<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Klinika magicznych chorób i urazów]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Fri, 17 Apr 2026 14:56:00 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[[22.09.1972r.] Wsparcie dla Kliniki || Laurence & Dorinda]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5785</link>
			<pubDate>Sat, 28 Feb 2026 13:00:25 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=307">Laurence Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5785</guid>
			<description><![CDATA[<div class="divek"><div id="dataa" class="mycode_b">22 września 1972r. <br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Szpital Św. Munga / Gabinet Dorindy Lestrange </span></div>
<br />
<p>Ostatniego wieczora wracał późno do domu. Ze względu na sytuację w kraju i w Ministerstwie, spędzał nadgodziny, żeby być na bieżąco ze wszystkimi informacjami oraz działaniami. W końcu jego departament, miał najwięcej do robienia i najwięcej mógł też zaoferować w kwestii pomocy zdrowotnej dla obywateli. A ostatnie wydanie proroka codziennego, nasunęło mu pewne myśli, pomysły do działania. Potrzebował jeszcze wiedzieć, jak wygląda sytuacja w Klinice Magicznych Chorób i Urazów. Myśląc o tym, kiedy po kolacji przygotowanej przez skrzata, zmierzał do swojego gabinetu, aby coś jeszcze w papierach sporządzić, dostrzegł nadlatującą sowę do okna. Podszedł i otworzył skrzydło, wpuszczając zwierzę do środka. Odebrał od niego list, od razu zabierając się do przeczytania. Uśmiechnął się, na zamieszczone słowa babki. Miał już niestety w zwyczaju pisać oficjalne listy do swoich członków rodziny, jeżeli chodziło o interesy zawodowe. Innym słowy też, odnosił się do Dorindy z szacunkiem. Nie pozostało mu nic innego, jak nakarmić sowę i wypuścić ją, aby wróciła do swojego właściciela. A on z kolei musiał zadbać o odpowiedni odpoczynek dla siebie. Spożyć odpowiedni eliksir na sen, żeby wstać wypoczętym. </p>
<p>W dzień samego Mabon, pamiętając o kolacji wieczorem, musiał spiąć swój dzisiejszy grafik pracy i spotkań, aby zdążyć na spotkanie z rodziną. Z samego rana po ogarnięciu się i zjedzeniu śniadania, udał się pierw do swojego biura w Ministerstwie, aby zabrać ze sobą potrzebne dokumenty. Był najpewniej jednym z nielicznych, którzy pojawili się w pracy przed czasem. Zabierając aktówkę, zostawił wiadomość dla szefa i asystenta, że udaje się na spotkanie z Dyrektorką Kliniki Magicznych Chorób i Urazów. Na wszelki wypadek, gdyby spotkanie przedłużyło się znacznie, niż by planował. Pamiętał także o zabraniu ostatniego wydania Proroka Codziennego. </p>
<p><span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Przed Kliniką zjawił się z rana, jak prosiła w liście babka.</span> O czasie, jak zaczynali pracę w biurach. Gdyby był za szybko, mógłby poczekać. Mógłby nawet zrobić osobisty obchód. Robił go wchodząc do środka. Obserwując pracę stażystów i uzdrowicieli, często przemieszczających się między salami i na korytarzach. Był tutaj znany, więc na dzień dobry, odpowiadał tak samo. <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Nie potrzebował asysty, aby trafić do gabinetu Dorindy. Jedynie zapytał jej asystentki, czy jest obecna. Jeżeli tak, zapukał do drzwi jej gabinetu i wszedł, jeśli dała zgodę. A jeżeli nie była obecna, postanowił poczekać.</span>  </p>
<br />
<br />
<div style="text-align: right;" class="mycode_align"> <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=483" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Dearg Dur</a> </div></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="divek"><div id="dataa" class="mycode_b">22 września 1972r. <br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Szpital Św. Munga / Gabinet Dorindy Lestrange </span></div>
<br />
<p>Ostatniego wieczora wracał późno do domu. Ze względu na sytuację w kraju i w Ministerstwie, spędzał nadgodziny, żeby być na bieżąco ze wszystkimi informacjami oraz działaniami. W końcu jego departament, miał najwięcej do robienia i najwięcej mógł też zaoferować w kwestii pomocy zdrowotnej dla obywateli. A ostatnie wydanie proroka codziennego, nasunęło mu pewne myśli, pomysły do działania. Potrzebował jeszcze wiedzieć, jak wygląda sytuacja w Klinice Magicznych Chorób i Urazów. Myśląc o tym, kiedy po kolacji przygotowanej przez skrzata, zmierzał do swojego gabinetu, aby coś jeszcze w papierach sporządzić, dostrzegł nadlatującą sowę do okna. Podszedł i otworzył skrzydło, wpuszczając zwierzę do środka. Odebrał od niego list, od razu zabierając się do przeczytania. Uśmiechnął się, na zamieszczone słowa babki. Miał już niestety w zwyczaju pisać oficjalne listy do swoich członków rodziny, jeżeli chodziło o interesy zawodowe. Innym słowy też, odnosił się do Dorindy z szacunkiem. Nie pozostało mu nic innego, jak nakarmić sowę i wypuścić ją, aby wróciła do swojego właściciela. A on z kolei musiał zadbać o odpowiedni odpoczynek dla siebie. Spożyć odpowiedni eliksir na sen, żeby wstać wypoczętym. </p>
<p>W dzień samego Mabon, pamiętając o kolacji wieczorem, musiał spiąć swój dzisiejszy grafik pracy i spotkań, aby zdążyć na spotkanie z rodziną. Z samego rana po ogarnięciu się i zjedzeniu śniadania, udał się pierw do swojego biura w Ministerstwie, aby zabrać ze sobą potrzebne dokumenty. Był najpewniej jednym z nielicznych, którzy pojawili się w pracy przed czasem. Zabierając aktówkę, zostawił wiadomość dla szefa i asystenta, że udaje się na spotkanie z Dyrektorką Kliniki Magicznych Chorób i Urazów. Na wszelki wypadek, gdyby spotkanie przedłużyło się znacznie, niż by planował. Pamiętał także o zabraniu ostatniego wydania Proroka Codziennego. </p>
<p><span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Przed Kliniką zjawił się z rana, jak prosiła w liście babka.</span> O czasie, jak zaczynali pracę w biurach. Gdyby był za szybko, mógłby poczekać. Mógłby nawet zrobić osobisty obchód. Robił go wchodząc do środka. Obserwując pracę stażystów i uzdrowicieli, często przemieszczających się między salami i na korytarzach. Był tutaj znany, więc na dzień dobry, odpowiadał tak samo. <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Nie potrzebował asysty, aby trafić do gabinetu Dorindy. Jedynie zapytał jej asystentki, czy jest obecna. Jeżeli tak, zapukał do drzwi jej gabinetu i wszedł, jeśli dała zgodę. A jeżeli nie była obecna, postanowił poczekać.</span>  </p>
<br />
<br />
<div style="text-align: right;" class="mycode_align"> <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=483" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Dearg Dur</a> </div></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[18.09.1972] Przyszła baba do lekarza, a lekarz też baba]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5663</link>
			<pubDate>Mon, 26 Jan 2026 20:37:14 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=177">Victoria Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5663</guid>
			<description><![CDATA[<p>W życiu Victorii Lestrange nie było chyba żadnego odpowiedniego momentu na to, by udać się do uzdrowiciela. Zgoda, spędziła całą noc, od początku do końca, na ulicach Londynu, wdychając cały pył, dym i syf palonych budynków i mienia ludzi. Nawdychała się tego tyle, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">najadła</span> wręcz, że gdy następnego dnia nadal krążyła po Magicznym Londynie i kaszlała co i rusz – nie była ani trochę zdziwiona podrażnionym gardłem. Ani tym, że momentami nie umiała złapać oddechu, ani tymi seriami kaszlu, które czasami zdawały się nie kończyć. W kolejnych dniach również nie miała czasu się sobą zająć, cóż z tego, że nawet w Czarownicy ukazał się artykuł, który cytował jej własnego, prywatnego ojca, uzdrowiciela – nawołującego do tego, by ten problem traktować <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">poważnie</span>. Przecież jej praca była równie poważna! I w pracy mieli taki kocioł, tylu niedysponowanych brygadzistów czy aurorów, że nadgodziny okazały się codziennością. I tak mijał dzień za dniem, były rzeczy ważne i ważniejsze, a kaszel wcale nie malał. </p>
<p>Dwa dni temu widziała się z Rosierem, który opowiadał o tym, że oglądał go uzdrowiciel i… to trochę zainspirowało Victorię do tego, że może to jednak najwyższy czas, by przestać się oszukiwać i jednak do tego medyka udać (nie żeby jej się jakoś bardzo do tego paliło). Że pochodziła z rodziny uzdrowicielów, babcia była dyrektorem szpitala? I co z tego. Nie chciała zawracać głowy ani ojcu, który miał tu urwanie głowy, ani nie chciała martwić babki, ani innych członków rodziny… Zapisała się jak należało – ale anonimowość nie wchodziła tutaj w grę. Zapłaciła sowicie za to, żeby nie robiono z tego sensacji, żeby nie zawracano głowy jej rodzinie, ale i tak ktoś kto ją wtedy zapisywał pociągnął za sznurki i zamiast czekać na wizytę tydzień albo i dłużej, przy tym obłożeniu potrzebujących, wyznaczono jej termin na następny dzień. </p>
<p>W ten właśnie sposób Lestrange trafiła do gabinetu uzdrowicielki Deirdre Malfoy. Ciemnowłosej było wszystko jedno, jaką ta skończyła specjalizację na akademii, pył w płucach był nowością dla czarodziei i czy oglądałby ją ktoś, kto zajmował się urazami pozaklęciowymi, albo zatruciami zielarskimi, albo czymkolwiek innym – chyba nie miało to żadnego znaczenia. </p>
<p>Siedziała sobie więc grzecznie na krześle przed biurkiem uzdrowicielki, która miała przed sobą jej kartę pacjenta i wszystkie dane. Mogła sobie więc poczytać o historii leczenia… tej szpitalnej. O tym, że nieżyjąca już Florence Bulstrode łamała tutaj jej klątwę magicznego rytuału Beltane, albo o tym, jak którejś późnomajowej nocy została tutaj przeniesiona w poważnych ranach ciętych na ciele – na całych plecach i na ręce. Albo o szczegółach jej początku życia jako jedna z Zimnych. Lestrange nie przeszkadzała uzdrowicielce, gdy tak siedziały w milczeniu, a ciemne oczy oglądały ściany pomieszczenia. </p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>W życiu Victorii Lestrange nie było chyba żadnego odpowiedniego momentu na to, by udać się do uzdrowiciela. Zgoda, spędziła całą noc, od początku do końca, na ulicach Londynu, wdychając cały pył, dym i syf palonych budynków i mienia ludzi. Nawdychała się tego tyle, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">najadła</span> wręcz, że gdy następnego dnia nadal krążyła po Magicznym Londynie i kaszlała co i rusz – nie była ani trochę zdziwiona podrażnionym gardłem. Ani tym, że momentami nie umiała złapać oddechu, ani tymi seriami kaszlu, które czasami zdawały się nie kończyć. W kolejnych dniach również nie miała czasu się sobą zająć, cóż z tego, że nawet w Czarownicy ukazał się artykuł, który cytował jej własnego, prywatnego ojca, uzdrowiciela – nawołującego do tego, by ten problem traktować <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">poważnie</span>. Przecież jej praca była równie poważna! I w pracy mieli taki kocioł, tylu niedysponowanych brygadzistów czy aurorów, że nadgodziny okazały się codziennością. I tak mijał dzień za dniem, były rzeczy ważne i ważniejsze, a kaszel wcale nie malał. </p>
<p>Dwa dni temu widziała się z Rosierem, który opowiadał o tym, że oglądał go uzdrowiciel i… to trochę zainspirowało Victorię do tego, że może to jednak najwyższy czas, by przestać się oszukiwać i jednak do tego medyka udać (nie żeby jej się jakoś bardzo do tego paliło). Że pochodziła z rodziny uzdrowicielów, babcia była dyrektorem szpitala? I co z tego. Nie chciała zawracać głowy ani ojcu, który miał tu urwanie głowy, ani nie chciała martwić babki, ani innych członków rodziny… Zapisała się jak należało – ale anonimowość nie wchodziła tutaj w grę. Zapłaciła sowicie za to, żeby nie robiono z tego sensacji, żeby nie zawracano głowy jej rodzinie, ale i tak ktoś kto ją wtedy zapisywał pociągnął za sznurki i zamiast czekać na wizytę tydzień albo i dłużej, przy tym obłożeniu potrzebujących, wyznaczono jej termin na następny dzień. </p>
<p>W ten właśnie sposób Lestrange trafiła do gabinetu uzdrowicielki Deirdre Malfoy. Ciemnowłosej było wszystko jedno, jaką ta skończyła specjalizację na akademii, pył w płucach był nowością dla czarodziei i czy oglądałby ją ktoś, kto zajmował się urazami pozaklęciowymi, albo zatruciami zielarskimi, albo czymkolwiek innym – chyba nie miało to żadnego znaczenia. </p>
