próby rzutu na charyzmę na głowę. Jeśli nie uda się wam jej przekonać, mieliście gigantycznego pecha, ale poza tym nie ma konsekwencji. Jeśli się uda, ta osoba zaprowadzi was do głowy, ale nie będzie wam umiała niczego powiedzieć.<br />
<br />
Próba dogadania się z pracownicą krematorium jest nieco bardziej ryzykowna. Domyślnie zaproponuję wam dwa podejścia do oczarowania jej charyzmą (dwa łącznie, nieważne kto rzuci). Możecie też wyjść dodatkowo z własnym pomysłem wykorzystania waszych przewag i statystyk do uzyskania jakichś bonusów. Ta kobieta może nie tylko wskazać wam głowę, ale i ma dostęp do dokumentów oraz odpowie na wasze pytania (jeśli będzie znała odpowiedź; nie wie niczego o śledztwie, ale koroner musiał przekazać do krematorium pewien pakiet informacji o tym, co właściwie dostają, aby poprawnie i bezpiecznie to zutylizowano). Porażka grozi tym, że pani skontaktuje się z Biurem, prosząc o dodatkowe wyjaśnienia, a wtedy Harper zorientuje się, że węszycie za czymś i będzie przyglądać się wam uważniej, nawet jeśli uda wam się wiarygodnie wytłumaczyć.<br />
<br />
Jeśli potrzebujecie, żeby postaci się naradziły, albo chcecie zrobić sobie dłuższy wstęp, możecie tu same pisać, ile dusza zapragnie, ale otagujcie mnie, gdy postaci zdecydują się na którąś z dróg i podejmiecie działanie. Poprowadzę NPC.<br />
<br />
Nadajcie sesji datę fabularną i mi ją zgłoście. Wstępnie jako gracze macie na domknięcie tego wątku czas do 15 listopada.<br />
<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=38" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Atreus Bulstrode</a> <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=177" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Victoria Lestrange</a></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[10.09.1972] i see red [Sabrina&Edith]]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6348</link>
			<pubDate>Fri, 04 Sep 2026 20:42:32 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=540">Edith Rookwood</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6348</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">10.09.1972</div>
<br />
<p>To było niezwykłe, komiczne wręcz, jak wiele czarownic zostało oblanych czerwoną farbą w trakcie Spalonej Nocy. Może nawet by to samej Edith bardzo nie ruszyło, bo do różnych zachowań, szczególnie niereformowalnych i to z rąk tych co byli niżej od niej, była przyzwyczajona. Nie myślała jednak, że ktoś wpadnie na tak głupi pomysł, jak stworzenie jakiejś dziwnej, specjalnej mieszaniny, która uniemożliwiała domycie niezidentyfikowanej cieczy.</p>
<p>Chodziła więc przez ostatnie dwa dni cała czerwona — od stóp do głów prawie, bo chluśnięcie dosięgło jej dłoni i odkrytych przedramion. Dosięgło większości twarzy, chociaż dół, który zakryty był przez chustę był bardziej różowy niż czerwony. Tak samo zresztą z szyją. Największe skupisko szkarłatu znajdowało się powyżej nosa, w okolicy oczu, uszu, na czole, na głowie. Nawet jej włosy mieniły się w świetle żarówki czerwienią, jakby ich czerń została potraktowana farbą. No, ogólnie porażka.</p>
<p>Nie działały najdroższe mydła i szampony. Nie działały zaklęcia, bolesne szorowanie ani przekleństwa, jakie wyrzucała z siebie za każdym razem, gdy spojrzała w lustro i myślała o tym idiocie, który ją tam na środku ulicy oblał. Najgorsze w tym wszystkim było to, że wkrótce musiała pojawić się w pracy, więc problem był palący, problem wymagał natychmiastowej konsultacji.</p>
<p>W św. Mungu pojawiła się bardzo wcześnie, w nadziei, że dzięki tej specyficznej porze, gdy ruch jest trochę mniejszy, oszczędzi sobie gapiów wytykających jej nowy odcień skóry, palcami. Oczywiście, św. Mung był i tak przepełniony, i to przypadkami najróżniejszymi, więc się zawiodła. W kolejce spotkała kobiety, których twarze również pokrywała czerwień, czarodziejów kasłających praktycznie nieustannie, niepotrafiących poradzić sobie z wszechobecnym popiołem, który dalej unosił się w niektórych miejscach w Londynie. Widziała poparzenia; mniejsze czy większe ubytki włosów oraz skóry, których pracownicy nie mieli czasu posortować od najbardziej wymagających opieki, do tych wymagających jej najmniej.</p>
<p>W końcu zawołano ją do okienka, z czarownicą, która pracowała w tym miejscu rozmawiała przez kilka chwil — ta, widząc woalkę, bez słowa praktycznie, odesłała Edith, gdzieś w bok, gdzie na przyjęcie oczekiwało kilka innych, równie czerwonych na ciele panien. Niektóre z nich, próbowały ukryć barwę pod ciężkim makijażem (który nic nie zmieniał, dodając im skórze jedynie ciemno-różowej barwy), inne, tak jak Edith chowały się za kapturami swych szat i woalkami, które w zależności od swej barwy, nadawały im wyglądu młodych wdówek lub skrywających swe twarze za śnieżnobiałą koronką, panien młodych.</p>
<p>W końcu wywołano ją do jednego z gabinetów. W środku unosił się ciężki zapach ziół i przeróżnych maści. Nie był nieprzyjemny, ale Edith kojarzył się tylko i wyłącznie z szpitalem — czyli niezbyt dobrze.</p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dzień dobry.</span> — rzuciła w stronę pracującej tam, blond-włosej czarownicy i usiadła na jednym z wysłużonych drewnianych krzeseł. Pomieszczenie nie przypominało gabinetu i w normalnych okolicznościach raczej nie przyjmowano tam zwyczajnych pacjetów, więc Rookwood domyśliła się, że ze względu na natłok pacjentów, klinika używała wszystkich dostępnych pomieszczeń oraz pracowników — byleby chociaż na chwilę ulżyć uzdrowicielom.</p>
<p>Bez żadnych oporów, odkryła woalkę, zanim jeszcze wyjaśniła po co tu jest, bo jej twarz była wystarczająco czerwona, by czarownica mogła domyśleć się po co tam przyszła.</p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">W Spaloną Noc zostałam zaatakowana. O ile nie było to nic co mnie poparzyło czy uszkodziło moją skórę, to zupełnie nie potrafię tego domyć. I nie pomaga kompletnie nic.</span> — spojrzała na czarownice wzrokiem obojętnym, jej głos był równie neutralny. Pierwszy raz od bardzo dawna nie miała ochoty na żarty. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">W poczekalni widziałam, że nie jestem jedyna. Co za czasy.</span> — prychnęła w zamyśleniu, oburzona. Ktoś mógłby powiedzieć, że zachowuje się trywialnie, nie straciła przecież życia ani dobytku, żaden z członków jej rodziny nie został zaatakowany na tyle poważnie, by wywoływać jej larum, ale czuła się upokorzona, a to było chyba jeszcze gorsze.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">10.09.1972</div>
<br />
<p>To było niezwykłe, komiczne wręcz, jak wiele czarownic zostało oblanych czerwoną farbą w trakcie Spalonej Nocy. Może nawet by to samej Edith bardzo nie ruszyło, bo do różnych zachowań, szczególnie niereformowalnych i to z rąk tych co byli niżej od niej, była przyzwyczajona. Nie myślała jednak, że ktoś wpadnie na tak głupi pomysł, jak stworzenie jakiejś dziwnej, specjalnej mieszaniny, która uniemożliwiała domycie niezidentyfikowanej cieczy.</p>
<p>Chodziła więc przez ostatnie dwa dni cała czerwona — od stóp do głów prawie, bo chluśnięcie dosięgło jej dłoni i odkrytych przedramion. Dosięgło większości twarzy, chociaż dół, który zakryty był przez chustę był bardziej różowy niż czerwony. Tak samo zresztą z szyją. Największe skupisko szkarłatu znajdowało się powyżej nosa, w okolicy oczu, uszu, na czole, na głowie. Nawet jej włosy mieniły się w świetle żarówki czerwienią, jakby ich czerń została potraktowana farbą. No, ogólnie porażka.</p>
<p>Nie działały najdroższe mydła i szampony. Nie działały zaklęcia, bolesne szorowanie ani przekleństwa, jakie wyrzucała z siebie za każdym razem, gdy spojrzała w lustro i myślała o tym idiocie, który ją tam na środku ulicy oblał. Najgorsze w tym wszystkim było to, że wkrótce musiała pojawić się w pracy, więc problem był palący, problem wymagał natychmiastowej konsultacji.</p>
<p>W św. Mungu pojawiła się bardzo wcześnie, w nadziei, że dzięki tej specyficznej porze, gdy ruch jest trochę mniejszy, oszczędzi sobie gapiów wytykających jej nowy odcień skóry, palcami. Oczywiście, św. Mung był i tak przepełniony, i to przypadkami najróżniejszymi, więc się zawiodła. W kolejce spotkała kobiety, których twarze również pokrywała czerwień, czarodziejów kasłających praktycznie nieustannie, niepotrafiących poradzić sobie z wszechobecnym popiołem, który dalej unosił się w niektórych miejscach w Londynie. Widziała poparzenia; mniejsze czy większe ubytki włosów oraz skóry, których pracownicy nie mieli czasu posortować od najbardziej wymagających opieki, do tych wymagających jej najmniej.</p>
<p>W końcu zawołano ją do okienka, z czarownicą, która pracowała w tym miejscu rozmawiała przez kilka chwil — ta, widząc woalkę, bez słowa praktycznie, odesłała Edith, gdzieś w bok, gdzie na przyjęcie oczekiwało kilka innych, równie czerwonych na ciele panien. Niektóre z nich, próbowały ukryć barwę pod ciężkim makijażem (który nic nie zmieniał, dodając im skórze jedynie ciemno-różowej barwy), inne, tak jak Edith chowały się za kapturami swych szat i woalkami, które w zależności od swej barwy, nadawały im wyglądu młodych wdówek lub skrywających swe twarze za śnieżnobiałą koronką, panien młodych.</p>
<p>W końcu wywołano ją do jednego z gabinetów. W środku unosił się ciężki zapach ziół i przeróżnych maści. Nie był nieprzyjemny, ale Edith kojarzył się tylko i wyłącznie z szpitalem — czyli niezbyt dobrze.</p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dzień dobry.</span> — rzuciła w stronę pracującej tam, blond-włosej czarownicy i usiadła na jednym z wysłużonych drewnianych krzeseł. Pomieszczenie nie przypominało gabinetu i w normalnych okolicznościach raczej nie przyjmowano tam zwyczajnych pacjetów, więc Rookwood domyśliła się, że ze względu na natłok pacjentów, klinika używała wszystkich dostępnych pomieszczeń oraz pracowników — byleby chociaż na chwilę ulżyć uzdrowicielom.</p>
<p>Bez żadnych oporów, odkryła woalkę, zanim jeszcze wyjaśniła po co tu jest, bo jej twarz była wystarczająco czerwona, by czarownica mogła domyśleć się po co tam przyszła.</p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">W Spaloną Noc zostałam zaatakowana. O ile nie było to nic co mnie poparzyło czy uszkodziło moją skórę, to zupełnie nie potrafię tego domyć. I nie pomaga kompletnie nic.</span> — spojrzała na czarownice wzrokiem obojętnym, jej głos był równie neutralny. Pierwszy raz od bardzo dawna nie miała ochoty na żarty. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">W poczekalni widziałam, że nie jestem jedyna. Co za czasy.</span> — prychnęła w zamyśleniu, oburzona. Ktoś mógłby powiedzieć, że zachowuje się trywialnie, nie straciła przecież życia ani dobytku, żaden z członków jej rodziny nie został zaatakowany na tyle poważnie, by wywoływać jej larum, ale czuła się upokorzona, a to było chyba jeszcze gorsze.</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[08-09.09] Złamany nos i inne problemy | Sabrina & Atreus | Spalona Noc]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6347</link>
			<pubDate>Fri, 04 Sep 2026 19:14:21 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=649">Sabrina Morgan</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6347</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">około północy, noc z 8 na 9 września 1972 roku</div>
<br />