<p>Siedziała sobie więc grzecznie na krześle przed biurkiem uzdrowicielki, która miała przed sobą jej kartę pacjenta i wszystkie dane. Mogła sobie więc poczytać o historii leczenia… tej szpitalnej. O tym, że nieżyjąca już Florence Bulstrode łamała tutaj jej klątwę magicznego rytuału Beltane, albo o tym, jak którejś późnomajowej nocy została tutaj przeniesiona w poważnych ranach ciętych na ciele – na całych plecach i na ręce. Albo o szczegółach jej początku życia jako jedna z Zimnych. Lestrange nie przeszkadzała uzdrowicielce, gdy tak siedziały w milczeniu, a ciemne oczy oglądały ściany pomieszczenia. </p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Spalona Noc] Stopniowanie kryzysu]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5327</link>
			<pubDate>Tue, 11 Nov 2025 15:58:51 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=604">Sidonie Lockhart</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5327</guid>
			<description><![CDATA[Zawsze może być gorzej. Nawet tego już nikt nie mówił, każdy to widział w spojrzeniu swojego współpracownika. Może być i będzie. Sid nie miała pojęcia, na którym stopniu kryzysu znajdowali się jako cały Mung, nie wiedziała nawet czy schodzą na dół, na dno czy się wspinają mozolnie w górę. Nie wiedziała i z wielu rzeczy, których tej noc nie wiedziała, co ją dość uwierało, bo zwykle była osobą, która chciała udzielać odpowiedzi, to akurat tej nie chciała poznać. Bolały ją plecy, bo przez ostatnie czterdzieści minut pomagała oczyszczać poparzenia jakiegoś czarodzieja, którego ogień potraktował bezlitośnie wraz z ubraniem, które miał na sobie w momencie wybuchu, a potem przygniótł go zawalony strop. Ordynator odwołał ja z przyjmowania pacjentów, którzy mogli się poruszać o własnych siłach, nimi zajmą się stażyści ostatniego roku, a doświadczonych uzdrowicieli przesunięto do wszystkich przypadków ciężkich i poważnych. Wiadomo, że wraz z postępującą akcją ratowniczą to zacznie spływać do nich więcej takich poszkodowanych. A do tego ich zapasy już się kurczyły, co gorsza nie mogli liczyć na lecznice spoza Londynu, bo z mniej lub bardziej potwierdzonych informacji wynikało, że enklawy czarodziejskie też padły ofiarami ognia.<br />
Sidonie wyrzuciła rękawiczki do kosza i zaklęciem oczyściła swoją uzdrowicielską szatę, miałą wrażenie, że jej uniform od wielokrotnego magicznego czyszczenia, zaczął trzeszczeć w szwach. Przeciągnęła się, plecy ją bolały, aż jej zdrętwiała ręka od ramienia do łokcia. Była na nogach od wczesnego rana i zaczynała to czuć, ktoś jej powiedział, że mają wprowadzić rotację dla tych, którzy byli najdłużej, choć pewnie najpierw zluzowani będą ci pechowcy, którzy zostali z jakiś powodów w szpitalu z nocki i pociągnęło ich, aż do teraz. Miała ochotę na moment urwać się na dach albo półpiętro z podprowadzonym od kogoś papierosem, nie paliła, raczej sporadycznie, ale teraz dodatkowo jakoś używanie zapalniczki lub różdżki w tym celu wydawało się nie na miejscu.<br />
<br />
!Nigdy nie przestawaj leczyć]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Zawsze może być gorzej. Nawet tego już nikt nie mówił, każdy to widział w spojrzeniu swojego współpracownika. Może być i będzie. Sid nie miała pojęcia, na którym stopniu kryzysu znajdowali się jako cały Mung, nie wiedziała nawet czy schodzą na dół, na dno czy się wspinają mozolnie w górę. Nie wiedziała i z wielu rzeczy, których tej noc nie wiedziała, co ją dość uwierało, bo zwykle była osobą, która chciała udzielać odpowiedzi, to akurat tej nie chciała poznać. Bolały ją plecy, bo przez ostatnie czterdzieści minut pomagała oczyszczać poparzenia jakiegoś czarodzieja, którego ogień potraktował bezlitośnie wraz z ubraniem, które miał na sobie w momencie wybuchu, a potem przygniótł go zawalony strop. Ordynator odwołał ja z przyjmowania pacjentów, którzy mogli się poruszać o własnych siłach, nimi zajmą się stażyści ostatniego roku, a doświadczonych uzdrowicieli przesunięto do wszystkich przypadków ciężkich i poważnych. Wiadomo, że wraz z postępującą akcją ratowniczą to zacznie spływać do nich więcej takich poszkodowanych. A do tego ich zapasy już się kurczyły, co gorsza nie mogli liczyć na lecznice spoza Londynu, bo z mniej lub bardziej potwierdzonych informacji wynikało, że enklawy czarodziejskie też padły ofiarami ognia.<br />
Sidonie wyrzuciła rękawiczki do kosza i zaklęciem oczyściła swoją uzdrowicielską szatę, miałą wrażenie, że jej uniform od wielokrotnego magicznego czyszczenia, zaczął trzeszczeć w szwach. Przeciągnęła się, plecy ją bolały, aż jej zdrętwiała ręka od ramienia do łokcia. Była na nogach od wczesnego rana i zaczynała to czuć, ktoś jej powiedział, że mają wprowadzić rotację dla tych, którzy byli najdłużej, choć pewnie najpierw zluzowani będą ci pechowcy, którzy zostali z jakiś powodów w szpitalu z nocki i pociągnęło ich, aż do teraz. Miała ochotę na moment urwać się na dach albo półpiętro z podprowadzonym od kogoś papierosem, nie paliła, raczej sporadycznie, ale teraz dodatkowo jakoś używanie zapalniczki lub różdżki w tym celu wydawało się nie na miejscu.<br />
<br />
!Nigdy nie przestawaj leczyć]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 72, 09.09 Urazy pozaklęciowe i klątwy | Sidonie & Millie] White Queen]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5296</link>
			<pubDate>Fri, 31 Oct 2025 20:47:33 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=418">Millie Moody</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5296</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">09.09.1972<br />
<br />
Godziny popołudniowe, gdy brat był odnalezion, przyjaciel nakarmion, ale drugi (czy właściwie trzeci w kolejności) jeszcze nie odebran.</div>
<br />
Najgorsze były te czarne chmury, które wciąż wisiały im nad głowami. Dzień nie przyszedł, bo czarna zawiesina nie pozwalała na to, żeby przyszedł. Wyglądało to bardziej niż chujowo, ale nie mogła polecieć na miotle do góry i rozpędzić tego ustrojstwa na cztery wiatry. Przysłowiowe. <br />
<br />
I mimo swojego temperamentu i ogólnego wkurwienia cała sytuacją, wojną i tymi paskudami śmierciożercami, Milles była zaskakująco spokojna wobec kataklizmu, który dotknął cały świat. <br />
<br />
Zrobiła wczoraj co mogła. Dzisiaj od rana sprawdziła jak poradził sobie z nocą jej brat, doglądała oślepionego wybuchem towarzysza broni, a teraz cóż, pozostało jej odebrać Basiliusa z pracy, bo jakoś jej tak chodziło po głowie, że mimo ponad 20 h dyżuru i zapierdalania po chorych, jej przyjaciel nie ogarnie kiedy warto byłoby się zatrzymać, żeby samemu nie stać się pacjentem.<br />
<br />
I - trochę zgodnie z przypuszczeniem - nie mogła go znaleźć na oddziale, chociaż ktośtam potwierdził jej że gdzieś na nim powinien być. Korytarze zasrane były rannymi i oczywiście rozumiała, że Prewett miał pełne ręce roboty, ale... jeśli ona o niego nie zadbałaby, to kto by to zrobił? <br />
<br />
Wiele by dała, żeby ten dyżur, żeby poprzednia noc wyglądała zupełnie kurwa inaczej, a jednak ten pierdolony V... V...<br />
<br />
!Strach przed imieniem]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">09.09.1972<br />
<br />
Godziny popołudniowe, gdy brat był odnalezion, przyjaciel nakarmion, ale drugi (czy właściwie trzeci w kolejności) jeszcze nie odebran.</div>
<br />
Najgorsze były te czarne chmury, które wciąż wisiały im nad głowami. Dzień nie przyszedł, bo czarna zawiesina nie pozwalała na to, żeby przyszedł. Wyglądało to bardziej niż chujowo, ale nie mogła polecieć na miotle do góry i rozpędzić tego ustrojstwa na cztery wiatry. Przysłowiowe. <br />
<br />
I mimo swojego temperamentu i ogólnego wkurwienia cała sytuacją, wojną i tymi paskudami śmierciożercami, Milles była zaskakująco spokojna wobec kataklizmu, który dotknął cały świat. <br />
<br />
Zrobiła wczoraj co mogła. Dzisiaj od rana sprawdziła jak poradził sobie z nocą jej brat, doglądała oślepionego wybuchem towarzysza broni, a teraz cóż, pozostało jej odebrać Basiliusa z pracy, bo jakoś jej tak chodziło po głowie, że mimo ponad 20 h dyżuru i zapierdalania po chorych, jej przyjaciel nie ogarnie kiedy warto byłoby się zatrzymać, żeby samemu nie stać się pacjentem.<br />
<br />
I - trochę zgodnie z przypuszczeniem - nie mogła go znaleźć na oddziale, chociaż ktośtam potwierdził jej że gdzieś na nim powinien być. Korytarze zasrane były rannymi i oczywiście rozumiała, że Prewett miał pełne ręce roboty, ale... jeśli ona o niego nie zadbałaby, to kto by to zrobił? <br />
<br />
Wiele by dała, żeby ten dyżur, żeby poprzednia noc wyglądała zupełnie kurwa inaczej, a jednak ten pierdolony V... V...<br />
<br />
!Strach przed imieniem]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Spalona Noc] Medyk potrzebny od zaraz]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5295</link>
			<pubDate>Fri, 31 Oct 2025 20:41:09 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=313">Christopher Rosier</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5295</guid>
			<description><![CDATA[Londyn płonął.<br />
Christopher Rosier nie był celem bezpośredniego ataku. Ktoś – ehem, ehem, do niedawna on – mógłby pomyśleć, że zupełnie ta wojna go nie dotyczyła. Rosierowie słynęli z umiarkowanego konserwatyzmu, objawiającego się unikaniem pewnych kontaktów, chociaż byliby pewnie bezbrzeżnie zdziwieni, gdyby ktoś oskarżał ich o zaangażowanie w działania śmierciożerców – w końcu ich mundurki były szczytem bezguścia. Chris trzymał się więc z dala, szczęśliwy pośród swoich projektów, regularnych wizyt na przyjęciach, okazyjnych wypraw do ciepłych krajów czy randek z modelkami. Aż nagle do jego mieszkania wdarła się sadza, za oknem zaroiło się od dymu, noc rozjaśniły łuny pożarów, a on… on znalazł się w jakimś koszmarnym śnie.<br />
Z perspektywy czasu myślał, że powinien postąpić jak każdy rozsądny człowiek i po prostu się gdzieś teleportować. Zamiast tego kiedy przekonał się, że musi opuścić swoje mieszkanie, w panice zgarnął teczkę z projektami, sakiewkę, ulubiony płaszcz, i wybiegł na ulicę, by przemieścić się do pracowni Rosierów, gdzie spodziewał się znaleźć ojca. Gęsta chmura dymu jednak sprawiła, że stracił orientację. Dym wżerał się w oczy, w nos, w usta, uniemożliwiał skupienie niezbędne do teleportacji, a kiedy Christopher wreszcie dosłownie się wyczołgał, był na wpół żywy.<br />
Tak oto, jakieś dwie godziny później, znalazł się w Mungu. Oczy, choć przemył je parę razy wodą, miał zaczerwienione jak… jak coś bardzo czerwonego, sadza osiadła na jasnych włosach i na płaszczu. Było mu słabo, wizja była zamglona, miał problemy z oddychaniem, kręciło się mu w głowie i nie był w stanie ustać na nogach. Mimo to na przyjęcie przez kogoś czekał kolejne dwie godziny: medyczka klasyfikująca pacjentów orzekła, że stan poważny, ale stabilny, a mają więcej niestabilnych pacjentów.<br />
Siedząc w poczekali kliniki, co rusz zanosząc się kaszlem i z coraz większym trudem chwytając oddech, otoczony przez ludzi rannych, płaczących, szukających krewnych… Christopher był zły. Nie wściekły, bo na wściekłość brakowało mu siły. Zły na pracowników Munga, zbyt opieszałych, zły na śmierciożerców, którzy zgotowali to piekło też czystokrwistym, zły na mugolaków, za to, że istnieli, zły ogólnie na cały świat.<br />
Gdy w końcu wezwano go do jednej z uzdrowicielek, przełknął jednak gniewne słowa, cisnące się na usta. W tej chwili chciał tylko znów oddychać normalnie.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Londyn płonął.<br />
Christopher Rosier nie był celem bezpośredniego ataku. Ktoś – ehem, ehem, do niedawna on – mógłby pomyśleć, że zupełnie ta wojna go nie dotyczyła. Rosierowie słynęli z umiarkowanego konserwatyzmu, objawiającego się unikaniem pewnych kontaktów, chociaż byliby pewnie bezbrzeżnie zdziwieni, gdyby ktoś oskarżał ich o zaangażowanie w działania śmierciożerców – w końcu ich mundurki były szczytem bezguścia. Chris trzymał się więc z dala, szczęśliwy pośród swoich projektów, regularnych wizyt na przyjęciach, okazyjnych wypraw do ciepłych krajów czy randek z modelkami. Aż nagle do jego mieszkania wdarła się sadza, za oknem zaroiło się od dymu, noc rozjaśniły łuny pożarów, a on… on znalazł się w jakimś koszmarnym śnie.<br />
Z perspektywy czasu myślał, że powinien postąpić jak każdy rozsądny człowiek i po prostu się gdzieś teleportować. Zamiast tego kiedy przekonał się, że musi opuścić swoje mieszkanie, w panice zgarnął teczkę z projektami, sakiewkę, ulubiony płaszcz, i wybiegł na ulicę, by przemieścić się do pracowni Rosierów, gdzie spodziewał się znaleźć ojca. Gęsta chmura dymu jednak sprawiła, że stracił orientację. Dym wżerał się w oczy, w nos, w usta, uniemożliwiał skupienie niezbędne do teleportacji, a kiedy Christopher wreszcie dosłownie się wyczołgał, był na wpół żywy.<br />
Tak oto, jakieś dwie godziny później, znalazł się w Mungu. Oczy, choć przemył je parę razy wodą, miał zaczerwienione jak… jak coś bardzo czerwonego, sadza osiadła na jasnych włosach i na płaszczu. Było mu słabo, wizja była zamglona, miał problemy z oddychaniem, kręciło się mu w głowie i nie był w stanie ustać na nogach. Mimo to na przyjęcie przez kogoś czekał kolejne dwie godziny: medyczka klasyfikująca pacjentów orzekła, że stan poważny, ale stabilny, a mają więcej niestabilnych pacjentów.<br />
Siedząc w poczekali kliniki, co rusz zanosząc się kaszlem i z coraz większym trudem chwytając oddech, otoczony przez ludzi rannych, płaczących, szukających krewnych… Christopher był zły. Nie wściekły, bo na wściekłość brakowało mu siły. Zły na pracowników Munga, zbyt opieszałych, zły na śmierciożerców, którzy zgotowali to piekło też czystokrwistym, zły na mugolaków, za to, że istnieli, zły ogólnie na cały świat.<br />
Gdy w końcu wezwano go do jednej z uzdrowicielek, przełknął jednak gniewne słowa, cisnące się na usta. W tej chwili chciał tylko znów oddychać normalnie.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[16.09.1972] Z chorobą nie wygrasz | Basilius & Nicholas]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5281</link>
			<pubDate>Mon, 27 Oct 2025 22:56:44 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=282">Nicholas Travers</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5281</guid>
			<description><![CDATA[<div class="divek"><h1>16 września 1972r.<br />
<span style="font-size: large;" class="mycode_size">Gabinet Basiliusa Prewetta / Szpital Św. Munga </span></h1><br />
<p>Kiedy ostatni raz był u uzdrowiciela? Na kompletnych badaniach? Gdyby się tak zastanowił, byłoby to jakiś rok, czy ponad jak nie więcej. Odwlekał wizyty, biorąc jedynie recepty na eliksiry, z jednego prostego powodu. Tamtego czasu, obawiał się wykrycia u siebie mrocznego znaku. Potrzebował czasu, na opanowanie i upewnienie się, że zaklęcie maskujące działa bardzo dobrze i utrzymuje się długo. Z tego też względu, zaczął często ubierać długi rękaw. Nigdy krótki. Rok wystarczył, aby dostosował się do nowych zmian w sobie i w działaniach, które z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc, bywały coraz pewniejsze. A póki eliksiry jakie zażywał na swoją chorobę genetyczną, działały, nie widział potrzeby osobistej wizyty u swojego uzdrowiciela. <br />
Do czasu, aż jego sytuacja zdrowotna pogorszyła się.</p>
<p>Zaczęło od męczącego kaszlu po misji w Mauzoleum, gdzie niepotrzebnie dał się namówić wiedźmie na wypicie jakiejś czarnej mazi, która miała wpływ na umysł jak i widocznie, na ciało fizyczne. Eliksiry na serce, także zaczęły tracić na swojej przydatności, mając słabsze działanie. Potrzebował czegoś mocniejszego. A jego kaszel nasilił się poważniej, po ostatnich atakach w Londynie. Być może nie spieszyłby się z wizytą w szpitalu Św. Munga, gdyby nie męczące przypominanie się jego kolegi z pracy oraz siostry. </p>
<p>Dzisiejszego dnia, Nicholas nie został do końca w pracy. Wyszedł wcześniej, na co uzyskał pozwolenie od swojego przełożonego, argumentując potrzebę udania się do uzdrowiciela. Jego kaszel na pewno nie był niezauważony nawet w Departamencie Tajemnic. </p>
<p>Pamiętając, w jakich godzinach zazwyczaj pracował Prewett, starał się pojawić przed końcem jego pracy. Będąc w szpitali, dało się usłyszeć jego kaszel. Otrzymane eliksiry od Rodolphusa, pomagały łagodzić ból gardła i przełyku, minimalizować kaszel, ale nie pozbyć dosłownie. Może gdyby poczekał z wizytą, dałoby to lepszy efekt? Czy może dobrze zrobił, przychodząc z tym od razu, po wczorajszym spotkaniu z Lestrange’m?</p>
<p>Dostrzegając, że jeden z pacjentów wyszedł z gabinetu, nie czekając dłużej, Travers wstał i wszedł do środka. </p>
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Dzień dobry. </span><br />
Przywitał się na wejściu, zamykając za sobą drzwi. Dając tym samym znać o swojej obecności. Jego chłodne jak lód spojrzenie, odnalazło uzdrowiciela znajdującego się przy biurku. <br />
<br />
<br />
<div style="text-align: right;" class="mycode_align"> <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=444" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Basilius Prewett</a> </div></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="divek"><h1>16 września 1972r.<br />
<span style="font-size: large;" class="mycode_size">Gabinet Basiliusa Prewetta / Szpital Św. Munga </span></h1><br />
<p>Kiedy ostatni raz był u uzdrowiciela? Na kompletnych badaniach? Gdyby się tak zastanowił, byłoby to jakiś rok, czy ponad jak nie więcej. Odwlekał wizyty, biorąc jedynie recepty na eliksiry, z jednego prostego powodu. Tamtego czasu, obawiał się wykrycia u siebie mrocznego znaku. Potrzebował czasu, na opanowanie i upewnienie się, że zaklęcie maskujące działa bardzo dobrze i utrzymuje się długo. Z tego też względu, zaczął często ubierać długi rękaw. Nigdy krótki. Rok wystarczył, aby dostosował się do nowych zmian w sobie i w działaniach, które z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc, bywały coraz pewniejsze. A póki eliksiry jakie zażywał na swoją chorobę genetyczną, działały, nie widział potrzeby osobistej wizyty u swojego uzdrowiciela. <br />
Do czasu, aż jego sytuacja zdrowotna pogorszyła się.</p>
<p>Zaczęło od męczącego kaszlu po misji w Mauzoleum, gdzie niepotrzebnie dał się namówić wiedźmie na wypicie jakiejś czarnej mazi, która miała wpływ na umysł jak i widocznie, na ciało fizyczne. Eliksiry na serce, także zaczęły tracić na swojej przydatności, mając słabsze działanie. Potrzebował czegoś mocniejszego. A jego kaszel nasilił się poważniej, po ostatnich atakach w Londynie. Być może nie spieszyłby się z wizytą w szpitalu Św. Munga, gdyby nie męczące przypominanie się jego kolegi z pracy oraz siostry. </p>
<p>Dzisiejszego dnia, Nicholas nie został do końca w pracy. Wyszedł wcześniej, na co uzyskał pozwolenie od swojego przełożonego, argumentując potrzebę udania się do uzdrowiciela. Jego kaszel na pewno nie był niezauważony nawet w Departamencie Tajemnic. </p>
<p>Pamiętając, w jakich godzinach zazwyczaj pracował Prewett, starał się pojawić przed końcem jego pracy. Będąc w szpitali, dało się usłyszeć jego kaszel. Otrzymane eliksiry od Rodolphusa, pomagały łagodzić ból gardła i przełyku, minimalizować kaszel, ale nie pozbyć dosłownie. Może gdyby poczekał z wizytą, dałoby to lepszy efekt? Czy może dobrze zrobił, przychodząc z tym od razu, po wczorajszym spotkaniu z Lestrange’m?</p>
<p>Dostrzegając, że jeden z pacjentów wyszedł z gabinetu, nie czekając dłużej, Travers wstał i wszedł do środka. </p>
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Dzień dobry. </span><br />
Przywitał się na wejściu, zamykając za sobą drzwi. Dając tym samym znać o swojej obecności. Jego chłodne jak lód spojrzenie, odnalazło uzdrowiciela znajdującego się przy biurku. <br />
<br />
<br />
<div style="text-align: right;" class="mycode_align"> <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=444" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Basilius Prewett</a> </div></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[11.09.1972] The quiet between breaths (Astoria Avery, Basilius Prewett)]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5235</link>
			<pubDate>Tue, 14 Oct 2025 14:32:15 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=602">Astoria Avery</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5235</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">11.09.1972<br />
#8 Popiół w płucach</div>
<br />
W bezpiecznych murach posiadłości rodowej oddała się całkowicie w zatroskane ręce matki. Spała niemal bez przerwy przez kilkanaście godzin. Czasem przebudzała się tylko na chwilę, czując, jak ktoś poprawia koc, przykłada chłodny kompres do czoła, a potem znów zapadała w sen, ciężki i lepki jak miód. Śnił jej się dym - nie taki jak ten z fajki, łagodny i ciepły, ale gęsty, duszący, wdzierający się w płuca. Budziła się z uczuciem, jakby nadal tkwił w niej tamten zapach. I może właśnie tak było. Kiedy w końcu się przebudziła, światło poranka sączyło się do pokoju przez ciężkie zasłony. Gdzieś w oddali śpiewał ptak, jakby nic się nie wydarzyło. Przez chwilę po prostu leżała, próbując oddychać - płuca wciąż protestowały przy każdym głębszym wdechu, a gardło paliło, jakby połknęła popiół.<br />
Aureliana Avery siedziała przy stoliku obok, czytając "Proroka Codziennego". Gdy tylko zauważyła, że Astoria się obudziła, odłożyła gazetę. <br />
-<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> Uzdrowiciele zalecają naturalne sposoby. Napary, syropy, inhalacje. W dzisiejszej czarownicy podali konkretne sposoby.</span><br />
Astoria nie odpowiedziała. Przyjęła kubek i wypiła kilka łyków naparu. Był gorzki, ale ciepło rozlało się po ciele, przynosząc ulgę. Obok na stole parował kociołek z wodą, w której unosił się aromat rumianku i szałwii. Cały pokój pachniał jak szpital i ogród jednocześnie. Chciała zaprotestować, powiedzieć matce, że to już przesada. Ale nie miała serca, nie po śmierci Juliana. Pozwoliła matce zająć się nią tak, jak uważała za słuszne. Czuła w tej trosce miłość, która po śmierci pierworodnego syna stała się obsesją przetrwania reszty rodziny.<br />
Przez resztę dnia Astoria siedziała owinięta w koc, z Vulcorem skulonym przy jej boku. Czuła się słaba, jakby ktoś wypalił w niej część życia, zostawiając jedynie cienką warstwę popiołu. Ale tutaj, w posiadłości Averych, wreszcie mogła oddychać - choć każdy wdech przypominał jej, jak blisko była, by już nigdy tego nie zrobić.<br />
<br />
Następnego dnia rano czuła zawroty głowy. Inhalacje, syrop i napary pomagały w jakimś stopniu, być może nie potrzebowała uzdrowiciela, gdyby nie jej choroba genetyczna. Po stresie, jaki przeżyła tamtej nocy, czuła jak w jej klatce piersiowej osiada ciężar. Serce biło nierówno, słabo, jakby każde uderzenie wymagało od niego nadludzkiego wysiłku. Duszność powracała falami, a zmęczenie rozlewało się po ciele jak ciężka mgła.<br />
Matka, widząc jej bladość i drobne drżenie rąk, nie zamierzała czekać. Nie pomogły protesty, zapewnienia, że to tylko zmęczenie, że napary i eliksiry przyniosą ulgę. Zmuszona troską, a może strachem, którego nie potrafiła już ukrywać, nakazała córce udać się do Świętego Munga. Prywatne wizyty nie wchodziły w grę - uzdrowiciele mieli pełne ręce roboty. <br />
Wszelkie protesty były bezcelowe, więc dla świętego spokoju ubrała się i wyruszyła do szpitala. Na szczęście przy takim obłożeniu pacjentów, nikt nie zainteresuje się jej wizytą. Przy rejestracji podała swoje nazwisko i ogólne dolegliwości, starając się brzmieć rzeczowo, choć głos nieco jej drżał. Kobieta za biurkiem uniosła wzrok, gdy Astoria położyła przed nią sakiewkę, a potem bez słowa dopisała ją na samą górę listy oczekujących. Przywilej pozycji i nazwiska Avery - nie będzie czekała cały dzień, gdy może wykupić sobie pierwszeństwo. Usiadła na jednej z wolnych ławek, opierając się o chłodną ścianę. Korytarze szpitala pękały w szwach od rannych, poparzonych i tych, którzy nie mogli oddychać po wdychaniu toksycznego dymu.<br />
Po chwili Vulcor, który dotąd siedział cicho na jej ramieniu, zeskoczył na kolana i zwinął się w kłębek. Przesunęła dłonią po jego łuskach, próbując wyłączyć się na chaos dookoła.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">11.09.1972<br />
#8 Popiół w płucach</div>
<br />