Gdy wszystko się zaczęło, opryskiwała rośliny miksturą przeciwko szkodnikom. Każdy zielarz czy ogrodnik wie, że najlepsza pora na wszelkie opryski z mikstur była wieczorem lub wczesnym rankiem, a że Sabrina wolała pospać, niż zrywać się z łóżka o świcie, wybrała właśnie tę porę. Dobrze się złożyło że nie drzemała, bo gdy usłyszała w magicznym radiu o atakach, zobaczyła co się dzieje za oknami szklarni i poczuła dym wdzierający jej się do pomieszczeń, szybko zabrała wszystko co potrzebne i przeteleportowała się do Londynu. Mogła się domyślać, co działo się w Mungu i ani trochę się nie pomyliła. <br />
<br />
Wystarczyło, że przekroczyła próg, a już jej obawy znalazły swoje potwierdzenie w płaczących i spanikowanych, okaleczonych i zakrwawionych czarodziejach. Praktycznie od razu zabrała się do pracy, oferując pomoc w wytwarzaniu leczniczych maści i eliksirów na Izbie Przyjęć. Rannych jednak z każdą chwilą przybywało i choć wiedziała, że jej pomoc przydaje się magimedykom, momentami łapała coraz większe zwątpienie. W swoje umiejętności, w to, czy składniki nie zaczną się wkrótce kończyć, czy w to, czy aby na pewno nie popełni jakiegoś błędu z najzwyczajniejszego na świecie stresu. Trzymała go jednak w ryzach, ponieważ adrenalina buzowała jej w żyłach z taką mocą, jak jeszcze nigdy wcześniej. Bo też nigdy wcześniej nie została postawiona w takiej sytuacji. Nie licząc oczywiście szkoleń czy wszystkich zasad postępowania w kryzysowych sytuacjach, znanych jej dotychczas głównie w teorii. Przecież na ogół jej praca była dość spokojna, a przynajmniej <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">spokojniejsza</span> niż ten chaos.<br />
<br />
Najpewniej do końca dnia stwierdziłaby, że choć faktycznie cała ta sytuacja jest trudna, da się ją opanować, gdyby nie to, co stało się około północy. Właśnie podawała kobiecie ze złamaną nogą eliksir wspomagający wzrost kości, mówiąc jej, że musi go wypić, nieważne jak źle smakuje, takie było w końcu zalecenie medyka prowadzącego, który ją do niej wysłał. Po dopilnowaniu tego, żeby kobieta wypiła medykament, uśmiechnęła się do niej pokrzepiająco i skierowała swoje kroki w kierunku małego stanowiska, gdzie mogła na szybko przygotowywać niezbędne leki. Na korytarzu było jednak tłoczno, bo tylko te najpilniejsze przypadki dostawały osobne sale, a korytarz był miejscem, gdzie siedziała większość pacjentów potrzebujących mniej pilnej opieki zdrowotnej.<br />
<br />
W pewnym momencie poczuła szarpnięcie za rękę, które poskutkowało obróceniem się w stronę nieznajomego. Zanim zorientowała się, kto do tego doprowadził, poczuła ogromny ból nosa. Upuściła pustą fiolkę po eliksirze, który podała wcześniej jednej z pacjentek i zawyła z bólu. Od razu zakryła twarz, czując lepką, ciepłą ciecz wypływającą z nozdrzy. Choćby chciała, nie byłaby w stanie dostrzec twarzy osoby, która ją zaatakowała. Był biały i miał włosy w odcieniu mysiego futerka, ale jego twarz była zupełnie rozmyta przez łzy, które z bólu zebrały jej się w oczach. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– To za moją córkę, ty szmato –</span> powiedział i wyglądał tak, jakby chciał uderzyć ją jeszcze raz. Został jednak obezwładniony zaklęciem przez jednego z czarodziejów. Sabrina nie była w stanie stwierdzić przez kogo. Miała wrażenie jakby świat się wokół niej kręcił i nie była pewna jak sobie z tym poradzić. Próbowała złapać oddech, ale czuła ucisk w klatce piersiowej, który zwiastował… Wiedziała co. Dlatego też musiała się <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">jakoś</span> uspokoić. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby dostała ataku paniki w czasie pracy, i to tak intensywnej pracy. Słyszała jak ktoś wołał do niej po imieniu albo jej się tak tylko wydawało. W gruncie rzeczy dzwoniło jej z tego wszystkiego w uszach. Tak czy siak machnęła ręką, mając nadzieję, że jeśli ktoś ją faktycznie wołał, zrozumie ten ruch jako "poradzę sobie, dzięki". No bo przecież nie w takich sytuacjach już sobie radziła… <br />
<br />
Myślała jedynie o tym, o co mogło chodzić temu mężczyźnie? Czyżby dokonał tego ataku przez jej status krwi? Nieskutecznie próbując jednocześnie iść do bezpieczniejszego miejsca, aby się uspokoić, wpadła na kogoś znajomego. A przynajmniej tak jej się wydawało. Nic jednak nie powiedziała, niezdolna do powiedzenia czegokolwiek.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">około północy, noc z 8 na 9 września 1972 roku</div>
<br />
Gdy wszystko się zaczęło, opryskiwała rośliny miksturą przeciwko szkodnikom. Każdy zielarz czy ogrodnik wie, że najlepsza pora na wszelkie opryski z mikstur była wieczorem lub wczesnym rankiem, a że Sabrina wolała pospać, niż zrywać się z łóżka o świcie, wybrała właśnie tę porę. Dobrze się złożyło że nie drzemała, bo gdy usłyszała w magicznym radiu o atakach, zobaczyła co się dzieje za oknami szklarni i poczuła dym wdzierający jej się do pomieszczeń, szybko zabrała wszystko co potrzebne i przeteleportowała się do Londynu. Mogła się domyślać, co działo się w Mungu i ani trochę się nie pomyliła. <br />
<br />
Wystarczyło, że przekroczyła próg, a już jej obawy znalazły swoje potwierdzenie w płaczących i spanikowanych, okaleczonych i zakrwawionych czarodziejach. Praktycznie od razu zabrała się do pracy, oferując pomoc w wytwarzaniu leczniczych maści i eliksirów na Izbie Przyjęć. Rannych jednak z każdą chwilą przybywało i choć wiedziała, że jej pomoc przydaje się magimedykom, momentami łapała coraz większe zwątpienie. W swoje umiejętności, w to, czy składniki nie zaczną się wkrótce kończyć, czy w to, czy aby na pewno nie popełni jakiegoś błędu z najzwyczajniejszego na świecie stresu. Trzymała go jednak w ryzach, ponieważ adrenalina buzowała jej w żyłach z taką mocą, jak jeszcze nigdy wcześniej. Bo też nigdy wcześniej nie została postawiona w takiej sytuacji. Nie licząc oczywiście szkoleń czy wszystkich zasad postępowania w kryzysowych sytuacjach, znanych jej dotychczas głównie w teorii. Przecież na ogół jej praca była dość spokojna, a przynajmniej <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">spokojniejsza</span> niż ten chaos.<br />
<br />
Najpewniej do końca dnia stwierdziłaby, że choć faktycznie cała ta sytuacja jest trudna, da się ją opanować, gdyby nie to, co stało się około północy. Właśnie podawała kobiecie ze złamaną nogą eliksir wspomagający wzrost kości, mówiąc jej, że musi go wypić, nieważne jak źle smakuje, takie było w końcu zalecenie medyka prowadzącego, który ją do niej wysłał. Po dopilnowaniu tego, żeby kobieta wypiła medykament, uśmiechnęła się do niej pokrzepiająco i skierowała swoje kroki w kierunku małego stanowiska, gdzie mogła na szybko przygotowywać niezbędne leki. Na korytarzu było jednak tłoczno, bo tylko te najpilniejsze przypadki dostawały osobne sale, a korytarz był miejscem, gdzie siedziała większość pacjentów potrzebujących mniej pilnej opieki zdrowotnej.<br />
<br />
W pewnym momencie poczuła szarpnięcie za rękę, które poskutkowało obróceniem się w stronę nieznajomego. Zanim zorientowała się, kto do tego doprowadził, poczuła ogromny ból nosa. Upuściła pustą fiolkę po eliksirze, który podała wcześniej jednej z pacjentek i zawyła z bólu. Od razu zakryła twarz, czując lepką, ciepłą ciecz wypływającą z nozdrzy. Choćby chciała, nie byłaby w stanie dostrzec twarzy osoby, która ją zaatakowała. Był biały i miał włosy w odcieniu mysiego futerka, ale jego twarz była zupełnie rozmyta przez łzy, które z bólu zebrały jej się w oczach. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– To za moją córkę, ty szmato –</span> powiedział i wyglądał tak, jakby chciał uderzyć ją jeszcze raz. Został jednak obezwładniony zaklęciem przez jednego z czarodziejów. Sabrina nie była w stanie stwierdzić przez kogo. Miała wrażenie jakby świat się wokół niej kręcił i nie była pewna jak sobie z tym poradzić. Próbowała złapać oddech, ale czuła ucisk w klatce piersiowej, który zwiastował… Wiedziała co. Dlatego też musiała się <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">jakoś</span> uspokoić. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby dostała ataku paniki w czasie pracy, i to tak intensywnej pracy. Słyszała jak ktoś wołał do niej po imieniu albo jej się tak tylko wydawało. W gruncie rzeczy dzwoniło jej z tego wszystkiego w uszach. Tak czy siak machnęła ręką, mając nadzieję, że jeśli ktoś ją faktycznie wołał, zrozumie ten ruch jako "poradzę sobie, dzięki". No bo przecież nie w takich sytuacjach już sobie radziła… <br />
<br />
Myślała jedynie o tym, o co mogło chodzić temu mężczyźnie? Czyżby dokonał tego ataku przez jej status krwi? Nieskutecznie próbując jednocześnie iść do bezpieczniejszego miejsca, aby się uspokoić, wpadła na kogoś znajomego. A przynajmniej tak jej się wydawało. Nic jednak nie powiedziała, niezdolna do powiedzenia czegokolwiek.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 72, Spalona Noc, 8.09] Émile & Zelena]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6271</link>
			<pubDate>Tue, 11 Aug 2026 11:56:46 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=645">Émile Mulciber</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6271</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Spalona Noc<br />
8.09.1972<br />
Émile &amp; Zelena</div>
<br />
Ogień szalał w Londynie, a ataki dopiero się zaczęły. Popiół opadał z nieba, osadzał się we włosach, na ubraniach, w płucach mieszkańców miasta. Siepacze Lorda Voldemorta nie mieli litości dla mieszkańców miasta, najmniej dla osób mugolskiego pochodzenia. To wszystko stało się nagle. W jednej chwili wszystko było jeśli nie dobrze, to normalnie, a w drugiej miasto ogarnęła pożoga.<br />
<br />
Dotarł do szpitala niedługo przed jedenastą w nocy. W środku panował chaos, spodziewany zważywszy na daną sytuację. Cały czas pojawiali się nowi ranni, sieć Fiuu nie działała, a pracownicy nie wiedzieli, kogo priorytetyzować, skoro coraz to kolejni pacjenci byli w sytuacji zagrożenia życia. Émile wpadł na zaplecze, szybko przebrał się w szatę medyka. Nie musiał długo przygotowywać swojej torby, bowiem miał nawyk trzymania wszystkiego w najwyższym porządku. Czasem taka nerwica natręctw się przydawała. Nie miał tego wieczoru zaplanowanego dyżuru, ale skoro Londyn został zaatakowany, każdy, kto mógł, musiał jakoś pomóc. Taki był obowiązek lekarza, a uchylenie się przed nim stanowiłoby przykład nie tyle tchórzostwa, co braku wyczucia powagi pełnionej przez siebie funkcji.<br />
<br />
Kiedy wyszedł na korytarz, ujrzał młodą stażystkę, Zelenę Brekker. Zdarzyło się jej kiedyś asystować Émile'owi w czasie zabiegu, a takich ludzi się nie zapominało, nawet pomimo twarzy zakrytych maseczkami. Mulciber pamiętał, że dziewczyna poradziła sobie całkiem dobrze. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Panno Brekker – </span>powitał ją skinieniem głowy.<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Czy potrzebuje pani pomocy lub asysty? – </span>zapytał rzeczowo, choć grzecznie.<br />
<br />
!Nigdy nie przestawaj leczyć]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Spalona Noc<br />
8.09.1972<br />
Émile &amp; Zelena</div>
<br />
Ogień szalał w Londynie, a ataki dopiero się zaczęły. Popiół opadał z nieba, osadzał się we włosach, na ubraniach, w płucach mieszkańców miasta. Siepacze Lorda Voldemorta nie mieli litości dla mieszkańców miasta, najmniej dla osób mugolskiego pochodzenia. To wszystko stało się nagle. W jednej chwili wszystko było jeśli nie dobrze, to normalnie, a w drugiej miasto ogarnęła pożoga.<br />