W bezpiecznych murach posiadłości rodowej oddała się całkowicie w zatroskane ręce matki. Spała niemal bez przerwy przez kilkanaście godzin. Czasem przebudzała się tylko na chwilę, czując, jak ktoś poprawia koc, przykłada chłodny kompres do czoła, a potem znów zapadała w sen, ciężki i lepki jak miód. Śnił jej się dym - nie taki jak ten z fajki, łagodny i ciepły, ale gęsty, duszący, wdzierający się w płuca. Budziła się z uczuciem, jakby nadal tkwił w niej tamten zapach. I może właśnie tak było. Kiedy w końcu się przebudziła, światło poranka sączyło się do pokoju przez ciężkie zasłony. Gdzieś w oddali śpiewał ptak, jakby nic się nie wydarzyło. Przez chwilę po prostu leżała, próbując oddychać - płuca wciąż protestowały przy każdym głębszym wdechu, a gardło paliło, jakby połknęła popiół.<br />
Aureliana Avery siedziała przy stoliku obok, czytając "Proroka Codziennego". Gdy tylko zauważyła, że Astoria się obudziła, odłożyła gazetę. <br />
-<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> Uzdrowiciele zalecają naturalne sposoby. Napary, syropy, inhalacje. W dzisiejszej czarownicy podali konkretne sposoby.</span><br />
Astoria nie odpowiedziała. Przyjęła kubek i wypiła kilka łyków naparu. Był gorzki, ale ciepło rozlało się po ciele, przynosząc ulgę. Obok na stole parował kociołek z wodą, w której unosił się aromat rumianku i szałwii. Cały pokój pachniał jak szpital i ogród jednocześnie. Chciała zaprotestować, powiedzieć matce, że to już przesada. Ale nie miała serca, nie po śmierci Juliana. Pozwoliła matce zająć się nią tak, jak uważała za słuszne. Czuła w tej trosce miłość, która po śmierci pierworodnego syna stała się obsesją przetrwania reszty rodziny.<br />
Przez resztę dnia Astoria siedziała owinięta w koc, z Vulcorem skulonym przy jej boku. Czuła się słaba, jakby ktoś wypalił w niej część życia, zostawiając jedynie cienką warstwę popiołu. Ale tutaj, w posiadłości Averych, wreszcie mogła oddychać - choć każdy wdech przypominał jej, jak blisko była, by już nigdy tego nie zrobić.<br />
<br />
Następnego dnia rano czuła zawroty głowy. Inhalacje, syrop i napary pomagały w jakimś stopniu, być może nie potrzebowała uzdrowiciela, gdyby nie jej choroba genetyczna. Po stresie, jaki przeżyła tamtej nocy, czuła jak w jej klatce piersiowej osiada ciężar. Serce biło nierówno, słabo, jakby każde uderzenie wymagało od niego nadludzkiego wysiłku. Duszność powracała falami, a zmęczenie rozlewało się po ciele jak ciężka mgła.<br />
Matka, widząc jej bladość i drobne drżenie rąk, nie zamierzała czekać. Nie pomogły protesty, zapewnienia, że to tylko zmęczenie, że napary i eliksiry przyniosą ulgę. Zmuszona troską, a może strachem, którego nie potrafiła już ukrywać, nakazała córce udać się do Świętego Munga. Prywatne wizyty nie wchodziły w grę - uzdrowiciele mieli pełne ręce roboty. <br />
Wszelkie protesty były bezcelowe, więc dla świętego spokoju ubrała się i wyruszyła do szpitala. Na szczęście przy takim obłożeniu pacjentów, nikt nie zainteresuje się jej wizytą. Przy rejestracji podała swoje nazwisko i ogólne dolegliwości, starając się brzmieć rzeczowo, choć głos nieco jej drżał. Kobieta za biurkiem uniosła wzrok, gdy Astoria położyła przed nią sakiewkę, a potem bez słowa dopisała ją na samą górę listy oczekujących. Przywilej pozycji i nazwiska Avery - nie będzie czekała cały dzień, gdy może wykupić sobie pierwszeństwo. Usiadła na jednej z wolnych ławek, opierając się o chłodną ścianę. Korytarze szpitala pękały w szwach od rannych, poparzonych i tych, którzy nie mogli oddychać po wdychaniu toksycznego dymu.<br />
Po chwili Vulcor, który dotąd siedział cicho na jej ramieniu, zeskoczył na kolana i zwinął się w kłębek. Przesunęła dłonią po jego łuskach, próbując wyłączyć się na chaos dookoła.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[11/09/72] i am not very demure, i will cause a scene [Lyssa&Caius]]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5017</link>
			<pubDate>Thu, 31 Jul 2025 23:17:22 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=542">Caius Burke</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5017</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">11/09/72, szpital św. Munga, parter</div>
<br />
<p>Bardziej niż wszystkich tych śmierdzących miejsc, których progów nie potrafił przekroczyć, brzydził się tylko św. Munga. Nie było tak oczywiście od zawsze i chociaż już w dzieciństwie nie należał do grona fanów eliksirów i uzdrowicieli w zielonych szatach, co to przyglądali mu się uważnie, doszukując w nim wad (głupcy, przecież Caius od zawsze był idealny), niechęć znacząco pogłębiła się od czasu jego wypadku. Mung kojarzył mu się, więc przede wszystkim z bólem, wieloma godzinami rehabilitacji i pozbawionym smaku jedzeniem, któremu daleko było od tego przygotowanego przez skrzaty domowe. </p>
<p>Na miejscu zastał go dość nieciekawy widok; słyszał co prawda, że od czasu Spalonej Nocy placówkę oblegały tłumy pokasłujących czarodziejów, ale w głębi serca, czuł, że mu się poszczęści i rój chociaż odrobinę się rozrzedzi. Tak nie było; w pomieszczeniu panował niesamowity bajzel co tylko utwierdzało Caiusa w niechęci do służby zdrowia – zapach środków dezynfekujących mieszał się z słodkawą wonią spalenizny i czarnej magii, tworząc wspólnie niesamowicie nieprzyjemną mieszankę. Nie spędził tam nawet kilku minut i już marzył o kąpieli. Mimowolnie zmarszczył swój arystokratyczny nos i obrzydzony, z kieszeni marynarki wyciągnął chusteczkę, by chociaż w taki sposób ochronić wyczulony zmysł węchu przed nieprzyjemnościami. Bukiet przebijał się niestety przez cienki materiał, którym zakrył swój nos, no, ale z tą szmatką wyglądał na bardziej chorego, dlatego chyba ostatecznie pomimo braku wydajności, dalej przy buzi ją dzierżył. </p>
<p>Przedzierał się przez tłum patrzących na niego spod oka czarodziejów dość ostentacyjnie, bo jemu miejsce poza kolejką się najzwyczajniej należało, a upoważniało go do tego nie tylko wysokie urodzenie, ale i wypchana galeonami sakiewka, spoczywająca sobie spokojnie na dnie jednej z kieszeni szaty czarodzieja. Po drodze czyimś palcom stopy dane było poczuć nacisk laski, z którą praktycznie nigdy się nie rozstawał, ktoś inny zaklął, gdy Burke popchnął go barkiem, kolejny wyciągną swą różdżkę by Caiusa boleśnie uszkodzić, ale osoba, widząc karcący wzrok jednej z pracujących tam magi-pielęgniarek, pośpiesznie ukryła przedmiot w rękawie swego płaszcza, rezygnując z próby skrzywdzenia czarodzieja, ograniczając swe brutalne zapędy do mordowania Caiusa wzrokiem.</p>
<p>Na twarzach obecnych tam osób raczej się nie skupiał, bo jego umysł owładnęła awersja do otaczających go czarodziejów niewiadomego pochodzenia, no i tego cholernego, wszechobecnego zapachu. Dlatego też nie dostrzegł panny Dolohov, która była jedną z osób przed które się bezceremonialnie wepchnął, stając bezpośredni przed nią. W normalnych warunkach to może miałby i wyrzuty sumienia, bo Lyssę darzył przynajmniej szczerą, koleżeńską sympatią, ale był też kompletnym narcyzem, który dbał przede wszystkim o swoje własne potrzeby, więc raczej miał na czarodziejów stojących za nim wyjebane.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">11/09/72, szpital św. Munga, parter</div>
<br />
<p>Bardziej niż wszystkich tych śmierdzących miejsc, których progów nie potrafił przekroczyć, brzydził się tylko św. Munga. Nie było tak oczywiście od zawsze i chociaż już w dzieciństwie nie należał do grona fanów eliksirów i uzdrowicieli w zielonych szatach, co to przyglądali mu się uważnie, doszukując w nim wad (głupcy, przecież Caius od zawsze był idealny), niechęć znacząco pogłębiła się od czasu jego wypadku. Mung kojarzył mu się, więc przede wszystkim z bólem, wieloma godzinami rehabilitacji i pozbawionym smaku jedzeniem, któremu daleko było od tego przygotowanego przez skrzaty domowe. </p>
<p>Na miejscu zastał go dość nieciekawy widok; słyszał co prawda, że od czasu Spalonej Nocy placówkę oblegały tłumy pokasłujących czarodziejów, ale w głębi serca, czuł, że mu się poszczęści i rój chociaż odrobinę się rozrzedzi. Tak nie było; w pomieszczeniu panował niesamowity bajzel co tylko utwierdzało Caiusa w niechęci do służby zdrowia – zapach środków dezynfekujących mieszał się z słodkawą wonią spalenizny i czarnej magii, tworząc wspólnie niesamowicie nieprzyjemną mieszankę. Nie spędził tam nawet kilku minut i już marzył o kąpieli. Mimowolnie zmarszczył swój arystokratyczny nos i obrzydzony, z kieszeni marynarki wyciągnął chusteczkę, by chociaż w taki sposób ochronić wyczulony zmysł węchu przed nieprzyjemnościami. Bukiet przebijał się niestety przez cienki materiał, którym zakrył swój nos, no, ale z tą szmatką wyglądał na bardziej chorego, dlatego chyba ostatecznie pomimo braku wydajności, dalej przy buzi ją dzierżył. </p>
<p>Przedzierał się przez tłum patrzących na niego spod oka czarodziejów dość ostentacyjnie, bo jemu miejsce poza kolejką się najzwyczajniej należało, a upoważniało go do tego nie tylko wysokie urodzenie, ale i wypchana galeonami sakiewka, spoczywająca sobie spokojnie na dnie jednej z kieszeni szaty czarodzieja. Po drodze czyimś palcom stopy dane było poczuć nacisk laski, z którą praktycznie nigdy się nie rozstawał, ktoś inny zaklął, gdy Burke popchnął go barkiem, kolejny wyciągną swą różdżkę by Caiusa boleśnie uszkodzić, ale osoba, widząc karcący wzrok jednej z pracujących tam magi-pielęgniarek, pośpiesznie ukryła przedmiot w rękawie swego płaszcza, rezygnując z próby skrzywdzenia czarodzieja, ograniczając swe brutalne zapędy do mordowania Caiusa wzrokiem.</p>
<p>Na twarzach obecnych tam osób raczej się nie skupiał, bo jego umysł owładnęła awersja do otaczających go czarodziejów niewiadomego pochodzenia, no i tego cholernego, wszechobecnego zapachu. Dlatego też nie dostrzegł panny Dolohov, która była jedną z osób przed które się bezceremonialnie wepchnął, stając bezpośredni przed nią. W normalnych warunkach to może miałby i wyrzuty sumienia, bo Lyssę darzył przynajmniej szczerą, koleżeńską sympatią, ale był też kompletnym narcyzem, który dbał przede wszystkim o swoje własne potrzeby, więc raczej miał na czarodziejów stojących za nim wyjebane.</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 72, 9.09 Klinika Munga | Lorien & Anthony] With fine words]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4991</link>
			<pubDate>Sat, 19 Jul 2025 23:39:34 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=435">Anthony Shafiq</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4991</guid>
			<description><![CDATA[<h1>—09/09/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Anglia, Londyn</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Lorien Mulciber &amp; Anthony Shafiq</span><br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=kDi1OV5.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=kDi1OV5.png]" class="mycode_img" /><br />
<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">At my wits’ end<br />
And all resources gone, I lie here, <br />
All of my body tense to the touch of fear,<br />
And my mind, <br />
<br />
Muffled now as if the nerves<br />
Refused any longer to let thoughts form,<br />
Is no longer a safe retreat, a tidy home,<br />
No longer serves<br />
<br />
My body’s demands or shields<br />
With fine words, as it once would daily,<br />
My storehouse of dread.Now, slowly,<br />
My heart, hand, whole body yield</span></span></div>
</h1><br />
<br />
<div class="divek">
<div style="text-align: justify;" class="mycode_align">Kot był w pudełku.<br />
<br />
Był żywy. <br />
<br />
Kot darł się w niebogłosy, tarzał się w koszu wściekle, ale Anthony nie mógł go zostawić w Little Hangleton w momencie, kiedy wszędzie walały się okruchy szkła, część z sąsiednich domów dogasała a las wisielców... nigdy nie zdawał się być straszniejszym miejscem jak teraz. <br />
<br />
Kot darł się, więc był żywy.<br />
<br />
Anthony próbował go uspokoić, ale sam nie mógł się uspokoić bo dostał <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">automatyczną zwrotkę</span> i w pierwszej chwili zamierzał jechać do Wizengamotu i wypuścić tę futrzastą potworę na tych przeklętych urzędników. Wysyłać?! Automatyczną?! Odpowiedź?! JEMU?! Odchodził od zmysłów, ale szczęśliwie finalnie ochłonął na tyle (a zaklęcie ochładzające przestrzeń wokół niego znacząco pomogło) by uruchomić mózg, zabrać kosz z kotem, torbę z elementami, które uważał za niezbędne i pognać do Munga.<br />
<br />
Rozpoznawalność, kariera, wrodzona charyzma, wieloletnia współpraca ze szpitalem, te wszystkie pokrzykiwania "Czy Pani wie kim ja jestem?!" dawały tyle co nic wobec niewzruszonego personelu szpitalnego, który zdecydowanie przypominał rozkopane brutalnie mrowisko. W końcu jednak przeważył argument finansowy - po który z resztą czarodziej sięgnął bardzo szybko, aby nie było widać, jak jest zdesperowany. Liczyło się tylko to, żeby do niej dotrzeć. <br />
<br />
Podążał więc za <span style="text-decoration: line-through;" class="mycode_s">całkiem sowicie opłaconą</span> pielęgniarką, która zobowiązała się mu pomóc i przemawiał cicho do potwora skrywającego się w pudełku. Tenże uciszył się na moment, być może swoim zwierzęcym instynktem wyczuł zmianę w powietrzu i nadzieję na spotkanie z kimś, kto więcej niż tolerował jego obecność. Być może szykował zmyślny plan morderstwa swojego kata i oprawcy. Być może.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Lorien, mia cara!</span> – jeszcze jej nie widział, a już z całego strwożonego serca powitał, nie wiedząc czy jest to sala jedno czy więcej osobowa, nie ważne to było wobec faktu, że poza przewodnictwem na miejsce, dysponował też informacjami, że nie jest tak źle jak już zdążył roić sobie w głowie. Nie zamierzał robić przyjaciółce wyrzutów z powodu tego, że nie została w Ministerstwie, nie był <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">aż takim</span> hipokrytom. Teraz, gdy wiedział że będzie mogła mu opowiedzieć rzeczy, był ciekaw jej historii. Ulga sprawiała, że nawet był skłonny udawać, że lubi sierściucha z pudełka, który od progu również zaczął się drzeć, choć tym razem były to płaczliwe nawoływanie a nie wściekłe syki. Jakby chciał się licytować z Shafiqiem o to, kto bardziej tęsknił. Kto bardziej się martwił. </div></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1>—09/09/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Anglia, Londyn</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Lorien Mulciber &amp; Anthony Shafiq</span><br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=kDi1OV5.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=kDi1OV5.png]" class="mycode_img" /><br />
<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">At my wits’ end<br />
And all resources gone, I lie here, <br />
All of my body tense to the touch of fear,<br />
And my mind, <br />
<br />
Muffled now as if the nerves<br />
Refused any longer to let thoughts form,<br />
Is no longer a safe retreat, a tidy home,<br />
No longer serves<br />
<br />
My body’s demands or shields<br />
With fine words, as it once would daily,<br />
My storehouse of dread.Now, slowly,<br />
My heart, hand, whole body yield</span></span></div>
</h1><br />
<br />
<div class="divek">
<div style="text-align: justify;" class="mycode_align">Kot był w pudełku.<br />
<br />
Był żywy. <br />
<br />
Kot darł się w niebogłosy, tarzał się w koszu wściekle, ale Anthony nie mógł go zostawić w Little Hangleton w momencie, kiedy wszędzie walały się okruchy szkła, część z sąsiednich domów dogasała a las wisielców... nigdy nie zdawał się być straszniejszym miejscem jak teraz. <br />
<br />
Kot darł się, więc był żywy.<br />
<br />
Anthony próbował go uspokoić, ale sam nie mógł się uspokoić bo dostał <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">automatyczną zwrotkę</span> i w pierwszej chwili zamierzał jechać do Wizengamotu i wypuścić tę futrzastą potworę na tych przeklętych urzędników. Wysyłać?! Automatyczną?! Odpowiedź?! JEMU?! Odchodził od zmysłów, ale szczęśliwie finalnie ochłonął na tyle (a zaklęcie ochładzające przestrzeń wokół niego znacząco pomogło) by uruchomić mózg, zabrać kosz z kotem, torbę z elementami, które uważał za niezbędne i pognać do Munga.<br />
<br />
Rozpoznawalność, kariera, wrodzona charyzma, wieloletnia współpraca ze szpitalem, te wszystkie pokrzykiwania "Czy Pani wie kim ja jestem?!" dawały tyle co nic wobec niewzruszonego personelu szpitalnego, który zdecydowanie przypominał rozkopane brutalnie mrowisko. W końcu jednak przeważył argument finansowy - po który z resztą czarodziej sięgnął bardzo szybko, aby nie było widać, jak jest zdesperowany. Liczyło się tylko to, żeby do niej dotrzeć. <br />
<br />
Podążał więc za <span style="text-decoration: line-through;" class="mycode_s">całkiem sowicie opłaconą</span> pielęgniarką, która zobowiązała się mu pomóc i przemawiał cicho do potwora skrywającego się w pudełku. Tenże uciszył się na moment, być może swoim zwierzęcym instynktem wyczuł zmianę w powietrzu i nadzieję na spotkanie z kimś, kto więcej niż tolerował jego obecność. Być może szykował zmyślny plan morderstwa swojego kata i oprawcy. Być może.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Lorien, mia cara!</span> – jeszcze jej nie widział, a już z całego strwożonego serca powitał, nie wiedząc czy jest to sala jedno czy więcej osobowa, nie ważne to było wobec faktu, że poza przewodnictwem na miejsce, dysponował też informacjami, że nie jest tak źle jak już zdążył roić sobie w głowie. Nie zamierzał robić przyjaciółce wyrzutów z powodu tego, że nie została w Ministerstwie, nie był <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">aż takim</span> hipokrytom. Teraz, gdy wiedział że będzie mogła mu opowiedzieć rzeczy, był ciekaw jej historii. Ulga sprawiała, że nawet był skłonny udawać, że lubi sierściucha z pudełka, który od progu również zaczął się drzeć, choć tym razem były to płaczliwe nawoływanie a nie wściekłe syki. Jakby chciał się licytować z Shafiqiem o to, kto bardziej tęsknił. Kto bardziej się martwił. </div></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[09.09.72] Brenna & Basilius]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4922</link>
			<pubDate>Sat, 21 Jun 2025 01:19:24 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=444">Basilius Prewett</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4922</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic VII</span></div></div>
<br />
Basilius nawet nie próbował ukrywać już tego, że miał ochotę kogoś zamordować. Bo oczywiście, że eliksir nie mógł po prostu naprawić kość Atreusa. Nie! Nie dość, że jego kuzyna czekał teraz dłuższy czas rekonwalescencji, to jeszcze on podczas swojej przerwy musiał porządkować te składniki. To znaczy nie musiał, ale inaczej dostałby szału. W sensie dalej dostawał szału, ale to był inny szał, niż ten który dostałby gdyby zignorował szkody w szafce.<br />
<br />
Akurat w pracowni był sam i na całe szczęście udało mu się uporządkować wszystko w takim czasie, że zdąży jednak jeszcze napić się herbaty. Nie. Nie herbaty. Kawy. To nie był dzień, aby podejmować zdrowe decyzję dla swojego organizmu. To był dzień, który musiał po prostu przeżyć.<br />
Ale nie było tak źle. Musiał jeszcze tylko zanieść kilka fiolek do innego magazynku, który znajdował się poza pracownią, chyba tylko po to aby go jeszcze badzziej wkurzyć.<br />
<br />
Żałował, że Florence nie było dzisiaj w szpitalu. Miał wrażenie, że wtedy przynajmniej ktoś mógłby podzielać jego irytacje, a tak to czuł się tutaj naprawdę sam.<br />
Poza tym naprawdę się o nią martwił.<br />
<br />
I akurat kiedy wyszedł z pracowni i zbliżał się do pobliskiego magazynku zobaczył... Obiekt swojej najnowszej afery, którą zaraz zamierzał urządzić pewnej konkretnej osobie. <br />
<br />
Brenna wyglądała jak ktoś kto powinien spędzić kolejny tydzień leżąc i śpiąc. Zdecydowanie nie powinna więc chodzić sobie po korytarzach Munga. Wyglądała naprawdę źle, a Basilius chyba miał dosyć incydentów z udziałem pacjentów, by ryzykować, że i Longbottom zaraz coś sobie zrobi.<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie, nie. Po prostu nie</span> – powiedział na dzień dobry. Był blady jak ściana, bolała go głowa, a sińce pod oczami jedynie udoskonalały ten obraz zmęczenia, który sobą dzisiaj prezentował, ale nie przeszkadzało mu to, ani trzymana w ręku skrzynka z buteleczkami, aby mówić naprawdę głośno. I jeszcze głośniej. I głośniej. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie. Brenno. Nie. Kurwa mać, z całym szacunkiem, cieszę się, że żyjesz, ale jeśli zaraz nie wrócisz do łóżka to sam cie zabiję. Czy ty widzisz jak wyglądasz? Zaraz się wywalisz na schodach, a ostrzegam, ze najwyraźniej ten szpital nie umie nawet przygotować dobrego wywaru na porost kości! Co tu w ogóle robisz? Dlaczego? Czy ktoś nie powinien cię pilnować? Proszę powiedz, że uciekasz przed mordercą, a nie postanowiłaś się wpisać. Cokolwiek.</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic VII</span></div></div>
<br />
Basilius nawet nie próbował ukrywać już tego, że miał ochotę kogoś zamordować. Bo oczywiście, że eliksir nie mógł po prostu naprawić kość Atreusa. Nie! Nie dość, że jego kuzyna czekał teraz dłuższy czas rekonwalescencji, to jeszcze on podczas swojej przerwy musiał porządkować te składniki. To znaczy nie musiał, ale inaczej dostałby szału. W sensie dalej dostawał szału, ale to był inny szał, niż ten który dostałby gdyby zignorował szkody w szafce.<br />
<br />
Akurat w pracowni był sam i na całe szczęście udało mu się uporządkować wszystko w takim czasie, że zdąży jednak jeszcze napić się herbaty. Nie. Nie herbaty. Kawy. To nie był dzień, aby podejmować zdrowe decyzję dla swojego organizmu. To był dzień, który musiał po prostu przeżyć.<br />
Ale nie było tak źle. Musiał jeszcze tylko zanieść kilka fiolek do innego magazynku, który znajdował się poza pracownią, chyba tylko po to aby go jeszcze badzziej wkurzyć.<br />
<br />
Żałował, że Florence nie było dzisiaj w szpitalu. Miał wrażenie, że wtedy przynajmniej ktoś mógłby podzielać jego irytacje, a tak to czuł się tutaj naprawdę sam.<br />
Poza tym naprawdę się o nią martwił.<br />
<br />
I akurat kiedy wyszedł z pracowni i zbliżał się do pobliskiego magazynku zobaczył... Obiekt swojej najnowszej afery, którą zaraz zamierzał urządzić pewnej konkretnej osobie. <br />
<br />
Brenna wyglądała jak ktoś kto powinien spędzić kolejny tydzień leżąc i śpiąc. Zdecydowanie nie powinna więc chodzić sobie po korytarzach Munga. Wyglądała naprawdę źle, a Basilius chyba miał dosyć incydentów z udziałem pacjentów, by ryzykować, że i Longbottom zaraz coś sobie zrobi.<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie, nie. Po prostu nie</span> – powiedział na dzień dobry. Był blady jak ściana, bolała go głowa, a sińce pod oczami jedynie udoskonalały ten obraz zmęczenia, który sobą dzisiaj prezentował, ale nie przeszkadzało mu to, ani trzymana w ręku skrzynka z buteleczkami, aby mówić naprawdę głośno. I jeszcze głośniej. I głośniej. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie. Brenno. Nie. Kurwa mać, z całym szacunkiem, cieszę się, że żyjesz, ale jeśli zaraz nie wrócisz do łóżka to sam cie zabiję. Czy ty widzisz jak wyglądasz? Zaraz się wywalisz na schodach, a ostrzegam, ze najwyraźniej ten szpital nie umie nawet przygotować dobrego wywaru na porost kości! Co tu w ogóle robisz? Dlaczego? Czy ktoś nie powinien cię pilnować? Proszę powiedz, że uciekasz przed mordercą, a nie postanowiłaś się wpisać. Cokolwiek.</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[15.09.72] Don't cough on my Rosier, broke ass bitch]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4886</link>
			<pubDate>Thu, 05 Jun 2025 22:43:57 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=222">Louvain Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4886</guid>
			<description><![CDATA[<p>Słowo ogień, pożar, płomienie i wszystkie pochodne zostały odmienione już przez wszystkie przypadki, prawdopodobnie w każdej możliwej gazecie. Zaskakujące jak szybko media głównego nurtu i potrafiły zmienić coś tak pięknego jak mugolska tragedia w coś tak miałkiego jak ludzka krzywda. Mieszanie tych dwóch, odrębnych antropologicznych gatunków oraz sprowadzanie do wspólnego mianownika potrafiło Lestrangowi odebrać całą przyjemność z ich katastrofy. Gdyby nie nabyte uprzedzenia, czułby się nawet zainspirowany do twórczego pierdolenia. Wiersz może. Albo chociaż proza jakaś. Coś z intymności własnej duszy schowane na dno najgłębszej szuflady. Potem jednak przypominał sobie jak paskudnymi kurwiskami potrafiła być ta cała artystyczna bohema i ani myślał stawać w jednym rzędzie z tym obrazem pogardy. I pomimo braku właściwego podejścia do spraw bieżących periodyków głównego ścieku, miał doskonały humor. Czuł się wyśmienicie ze świadomością współodpowiedzialności za największy akt terroryzmu w historii tego kraju oraz obu światów w nim zawartych. Nawet zdając sobie sprawę, że rykoszetem oberwali też ci którzy tego nieszczęścia nie powinni dzielić razem z niegodziwcami. Nie wszyscy zasługiwali na to by dopadł ich słuszny gniew Czarnego Pana, niemniej jednak było to poświęcenie, na które był gotowy. Bycie czystokrwistym czarodziejem lub czarownicą nie dawało pełnego immunitetu przed odpowiedzialnością. Przede wszystkim liczyło się to, kto wspierał sprawę Lorda zanim sprawy zaczęły być naprawdę gorące.</p>