<br />
Dotarł do szpitala niedługo przed jedenastą w nocy. W środku panował chaos, spodziewany zważywszy na daną sytuację. Cały czas pojawiali się nowi ranni, sieć Fiuu nie działała, a pracownicy nie wiedzieli, kogo priorytetyzować, skoro coraz to kolejni pacjenci byli w sytuacji zagrożenia życia. Émile wpadł na zaplecze, szybko przebrał się w szatę medyka. Nie musiał długo przygotowywać swojej torby, bowiem miał nawyk trzymania wszystkiego w najwyższym porządku. Czasem taka nerwica natręctw się przydawała. Nie miał tego wieczoru zaplanowanego dyżuru, ale skoro Londyn został zaatakowany, każdy, kto mógł, musiał jakoś pomóc. Taki był obowiązek lekarza, a uchylenie się przed nim stanowiłoby przykład nie tyle tchórzostwa, co braku wyczucia powagi pełnionej przez siebie funkcji.<br />
<br />
Kiedy wyszedł na korytarz, ujrzał młodą stażystkę, Zelenę Brekker. Zdarzyło się jej kiedyś asystować Émile'owi w czasie zabiegu, a takich ludzi się nie zapominało, nawet pomimo twarzy zakrytych maseczkami. Mulciber pamiętał, że dziewczyna poradziła sobie całkiem dobrze. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Panno Brekker – </span>powitał ją skinieniem głowy.<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Czy potrzebuje pani pomocy lub asysty? – </span>zapytał rzeczowo, choć grzecznie.<br />
<br />
!Nigdy nie przestawaj leczyć]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[08.09.72, Spalona Noc] Przez Łąki Asfodelowe | Deidre i Septima]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6106</link>
			<pubDate>Tue, 02 Jun 2026 17:39:27 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=331">Septima Ollivander</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6106</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Spalona Noc, późny wieczór</div>
<br />
Nie potrafiła przywołać momentu, w którym znalazła się pod Mungiem, ułożona bokiem na kojąco chłodnym kamieniu; pamięć rozsypała się wcześniej i zostawiła po sobie tylko niewyraźny osad niepoukładanych migawek. Być może doczołgała się tu sama. Być może ktoś zostawił ją na schodach i ruszył gdzieś przed siebie, ku wrotom piekielnym, niczym mara nocna, która zstąpiła do tego świata tylko na krótką chwilę. W tamtym momencie nie miało to większego znaczenia; rzeczywistość i tak zdążyła już się zwęzić do kilku najprostszych czynności – prób oddychania, nie uduszenia się od ciężaru zapadających się od kaszlu płuc, no i utrzymania otwartych oczu, tak aby nikt nie uznał jej za <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">stratę</span> nie wartą ratunku.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„U Ollivanderów poszły tylko szyby”</span> rzucił niedawno w pośpiechu auror, którego błagalnie wyprosiła o rekonstrukcję jego drogi przez Pokątną. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„Nikogo stamtąd nie musieli ratować.”</span><br />
Miała wrażenie jakby ktoś przeciągnął jej przez żuchwę gruby postronek płaczu, który zaległ głęboko w gardle, nasiąkając mdłościami i strachem. Ojciec był wtedy w domu, może nawet z Samem. Dobytek ich życia ocalał, ale co z innymi? Co z całym jej londyńskim światem, w którym się urodziła, wychowała i który był jej częścią tak samo ważną, jak była jej prawa ręka? Co z jej przyjaciółmi? Co z gniazdem gołąbków, które pielęgnowała latem?<br />
Leżąc na schodach słyszała jedynie niekończący się ruch – dziesiątki kroków uderzających o kamień w rytmie pozbawionym melodii, podeszwy ciężkie, podeszwy szybkie i podeszwy ludzi, którzy jeszcze wierzyli, że zdążą. Drzwi Munga, na wylot otwarte, przepuszczały przez wnętrze kolejne ciała i kolejne fragmenty cudzego nieszczęścia.<br />
Była pewna, że jeśli interesowano się pechowcami na schodach, to ona nie była priorytetem. Lewa ręka piekła przy każdym ruchu, nieprzyjemnie gorąca i napięta. Materiał płaszcza przykleił się miejscami do skóry, a kiedy spróbowała go odsunąć, odkryła pod nim nieregularne zaczerwienienia i kilka cienkich rozcięć, z których sączyła się krew zmieszana z drobnym pyłem. Szkło musiało uderzyć ją również w policzek albo skroń – czuła coś lepkiego przy linii szczęki i nie była pewna, czy to pot, czy krew.<br />
Ale żyła. <br />
Dym zdążył osiąść w jej oczach niczym podstępny kożuch, żywcem zdjęty z martwej owcy. W płucach zaś zalągła się trucizna, która przy każdym oddechu rozpełzała się po wnętrzu klatki piersiowej cienkimi, gorącymi odnogami.<br />
Ale żyła.<br />
Przymknęła powieki.<br />
Z jakiegoś powodu ten mleczny dym osiadający na rzęsach i rozcierający rysy świata przypomniał jej tamten dzień w Dolinie Kadiszy – środek dnia, zlepione od potu palce i Lamis stojącą naprzeciwko niej z nieodgadnionym spokojem na twarzy. Pamiętała moment, w którym kuzynka zarzuciła jej na głowę biały welon o zapachu kadzidła i wody różanej; cienki materiał, prawie przezroczysty, a mimo to zmieniał wszystko – światło stawało się łagodniejsze, kontury mniej ostre, ludzie dalsi.<br />
Wtedy czuła się nieswojo.<br />
Teraz, leżąc na schodach Munga z gardłem suchym jak pustynny piach i ranami pechowych rykoszetów, pomyślała z dziwną epifanią w myślach, że ten obraz wygląda niemal tak samo.<br />
Tylko tamten welon wydawał się mieć moc namaszczenia.<br />
Ten cuchnął śmiercią i zniszczeniem.<br />
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=WOgyOdM[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Spalona Noc, późny wieczór</div>
<br />
Nie potrafiła przywołać momentu, w którym znalazła się pod Mungiem, ułożona bokiem na kojąco chłodnym kamieniu; pamięć rozsypała się wcześniej i zostawiła po sobie tylko niewyraźny osad niepoukładanych migawek. Być może doczołgała się tu sama. Być może ktoś zostawił ją na schodach i ruszył gdzieś przed siebie, ku wrotom piekielnym, niczym mara nocna, która zstąpiła do tego świata tylko na krótką chwilę. W tamtym momencie nie miało to większego znaczenia; rzeczywistość i tak zdążyła już się zwęzić do kilku najprostszych czynności – prób oddychania, nie uduszenia się od ciężaru zapadających się od kaszlu płuc, no i utrzymania otwartych oczu, tak aby nikt nie uznał jej za <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">stratę</span> nie wartą ratunku.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„U Ollivanderów poszły tylko szyby”</span> rzucił niedawno w pośpiechu auror, którego błagalnie wyprosiła o rekonstrukcję jego drogi przez Pokątną. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„Nikogo stamtąd nie musieli ratować.”</span><br />
Miała wrażenie jakby ktoś przeciągnął jej przez żuchwę gruby postronek płaczu, który zaległ głęboko w gardle, nasiąkając mdłościami i strachem. Ojciec był wtedy w domu, może nawet z Samem. Dobytek ich życia ocalał, ale co z innymi? Co z całym jej londyńskim światem, w którym się urodziła, wychowała i który był jej częścią tak samo ważną, jak była jej prawa ręka? Co z jej przyjaciółmi? Co z gniazdem gołąbków, które pielęgnowała latem?<br />
Leżąc na schodach słyszała jedynie niekończący się ruch – dziesiątki kroków uderzających o kamień w rytmie pozbawionym melodii, podeszwy ciężkie, podeszwy szybkie i podeszwy ludzi, którzy jeszcze wierzyli, że zdążą. Drzwi Munga, na wylot otwarte, przepuszczały przez wnętrze kolejne ciała i kolejne fragmenty cudzego nieszczęścia.<br />
Była pewna, że jeśli interesowano się pechowcami na schodach, to ona nie była priorytetem. Lewa ręka piekła przy każdym ruchu, nieprzyjemnie gorąca i napięta. Materiał płaszcza przykleił się miejscami do skóry, a kiedy spróbowała go odsunąć, odkryła pod nim nieregularne zaczerwienienia i kilka cienkich rozcięć, z których sączyła się krew zmieszana z drobnym pyłem. Szkło musiało uderzyć ją również w policzek albo skroń – czuła coś lepkiego przy linii szczęki i nie była pewna, czy to pot, czy krew.<br />
Ale żyła. <br />
Dym zdążył osiąść w jej oczach niczym podstępny kożuch, żywcem zdjęty z martwej owcy. W płucach zaś zalągła się trucizna, która przy każdym oddechu rozpełzała się po wnętrzu klatki piersiowej cienkimi, gorącymi odnogami.<br />
Ale żyła.<br />
Przymknęła powieki.<br />
Z jakiegoś powodu ten mleczny dym osiadający na rzęsach i rozcierający rysy świata przypomniał jej tamten dzień w Dolinie Kadiszy – środek dnia, zlepione od potu palce i Lamis stojącą naprzeciwko niej z nieodgadnionym spokojem na twarzy. Pamiętała moment, w którym kuzynka zarzuciła jej na głowę biały welon o zapachu kadzidła i wody różanej; cienki materiał, prawie przezroczysty, a mimo to zmieniał wszystko – światło stawało się łagodniejsze, kontury mniej ostre, ludzie dalsi.<br />
Wtedy czuła się nieswojo.<br />
Teraz, leżąc na schodach Munga z gardłem suchym jak pustynny piach i ranami pechowych rykoszetów, pomyślała z dziwną epifanią w myślach, że ten obraz wygląda niemal tak samo.<br />
Tylko tamten welon wydawał się mieć moc namaszczenia.<br />
Ten cuchnął śmiercią i zniszczeniem.<br />
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=WOgyOdM[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[29.09.1972] Doceniony uzdrowiciel | Laurence & Basilius]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6092</link>
			<pubDate>Sun, 31 May 2026 23:01:10 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=307">Laurence Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6092</guid>
			<description><![CDATA[<div class="divek"><div id="dataa" class="mycode_b">29 września 1972<br />
<span style="font-size: medium;" class="mycode_size">Klinika Magicznych Chorób i Urazów / Gabinet Basiliusa Prewetta </span></div>
<br />
<p>Potrzebował uzdrowiciela, przedstawiciela kliniki rodzinnej, aby móc ruszyć ze swoim ministerialnym projektem już od nowego miesiąca. Potrzebował kogoś zaufanego, kogo mogła nawet doceniać babka. Jednakże, gdy w ostatniej rozmowie, wspomniała mu o stracie uzdrowicielki Bulstrode, Laurence zrozumiał, że szukanie kogoś nowego, będzie wymagało więcej czasu. Choć niekoniecznie. </p>
<p>Gdy jeszcze był w klinice, zanim opuścił ją po rozmowie z babką, pozwolił sobie zajrzeć do spisu pracujących magimedyków i ich specjalizacji. Dostrzegł kilka znanych mu nazwisk. Tych, z którymi chodził bądź kończył akademię Munga. Kojarzył ich także ze swojej pracy tutaj, gdy oni przychodzili robić praktyki. Nie wszyscy tutaj pracowali. Ale kilkoro owszem. <br />
Dlatego skontaktował się z Prewettem. Dlatego poprosił o spotkanie. Data została wyznaczona. </p>
<p>Tego dnia, Lestrange pojawił się w Klinice rodzinnej trochę przed czasem spotkania. Udał się do gabinetu swojego byłego nauczyciela, a obecnie pełniącego rolę zastępcy jego babki. Cyrus Abbott. Przegadał z nim temat wybranych uzdrowicieli, aby poznać jego opinię i ocenę ich pracy. Nie zdradzając wszystkiego, o czym rozmawiał z Dorindą. Zapewnił jednak, że potrzebuje kogoś do pomocy przy badaniach nad eliksirem. </p>
<p>Kiedy zbliżał się czas do spotkania, Laurence opuścił gabinet zastępcy i skierował się korytarzem, szukając gabinetu Prewetta. Poprawił swoją ciemną szatę. Swój płaszcz i kapelusz, zostawił w pomieszczeniu socjalnym, gdyż nie miał tutaj swojego gabinetu, a nie chciał przeszkadzać swojej babce. Jak tylko wskazówka jego podręcznego zegarka wskazała godzinę spotkania, schował go i zapukał do drzwi. Mając nadzieję, że Basilius nie miał już pacjentów. Otworzył drzwi do  gabinetu, zerknąwszy aby się tego upewnić. Jeżeli Prewett poprosi, aby poczekał, zrobi to. Sam wiedział, że pacjenci w tym miejscu mieli pierwszeństwo. </p></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="divek"><div id="dataa" class="mycode_b">29 września 1972<br />