<p>Na zewnątrz czuł się wyśmienicie. Jednak wewnątrz zaczęło się coś psuć. Duszący kaszel, który najpierw tłumaczył przemęczeniem i osłabieniem organizmu. Bycie czynnym terrorystą w spaloną noc, choć bardzo budujące na duchu, potrafiło być jednak nieco wyczerpujące. Jednak śledząc gazety doczytał się, że sporo osób również donosiło o podobnych objawach. I zmartwił się nieco, bo to kolejna rzecz, która obciążała jego i tak nadszarpnięte zdrowie. Nie dość, że Oddech Mojry robił z niego anemika, Limbo zrobiło półżywego Zimnego, to jeszcze ten duszący dym w płucach. Zdecydowanie unikał kontaktów z innymi lekarzami niż jego jedyna zaufana uzdrowicielka, jednak tym razem niestety nie mógł udać się po raz kolejny do Cynthii. Z dużą dozą niepewności, jednak zdecydował się na wizytę w Mungu. Przecież w klinice prowadzoną w większości przez jego własne nazwisko, będzie nieco łatwiej ukryć niektóre niewygodne fakty. Przed wyjściem jeszcze tylko zażył dawkę eliksiru imitującego temperaturę ludzkiego ciała.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Oh, pysznie kurwa...</span> Rzucił pod nosem sam do siebie na widok przepełnionej ludźmi recepcji w klinice. Obwoźnego cyrku i cygana ze złotym zębem jeszcze tu brakowało. Zacisnął pięści schowane w kieszeniach płaszczu ze zdenerwowania. Rozejrzał się po tym zamieszaniu i stwierdził, że nie ma najmniejszego zamiaru czekać jak zwykły cham w kolejce jak reszta, a do domu też nie wróci, bo nie ma zbyt wielkiego wyboru. Zdegustowanie na jego twarzy nie trwało zbyt długo, bo do głowy wpadł mu dość podły pomysł. Z wewnętrznej kieszeni swojego płaszcza wyciągnął pękatą sakiewkę wypełnioną galeonami. Rozwiązał ją, a potem odwrócił dnem do góry z cynicznym uśmieszkiem na ustach. Na dźwięk rozsypujących się pieniędzy po białych, szpitalnych kafelkach, zapadła konsternująca cisza. Louvain natomiast, mrużąc lekko oczy, wzruszył ramionami z udawanym przejęciem i niemym “Ojej” na ustach, odszedł kilka kroków na bok. Większość z tych ludzi, którzy szukali tutaj opieki medycznej, stracili w ostatnich dniach nieco więcej, niż kawałek zdrowia. Stracili swoje domy, środki do życia i nadzieję na poprawę swojej sytuacji. Louvain zagrał bezczelnie na tych nutach, a biedni zrobili to co biedacy robili w takich sytuacjach. Rzucili się na okazję, rezygnując ze swojego miejsca w kolejce. Z małego zamieszania natłokiem ludzi w recepcji, zrobiło się duże zamieszanie ludzi zbierających w popłochu pieniądze z podłogi. Lestrange wykorzystał ten moment i przebił się dalej, do wewnętrznych korytarzy kliniki. Jeśli ktokolwiek próbował go zatrzymywać, w pogotowiu miał już naszykowaną magistralną legitymację, w której obok jego imienia widniało to samo nazwisko co głównej pani ordynator tego przybytku. Koneksje i nepotyzm to najlepsze co mogła wymyśleć nasza cywilizacja do tej pory. I szedł tak sobie od korytarza do korytarza, aż w końcu nie dostrzegł znajomej, uroczej buźki.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Lana.</span> - wypalił nagle, jakby sam siebie próbował przekonać, że ta pajęcza sylwetka w tym miejscu to żaden przedśmiertny omam z lazaretu. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Myślałem, że trafiłem do piekła. Teraz już mam pewność. </span>Rzucił zaczepnie, co znaczyło mniej więcej tyle co “Dobrze Cię widzieć”. A kiedy ostatnio się widzieli? Na ślubie Vakela i Ann? Uniósł lekko brwi i uśmiechnął się zadziornie. </p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Słowo ogień, pożar, płomienie i wszystkie pochodne zostały odmienione już przez wszystkie przypadki, prawdopodobnie w każdej możliwej gazecie. Zaskakujące jak szybko media głównego nurtu i potrafiły zmienić coś tak pięknego jak mugolska tragedia w coś tak miałkiego jak ludzka krzywda. Mieszanie tych dwóch, odrębnych antropologicznych gatunków oraz sprowadzanie do wspólnego mianownika potrafiło Lestrangowi odebrać całą przyjemność z ich katastrofy. Gdyby nie nabyte uprzedzenia, czułby się nawet zainspirowany do twórczego pierdolenia. Wiersz może. Albo chociaż proza jakaś. Coś z intymności własnej duszy schowane na dno najgłębszej szuflady. Potem jednak przypominał sobie jak paskudnymi kurwiskami potrafiła być ta cała artystyczna bohema i ani myślał stawać w jednym rzędzie z tym obrazem pogardy. I pomimo braku właściwego podejścia do spraw bieżących periodyków głównego ścieku, miał doskonały humor. Czuł się wyśmienicie ze świadomością współodpowiedzialności za największy akt terroryzmu w historii tego kraju oraz obu światów w nim zawartych. Nawet zdając sobie sprawę, że rykoszetem oberwali też ci którzy tego nieszczęścia nie powinni dzielić razem z niegodziwcami. Nie wszyscy zasługiwali na to by dopadł ich słuszny gniew Czarnego Pana, niemniej jednak było to poświęcenie, na które był gotowy. Bycie czystokrwistym czarodziejem lub czarownicą nie dawało pełnego immunitetu przed odpowiedzialnością. Przede wszystkim liczyło się to, kto wspierał sprawę Lorda zanim sprawy zaczęły być naprawdę gorące.</p>
<p>Na zewnątrz czuł się wyśmienicie. Jednak wewnątrz zaczęło się coś psuć. Duszący kaszel, który najpierw tłumaczył przemęczeniem i osłabieniem organizmu. Bycie czynnym terrorystą w spaloną noc, choć bardzo budujące na duchu, potrafiło być jednak nieco wyczerpujące. Jednak śledząc gazety doczytał się, że sporo osób również donosiło o podobnych objawach. I zmartwił się nieco, bo to kolejna rzecz, która obciążała jego i tak nadszarpnięte zdrowie. Nie dość, że Oddech Mojry robił z niego anemika, Limbo zrobiło półżywego Zimnego, to jeszcze ten duszący dym w płucach. Zdecydowanie unikał kontaktów z innymi lekarzami niż jego jedyna zaufana uzdrowicielka, jednak tym razem niestety nie mógł udać się po raz kolejny do Cynthii. Z dużą dozą niepewności, jednak zdecydował się na wizytę w Mungu. Przecież w klinice prowadzoną w większości przez jego własne nazwisko, będzie nieco łatwiej ukryć niektóre niewygodne fakty. Przed wyjściem jeszcze tylko zażył dawkę eliksiru imitującego temperaturę ludzkiego ciała.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Oh, pysznie kurwa...</span> Rzucił pod nosem sam do siebie na widok przepełnionej ludźmi recepcji w klinice. Obwoźnego cyrku i cygana ze złotym zębem jeszcze tu brakowało. Zacisnął pięści schowane w kieszeniach płaszczu ze zdenerwowania. Rozejrzał się po tym zamieszaniu i stwierdził, że nie ma najmniejszego zamiaru czekać jak zwykły cham w kolejce jak reszta, a do domu też nie wróci, bo nie ma zbyt wielkiego wyboru. Zdegustowanie na jego twarzy nie trwało zbyt długo, bo do głowy wpadł mu dość podły pomysł. Z wewnętrznej kieszeni swojego płaszcza wyciągnął pękatą sakiewkę wypełnioną galeonami. Rozwiązał ją, a potem odwrócił dnem do góry z cynicznym uśmieszkiem na ustach. Na dźwięk rozsypujących się pieniędzy po białych, szpitalnych kafelkach, zapadła konsternująca cisza. Louvain natomiast, mrużąc lekko oczy, wzruszył ramionami z udawanym przejęciem i niemym “Ojej” na ustach, odszedł kilka kroków na bok. Większość z tych ludzi, którzy szukali tutaj opieki medycznej, stracili w ostatnich dniach nieco więcej, niż kawałek zdrowia. Stracili swoje domy, środki do życia i nadzieję na poprawę swojej sytuacji. Louvain zagrał bezczelnie na tych nutach, a biedni zrobili to co biedacy robili w takich sytuacjach. Rzucili się na okazję, rezygnując ze swojego miejsca w kolejce. Z małego zamieszania natłokiem ludzi w recepcji, zrobiło się duże zamieszanie ludzi zbierających w popłochu pieniądze z podłogi. Lestrange wykorzystał ten moment i przebił się dalej, do wewnętrznych korytarzy kliniki. Jeśli ktokolwiek próbował go zatrzymywać, w pogotowiu miał już naszykowaną magistralną legitymację, w której obok jego imienia widniało to samo nazwisko co głównej pani ordynator tego przybytku. Koneksje i nepotyzm to najlepsze co mogła wymyśleć nasza cywilizacja do tej pory. I szedł tak sobie od korytarza do korytarza, aż w końcu nie dostrzegł znajomej, uroczej buźki.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Lana.</span> - wypalił nagle, jakby sam siebie próbował przekonać, że ta pajęcza sylwetka w tym miejscu to żaden przedśmiertny omam z lazaretu. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Myślałem, że trafiłem do piekła. Teraz już mam pewność. </span>Rzucił zaczepnie, co znaczyło mniej więcej tyle co “Dobrze Cię widzieć”. A kiedy ostatnio się widzieli? Na ślubie Vakela i Ann? Uniósł lekko brwi i uśmiechnął się zadziornie. </p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[09.09.1972]  Every occasion, once more, it's called the funeral || Roise & Gusto]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4883</link>
			<pubDate>Wed, 04 Jun 2025 18:41:17 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=463">Ambroise Greengrass-Yaxley</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4883</guid>
			<description><![CDATA[Blade światło słoneczne nie przebijało się przez osłonę nisko wiszących chmur, świat na zewnątrz był zamglony i szary, pogrążony w niemal martwej ciszy, jaką nastała po chaotycznej, przerażająco głośnej nocy. Nadszedł poranek dziewiątego września. Miasto nadal stało. Za oknami nie było już wszechobecnej ściany ognia. Teraz stolica dymiła, pogorzelisko dogasało, wiatr rozwiewał chmury pyłu, jaki opadł na ulice. <br />
W sali, do której cicho wszedł Greengrass, panowała cisza. Przerywało ją tylko subtelne tykanie zegara i jednostajne kapanie z kroplówki oraz bardzo ciche, okazjonalne dźwięki. Gdzieś dalej, ktoś płakał na łóżku odgrodzonym parawanem, który ledwo zmieścił się w przepełnionym pomieszczeniu. Gdzieś bliżej, ktoś szeptał czyjeś imię, choć brzmiało to bardziej niczym desperacka modlitwa. Cień uniesionej dłoni poruszył się za kotarą, ale po chwili słowa ucichły i znowu zapadło milczenie. <br />
Ambroise wiedział, co tu zastanie. Wiedział też, co musi zrobić. Miał przed sobą kolejne łóżko, kolejną kartę, kolejnego pacjenta, któremu musiał przyjrzeć się z uwagą i dystansem. Ale tym razem nie był to dla niego ktoś zupełnie obcy. Nie całkiem. <br />
Mężczyzna, który leżał nieruchomo na szpitalnym łóżku, z głową owiniętą świeżym bandażem i kroplówką wpiętą w zgięcie łokcia, był jego prywatnym pacjentem. Człowiekiem, z którym przez lata łączyła go ta dyskretna relacja, w której nikt nie zadawał zbyt wielu pytań. Synem dziedzica zmarłego w trakcie lata, nową głową rodu. <br />
Nie byli przyjaciółmi. Nigdy nie mieli nimi zostać. Nie przez to, że nie potrafili się dogadać. Wręcz przeciwnie: umieli to robić i w tym tkwiła ironia, bowiem ze wszystkich osób, których Roise leczył w ramach swojej prywatnej praktyki, rodzina Rookwoodów powinna być mu najdalsza. Przyjmował od nich zlecenia nie, bo chciał. Robił to, ponieważ czuł potrzebę trzymania ręki na pulsie.<br />
Może nie dokładnie tak jak teraz, jednak bez wątpienia wychodził z założenia, że przyjaciół należy trzymać blisko a ich wrogów jeszcze bliżej. Nie okazywał niechęci, nawet jeśli jak najbardziej miał ku temu podstawy. Leczył osoby, którymi wewnętrznie gardził, robiąc przy tym profesjonalną minę zaangażowanego prywatnego medyka. <br />
Nic więc dziwnego, że widząc na liście nazwisko swojego pacjenta i nareszcie mając ku temu chociaż odrobinę przestrzeni, postanowił osobiście zająć się sprawą Rookwooda. Nie to, żeby ktokolwiek inny z dostępnych osób pragnął to robić. Nikt nie rwał się do tego, by wziąć na siebie przypadek Augustusa. Nie dlatego, że był ciężki. Nie. <br />
Z medycznego punktu widzenia, Gusto był w dobrym stanie. Stracił przytomność na kilka godzin, miał stosunkowo lekkie poparzenia, kilka rozcięć i wstrząs mózgu, na który miały pomóc mu eliksiry. Jego stan był stabilny. Mógł opuścić szpital w przeciągu dwóch, może trzech dni. Raczej nie potrzebował spędzać tu więcej czasu, szczególnie mając możliwość załatwienia sobie prywatnej opieki medycznej w czterech ścianach rodowej posiadłości. <br />