<span style="font-size: medium;" class="mycode_size">Klinika Magicznych Chorób i Urazów / Gabinet Basiliusa Prewetta </span></div>
<br />
<p>Potrzebował uzdrowiciela, przedstawiciela kliniki rodzinnej, aby móc ruszyć ze swoim ministerialnym projektem już od nowego miesiąca. Potrzebował kogoś zaufanego, kogo mogła nawet doceniać babka. Jednakże, gdy w ostatniej rozmowie, wspomniała mu o stracie uzdrowicielki Bulstrode, Laurence zrozumiał, że szukanie kogoś nowego, będzie wymagało więcej czasu. Choć niekoniecznie. </p>
<p>Gdy jeszcze był w klinice, zanim opuścił ją po rozmowie z babką, pozwolił sobie zajrzeć do spisu pracujących magimedyków i ich specjalizacji. Dostrzegł kilka znanych mu nazwisk. Tych, z którymi chodził bądź kończył akademię Munga. Kojarzył ich także ze swojej pracy tutaj, gdy oni przychodzili robić praktyki. Nie wszyscy tutaj pracowali. Ale kilkoro owszem. <br />
Dlatego skontaktował się z Prewettem. Dlatego poprosił o spotkanie. Data została wyznaczona. </p>
<p>Tego dnia, Lestrange pojawił się w Klinice rodzinnej trochę przed czasem spotkania. Udał się do gabinetu swojego byłego nauczyciela, a obecnie pełniącego rolę zastępcy jego babki. Cyrus Abbott. Przegadał z nim temat wybranych uzdrowicieli, aby poznać jego opinię i ocenę ich pracy. Nie zdradzając wszystkiego, o czym rozmawiał z Dorindą. Zapewnił jednak, że potrzebuje kogoś do pomocy przy badaniach nad eliksirem. </p>
<p>Kiedy zbliżał się czas do spotkania, Laurence opuścił gabinet zastępcy i skierował się korytarzem, szukając gabinetu Prewetta. Poprawił swoją ciemną szatę. Swój płaszcz i kapelusz, zostawił w pomieszczeniu socjalnym, gdyż nie miał tutaj swojego gabinetu, a nie chciał przeszkadzać swojej babce. Jak tylko wskazówka jego podręcznego zegarka wskazała godzinę spotkania, schował go i zapukał do drzwi. Mając nadzieję, że Basilius nie miał już pacjentów. Otworzył drzwi do  gabinetu, zerknąwszy aby się tego upewnić. Jeżeli Prewett poprosi, aby poczekał, zrobi to. Sam wiedział, że pacjenci w tym miejscu mieli pierwszeństwo. </p></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[27.09.1972 r.] Wielki to błąd pomijać w rachunkach smoka, póki ten smok żyje]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6080</link>
			<pubDate>Sun, 31 May 2026 00:38:48 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=492">Mona Rowle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6080</guid>
			<description><![CDATA[Mona była święcie przekonana, że umiera. <br />
Przekonanie to nie było bynajmniej całkowicie pozbawione podstaw. Od dłuższego czasu płuca kurczyły i szarpały wnętrzem klatki piersiowej niczym żywe stworzenia usiłujące wydostać się z więzienia żeber. Gardło paliło ją ogniem, a każdy ruch pozostawiał po sobie cierpki smak żelaza. Nad ranem przed pracą jej oczy zaszły łzami, kiedy wreszcie uniosła głowę po swoistym napadzie kaszlu. <br />
<br />
Na dnie porcelanowej misy spoczywały ciemne strzępy gęstej wydzieliny. Miały barwę mokrej sadzy. Przyglądała się im przez dłuższą chwilę. Ostatecznie sięgnęła po egzemplarz Czarownicy, który zakupiła po Spalonej nocy. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">— Napar z bzu i tymianku</span> — przeczytała. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">— Był</span> — kaszlnięcie. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">— Syrop z prawoślazu —</span> kaszlnięcie. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">— Inhalacje</span> — kaszlnięcie. Kobieta spojrzała podejrzliwie na ostatni punkt. Kilka godzin później siedziała już z bursztynowym amuletem zawieszonym na szyi, uznawszy najwyraźniej, że medycyna konwencjonalna nie posiadała monopolu na prawdę. W poczekalni zdążyła przy tym wygłosić kilka stanowczych uwag dotyczących jakości porad publikowanych na łamach Czarownicy, czym wzbudziła zainteresowanie części obecnych i znużenie pozostałych. <br />
<br />
Skuteczność bursztynowych amuletów nie została dotąd naukowo potwierdzona, wielu czarodziejów sądziło, że ułatwiały oddychanie. Nie udowodniono, kłóciła się, ale też nie obalono, a skoro nie obalono…<br />
<br />
Do wyżej wspomnianej wizyty nie doszłoby zapewne przez wiele miesięcy, a może i lat, gdyby nie interwencja Icarusa, która w praktyce sprowadzała się do prostego faktu bycia bratem<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> doktora Prewetta</span>. Latem powinna była przyjść — wymieniła z najstarszym z Prewettów kilka listów, lecz lato minęło, jesień nadeszła, a Mona odwlekała stale nieuniknione, znajdując za każdym razem nowy pretekst, nową pilną sprawę, nowe zajęcie, pozwalające jej na niestawienie się w progach kliniki.<br />
<br />
Jednocześnie to nie kaszel stanowił prawdziwe źródło zwłoki. Znacznie trudniej byłoby jej znaleźć usprawiedliwienie dla ramienia. Sama myśl o spotkaniu z Basilem Prewettem budziła w jej duszy niepokój, gdy zdejmowała protezę i patrzyła na to, co zostało z jej prawej ręki. Wracały do niej z uporem złej przepowiedni jej własne słowa, które niegdyś wykrakała w obecności jej lubego.<br />
<br />
Jeżeli Basil odkryłby coś niepokojącego w trakcie badania — coś, czego ona sama nie chciała widzieć — czy spojrzenie jego brata pozostałoby takie samo? Czy nie pojawiłaby się w nim ostrożność, współczujący chłód, który ludzie oferują… W związku z tym, nie chciała zastanawiać się nad okresowym zdrętwieniem palców, nad dziwną sztywnością, która czasem ogarniała całe ramię i nie chciała puścić. Ani nad tym, że skóra wokół starej blizny wydawała się czasem dziwnie napięta. Łatwiej było wierzyć w leczniczą moc bursztynu.<br />
<br />
<span style="font-size: x-small;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zawada: foliowa czapeczka </span></span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Mona była święcie przekonana, że umiera. <br />
Przekonanie to nie było bynajmniej całkowicie pozbawione podstaw. Od dłuższego czasu płuca kurczyły i szarpały wnętrzem klatki piersiowej niczym żywe stworzenia usiłujące wydostać się z więzienia żeber. Gardło paliło ją ogniem, a każdy ruch pozostawiał po sobie cierpki smak żelaza. Nad ranem przed pracą jej oczy zaszły łzami, kiedy wreszcie uniosła głowę po swoistym napadzie kaszlu. <br />
<br />
Na dnie porcelanowej misy spoczywały ciemne strzępy gęstej wydzieliny. Miały barwę mokrej sadzy. Przyglądała się im przez dłuższą chwilę. Ostatecznie sięgnęła po egzemplarz Czarownicy, który zakupiła po Spalonej nocy. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">— Napar z bzu i tymianku</span> — przeczytała. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">— Był</span> — kaszlnięcie. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">— Syrop z prawoślazu —</span> kaszlnięcie. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">— Inhalacje</span> — kaszlnięcie. Kobieta spojrzała podejrzliwie na ostatni punkt. Kilka godzin później siedziała już z bursztynowym amuletem zawieszonym na szyi, uznawszy najwyraźniej, że medycyna konwencjonalna nie posiadała monopolu na prawdę. W poczekalni zdążyła przy tym wygłosić kilka stanowczych uwag dotyczących jakości porad publikowanych na łamach Czarownicy, czym wzbudziła zainteresowanie części obecnych i znużenie pozostałych. <br />
<br />
Skuteczność bursztynowych amuletów nie została dotąd naukowo potwierdzona, wielu czarodziejów sądziło, że ułatwiały oddychanie. Nie udowodniono, kłóciła się, ale też nie obalono, a skoro nie obalono…<br />
<br />
Do wyżej wspomnianej wizyty nie doszłoby zapewne przez wiele miesięcy, a może i lat, gdyby nie interwencja Icarusa, która w praktyce sprowadzała się do prostego faktu bycia bratem<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> doktora Prewetta</span>. Latem powinna była przyjść — wymieniła z najstarszym z Prewettów kilka listów, lecz lato minęło, jesień nadeszła, a Mona odwlekała stale nieuniknione, znajdując za każdym razem nowy pretekst, nową pilną sprawę, nowe zajęcie, pozwalające jej na niestawienie się w progach kliniki.<br />
<br />
Jednocześnie to nie kaszel stanowił prawdziwe źródło zwłoki. Znacznie trudniej byłoby jej znaleźć usprawiedliwienie dla ramienia. Sama myśl o spotkaniu z Basilem Prewettem budziła w jej duszy niepokój, gdy zdejmowała protezę i patrzyła na to, co zostało z jej prawej ręki. Wracały do niej z uporem złej przepowiedni jej własne słowa, które niegdyś wykrakała w obecności jej lubego.<br />
<br />
Jeżeli Basil odkryłby coś niepokojącego w trakcie badania — coś, czego ona sama nie chciała widzieć — czy spojrzenie jego brata pozostałoby takie samo? Czy nie pojawiłaby się w nim ostrożność, współczujący chłód, który ludzie oferują… W związku z tym, nie chciała zastanawiać się nad okresowym zdrętwieniem palców, nad dziwną sztywnością, która czasem ogarniała całe ramię i nie chciała puścić. Ani nad tym, że skóra wokół starej blizny wydawała się czasem dziwnie napięta. Łatwiej było wierzyć w leczniczą moc bursztynu.<br />
<br />
<span style="font-size: x-small;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zawada: foliowa czapeczka </span></span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[22.09.1972r.] Wsparcie dla Kliniki || Laurence & Dorinda]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5785</link>
			<pubDate>Sat, 28 Feb 2026 13:00:25 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=307">Laurence Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5785</guid>
			<description><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono — Anthony Shafiq — osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Bajarz V</span></div></div>
<br />
<div class="divek"><div id="dataa" class="mycode_b">22 września 1972r. <br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Szpital Św. Munga / Gabinet Dorindy Lestrange </span></div>
<br />
<p>Ostatniego wieczora wracał późno do domu. Ze względu na sytuację w kraju i w Ministerstwie, spędzał nadgodziny, żeby być na bieżąco ze wszystkimi informacjami oraz działaniami. W końcu jego departament, miał najwięcej do robienia i najwięcej mógł też zaoferować w kwestii pomocy zdrowotnej dla obywateli. A ostatnie wydanie proroka codziennego, nasunęło mu pewne myśli, pomysły do działania. Potrzebował jeszcze wiedzieć, jak wygląda sytuacja w Klinice Magicznych Chorób i Urazów. Myśląc o tym, kiedy po kolacji przygotowanej przez skrzata, zmierzał do swojego gabinetu, aby coś jeszcze w papierach sporządzić, dostrzegł nadlatującą sowę do okna. Podszedł i otworzył skrzydło, wpuszczając zwierzę do środka. Odebrał od niego list, od razu zabierając się do przeczytania. Uśmiechnął się, na zamieszczone słowa babki. Miał już niestety w zwyczaju pisać oficjalne listy do swoich członków rodziny, jeżeli chodziło o interesy zawodowe. Innym słowy też, odnosił się do Dorindy z szacunkiem. Nie pozostało mu nic innego, jak nakarmić sowę i wypuścić ją, aby wróciła do swojego właściciela. A on z kolei musiał zadbać o odpowiedni odpoczynek dla siebie. Spożyć odpowiedni eliksir na sen, żeby wstać wypoczętym. </p>