Nie to było powodem, dla którego kilka osób odetchnęło głęboko, gdy Roise powiedział, że weźmie na siebie tego pacjenta. Nawet w obliczu wszechobecnej śmierci i straty, były takie przypadki, które wzbudzały szczególne emocje nawet w uodpornionych i pozornie wprawionych uzdrowicielach. <br />
Augustus trafił tutaj w pierwszych godzinach pożarów. Wtedy, kiedy jeszcze istniała jakaś struktura i ogranizacja. Zaledwie godzinę bądź dwie później zaczęto opatrywać rannych na podłodze i kłaść pacjentów na korytarzach. Rookwood miał szczęście... ...przynajmniej jeśli chodzi o miejsce, bowiem wszystko inne… ...wszystko inne wskazywało na to, że to był ostatni uśmiech losu, na jaki mógł liczyć ten człowiek. <br />
Być może nie miał świadomości tego, co działo się dookoła, bo pozostawał nieprzytomny, ale raptem kilka godzin później zawalił się cały jego świat. Ambroise to wiedział. Wiedział, że żona Gusto także została przetransportowana na oddział. Trafiła do Munga po mężu, tuż przed północą, choć zabrano ją dokładnie z tego samego miejsca, co Augustusa. <br />
Znalazł ją przypadkowy stażysta, który spieszył do szpitala. Wyciągnął kobietę z pogorzeliska, przytargał ją na własnych plecach. Dzięki niemu Imogen przeżyła jeszcze kilka godzin. Niestety, mierząc się z ciężkimi oparzeniami, znajdując się w stanie krytycznym i będąc nieprzytomna niemal przez cały czas, jaki tu spędziła. <br />
Zmarła o czwartej nad ranem, mimo prób ratunku. Zdołała jeszcze otworzyć oczy. Zdołała zapytać o dzieci, po czym zgasła, nie usłyszawszy odpowiedzi. <br />
To jednak wystarczyło. W tej jednej, ostatniej chwili zawarł się nowy dramat. Dzieci najwyraźniej były z nimi. Znajdowały się pod opieką matki i ojca, ale nie trafiły na żaden z oddziałów. Nikt ich nie widział. Nikt ich nie przyprowadził. Nie było ich wśród rannych. Nie było ich pośród żywych przywiezionych do szpitala. Zniknęły. Co gorsza, nikt ich nie szukał. <br />
Ich ojciec leżał we śnie wywołanym podanymi mu eliksirami na wstrząs mózgu. Matka nie żyła. Nie mogli wysłać Brygady na poszukiwania, nie było, komu zgłosić tego faktu. Nie, gdy cały Londyn stanął w płomieniach. A teraz doczekali poranka...<br />
Roise pochylił się lekko, dotykając ostrożnie ramienia mężczyzny. Nie budził go. Chciał po prostu sprawdzić reakcję Augustusa, bowiem odniósł wrażenie, że pacjentowi drgnęły powieki. Nie zamierzał jednak wybudzać rannego, jeśli Gusto nadal spał.<br />
Wiedział, że gdy Rookwood otworzy oczy i zacznie zadawać pytania, będzie musiał usłyszeć, że wszystko, co znał. Wszystko, co próbował ocalić. Wszystko to zostało pożarte przez płomienie. W tym wypadku, wiedza nie była potęgą. W tym wypadku miała być czymś wręcz przeciwnym. Taka wiedza zabijała.<br />
<br />
<span style="font-size: x-small;" class="mycode_size"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Leczenie (III)</span> - ocena stanu pacjenta. Dodatkowo nawiązuję do benefitów wynikających z <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Popularności</span> - Ambroise leczył prywatnie rodzinę Rookwooda i samego Augustusa w ramach sieci wpływów (pozaszpitalna praktyka medyczna).</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Blade światło słoneczne nie przebijało się przez osłonę nisko wiszących chmur, świat na zewnątrz był zamglony i szary, pogrążony w niemal martwej ciszy, jaką nastała po chaotycznej, przerażająco głośnej nocy. Nadszedł poranek dziewiątego września. Miasto nadal stało. Za oknami nie było już wszechobecnej ściany ognia. Teraz stolica dymiła, pogorzelisko dogasało, wiatr rozwiewał chmury pyłu, jaki opadł na ulice. <br />
W sali, do której cicho wszedł Greengrass, panowała cisza. Przerywało ją tylko subtelne tykanie zegara i jednostajne kapanie z kroplówki oraz bardzo ciche, okazjonalne dźwięki. Gdzieś dalej, ktoś płakał na łóżku odgrodzonym parawanem, który ledwo zmieścił się w przepełnionym pomieszczeniu. Gdzieś bliżej, ktoś szeptał czyjeś imię, choć brzmiało to bardziej niczym desperacka modlitwa. Cień uniesionej dłoni poruszył się za kotarą, ale po chwili słowa ucichły i znowu zapadło milczenie. <br />
Ambroise wiedział, co tu zastanie. Wiedział też, co musi zrobić. Miał przed sobą kolejne łóżko, kolejną kartę, kolejnego pacjenta, któremu musiał przyjrzeć się z uwagą i dystansem. Ale tym razem nie był to dla niego ktoś zupełnie obcy. Nie całkiem. <br />
Mężczyzna, który leżał nieruchomo na szpitalnym łóżku, z głową owiniętą świeżym bandażem i kroplówką wpiętą w zgięcie łokcia, był jego prywatnym pacjentem. Człowiekiem, z którym przez lata łączyła go ta dyskretna relacja, w której nikt nie zadawał zbyt wielu pytań. Synem dziedzica zmarłego w trakcie lata, nową głową rodu. <br />
Nie byli przyjaciółmi. Nigdy nie mieli nimi zostać. Nie przez to, że nie potrafili się dogadać. Wręcz przeciwnie: umieli to robić i w tym tkwiła ironia, bowiem ze wszystkich osób, których Roise leczył w ramach swojej prywatnej praktyki, rodzina Rookwoodów powinna być mu najdalsza. Przyjmował od nich zlecenia nie, bo chciał. Robił to, ponieważ czuł potrzebę trzymania ręki na pulsie.<br />
Może nie dokładnie tak jak teraz, jednak bez wątpienia wychodził z założenia, że przyjaciół należy trzymać blisko a ich wrogów jeszcze bliżej. Nie okazywał niechęci, nawet jeśli jak najbardziej miał ku temu podstawy. Leczył osoby, którymi wewnętrznie gardził, robiąc przy tym profesjonalną minę zaangażowanego prywatnego medyka. <br />
Nic więc dziwnego, że widząc na liście nazwisko swojego pacjenta i nareszcie mając ku temu chociaż odrobinę przestrzeni, postanowił osobiście zająć się sprawą Rookwooda. Nie to, żeby ktokolwiek inny z dostępnych osób pragnął to robić. Nikt nie rwał się do tego, by wziąć na siebie przypadek Augustusa. Nie dlatego, że był ciężki. Nie. <br />
Z medycznego punktu widzenia, Gusto był w dobrym stanie. Stracił przytomność na kilka godzin, miał stosunkowo lekkie poparzenia, kilka rozcięć i wstrząs mózgu, na który miały pomóc mu eliksiry. Jego stan był stabilny. Mógł opuścić szpital w przeciągu dwóch, może trzech dni. Raczej nie potrzebował spędzać tu więcej czasu, szczególnie mając możliwość załatwienia sobie prywatnej opieki medycznej w czterech ścianach rodowej posiadłości. <br />
Nie to było powodem, dla którego kilka osób odetchnęło głęboko, gdy Roise powiedział, że weźmie na siebie tego pacjenta. Nawet w obliczu wszechobecnej śmierci i straty, były takie przypadki, które wzbudzały szczególne emocje nawet w uodpornionych i pozornie wprawionych uzdrowicielach. <br />
Augustus trafił tutaj w pierwszych godzinach pożarów. Wtedy, kiedy jeszcze istniała jakaś struktura i ogranizacja. Zaledwie godzinę bądź dwie później zaczęto opatrywać rannych na podłodze i kłaść pacjentów na korytarzach. Rookwood miał szczęście... ...przynajmniej jeśli chodzi o miejsce, bowiem wszystko inne… ...wszystko inne wskazywało na to, że to był ostatni uśmiech losu, na jaki mógł liczyć ten człowiek. <br />
Być może nie miał świadomości tego, co działo się dookoła, bo pozostawał nieprzytomny, ale raptem kilka godzin później zawalił się cały jego świat. Ambroise to wiedział. Wiedział, że żona Gusto także została przetransportowana na oddział. Trafiła do Munga po mężu, tuż przed północą, choć zabrano ją dokładnie z tego samego miejsca, co Augustusa. <br />
Znalazł ją przypadkowy stażysta, który spieszył do szpitala. Wyciągnął kobietę z pogorzeliska, przytargał ją na własnych plecach. Dzięki niemu Imogen przeżyła jeszcze kilka godzin. Niestety, mierząc się z ciężkimi oparzeniami, znajdując się w stanie krytycznym i będąc nieprzytomna niemal przez cały czas, jaki tu spędziła. <br />
Zmarła o czwartej nad ranem, mimo prób ratunku. Zdołała jeszcze otworzyć oczy. Zdołała zapytać o dzieci, po czym zgasła, nie usłyszawszy odpowiedzi. <br />
To jednak wystarczyło. W tej jednej, ostatniej chwili zawarł się nowy dramat. Dzieci najwyraźniej były z nimi. Znajdowały się pod opieką matki i ojca, ale nie trafiły na żaden z oddziałów. Nikt ich nie widział. Nikt ich nie przyprowadził. Nie było ich wśród rannych. Nie było ich pośród żywych przywiezionych do szpitala. Zniknęły. Co gorsza, nikt ich nie szukał. <br />
Ich ojciec leżał we śnie wywołanym podanymi mu eliksirami na wstrząs mózgu. Matka nie żyła. Nie mogli wysłać Brygady na poszukiwania, nie było, komu zgłosić tego faktu. Nie, gdy cały Londyn stanął w płomieniach. A teraz doczekali poranka...<br />
Roise pochylił się lekko, dotykając ostrożnie ramienia mężczyzny. Nie budził go. Chciał po prostu sprawdzić reakcję Augustusa, bowiem odniósł wrażenie, że pacjentowi drgnęły powieki. Nie zamierzał jednak wybudzać rannego, jeśli Gusto nadal spał.<br />
Wiedział, że gdy Rookwood otworzy oczy i zacznie zadawać pytania, będzie musiał usłyszeć, że wszystko, co znał. Wszystko, co próbował ocalić. Wszystko to zostało pożarte przez płomienie. W tym wypadku, wiedza nie była potęgą. W tym wypadku miała być czymś wręcz przeciwnym. Taka wiedza zabijała.<br />
<br />
<span style="font-size: x-small;" class="mycode_size"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Leczenie (III)</span> - ocena stanu pacjenta. Dodatkowo nawiązuję do benefitów wynikających z <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Popularności</span> - Ambroise leczył prywatnie rodzinę Rookwooda i samego Augustusa w ramach sieci wpływów (pozaszpitalna praktyka medyczna).</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[09.09.1972] 3:33 || Roise, Romy, Prue, Corio]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4855</link>
			<pubDate>Fri, 30 May 2025 19:50:40 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=463">Ambroise Greengrass-Yaxley</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4855</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic I</span></div></div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">początek dnia, 09.09.1972, Mung</div>
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Romulus! Roman!</span><span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Roman! -</span></span> Normalnie nie podnosiłby głosu, usiłując przebić się przez chaos, hałas i zamieszanie, jakie przecież na co dzień panowało w Mungu.<br />
Jednak to nie było <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">na co dzień</span>. Nie tej nocy. A może już raczej <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">nie tego poranka</span>? Nawet nie próbował sprawdzać godziny, jaka gościła na zegarze. Mogła być druga, trzecia, cholera, mogła być nawet piętnasta a Ambroise nijak by tego nie zauważył. <br />
Wszystko zlewało mu się w jeden nieustający ciąg ganianiny po przepełnionych korytarzach. Ludzkiego kaszlu, ran i wymiotów. Zapachu spalenizny i dymu. Popiołu i pyłu jakimś cudem dostającego się nawet do uszu, mimo przebywania pod dachem, nie na ulicy. <br />
Może ze względu na to, że drzwi do Munga nie zamykały się nawet na trzy sekundy? Roise mógł być na zupełnie innym piętrze niż to, które mieściło wejście do szpitala, ale i tak zdawał sobie z tego sprawę. Co rusz przybywało mu bowiem rannych, poturbowanych i przerażonych. Niektórych niemal od razu odsyłał dalej do stażystów z powodzeniem mogących zająć się pomniejszymi przypadkami. Innym nie dało się już pomóc. <br />
Jeszcze inni? Potrzebowali wszelkiej możliwej pomocy. Im zaś - personelowi Munga zdecydowanie brakowało rąk do pracy. Musieli wkładać je w zbyt wiele miejsc na raz, próbując interweniować w kwestii zdecydowanie nazbyt wielu przypadków. Tak licznych i zbieżnych, że nawet posiłkowanie się zasadami triażu nic nie dawało. <br />
Nie dało się bowiem odpowiednio klasyfikować przypadków w momencie, w którym dosłownie wszystko było priorytetem. Wystarczyło zaledwie pół godziny spędzone w tym nowym rytmie szpitala (albo raczej w jego braku), aby Ambroisa zaczęła ćmić głowa. <br />
Był nie tylko zgrzany, ale wręcz zlany potem. Włosy lepiły mu się do karku i do czoła. Dawno zdjął wierzchnią część szpitalnego mundurka, którą pospiesznie narzucił na prywatne ubranie, bo nie miał czasu przebrać się w służbowe ciuchy. Nie był na dyżurze, gdy to wszystko się zaczęło, zaś później zdecydowanie nie było przestrzeni, aby mógł pozwolić sobie na stratę czasu. <br />