<p>W dzień samego Mabon, pamiętając o kolacji wieczorem, musiał spiąć swój dzisiejszy grafik pracy i spotkań, aby zdążyć na spotkanie z rodziną. Z samego rana po ogarnięciu się i zjedzeniu śniadania, udał się pierw do swojego biura w Ministerstwie, aby zabrać ze sobą potrzebne dokumenty. Był najpewniej jednym z nielicznych, którzy pojawili się w pracy przed czasem. Zabierając aktówkę, zostawił wiadomość dla szefa i asystenta, że udaje się na spotkanie z Dyrektorką Kliniki Magicznych Chorób i Urazów. Na wszelki wypadek, gdyby spotkanie przedłużyło się znacznie, niż by planował. Pamiętał także o zabraniu ostatniego wydania Proroka Codziennego. </p>
<p><span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Przed Kliniką zjawił się z rana, jak prosiła w liście babka.</span> O czasie, jak zaczynali pracę w biurach. Gdyby był za szybko, mógłby poczekać. Mógłby nawet zrobić osobisty obchód. Robił go wchodząc do środka. Obserwując pracę stażystów i uzdrowicieli, często przemieszczających się między salami i na korytarzach. Był tutaj znany, więc na dzień dobry, odpowiadał tak samo. <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Nie potrzebował asysty, aby trafić do gabinetu Dorindy. Jedynie zapytał jej asystentki, czy jest obecna. Jeżeli tak, zapukał do drzwi jej gabinetu i wszedł, jeśli dała zgodę. A jeżeli nie była obecna, postanowił poczekać.</span>  </p>
<br />
<br />
<div style="text-align: right;" class="mycode_align"><a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=483" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Dearg Dur</a> </div></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono — Anthony Shafiq — osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Bajarz V</span></div></div>
<br />
<div class="divek"><div id="dataa" class="mycode_b">22 września 1972r. <br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Szpital Św. Munga / Gabinet Dorindy Lestrange </span></div>
<br />
<p>Ostatniego wieczora wracał późno do domu. Ze względu na sytuację w kraju i w Ministerstwie, spędzał nadgodziny, żeby być na bieżąco ze wszystkimi informacjami oraz działaniami. W końcu jego departament, miał najwięcej do robienia i najwięcej mógł też zaoferować w kwestii pomocy zdrowotnej dla obywateli. A ostatnie wydanie proroka codziennego, nasunęło mu pewne myśli, pomysły do działania. Potrzebował jeszcze wiedzieć, jak wygląda sytuacja w Klinice Magicznych Chorób i Urazów. Myśląc o tym, kiedy po kolacji przygotowanej przez skrzata, zmierzał do swojego gabinetu, aby coś jeszcze w papierach sporządzić, dostrzegł nadlatującą sowę do okna. Podszedł i otworzył skrzydło, wpuszczając zwierzę do środka. Odebrał od niego list, od razu zabierając się do przeczytania. Uśmiechnął się, na zamieszczone słowa babki. Miał już niestety w zwyczaju pisać oficjalne listy do swoich członków rodziny, jeżeli chodziło o interesy zawodowe. Innym słowy też, odnosił się do Dorindy z szacunkiem. Nie pozostało mu nic innego, jak nakarmić sowę i wypuścić ją, aby wróciła do swojego właściciela. A on z kolei musiał zadbać o odpowiedni odpoczynek dla siebie. Spożyć odpowiedni eliksir na sen, żeby wstać wypoczętym. </p>
<p>W dzień samego Mabon, pamiętając o kolacji wieczorem, musiał spiąć swój dzisiejszy grafik pracy i spotkań, aby zdążyć na spotkanie z rodziną. Z samego rana po ogarnięciu się i zjedzeniu śniadania, udał się pierw do swojego biura w Ministerstwie, aby zabrać ze sobą potrzebne dokumenty. Był najpewniej jednym z nielicznych, którzy pojawili się w pracy przed czasem. Zabierając aktówkę, zostawił wiadomość dla szefa i asystenta, że udaje się na spotkanie z Dyrektorką Kliniki Magicznych Chorób i Urazów. Na wszelki wypadek, gdyby spotkanie przedłużyło się znacznie, niż by planował. Pamiętał także o zabraniu ostatniego wydania Proroka Codziennego. </p>
<p><span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Przed Kliniką zjawił się z rana, jak prosiła w liście babka.</span> O czasie, jak zaczynali pracę w biurach. Gdyby był za szybko, mógłby poczekać. Mógłby nawet zrobić osobisty obchód. Robił go wchodząc do środka. Obserwując pracę stażystów i uzdrowicieli, często przemieszczających się między salami i na korytarzach. Był tutaj znany, więc na dzień dobry, odpowiadał tak samo. <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Nie potrzebował asysty, aby trafić do gabinetu Dorindy. Jedynie zapytał jej asystentki, czy jest obecna. Jeżeli tak, zapukał do drzwi jej gabinetu i wszedł, jeśli dała zgodę. A jeżeli nie była obecna, postanowił poczekać.</span>  </p>
<br />
<br />
<div style="text-align: right;" class="mycode_align"><a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=483" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Dearg Dur</a> </div></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[18.09.1972] Przyszła baba do lekarza, a lekarz też baba]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5663</link>
			<pubDate>Mon, 26 Jan 2026 20:37:14 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=177">Victoria Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5663</guid>
			<description><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">
Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic II</span></div></div>
<br />
<p>W życiu Victorii Lestrange nie było chyba żadnego odpowiedniego momentu na to, by udać się do uzdrowiciela. Zgoda, spędziła całą noc, od początku do końca, na ulicach Londynu, wdychając cały pył, dym i syf palonych budynków i mienia ludzi. Nawdychała się tego tyle, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">najadła</span> wręcz, że gdy następnego dnia nadal krążyła po Magicznym Londynie i kaszlała co i rusz – nie była ani trochę zdziwiona podrażnionym gardłem. Ani tym, że momentami nie umiała złapać oddechu, ani tymi seriami kaszlu, które czasami zdawały się nie kończyć. W kolejnych dniach również nie miała czasu się sobą zająć, cóż z tego, że nawet w Czarownicy ukazał się artykuł, który cytował jej własnego, prywatnego ojca, uzdrowiciela – nawołującego do tego, by ten problem traktować <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">poważnie</span>. Przecież jej praca była równie poważna! I w pracy mieli taki kocioł, tylu niedysponowanych brygadzistów czy aurorów, że nadgodziny okazały się codziennością. I tak mijał dzień za dniem, były rzeczy ważne i ważniejsze, a kaszel wcale nie malał. </p>
<p>Dwa dni temu widziała się z Rosierem, który opowiadał o tym, że oglądał go uzdrowiciel i… to trochę zainspirowało Victorię do tego, że może to jednak najwyższy czas, by przestać się oszukiwać i jednak do tego medyka udać (nie żeby jej się jakoś bardzo do tego paliło). Że pochodziła z rodziny uzdrowicielów, babcia była dyrektorem szpitala? I co z tego. Nie chciała zawracać głowy ani ojcu, który miał tu urwanie głowy, ani nie chciała martwić babki, ani innych członków rodziny… Zapisała się jak należało – ale anonimowość nie wchodziła tutaj w grę. Zapłaciła sowicie za to, żeby nie robiono z tego sensacji, żeby nie zawracano głowy jej rodzinie, ale i tak ktoś kto ją wtedy zapisywał pociągnął za sznurki i zamiast czekać na wizytę tydzień albo i dłużej, przy tym obłożeniu potrzebujących, wyznaczono jej termin na następny dzień. </p>
<p>W ten właśnie sposób Lestrange trafiła do gabinetu uzdrowicielki Deirdre Malfoy. Ciemnowłosej było wszystko jedno, jaką ta skończyła specjalizację na akademii, pył w płucach był nowością dla czarodziei i czy oglądałby ją ktoś, kto zajmował się urazami pozaklęciowymi, albo zatruciami zielarskimi, albo czymkolwiek innym – chyba nie miało to żadnego znaczenia. </p>
<p>Siedziała sobie więc grzecznie na krześle przed biurkiem uzdrowicielki, która miała przed sobą jej kartę pacjenta i wszystkie dane. Mogła sobie więc poczytać o historii leczenia… tej szpitalnej. O tym, że nieżyjąca już Florence Bulstrode łamała tutaj jej klątwę magicznego rytuału Beltane, albo o tym, jak którejś późnomajowej nocy została tutaj przeniesiona w poważnych ranach ciętych na ciele – na całych plecach i na ręce. Albo o szczegółach jej początku życia jako jedna z Zimnych. Lestrange nie przeszkadzała uzdrowicielce, gdy tak siedziały w milczeniu, a ciemne oczy oglądały ściany pomieszczenia. </p>
<br />
<span style="font-size: xx-small;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">edit:</span><br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">//</span> <span style="color: #6d6d6d;" class="mycode_color">Przewaga Bogacz</span></span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">
Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic II</span></div></div>
<br />
<p>W życiu Victorii Lestrange nie było chyba żadnego odpowiedniego momentu na to, by udać się do uzdrowiciela. Zgoda, spędziła całą noc, od początku do końca, na ulicach Londynu, wdychając cały pył, dym i syf palonych budynków i mienia ludzi. Nawdychała się tego tyle, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">najadła</span> wręcz, że gdy następnego dnia nadal krążyła po Magicznym Londynie i kaszlała co i rusz – nie była ani trochę zdziwiona podrażnionym gardłem. Ani tym, że momentami nie umiała złapać oddechu, ani tymi seriami kaszlu, które czasami zdawały się nie kończyć. W kolejnych dniach również nie miała czasu się sobą zająć, cóż z tego, że nawet w Czarownicy ukazał się artykuł, który cytował jej własnego, prywatnego ojca, uzdrowiciela – nawołującego do tego, by ten problem traktować <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">poważnie</span>. Przecież jej praca była równie poważna! I w pracy mieli taki kocioł, tylu niedysponowanych brygadzistów czy aurorów, że nadgodziny okazały się codziennością. I tak mijał dzień za dniem, były rzeczy ważne i ważniejsze, a kaszel wcale nie malał. </p>
<p>Dwa dni temu widziała się z Rosierem, który opowiadał o tym, że oglądał go uzdrowiciel i… to trochę zainspirowało Victorię do tego, że może to jednak najwyższy czas, by przestać się oszukiwać i jednak do tego medyka udać (nie żeby jej się jakoś bardzo do tego paliło). Że pochodziła z rodziny uzdrowicielów, babcia była dyrektorem szpitala? I co z tego. Nie chciała zawracać głowy ani ojcu, który miał tu urwanie głowy, ani nie chciała martwić babki, ani innych członków rodziny… Zapisała się jak należało – ale anonimowość nie wchodziła tutaj w grę. Zapłaciła sowicie za to, żeby nie robiono z tego sensacji, żeby nie zawracano głowy jej rodzinie, ale i tak ktoś kto ją wtedy zapisywał pociągnął za sznurki i zamiast czekać na wizytę tydzień albo i dłużej, przy tym obłożeniu potrzebujących, wyznaczono jej termin na następny dzień. </p>
<p>W ten właśnie sposób Lestrange trafiła do gabinetu uzdrowicielki Deirdre Malfoy. Ciemnowłosej było wszystko jedno, jaką ta skończyła specjalizację na akademii, pył w płucach był nowością dla czarodziei i czy oglądałby ją ktoś, kto zajmował się urazami pozaklęciowymi, albo zatruciami zielarskimi, albo czymkolwiek innym – chyba nie miało to żadnego znaczenia. </p>
<p>Siedziała sobie więc grzecznie na krześle przed biurkiem uzdrowicielki, która miała przed sobą jej kartę pacjenta i wszystkie dane. Mogła sobie więc poczytać o historii leczenia… tej szpitalnej. O tym, że nieżyjąca już Florence Bulstrode łamała tutaj jej klątwę magicznego rytuału Beltane, albo o tym, jak którejś późnomajowej nocy została tutaj przeniesiona w poważnych ranach ciętych na ciele – na całych plecach i na ręce. Albo o szczegółach jej początku życia jako jedna z Zimnych. Lestrange nie przeszkadzała uzdrowicielce, gdy tak siedziały w milczeniu, a ciemne oczy oglądały ściany pomieszczenia. </p>