Praktycznie od razu zaczął zajmować się czynnościami medycznymi. Rzucił się w wir pracy, ani na chwilę nie odrywając się od działania. Zupełnie stracił poczucie czasu. Kiedy wydawało mu się, że powódź ludzi dobiegała konca, pojawiali się kolejni potrzebujący. Jakiegokolwiek zewnętrznego wsparcia natomiast w dalszym ciągu nie było. <br />
Kiedy więc zobaczył tył czupryny jednego z ludzi, których rozpoznałby nawet wyłącznie po zwichrowanej kępce włosów na samym czubku głowy, nie wahał się ani przez chwilę. Być może nie stanął pośród tłumu i nie zaczął machać rękami, próbując zwrócić na siebie uwagę Romulusa. Nie był jeszcze <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">aż tak półprzytomny</span>, jednak zdecydowanie podniósł głos, żeby zwrócić na siebie uwagę Pottera, który chyba akurat wychodził. <br />
Greengrass nie zamierzał tracić okazji. Bez chwili zawahania ruszył w kierunku przyjaciela, wyciągając ramię, żeby złapać go za brzeg płaszcza zanim zupełnie straci możliwość skorzystania z niesamowitych zdolności medycznych magipsychiatry, który z potrzeby chwili mógł stać się prawdziwym bohaterem dnia.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic I</span></div></div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">początek dnia, 09.09.1972, Mung</div>
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Romulus! Roman!</span><span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Roman! -</span></span> Normalnie nie podnosiłby głosu, usiłując przebić się przez chaos, hałas i zamieszanie, jakie przecież na co dzień panowało w Mungu.<br />
Jednak to nie było <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">na co dzień</span>. Nie tej nocy. A może już raczej <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">nie tego poranka</span>? Nawet nie próbował sprawdzać godziny, jaka gościła na zegarze. Mogła być druga, trzecia, cholera, mogła być nawet piętnasta a Ambroise nijak by tego nie zauważył. <br />
Wszystko zlewało mu się w jeden nieustający ciąg ganianiny po przepełnionych korytarzach. Ludzkiego kaszlu, ran i wymiotów. Zapachu spalenizny i dymu. Popiołu i pyłu jakimś cudem dostającego się nawet do uszu, mimo przebywania pod dachem, nie na ulicy. <br />
Może ze względu na to, że drzwi do Munga nie zamykały się nawet na trzy sekundy? Roise mógł być na zupełnie innym piętrze niż to, które mieściło wejście do szpitala, ale i tak zdawał sobie z tego sprawę. Co rusz przybywało mu bowiem rannych, poturbowanych i przerażonych. Niektórych niemal od razu odsyłał dalej do stażystów z powodzeniem mogących zająć się pomniejszymi przypadkami. Innym nie dało się już pomóc. <br />
Jeszcze inni? Potrzebowali wszelkiej możliwej pomocy. Im zaś - personelowi Munga zdecydowanie brakowało rąk do pracy. Musieli wkładać je w zbyt wiele miejsc na raz, próbując interweniować w kwestii zdecydowanie nazbyt wielu przypadków. Tak licznych i zbieżnych, że nawet posiłkowanie się zasadami triażu nic nie dawało. <br />
Nie dało się bowiem odpowiednio klasyfikować przypadków w momencie, w którym dosłownie wszystko było priorytetem. Wystarczyło zaledwie pół godziny spędzone w tym nowym rytmie szpitala (albo raczej w jego braku), aby Ambroisa zaczęła ćmić głowa. <br />
Był nie tylko zgrzany, ale wręcz zlany potem. Włosy lepiły mu się do karku i do czoła. Dawno zdjął wierzchnią część szpitalnego mundurka, którą pospiesznie narzucił na prywatne ubranie, bo nie miał czasu przebrać się w służbowe ciuchy. Nie był na dyżurze, gdy to wszystko się zaczęło, zaś później zdecydowanie nie było przestrzeni, aby mógł pozwolić sobie na stratę czasu. <br />
Praktycznie od razu zaczął zajmować się czynnościami medycznymi. Rzucił się w wir pracy, ani na chwilę nie odrywając się od działania. Zupełnie stracił poczucie czasu. Kiedy wydawało mu się, że powódź ludzi dobiegała konca, pojawiali się kolejni potrzebujący. Jakiegokolwiek zewnętrznego wsparcia natomiast w dalszym ciągu nie było. <br />
Kiedy więc zobaczył tył czupryny jednego z ludzi, których rozpoznałby nawet wyłącznie po zwichrowanej kępce włosów na samym czubku głowy, nie wahał się ani przez chwilę. Być może nie stanął pośród tłumu i nie zaczął machać rękami, próbując zwrócić na siebie uwagę Romulusa. Nie był jeszcze <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">aż tak półprzytomny</span>, jednak zdecydowanie podniósł głos, żeby zwrócić na siebie uwagę Pottera, który chyba akurat wychodził. <br />
Greengrass nie zamierzał tracić okazji. Bez chwili zawahania ruszył w kierunku przyjaciela, wyciągając ramię, żeby złapać go za brzeg płaszcza zanim zupełnie straci możliwość skorzystania z niesamowitych zdolności medycznych magipsychiatry, który z potrzeby chwili mógł stać się prawdziwym bohaterem dnia.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[09.09.1972] Mogło być gorzej]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4801</link>
			<pubDate>Thu, 15 May 2025 04:50:37 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=38">Atreus Bulstrode</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4801</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">09.09.1972<br />
<span style="font-size: 9pt;" class="mycode_size">około południa</span></div>
<br />
Po tym jak Brenna odstawiła go do szpitala, Atreusowi przeszło przez głowę, że słusznie wzbraniał się przed jakąkolwiek pomocą medyczną. W Mungu bowiem, panował chaos. Uzdrowiciele biegali jak kot z pęcherzem, przypadając w pierwszej kolejności do przypadków tragicznych, tylko po to żeby doprowadzić ich do stanu - z braku lepszego określenia - jako takiej przeżywalności, czyli stanu dość niestabilnego i ryzykownego w każdych innych warunkach, ale w tych wystarczającego żeby maksymalizować ilość uratowanych żyć. Samego Atreusa opatrzyli chyba tylko z grzeczności, bo połamana noga nie zagrażała przecież jego życiu i oprócz niej to prezentował się całkiem dobrze, a potem trafił na jedno z łóżek z notatką, żeby zająć się nim kiedy zacznie krzyczeć po więcej eliksirów przeciwbólowych. Bulstrode jednak coś czuł, że tych zapasy kurczyły się w zastraszającym tempie, podobnie z resztą jak każdego innego wywaru, którym można by go uraczyć, bo gdyby nie to najpewniej już dawno zaserwowaliby mu szkiele-wzro i poklepali do plecach, żeby w sumie to spadał do domu. Jak tak sobie o tym myślał, patrząc smętnie w sufit, to szkoda że mu Lestrange nie zaproponowała fiolki właśnie czegoś takiego, zamiast zwykłego wiggenowego. Na domiar złego, nikt nie widział w szpitalu Florence. Atre praktycznie całą noc przeszedł, zapewniając się, że siostrze nic nie jest bo siedzi w szpitalu i opatruje sobie rannych, ale teraz? teraz zwyczajnie czuł czający się gdzieś we wnętrznościach niepokój.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Powiedz że przyszedłeś tutaj, żeby wypuścić mnie do domu. Błagam</span> - westchnął, spoglądając zmęczony na Basiliusa, który właśnie wszedł do pomieszczenia, ale gdzieś w tym kryła się jakaś nadzieja.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">09.09.1972<br />
<span style="font-size: 9pt;" class="mycode_size">około południa</span></div>
<br />
Po tym jak Brenna odstawiła go do szpitala, Atreusowi przeszło przez głowę, że słusznie wzbraniał się przed jakąkolwiek pomocą medyczną. W Mungu bowiem, panował chaos. Uzdrowiciele biegali jak kot z pęcherzem, przypadając w pierwszej kolejności do przypadków tragicznych, tylko po to żeby doprowadzić ich do stanu - z braku lepszego określenia - jako takiej przeżywalności, czyli stanu dość niestabilnego i ryzykownego w każdych innych warunkach, ale w tych wystarczającego żeby maksymalizować ilość uratowanych żyć. Samego Atreusa opatrzyli chyba tylko z grzeczności, bo połamana noga nie zagrażała przecież jego życiu i oprócz niej to prezentował się całkiem dobrze, a potem trafił na jedno z łóżek z notatką, żeby zająć się nim kiedy zacznie krzyczeć po więcej eliksirów przeciwbólowych. Bulstrode jednak coś czuł, że tych zapasy kurczyły się w zastraszającym tempie, podobnie z resztą jak każdego innego wywaru, którym można by go uraczyć, bo gdyby nie to najpewniej już dawno zaserwowaliby mu szkiele-wzro i poklepali do plecach, żeby w sumie to spadał do domu. Jak tak sobie o tym myślał, patrząc smętnie w sufit, to szkoda że mu Lestrange nie zaproponowała fiolki właśnie czegoś takiego, zamiast zwykłego wiggenowego. Na domiar złego, nikt nie widział w szpitalu Florence. Atre praktycznie całą noc przeszedł, zapewniając się, że siostrze nic nie jest bo siedzi w szpitalu i opatruje sobie rannych, ale teraz? teraz zwyczajnie czuł czający się gdzieś we wnętrznościach niepokój.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Powiedz że przyszedłeś tutaj, żeby wypuścić mnie do domu. Błagam</span> - westchnął, spoglądając zmęczony na Basiliusa, który właśnie wszedł do pomieszczenia, ale gdzieś w tym kryła się jakaś nadzieja.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[08.09.1972, zmierzch] Smoke from a Distant Fire]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4697</link>
			<pubDate>Sat, 05 Apr 2025 19:04:10 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=521">Jolene Bletchley</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4697</guid>
			<description><![CDATA[Wyczarowanie różdżką ognia nie było trudnym zadaniem; wystarczyła chwila, by pojawił się mały, ale efektywny płomień. Idealny do zapalenia awaryjnego papierosa w pracy. Jolene zaciągnęła się szlugiem i wydmuchnęła dym, ze wzrokiem wbitym w ścianę. Dobrze zdawała sobie, że może to wpłynąć negatywnie na jej zdrowie, lecz nałogu nie dało się tak łatwo rzucić. Zwłaszcza, jeśli przez większość jej życia papierosy były uznawane za coś wręcz nieszkodliwego.<br />
Teraz jednak zaczynało się to zmieniać, a Jo w obawie o stan zdrowia swojej rodziny, przestała palić w domu. Starała się również ograniczyć papierosy w pracy, ale czasami po prostu nie wytrzymywała. Tak jak dzisiaj, kiedy przypadł jej wieczorny dyżur w okienku informacyjnym. Nawet po ponad dwudziestu latach pracy w Mungu (oraz sporym wpływie na własny grafik) późne zmiany wciąż się zdarzały. Co prawda, praca w nocy wiązała się z dodatkową zapłatą, ale dla Bletchley nie stanowiło to żadnej zachęty. Już dawno dała sobie spokój z próbą zarobienia jak najwięcej w jak najkrótszym czasie; o wiele bardziej liczyła się dla niej równowaga między pracą i odpoczynkiem.<br />
Dlatego w pełni korzystała z chwili przerwy i "delektowała" się szlugiem w herbaciarni na najwyższym piętrze szpitala. Minęła już mniej więcej połowa jej czasu pracy, więc wystarczyło tylko jakoś <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">przeżyć</span> do dwunastej. Jolene nie mogła się spodziewać, że tego dnia będzie to o wiele trudniejsze...]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Wyczarowanie różdżką ognia nie było trudnym zadaniem; wystarczyła chwila, by pojawił się mały, ale efektywny płomień. Idealny do zapalenia awaryjnego papierosa w pracy. Jolene zaciągnęła się szlugiem i wydmuchnęła dym, ze wzrokiem wbitym w ścianę. Dobrze zdawała sobie, że może to wpłynąć negatywnie na jej zdrowie, lecz nałogu nie dało się tak łatwo rzucić. Zwłaszcza, jeśli przez większość jej życia papierosy były uznawane za coś wręcz nieszkodliwego.<br />
Teraz jednak zaczynało się to zmieniać, a Jo w obawie o stan zdrowia swojej rodziny, przestała palić w domu. Starała się również ograniczyć papierosy w pracy, ale czasami po prostu nie wytrzymywała. Tak jak dzisiaj, kiedy przypadł jej wieczorny dyżur w okienku informacyjnym. Nawet po ponad dwudziestu latach pracy w Mungu (oraz sporym wpływie na własny grafik) późne zmiany wciąż się zdarzały. Co prawda, praca w nocy wiązała się z dodatkową zapłatą, ale dla Bletchley nie stanowiło to żadnej zachęty. Już dawno dała sobie spokój z próbą zarobienia jak najwięcej w jak najkrótszym czasie; o wiele bardziej liczyła się dla niej równowaga między pracą i odpoczynkiem.<br />
Dlatego w pełni korzystała z chwili przerwy i "delektowała" się szlugiem w herbaciarni na najwyższym piętrze szpitala. Minęła już mniej więcej połowa jej czasu pracy, więc wystarczyło tylko jakoś <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">przeżyć</span> do dwunastej. Jolene nie mogła się spodziewać, że tego dnia będzie to o wiele trudniejsze...]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>