<br />
<span style="font-size: xx-small;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">edit:</span><br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">//</span> <span style="color: #6d6d6d;" class="mycode_color">Przewaga Bogacz</span></span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Spalona Noc] Stopniowanie kryzysu]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5327</link>
			<pubDate>Tue, 11 Nov 2025 15:58:51 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=604">Sidonie Lockhart</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5327</guid>
			<description><![CDATA[Zawsze może być gorzej. Nawet tego już nikt nie mówił, każdy to widział w spojrzeniu swojego współpracownika. Może być i będzie. Sid nie miała pojęcia, na którym stopniu kryzysu znajdowali się jako cały Mung, nie wiedziała nawet czy schodzą na dół, na dno czy się wspinają mozolnie w górę. Nie wiedziała i z wielu rzeczy, których tej noc nie wiedziała, co ją dość uwierało, bo zwykle była osobą, która chciała udzielać odpowiedzi, to akurat tej nie chciała poznać. Bolały ją plecy, bo przez ostatnie czterdzieści minut pomagała oczyszczać poparzenia jakiegoś czarodzieja, którego ogień potraktował bezlitośnie wraz z ubraniem, które miał na sobie w momencie wybuchu, a potem przygniótł go zawalony strop. Ordynator odwołał ja z przyjmowania pacjentów, którzy mogli się poruszać o własnych siłach, nimi zajmą się stażyści ostatniego roku, a doświadczonych uzdrowicieli przesunięto do wszystkich przypadków ciężkich i poważnych. Wiadomo, że wraz z postępującą akcją ratowniczą to zacznie spływać do nich więcej takich poszkodowanych. A do tego ich zapasy już się kurczyły, co gorsza nie mogli liczyć na lecznice spoza Londynu, bo z mniej lub bardziej potwierdzonych informacji wynikało, że enklawy czarodziejskie też padły ofiarami ognia.<br />
Sidonie wyrzuciła rękawiczki do kosza i zaklęciem oczyściła swoją uzdrowicielską szatę, miałą wrażenie, że jej uniform od wielokrotnego magicznego czyszczenia, zaczął trzeszczeć w szwach. Przeciągnęła się, plecy ją bolały, aż jej zdrętwiała ręka od ramienia do łokcia. Była na nogach od wczesnego rana i zaczynała to czuć, ktoś jej powiedział, że mają wprowadzić rotację dla tych, którzy byli najdłużej, choć pewnie najpierw zluzowani będą ci pechowcy, którzy zostali z jakiś powodów w szpitalu z nocki i pociągnęło ich, aż do teraz. Miała ochotę na moment urwać się na dach albo półpiętro z podprowadzonym od kogoś papierosem, nie paliła, raczej sporadycznie, ale teraz dodatkowo jakoś używanie zapalniczki lub różdżki w tym celu wydawało się nie na miejscu.<br />
<br />
!Nigdy nie przestawaj leczyć]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Zawsze może być gorzej. Nawet tego już nikt nie mówił, każdy to widział w spojrzeniu swojego współpracownika. Może być i będzie. Sid nie miała pojęcia, na którym stopniu kryzysu znajdowali się jako cały Mung, nie wiedziała nawet czy schodzą na dół, na dno czy się wspinają mozolnie w górę. Nie wiedziała i z wielu rzeczy, których tej noc nie wiedziała, co ją dość uwierało, bo zwykle była osobą, która chciała udzielać odpowiedzi, to akurat tej nie chciała poznać. Bolały ją plecy, bo przez ostatnie czterdzieści minut pomagała oczyszczać poparzenia jakiegoś czarodzieja, którego ogień potraktował bezlitośnie wraz z ubraniem, które miał na sobie w momencie wybuchu, a potem przygniótł go zawalony strop. Ordynator odwołał ja z przyjmowania pacjentów, którzy mogli się poruszać o własnych siłach, nimi zajmą się stażyści ostatniego roku, a doświadczonych uzdrowicieli przesunięto do wszystkich przypadków ciężkich i poważnych. Wiadomo, że wraz z postępującą akcją ratowniczą to zacznie spływać do nich więcej takich poszkodowanych. A do tego ich zapasy już się kurczyły, co gorsza nie mogli liczyć na lecznice spoza Londynu, bo z mniej lub bardziej potwierdzonych informacji wynikało, że enklawy czarodziejskie też padły ofiarami ognia.<br />
Sidonie wyrzuciła rękawiczki do kosza i zaklęciem oczyściła swoją uzdrowicielską szatę, miałą wrażenie, że jej uniform od wielokrotnego magicznego czyszczenia, zaczął trzeszczeć w szwach. Przeciągnęła się, plecy ją bolały, aż jej zdrętwiała ręka od ramienia do łokcia. Była na nogach od wczesnego rana i zaczynała to czuć, ktoś jej powiedział, że mają wprowadzić rotację dla tych, którzy byli najdłużej, choć pewnie najpierw zluzowani będą ci pechowcy, którzy zostali z jakiś powodów w szpitalu z nocki i pociągnęło ich, aż do teraz. Miała ochotę na moment urwać się na dach albo półpiętro z podprowadzonym od kogoś papierosem, nie paliła, raczej sporadycznie, ale teraz dodatkowo jakoś używanie zapalniczki lub różdżki w tym celu wydawało się nie na miejscu.<br />
<br />
!Nigdy nie przestawaj leczyć]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 72, 09.09 Urazy pozaklęciowe i klątwy | Sidonie & Millie] White Queen]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5296</link>
			<pubDate>Fri, 31 Oct 2025 20:47:33 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=418">Millie Moody</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5296</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">09.09.1972<br />
<br />
Godziny popołudniowe, gdy brat był odnalezion, przyjaciel nakarmion, ale drugi (czy właściwie trzeci w kolejności) jeszcze nie odebran.</div>
<br />
Najgorsze były te czarne chmury, które wciąż wisiały im nad głowami. Dzień nie przyszedł, bo czarna zawiesina nie pozwalała na to, żeby przyszedł. Wyglądało to bardziej niż chujowo, ale nie mogła polecieć na miotle do góry i rozpędzić tego ustrojstwa na cztery wiatry. Przysłowiowe. <br />
<br />
I mimo swojego temperamentu i ogólnego wkurwienia cała sytuacją, wojną i tymi paskudami śmierciożercami, Milles była zaskakująco spokojna wobec kataklizmu, który dotknął cały świat. <br />
<br />
Zrobiła wczoraj co mogła. Dzisiaj od rana sprawdziła jak poradził sobie z nocą jej brat, doglądała oślepionego wybuchem towarzysza broni, a teraz cóż, pozostało jej odebrać Basiliusa z pracy, bo jakoś jej tak chodziło po głowie, że mimo ponad 20 h dyżuru i zapierdalania po chorych, jej przyjaciel nie ogarnie kiedy warto byłoby się zatrzymać, żeby samemu nie stać się pacjentem.<br />
<br />
I - trochę zgodnie z przypuszczeniem - nie mogła go znaleźć na oddziale, chociaż ktośtam potwierdził jej że gdzieś na nim powinien być. Korytarze zasrane były rannymi i oczywiście rozumiała, że Prewett miał pełne ręce roboty, ale... jeśli ona o niego nie zadbałaby, to kto by to zrobił? <br />
<br />
Wiele by dała, żeby ten dyżur, żeby poprzednia noc wyglądała zupełnie kurwa inaczej, a jednak ten pierdolony V... V...<br />
<br />
!Strach przed imieniem]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">09.09.1972<br />
<br />
Godziny popołudniowe, gdy brat był odnalezion, przyjaciel nakarmion, ale drugi (czy właściwie trzeci w kolejności) jeszcze nie odebran.</div>
<br />
Najgorsze były te czarne chmury, które wciąż wisiały im nad głowami. Dzień nie przyszedł, bo czarna zawiesina nie pozwalała na to, żeby przyszedł. Wyglądało to bardziej niż chujowo, ale nie mogła polecieć na miotle do góry i rozpędzić tego ustrojstwa na cztery wiatry. Przysłowiowe. <br />
<br />
I mimo swojego temperamentu i ogólnego wkurwienia cała sytuacją, wojną i tymi paskudami śmierciożercami, Milles była zaskakująco spokojna wobec kataklizmu, który dotknął cały świat. <br />
<br />
Zrobiła wczoraj co mogła. Dzisiaj od rana sprawdziła jak poradził sobie z nocą jej brat, doglądała oślepionego wybuchem towarzysza broni, a teraz cóż, pozostało jej odebrać Basiliusa z pracy, bo jakoś jej tak chodziło po głowie, że mimo ponad 20 h dyżuru i zapierdalania po chorych, jej przyjaciel nie ogarnie kiedy warto byłoby się zatrzymać, żeby samemu nie stać się pacjentem.<br />
<br />
I - trochę zgodnie z przypuszczeniem - nie mogła go znaleźć na oddziale, chociaż ktośtam potwierdził jej że gdzieś na nim powinien być. Korytarze zasrane były rannymi i oczywiście rozumiała, że Prewett miał pełne ręce roboty, ale... jeśli ona o niego nie zadbałaby, to kto by to zrobił? <br />
<br />
Wiele by dała, żeby ten dyżur, żeby poprzednia noc wyglądała zupełnie kurwa inaczej, a jednak ten pierdolony V... V...<br />
<br />
!Strach przed imieniem]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Spalona Noc] Medyk potrzebny od zaraz]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5295</link>
			<pubDate>Fri, 31 Oct 2025 20:41:09 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=313">Christopher Rosier</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5295</guid>
			<description><![CDATA[Londyn płonął.<br />
Christopher Rosier nie był celem bezpośredniego ataku. Ktoś – ehem, ehem, do niedawna on – mógłby pomyśleć, że zupełnie ta wojna go nie dotyczyła. Rosierowie słynęli z umiarkowanego konserwatyzmu, objawiającego się unikaniem pewnych kontaktów, chociaż byliby pewnie bezbrzeżnie zdziwieni, gdyby ktoś oskarżał ich o zaangażowanie w działania śmierciożerców – w końcu ich mundurki były szczytem bezguścia. Chris trzymał się więc z dala, szczęśliwy pośród swoich projektów, regularnych wizyt na przyjęciach, okazyjnych wypraw do ciepłych krajów czy randek z modelkami. Aż nagle do jego mieszkania wdarła się sadza, za oknem zaroiło się od dymu, noc rozjaśniły łuny pożarów, a on… on znalazł się w jakimś koszmarnym śnie.<br />
Z perspektywy czasu myślał, że powinien postąpić jak każdy rozsądny człowiek i po prostu się gdzieś teleportować. Zamiast tego kiedy przekonał się, że musi opuścić swoje mieszkanie, w panice zgarnął teczkę z projektami, sakiewkę, ulubiony płaszcz, i wybiegł na ulicę, by przemieścić się do pracowni Rosierów, gdzie spodziewał się znaleźć ojca. Gęsta chmura dymu jednak sprawiła, że stracił orientację. Dym wżerał się w oczy, w nos, w usta, uniemożliwiał skupienie niezbędne do teleportacji, a kiedy Christopher wreszcie dosłownie się wyczołgał, był na wpół żywy.<br />
Tak oto, jakieś dwie godziny później, znalazł się w Mungu. Oczy, choć przemył je parę razy wodą, miał zaczerwienione jak… jak coś bardzo czerwonego, sadza osiadła na jasnych włosach i na płaszczu. Było mu słabo, wizja była zamglona, miał problemy z oddychaniem, kręciło się mu w głowie i nie był w stanie ustać na nogach. Mimo to na przyjęcie przez kogoś czekał kolejne dwie godziny: medyczka klasyfikująca pacjentów orzekła, że stan poważny, ale stabilny, a mają więcej niestabilnych pacjentów.<br />
Siedząc w poczekali kliniki, co rusz zanosząc się kaszlem i z coraz większym trudem chwytając oddech, otoczony przez ludzi rannych, płaczących, szukających krewnych… Christopher był zły. Nie wściekły, bo na wściekłość brakowało mu siły. Zły na pracowników Munga, zbyt opieszałych, zły na śmierciożerców, którzy zgotowali to piekło też czystokrwistym, zły na mugolaków, za to, że istnieli, zły ogólnie na cały świat.<br />
Gdy w końcu wezwano go do jednej z uzdrowicielek, przełknął jednak gniewne słowa, cisnące się na usta. W tej chwili chciał tylko znów oddychać normalnie.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Londyn płonął.<br />
Christopher Rosier nie był celem bezpośredniego ataku. Ktoś – ehem, ehem, do niedawna on – mógłby pomyśleć, że zupełnie ta wojna go nie dotyczyła. Rosierowie słynęli z umiarkowanego konserwatyzmu, objawiającego się unikaniem pewnych kontaktów, chociaż byliby pewnie bezbrzeżnie zdziwieni, gdyby ktoś oskarżał ich o zaangażowanie w działania śmierciożerców – w końcu ich mundurki były szczytem bezguścia. Chris trzymał się więc z dala, szczęśliwy pośród swoich projektów, regularnych wizyt na przyjęciach, okazyjnych wypraw do ciepłych krajów czy randek z modelkami. Aż nagle do jego mieszkania wdarła się sadza, za oknem zaroiło się od dymu, noc rozjaśniły łuny pożarów, a on… on znalazł się w jakimś koszmarnym śnie.<br />
Z perspektywy czasu myślał, że powinien postąpić jak każdy rozsądny człowiek i po prostu się gdzieś teleportować. Zamiast tego kiedy przekonał się, że musi opuścić swoje mieszkanie, w panice zgarnął teczkę z projektami, sakiewkę, ulubiony płaszcz, i wybiegł na ulicę, by przemieścić się do pracowni Rosierów, gdzie spodziewał się znaleźć ojca. Gęsta chmura dymu jednak sprawiła, że stracił orientację. Dym wżerał się w oczy, w nos, w usta, uniemożliwiał skupienie niezbędne do teleportacji, a kiedy Christopher wreszcie dosłownie się wyczołgał, był na wpół żywy.<br />
Tak oto, jakieś dwie godziny później, znalazł się w Mungu. Oczy, choć przemył je parę razy wodą, miał zaczerwienione jak… jak coś bardzo czerwonego, sadza osiadła na jasnych włosach i na płaszczu. Było mu słabo, wizja była zamglona, miał problemy z oddychaniem, kręciło się mu w głowie i nie był w stanie ustać na nogach. Mimo to na przyjęcie przez kogoś czekał kolejne dwie godziny: medyczka klasyfikująca pacjentów orzekła, że stan poważny, ale stabilny, a mają więcej niestabilnych pacjentów.<br />
Siedząc w poczekali kliniki, co rusz zanosząc się kaszlem i z coraz większym trudem chwytając oddech, otoczony przez ludzi rannych, płaczących, szukających krewnych… Christopher był zły. Nie wściekły, bo na wściekłość brakowało mu siły. Zły na pracowników Munga, zbyt opieszałych, zły na śmierciożerców, którzy zgotowali to piekło też czystokrwistym, zły na mugolaków, za to, że istnieli, zły ogólnie na cały świat.<br />
Gdy w końcu wezwano go do jednej z uzdrowicielek, przełknął jednak gniewne słowa, cisnące się na usta. W tej chwili chciał tylko znów oddychać normalnie.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[16.09.1972] Z chorobą nie wygrasz | Basilius & Nicholas]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5281</link>
			<pubDate>Mon, 27 Oct 2025 22:56:44 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=282">Nicholas Travers</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5281</guid>
			<description><![CDATA[<div class="divek"><h1>16 września 1972r.<br />
<span style="font-size: large;" class="mycode_size">Gabinet Basiliusa Prewetta / Szpital Św. Munga </span></h1><br />
<p>Kiedy ostatni raz był u uzdrowiciela? Na kompletnych badaniach? Gdyby się tak zastanowił, byłoby to jakiś rok, czy ponad jak nie więcej. Odwlekał wizyty, biorąc jedynie recepty na eliksiry, z jednego prostego powodu. Tamtego czasu, obawiał się wykrycia u siebie mrocznego znaku. Potrzebował czasu, na opanowanie i upewnienie się, że zaklęcie maskujące działa bardzo dobrze i utrzymuje się długo. Z tego też względu, zaczął często ubierać długi rękaw. Nigdy krótki. Rok wystarczył, aby dostosował się do nowych zmian w sobie i w działaniach, które z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc, bywały coraz pewniejsze. A póki eliksiry jakie zażywał na swoją chorobę genetyczną, działały, nie widział potrzeby osobistej wizyty u swojego uzdrowiciela. <br />
Do czasu, aż jego sytuacja zdrowotna pogorszyła się.</p>
<p>Zaczęło od męczącego kaszlu po misji w Mauzoleum, gdzie niepotrzebnie dał się namówić wiedźmie na wypicie jakiejś czarnej mazi, która miała wpływ na umysł jak i widocznie, na ciało fizyczne. Eliksiry na serce, także zaczęły tracić na swojej przydatności, mając słabsze działanie. Potrzebował czegoś mocniejszego. A jego kaszel nasilił się poważniej, po ostatnich atakach w Londynie. Być może nie spieszyłby się z wizytą w szpitalu Św. Munga, gdyby nie męczące przypominanie się jego kolegi z pracy oraz siostry. </p>
<p>Dzisiejszego dnia, Nicholas nie został do końca w pracy. Wyszedł wcześniej, na co uzyskał pozwolenie od swojego przełożonego, argumentując potrzebę udania się do uzdrowiciela. Jego kaszel na pewno nie był niezauważony nawet w Departamencie Tajemnic. </p>
<p>Pamiętając, w jakich godzinach zazwyczaj pracował Prewett, starał się pojawić przed końcem jego pracy. Będąc w szpitali, dało się usłyszeć jego kaszel. Otrzymane eliksiry od Rodolphusa, pomagały łagodzić ból gardła i przełyku, minimalizować kaszel, ale nie pozbyć dosłownie. Może gdyby poczekał z wizytą, dałoby to lepszy efekt? Czy może dobrze zrobił, przychodząc z tym od razu, po wczorajszym spotkaniu z Lestrange’m?</p>
<p>Dostrzegając, że jeden z pacjentów wyszedł z gabinetu, nie czekając dłużej, Travers wstał i wszedł do środka. </p>
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Dzień dobry. </span><br />
Przywitał się na wejściu, zamykając za sobą drzwi. Dając tym samym znać o swojej obecności. Jego chłodne jak lód spojrzenie, odnalazło uzdrowiciela znajdującego się przy biurku. <br />
<br />
<br />
<div style="text-align: right;" class="mycode_align"> <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=444" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Basilius Prewett</a> </div></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="divek"><h1>16 września 1972r.<br />
<span style="font-size: large;" class="mycode_size">Gabinet Basiliusa Prewetta / Szpital Św. Munga </span></h1><br />
<p>Kiedy ostatni raz był u uzdrowiciela? Na kompletnych badaniach? Gdyby się tak zastanowił, byłoby to jakiś rok, czy ponad jak nie więcej. Odwlekał wizyty, biorąc jedynie recepty na eliksiry, z jednego prostego powodu. Tamtego czasu, obawiał się wykrycia u siebie mrocznego znaku. Potrzebował czasu, na opanowanie i upewnienie się, że zaklęcie maskujące działa bardzo dobrze i utrzymuje się długo. Z tego też względu, zaczął często ubierać długi rękaw. Nigdy krótki. Rok wystarczył, aby dostosował się do nowych zmian w sobie i w działaniach, które z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc, bywały coraz pewniejsze. A póki eliksiry jakie zażywał na swoją chorobę genetyczną, działały, nie widział potrzeby osobistej wizyty u swojego uzdrowiciela. <br />
Do czasu, aż jego sytuacja zdrowotna pogorszyła się.</p>
<p>Zaczęło od męczącego kaszlu po misji w Mauzoleum, gdzie niepotrzebnie dał się namówić wiedźmie na wypicie jakiejś czarnej mazi, która miała wpływ na umysł jak i widocznie, na ciało fizyczne. Eliksiry na serce, także zaczęły tracić na swojej przydatności, mając słabsze działanie. Potrzebował czegoś mocniejszego. A jego kaszel nasilił się poważniej, po ostatnich atakach w Londynie. Być może nie spieszyłby się z wizytą w szpitalu Św. Munga, gdyby nie męczące przypominanie się jego kolegi z pracy oraz siostry. </p>
<p>Dzisiejszego dnia, Nicholas nie został do końca w pracy. Wyszedł wcześniej, na co uzyskał pozwolenie od swojego przełożonego, argumentując potrzebę udania się do uzdrowiciela. Jego kaszel na pewno nie był niezauważony nawet w Departamencie Tajemnic. </p>
<p>Pamiętając, w jakich godzinach zazwyczaj pracował Prewett, starał się pojawić przed końcem jego pracy. Będąc w szpitali, dało się usłyszeć jego kaszel. Otrzymane eliksiry od Rodolphusa, pomagały łagodzić ból gardła i przełyku, minimalizować kaszel, ale nie pozbyć dosłownie. Może gdyby poczekał z wizytą, dałoby to lepszy efekt? Czy może dobrze zrobił, przychodząc z tym od razu, po wczorajszym spotkaniu z Lestrange’m?</p>
<p>Dostrzegając, że jeden z pacjentów wyszedł z gabinetu, nie czekając dłużej, Travers wstał i wszedł do środka. </p>
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Dzień dobry. </span><br />
Przywitał się na wejściu, zamykając za sobą drzwi. Dając tym samym znać o swojej obecności. Jego chłodne jak lód spojrzenie, odnalazło uzdrowiciela znajdującego się przy biurku. <br />
<br />
<br />
<div style="text-align: right;" class="mycode_align"> <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=444" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Basilius Prewett</a> </div></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[11.09.1972] The quiet between breaths (Astoria Avery, Basilius Prewett)]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5235</link>
			<pubDate>Tue, 14 Oct 2025 14:32:15 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=602">Astoria Avery</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5235</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">11.09.1972<br />
#8 Popiół w płucach</div>
<br />
W bezpiecznych murach posiadłości rodowej oddała się całkowicie w zatroskane ręce matki. Spała niemal bez przerwy przez kilkanaście godzin. Czasem przebudzała się tylko na chwilę, czując, jak ktoś poprawia koc, przykłada chłodny kompres do czoła, a potem znów zapadała w sen, ciężki i lepki jak miód. Śnił jej się dym - nie taki jak ten z fajki, łagodny i ciepły, ale gęsty, duszący, wdzierający się w płuca. Budziła się z uczuciem, jakby nadal tkwił w niej tamten zapach. I może właśnie tak było. Kiedy w końcu się przebudziła, światło poranka sączyło się do pokoju przez ciężkie zasłony. Gdzieś w oddali śpiewał ptak, jakby nic się nie wydarzyło. Przez chwilę po prostu leżała, próbując oddychać - płuca wciąż protestowały przy każdym głębszym wdechu, a gardło paliło, jakby połknęła popiół.<br />
Aureliana Avery siedziała przy stoliku obok, czytając "Proroka Codziennego". Gdy tylko zauważyła, że Astoria się obudziła, odłożyła gazetę. <br />
-<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> Uzdrowiciele zalecają naturalne sposoby. Napary, syropy, inhalacje. W dzisiejszej czarownicy podali konkretne sposoby.</span><br />
Astoria nie odpowiedziała. Przyjęła kubek i wypiła kilka łyków naparu. Był gorzki, ale ciepło rozlało się po ciele, przynosząc ulgę. Obok na stole parował kociołek z wodą, w której unosił się aromat rumianku i szałwii. Cały pokój pachniał jak szpital i ogród jednocześnie. Chciała zaprotestować, powiedzieć matce, że to już przesada. Ale nie miała serca, nie po śmierci Juliana. Pozwoliła matce zająć się nią tak, jak uważała za słuszne. Czuła w tej trosce miłość, która po śmierci pierworodnego syna stała się obsesją przetrwania reszty rodziny.<br />
Przez resztę dnia Astoria siedziała owinięta w koc, z Vulcorem skulonym przy jej boku. Czuła się słaba, jakby ktoś wypalił w niej część życia, zostawiając jedynie cienką warstwę popiołu. Ale tutaj, w posiadłości Averych, wreszcie mogła oddychać - choć każdy wdech przypominał jej, jak blisko była, by już nigdy tego nie zrobić.<br />
<br />
Następnego dnia rano czuła zawroty głowy. Inhalacje, syrop i napary pomagały w jakimś stopniu, być może nie potrzebowała uzdrowiciela, gdyby nie jej choroba genetyczna. Po stresie, jaki przeżyła tamtej nocy, czuła jak w jej klatce piersiowej osiada ciężar. Serce biło nierówno, słabo, jakby każde uderzenie wymagało od niego nadludzkiego wysiłku. Duszność powracała falami, a zmęczenie rozlewało się po ciele jak ciężka mgła.<br />
Matka, widząc jej bladość i drobne drżenie rąk, nie zamierzała czekać. Nie pomogły protesty, zapewnienia, że to tylko zmęczenie, że napary i eliksiry przyniosą ulgę. Zmuszona troską, a może strachem, którego nie potrafiła już ukrywać, nakazała córce udać się do Świętego Munga. Prywatne wizyty nie wchodziły w grę - uzdrowiciele mieli pełne ręce roboty. <br />
Wszelkie protesty były bezcelowe, więc dla świętego spokoju ubrała się i wyruszyła do szpitala. Na szczęście przy takim obłożeniu pacjentów, nikt nie zainteresuje się jej wizytą. Przy rejestracji podała swoje nazwisko i ogólne dolegliwości, starając się brzmieć rzeczowo, choć głos nieco jej drżał. Kobieta za biurkiem uniosła wzrok, gdy Astoria położyła przed nią sakiewkę, a potem bez słowa dopisała ją na samą górę listy oczekujących. Przywilej pozycji i nazwiska Avery - nie będzie czekała cały dzień, gdy może wykupić sobie pierwszeństwo. Usiadła na jednej z wolnych ławek, opierając się o chłodną ścianę. Korytarze szpitala pękały w szwach od rannych, poparzonych i tych, którzy nie mogli oddychać po wdychaniu toksycznego dymu.<br />
Po chwili Vulcor, który dotąd siedział cicho na jej ramieniu, zeskoczył na kolana i zwinął się w kłębek. Przesunęła dłonią po jego łuskach, próbując wyłączyć się na chaos dookoła.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">11.09.1972<br />
#8 Popiół w płucach</div>
<br />
W bezpiecznych murach posiadłości rodowej oddała się całkowicie w zatroskane ręce matki. Spała niemal bez przerwy przez kilkanaście godzin. Czasem przebudzała się tylko na chwilę, czując, jak ktoś poprawia koc, przykłada chłodny kompres do czoła, a potem znów zapadała w sen, ciężki i lepki jak miód. Śnił jej się dym - nie taki jak ten z fajki, łagodny i ciepły, ale gęsty, duszący, wdzierający się w płuca. Budziła się z uczuciem, jakby nadal tkwił w niej tamten zapach. I może właśnie tak było. Kiedy w końcu się przebudziła, światło poranka sączyło się do pokoju przez ciężkie zasłony. Gdzieś w oddali śpiewał ptak, jakby nic się nie wydarzyło. Przez chwilę po prostu leżała, próbując oddychać - płuca wciąż protestowały przy każdym głębszym wdechu, a gardło paliło, jakby połknęła popiół.<br />
Aureliana Avery siedziała przy stoliku obok, czytając "Proroka Codziennego". Gdy tylko zauważyła, że Astoria się obudziła, odłożyła gazetę. <br />
-<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> Uzdrowiciele zalecają naturalne sposoby. Napary, syropy, inhalacje. W dzisiejszej czarownicy podali konkretne sposoby.</span><br />
Astoria nie odpowiedziała. Przyjęła kubek i wypiła kilka łyków naparu. Był gorzki, ale ciepło rozlało się po ciele, przynosząc ulgę. Obok na stole parował kociołek z wodą, w której unosił się aromat rumianku i szałwii. Cały pokój pachniał jak szpital i ogród jednocześnie. Chciała zaprotestować, powiedzieć matce, że to już przesada. Ale nie miała serca, nie po śmierci Juliana. Pozwoliła matce zająć się nią tak, jak uważała za słuszne. Czuła w tej trosce miłość, która po śmierci pierworodnego syna stała się obsesją przetrwania reszty rodziny.<br />
Przez resztę dnia Astoria siedziała owinięta w koc, z Vulcorem skulonym przy jej boku. Czuła się słaba, jakby ktoś wypalił w niej część życia, zostawiając jedynie cienką warstwę popiołu. Ale tutaj, w posiadłości Averych, wreszcie mogła oddychać - choć każdy wdech przypominał jej, jak blisko była, by już nigdy tego nie zrobić.<br />
<br />
Następnego dnia rano czuła zawroty głowy. Inhalacje, syrop i napary pomagały w jakimś stopniu, być może nie potrzebowała uzdrowiciela, gdyby nie jej choroba genetyczna. Po stresie, jaki przeżyła tamtej nocy, czuła jak w jej klatce piersiowej osiada ciężar. Serce biło nierówno, słabo, jakby każde uderzenie wymagało od niego nadludzkiego wysiłku. Duszność powracała falami, a zmęczenie rozlewało się po ciele jak ciężka mgła.<br />
Matka, widząc jej bladość i drobne drżenie rąk, nie zamierzała czekać. Nie pomogły protesty, zapewnienia, że to tylko zmęczenie, że napary i eliksiry przyniosą ulgę. Zmuszona troską, a może strachem, którego nie potrafiła już ukrywać, nakazała córce udać się do Świętego Munga. Prywatne wizyty nie wchodziły w grę - uzdrowiciele mieli pełne ręce roboty. <br />
Wszelkie protesty były bezcelowe, więc dla świętego spokoju ubrała się i wyruszyła do szpitala. Na szczęście przy takim obłożeniu pacjentów, nikt nie zainteresuje się jej wizytą. Przy rejestracji podała swoje nazwisko i ogólne dolegliwości, starając się brzmieć rzeczowo, choć głos nieco jej drżał. Kobieta za biurkiem uniosła wzrok, gdy Astoria położyła przed nią sakiewkę, a potem bez słowa dopisała ją na samą górę listy oczekujących. Przywilej pozycji i nazwiska Avery - nie będzie czekała cały dzień, gdy może wykupić sobie pierwszeństwo. Usiadła na jednej z wolnych ławek, opierając się o chłodną ścianę. Korytarze szpitala pękały w szwach od rannych, poparzonych i tych, którzy nie mogli oddychać po wdychaniu toksycznego dymu.<br />
Po chwili Vulcor, który dotąd siedział cicho na jej ramieniu, zeskoczył na kolana i zwinął się w kłębek. Przesunęła dłonią po jego łuskach, próbując wyłączyć się na chaos dookoła.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[11/09/72] i am not very demure, i will cause a scene [Lyssa&Caius]]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5017</link>
			<pubDate>Thu, 31 Jul 2025 23:17:22 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=542">Caius Burke</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5017</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">11/09/72, szpital św. Munga, parter</div>
<br />
<p>Bardziej niż wszystkich tych śmierdzących miejsc, których progów nie potrafił przekroczyć, brzydził się tylko św. Munga. Nie było tak oczywiście od zawsze i chociaż już w dzieciństwie nie należał do grona fanów eliksirów i uzdrowicieli w zielonych szatach, co to przyglądali mu się uważnie, doszukując w nim wad (głupcy, przecież Caius od zawsze był idealny), niechęć znacząco pogłębiła się od czasu jego wypadku. Mung kojarzył mu się, więc przede wszystkim z bólem, wieloma godzinami rehabilitacji i pozbawionym smaku jedzeniem, któremu daleko było od tego przygotowanego przez skrzaty domowe. </p>
<p>Na miejscu zastał go dość nieciekawy widok; słyszał co prawda, że od czasu Spalonej Nocy placówkę oblegały tłumy pokasłujących czarodziejów, ale w głębi serca, czuł, że mu się poszczęści i rój chociaż odrobinę się rozrzedzi. Tak nie było; w pomieszczeniu panował niesamowity bajzel co tylko utwierdzało Caiusa w niechęci do służby zdrowia – zapach środków dezynfekujących mieszał się z słodkawą wonią spalenizny i czarnej magii, tworząc wspólnie niesamowicie nieprzyjemną mieszankę. Nie spędził tam nawet kilku minut i już marzył o kąpieli. Mimowolnie zmarszczył swój arystokratyczny nos i obrzydzony, z kieszeni marynarki wyciągnął chusteczkę, by chociaż w taki sposób ochronić wyczulony zmysł węchu przed nieprzyjemnościami. Bukiet przebijał się niestety przez cienki materiał, którym zakrył swój nos, no, ale z tą szmatką wyglądał na bardziej chorego, dlatego chyba ostatecznie pomimo braku wydajności, dalej przy buzi ją dzierżył. </p>
<p>Przedzierał się przez tłum patrzących na niego spod oka czarodziejów dość ostentacyjnie, bo jemu miejsce poza kolejką się najzwyczajniej należało, a upoważniało go do tego nie tylko wysokie urodzenie, ale i wypchana galeonami sakiewka, spoczywająca sobie spokojnie na dnie jednej z kieszeni szaty czarodzieja. Po drodze czyimś palcom stopy dane było poczuć nacisk laski, z którą praktycznie nigdy się nie rozstawał, ktoś inny zaklął, gdy Burke popchnął go barkiem, kolejny wyciągną swą różdżkę by Caiusa boleśnie uszkodzić, ale osoba, widząc karcący wzrok jednej z pracujących tam magi-pielęgniarek, pośpiesznie ukryła przedmiot w rękawie swego płaszcza, rezygnując z próby skrzywdzenia czarodzieja, ograniczając swe brutalne zapędy do mordowania Caiusa wzrokiem.</p>
<p>Na twarzach obecnych tam osób raczej się nie skupiał, bo jego umysł owładnęła awersja do otaczających go czarodziejów niewiadomego pochodzenia, no i tego cholernego, wszechobecnego zapachu. Dlatego też nie dostrzegł panny Dolohov, która była jedną z osób przed które się bezceremonialnie wepchnął, stając bezpośredni przed nią. W normalnych warunkach to może miałby i wyrzuty sumienia, bo Lyssę darzył przynajmniej szczerą, koleżeńską sympatią, ale był też kompletnym narcyzem, który dbał przede wszystkim o swoje własne potrzeby, więc raczej miał na czarodziejów stojących za nim wyjebane.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">11/09/72, szpital św. Munga, parter</div>
<br />
<p>Bardziej niż wszystkich tych śmierdzących miejsc, których progów nie potrafił przekroczyć, brzydził się tylko św. Munga. Nie było tak oczywiście od zawsze i chociaż już w dzieciństwie nie należał do grona fanów eliksirów i uzdrowicieli w zielonych szatach, co to przyglądali mu się uważnie, doszukując w nim wad (głupcy, przecież Caius od zawsze był idealny), niechęć znacząco pogłębiła się od czasu jego wypadku. Mung kojarzył mu się, więc przede wszystkim z bólem, wieloma godzinami rehabilitacji i pozbawionym smaku jedzeniem, któremu daleko było od tego przygotowanego przez skrzaty domowe. </p>
<p>Na miejscu zastał go dość nieciekawy widok; słyszał co prawda, że od czasu Spalonej Nocy placówkę oblegały tłumy pokasłujących czarodziejów, ale w głębi serca, czuł, że mu się poszczęści i rój chociaż odrobinę się rozrzedzi. Tak nie było; w pomieszczeniu panował niesamowity bajzel co tylko utwierdzało Caiusa w niechęci do służby zdrowia – zapach środków dezynfekujących mieszał się z słodkawą wonią spalenizny i czarnej magii, tworząc wspólnie niesamowicie nieprzyjemną mieszankę. Nie spędził tam nawet kilku minut i już marzył o kąpieli. Mimowolnie zmarszczył swój arystokratyczny nos i obrzydzony, z kieszeni marynarki wyciągnął chusteczkę, by chociaż w taki sposób ochronić wyczulony zmysł węchu przed nieprzyjemnościami. Bukiet przebijał się niestety przez cienki materiał, którym zakrył swój nos, no, ale z tą szmatką wyglądał na bardziej chorego, dlatego chyba ostatecznie pomimo braku wydajności, dalej przy buzi ją dzierżył. </p>
<p>Przedzierał się przez tłum patrzących na niego spod oka czarodziejów dość ostentacyjnie, bo jemu miejsce poza kolejką się najzwyczajniej należało, a upoważniało go do tego nie tylko wysokie urodzenie, ale i wypchana galeonami sakiewka, spoczywająca sobie spokojnie na dnie jednej z kieszeni szaty czarodzieja. Po drodze czyimś palcom stopy dane było poczuć nacisk laski, z którą praktycznie nigdy się nie rozstawał, ktoś inny zaklął, gdy Burke popchnął go barkiem, kolejny wyciągną swą różdżkę by Caiusa boleśnie uszkodzić, ale osoba, widząc karcący wzrok jednej z pracujących tam magi-pielęgniarek, pośpiesznie ukryła przedmiot w rękawie swego płaszcza, rezygnując z próby skrzywdzenia czarodzieja, ograniczając swe brutalne zapędy do mordowania Caiusa wzrokiem.</p>
<p>Na twarzach obecnych tam osób raczej się nie skupiał, bo jego umysł owładnęła awersja do otaczających go czarodziejów niewiadomego pochodzenia, no i tego cholernego, wszechobecnego zapachu. Dlatego też nie dostrzegł panny Dolohov, która była jedną z osób przed które się bezceremonialnie wepchnął, stając bezpośredni przed nią. W normalnych warunkach to może miałby i wyrzuty sumienia, bo Lyssę darzył przynajmniej szczerą, koleżeńską sympatią, ale był też kompletnym narcyzem, który dbał przede wszystkim o swoje własne potrzeby, więc raczej miał na czarodziejów stojących za nim wyjebane.</p>]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>